Tajemnicza wyspa (1875)/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
TAJEMNICZA WYSPA
przez
Juliusza Verne
przełożył z francuskiego
J.   Pł...


LWÓW, 1876.
Nakładem księgarni Seyfartha i Czajkowskiego.
Z drukarni A. J. O. Rogosza.




OPUSZCZONY.
ROZDZIAŁ I.
(Z powodu ziarnka śrótu. — Budowa łodzi. — Łowy. — Na wierzchołku kaurisa. — Nie ma dowodu na obecność człowieka. — Wyprawa na ryby Naba z Harbertem. — Przewrócony żółw. — Zniknął. — Jak to objaśnił Cyrus Smith.)

Siedm miesięcy minęło od dnia, gdy osadnicy nasi spadli z balonu na wyspę Lincolna. Przez cały ten czas, mimo tylu poszukiwań, nie napotkali ludzkiej istoty. Najmniejszy obłoczek dymu nie zdradził obecności człowieka na powierzchni wyspy; żadna praca ręczna nie wskazywała przejścia jego przez nią w epoce dawnej lub w nowszych czasach. Wyspa Lincolna nie tylko nie zdawała się zamieszkaną, ale sądzić należało, że nigdy nią być nie mogła. A oto naraz całe to rusztowanie rozumowań rozsypało się wobec maleńkiego ziarnka kruszcu, znalezionego w ciele niewinnego gryzunia!
Bo też ołów ten zaiste wypadł z broni palnej, a do kogoż innego jeżeli nie do człowieka ta broń należeć mogła?
Skoro Pencroff złożył ziarnko śrótu na stole, towarzysze jego popatrzyli na nie z najgłębszem podziwieniem. Wszystkie następstwa tego zdarzenia, tak ważnego pomimo pozornej drobnostkowości, przedstawiły się naraz ich umysłowi. Zaiste, nagłe pojawienie istoty nadprzyrodzonej nie byłoby ich żywiej poruszyło.
Cyrus Smith pierwszy, nie wahając się, streścił przypuszczenia, które fakt ten równie zadziwiający, jak niespodziewany, w duszach wszystkich musiał obudzić. Pochwyciwszy ziarnko śrótu, obrócił je na wszystkie strony, obmacał, trzymając pomiędzy wielkim a wskazującym palcem i wreszcie rzekł, zwracając się do Pencroffa.
— Czy możesz z pewnością twierdzić, że pekari raniony tem ziarnkiem śrótu miał zaledwie trzy miesiące?
— Tak jest, panie Cyrus, zaledwie — odpowiedział Pencroff. — Ssał jeszcze matkę, gdym go znalazł w dole.
— Dowodzi to więc — rzekł inżynier — że najwyżej przed trzema miesiącami padł wystrzał z broni palnej na wyspie Lincolna.
— I że jedno ziarnko ołowiu — dodał Gedeon Spilett — ugodziło, ale nie śmiertelnie, w to małe zwierzątko.
— Tak, to nie podlega wątpliwości — ciągnął dalej Cyrus Smith — a przypuszczenia, jakie można oprzeć na tym wypadku są następujące: albo wyspa ta była zamieszkaną przed naszem przybyciem, albo ludzie wylądowali na nią co najwięcej od trzech miesięcy. Znaleźliż się ci ludzie tutaj dobrowolnie, czy też wbrew swojej woli; przez proste wylądowanie, czy przez rozbicie? Kwestję tę dopiero kiedyś będzie można rozstrzygnąć. Co zaś do ich pochodzenia: czy to byli Europejczycy, czy Malajczykowie, wrogowie czy przyjaciele naszej rasy, nic nam nie daje podstawy do odgadnięcia tego; jak również nie wiemy, czy zamieszkują jeszcze tę wyspę, czy też ją opuścili. Wszystkie te kwestje jednak mają dla nas zbyt wielkie znaczenie, ażebyśmy dłużej co do nich pozostać mogli w wątpliwości.
— Nie!... sto razy nie! tysiąc razy nie! — wykrzyknął marynarz, podnosząc się od stołu. Nie ma innych ludzi oprócz nas na wyspie Lincolna! Cóż u djabła! Wyspa nie jest przecież tak wielka, gdyby więc była zamieszkaną, musielibyśmy byli już spostrzedz któregoś z mieszkańców!
— Istotnie, inaczej rzecz byłaby arcydziwną — rzekł Harbert.
— Ale o wiele jeszcze byłoby dziwniejszem, jak mi się zdaje — zauważył korespondent — gdyby ten mały pekarys ulągł się z ziarnkiem śrótu w ciele.
— Chyba że — odezwał się poważnie Nab — chyba że Pencroff miał już...
— Co?! — przerwał mu Pencroff. — No patrzajcież, więc jabym miał nosić, od jakich pięciu czy sześciu miesięcy ziarnko śrótu w szczęce, ani się tego nie domyślając. Ależ gdzieby ono siedziało? — dodał otwierając usta w ten sposób, iż odsłoniły trzydzieści dwa przepysznych zębów. Przyjrzyjno się dobrze, Nabie, a jeżeli znajdziesz jeden ząb spróchniały w całej mojej jadaczce pozwalam, abyś mi ich wyrwał pół tuzina.
— Hypoteza Naba jest w istocie niemożebną — odrzekł Cyrus Smith — mimo całej ważności zajmujących go myśli, nie mogąc się wstrzymać od uśmiechu. Pewnikiem jest, że jeden strzał z broni palnej padł na tej wyspie w przeciągu ostatnich trzech miesięcy najwyżej. Ja byłbym skłonny do sądzenia, iż osobistości, które wylądowały na tę wyspę, albo bawią na niej od bardzo niedawna, albo też zajrzały tylko do niej; gdyby bowiem w epoce, gdyśmy rozpatrywali wyspę Lincolna ze szczytu góry Franklina, ktoś się tu znajdował, bylibyśmy go spostrzegli, lub sami bylibyśmy postrzeżeni. Prawdopodobnem jest tedy, że kilka tygodni temu dopiero, rozbitki zostali wyrzuceni przez burzę na któryś z punktów wybrzeża. Tak jednak, czy owak, musimy uzyskać pewność pod tym względem.
— Sądzę, że trzeba będzie działać rozważnie!
— I ja tak myślę — odrzekł Cyrus Smith — na nieszczęście bowiem zachodzi słuszna obawa, aby to nie byli piraci malajscy, ci goście naszej wyspy.
— Panie Cyrus — spytał marynarz — czyby nie było pożyteczną rzeczą, przed wybraniem się na te odkrycia, zbudować łodź, przy pomocy której moglibyśmy bądź to popłynąć w górę rzeki, bądź też okrążyć wybrzeże. Nie należałoby się dać wziąć znienacka.
— Pomysł twój wyborny, Pencroffie — odrzekł inżynier — ale my czekać nie możemy. A tymczasem potrzebaby co najmniej miesiąc na zbudowanie łodzi...
— Prawdziwej łodzi, niewątpliwie — odparł marynarz — ale nam potrzeba tylko jakiegokolwiek statku, któryby się utrzymał na morzu, a taki ja się obowiązuję zbudować najdalej w pięć dni, dostateczny do żeglugi po Dziękczynnej.
— W pięć dni — wykrzyknął Nab — zbudować łódź?
— Tak jest, Nabie, łódź na sposób indyjski.
— Z drzewa? — spytał Nab z miną bardzo wątpiącą.
— Z drzewa — odrzekł Pencroff — a raczej z kory. Powtarzam panu, panie Cyrus, że w pięć dni z taką robotą można się uwinąć.
— W pięć dni, zgoda! — odpowiedział inżynier.
— Ale do tego czasu dobrze będzie zachować ostrą baczność! — rzekł Harbert.
— Jak najostrzejszą, moi przyjaciele — odpowiedział Cyrus Smith — i dla tego będę was prosił, abyście ograniczyli swoje wycieczki myśliwskie na okolicach Pałacu Granitowego.
Objad skończył się mniej wesoło, aniżeli Pencroff się spodziewał.
Tak więc, wyspa ta miała obecnie, lub w przeszłości innych mieszkańców, oprócz naszych osadników. Od czasu przypadku z ziarnkiem śrótu, był to fakt niezaprzeczalny, a podobne odkrycie mogło tylko żywy niepokój obudzić w umyśle osadników. Cyrus Smith i Gedeon Spilett, przed zaśnięciem szeroko jeszcze o tej kwestji rozmawiali. Rozważali, czy przypadkiem zdarzenie to nie ma jakiego związku z niewyjaśnionemi okolicznościami ocalenia inżyniera i z innemi dziwnemi szczegółami, które już ich kilkakrotnie uderzyły. Jednakże Cyrus po rozważeniu wszystkich za i przeciw w tej sprawie, odezwał się wreszcie:
— Koniec końców, czy chcesz poznać moje zdanie, drogi panie Spilett?
— Tak, Cyrusie.
— A więc posłuchaj: mimo najściślejszego poszukiwania na wyspie, nic nie znajdziemy!
Zaraz następnego dnia Pencroff zabrał się do roboty. Nie szło tu o zbudowanie łodzi z kompletnem klepkowaniem i pomostem, ale o prosty przyrząd unoszący się nad wodą, o płaskiem dnie, odpowiedni do żeglugi po Dziękczynnej, szczególniej w pobliżu jej źródeł, gdzie woda była bardzo płytka.
Kawałki kory, przymocowane do siebie, wystarczały do utworzenia takiego maleńkiego statku, mającego jeszcze i tę dogodność, iż w razie gdyby dla przeszkód naturalnych przeniesienie go stało się koniecznem, niewielki ciężar i rozmiar jego znacznie ułatwiał tę pracę. Pencroff postanowił połączyć te kawałki kory za pomocą zanitowanych gwoździ i przez szczelne ich przypasowanie uczynić przyrząd doskonale nieprzemakalnym.
Szło tedy o wyszukanie drzew, których kora giętka a silna, najlepiejby się nadawała do takiego użytku. Otóż, jak na to, ostatni huragan zwalił pewną ilość jodeł, odpowiadających zupełnie temu celowi. Kilka z nich leżało na ziemi; pozostawało więc tylko obedrzeć je z kory, ale tu właśnie zachodziła główna trudność: narzędzia bowiem, jakie posiadali osadnicy, były niedostatecznemi do takiej pracy. I na to jednak wreszcie znalazła się rada.
Podczas gdy marynarz, przy pomocy inżyniera zajmował się tą robotą, nie tracąc ani godziny; Gedeon Spilett i Harbert także nie próżnowali. Stali się dostarczycielami żywności dla osady. Korespondent nie mógł się dostatecznie nadziwić zadziwiającej zręczności w używaniu łuku i oszczepu, nabytej przez tego chłopca. Harbert okazywał również wielką odwagę, wraz z tą krwią zimną, którąby można słusznie nazwać „wyrozumowanem zuchwalstwem.“ Dwaj ci towarzysze łowów, pamiętni zresztą na zalecenie Cyrusa Smitha, nie wychodzili po za promień dwumilowy obrębu Pałacu Granitowego; i to jednak wystarczało, brzegi bowiem lasu dawały im dostateczną ilość agoutisów, kabyjasów, kangurów, pekarysów itd.; a przytem, jakkolwiek zysk z połapek stał się bardzo nieznacznym od czasu ustania zimna, królikarnia nie przestała dostarczać zwykłej daniny mięsiwa, dostatecznej do wyżywienia całej osady na wyspie Lincolna.
Częstokroć, wśród tych łowów, Harbert wdawał się w rozmowę z Gedeonem Spilettem o owem ziarnku śrótu i o wnioskach, jakie z tego zdarzenia wyciągnął inżynier, i jednego dnia, było to 26. października — rzekł:
— Jednakże, panie Spilett, czy ci się to nie wydaje nadzwyczaj osobliwem, że rozbitki — jeżeli wylądowali jacy na naszą wyspę, nie pokazali się dotychczas w okolicach Granitowego Pałacu?
— Istotnie dziwne to bardzo — odparł korespondent — jeżeli tu się jeszcze znajdują; ale nic w tem zgoła dziwnego, jeżeli już ich nie ma!
— Sądzisz więc pan, że ci ludzie opuścili już wyspę? — spytał Harbert.
— To więcej niż prawdopodobne, mój chłopcze, gdyby bowiem znajdowali się tu przez czas dłuższy, lub przebywali jeszcze obecnie, jakaś okoliczność zdradzićby musiała wreszcie ich bytność.
— Jeżeli jednak mogli się ztąd oddalić — zauważył młody chłopiec — nie byli to więc rozbitki?
— Nie, Harbercie, albo przynajmniej byli to, że się tak wyrażę, rozbitki chwilowe. Możebną jest w istocie rzeczą, że burza wyrzuciła ich na tę wyspę, nie popsuwszy im statku, i że po jej przejściu, puścili się znowu na morze.
— Przyznać potrzeba jedno — rzekł Harbert — że pan Smith zdawał się zawsze więcej obawiać aniżeli pragnąć obecności istot ludzkich na naszej wyspie.
— W samej rzeczy — odparł korespondent — nie przypuszcza on bowiem, ażeby kto inny kręcić się mógł po tych morzach, oprócz Malajczyków, złośliwych urwisów, których warto unikać.
— Nie jest niemożebną rzeczą, panie Spilett — ciągnął dalej Harbert — że dziś lub jutro natrafimy na ślady wylądowania tych ludzi i uzyskamy raz wreszcie pewność pod tym względem.
— Bardzo być może mój chłopcze. Opuszczone obozowisko, ognisko wygasłe, mogą nas naprowadzić na ich ślady, i tego to właśnie szukać będziemy w czasie naszej najbliższej wyprawy.
W dniu, gdy dwaj myśliwcy prowadzili taką rozmowę, znajdowali się właśnie w części lasu, przylegającego do Dziękczynnej i odznaczającego się nader pięknemi drzewami. Pomiędzy innemi, wznosiły się tutaj, wysokie na dwieście stóp prawie, niektóre z owych szyszkowców, zwanych pospolicie „kaurisami“ przez mieszkańców Nowej-Zelandji.
— Przychodzi mi jedna myśl, panie Spilett — rzekł Harbert. — Gdybym też wszedł na wierzchołek jednego z tych kaurisów, mógłbym tym sposobem rozejrzeć się po okolicy na znacznej przestrzeni?
— Myśl to wcale dobra — odrzekł korespondent — idzie tylko o to, czy potrafisz wdrapać się aż na wierzchołek jednego z tych olbrzymów?
— Sprobuję w każdym razie — odparł Harbert.
Poczem silny i zręczny, pochwycił za pierwsze gałęzie, których położenie czyniło dosyć łatwem wdrapywanie się na drzewo, i w kilka chwil dostał się na szczyt, wysterczający nad tą niezmierną płaszczyzną zieleni, którą tworzyły zaokrąglone korony lasu.
Z tego wyniosłego punktu, można było objąć wzrokiem całą przestrzeń południową wyspy, od przylądka Ostrego Szponu do przylądka Wężowego w kierunku południowo-zachodnim. Na północo-zachód wznosiła się góra Franklina, zasłaniająca znaczną część widnokręgu.
Ale Harbert, z wysokości swego obserwatorjum, mógł rozejrzeć się szczególniej po tej nieznanej części wyspy, dającej lub mogącej dawać schronienie obcym, których obecność podejrzewano.
Młody chłopiec rozglądał się z najwyższą uwagą. Po morzu najprzód, ale nic na niem nie było widać. Żadnego żagla, ani na widnokręgu, ani w punktach sposobnych do wylądowania na wyspę. Ponieważ jednak gęstwina drzew zasłaniała w części wybrzeże, możebnem było, iż okręt, szczególniej zaś okręt pozbawiony ożaglowania, przybił blisko do lądu i tym sposobem był niewidzialnym dla Harberta.
W pośród lasu Zachodniej Ręki nic także nie było widać. Las ten tworzył nieprzebite sklepienie, wynoszące wiele mil kwadratowych, bez jednej polanki, bez najmniejszej rzedzizny. Niemożebną było nawet, iść w ślad za biegiem Dziękczynnej i rozpoznać punkt góry, zkąd ta rzeka brała początek. Być może, że i inne wody wypływały ztamtąd ku zachodowi, ale sprawdzić tego nie podobna było żadnym sposobem.
Przynajmniej, jeżeli wszelki ślad obozowiska uchodził uwadze Harberta, czyż nie mógł on pochwycić okiem w powietrzu chociażby jakiego dymu, zdradzającego obecność człowieka? Atmosfera była czysta i najmniejszy wyziew byłby się ostro zarysował na tle nieba.
Przez chwilę zdawało się Harbertowi, że spostrzega leciuchny dym, wznoszący się na zachodzie, ale uważniejsze wpatrzenie się przekonało go, że się mylił. Wytężył wzrok z niezmierną siłą, a miał wyborny. Nie, stanowczo nic tam nie było.
Zeszedł więc z kaurisa i nasi dwaj myśliwcy powrócili do Pałacu Granitowego. Tam, Cyrus Smith, wysłuchawszy opowiadania młodego chłopca, potrząsł głową i nic nie rzekł. Jawnie się okazywało, iż niepodobna było nic wyrzec stanowczego o tej sprawie przed zbadaniem wyspy w całości.
W dwa dni potem — 28. października — zdarzył się inny wypadek, którego wyjaśnienie również wiele do życzenia pozostawiało.
Błądząc po wybrzeżu, o dwie mile od Granitowego Pałacu, Harbert i Nab szczęśliwie trafili na przepyszną zdobycz. Był nią żółw z gatunku olbrzymiego, w skorupie przedstawiającej świetne zielonawe odcienia.
Harbert spostrzegł go, w chwili gdy żółw przemykał się ku morzu.
— Na pomoc, Nabie, na pomoc! — zawołał.
Nab przybiegł.
— Co za piękne zwierzę! — rzekł — ale jak sobie z niem poradzić....
— Nic łatwiejszego, Nabie, — odrzekł Harbert. Przewrócimy go na grzbiet i tym sposobem uciec już nam nie zdoła. Weź no oszczep i pomóż mi.
Płaz, czując niebezpieczeństwo cofnął się w swoją skorupę. Nie widać mu już było głowy, ani nóg i leżał nieruchomy, jak skała.
Tymczasem Harbert i Nab podłożyli okute drążki swoje pod mostek zwierzęcia i połączonemi siłami nie bez trudności zdołali je na grzbiet przewrócić. Żółw ten, długi na trzy stopy, musiał ważyć co najmniej czterysta funtów.
— Wybornie! — zawołał Nab, — otóż to będzie pociecha dla druha Pencroffa.
W istocie druh Pencroff musiałby się tem ucieszyć, ponieważ mięso tych żółwi, żywiących się ziołami, ma nadzwyczaj wyborny smak. W tej chwili powód tej przyszłej pociechy marynarza, pokazywał tylko główkę maleńką, spłaszczoną — ale bardzo rozszerzoną z tyłu przez wielkie zagłębienia skroniowe, ukryte pod kościstem sklepieniem.
— A teraz cóż poczniemy z tą naszą zwierzyną? — rzekł Nab. — Nie zdołamy jej przecież zaciągnąć aż do Granitowego Pałacu.
— To też zostawimy ją tutaj — odparł Harbert — i pewni, że nie ucieknie, bo nie może się obrócić, powrócimy po nią z wózkiem.
— Tak będzie najlepiej.
Nim jednak odeszli, dla większego bezpieczeństwa, Harbert wziął się na sposób, który Nabowi wydał się zbytecznym i podparł zwierzę wielkiemi głazami. Poczem, obadwaj myśliwcy powrócili do Pałacu Granitowego wybrzeżem, które właśnie szeroko odkryło morze w odpływie. Harbert, chcąc sprawić niespodziankę Pencroffowi, nic nie wspomniał o tej świetnej zdobyczy zostawionej na piasku; w dwie godziny potem nasi myśliwcy przybyli z wózkiem na miejsce, gdzie żółw ich oczekiwał. Niestety już go tam nie było!
Nab i Harbert spojrzeli naprzód na siebie, a potem w koło siebie. Przecież tutaj a nie gdzieindziej zostawili żółwia. Młody chłopiec odnalazł nawet głazy, których użył i tym sposobem upewnił się, że się co do miejsca nie myli...
— Hę?... więc te bydlęta umieją się obrócić same, — rzekł Nab....
— Tak się zdaje, — odrzekł Harbert, nie pojmując tego wypadku i przypatrując się głazom rozrzuconym po piasku.
— No, ale co pan Pencroff, to nie będzie rad temu!
— A pan Smith będzie w niemałym kłopocie, jeżeli zechce wytłumaczyć to zniknięcie! — pomyślał Harbert.
— Ba! — odezwał się Nab, pragnący ukryć tę niemiłą przygodę — nie wspominajmy o tem!
— Przeciwnie, Nabie — wspomnimy i to szczegółowo, — odrzekł Harbert.
I obadwaj, wziąwszy wózek niepotrzebnie sprowadzony, powrócili do Granitowego Pałacu.
Tu, przybywszy do warstatu, kędy marynarz i inżynier pracowali społem, Harbert opowiedział całe zdarzenie.
— Ach! niezgrabiasze! — zawołał marynarz. — Wypuścić z rąk pięćdziesiąt zup co najmniej!
— Ależ Pencroffie, — odciął się Nab — nie wyrzucaj nam, że zwierzę uciekło, kiedy ci powiadam, żeśmy je na grzbiet przewrócili!...
— Nie musieliście go więc przewrócić dostatecznie, — zawołał żartobliwie nieubłagany marynarz.
— Niedostatecznie — zaprotestował Harbert.
I opowiedział o tem, jak podparł żółwia głazami.
— Więc to cud chyba! — rzekł Pencroff.
— Zdawało mi się, panie Cyrus, — rzekł Harbert, — że żółwie raz przewrócone na wznak, nie mogą spaść własną siłą na nogi, szczególniej jeżeli są tak duże.
— I słusznie ci się zdawało, moje dziecko, odpowiedział Cyrus Smith.
— A więc, jakżeż się mogło stać?....
— W jakiej odległości od morza zostawiliście tego żółwia? — spytał inżynier, zawiesiwszy robotę i namyślając się widocznie nad tym wypadkiem.
— O piętnaście stóp, co najwięcej, — odpowiedział Harbert.
— I odpływ był właśnie w tej chwili.
— Tak jest, panie Cyrus.
— No, więc czego żółw nie mógł dokonać na piasku, prawdopodobnie dokonał w wodzie. Gdy go przypływ uniósł, obrócił się i popłynął najspokojniej na szerokie morze....
— Ach, jacyż z nas niezgrabiasze! — zawołał Nab.
— To właśnie miałem zaszczyt już wam powiedzieć — rzekł Pencroff.
Cyrus Smith podał to objaśnienie, niewątpliwie możebne. Byłże jednak sam silnie przekonany o jego prawdziwości? Nie ośmielilibyśmy się za to zaręczyć.






