Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Z życia awanturnika.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ale bez téj żywéj ciekawości, jakiéj się po niéj spodziewać było można. Ścisnęła jéj ręce...
— A cóż? zapytała obojętnie.
Doktorowa zmilczała. — Nie wiem doprawdy jak się skończyło — szepnęła po chwili. — Teodor wychodząc nic mi nie powiedział. — Prezes zapewniał, że się porozumieli. Ze smutku pierwszego, z wypogodzenia czoła prezesa wnoszę, iż dla Murmińskiego nie zbyt to pomyślnie wypaść musiało.
— Tegom się spodziewała! westchnęła Tola — inaczéj być nie mogło. Miałam przeczucia najgorsze — niestety! sprawdziły się...
— Prezes dał mi do zrozumienia, iż wolą matki jego było — a woli téj na piśmie miała przekaz zostawić — ażeby Teodor się o swe prawa nie upominał.
Spuściwszy głowę na ręce Tola słuchała tych wyrazów jak wyroku na siebie samą...
— Zresztą prezes ofiaruje zgodę, przyjaźń — pojednanie...
— A zatém — dodała Tola z ironicznym uśmiechem — tout est pour le mieux dans le meilleur des mundes.




Gabinet p. prezesa był tak poważnie urządzonym, iż po nim jednym można się było domyśleć człowieka, który do zewnętrznych form życia nadzwyczaj wielką przywiązywał wagę. — Wszystko tu było w obmyślanym starannie utrzymywane porządku, i ukazywało się z téj strony, z któréj na widzu najkorzystniéjsze mogło uczynić wrażenie.
Na wspaniałém Bureau-ministre, nie walał się żaden niepotrzebny papieru szczątek. Każda rzecz miała miejsce swoje. Papiery wspaniałemi przyciskami leżały okryte, kałamarz starannie zamknięty, pióra otarte, odrobinki pyłu na niczém.
W wielkich dwóch szafach stały księgi oprawne pięknie, po większéj części prawnicze, kodeksa, ko-