ROZDZIAŁ II.
(Pierwsza próba czółna. — Znalezione na wybrzeżu rzeczy z rozbitego statku. — Spławienie takowych do Pałacu Granitowego. — „Przylądek Rozbitków.“ — Spis rzeczy zawartych w skrzyni: narzędzi, broni, instrumentów, odzieży, książek i naczyń. — Czego brak Pencroffowi. — Ewangelja. — Wiersz z Pisma św.)

Dnia 29. października czółenko z kory było gotowe. Pencroff dotrzymał słowa. W pięciu dniach sporządził rodzaj łodzi, której pudło wyplecione było z giętkich pręcików krzewu zwanego „crejimba.“ Jedna ławka umieszczoną była z tyłu, druga w pośrodku, ażeby łodzi nadać trwalszą spójnię, trzecia ławka na przedzie; burta z pachołkami na dwa wiosła i ster do kierowania dopełniały urządzenia statku, którego długość wynosiła dwanaście stóp, a ciężar nie dochodził dwiestu funtów. Spuszczenie łodzi na wodę odbyło się bardzo po prostu. Zaniesiono lekkie czółenko nad sam brzeg morza i postawiono je na piasku, a przypływ wody pochwycił je i uniósł. Pencroff wskoczył w nie natychmiast i począł sterować, poczem przekonał się, że nadawało się wybornie do zamierzonego użytku.
— Hurra! — wrzasnął marynarz, nie wahając się tym sposobem uczcić własny swój tryumf. — Tą maszyną możemy opłynąć dokoła...
— Świat cały? — zapytał Gedeon Spilett.
— Nie, wyspę. Kilka kamyków na spód jako balast, jeden maszt na przodzie i kawałek żagla, który nam kiedyś sfabrykuje pan Cyrus, a zajedziemy daleko! Hola! panie Cyrus, i pan, panie Spilett, i ty Harbercie, i ty Nabie, cóż-to nie spróbujecie nowego statku? Tam do djabła, wszak trzeba się przekonać, czy uniesie nas pięciu!
W samej rzeczy należało się o tem przekonać. Pencroff za jednem poruszeniem steru przybił z czółnem do brzegu przez wąski przesmyk pomiędzy skałami. Postanowiono tego samego dnia jeszcze odbyć próbę z czółnem, puściwszy się wzdłuż brzegów morza aż do pierwszego zakrętu, gdzie się kończył południowy łańcuch skał.
W chwili gdy wsiadali do czółna, Nab zawołał:
— Ależ nie szpetnie zamaka twój okręt, Pencroffie!
— To nic — odparł marynarz. — Drzewo musi wprzód wodą nasiąknąć. Za dwa dni to przejdzie, a łódź nasza nie będzie miała w sobie tyle wody, ile jej jest u pijaka w żołądku. Wsiadajcie!
Wsiedli więc wszyscy a Pencroff wypłynął na pełne morze. Pogoda [była] przepyszna, morze tak spokojne jak gdyby wody jego ujęte były w ciasne brzegi jeziora, a czółenko mogło pruć jego głębie tak bezpiecznie jakby spokojne fale Dziękczynnej.
Nab chwycił za jedno wiosło, Harbert za drugie, a Pencroff pozostał na tyle czółna przy sterze.
Marynarz przepłynął naprzód kanał, i potem trzymał się wzdłuż południowego krańca wysepki. Lekki wiaterek dął od południa. Ani w kanale, ani na pełnem morzu nie było znać najmniejszego kołysania się bałwanów. Długiemi regularnemi falami, których uderzenia zaledwie czuła ciężko wyładowana łódź, wzdymało się morze. Tym sposobem odpłynęli na pół mili od brzegu, zkąd góra Franklina ukazywała się ich oczom w całym swym ogromie.
Poczem Pencroff zwrócił czółno i popłynął na powrót ku ujściu rzeki. Odtąd posuwali się wzdłuż brzegów, które zaokrąglając się w kabłąk aż do zakrętu, zasłaniały całą bagnistą płaszczyznę Tadornów.
Zakręt ów czyli róg oddalony był od Dziękczynnej blisko trzy mile drogi, odległość jego bowiem zwiększała się wskutek zaokrąglenia brzegów. Osadnicy nasi postanowili dotrzeć aż do tego zakrętu i minąć go tylko o tyle, ażeby módz rzucić okiem na wybrzeże ciągnące się ku przylądkowi „Ostrego Szponu.“
Czółno posuwało się zatem wzdłuż brzegów w oddaleniu najwyżej 240 sążni, wymijając skały, któremi gęsto w tej stronie zasiane było morze, a które przypływ począł zakrywać. Ściana granitowa począwszy od ujścia rzeki aż do owego zakrętu zniżała się stopniowo. Były to stosy brył granitowych dziwacznie porozrzucanych, zupełnie różnych od tych, z jakich się składała Wielka Terasa, a przedstawiających widok nader dziki. Zdawało się jakoby w tem miejscu wypróżniony został olbrzymi ładunek skał. Grzbiet ściany śpiczasty, ciągnący się dwie mile wzdłuż krawędzi boru, obnażony był z wszelkiej roślinności, a ów róg skalny wyglądał jak ramię olbrzyma wychylające się z fałdów zielonego rękawa.
Czółno popychane dwoma wiosłami posuwało się lekko po powierzchni wody. Gedeon Spilett z ołówkiem w jednej ręce, z notatkami w drugiej, kreślił w ogólnych zarysach kształty wybrzeża. Nab, Pencroff i Harbert gawędzili ze sobą, przypatrując się tej nieznanej jeszcze części ich posiadłości, a w miarę jak łódź płynęła ku południowi, obydwa przylądki „Szczęk“ zdawały się przysuwać ku sobie i szczelniej zamykać zatokę Stanów Zjednoczonych.
Cyrus Smith milczał tylko i patrzał, a wzrok jego niedowierzający i podejrzliwy zdradzał widocznie, że spogląda na nieznaną sobie i obcą okolicę.
Po trzech kwadransach żeglugi, gdy łódź zbliżała się już prawie do owego zakrętu, a Pencroff gotował się opłynąć go dokoła, Harbert podniosłszy się w łodzi wskazał na jakąś plamę czarną i rzekł:
— Co tam czarnego leży na brzegu?
Wszystkich oczy zwróciły się we wskazanym kierunku.
— W samej rzeczy — odezwał się korespondent — coś tam być musi. Sądziłbym prawie, że to są szczątki z jakiego okrętu rozbitego zagrzebane do połowy w piasku.
— Aha! — zawołał Pencroff — wiem już co to jest!
— Cóż takiego? — zapytał Nab.
— Beczułki, beczułki, i to pewnie nie próżne! — odparł marynarz.
— Przybij do brzegu, Pencroffie! — rzekł Cyrus Smith.
Po kilku uderzeniach wioseł, przybiło czółno do małej przystani, a żeglarze nasi wyskoczyli na brzeg.
Pencroff nie mylił się. Były to dwie beczułki zagrzebane do połowy w piasku, a przymocowane silnie do szerokiej skrzyni, która podtrzymywana przez nie na powierzchni wody, pływała po morzu, dopóki nie została wyrzuconą na brzeg.
— Widać więc, że musiał się okręt jakiś rozbić w okolicach wyspy? — zapytał Harbert.
— Oczywiście — odparł Gedeon Spilett.
— Ale co tam być może w tej skrzyni? — zawołał Pencroff z łatwą do pojęcia niecierpliwością. — Co jest w tej skrzyni? Ze wszystkich stron jest zamkniętą, a nie ma czem rozbić wieka! Aha, spróbuję kamieniem...
I podnosząc z ziemi ciężką bryłę, chciał nią roztrzaskać jednę ze ścian skrzyni, gdy inżynier wstrzymując go za rękę, rzekł:
— Czy możesz, Pencroffie, pohamować twą niecierpliwość przez jednę tylko godzinę?
— Ależ wyobraź sobie, panie Cyrus! Wszak w niej może się znajdować to wszystko, na czem nam zbywa!
— Przekonamy się o tem, Pencroffie — odrzekł inżynier — ale wierz mi, nie gruchoc tej skrzyni, która nam może być przydatną. Zabierzmy ją ze sobą do Pałacu Granitowego, tam ją łatwiej otworzymy bez uszkodzenia. Ona przysposobioną jest do pływania, a skoro dopłynęła tutaj, dopłynie i do ujścia rzeki.
— Masz pan słuszność, panie Cyrus, byłem w błędzie — odparł marynarz — ale człowiek nie zawsze może być panem siebie.
Rada inżyniera była roztropną. W samej rzeczy łódź nie byłaby była w stanie unieść przedmiotów zawartych w skrzyni, która musiała być ciężką, skoro dla podtrzymania jej na wodzie użyto dwóch próżnych beczułek. Lepiej więc było zaciągnąć ją, tak jak była, do podnóża Granitowego Pałacu.
A teraz zachodziło pytanie, zkąd się tu wzięła ta skrzynia? Była to kwestja niezmiernie ważna. Cyrus Smith z towarzyszami swymi rozglądali się uważnie do koła i na kilkaset kroków tam i napowrót przebiegli brzeg morza. Lecz żadnego więcej szczątka nie znaleźli. Z równą uwagą rozpatrywali się także po morzu. Harbert z Nabem wdrapali się na jednę z wysokich skał, lecz cały widnokrąg do koła okazał się pustym. Nie było widać nic zgoła, ani pływających szczątków rozbitego statku, ani żadnego okrętu z żaglami.
A jednak nie było najmniejszej wątpliwości, że jakiś okręt musiał się rozbić w pobliżu. Może nawet wypadek ten miał jaką styczność z owem znalezionem ziarnkiem śrótu? Może obcy jacy przybysze wylądowali w innej stronie wyspy? Może się tam jeszcze znajdowali dotychczas? Oczywiście jednak nasunęła się osadnikom naszym odrazu uwaga, że przybyszami tymi nie mogli być rozbójnicy malajscy, skrzynia bowiem wskazywała zbyt jasno swe pochodzenie amerykańskie lub europejskie.
Osadnicy nasi zgromadzili się wszyscy dokoła skrzyni, która była pięć stóp długą, a trzy stopy szeroką. Zrobioną była z dębiny, bardzo starannie ze wszystkich stron zamkniętą, obciągniętą grubą skórą a pobitą mosiężnemi gwoździami. Obie brzuchate beczułki, zamknięte hermetycznie, które jednak za pierwszem uderzeniem okazały się próżnemi, przymocowane były do niej zapomocą tęgich powrozów zawiązanych w węzły, które Pencroff poznał odrazu jako „węzły marynarskie.“ Skrzynia zdawała się znajdować w zupełnie dobrym stanie, co tłumaczył dostatecznie fakt, że wyrzuconą została na brzeg piasczysty, a nie na rafy. Przypatrzywszy się jej bliżej, można było nawet twierdzić z pewnością, że dopiero od niedawna znajdowała się w wodzie i świeżo przybiła do brzegu. Woda, jak się zdawało, nie musiała wkraść się do środka, a przedmioty zawarte w niej musiały być zupełnie nietknięte.
Widocznem było, że skrzynię tę musiano wyrzucić z tonącego okrętu pędzącego ku wyspie, i że podróżni w nadziei, że skrzynia przybije szczęśliwie do brzegu, gdzie ją później odszukają, za pomocą tego pływającego przyrządu zamierzali utrzymać ją na powierzchni wody.
— Zaciągniemy ze sobą tę skrzynię do Pałacu Granitowego — rzekł inżynier — i spiszemy inwentarz zawartych w niej przedmiotów. Jeśli odszukamy na wyspie którego z tych mniemanych rozbitków, oddamy ją temu do kogo należała. Jeśli zaś nie znajdziemy nikogo....
— Wtedy zatrzymamy ją dla siebie! — zawołał Pencroff. — Ale, na Boga, co też tam w niej być może?
Przypływ morza począł już w tej chwili dosięgać skrzynię i byłby ją niezawodnie uniósł ze sobą. Jeden z powrozów, przymocowujących beczułki został w połowie rozwiązanym, ażeby służyć za cumę mającą ten przyrząd pływający przytwierdzić do łodzi. Poczem Pencroff z Nabem poryli wiosłami piasek w około, ażeby łatwiej było ruszyć skrzynię z miejsca, i wkrótce łódź, ciągnąc za sobą skrzynię, poczęła okrążać z powrotem ów zakręt, któremu dano nazwę: „Przylądek rozbitków.“ Żegluga szła ciężko, a beczułki zaledwie zdołały utrzymać skrzynię po nad wodą. Prócz tego obawiał się marynarz co chwila, ażeby nie oderwała się i nie poszła na spód. Na szczęście jednak obawy jego nie ziściły się, a w półtorę godzinę później — tyle czasu potrzeba było ażeby przebyć tę trzymilową przestrzeń — przybiła łódź do podnóża Granitowego Pałacu.
Wówczas łódź i skrzynię wyciągnęli na piasek, a ponieważ morze poczęło już odpływać, wkrótce więc znaleźli się na lądzie. Nab pobiegł po narzędzia, ażeby odbić skrzynię, tak, by ile możności jak najmniej została uszkodzoną, poczem przystąpiono do inwentarza. Pencroff nie ukrywał wcale swojego wzruszenia.
Marynarz rozpoczął od odwiązania beczułek, które znajdując się w zupełnie dobrym stanie, mogły oczywiście przydać się na coś. Poczem odbito zamek za pomocą obcęgów i wieko odskoczyło.
Wnętrze skrzyni miało drugą powłokę cynkową, snać dlatego, by zawarte w niej przedmioty we wszelkich okolicznościach zabezpieczone były od wilgoci.
— A! zawołał Nab, miałyżby w środku być smażone owoce.
— Mam nadzieję, że nie, odparł korespondent.
— A gdyby też to był... mruknął półgłosem marynarz.
— Co takiego? zapytał Nab posłyszawszy słowa marynarza.
— Nic!
Pokrywę cynkową rozcięto w szerz, odgięto ją po obu bokach skrzyni, poczem stopniowo poczęli wyciągać z niej przedmioty nader różnorodne i składać takowe na piasku. Przy każdym nowym kawałku Pencroff krzyczał na całe gardło: hurra! — Harbert klaskał w dłonie, a Nab tańczył... jak prawdziwy murzyn. Znajdowały się tam między innemi książki, na których widok Harbert omal nie oszalał z radości i narzędzia kuchenne, które Nab mało co nie okrywał pocałunkami!
Zresztą osadnicy nasi mieli wszelki powód być zadowolonymi, skrzynia ta bowiem zawierała rozmaite narzędzia, broń, instrumenta, odzież, książki i oto spis ich dokładny, zamieszczony w notatkach Gedeona Spiletta:

Narzędzia:
  3 noże, każdy o kilku ostrzach.
  2 siekiery do rąbania drzewa.
  2 siekiery do robót ciesielskich.
  3 heble.
  2 toporki.
  1 dłutko obosieczne.
  6 par nożyc.
  2 pilniki.
  3 młoty.
  3 świdry zwykłe.
  2 świdry do wiercenia ziemi.
10 woreczków z gwoździami i śrubkami.
  3 piły rozmaitej wielkości.
  2 pudełka igieł.
Broń:
  2 strzelby skałkowe.
  2 strzelby kapslowe.
  2 karabiny iglicowe.
  5 kordelasów.
  4 szable używane przy walkach okrętowych.
  2 beczułki prochu, zawierające każda po dwadzieścia pięć funtów.
12 pudełek kapsli.
Instrumenta:
  1 sekstant.
  1 lornetka kieszonkowa.
  1 luneta.
  1 pudełko z kompasem.
  1 busola kieszonkowa.
  1 termometr Fahrenheita.
  1 barometr.
  1 pudełko z wszystkiemi przyrządami fotograficznemi, jako to: objektywami, płytami, substancjami chemicznemi i tp.
Odzież:
  2 tuziny koszul z osobliwej tkaniny podobnej do wełny wytworzonej jednak widocznie z włókien roślinnych.
  3 tuziny pończoch z tej samej tkaniny.
Naczynia:
  1 dzbanek żelazny.
  6 rondlów mosiężnych pobielanych.
  3 talerze żelazne.
10 zupełnych nakryć składających się z łyżek, nożów i grabek.
  2 samowary.
  1 piecyk przenośny.
  6 noży stołowych.
Książki:
  1 Biblja zawierająca Stary i Nowy Testament.
  1 atlas jeograficzny.
  1 słownik rozmaitych narzeczy polinezyjskich.
  1 słownik przyrodniczy w sześciu tomach.
  3 ryzy białego papieru.
  2 niezapisane książki rejestrowe.
— Trzeba przyznać, rzekł korespondent, gdy ukończono spis rzeczy, że właściciel tej skrzyni był człowiekiem praktycznym! Narzędzia, broń, instumenta, odzież, naczynia, książki, niczego nie brak! Wydaje się istotnie, jakoby z góry miał zamiar zostać rozbitkiem i naprzód się na to przygotował!

— W samej rzeczy, nie brak niczego, mruknął Cyrus Smith zatopiony w myślach.
— To rzecz pewna, dodał Harbert, że okręt, który wiózł tę skrzynię i właściciel jej nie należał do rozbójników malajskich.
— Chyba, jeżeli jej właściciel popadł w niewolę rozbójników... rzekł Pencroff.
— Przypuszczenie to jest bez żadnej podstawy, odparł korespondent. Prawdopodobniejszem jest, że okręt jakiś amerykański lub europejski zapędzony został w te strony, i że podróżni, chcąc niezbędne przynajmniej przedmioty ocalić, upakowali tę skrzynię i spuścili ją w morze.
— Czy i pan jesteś tego zdania, panie Cyrus? zapytał Harbert.
— W samej rzeczy, moje dziecko, odparł inżynier, to się łatwo mogło wydarzyć. Być może że w chwili rozbicia lub w przewidywaniu tegoż zebrano do tej skrzyni najużyteczniejsze przedmioty, w nadziei odszukania jej później w jakiej stronie wybreża...
— Nawet pudełko z przyrządami fotograficznemi! zauważył niedowierzającym tonem marynarz.
— Co do tego przyrządu, odparł Cyrus Smith, to nie pojmuję jasno użyteczności jego w tym razie, i przydatniejszym byłoby tak dla nas, jak i dla każdych innych rozbitków, kompletniejszy zapas odzieży lub obfitszy broni!
— Lecz czy nie znajdziemy może na tych instrumentach, narzędziach, książkach jakiego znaku lub napisu, po którym moglibyśmy dojść ich pochodzenia? zapytał Gedeon Spilett.
O tem należało się przekonać. Przepatrzono więc uważnie każdy przedmiot z osobna, a zwłaszcza książki, instrumenta i broń. Ani broń, ani instrumenta, wbrew przyjętemu zwyczajowi, nie posiadały znaków fabrykanta; zresztą znajdowały się w wybornym stanie i zdawały się być jeszcze nigdy nieużywane. Tę samą własność posiadały także narzędzia i naczynia; każdy kawałek był całkiem nowy, co wszystko razem świadczyło dobitnie, że nie wrzucano ich do skrzyni na chybił trafił, lecz przeciwnie, że obmyślano dobrze wybór przedmiotów i starannie takowe uporządkowano. Świadczyła o tem także owa druga powłoka metalowa, zabezpieczająca je od wilgoci, której niepodobna było zlutować na prędce.
Co się tyczy słownika przyrodniczego i słownika narzeczy polinezyjskich, obadwa były w języku angielskim, lecz ani nazwisko wydawcy ani data wydawnictwa nie były na nich wyrażone.
Podobnie miała się rzecz z Biblją; było to wydanie angielskie, in quarto, godne uwagi ze względów typograficznych, i zdawało się być często wertowane.
Atlas jeograficzny był przepysznym egzemplarzem, zawierał mapy całego świata i kilka kart morskich płaszczyzno-kolistych układu Mercatora[1], z nomenklaturą francuską, — nie posiadał jednak także ani daty wydawnictwa, ani nazwiska wydawcy.
Wszystkie te przedmioty zatem nie posiadały żadnej oznaki zdradzającej ich pochodzenie, ani też nic takiego, po czem by się można było domyślać do jakiej narodowości należał okręt, który niedawno mijał te strony. Skąd bądź jednak pochodziła ta skrzynia, osadników wyspy Lincolna zamieniała w bogaczów. Dotychczas przerabiając surowe płody natury, sami, własnemi siłami wytwarzali wszystko i dzięki swej inteligencji potrafili dać sobie radę. Lecz czy nie wydawało się tak, jakoby Opatrzność chciała im to wynagrodzić, zsyłając im te różnorodne utwory ludzkiego przemysłu? Jednogłośnie zatem wzniosły się ich dziękczynne modły ku niebu.
Mimo to jeden z nich nie był zupełnie zadowolonym. A tym był Pencroff. Zdaje się, że skrzynia nie zawierała jednej rzeczy, do której niezmierną przywiązywał wartość, i w miarę jak wydobywano z niej różne przedmioty, jego „hurra!“ stawało się coraz słabszem, a po ukończeniu inwentarza, słychać było, jak mruknął pod nosem:
— Wszystko to pięknie i dobrze, lecz obaczycie, że dla mnie w tem pudle nie ma nic!
To spowodowało Naba do zapytania.
— A czego żeś się to, przyjacielu Pencroff, spodziewał?
— Pół funta tytoniu! odparł poważnie Pencroff, wtedy by mi niczego więcej do szczęścia nie brakowało!
Na tę uwagę marynarza, towarzysze jego nie mogli powstrzymać uśmiechu.
Z całego tego odkrycia jednak wynikała teraz więcej niż kiedykolwiek konieczność dokładnego zwidzenia całej wyspy. Postanowiono zatem nazajutrz skoro świt ruszyć w drogę w górę korytem Dziękczynnej, tak, ażeby dotrzeć do zachodnich wybrzeży. Jeżeliby przypadkiem kilku rozbitków wylądowało w tej stronie wyspy, łatwo być mogło, że byli ogołoceni z wszelkich środków do życia, a w takim razie należało niezwłocznie przyjść im z pomocą.
Cały ten dzień upłynął na znoszeniu znalezionych przedmiotów do Pałacu Granitowego, i systematycznem takowych uporządkowaniu we wielkiej sali.
Tego dnia — 29. października — była właśnie niedziela, i Harbert przed spoczynkiem zagadnął inżyniera, czyliby nie chciał przeczytać im jakiego ustępu z Ewangielji.
— Z ochotą, odparł Cyrus Smith.
Wziął więc do rąk świętą tę księgę i już chciał ją otwierać, gdy Pencroff chwycił go za rękę i rzekł:
— Panie Cyrus, jestem zabobonnym. Otwórz pan książkę na chybił trafił i odczytaj nam pierwszy wiersz, który wpadnie panu w oko. Obaczymy, czyli da się zastosować do naszego położenia.
Cyrus Smith uśmiechnął się na te słowa marynarza, i czyniąc zadość jego życzeniu, otworzył Ewangelję właśnie w miejscu, w którem tkwił znaczek między stronicami.
I nagle wzrok jego padł na krzyż nakreślony czerwonym ołówkiem przy wierszu 8mym rozdziału III. Ewangelji św. Mateusza.
Odczytał zatem wiersz ten opiewający w te słowa:
Proście a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie.






.
ROZDZIAŁ III.
(Odjazd. — Przypływ morza. — Wiązy i obrostnice. — Rozmaite rośliny i krzewy. — Jakamar. — Widok boru. — Olbrzymie eucalyptusy. — Skąd pochodzi ich nazwa „drzew gorączkowych“. — Gromady małp. — Wodospad. — Nocleg).

Nazajutrz — 30go października — wszystko było gotowe do zamierzonej wyprawy w głąb wyspy, którą ostatnie zdarzenia jeszcze niezbędniejszą uczyniły. W istocie przybrały rzeczy obrót taki, że osadnikom wyspy Lincolna słusznie mogło się wydawać, że nie oni potrzebować pomocy, lecz drugim nieść mogą takową.
Postanowiono zatem płynąć tak daleko w górę korytem Dziękczynnej, jak daleko czółnem się to da uskutecznić. Tym sposobem znaczną część drogi można było przebyć bez trudu, a osadnikom byłoby możliwem zapasy żywności i broń przenieść na punkt bardziej wysunięty na zachód.
W samej rzeczy bowiem trzeba było pamiętać nietylko o przedmiotach, które brano ze sobą, lecz także z góry i o tych, które dzięki szczęśliwemu trafowi, przyszłoby może zawieść ze sobą do Pałacu Granitowego. Jeżeli bowiem w istocie przy wybrzeżach tych rozbił się jaki okręt, jak to wszystkie okoliczności pozwalały przypuszczać, w takim razie spodziewać się można było znaleść jeszcze wiele innych szczątków i resztek z rozbitego okrętu, wyrzuconych przez morze na brzeg. W takim razie wózek bez wątpienia byłby przydatniejszym od kruchego czółenka; lecz wózek ten ciężki i niezgrabny trzeba było ciągnąć samemu, co rzecz znacznie utrudniało. Okoliczność ta zniewoliła Pencroffa do wyrażenia ubolewania, że znaleziona przez nich skrzynia, oprócz owego „pół funta tytoniu“, nie zawierała także jednej pary tęgich koni, rasy nowo-jerseyskiej, które dla osady byłyby niezmiernie użytecznemi!
Zapasy żywności, które Nab spakował do czółna, składały się z konserwów mięsnych i z kilka galonów piwa, tudzież likieru wyfermentowanego, to znaczy było żyć o czem przez trzy dni — taki bowiem najdłuższy przeciąg czasu przeznaczył Cyrus Smith na wyprawę. Zresztą liczono i na to, że w razie potrzeby można było po drodze odnowić zapasy, a Nab nie zapomniał wziąć ze sobą mały piecyk, dający się łatwo przenosić z miejsca na miejsce.
Z narzędzi wzięli ze sobą osadnicy dwie siekiery do rębania drzewa, które miały służyć do torowania sobie drogi w gąszczach leśnych, a z instrumentów: lunetę i busolę kieszonkową.
Co się tyczy broni wybrano dwie strzelby skałkowe, przydatniejsze na wyspie niżeli strzelby nowszego systemu, pierwsze bowiem, biły za pomocą krzemieni, które łatwo było zastąpić nowemi, podczas gdy drugie wymagały sztucznych kapsli, których zapas przy częstem używaniu prędko mógł się wyczerpać. Mimo to wzięli także ze sobą jeden karabin i kilka gotowych nabojów. Trzeba było także wziąć ze sobą pewien zapas prochu, którego w obu beczułkach mieściło się około pięćdziesiąt funtów, inżynier jednak miał nadzieję, że uda mu się sfabrykować rodzaj masy eksplodującej, przez co możnaby było proch zaoszczędzić. Prócz broni palnej wzięto także pięć kordelasów, opatrzonych skórzanemi pochwami. Tak opatrzeni i uzbrojeni mogli się osadnicy nasi zapuścić w głąb tych nieprzejrzanych borów, z pewną otuchą, że w każdym razie potrafią dać sobie radę.
Zbytecznem byłoby dodawać, że Pencroff, Harbert i Nab, widząc się tak uzbrojonymi, znaleźli się u kresu swych marzeń, chociaż Cyrus Smith wymógł na nich obietnicę, że ani jednego strzału nie dadzą na wiatr.
O godzinie szóstej z rana pchnięto czółno na morze. Zabrali w niem miejsce wszyscy, nie wyjmując Topa i popłynęli ku ujściu Dziękczynnej.
Morze dopiero od pół godziny poczęło się podnosić. Mieli zatem przed sobą jeszcze kilka godzin przypływu, z których należało korzystać, później bowiem, podczas odpływu musieliby płynąć przeciw prądowi, coby znacznie utrudniało żeglugę. Przypływ był już dość silny, za trzy dni bowiem przypadała pełnia księżyca, a czółno, które trzeba było tylko utrzymywać w prądzie rzeki, mknęło chyżo między oboma stromemi brzegami, bez popychania go wiosłami.
W kilku minutach przybili podróżnicy nasi do kolana, które tworzyła Dziękczynna, właśnie do owego rogu, w którym Pencroff siedm miesięcy przedtem sporządził był pierwszy spław drzewa.
Po za tym dość spiczastym zakrętem, rzeka, zaokrąglając się, pędziła ukośnie w południowo-zachodnim kierunku, pod cieniem olbrzymich drzew szyszkowych, lśniących wieczną zielenią.
Brzegi Dziękczynnej przedstawiały widok cudowny. Cyrus Smith z towarzyszami swoimi mogli tylko podziwiać owe cudne efekta, jakie natura wydobywa tak łatwo za pomocą wody i drzew. W miarę jak płynęli coraz dalej, zmieniały się przed ich oczyma rodzaje leśnych obrazów. Na prawym brzegu rzeki piętrzyły się amfiteatralnie przepyszne „ulmacae“, owe drogocenne wiązy, tak poszukiwane przez budowniczych, a posiadające własność długiego utrzymywania się w wodzie. Dalej liczne grupy drzew należących do tej samej klasy, między innemi obrostnice rodzące migdały, z których wyrabia się oliwę nader użyteczną. Dalej zauważył Harbert kilka „lardizabalów“, których giętkie gałęzie wymoczone w wodzie, nadają się na tęgie powrozy, tudzież dwa lub trzy pnie drzew hebanowych, pięknego czarnego koloru, dziwacznie żyłkowanego.
Od czasu do czasu, w miejscach gdzie łatwiej było wydobyć się na brzeg, zatrzymywało się czółno. Wówczas Gedeon Spilett, Harbert i Pencroff ze strzelbami w rękach, z Topem na czele, postępowali wzdłuż brzegu. Nie mówiąc już o zwierzynie, łatwo napotkać mogli jaką użyteczną roślinę, wcale nie do pogardzenia, a młody nasz przyrodnik widział swe życzenia najzupełniej ziszczone, odkrył bowiem rodzaj dzikiego szpinaku, z rodzaju „mączyńców“, i liczne okazy roślin krzyżowych, należących do rodzaju kapuścianego, dającego się łatwo uszlachetnić przez przesadzenie, jako to: rzerzuchę, rzodkiew, rzepę i w końcu małe bujnie rozgałęzione łodygi, z lekka kosmate, wysokości jednego metra, wydające ziarna brunatnego prawie koloru.
— Wiesz ty co to za roślina? zapytał Harbert marynarza.
— Tytoń! zawołał Pencroff, który prawdopodobnie ulubionej swej rośliny nie widział nigdy inaczej, jak tylko we fajce.
— Nie, Pencroffie! odparł Harbert, to nie tytoń, to musztarda!
— Niech będzie i musztarda! odrzekł marynarz; ale jeśli przypadkiem znajdziesz gdzie źdźbło tytoniu, to proszę cię, nie gardź niem.
— Znajdziemy go kiedyś! rzekł Gedeon Spilett.
— Doprawdy! zawołał Pencroff. To wtedy dalibóg nie będę już wiedział, czegoby jeszcze brakowało na naszej wyspie!
Rozmaite te rośliny powyrywane starannie z korzeniem, zaniesiono do czółna, którego nie opuszczał Cyrus Smith, zatopiony ustawicznie w rozmyślaniach.
Korespondent, Harbert i Pencroff wylądowywali tym sposobem kilkakrotnie, bądź to na prawym brzegu Dziękczynnej, bądź na lewym. Lewy brzeg był mniej stromy, za to prawy bardziej lesisty. Inżynier, obserwując swą busolą, mógł poznać łatwo, że brzeg rzeki począwszy od pierwszego kolana, zakręcał się znacznie w kierunku południowo-zachodnim i północno-wschodnim, a na przestrzeni blisko trzech mil ciągnął się w prostej prawie linji. Prawdopodobnem było jednak, że kierunek ten później się zmieni i że Dziękczynna zwróci się napowrót ku północno-wschodniemu kierunkowi, ku poprzecznym pasmom góry Franklina, które swemi potokami musiały ją bezwątpienia zasilać.
Podczas jednej z takich wycieczek, udało się Gedeonowi Spilettowi schwytać żywcem dwie pary dzikich kur. Były to ptaki z długiemi i cienkiemi dziobami, z wysmukłemi szyjami, krótkiemi skrzydłami i bez znaku ogona. Harbert nazwał je „tinamusami,“ i postanowiono zaludnić niemi pierwszemi podwórko nowego gospodarstwa.
Dotychczas jeszcze nie odezwały się były strzelby, a pierwszy huk, który się rozległ w tym borze Zachodniej Ręki, spowodowało zjawienie się pięknego ptaka, podobnego z powierzchowności do zimorodka.
— Poznaję go! — zawołał Pencroff — i można rzec śmiało, że strzał padł prawie pomimo jego woli.
— Co pan poznajesz? — zapytał korespondent.
— Ptaka, który nam uciekł przy pierwszej naszej wycieczce, i którego nazwiskiem ochrzciliśmy tę część boru.
— Jakamar! — zawołał Harbert.
Był to w samej rzeczy jakamar, piękny ptak, którego twarde nieco pierze posiada połysk metaliczny. Kilka ziarnek śrótu ściągnęło go na ziemię, a Top zaniósł go do czółna, wraz z pół tuzinem gądzieli, z rodzaju ptaków łażących, wielkości gołębia, barwy zielonawej, z częścią skrzydeł koloru karmazynowego i z czubem prosto sterczącym z białą obwódką. Harbertowi należał się honor tego strzału i był z niego dumnym nie mało. Gądziele były lepsze na zwierzynę niżeli jakamar, który ma mięso trochę łykowate, lecz trudnoby było przekonać Pencroffa, że nie ubił tym razem wcale króla wszech-ptactwa jadalnego.
Była już godzina dziesiąta z rana, gdy czółno dopłynęło do drugiego kolana Dziękczynnej, oddalonego około pięć mil od jej ujścia. Zatrzymano się w tem miejscu na śniadanie, a przestanek ten pod sklepieniem rozłożystych pięknych drzew trwał pół godziny.
Szerokość rzeki wynosiła jeszcze w tem miejscu sześćdziesiąt do siedmdziesięciu stóp, a głębokość łożyska pięć do sześciu stóp. Inżynier zauważył, że wiele potoków wpadało po drodze do rzeki, lecz były to tylko proste strumyki, wcale nie spławne. Co się tyczy boru, i to tak lasu jakamarowego jak i lasu Zachodniej Rzeki, ten ciągnął się nieprzejrzaną, nieskończoną puszczą. Ani pod niebotycznem sklepieniem zastępów, ani na drzewach rosnących wzdłuż brzegów Dziękczynnej, nie było znać śladu ludzkiej stopy. Podróżnicy nie znaleźli żadnego znaku podejrzanego, i oczywistem było, że nigdy siekiera nie tknęła tych drzew, że nigdy nóż pjonierski nie przecinał tych splotów wikliny wijącej się od jednego pnia do drugiego, wśród gęstych krzaków i wysokiej trawy. Jeśli rozbitki jacy wylądowali w istocie na wyspę, nie musieli jeszcze opuścić wybrzeży, i z pewnością nie pod gęstem sklepieniem puszczy należało szukać pozostałych przy życiu mniemanych rozbitków.
Inżynier zdradzał zatem pewien pośpiech w chęci dotarcia do zachodnich wybrzeży wyspy Lincolna, oddalonych jeszcze wedle jego obliczenia najmniej pięć mil. Przedsięwzięto więc dalszą żeglugę, i pomimo że rzeczywisty kierunek Dziękczynnej zdawał się zmierzać zamiast ku zachodnim wybrzeżom raczej ku górze Franklina, postanowiono nie opuszczać czółna, dopóki stanie dość wody, aby je unieść. Tym sposobem oszczędzano zarówno trudów jak czasu, gdyż inaczej trzeba by było siekierą torować sobie drogę w pośród gąszczy.
Wkrótce jednak pęd wody ustał zupełnie, czy to dla tego, że morze zaczęło opadać — a właśnie o tej godzinie powinno było zacząć opadać — czy też dla tego, że przypływ morza w tej odległości od ujścia Dziękczynnej nie dawał się czuć więcej. Trzeba więc było chwycić za wiosła. Nab z Harbertem zajęli swe ławki. Pencroff zasiadł przy sterze i puszczono się dalej korytem rzeki.
Zdawało się wówczas, że bór od strony Zachodniej Rzeki począł zwolna rzednieć. Drzewa były mniej natłoczone, a nawet często stały odosobnione. Lecz właśnie dla tego, że były rzadziej porozrzucane, tem pełniej korzystały z wolnego świeżego powietrza, które je otaczało i były wspaniałe.
Co za cudowne okazy flory tych stref. Sama obecność ich wystarczyłaby była niezawodnie botanikowi do natychmiastowego oznaczenia równoleżnika przerzynającego wyspę Lincolna!
— Eucalyptusy! zawołał nagle Harbert.
Były to w samej rzeczy te przepyszne drzewa, ostatnie olbrzymy stref pozazwrotnikowych, współplemienniki eucalyptusów rosnących w Australji i w Nowej Zelandji, które to części świata położone są pod tym samym stopniem geograficznej szerokości, co wyspa Lincolna. Niektóre z nich wznosiły się do wysokości dwustu stóp. Pień ich posiadał u samego podnóża dwadzieścia stóp obwodu, a kora ich pokryta siecią żył napełnionych wonną żywicą, miała do pięciu cali grubości. Nic cudowniejszego lecz zarazem osobliwszego, jak te olbrzymie okazy z rodziny Mirtowatych, których liście profilem zwracały się do światła i aż do samej ziemi przepuszczały promienie słoneczne!
U stóp tych eucalyptusów świeża zieloność pokrywała ziemię, a z murawy zrywały się gromady małych ptaszków połyskujących w kaskadach światła jak skrzydlate karbunkuły.
— O to mi drzewa! zawołał Nab, lecz czy przydadzą się na co?
— Ba! odparł na to Pencroff. Tak jak mamy olbrzymów-ludzi, tak samo muszą być także i olbrzymy roślinne. Lecz to się nie przyda na nic, chyba tylko aby się dać pokazywać po jarmarkach!
— Zdaje mi się, że jesteś w błędzie Pencroffie, odparł Spilett, i że drzewo eucalyptusowe zaczyna być teraz używane bardzo korzystnie do robót stolarskich.
— A ja dodam, ozwał się Harbert, że eucalyptusy te należą do rodziny liczącej wiele innych jeszcze pożytecznych członków i tak: drzewo gojawowe rodzące gojawy; drzewo gwoździkowe wydające gwoździki korzenne; drzewo granatowe rodzące granaty i eugenia cauliflora której owoce służą do fabrykowania niezłego wina; mirt ugni zawierający wyborny płyn alkoholiczny; mirt caryophyllus, którego kora składa się z wielce cenionego cynamonu; krzew pimentowy (eugenia pimenta) dający pieprz jamajski; mirt właściwy, którego jagody zastąpić mogą pieprz; eucalyptus robusta wydający rodzaj wybornej manny; eucalptus Gunci którego sok wskutek fermentacji przemienia się w piwo; wreszcie wszystkie owe drzewa znane pod nazwą „drzew życiodajnych“ lub „drzew żelaznych“ należące do rodziny Mirtowatych, której liczymy czterdzieści sześć rodzajów i tysiąc trzysta gatunków.
Dano się wygadać młodemu chłopcu, który z wielkim zapałem wygłaszał swoją lekcję botaniki. Cyrus Smith słuchając uśmiechał się, a Pencroff słuchał z wyrazem dumy niepodobnym do opisania.
— Dobrze więc, Harbercie rzekł Pencroff, ale jabym przysiągł, że wszystkie te okazy pożyteczne, które tu wyliczyłeś, nie są wcale takiemi olbrzymami, jak te!
— W samej rzeczy Pencroffie.
— To też popiera zdanie, które właśnie wypowiedziałem, odparł marynarz: że olbrzymy są do niczego!
— Otóż w tem się mylisz Pencroffie, odezwał się na to inżynier, i właśnie te olbrzymie eucalyptusy, pod których sklepieniem spoczywamy, służą do czegoś.
— Do czego też?
— Do czyszczenia powietrza w krajach, w których rosną. — Wiesz jak się nazywają w Australji i Nowej Zelandji?
— Nie wiem, panie Cyrus.
— Nazywają je „drzewami gorączkowemi.“
— Czy dla tego, że sprowadzają gorączkę?
— Nie, dla tego że od niej chronią!
— Dobrze zanotuję to sobie, rzekł korespondent.
— Zanotuj to, kochany Spilett, zdaje się bowiem być faktem stwierdzonym, że obecność eucalyptusów wystarcza do zneutralizowania wpływu miazmów gorączkowych. Próbowano tego naturalnego środka prezerwatywnego w niektórych krajach południowej Europy, tudzież północnej Afryki, gdzie ziemia była absolutnie szkodliwą zdrowiu, a stan zdrowia mieszkańców polepszał się coraz bardziej. W okolicach zarosłych lasami mirtowemi nie panują więcej gorączki perjodyczne. Fakt ten nie ulega więcej żadnej wątpliwości i jest to okoliczność nader przyjemna dla nas, mieszkańców wyspy Lincolna.
— Ach! co to za wyspa! co to za wyspa błogosławiona! zawołał Pencroff. Powiadam wam, że nie brak na niej niczego... z wyjątkiem...
— Będzie i to Pencroffie, znajdzie się i to, odparł inżynier; lecz teraz zabierzmy się znów do żeglugi i płyńmy tak długo, jak długo rzeka potrafi unieść czółno!
Puszczono się więc dalej w podróż, co najmniej dwie mile, wśród okolicy pokrytej eucalyptusami górującemi po nad wszystkie drzewa rosnące w tej części wyspy. Pokrywały one nieprzejrzaną przestrzeń po obu brzegach Dziękczynnej, której kręte łożysko wiło się wśród wysokich zieleniejących brzegów. Nieraz łożysko to zamykały wysokie krzewy, a nawet ostre skały utrudniające znacznie żeglugę. Przeszkadzały one poruszaniu wioseł i Pencroff musiał z tyłu żerdzią popychać. Czuć było także, że dno wznosiło się coraz wyżej, i że niebawem czółno dla braku wody będzie musiało stanąć. Słońce zachodziło już na widnokręgu i rzucało na ziemię olbrzymie cienie drzew. Cyrus Smith widząc, że niepodobna było tego dnia dotrzeć do zachodnich wybrzeży wyspy, postanowił stanąć noclegiem na tem samem miejscu, w którem żegluga dla braku wody zostałaby wstrzymaną.
Według jego obliczenia oddzielało ich od wybrzeży jeszcze jakie pięć do sześć mil; była to odległość zbyt wielka, by można się odważyć przebyć ją nocą wśród tych nieznanych borów.
Łódź popychana zatem bez przerwy mknęła wśród lasu, który zwolna gęstniał znowu i zdawał się nawet bardziej zaludniać, gdyż jeśli nie mylił wzrok marynarza, zdawał się tenże dostrzegać gromady małp skaczących przez zarośla. Niekiedy nawet dwoje lub troje tych zwierząt zatrzymywało się w pewnem oddaleniu od czółna i spoglądało na naszych podróżnych nie objawiając najmniejszej trwogi, jakby widząc po raz pierwszy dopiero ludzi, nie nauczyły się jeszcze ich lękać. Z łatwością byłoby przyszło ubić kilka tych czwororękich postrzałami, lecz Cyrus Smith sprzeciwiał się tej niepotrzebnej rzezi, która dla zapalonego Pencroffa była nie małą pokusą. Odradzała ją zresztą sama roztropność, małpy te bowiem obdarzone niepospolitą siłą i zręcznością mogły być niebezpieczne i lepiej było nie drażnić ich niewczesną całkiem napaścią.
Prawda, że marynarz zapatrywał się na małpę ze stanowiska czysto kulinarnego, i w samej rzeczy zwierzęta te, wyłącznie trawożerne dają wyborną zwierzynę; lecz ponieważ na żywności nie zbywało, więc byłoby zupełnie niepotrzebnem trwonić amunicję na wiatr.
Około godziny czwartej żegluga stała się nader uciążliwą, łożysko rzeki bowiem tamowały wodne zielska i skały. Brzegi stawały się coraz wyższemi i rzeka torowała sobie drogę wśród pierwszych pasm góry Franklina. Niedaleko już zatem musiało być do jej źródeł, gdyż takowe zasilane były przez potoki spadające z południowych stoków góry.
— Nie minie kwadrans, rzekł marynarz, a będziemy się musieli zatrzymać, panie Cyrus.
— To się zatrzymamy, Pencroffie, i urządzimy sobie nocleg.
— Jak daleko może być z tąd do Pałacu Granitowego? zapytał Harbert.
— Mniej więcej siedm mil, odparł inżynier, wliczając w to wszystkie zygzaki i zakręty rzeki, które nas zawiodły w kierunku północno-zachodnim.
— Czy będziemy płynąć dalej? zapytał korespondent.
— Jak daleko się tylko da, odparł Cyrus Smith. — Jutro, skoro świt, opuścimy czółno, przebędziemy w dwóch godzinach, jak sądzę, przestrzeń dzielącą nas od morza, i tym sposobem zostanie nam prawie cały dzień do zwidzenia wybrzeży.
— Naprzód więc! odrzekł Pencroff.
Niebawem jednak poczęła łódź trącać o kamieniste dno rzeki; w tem miejscu nie była szerszą nad dwadzieścia stóp. Gęsta altana zasklepiała się przed jej korytem i pogrążała je w mrok półcieniu. Słychać było dość wyraźny szmer wodospadu, który świadczył, że kilkaset kroków dalej znajdowała się naturalna zapora.
I w samej rzeczy, gdy minęli ostatni zakręt rzeki, ukazał się im wśród zarośli i drzew szumiący wodospad. Czółno utknęło o dno, i w kilka minut później stało przymocowane do pala przy prawym brzegu rzeki.
Była wtedy godzina mniej więcej piąta. Ostatnie promienie słońca przedzierały się przez gąszcz i padały ukośnie na wodospad, którego kroplisty pył połyskiwał tęczowemi barwami. Po za nim gubiło się łożysko rzeki wśród zarośli, podsycane zapewne przez jakieś źródło ukryte. Rozliczne strumyki, które po drodze wpadały do niej, wzbierały po niżej do wielkości rzeki, lecz w tem miejscu była ona tylko przezroczystym, płytkim potoczkiem.
W cudownem tem miejscu rozbito koczowisko. Podróżnicy nasi wylądowawszy rozniecili ogień pośród grupy rozłożystych obrostnic, w których gałęziach Cyrus Smith wraz z towarzyszami swoimi znaleźliby w razie potrzeby schronienie na noc.
Wygłodniali spożyli wieczerzę z wilczym apetytem, należało tylko myśleć o spaniu. Lecz jakieś ryki podejrzane dały się słyszeć z wieczora, dołożono drew do ognia na noc, ażeby migocące jego płomyki ochraniały spiących. Nab z Pencroffem czuwali nawet kolejno, nie szczędząc paliwa. Być może, że wzrok ich nie mylił, gdy zdawali się dostrzegać cienie zwierząt krążących dokoła koczowiska, bądź wśród zarośli bądź też wśród gałęzi drzew; noc jednak przeszła bez żadnego zdarzenia, i nazajutrz, 31go października, o godzinie piątej zrana, wszyscy już byli na nogach, gotowi do dalszej godróży.






ROZDZIAŁ IV.
(W drodze ku wybrzeżom. — Gromady małp. — Nowy potok. — Dlaczego nie znać na nim przypływu morza? — Leśne wybrzeża morskie. — Przylądek Jaszczura. — Gedeon Spilett budzi zazdrość w Harbercie. — Petardy bambusowe)

Była godzina szósta z rana, gdy osadnicy nasi, zjadłszy pierwsze śniadanie, puścili się dalej w drogę, z postanowieniem dojścia jak najkrótszą drogą do zachodnich wybrzeży wyspy. Zachodziło pytanie: ile też czasu będą potrzebowali? Cyrus Smith twierdził że dwie godziny, zależało to jednak bezwątpienia od przeszkód jakieby im w drodze stawały. Ta część lasu Zachodniej Ręki zdawała się natłoczoną drzewami, jak gdyby olbrzymia gąszcz najróżnorodniejszej roślinności. Wynikała więc z tego prawdopodobnie konieczność torowania sobie drogi przebojem przez zarośla, krzaki, ljany, z siekierą w ręku — a przytem i ze strzelbą, zważywszy owe ryki zwierząt słyszane w nocy.
Położenie koczowiska, w którem spędzili tę noc, dało się oznaczyć dokładnie przez położenie góry Franklina, a ponieważ wulkan wznosił się na północy, w odległości najmniej trzech mil, wypadało więc tylko puścić się prosto w kierunku południowo-zachodnim, ażeby dotrzeć do zachodnich wybrzeży.
Przymocowawszy starannie łódź, ruszono w drogę. Pencroff z Nabem zabrali zapasy mogące wyżywić drużynę naszą co najmniej przez dwa dni. O polowaniu nie było już mowy, a inżynier zalecił nawet towarzyszom swoim zaniechać wszelkiego niepotrzebnego łoskotu, ażeby w okolicach wybrzeży nie zdradzić swej obecności.
Pierwsze uderzenia siekiery rozległy się między krzakami drzew mastykowych, nieco powyżej wodospadu, poczem Cyrus Smith z bussolą w dłoni wskazał dalszy kierunek drogi.
Bór składał się w tem miejscu po większej części z drzew widzianych już w pobliżu jeziora i Wielkiej Terasy. Były to deodary, duglasy, kazuarinasy, gumowce, eucalyptusy, smoczaki, hibiskusy, cedry i inne krzewy po większej części średnich rozmiarów, wielka ich gęstość bowiem tamowała ich rozwój. Osadnicy więc nasi bardzo zwolna tylko mogli postępować naprzód, przerąbując sobie drogę, która, według mniemania inżyniera, zaprowadzić ich musiała dalej do koryta Czerwonego Potoku.
Od pierwszego kroku począwszy, spuszczali się osadnicy nasi w dół po niskich stokach tworzących system orograficzny wyspy, po gruncie bardzo suchym, którego bujna roślinność jednak świadczyła bądź o podziemnej sieci wód, bądź o bliskości jakiegoś potoku. Mimo to Cyrus Smith nie przypominał sobie, ażeby podczas wycieczki swej do krateru dostrzegł był na wyspie inny jeszcze jaki potok, prócz Czerwonego Potoku i Dziękczynnej.
W pierwszych godzinach drogi spotykano gromady małp, które zdawały się okazywać najwyższe zdumienie patrząc na ludzi, których widok był dla nich zupełną nowością. Gedeon Spilett zapytał żartobliwie, czyli te zwinne i krzepkie czwororękie stworzenia nie uważały też przypadkiem jego i towarzyszy jego za swych odrodnych braci! I mówiąc prawdę, piechury nasi, dla których na każdym kroku krzaki, ljany i pnie tworzyły przeszkody i zapory, nie prezentowali się wcale świetnie przy tych zwinnych stworzeniach, skaczących wolno z gałęzi na gałęź, niewstrzymywanych żadną przeszkodą. Wielka była mnogość tych małp, na szczęście jednak nie objawiały żadnych nieprzyjacielskich zamiarów.
Spotkali także kilka dzików, kilka agutisów, kangurusów i innych gryzoniów, tudzież dwa lub trzy kulasy, którym Pencroff z wielką ochotą byłby dał zażyć kilka pigułek śrótu.
— Cóż, kiedy polowanie wzbronione! powtarzał. Skaczcie więc, przyjaciele moi, biegajcie i latajcie sobie w pokoju! Z powrotem pomówimy z sobą słóweczko!
O godzinie wpół do dziesiątej z rana wstrzymał ich nagle w drodze, którą postępowali prosto w kierunku południowo-zachodnim, nieznany jakiś potok, trzydzieści do czterdziestu stóp szeroki, który płynąc wartko spadzistem korytem i łamiąc się o niezliczone skały, z głośnym pędził łoskotem. Potok ten był głęboki i przejrzysty, lecz do żeglugi zupełnie niesposobny.
— Jesteśmy więc odcięci! zawołał Nab.
— Bynajmniej! odparł Harbert, wszak to niewielki potoczek, potrafimy go wpław przebyć!
— Nie potrzeba, odrzekł Cyrus Smith. Potok ten płynie widocznie do morza. Idźmy więc tylko brzegiem jego, a dziwiłbym się bardzo, gdyby nas nie zawiódł bardzo sumiennie do wybrzeża. Dalej w drogę!
— Chwilkę jeszcze, ozwał się korespondent. A jak nazwiemy ten potok, przyjacielu? Nie pozostawiajmy w naszej jeografji żadnych luk.
— Słusznie! rzekł Pencroff.
— Nazwij ty go, moje dziecię, rzekł inżynier zwracając się do Harberta.
— Możeby lepiej było wstrzymać się dopóki go nie poznamy aż do samego ujścia? zauważył Harbert.
— Niech i tak będzie, odparł Cyrus Smith. Idźmy więc za nim bez przerwy.
— Jeszcze chwileczkę! ozwał się Pencroff.
— Cóż takiego? zapytał korespondent.
— Chociaż polowanie jest wzbronione, rybołówstwo, jak sądzę, jest dozwolone, — rzekł marynarz.
— Nie mamy czasu do stracenia, odparł inżynier.
— O! tylko pięć minut! rzekł Pencroff. Upraszam tylko o pięć minut zwłoki w interesie naszego śniadania.
Pencroff, położywszy się na brzegu, zanurzył ręce w bystry prąd wody i wyciągnął wkrótce kilka tuzinów pięknych raków, od których mrowiło się pomiędzy skałami.
— Oto mi rzecz! zawołał Nab, przychodząc w pomoc marynarzowi.
— Wszak mówię wam, że oprócz tytoniu jest wszystko na tej wyspie! mruknął Pencroff z westchnieniem.
Cały ten połów cudowny nie wymagał nawet pięciu minut czasu, gdyż raków było w potoku co niemiara. Napełniono worek temi skorupiakami kobaltowo błękitnego koloru, z pyszczkami opatrzonemi na przedzie małym ząbkiem, i ruszono dalej w drogę.
Puściwszy się brzegiem tego nowo odkrytego potoku, postępowali osadnicy nasi łatwiej i szybciej. Zresztą brzegi te nie zdradzały żadnego śladu ludzkiej stopy. Od czasu do czasu napotykali tylko tropy dużych zwierząt, które przychodziły do strumienia, by ugasić swe pragnienie, a zresztą nic więcej, i pewnie nie w tej stronie lasu Zachodniej ręki dostał ów pekaris ziarno śrótu, które Pencroffa kosztowało jeden ząb trzonowy.
Tymczasem widok tego wartkiego potoku pędzącego ku morzu przywiodł Cyrusa Smitha na myśl, że znajdowali się od wybrzeży zachodnich w większem oddaleniu, niżeli przypuszczali. I w samej rzeczy morze wzrastało o tej godzinie, i powinno było cofnąć wstecz bieg potoku, gdyby do ujścia jego nie było więcej jak kilka mil tylko. Owóż skutku takiego nie znać było, a potok płynął naturalnie spadkiem łożyska. Inżynier musiał być bardzo zdziwionym i spoglądał często na busolę, ażeby się upewnić, czyli przypadkiem jaka odnoga rzeki nie wiodła ich w głąb lasu Zachodniej Ręki.
Tymczasem potok rozszerzał się coraz bardziej a prąd jego stawał się mniej burzliwym. Zarówno po prawym jak po lewym jego brzegu ciągnął się las gęsty i niepodobna było sięgnąć dalej wzrokiem. Gęstwiny te jednak były widocznie puste, bo Top nie szczekał, a rozumne to zwierzę byłoby niezawodnie wytropiło każde żywe stworzenie w pobliżu potoku.
O godzinie wpół do jedenastej, ku wielkiemu zdumieniu Cyrusa Smitha, Harbert, który wyprzedził nieco resztę swych towarzyszy, zatrzymał się nagle i zawołał:
— Morze!
W kilka minut później osadnicy nasi przebywszy kraniec lasu, ujrzeli rozpościerające się przed ich oczyma zachodnie wybrzeże wyspy.
Lecz jakaż różnica istniała między tem wybrzeżem a wybrzeżem wschodniem, na które wyrzucił ich pierwotnie los! Nigdzie ściany granitowej, żadnych raf na morzu, nigdzie nawet mielizny! Brzeg morza stanowił las, a drzewa rosnące z samego kraju uderzane przez fale morskie, zwisały nad wodą. Nie było to wybrzeże morskie, takie jakie zwykła tworzyć natura, bądź to rozpościerając dalekie piaszczyste płaszczyzny, bądź też gromadząc skały, lecz wspaniałe pasmo najpiękniejszych na świecie drzew. Brzegi były wyniosłe, tak że mogły górować ponad najwyższym poziomem morza, a przedewszystkiem ta bujna ziemia, spoczywająca na podstawach granitowych; — roślinność zdawała się równie trwale wkorzenioną, jak owe masy roślinne w głębi wyspy.
Osadnicy nasi znaleźli się wtedy przy małej zatoce, nie zdolnej pomieścić więcej jak dwie lub trzy łodzie rybackie, a tworzącej jakoby szyję nowo odkrytego potoku; lecz tu uderzyło ich dziwne zaiste zjawisko: wody potoku zamiast wpływać do morza przez łagodnie spadziste ujście, spadały z wysokości przeszło czterdziestostopowej; — to im wyjaśniło przyczynę, dlaczego przypływ morza nie oddziaływał zupełnie na bieg potoku. I w samej rzeczy, Ocean w czasie najwyższego przypływu nie był nigdy w stanie dosięgnąć powierzchni rzeki, której łożysko tworzyło rodzaj podniosłej szluzy, i miljony lat musiałyby zapewne upłynąć jeszcze, zanim by wody jego zdołały przegryść te granitowe pokłady i wyżłobić wygodne ujście. Dlatego też nazwano jednomyślnie nowo odkryty potok „rzeką Wodospadową“ (Falls-river).
Ku północy leśny pas wybrzeża ciągnął się około dwie mile, dalej drzewa rzedniały coraz bardziej, a po za tem zarysowały się malownicze wzgórza, bieżące w prostej prawie linji na północ i na południe. Przeciwnie cała część wybrzeża pomiędzy rzeką Wodospadową a przylądkiem Jaszczurowym tworzyła jednę gąszcz złożoną z wspaniałych drzew, z których jedne strzelały prosto w niebo, inne pochylały się nad wodą, a bałwany morskie podmywały ich korzenie. Owóż w tej właśnie stronie tj. na całym półwyspie Gadzinowym wypadało przedsięwziąć dalsze poszukiwania, ta część bowiem wybrzeża mogła dostarczyć schronienia, podczas gdy część przeciwna, jałowa i dzika, nie mogła przyjąć gościnnie rozbitków, z jakichkolwiek pochodziliby stron.
Niebo było pogodne i jasne, a z wysokości urwiska, na którego szczycie Nab z Pencroffem zastawili śniadanie, mogło oko bujać swobodnie w dal. Widnokrąg był zupełnie czysty i nie widać było na morzu żadnego żagla. Na całem wybrzeżu, jak daleko wzrok sięgał, nie było ani okrętu żadnego, ani żadnych szczątków. Inżynier jednak dopóty nie miał w tej mierze żadnej pewności, dopóki by nie zbadał całego wybrzeża aż do ostatecznego krańca półwyspu Gadzinowego.
Śniadanie spożyto w prędkości i o godzinie wpół do dwunastej Cyrus Smith dał znak do drogi. Zamiast iść czy to grzbietem jakiego wzgórza, czy też piaszczystą płaszczyzną, osadnicy nasi postanowili zdążać wśród szpalerów drzew, wzdłuż brzegu morza.
Ujście rzeki Wodospadowej, oddziela od przylądku Jaszczurowego przestrzeń około dwunastomilowa. Po gładkiej drodze, nie spiesząc się bardzo, mogli osadnicy nasi przebyć tę przestrzeń w czterech godzinach; tak zaś potrzebowali na to dwa razy tyle czasu, drzewa bowiem, które trzeba było okrążać, krzaki które trzeba było wycinać, ljany przez które trzeba się było przedzierać, wstrzymywały ich co chwila, a te zbaczania nieustanne przydawały im znacznie drogi.
Zresztą nie było nic takiego, coby świadczyło o świeżem rozbiciu statku na tych wybrzeżach. Prawda, że jak to zauważył Gedeon Spilett, morze mogło wszystko unieść ze sobą, i że brak wszelkich śladów nie uprawniał jeszcze do wnioskowania, że w tej stronie wyspy Lincolna żaden statek nie został wyrzuconym na brzeg.
Rozumowanie korespondenta było słuszne, zresztą owo zdarzenie z ziarnkiem śrótu świadczyło niezbicie, że najwyżej trzy miesiące temu padł strzał na wyspie.
Była już godzina piąta, gdy koniec półwyspu Gadzinowego oddalony był jeszcze dwie mile od miejsca, w którem się znajdowali wówczas osadnicy nasi. Widocznem było, że dotarłszy do przylądka Jaszczurowego, Cyrus Smith z towarzyszami swoimi nie mieli już czasu wrócić przed zachodem słońca do koczowiska, rozbitego u źródeł Dziękczynnej. Wynikła ztąd konieczność przenocowania na samym przylądku. Żywności jednak nie brakowało wcale, i to na szczęście, gdyż na krawędzi lasu nie pokazywała się żadna zwierzyna czworonożna. Za to ptactwa było co niemiara, jako to: jakamary, kurukusy, tragopany, głuszce, gądziele, papugi, kakadu, bażanty, gołębie i tysiące innych. Nie było drzewa, na którem by nie było gniazda, nie było gniazda, z któregoby się nie rozlegało trzepotanie skrzydeł!
Około godziny siódmej z wieczora, osadnicy nasi, znużeni trudami drogi, przybyli do przylądku Jaszczurowego, który tworzył rodzaj woluty[2] dziwacznie wykrojonej na morze. Tu kończył się nadbrzeżny bór półwyspu, a całe wybrzeże w stronie południowej przybrało zwykłą postać wybrzeża morskiego ze skałami, rafami i mieliznami. Łatwo zatem być mogło, że okręt jaki, miotany burzą, wylądował w tej stronie wyspy, lecz noc już zapadała i trzeba było odłożyć dalsze poszukiwania do dnia następnego.
Pencroff z Harbertem rozpoczęli bezzwłocznie szukać miejsca stosownego na nocleg. Na tej kończynie rosły ostatnie drzewa lasu Zachodniej Ręki, a pomiędzy niemi rozpoznał Harbert gęste grupy drzew bambusowych.
— Brawo! — zawołał — oto mi cenne odkrycie!
— Cenne, dla czego? — zapytał Pencroff.
— Bez wątpienia — odparł Harbert. — Nie wspomnę ci już o tem, Pencroffie, że kora bambusowa pokrajana w giętkie łaty służy do plecenia koszów i koszyków; że kora ta obrócona w miazgi i wymoczona służy do wyrobu papieru chińskiego; że z łodygi bambusowej, stosownie do jej grubości, robią się laski, cybuchy i rury wodne; że duże bambusy dają wyborny materjał budulcowy, lekki i trwały, którego robak nigdy się nie chwyci. Nie będę także dodawał, że ściąwszy część łodygi między dwoma kolankami i używszy za dno część poprzecznej przegródki, tworzącą kolanko, można otrzymać trwale i wygodne naczynia; bardzo używane w Chinach. Nie! to wszystko ciebie by nie zadowoliło. Ale....
— Ale?...
— Ale pouczę cię, jeśli o tem nie wiesz, że w Indjach jedzą bambusy zamiast szparagów.
— Trzydziestostopowe szparagi! — zawołał marynarz. — A czy dobre?
— Wyborne! — odparł Harbert. — Tylko że nie je się trzydziestostopowych łodyg, lecz tylko młodziutkie pręciki bambusowe.
— Wyśmienicie, mój chłopcze, wyśmienicie! — odparł Pencroff.
— Dodam jeszcze, że rdzeń z młodych łodyg, usmażony w occie, daje bardzo cenną przyprawę.
— Co raz lepiej, Harbercie.
— A w końcu, że te bambusy wydają między kolankami płyn cukrowy, z którego można przyrządzić bardzo przyjemny napitek.
— I na tem koniec? — zapytał marynarz.
— Koniec!
— A czy tego nie można przypadkiem palić?
— Nie, tego nie można palić, biedny mój ty Pencroffie!
Harbert z marynarzem nie potrzebowali szukać długo miejsca stosownego na nocleg. Skały nadbrzeżne — wielorako poszarpane, gdyż pod wpływem wichrów południowo-zachodnich musiały doznawać gwałtownego bicia fal morskich — posiadały wydrążenia zdolne ochronić ich w nocy od wszelkiej niepogody. W chwili jednak, gdy zamierzali wejść do jednej z tych jaskiń, wstrzymał ich nagle straszliwy ryk, wydobywający się z wnętrza.
— W tył zwrot! — zawołał Pencroff. — Mamy strzelby ponabijane tylko drobnym śrutem, a bestje, co tak pięknie ryczą, tyle by sobie z niego robiły, co z ziarnka soli!
I marynarz, chwyciwszy Harberta za ramię, pociągnął go ze sobą za skałę; — w tej samej chwili ukazał się przy wnijściu jaskini wspaniały zwierz.
Był to jaguar, wielkości co najmniej takiej, jak jego współplemiennicy w Azji, to znaczy, że od końca głowy do początku ogona mierzył przeszło pięć stóp. Płowa sierść jego centkowaną była regularnie kilkoma rzędami czarnych plam, i odbijała silnie od białej sierści na brzuchu. Harbert poznał w nim natychmiast okrutnego rywala tygrysa, o wiele niebezpieczniejszego od koguara, który jest tylko współzawodnikiem wilka.
Jaguar postąpił naprzód i spoglądał do koła, z najeżoną szerścią, z roziskrzonem okiem, jak gdyby nie po raz pierwszy dopiero przyszło mu spotkać się z człowiekiem.
W tej chwili korespondent pokazał się z za węgła wysokiej skały, a Harbert w mniemaniu, że nie postrzegł jaguara, chciał się rzucić ku niemu, lecz Gedeon Spilett dał mu znak ręką i szedł naprzód. Nie pierwszy to raz miał do czynienia z tygrysem; zbliżywszy się na dziesięć kroków do zwierza, stanął nieruchomy, z karabinem na ramieniu, i ani jeden muskuł nie drgnął w nim.
Jaguar, skuliwszy się we dwoje, rzucił się na myśliwca, lecz w samym skoku otrzymał kulę między oczy i padł martwy.
Harbert z Pencroffem poskoczyli ku jaguarowi. Nab z Cyrusem Smithem nadbiegli ze swej strony i kilka minut stali w podziwieniu przypatrując się rozciągniętemu na ziemi zwierzęciu, którego wspaniała skóra miała służyć za ozdobę wielkiej sali w Pałacu Granitowym.
— Ach! panie Spilett! jak ja pana podziwiam, jak ja panu zazdroszczę! — zawołał Harbert w przystępie bardzo naturalnego entuzjazmu.
— Ba! mój chłopcze — odparł korespondent — i tybyś tego samego dokazał?
— Ja! jabym się zdobył na tyle zimnej krwi?...
— Wystaw sobie, Harbercie, że jaguar jest zajęcem, a zastrzelisz go najspokojniej w świecie.
— Ba! Jednakowe mają obaj usposobienie! odparł Pencroff.
— A teraz — rzekł Gedeon Spilett — ponieważ jaguar opuścił swe mieszkanie, nie widzę powodu, przyjaciele moi, dlaczegobyśmy go nie mieli zająć na tę noc?
— Mogą przyjść inne jaguary! — rzekł Pencroff.
— Dość będzie jeśli rozpalimy ogień przy wnijściu jaskini — rzekł korespondent — a pewnie żaden z nich nie odważy się przestąpić progu.
— A zatem, do mieszkania jaguarów! — odparł marynarz, ciągnąc za sobą zwłoki zwierza.
Osadnicy nasi zwrócili się ku osamotnionej jaskini, i tam, podczas gdy Nab ściągał skórę z jaguara, reszta towarzyszy jego gromadziła na progu stosy suchego drzewa, którego las obficie dostarczał.
Lecz Cyrus Smith, postrzegłszy grupę drzew bambusowych, udał się w to miejsce i wyciąwszy pewną ilość tego drzewa dorzucił je do reszty paliwa.
Poczem rozgoszczono się w jaskini, która cała zasłaną była kośćmi; ponabijano broń na wypadek nagłej napaści; spożyto wieczerzę, a gdy przyszedł czas na spoczynek, podłożono ogień pod stos drzewa nagromadzony u wnijścia jaskini.
W tej samej chwili rozległ się w powietrzu trzask i łomot urywany. Były to bambusy, które zajęte płomieniem wydawały huk podobny do wypuszczanych rac. Już ten sam łomot był w stanie odstraszyć najzuchwalsze bestje!
Sposób ten sprawiania głośnego łoskotu nie był wcale wynalazkiem inżyniera, gdyż jak twierdzi Marko Polo, Tatarzy już przed wiekami używali go z powodzeniem dla odstraszania od swych koczowisk groźnych bestyj w puszczach środkowej Azji.






ROZDZIAŁ V.
(Projekt powrotu południowem wybrzeżem. — Kształty wybrzeża. — Poszukiwania za domniemanymi rozbitkami. — Szczątki w powietrzu. — Odkrycie małej naturalnej przystani. — O północy u brzegów Dziękczynnej. — Czółno nadpływające.)

Cyrus Smith z towarzyszami swoimi spali snem niewinnych świstaków w jaskini, której im jaguar tak grzecznie był ustąpił.
Ze wschodem słońca wszyscy znajdowali się już nad brzegiem morza, u samej kończyny przylądka, a wzrok ich wybiegł raz jeszcze na kraniec widnokręgu, którego dwie trzecie części obwodu były widoczne. Raz ostatni jeszcze mógł się przekonać inżynier, że żaden żagiel ani kadłub okrętu nie pojawił się na morzu, a i przez dalekowidz nie mógł dopatrzeć żadnego podejrzanego przedmiotu.
Toż samo i na wybrzeżu nie widać było nic zgoła, przynajmniej na tej części jego, która w prostej ciągnąc się linji, tworzyła południowy brzeg przylądku na długość trzech mil, po za nią bowiem liczne urwiska i załomy zasłaniały resztę wybrzeża, tak, że nawet z samej kończyny półwyspu Gadzinowego nie można było dostrzedz przylądku Ostrego Szponu, zakrytego stromemi skałami.
Pozostawało im zatem zbadać jeszcze południowe wybrzeża wyspy. Lecz tu zachodziło pytanie: czyli należało natychmiast przedsięwziąć to badanie i poświęcić mu cały ten dzień 2go listopada?
To nie wchodziło bynajmniej w zakres pierwotnego ich planu. Zostawiając czółno u źródeł Dziękczynnej, postanowili zwidziwszy zachodnie wybrzeża, powrócić po nie i korytem Dziękczynnej popłynąć z powrotem do Pałacu Granitowego. Cyrus Smith sądził wówczas, że u wybrzeży zachodnich znajdzie się przystań zdolna posłużyć, czy to za schronienie dla okrętu uszkodzonego burzą, czyli też za miejsce spoczynku dla statku odbywającego regularny swój kurs żeglugi. Od chwili jednak, kiedy przekonali się, że na wybrzeżach tych nie było nigdzie miejsca odpowiedniego do wylądowania, trzeba było u południowych wybrzeży wyspy szukać tego, czego nie znaleźli u zachodnich.
Gedeon Spilett był tym, który zaproponował dalsze poszukiwania, tak, ażeby kwestja domniemanego rozbicia raz stanowczo została rozstrzygniętą i zapytał, w jakiej odległości mógł się znajdować przylądek Ostrego Szponu od kończyny półwyspu.
— W odległości blisko trzydziestu mil — odparł inżynier — biorąc w rachubę wszystkie zakręty i załomy wybrzeża.
— Trzydzieści mil! — ciągnął dalej Gedeon Spilett. — To dobry dzień drogi. Mimo to sądzę, że idąc wzdłuż wybrzeży południowych, powinniśmy zajść wreszcie do Pałacu Granitowego.
— Ależ od przylądka Ostrego Szponu do Pałacu Granitowego trzeba liczyć jeszcze najmniej dziesięć mil drogi — zauważył Harbert.
— Przypuśćmyż zatem, że wszystkiego razem będzie mil czterdzieści — odparł korespondent — i nie cofajmy się przed niemi. Zwidzimy przynajmniej te nieznane nam wybrzeża i nie będziemy potrzebowali powtarzać tego po raz drugi.
— Bardzo słusznie — rzekł na to Pencroff. — Lecz co będzie z czółnem?
— Czółno, jeśli mogło zostać samo jeden dzień u źródła Dziękczynnej, potrafi zostać i dwa dni! Jak dotąd, nie możemy się skarżyć, ażeby wyspa niepokojoną była przez złodziejów!
— A jednak kiedy przypomnę sobie owo zdarzenie z żółwiem — rzekł marynarz — to zaczynam tracić bezwzględną ufność.
— Ba, żółw! żółw! — odparł korespondent. — Alboż nie wiesz, że to morze postawiło go na nogi?
— Kto wie? — bąknął inżynier.
— Ale bo.... — odezwał się Nab.
Nab miał widocznie coś do powiedzenia, bo otworzył usta do gadania, ale nie gadał nic.
— Co chciałeś powiedzieć, Nabie? — zapytał go inżynier.
— Jeśli będziemy wracać wybrzeżem aż do przylądku Ostrego Szponu — odparł Nab — to minąwszy ten przylądek, przetnie nam drogę...
— Dziękczynna! W samej rzeczy — odparł Harbert — i nie będziemy mieli ani mostu ani łodzi, ażeby ją przebyć na drugą stronę.
— Więc dobrze, panie Cyrus — odparł Pencroff. — Mając kilka pniaków drzewa, potrafimy jakoś przepłynąć tę rzekę!
— Bądź co bądź jednak — rzekł Gedeon Spilett — dobrze będzie wybudować most, jeśli chcemy mieć ułatwiony przystęp do lasu Zachodniej Ręki!
— Most! — zawołał Pencroff — i cóż z tego, alboż p. Smith nie jest inżynierem, co się zowie? Chcemy mostu, to on nam zbuduje most! Co się zaś tyczy tego, ażeby przewieść was na drugi brzeg Dziękczynnej i to bez zamoczenia jednej nitki — to już moja rzecz. Mamy jeszcze żywności na jeden dzień, więcej nam niczego nie trzeba, a zresztą, dziś może nie zabraknie nam zwierzyny, jak to było wczoraj. W drogę zatem!
Wniosek korespondenta, tak żywo poparty przez marynarza, uzyskał ogólną aprobatę, każdemu bowiem zależało na tem, ażeby raz rozstrzygnąć wszystkie wątpliwości, a skierowawszy drogę na przylądek Ostrego Szponu, zakończonoby tem samem wszystkie poszukiwania. Nie było jednak godziny jednej do stracenia, bo mil czterdzieści to tęgi kawał drogi i ani myśleć było prędzej stanąć w Pałacu Granitowym, aż w nocy.
O godzinie szóstej z rana drużyna nasza ruszyła w drogę. Na wypadek jakiego spotkania z dwu lub czworonożnemi zwierzętami ponabijano strzelby kulami, a Top, który miał biedz na czele pochodu, otrzymał rozkaz przeszukiwania zarośli z kraju lasu.
Począwszy od kończyny przylądku tworzącego jakoby ogon półwyspu, zaokrąglało się wybrzeże na długość pięciu mil, którą to przestrzeń przebyto bardzo szybko; pomimo najskrupulatniejszego poszukiwania jednak nie odkryto nigdzie najmniejszych śladów ani dawniejszego ani świeższego wylądowania, ani żadnych szczątków, ani pozostałych resztek koczowiska, ani popiołów z zagasłego ogniska, ani śladu ludzkiej stopy!
Osadnicy nasi przybywszy do punktu, w którym kończyło się zaokrąglenie, a dalej w kierunku północno-wschodnim rozpoczynała się Zatoka Waszyngtona, mogli ogarnąć wzrokiem południowe wybrzeże wyspy w całej jego rozciągłości. W oddaleniu dwudziestupięciu mil kończyło się wybrzeże przylądkiem Ostrego Szponu, który majaczył zaledwie w mgle porannej i skutkiem dziwnego złudzenia optycznego zdawał się jakoby zawieszonym pomiędzy niebem a ziemią. Pomiędzy punktem, w którym znajdowali się wówczas osadnicy nasi a środkiem olbrzymiej zatoki, składało się wybrzeże: naprzód z płaszczyzny piaszczystej bardzo gładkiej i bardzo jednostajnej, obwiedzionej na tylnym planie szlakiem drzew; następnie kontury wybrzeża stawały się coraz nieregularniejszemi i wybiegały w morze tysiącem śpiczastych języków, a po za tem piętrzyły się w malowniczym nieładzie czarniawe skały, które kończyły się przylądkiem Ostrego Szponu.
Taka była postać tej części wyspy, którą osadnicy nasi widzieli po raz pierwszy, i zatrzymawszy się chwilę, przebiegli jednym rzutem oka wzdłuż i wszerz.
— Okręt, któryby chciał wylądować w tem miejscu — odezwał się Pencroff — musiałby zginąć niechybnie. Tu ławice piasczyste przedłużające się daleko w morze, a tam rafy! Niebezpieczna okolica!
— Lecz z okrętu tego zostałoby przynajmniej coś — zauważył korespondent.
— Na rafach zostałyby z niego trzaski, a na piaskach nic zgoła — odparł marynarz.
— A to czemu?
— Ponieważ piaski, stokroć niebezpieczniejsze jeszcze od skał, pochłaniają wszystko co w nie wpadnie, i kilka dni wystarczy, ażeby okręt o kilkuset tonach objętości zapadł się w nich bez śladu!
— A zatem Pencroffie — zapytał inżynier — gdyby okręt jaki zapędził się w te piaski, nie byłoby w tem nic dziwnego, gdyby po ten czas nie pozostał po nim ślad żaden?
— Ani trochę, panie Spilett, zwłaszcza przy niepogodzie i burzach. Jednak i w tym razie byłoby dziwnem, gdyby szczątki masztów i lin nie zostały wyrzucone na brzeg po za obręb morza.
— Szukajmy więc dalej — odparł Cyrus Smith.
O godzinie pierwszej z południa stanęli osadnicy nasi u środka zatoki Waszyngtona, przebywszy w tej chwili mil dwadzieścia.
Zatrzymali się ażeby spożyć śniadanie.
Odtąd zaczynały się nie regularne kontury wybrzeża; było ono dziwacznie poszarpane i pokryte długą linją owych raf następujących po ławicach piasczystych, których wierzchołki poczynało odpływające w tej chwili morze odsłaniać. Wiotkie fale morskie łamały się o czoła tych skał i rozpryskiwały się w długie wstęgi śnieżystej piany. Płaszczyzna piasczysta, począwszy od tego miejsca aż do samego przylądku Ostrego Szponu, tworzyła szlak wąski, ściśnięty pomiędzy szeregiem skał a krawędzią lasu.
Droga stawała się odtąd uciążliwszą, nieprzeliczone bowiem rumowiska skał zawalały wybrzeże. Ściana granitowa rosła coraz bardziej, tak że z drzew, które w tyle na jej szczytach się wznosiły, widać było zaledwie wierzchołki zieleniejące, nieporuszane najmniejszym powiewem wiatru.
Po półgodzinnym spoczynku osadnicy nasi puścili się w dalszą drogę, nie pomijając wzrokiem żadnego punktu, ani wśród skał ani na płaszczyźnie piasczystej. Pencroff z Nabem zapędzali się nawet pomiędzy skały, ilekroć przedmiot jaki zwrócił ich uwagę. Nie znajdowali jednak nic zgoła i tylko dziwaczne kształty skał łudziły ich wzrok daremnie. Za każdym razem mieli sposobność przekonać się, że okolica ta obfitowała w muszle i mięczaki przydatne do jedzenia, nie mogła być jednak pierwej wyeksploatowaną korzystnie, dopókiby nie została utworzoną komunikacja między obydwoma brzegami Dziękczynnej i środki przewozu nie zostały udoskonalone.
Tak więc żaden ślad domniemanego rozbicia nie pojawiał się na wybrzeżu, a jednak każdy przedmiot jakiegokolwiek znaczenia, naprzykład kadłub okrętu, byłby był niezawodnie dostrzeżony, lub szczątki jego byłyby zostały na brzeg wyrzucone, podobnie jak owa skrzynia znaleziona w oddaleniu najmniej dwadzieścia mil ztamtąd. Tymczasem nie było nic zgoła.
Około godziny trzeciej Cyrus Smith z towarzyszami swoimi przybyli do wąskiej szyi szczelnie zamkniętej, w którą żaden potok nie wpadał. Tworzyła ona rodzaj małej przystani naturalnej, zakrytej od strony morza, a łączył się z nią ciasny przesmyk pozostawiony między skałami.
Na dnie tej szyi, jakieś wstrząśnienie gwałtowne przedarło krawędź skalistą, i czeluść wydrążona wśród skał, łagodnie wspinając się pod górę, dozwalała przystępu do górnej terasy, oddalonej od przylądka Ostrego Szponu najmniej mil dziesięć, a tem samem od Wielkiej Terasy na wprost blisko mil cztery.
Gedeon Spilett zaproponował towarzyszom swoim zatrzymać się w tem miejscu. Wniosek ten przyjęto, podróż bowiem zaostrzyła apetyt wszystkich i chociaż to jeszcze nie była godzina objadowa, każdy jednak rad był posilić się kawałkiem dziczyzny. O tej przekąsce mieli czekać cierpliwie aż do wieczerzy w Pałacu Granitowym.
W kilka minut później osadnicy nasi, usiadłszy pod przepysznem sklepieniem sosen morskich, spożywali wiktuały, które Nab wydobył ze swego tłómoczka.
Miejsce to wznosiło się na pięćdziesiąt do sześćdziesiąt stóp po nad poziomem morza. Widok zatem był dość rozległy, a przeskoczywszy ostatnie skały przylądka, gubił się w zatoce Stanów Zjednoczonych. Lecz ani wysepki, ani Wielkiej Terasy nie było i nie mogło być widać, wypukłość bowiem ziemi i szpaler olbrzymich drzew zasłaniały zupełnie widnokrąg północny.
Zbytecznem by było dodawać, że pomimo iż osadnicy nasi ogarniali wzrokiem tak szeroką przestrzeń morza, a inżynier dalekowidzem swoim przechodził punkt za punktem cały ten łuk widnokręgu, w którym niebo zlewało się z morzem, nie dostrzeżono jednak żadnego statku.
Podobnie i całą tę część wybrzeża niezwidzonego dotąd jeszcze, zmierzono w szerz i wzdłuż dalekowidzem, począwszy od płaszczyzny piasczystej aż do raf, lecz żaden szczątek nie pojawił się na widnokręgu perspektywy.
— A no, rzekł Gedeon Spilett, trzeba się pogodzić z rzeczywistością i pocieszyć się tem, że przynajmniej nikt nie przyjdzie niepokoić nas w posiadaniu wyspy Lincolna!
— Ależ to ziarno śrótu! zawołał Harbert. Wszak sądzę, że ono nie było wcale urojonem!
— Do kroćset, pewnie że nie! zawołał Pencroff pomny straconego zęba.
— Jakiż ztąd wniosek? zapytał korespondent.
— Taki, odparł inżynier: że temu trzy miesiące lub więcej, okręt jakiś dobrowolnie nie wylądował tu...
— Jakto! przypuszczasz, Cyrusie, że się zapadł bez znaku? zawołał korespondent.
— Nie mój drogi Spilett; chciej jednak zauważyć, że jeśli pewnem jest, że ludzka istota dotknęła stopą tej wyspy, to niemniej zdaje się być pewnem, że ją do tego czasu opuściła.
— Więc, jeśli pana dobrze rozumiem, panie Cyrus, rzekł Harbert, okręt, który tu przybił, już odpłynął?...
— Oczywiście.
— A my straciliśmy bezpowrotnie sposobność zobaczenia kiedykolwiek naszej ojczyzny? zapytał Nab.
— Obawiam się, że bezpowrotnie.
— A zatem kiedy nas sposobność minęła, ruszajmy dalej! rzekł Pencroff, który począł już uczuwać tęsknotę za Pałacem Granitowym.
Lecz zaledwie powstali, odezwało się nagle głośne szczekanie Topa, i pies wybiegł po chwili z lasu, trzymając w pysku kawałek jakiejś materji zawalanej błotem.
— Nab wydarł psu szmatę tę z pyska. Był to kawałek tęgiego płótna.
Top szczekał nieustannie i biegając wciąż tam i napowrót, zdawał się zachęcać swego pana, ażeby szedł za nim do lasu.
— Jest tam coś, coby nam może wyjaśniło istnienie owego ziarnka śrótu! zawołał Pencroff.
— Rozbitek jaki! odparł Harbert.
— Może ranny! rzekł Nab.
— Lub nieżywy! odparł korespondent.
I wszyscy społem pobiegli za psem między olbrzymie sosny tworzące pierwszy szpaler lasu. Na wszelki wypadek Cyrus Smith z towarzyszami swoimi mieli broń w pogotowiu.
Musieli dość daleko zapuszczać się w las, lecz ku wielkiemu rozczarowaniu swojemu, nie spostrzegli dotąd ani śladu ludzkiej stopy. Krzaki i ljany były nietknięte, trzeba się nawet było przerębywać przez nie siekierą, tak jak to czynili wśród gęstwiny w samej głębi boru. Trudno więc było przypuścić, ażeby człowiek był już tamtędy przechodził, a jednak Top biegał tam i sam, nie jak pies, który tropi na los szczęścia, lecz jak istota obdarzona wolą i postępująca podług pewnej wytkniętej myśli.
Po siedmiu lub ośmiu minutach biegu, Top zatrzymał się. Osadnicy nasi wyszli na polankę opasaną wysokiemi drzewami, rozglądnęli się dokoła, nie spostrzegli jednak nic zgoła ani między krzakami ani między drzewami.
— Cóż to się znaczy, Top? zapytał Cyrus Smith.
Top począł szczekać jeszcze głośniej i skakać dokoła olbrzymiej sosny.
Nagle Pencroff zawołał:
— A to wybornie! a to wyśmienicie!
— Co takiego? zapytał Gedeon Spilett.
— Szukamy szczątków okrętu po morzu i po ziemi!
— I cóż?
— To, że się one znajdują w powietrzu!
I marynarz pokazał ręką dużą białą szmatę zawieszoną na szczycie sosny; kawałek z niej upadł na ziemię; Top przyniósł go właśnie.
— Ależ to nie są szczątki okrętu! zawołał Gedeon Spilett.
— O, za pozwoleniem! odparł Pencroff.
Jakto? więc to są?...
— To są resztki pozostałe z naszego statku napowietrznego, z naszego balonu, który zawisł tam wysoko, na wierzchołku tego drzewa!
Pencroff nie mylił się, wzniósł wspaniałe „hurra!“ i dodał:
— Otóż mamy wyborne płótno! Będziemy z niego mieli bieliznę na całe lato! Jest z czego szyć chustki i koszule! He? panie Spilett, co pan powiadasz o takiej wyspie, gdzie koszule rosną na drzewach?...
Była to w istocie okoliczność nader pomyślna dla osadników wyspy Lincolna, że balon wzbiwszy się raz ostatni w powietrze, spadł na powrót na wyspę i że szczęśliwy traf pozwolił im go odnaleść. Mogli więc albo zachować powłokę balonu pod tą samą postacią, gdyby zamierzali spróbować nową wycieczkę napowietrzną, albo też spożytkować korzystnie tych kilkaset łokci płótna przedniego gatunku, oczyściwszy je poprzednio z werniksu. Łatwo wystawić sobie jak jednomyślnie i żywo dzielili wszyscy radość Pencroffa.
Trzeba było jednak zdjąć pierwej powłokę balonu z drzewa, na którem wisiała, ażeby w bezpiecznem przechować ją miejscu, a była to praca nielada. Nab, Harbert i marynarz wdrapawszy się na wierzchołek drzewa musieli dokazywać cudów zręczności, ażeby sprowadzić na dół olbrzymi balon obwisły.
Praca ta trwała blisko dwie godziny i nietylko powłokę balonu z klapą, sprężynami, przyborami miedzianemi ale i sieć całą, to jest znaczny zapas powrozów i lin, obręcz i kotwicę balonu udało się sprowadzić szczęśliwie na ziemię. Powłoka oprócz pęknięcia, znajdowała się zresztą w dobrym stanie i tylko dolna jej część była podartą.
Bogactwo to spadło na nich jakby z nieba.
— Bądź co bądź jednak, panie Cyrus, odezwał się marynarz, jeśli zdecydujemy się kiedy opuścić wyspę, to nie balonem, prawda? Te statki napowietrzne nie lecą nigdy tędy, którędy by człowiek chciał; mieliśmy sposobność przekonać się trochę o tem! Widzisz pan, jeśli mnie pan posłuchasz, zbudujemy porządny statek o dwudziestu tonach pojemności, a pan pozwolisz mi skroić z tego płótna maszt przedni i żagiel trójkątny. Reszta pójdzie na bieliznę!
— Obaczymy Pencroffie, obaczymy, odparł Cyrus Smith.
— Tymczasem trzeba to wszystko ukryć bezpiecznie, rzekł Nab.
W samej rzeczy ani myśleć było przenieść samemu tę kupę płótna, powrozów i lin, których ciężar był dość znaczny, do Pałacu Granitowego, a zanim by sprowadzono powózkę nie należało zostawiać dłużej tych bogactw na łaskę pierwszego lepszego orkanu. Osadnicy nasi połączonemi siłami zaciągnęli tedy cały ten pakunek na brzeg morza, gdzie odkryli dość obszerną jaskinię, która dzięki swemu położeniu, zabezpieczoną była od wichru, deszczu i od morza.
— Trzeba nam było szafy, mamy szafę, rzekł Pencroff; lecz ponieważ nie zamyka się na klucz, trzeba więc zatkać jej otwór. Nie mam na myśli złodziejów dwunożnych lecz czworonożnych!
O godzinie szóstej z wieczora było już wszystko na składzie, a dawszy owej małej szyi usprawiedliwioną ze wszech miar nazwę: „Przystani Balonowej“, ruszono dalej w drogę ku przylądkowi Ostrego Szponu. Pencroff z inżynierem gwarzyli o rozmaitych planach, które w jak najkrótszym czasie należało uskutecznić. Przedewszystkiem trzeba było wybudować most na Dziękczynnej, ażeby ułatwić komunikację z południową częścią wyspy; poczem miano wrócić po balon z powózką, gdyż czółno nie było w stanie go przewieźć; potem miano wybudować szalupę pomostową, Pencroff miał ją zaopatrzyć w przyrządy, a uczyniwszy to wszystko można było przedsięwziąć żeglugę dokoła wyspy, i t. d. i t. d.
Tymczasem noc zapadła i było już ciemno, gdy osadnicy nasi przybyli do przylądka Rozbitków, do miejsca, w którem znaleźli ową drogocenną skrzynię. Lecz i tu podobnie jak gdzieindziej, nie było nic takiego, coby świadczyło o rozbiciu jakiego statku i trzeba było powrócić do wniosku sformułowanego poprzednio przez Cyrusa Smitha.
Od przylądku Rozbitków do Pałacu Granitowego pozostawało jeszcze mil cztery, które można było rychło przebyć, lecz minęła już północ, gdy osadnicy nasi, idąc ciągle brzegiem morza aż do ujścia Dziękczynnej, dotarli do pierwszego kolana rzeki.
W tem miejscu koryto było ośmdziesiąt stóp szerokie, trudno je było zatem przebyć, ale Pencroff podjął się był przezwyciężyć tę przeszkodę, wezwano go więc, ażeby wywiązał się z danego słowa.
Trzeba przyznać, że podróżni nasi byli bardzo znużeni. Podroż była daleka a zdarzenie z balonem nie przyczyniło się wcale do ulżenia ich nogom i rękom. Spieszno im było zatem do Pałacu Granitowego, gdzie ich czekała wieczerza i spoczynek, i gdyby most był już istniał, w kwadrans byliby byli w domu.
Noc była bardzo ciemna. Pencroff tedy rozpoczął przygotowania, by dotrzymać swej obietnicy. Zamierzał sporządzić rodzaj tratwy, na której by można było przepłynąć na drugi bok Dziękczynnej. Razem więc z Nabem uzbrojeni w siekiery, upatrzyli dwa drzewa rosnące w pobliżu rzeki, z których spodziewali się złatać jaką taką tratwę i przypuścili do nich szturm od dołu.
Cyrus Smith i Gedeon Spilett, usiadłszy na brzegu, czekali aż przyjdzie chwila, w którejby trzeba przyjść w pomoc towarzyszom, podczas gdy Harbert przechadzał się tam i sam, nie wiele się troszcąc o to wszystko.
Nagle Harbert, który zapędził się nieco dalej brzegiem rzeki, powrócił pędem i wskazując na prąd rzeki, zawołał:
— Co tam płynie?
Pencroff przerwał swą pracę i dostrzegł jakiś przedmiot, ruchomy majaczący w zmroku nocnym.
— To czółno jakieś! rzekł po chwili.
Zbliżyli się wszyscy do brzegu i ku najwyższemu zdziwieniu swemu ujrzeli w samej rzeczy łódź jakąś pędzącą z prądem rzeki.
— Hola! co to za łódź! zawołał marynarz z nawyczki nabytej w swym zawodzie, nie zważając na to, że lepiej by było może zachować milczenie.
Nikt nie odpowiadał. Łódź płynęła dalej i gdy się zbliżyła na dziesięć kroków, marynarz zawołał:
— Wszak to nasze czółno! Urwało się z cumy i popłynęło z wodą! Trzeba przyznać, że w sam czas przychodzi!
— Nasze czółno?... przebąknął inżynier.
Pencroff miał słuszność. Było to w samej rzeczy czółno, które urwawszy się zapewne z cumy, wracało samo od źródeł Dziękczynnej. Było więc teraz rzeczą niemałej wagi schwytać je w biegu, zanimby wartki prąd wody uniósł je po za ujście rzeki. Dokonali tego bardzo zręcznie Nab z Pencroffem, za pomocą długiej żerdzi.
Czółno przybiło do brzegu. Inżynier wskoczył w nie pierwszy, wziął cumę do ręki i namacał w samej rzeczy, że się przetarła była o skały.
— Oto się zowie, rzekł do niego korespondent, to się zowie trafem...
— Dziwnym! odparł Cyrus Smith.
Dziwny czy nie, w każdym razie był to traf szczęśliwy! Harbert, korespondent, Nab i Pencroff kolejno zajęli miejsca w czółnie. Oni nie wątpili o tem wcale, że się cuma przetarła; najdziwniejszem jednak z tego wszystkiego było to, że czółno nadpłynęło właśnie w chwili, gdy osadnicy nasi mogli je schwytać w biegu, gdyż w kwadrans później byłoby zginęło w morzu.
Gdyby to były czasy, w których duchy opiekuńcze żyły na ziemi, możnaby było po tem zdarzeniu mniemać, że wyspę zamieszkiwała jakaś istota nadprzyrodzona, która potęgę swoję obracała na usługi rozbitków!
Po kilku uderzeniach wiosłem dopłynęli osadnicy nasi do ujścia Dziękczynnej. Wyciągnęli czółno na brzeg nie daleko „dymników“ i podążyli wszyscy ku drabince zwisającej z Pałacu Granitowego.
Lecz w tej chwili Top zaszczekał gniewnie, a Nab, który szukał pierwszego stopnia drabinki, wydał krzyk...
Drabinka gdzieś znikła.






ROZDZIAŁ VI.
(Wołanie Pencroffa. — „Noc w dymnikach“. — Strzała Harberta. — Projekt Cyrusa Smitha. — Niespodziewane rozwiązanie. — Co się działo w Pałacu Granitowym. — W jaki sposób nowy służący wszedł w służbę osadników.)

Cyrus Smith stanął nie rzekłszy ani słowa. Towarzysze jego macali w ciemności wzdłuż muru, w przypuszczeniu, że może wiatr zmienił położenie drabinki, tudzież po ziemi, na wypadek, gdyby urwawszy się, spadła... Lecz nie było śladu drabinki. Przekonać się zaś, czyli przypadkiem wicher nie podniósł drabinki do pierwszego przestanku w połowie ściany granitowej, w noc tak ciemną było niepodobieństwem.
— Jeśli to żart, zawołał Pencroff, to zły żart! Przyjść do siebie i nie znaleść wschodów do własnego mieszkania, to zaiste nie pobudzi wcale do śmiechu ludzi strudzonych jak my!
Co się tyczy Naba, ten gubił się w samych wykrzyknikach.
— Przecież wiatru nie było! zauważył Harbert.
— Zaczynam być zdania, że na wyspie Lincolna dzieją się dziwne rzeczy! rzekł Pencroff.
— Dziwne? odparł Gedeon Spilett, wcale nie, Pencroffie, nic naturalniejszego pod słońcem. Ktoś przyszedł podczas naszej niebytności, wziął w posiadanie nasz pałac i ściągnął drabinkę!
— Ktoś! zawołał marynarz. Ale kto taki?...
— Nikt inny, tylko właściciel owego ziarnka śrótu, odparł korespondent. Od czegoż by był, jeśli nie od tego, ażeby wyjaśnić nam dzisiejszy nasz wypadek?
— Dobrze więc, odparł Pencroff klnąc, gdyż zniecierpliwienie zaczęło brać nad nim górę, jeśli tam jest kto na górze, ja go zaholuję, a radzę mu odpowiedzieć.
I głosem jak grzmot potężnym huknął marynarz przeciągłe: Ohe! które silnem echem odbiło się od skał.
Osadnicy wytężyli słuch i zdawało im się, że z wyżyn Pałacu Granitowego doszedł ich jakiś śmiech szyderczy, lecz z czyich ust tego rozpoznać nie mogli. Żaden głos jednak nie odpowiedział na wołanie Pencroffa, który bezskutecznie powtórzył jeszcze kilkakrotnie swe wezwanie.
Zaiste, wypadek ten mógł wprawić w zdumienie ludzi najobojętniejszych nawet, a osadnicy nasi obojętnymi być nie mogli. W ich położeniu każde zdarzenie miało pewną wagę, a z pewnością od siedmiu miesięcy, przez które zamieszkiwali wyspę, żadne zdarzenie nie było tak niespodziewanem i zdumiewającem.
Bądź co bądź opanowani dziwacznością tego wypadku, zapomniawszy o znużeniu, stali u podnóża Pałacu Granitowego, nie wiedząc ani co myśleć, ani co począć, zadając sobie wzajemnie pytania, na które żaden nie był w stanie odpowiedzieć, i mnożąc w nieskończoność przypuszczenia, jedne najnieprawdopodobniejsze od drugich. Nab nie przestawał narzekać, mocno zrospaczony tem, że nie mógł dostać się do swej kuchni, tem bardziej że podróżne zapasy już się były wyczerpały, a w tej chwili nie sposób było je odnowić.
— Przyjaciele moi, odezwał się wówczas Cyrus Smith, pozostaje nam tylko jedno, czekać dnia, a potem począć sobie stosownie do okoliczności. Lecz idźmy oczekiwać go w „dymnikach“. Tam będziemy bezpieczni, a nie mając co jeść będziemy przynajmniej mogli spać.
— Ale kto to mógł być ów zuchwalec, co nam spłatał tego figla? zapytał raz jeszcze Pencroff, który w żaden sposób nie mógł się uspokoić.
Kto bądź był ów „zuchwalec“, nie pozostawało im nic, jak tylko stosownie do rady inżyniera, udać się do „dymników“ i tam oczekiwać dnia. Na wszelki wypadek dano rozkaz Topowi, ażeby pozostał pod oknami Pałacu Granitowego, a kiedy Top otrzymał jaki rozkaz, spełniał go zawsze, nie pytając wcale o powód. Dzielny pies pozostał zatem u stóp ściany granitowej, podczas gdy pan jego z towarzyszami schronili się między skały.
Byłoby pogwałceniem prawdy twierdzić, że osadnicy pomimo znużenia, spali dobrze na piasku w „dymnikach“. Nie tylko bowiem mocno musieli być zaniepokojeni, pojmując dokładnie ważność tego nowego zdarzenia, czy ono było dziełem ślepego przypadku, którego przyczyny odkryć mieli z nadejściem dnia, czy też dziełem ręki ludzkiej, lecz także było im bardzo źle leżeć. Jak bądź jednak miały się rzeczy, tak czyli też owak, mieszkanie ich było w tej chwili zajęte przez kogo innego i dostać się do niego nie mogli.
Owóż Pałac Granitowy był dla nich więcej niż schronieniem, bo był ich składem, ich magazynem. W jego murach złożony był cały materjał osady, broń, instrumenta, narzędzia, amunicja, zapasy żywności i t. p. Gdyby to wszystko miało być zrabowanem, osadnicy musieliby na nowo zaczynać całe gospodarstwo, kuć na nowo broń i narzędzia. Była to więc rzecz nie małej wagi! To też dręczeni niepokojem jeden po drugim wychodzili co chwila, ażeby przekonać się, czy Top pilnie odbywa straż. Cyrus Smith sam jeden zachował zwykłą swą cierpliwość, pomimo że uporny jego umysł burzył się niepomału, trafiwszy na zdarzenie, którego w żaden sposób nie umiał sobie wytłumaczyć, i pomimo że wzdrygał się na myśl, że tuż koło niego, a może tuż nad nim, odbywało się coś, czemu nie umiał dać właściwej nazwy. Gedeon Spilett podzielał w tej mierze zupełnie jego zapatrywanie, i obaj kilkakrotnie, jakkolwiek półgłosem, poczynali roztrząsać owe niewyjaśnione okoliczności, w obec których cała ich przenikliwość i doświadczenie okazały się bezsilnemi. Nie podpadało wątpliwości, że wyspa ta kryła jakąś tajemnicę, ale jak ją przeniknąć? Co do Harberta, ten potrafił tylko gubić się w domysłach i chętnie byłby zapytał Cyrusa Smith. Co się tyczy Naba, ten powiedział sobie w końcu, że to go nic obchodzi, że to jest rzeczą jego pana, i gdyby się nie był obawiał urazić tem swoich kolegów, poczciwe murzynisko byłoby spało tej nocy z równie czystem sumieniem jak na swojem łóżku w Pałacu Granitowym!
Wreszcie najwięcej ze wszystkich wściekał się Pencroff i nie bez racji wrzał wielkim gniewem.
— To figiel, mówił, ktoś nam figla spłatał! Ale ja, ja nie lubię figlów i biada figlarzowi, jeśli wpadnie w moje ręce!
Zaledwie pierwszy brzask zaświtał na wschodzie, osadnicy nasi uzbrojeni należycie, udali się na brzeg morza, gdzie się wznosiły rafy. Pałac Granitowy, na który słońce wschodzące pierwsze rzucało promienie, musiał niebawem rozjaśnić się świtaniem porannem, i w samej rzeczy przed godziną piątą, okna, w których spuszczone były okiennice, ukazały się przez zasłonę z zieleni.
Z tej strony wszystko było w porządku, lecz wkrótce z piersi osadników dobył się krzyk na widok otwartych na ościęż drzwi, które przecież na odchodnem byli szczelnie zamknęli.
Ktoś zagospodarował się w Pałacu Granitowym. To już nie podlegało najmniejszej wątpliwości.
Górna drabinka, sięgająca od drzwi aż do środkowego przestanku, wisiała na swojem miejscu, lecz dolna drabinka była wyciągniętą w górę aż do samego progu. Zbyt oczywistem było, że nieproszeni goście chcieli ubezpieczyć się przed nagłym napadem.
Nie podobna było jeszcze rozpoznać ich rodzaju i liczby, żaden z nich bowiem nie pokazywał się.
Pencroff zaholował na nowo.
Żadnej odpowiedzi.
— A to draby! zawołał marynarz. Śpią sobie spokojnie, jakby byli u siebie! Ohe!... Zbóje, bandyci, korsarze, plemię John Bulla!
Gdy Pencroff, w swym charakterze jako Amerykanin, tytułował kogo „plemieniem John Bulla,“ to był to znak, że posunął się do ostatecznych granic grubjaństwa.
W tej chwili rozjaśniło się zupełnie i fasada Pałacu Granitowego zabłyszczała od promieni słonecznych. Lecz tak zewnątrz jak wewnątrz wszędzie było cicho i spokojnie.
Osadnicy nasi zapytywali sami siebie, czyli Pałac Granitowy jest przez kogo zajęty lub nie, lecz położenie drabinki świadczyło o tem wyraźnie, i nie podlegało nawet wątpieniu, że najeźdźcy do jakiegokolwiek należeli rodzaju, uciec w żaden sposób nie mogli. Lecz jak się dostać do nich?
Wtedy Harbert wpadł na myśl, ażeby przywiązać postronek do strzały i wycelować ją tak, ażeby przeleciała pomiędzy pierwsze drążki u drabinki wiszącej u progu drzwi. Wówczas możnaby było ściągnąć tym postronkiem drabinkę na dół i przywrócić komunikację między dołem a górą. Innego sposobu nie było, a przy trochę zręczności, środek ten udać się musiał. Na szczęście łuki i strzały złożone były w „dymnikach“ w jednym z kurytarzy, gdzie znajdowało się także z jakie dwadzieścia sążni lekkiego sznura wyplecionego z gałązek hibiskuszu. Pencroff rozwinął ten sznur i jeden koniec przymocował do strzały nasadzonej porządnie piórami. Poczem Harbert, napiąwszy strzałę na łuk, mierzył z wielką uwagą w sam zwisający koniec drabinki.
Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Pencroff i Nab cofnęli się nieco w tył, tak by mogli uważać, co się działo w oknach Pałacu Granitowego. Korespondent przyłożywszy karabin do oka, mierzył prosto w drzwi.
Po chwili strzała świsnęła, pociągając za sobą sznur, i przeleciała pomiędzy ostatnie dwa szczeble drabinki.
Plan powiódł się zupełnie.
Harbert uchwycił natychmiast za koniec sznura, lecz w chwili gdy szarpnął nim by strącić na dół drabinkę, ręka jakaś przesunęła się w mgnieniu oka między murem a drzwiami, chwyciła drabinkę i wciągnęła ją do środka Pałacu.
— A to łotr nad łotrami! zawołał marynarz. Jeśli cię kula potrafi uszczęśliwić, niedługo na nią poczekasz.
— Ależ kto to taki? zapytał Nab.
— Kto? nie poznałeś?...
— Nie.
— Ależ to małpa, makak czy kucyk, koczkodan czy orangutan, pawian, goryl czy plucha! Dom nasz najechały małpy, wdrapawszy się doń po drabince podczas naszej niebytności!
I w tej samej chwili jakby na potwierdzenie słów marynarza, odsunęły się okiennice i w oknach pokazały się trzy lub cztery małpy, które powitały prawych właścicieli domu tysiącem wykrzywiań i grymasów.
— Ja wiedziałem, że to figle! zawołał Pencroff, ale zaraz tu jeden z figlarzy zapłaci za resztę!
I w jednem okamgnieniu marynarz wymierzywszy strzelbę na małpy, dał ognia. Znikły wszystkie prócz jednej, która śmiertelnie ugodzona spadła na piasek.
Małpa ta wysokiego wzrostu należała do pierwszego rzędu czwororękich, w tym względzie nie zachodziła najmniejsza wątpliwość. Czy to był szympans, czy orangutan, goryl czy pawjan, w każdym razie należała ona do rzędu antropomorfów, nazwanych tak dla podobieństwa swego do istot rodzaju ludzkiego.
Harbert zresztą oświadczył, że był to orangutan, a jak wiadomo, chłopak ten znał się na zoologji.
— Wspaniałe zwierzę! zawołał Nab.
— Niech ci będzie wspaniałe, jeżeli chcesz odparł Pencroff, ale ja zawsze jeszcze nie wiem, jak my się dostaniemy do domu!
— Harbert ma celne oko, rzekł korespondent, oto jest łuk! Niech próbuje na nowo.
— Dobrze, ale te małpy są sprytne! zawołał Pencroff i nie pokażą się drugi raz w oknach i my nie będziemy ich mogli wystrzelać, a kiedy sobie pomyślę, jakiego spustoszenia mogą narobić w pokojach i w magazynie, to...
— Cierpliwości, odparł Cyrus Smith. Te zwierzęta nie potrafią nas długo trzymać w szachu!
— Co do mnie, dopóty nie będę tego pewnym, dopóki ich nie ujrzę tu na ziemi, odparł marynarz. A zresztą alboż pan wiesz, panie Smith, ile tuzinów filutów znajduje się tam na górze?
Na to nie było co odpowiedzieć, a co się tyczy ponownej próby Harberta, i ta nie łatwą była do wykonania, górny bowiem koniec drabinki wciągnęły małpy do środka, a kiedy powtórnie zaczęli ciągnąć za sznur, sznur pękł a drabinka mimo to nie spadła na dół.
Położenie było zaprawdę kłopotliwe; Pencroff wściekał się. Całe to zdarzenie miało swą stronę komiczną, której on wcale śmieszną nie znajdował. Oczywiście osadnicy musieli w końcu zdobyć na powrót swe mieszkanie i wypędzić najezdników, ale kiedy i jak, tego sami nie wiedzieli.
Minęły dwie godziny a małpy nie pokazywały się więcej; lecz ustąpić nie myślały wcale, i trzy lub cztery razy przez drzwi lub okno wysunął się pysk małpi lub łapa, powitane każdym razem strzałami.
— Ukryjmy się rzekł inżynier. Małpy będą może myślały, żeśmy odeszli i pokażą się znowu. Spilett z Harbertem niech czatują z za skał i strzelają na wszystko, co się tylko pojawi.
Usłuchano rozkazu inżyniera, i podczas gdy korespondent z Harbertem, najcelniejsi dwaj strzelcy z całej osady, ustawili się na dobrą metę, lecz tak, by ich małpy nie widziały; Nab, Pencroff i Cyrus Smith, wyszedłszy na terasę, udali się tymczasem do lasu, by ubić jaką zwierzynę, gdyż czas śniadania już był nadszedł, a żywności nie było żadnej.
W pół godziny myśliwi powrócili, niosąc kilka gołębi skalnych, które upieczono na prędce. Przez ten czas nie pokazała się ani jedna małpa.
Gedeon Spilett z Harbertem udali się na śniadanie, a Top tymczasem czuwał pod oknami. Zjadłszy śniadanie, powrócili na swe stanowiska.
Upłynęły tak dwie godziny a położenie nie zmieniło się w niczem. Małpy nie dawały żadnego znaku życia, możnaby było sądzić, że znikły, lecz daleko prawdopodobniejszem zdawało się, że przestraszone śmiercią jednej ze swych koleżanek, spłoszone strzałami, siedziały cicho w pokojach a może i w magazynie. A kiedy osadnikom naszym stanęły w myśli skarby zawarte w magazynie, cierpliwość zalecana tak gorąco przez inżyniera zamieniła się w gwałtowne rozdrażnienie, i prawdę mówiąc, mieli po temu powód.
— Doprawdy to głupia sprawa, rzekł wreszcie korespondent, i nie ma najmniejszej racji, ażeby się to skończyło.
— A jednak musimy ich z tamtąd wykurzyć, tych urwisów! zawołał Pencroff. Choćby ich było dwudziestu, damy sobie z nimi radę, lecz na to by trzeba zmierzyć się z nimi oko w oko! Tam do kata! Czy nie ma żadnego sposobu, ażeby się do nich dostać?
— Jest jeden, odparł nagle inżynier, któremu myśl jakaś strzeliła przez głowę.
— Jeden? zapytał Pencroff. Więc dobry ten, kiedy nie ma innych! A cóż to za sposób?
— Spróbujmy spuścić się do Pałacu Granitowego przez dawny kanał odpływowy jeziora, odparł inżynier.
— A do kroćset sto tysięcy djabłów! zawołał marynarz. Że też mnie to nie przyszło do głowy!
Był to w samej rzeczy jedyny sposób dostania się do Pałacu Granitowego, ażeby we wnętrzu jego stoczyć walkę z czeredą małp i wyprzeć je z tamtąd. Prawda, że otwór kanału odpływowego zamurowany był skitowanemi kamieniami, mur ten trzeba było poświęcić, lecz można go było później naprawić. Na szczęście Cyrus Smith nie wykonał był jeszcze do tego czasu swego projektu zanurzenia otworu pod powierzchnię jeziora, w takim razie bowiem uskutecznienie ich zamiarów wymagałoby było więcej czasu.
Minęło już było południe, gdy osadnicy nasi dobrze uzbrojeni i zaopatrzeni w kilofy i motyki, opuścili „dymniki“, przeszli po pod okna Pałacu Granitowego, rozkazawszy Topowi pozostać na jego stanowisku, i zamierzali się puścić się lewym brzegiem Dziękczynnej, ażeby dostać się na Wielką Terasę.
Lecz nie uszli jeszcze pięćdziesięciu kroków w tym kierunku, gdy nagle usłyszeli wściekłe ujadanie psa. Był to jakby rozpaczliwy alarm.
Stanęli.
— Biegnijmy! zawołał Pencroff.
I wszyscy popędzili co tchu z góry na dół ku wybrzeżom.
Przybiegłszy do zakrętu ujrzeli całą zmianę sytuacji.
W samej rzeczy małpy, zdjęte nagłą trwogą, którą wzbudziła w nich nieznana jakaś przyczyna, usiłowały ocalić się ucieczką. Dwie lub trzy z nich biegały i skakały z okna do okna ze zwinnością clown’ów cyrkowych. Nie próbowały nawet spuścić drabinki, po której łatwiej by im było zleść na dół, a może i w popłochu zapomniały o tym środku. Wkrótce pięć lub sześć małp było wystawionych na strzały, a osadnicy nasi biorąc je wygodnie na cel, dali ognia. Jedne z nich, ranione lub zabite, powpadały napowrót do środka, wydając przeraźliwe krzyki. Inne, spadłszy na dół, połamały karki i w kilka minut później, według wszelkiego prawdopodobieństwa, w całym Pałacu Granitowym nie było ani jednej żywej małpy.
— Hurra! zawołał Pencroff, hurra! i jeszcze raz hurra!
— Po co tyle „hurra“! rzekł Gedeon Spilett.
— Albo co? Wszak wybite wszystkie co do nogi, odparł marynarz.
— Niech i tak będzie, lecz przez to nie dostaniemy się jeszcze do domu.
— Więc idźmy przez kanał odpływowy! odparł Pencroff.
— Bez wątpienia, rzekł inżynier, lecz byłoby lepiej...
W tej chwili, jakgdyby w odpowiedź na uwagę Cyrusa Smitha, ujrzeli jak drabinka prześlizgnęła się przez próg, rozwinęła się i stoczyła do samej ziemi.
— A do kroćset beczek! To rzecz dziwna! zawołał marynarz patrząc na Cyrusa Smitha.
— Aż nadto dziwne! przebąknął inżynier i wskoczył pierwszy na drabinkę.
— Uważaj pan, panie Cyrus! zawołał Pencroff, jeśli tam jest jeszcze który z tych pawianów...
— Zobaczymy zaraz, odparł inżynier nie zatrzymując się.
Towarzysze jego pospieszyli za nim i w minutę stanęli wszyscy u progu drzwi.
Szukano wszędzie. Nie było nikogo ani w pokojach, ani w magazynie, z którym małpy obeszły się całkiem przyzwoicie.
— Tam do kata! a drabinka? zawołał marynarz. Gdzież jest ów dżentelmen, który nam ją spuścił?
Lecz w tej chwili dał się słyszeć krzyk i duża małpa, która ukrytą była w kurytarzu, wpadła do sali, goniona przez Naba.
— A! otóż mamy zbója! zawołał Pencroff.
I zamierzył się siekierą, by rozstrzaskać łeb małpie, lecz w tej chwili Cyrus Smith wstrzymał go za rękę i rzekł:
— Daruj jej życie, Pencroffie.
— Co, ułaskawić tego czarnego djabła?
— Tak! to on nam zrzucił drabinę!
Inżynier wyrzekł te słowa tonem tak osobliwym, że trudno było rozpoznać, czyli to mówił serjo czy żartem.
Mimo to rzucono się na małpę, która, po mężnej ze swej strony obronie, została powaloną i skrępowaną.
— Uff!... zawołał Pencroff. I cóż teraz poczniemy z tą małpą?
— Przyjmiemy ją na służbę! odparł Harbert.
Mówiąc to Harbert nie żartował wcale, wiedział bowiem, jaką korzyść można wyciągnąć z tej inteligentnej rasy małp.
Wówczas osadnicy nasi, zbliżywszy się do małpy, poczęli się jej uważnie przypatrywać. Należała ona do rodzaju tych antropomorfów, u których kąt twarzy mało co mniejszy jest od kąta twarzy u Australczyków lub Hottentotów. Był to orangutan, i jako taki nie miał ani dzikości pawjana, ani nierozwagi makaka, ani niechlujstwa pluchy, ani niecierpliwości magota, ani też zdradnych instynktów kynocefala. Do tej to właśnie rodziny antropomorfów odnoszą się owe liczne rysy charakterystyczne, znamionujące u zwierząt tych ludzką prawie inteligencję. Używane około domu, potrafią służyć do stołu, zamiatać pokoje, czyścić suknie, szczotkować buty, obchodzić się zręcznie z nożem, łyżką i widelcem, a nawet pić wino... jak najlepszy sługa o dwóch nogach i gładkiej skórze. Buffon, jak wiemy, miał jednę taką małpę, która długie lata służyła mu wiernie i gorliwie.
Nasza małpa, która leżała skrępowana w sali Pałacu Granitowego, był to duży samiec, sześć stóp wysoki, dziwnie kształtnej budowy, o szerokiej piersi, z głową średniej wielkości, w której kąt twarzy dochodził do sześćdziesięciu pięciu stopni, z zaokrągloną czaszką, z wystającym nosem, ze skórą pokrytą gładkim, miękkim, i połyskującym włosem — jednym słowem był to skończony typ antropomorfa. Oczy jego, mniejsze nieco od ludzkich, świeciły inteligentną ruchliwością; z pod wąsów błyszczały dwa rzędy śnieżnych zębów, prócz tego miał małą brodę kędzierzawą, orzechowego koloru.
— Piękny z niego chłop! rzekł Pencroff. Gdybym znał jego język, rozmówiłbym się z nim!
— Więc to panie nie jest żart? zapytał Nab. Więc w samej rzeczy przyjmiemy go na służbę?
— Tak jest, Nabie, odparł inżynier z uśmiechem. Lecz nie bądź tylko zazdrośnym!
— I spodziewam się, że będzie doskonałym sługą, dodał Harbert. Zdaje się być jeszcze młodym, edukacja jego pójdzie łatwo, i nie będziemy potrzebowali zmuszać go gwałtem do posłuszeństwa, ani wyrywać mu bocznych zębów, jak to bywa w podobnych razach. On tylko do dobrych i łaskawych panów może się przywiązać.
— Będzie z nas miał takich panów, odparł Pencroff, który zapomniał już całkiem o swej urazie do „figlarzów.“
Poczem przystąpiwszy do orangutana, zapytał:
— Jakże się masz, mój chłopcze?
Orangutan odpowiedział lekkiem mruczeniem, które nie oznaczało zbyt kwaśnego humoru.
— Więc chcemy należyć do osady? zapytał marynarz. Wstąpimy zatem na służbę do p. Cyrusa Smitha?
Po raz drugi ozwało się mruczenie potakujące.
— I będziemy się kontentować samą strawą, bez innej zapłaty?
Trzecie mruczenie potakujące.
— Konwersacja jego jest monotonną, zauważył Gedeon Spilett.
— To dobrze! odparł Pencroff, najlepsi są ci słudzy, którzy najmniej gadają. A potem nie żąda pensji! — Słyszysz mój chłopcze? Na początek nie damy ci żadnej pensji, ale jeśli będziemy z ciebie zadowoleni, to ci damy później podwójną!
Tym sposobem zyskała osada jednego członka więcej, który miał jej później oddać niejednę przysługę. Co do nazwiska, Pencroff prosił, ażeby go nazwano, na pamiątkę innej małpy, którą znał dawniej, Jowiszem, czyli w skróceniu Jowem.
I tym sposobem bez dalszych ceremonji odbyła się installacja pana Jowa w Pałacu Granitowym.






ROZDZIAŁ VII.
(Nowe projekta. — Most na Dziękczynnej. — Przemiana Wielkiej Terasy w wyspę. — Most zwodzony. — Żniwo. — Potok. — Mostki. — Podwórko. — Gołębnik. — Dwa „onagasy“. — Zaprzęg. — Wycieczka do Przystani Balonowej.)

Tak więc osadnicy wyspy Lincolna odbili napowrót swe mieszkanie, nie potrzebując wchodzić do niego przez dawny kanał odpływowy jeziora, co im oszczędziło niezbędną w takim razie robotę mularską. Szczęściem to ich było zaiste, że właśnie w chwili, gdy się zabierali do tego, gromada małp zdjęta trwogą jakąś, równie nagłą jak niewytłumaczoną, sama rozpoczęła odwrót z Pałacu Granitowego. Czy te zwierzęta przeczuły niebezpieczny atak, który im z innej groził strony? Powód ich ucieczki tym jednym tylko sposobem dałby się wytłumaczyć.
Resztę dnia tego obrócono na przeniesienie zwłok poległych małp do lasu i pogrzebanie ich tamże. Poczem osadnicy nasi przystąpili do usunięcia nieporządku sprawionego przez małpy — mówię: nieporządku, a nie spustoszenia, małpy bowiem poprzewracały wprawdzie wszystko, co było w pokojach, lecz nie połamały ani popsuły niczego. Nab rozpalił znowu ogień na kuchni, a spiżarnia dostarczyła sutego posiłku, któremu wszyscy całą gębą byli radzi.
Nie zapomniano także o Jowie i uraczono go hojnie migdałami sosnowemi i korzonkami, które zjadł z wielkim apetytem. Pencroff zdjął mu więzy z ramion, lecz uznał za stosowne pozostawić mu jeszcze pęta na nogach, aż do nabrania pewności, że się pogodził ze swym losem.
Poczem Cyrus Smith z towarzyszami swoimi, zanim udali się na spoczynek, zasiadłszy do koła stołu, omawiali rozmaite projekta, których uskutecznienie nie cierpiało zwłoki.
Najważniejszym i najpilniejszym z nich było postawienie mostu na Dziękczynnej, w celu połączenia wyspy z Pałacem Granitowym, tudzież utworzenie ogrodzenia na barany skalne i inne stworzenia wełnonośne, które miano ująć w niewolę.
Oba te przedsięwzięcia, jak widzimy, zmierzały do załatwienia najważniejszej podtenczas kwestji odzieży. W istocie, most miał ułatwić transport powłoki balonowej przeznaczonej na bieliznę, a obora miała dostarczyć wełny na sporządzenie sukień zimowych.
Co do obory Cyrus Smith miał zamiar założyć ją u samego źródła Czerwonego Potoku, gdzie przeżuwające te stworzenia znaleść mogły świeżą i bujną paszę. Droga pomiędzy Wielką Terasą a owem źródłem była już w części utorowaną, a za pomocą wózka doskonalszego niż pierwszy, dowóz byłby łatwiejszym, zwłaszcza gdyby się udało przyswoić sobie w tym celu jakie bydlę pociągowe.
Podczas gdy jednak nic nie stało na przeszkodzie temu, by obora była nieco oddaloną od Pałacu Granitowego, inaczej miała się rzecz z podwórkiem, na które Nab zwrócił uwagę swych towarzyszy.
Wypadało w samej rzeczy, aby drób znajdował się pod ręką kuchmistrza, a żadne miejsce nie wydawało się odpowiedniejszem na założenie rzeczonego podwórka, jak owa część brzegów jeziora, przytykająca do dawnego kanału odpływowego. Tu ptactwo wodne mogło wieść się równie pomyślnie jak każde inne, a owa para tinamusów schwytanych podczas ostatniej wycieczki, miała służyć za zawiązek i pierwszą próbę swojskiego ptactwa.
Nazajutrz — 3go listopada — rozpoczęto szereg prac nowych około budowy mostu, i wszystkie ręce użyte zostały w tej ważnej potrzebie. Piły, siekiery, dłuta i młoty naładowano na plecy i osadnicy nasi, przemienieni w cieślów, spuścili się na dół ku piasczystemu wybrzeżu.
Tu Pencroff zrobił następującą uwagę:
— A jeśliby, podczas naszej niebytności, przyszła panu Jowowi fantazja wciągnąć do góry drabinkę, którą tak uprzejmie spuścił nam wczoraj na dół?
— Przymocujmy ją za dolny koniec odparł Cyrus Smith.
Uczyniono to za pomocą dwóch palów silnie wbitych w piasek. Poczem osadnicy nasi, puściwszy się lewym brzegiem Dziękczynnej, przybyli wkrótce do pierwszego jej kolana.
Tu zatrzymali się by się zastanowić nad tem, czyliby most nie powinien być rzuconym w tem miejscu. Miejsce to wydawało się odpowiedniem.
W samej rzeczy odległość tego miejsca od „Przystani balonowej,“ odkrytej na południowym wybrzeżu, nie wynosiła więcej jak półczwartej mili, a od mostu do przystani łatwo było przerąbać drogę, po której mógłby przejechać wóz, i tym sposobem ułatwić komunikację między Pałacem Granitowym a południową częścią wyspy.
W ówczas Cyrus Smith objawił towarzyszom swoim plan zarówno łatwy do uskutecznienia jak nader korzystny, nad którym od dłuższego czasu przemyśliwał. Plan ten polegał na tem: by oddzielić zupełnie Wielką Terasę od reszty wyspy i przez to zabezpieczyć ją od napadów tak czworonożnych jak i czwororękich stworzeń. Tym sposobem Pałac Granitowy, „dymniki,“ podwórko i górna część terasy przeznaczona na zasiewy, byłyby ochronione przed spustoszeniem dzikich zwierząt.
Zamiar ten był nader łatwym do wykonania, i oto, jakim sposobem inżynier zamyślał przywieść go do skutku.
Terasa była już z trzech stron bronioną potokami bądź sztucznemi, bądź też naturalnemi.
Od strony północno-zachodniej brzegami jeziora Granta, ciągnącemi się od zakrętu przytykającego do dawnego kanału odpływowego, aż do owego przekopu dokonanego we wschodnim brzegu jeziora dla odpływu wody.
Od strony północnej, t. j. od owego przekopu aż do morza, nowym potokiem, który utorował sobie drogę przez Terasę i piaski nadbrzeżne, po wyżej i po niżej wodospadu, i w samej rzeczy dość było zagłębić koryto tego potoku, by uniemożliwić zwierzętom przechód przez niego.
Od wschodu, samem morzem, i to: od ujścia rzeczonego potoku do ujścia Dziękczynnej.
Wreszcie i od południa, od ujścia aż do kolana Dziękczynnej, gdzie miano wybudować most.
Pozostawała więc tylko część zachodnia Terasy, między kolanem rzeki a południową kończyną jeziora, w przestrzeni zaledwie jedno-milowej, która stała całkiem otworem. Lecz nie było nic łatwiejszego, jak wykopać wzdłuż fosę szeroką i głęboką, i napełnić ją wodą z jeziora, któraby drugim spadem odpływała do Dziękczynnej. Poziom jeziora niewątpliwie obniżyłby się nieco wskutek tej nowej śluzy, lecz Cyrus Smith przekonał się, że Czerwony Potok dostarczał dość wody, by można było bezpiecznie przedsięwziąć ten projekt.
— Tak więc, dodał inżynier, Wielka Terasa stanie się istotną wyspą, oblaną ze wszech stron wodą, a z resztą dzierżaw naszych łączyć ją będzie tylko most, który wybudujemy na Dziękczynnej, dwa mostki rzucone już powyżej i poniżej wodospadu, a w końcu dwa mostki, które trzeba jeszcze będzie postawić, jeden na fosie, którą proponuję wykopać, a drugi na lewym brzegu Dziękczynnej. Otóż jeśli te mosty i mostki będzie można zwodzić do woli, w takim razie Wielka Terasa zabezpieczoną będzie od wszelkiego napadu.
Cyrus Smith, chcąc się jaśniej wytłumaczyć swoim towarzyszom, naszkicował mapę Wielkiej Terasy, i wtedy pojęli wszyscy odrazu projekt ten w ogólnym zarysie i przyjęli go jednomyślnie, a Pencroff potrzęsając swą siekierą ciesielską, zawołał:
— Więc najpierw bierzmy się do mostu!
Była to robota ze wszystkich najpilniejsza. Wybierano więc przydatne do tego drzewa, potem takowe ścinano, ogołacano z gałęzi i przerabiano na belki, tarcice i deski. Most ten miał być wybudowanym tak, ażeby podczas gdy część jego przypierająca do prawego brzegu Dziękczynnej byłaby nieruchomą, natomiast część jego przypierająca do lewego brzegu mogła być podnoszoną do góry za pomocą wagi, jak to bywa przy mostach śluzowych.
Łatwo pojąć, że była to praca niemała, i najzręczniej nawet poprowadzona wymagała zawsze pewnego czasu, szerokość rzeki bowiem wynosiła w tem miejscu około ośmdziesiąt stóp. Trzeba więc było wbijać pale w jej łożysko, ażeby się na nich mógł utrzymać pomost i ustawić kafar do wbijania palów mających utworzyć dwie arkady i wzmocnić most do znoszenia większych ciężarów.
Na szczęście nie brakowało ani narzędzi do obrabiania drzewa, ani okucia do spajania go, nie brakowało też człowieka genjalnego, który się znał wybornie na tego rodzaju robotach, ani człowiekowi temu nie brakowało pomocników gorliwych, którzy przez te siedm miesięcy nabyli niepospolitej wprawy mechanicznej. A trzeba przyznać, że Gedeon Spilett nie był bynajmniej najniezręczniejszym ze wszystkich, i co się tyczy zmyślności, współzawodniczył z samym marynarzem, który „nie spodziewał się nigdy (jak mówił) tyle po zwykłym dziennikarzu!“
Budowa mostu na Dziękczynnej trwała trzy tygodnie, które upłynęły wśród natężającej pracy. Śniadano zawsze na tem samem miejscu, gdzie się odbywała robota, a ponieważ pogoda była właśnie przepyszna, dopiero na wieczerzę powracano do Pałacu Granitowego.
Przez ten czas zauważano, że Jow przywykał coraz bardziej do swego nowego położenia, i spoufalał się ze swymi nowymi panami, na których spoglądał zawsze z wielkiem zadziwieniem. Przez ostrożność jednak, Pencroff nie pozostawiał mu jeszcze całkowitej wolności, odkładając to słusznie aż do czasu, kiedyby Terasa skutkiem zamierzonych prac oddzieloną została nieprzebytemi granicami od reszty wyspy. Top i Jow żyli ze sobą w najlepszej zgodzie i chętnie bawili się razem, ale Jow postępował zawsze z wielką powagą.
Dnia 20. listopada ukończono budowę mostu. Część jego ruchoma, równoważona umieszczoną na przeciwnej stronie wagą, poruszała się z łatwością i niewielkiego trzeba było natężenia, by ją podnieść do góry. Pomiędzy zawiasami a ostatnią poprzecznicą, na której spierał się most, gdy go spuszczano, była przestrzeń dwudziestu stóp, a szerokość ta wystarczała, by zwierzętom uniemożliwić przystęp na drugi bok rzeki.
Wtedy zastanowiono się nad tem, czyby nie należało się wrócić po powłokę balonową, przechowywaną dotychczas w bezpiecznem ukryciu. Lecz aby ją przystawić, trzeba było zajechać wózkiem aż do samej Przystani Balonowej, a tem samem przerąbać wprzód drogę przez gęstwiny boru Zachodniej Ręki. To zaś wymagało pewnego czasu. Pencroff zatem i Nab ruszyli pierwej na zwiady i dotarli aż do rzeczonej Przystani, a gdy się przekonali, że złożony w jaskini „stoch płótna“ znajdował się w zupełnie dobrym stanie, postanowiono nie przerywać dalszych robót około odosobnienia Wielkiej Terasy.
— To nam pomoże do korzystniejszego pomieszczenia naszego drobiu, zauważył Pencroff, nie będziemy się bowiem potrzebowali obawiać ani odwidzin ze strony lisów, ani też napadów innych szkodliwych bestyj.
— Nie mówiąc już o tem, dodał Nab, że będziemy mogli wykarczować Terasę i przesadzić na nią rozmaite dziko rosnące rośliny...
— I przygotować drugie pole pod zasiew! zawołał tryumfująco marynarz.
I w samej rzeczy pierwsze pole, zasiane jedynem ziarnem, wydało, dzięki staraniom Pencroffa, wspaniały plon. Zrodził bowiem przepowiedzianych przez inżyniera dziesięć kłosów, a ponieważ każdy kłos zawierał ośmdziesiąt ziarn, przeto osada znalazła się w posiadaniu ośmiuset ziarn — w przeciągu sześciu miesięcy — co pozwalało spodziewać się rok rocznie dwóch zbiorów.
Owe ośmset ziarn, mniej pięćdziesiąt, które roztropność nakazywała przechować, miano teraz zasiać w nowem polu, z niemniejszą troskliwością, jak owe jedyne ziarnko.
Sprawiono zatem pole pod zasiew i otoczono je dokoła wysokim i szpiczastym częstokołem przez który czworonożne zwierzęta z wielką trudnością zdołałyby przeleźć. Do odstraszenia zaś ptactwa miały służyć rozmaite skrzypiące kołowrotki i maniaki, spłodzone w bujnej fantazji Pencroffa. Wtedy zasadzono owe siedmset pięćdziesiąt ziarn w małe regularnie pociągnięte bruzdy, a reszty miała dokonać natura.
Dnia 21. listopada rozpoczął Cyrus Smith odmierzać fosę, mającą zamykać Terasę od zachodu, mianowicie: od południowej kończyny jeziora Granta aż do kolana Dziękczynnej. W miejscu tem leżało z wierzchu dwie do trzech stóp czarnej ziemi, a pod spodem pokład granitowy. Trzeba więc było fabrykować na nowo nitroglicerynę, a ta sprawiła zwykły swój skutek. W przeciągu dni piętnastu wydrążono w twardym gruncie Terasy fosę dwanaście stóp szeroką a sześć stóp głęboką. Tym samym więc co pierwej sposobem utworzono nowy wyłom w skalistym brzegu jeziora, przez który przelała się woda do nowego łożyska i utworzyła mały potoczek nazwany „Potokiem Glicerynowym“ Dziękczynna zyskała przez to jedno nowe ramię. Tak jak przepowiedział inżynier, poziom jeziora obniżył się przez to lecz prawie nieznacznie. W końcu, ażeby dopełnić całkowitego odgraniczenia Wielkiej Terasy, rozszerzono znacznie koryto potoku przerzynającego piaszczyste wybrzeże i z obu stron ujęto piaski w podwójny częstokół.
W pierwszej połowie grudnia zakończono wszystkie te prace, a Wielka Terasa, to jest: pięciokąt nieregularny, liczący blisko cztery mile obszaru i opasany do koła wodą, została tym sposobem zabezpieczoną od wszelkich nieproszonych gości.
Przez cały ten miesiąc panowały nieznośne upały. Ponieważ jednak osadnicy nasi nie chcieli zwlekać z wykonaniem swych projektów, a potrzeba założenia podwórka dla drobiu stawała się coraz pilniejszą, przystąpiono zatem do tego nowego przedsięwzięcia.
Rozumie się samo przez się, że od czasu odosobnienia Wielkiej Terasy od reszty wyspy, pan Jow odzyskał napowrót wolność. Odtąd nie opuszczał więcej ani na krok swych panów i nie zdradzał żadnej skłonności do ucieczki. Było to zwierzę, łagodne a przy tem niepospolitej siły i zdumiewającej zręczności. W łażeniu po drabince Pałacu Granitowego nikt się nie zdołał z nim mierzyć. Używano go także do rozmaitych robót, ciągnął ładunki z drzewem i woził kamienie, które wydobywano z koryta Potoku Glycerynowego.
— Nie jest to jeszcze murarz skończony, ale „fryc“[3] z niego nie zły! żartował Harbert, stosując ten przydomek „fryc“ do miana, jakiem murarze zwykli obdarzać swych pomocników.
Podwórko przeznaczone dla drobiu zajmowało przestrzeń piaszczystą dwiestu yardów kwadratowych przy południowo-wschodnich brzegach jeziora. Otoczono takowe dokoła palisadą i poklecono rozmaite kryjówki dla ptactwa, które je miało zamieszkiwać. Były to budki chruściane, podzielone na liczne przegródki, które wkrótce były gotowe na przyjęcie upragnionych gości.
Pierwszą była para tinamusów, która wkrótce doczekała się licznego potomstwa. Towarzystwa dotrzymywało jej pół tuzina kaczek zamieszkujących brzegi jeziora. Niektóre z nich należały do owego rodzaju chińskich kaczek, roztaczających skrzydła w kształcie wachlarza, a połyskiem i żywą barwą piór; współzawodniczących ze złotemi bażantami. W kilka dni później schwytał Harbert parę gallinaceów o okrągłym ogonie złożonym z długich piór, były to wspaniałe „alektory“, które niebawem przyswoiły się najzupełniej. Co się tyczy pelikanów, zimorodków i kur wodnych, te same przychodziły do podwórka, i cały ten światek gruchający, krzyczący i gdakający, po krótkiej wzajemnej rozprawie, godził się ze sobą i ze swym losem i rozmnażał się w sposób rokujący naszej osadzie najpiękniejsze widoki na pieczyste.
Cyrus Smith, ażeby dokonać swego dzieła, wystawił w jednym rogu podwórka gołębnik. Pomieszczono w nim tuzin owych gołębi gnieżdżących się po wierzchołkach skał Wielkiej Terasy. Ptaki te przywykły wkrótce powracać co wieczór do nowego mieszkania i okazywały się skłonniejszemi do oswojenia, niżeli współplemiennicy ich, grzywacze, które zresztą rozpładzają się tylko w stanie dzikim.
Wreszcie nadszedł czas właściwy do spożytkowania powłoki balonowej na bieliznę, zachować ją bowiem w tej samej postaci i puszczać się balonem napełnionym ogrzanem powietrzem przez niezmierzoną pustynię morską, mogliby chyba ludzie obrani ze wszystkiego; Cyrus Smith jednak, jako człek praktyczny, ani myślał o tem.
Chodziło o to, ażeby powłokę balonową przywieźć do Pałacu Granitowego; osadnicy więc nasi zadali sobię pracę, ażeby ciężki swój wózek uczynić składniejszym i lżejszym. Lecz choć już nie brakowało podwody, trzeba było jeszcze wynaleźć siłę pociągową! Czy też nie istniały na wyspie jakie zwierzęta przeżuwające, samorodnej rasy, które by były w stanie zastąpić konia, osła, wołu lub krowę? Oto było pytanie.
— W istocie, rzekł Pencroff, przydałoby nam się jakie bydlę pociągowe, zanim pan Cyrus zechce nam sporządzić wóz parowy albo i lokomotywę, bo z pewnością będziemy mieli kiedyś kolej żelazną z Pałacu Granitowego do Przystani Balonowej, a z linją boczną prowadzącą do góry Franklina!
I zacny marynarz wierzył sam święcie w to co mówił! Co to może wyobraźnia, gdy się przyłączy do niej ufność.
Ażeby jednak nie przesadzić, powiemy, że byle jakie zwierzę do zaprzęgu byłoby zadowoliło Pencroffa, a ponieważ Opatrzność miała dla niego pewną słabość, więc nie długo dała mu czekać.
Pewnego dnia, było to 23go grudnia, usłyszano nagle Naba krzyczącego, a Topa szczekającego na wyścigi. Osadnicy zatrudnieni właśnie w „dymnikach“ przybiegli co tchu, obawiając się jakiego nieszczęścia.
Cóż ujrzeli? Oto dwa piękne duże zwierzęta, które nieroztropnie zapędziły się aż na terasę, przeszedłszy po niezamkniętym właśnie mostku. Patrząc na nie, rzekłbyś: dwa konie, lub co najmniej dwa osły, samiec i samica, o smukłych kształtach, maści izabelowej, z białemi nogami i białym ogonem, z czarnemi pręgami na głowie, karku i grzbiecie. Szły spokojnie, nie zdradzając najmniejszego niepokoju i bystremi oczami spoglądały na tych ludzi, w których nie upatrywały jeszcze przyszłych swych panów.
— To onagasy! zawołał Harbert, czworonogi stanowiące pośrednią rasę pomiędzy zebrą a kwaggą!
— Dla czego nie nazwać ich osłami? zapytał Nab.
— Ponieważ nie mają wcale długich uszów i posiadają kształty zgrabniejsze!
— Osły czy konie, mniejsza z tem, odparł Pencroff, w każdym razie jest to „siła pociągowa“, jak powiada pan Smith, a jako taką należy ją ujarzmić!
Marynarz, nie płosząc zwierząt, przekradł się wśród zarośli do mostku na Potoku Glicerynowym, zwiódł mostek i w jednej chwili onagasy zostały jeńcami.
Możnaby sądzić, że je pojmano teraz przemocą i przyswajano gwałtem? Bynajmniej. Postanowiono pozwolić im kilka dni przechadzać się swobodnie po terasie porosłej bujną paszą, a tymczasem inżynier począł obok podwórka budować stajnię, ażeby onagasy miały dobrą podściółkę i schronienie na noc.
Tak więc piękna ta para przechadzała się całkiem wolno, a osadnicy nie przybliżali się do nich, by ich nie płoszyć. Kilkakrotnie jednak zdawały się onagasy, przywykłe do dalekich przestrzeni i głębokich lasów uczuwać potrzebę opuszczenia terasy, zbyt szczupłe dla nich posiadającą rozmiary. Wówczas biegały wzdłuż wody, stanowiącej nieprzebytą dla nich zaporę, ryczały przeraźliwie, potem pędziły cwałem przez trawę, a gdy się znów uspokoiły, stały nieruchomie całemi godzinami, wpatrując się w ową nieprzejrzaną puszczę, na zawsze dla nich zamkniętą!
Tymczasem sporządzano całą uprząż z włókien roślinnych i w kilka dni po pojmaniu onagasów, nie tylko wózek z uprzężą były w pogotowiu, lecz także przebito drogę albo raczej przerąb środkiem lasu Zachodniej Ręki, od kolana Dziękczynnej aż do Przystani Balonowej. Można więc było przejechać tamtędy wózkiem, i z końcem grudnia przedsięwzięto pierwszą próbę z onagasami.
Pencroff już był ułaskawił te zwierzęta do tego stopnia, że jadły mu z ręki i pozwalały zbliżać się do siebie, mimo to jednak zaprzężone po raz pierwszy, stawały dęba i zaledwie je można było utrzymać. Wkrótce jednak dały się nagiąć do nowej służby, onagasy bowiem mniej narowiste od zeber, używane bywają często do zaprzęgu w górzystych krajach południowej Afryki i zdołano je nawet zaaklimatyzować w chłodniejszych stosunkowo krajach Europy.
Dnia tego cała osada z wyjątkiem Pencroffa, który postępował na czele, wsiadła na wózek i ruszyła w drogę ku Przystani Balonowej. Rozumie się samo przez się, że jazda taka po drodze zaledwie trochę zrównanej, tłukła niemiłosiernie kości, przybyto jednak do kresu podróży bez żadnej przeszkody i tego samego dnia jeszcze można było naładować na wózek powłokę balonu wraz z innemi jego przyrządami.
O godzinie ósmej z wieczora wózek, minąwszy most na Dziękczynnej, stoczył się wzdłuż lewego brzegu rzeki i zatrzymał się na wybrzeżu. Wyprzężono onagasy i odprowadzono je do stajni, a Pencroff przed zaśnięciem westchnął raz jeszcze potężnie na znak zadowolenia, a westchnienie to powtórzyły wszystkie echa Pałacu Granitowego.






ROZDZIAŁ VIII.
(Bielizna. — Obuwie ze skór fok. — Fabrykacja pyroksylu. — Rozmaite zasiewy. — Rybołowstwo. — Jaja żółwie. — Postępy Jowa. — Obora. — Polowanie na skalne barany. — Nowe skarby roślinne i zwierzęce. — Wspomnienia z dalekiej ojczyzny.)

Pierwszy tydzień miesiąca stycznia poświęcono szyciu bielizny tak potrzebnej dla osady. Igły znalezione w skrzyni, władane palcami chociaż niedelikatnemi ale gorliwemi, spełniały swój obowiązek należycie i można śmiało twierdzić: że to co uszyto, uszyto trwale i dobrze.
Nici nie brakowało także, dzięki szczęśliwemu pomysłowi Cyrusa Smitha, ponownego spożytkowania nici, z których splecione były powrozy balonu. Gedeon Spilett i Harbert rozplatali te długie powrozy z cierpliwością godną podziwienia; Pencroff musiał się wyrzec tej roboty, ponieważ drażniła go nad miarę, ale za to gdy przyszło do szycia, nikt nie potrafił mu dorównać. Wiadomo bowiem powszechnie, że marynarze posiadają nadzwyczajny zmysł do rzemiosła krawieckiego.
Następnie za pomocą sody i potasu otrzymanych ze spopielonych ciał roślinnych, wyprano z tłuszczu powłokę balonową, a płótno, oczyszczone z werniksu, odzyskało napowrót swą miękkość i naturalną elastyczność, a poddane następnie odbarwiającemu działaniu atmosfery, nabrało śnieżnej białości.
Tym sposobem uszyto kilka tuzinów koszul i szkarpetek — te ostatnie nie były oczywiście robione na drutach, lecz szyte z płótna. Co to była za rozkosz dla naszych osadników przywdziać wreszcie świeżą bieliznę — była ona wprawdzie dość grubą i szorstką, lecz o taką drobnostkę nie dbali osadnicy — i rozciągnąć się między dwoma prześcieradłami, które dotychczasowe ich legowiska w Pałacu Granitowym podniosły do godności rzeczywistych łóżek.
W tym samym także czasie sporządzono ze skór fok obuwie, które miało zastąpić trzewiki i buty przywiezione z Ameryki. O tem nowem obuwiu można śmiało twierdzić, że było przestronne w zdłuż i w szerz, i nie gniotło bynajmniej nogi.
Od początku roku 1866 trwały ciągłe upały, co jednak osadników naszych nie wstrzymywało wcale od polowania w lasach. Lasy roiły się od agutów, pekarysów, kabyjasów, kangurów i innej zwierzyny, tak włosem jak piórem porosłej, a Gedeon Spilett i Harbert byli tak celnymi strzelcami, że żaden ich strzał nie poszedł nigdy na marne.
Cyrus Smith zalecał im zawsze wielką oszczędność amunicji, sam zaś przemyśliwał nad tem, by zastąpić innemi substancjami proch i ołów znalezione w skrzyni, które pragnął przechować na przyszłość. Bo czyż podobna było przewidzieć, gdzie los jego i towarzyszy jego może kiedyś wyrzucić, na wypadek, gdyby opuścili teraźniejszą swą ojczyznę? Należało więc być przygotowanym na wszelkie nieprzewidziane potrzeby, i oszczędzać amunicję, używając zamiast niej innych substancyj dających się łatwo odtwarzać.
Zamiast ołowiu, którego śladów nie odkryto na wyspie, postanowił Cyrus Smith używać z niewielką stratą siekańców z żelaza, które łatwo było fabrykować. Ponieważ siekańce te miały mniejszą wagę od ołowiu, trzeba ich było używać w większych kawałkach, w skutek czego każdy ładunek zawierał mniejszą ich ilość zręczność jednak strzelców pokonywała ten błąd. Co się tyczy prochu, Cyrus Smith, mając pod ręką saletrę, siarkę i węgiel, mógł go był fabrykować; przedsięwzięcie to jednak wymagało wielkich starań i troskliwości, a nie mając potrzebnych do tego narzędzi, nie podobna było wytworzyć go w dobrym gatunku.
Cyrus Smith wolał zatem fabrykować pyroksyl, czyli bawełnę strzelniczą, substancję, w którą bawełna nie wchodzi wcale jako niezbędny składnik, lecz tylko jako włókień. Otóż włókień nie jest nic innego jak tylko zwykła tkanka roślinna, a w stanie zupełnie czystym znajduje się on nietylko w bawełnie, lecz także w konopiach i lnie, w papierze, w starem płótnie, w rdzeniu bzu itp. Otóż właśnie bzu było na wyspie poddostatkiem; zwłaszcza przy ujściu Czerwonego Potoku, a osadnicy używali już pierwiej zamiast kawy jagód z tych krzewów, należących do rzędu roślin wiciokrzewowatych.
Tak więc rdzeń bzu, to jest włókień, znajdował się podostatkiem, drugim zaś niezbędnym składnikiem pyroksylu jest kwas azotowy dymiący. Otóż Cyrus Smith, będąc już w posiadaniu kwasu siarczanego, mógł wytworzyć łatwo kwas azotowy, rozkładając siarkę, której mu dostarczała przyroda.
Postanowiono zatem fabrykować do użytku pyroksyl, pomimo że posiada on ważne niedostatki, jako to: wielką niejednakowość skutku, nadzwyczajną zapalność; wybucha już bowiem przy stu siedmdziesięciu stopniach, zamiast przy dwiestu czterdziestu, a w końcu zbyt nagłe spłonienie, co może spowodować uszkodzenie broni. Korzyści natomiast pyroksylu są następujące: nie podpada wilgoci, nie zanieczyszcza lufy u strzelby, a siła jego sprężności, a tem samem rzutu jest w czwórnasób tak wielką jak zwyczajnego prochu.
Ażeby wytworzyć pyroksyl, dość zanurzyć przez kwadrans włókień w kwasie azotowym dymiącym, następnie przepłukać go mocno wodą i wysuszyć. Jak widzimy rzecz najprostsza w świecie.
Cyrus Smith posiadał tylko zwykły kwas azotowy, nie zaś kwas azotowy dymiący, czyli jednowodnikowy, to jest taki, który pod wpływem wilgotnego powietrza wydaje białawą parę. Lecz zastąpiwszy go zwykłym kwasem azotowym, zmięszanym w stosunku trzech części do pięciu z kwasem siarczanym skoncentrowanym, mógł inżynier otrzymać ten sam skutek i rzeczywiście otrzymał go. Tym sposobem znajdowali się myśliwcy nasi niebawem w posiadaniu wybornie przyrządzonej substancji, która przy ostrożnem użyciu, wydawała znakomite rezultaty.
O tym samym czasie osadnicy nasi wykarczowali na Wielkiej Terasie trzy włóki ziemi, pozostawiając resztę na pastwisko dla onagasów. Przedsięwzięto kilka wycieczek do lasów Jakamarowego i Zachodniej Ręki, i dokonano znacznego zbioru dziko rosnących jarzyn, jako to: szpinaku, rzerzuchy, rzodkwi, rzepy, które zamierzono uszlachetnić za pomocą racjonalnej hodowli i uzupełnić niemi żywność azotową, na jaką wyłącznie ograniczeni byli dotychczas osadnicy wyspy Lincolna. Dowożono także regularnie drzewa i węgla. Każda taka wycieczka służyła zarazem do ulepszenia dróg, które pod kołami wozu wyrównywały się zwolna.
Królikarnia dostarczała także dla kuchni Pałacu Granitowego odpowiedniego zasobu królików. A ponieważ położoną była po drugiej stronie Potoku Glicerynowego, mieszkańce jej przeto niemogli nawiedzać Terasy, ani niszczyć świeżo założonych plantacyj. Także i ławica ostryg, rozciągająca się wśród raf nadbrzeżnych, dostarczała codziennie wyśmienitych mięczaków. Niebawem poczęło kwitnąć rybołostwo tak w jeziorze jak i w Dziękczynnej. Pencroff bowiem sporządził był wędki opatrzone żelaznemi haczkami, na które często gęsto łapały się piękne pstrągi i innego gatunku ryby, nader smaczne, z srebrzystemi łuskami nakrapianemi w żółtawe plamy. Tym sposobem Nab, oddany duszą i ciałem swemu kulinarnemu zawodowi, mógł w jadłospisach osady utrzymywać przyjemną rozmaitość. Na stole osadników nie brakowało niczego prócz chleba, a, jak powiedzieliśmy, brak ten dawał się im czuć istotnie.
O tymże czasie wyprawiono także polowanie na żółwie morskie, nawiedzające wybrzeża przylądka Obu Szczęk. W miejscu tem pokrytą była ziemia małemi nabrzmiałościami, w których były ukryte jaja kształtu zupełnie sferycznego, z białą, twardą skorupą, których białko posiadało tę własność, że nie zścinalo się tak, jak to bywa u jaj ptasich. Jaja te wykłuwały się same pod wpływem słońca, a liczba ich musiała być bardzo wielka, skoro jeden żółw jest wstanie rok rocznie znieść do dwiestu pięćdziesięciu jaj.
— To istny łan jaj, zauważył Gedeon Spilett, tylko je zbierać!
Nie zadawalając się jednak samym tylko produktem, wyprawiono polowanie na producentów, a skutek był taki, że przyniesiono do Pałacu Granitowego cały tuzin tych specjałów, które pod względem kulinarnym były istotnie drogocenne. Zupa żółwiowa zaprawiona ziołami aromatycznemi i przyjemnym smakiem niektórych roślin krzyżowych, zjednywała często Nabowi zasłużone pochwały.
Należy tu jeszcze przytoczyć inną szczęśliwą okoliczność, która dozwoliła nagromadzić nowe zapasy żywności na zimę. Oto gromady łososiów zaległy Dziękczynną kilka mil wzdłuż. Była to właśnie pora, w której samice, szukając miejsc sposobnych do tarcia się, poprzedzały samców i sprawiały w rzece wielki szum i łoskot. Tysiące tych ryb do półtrzecia stopy długich, natłoczyło się do rzeki, i dość było ustawić kilka tam, by wielką ich liczbę nałowić. Tym sposobem złowiono kilkaset sztuk, a nasoliwszy je przechowano aż do czasu, kiedy mrozy zimowe ściąwszy powierzchnię rzeki, uniemożliwić miały dalsze rybołowstwo.
Podczas tego wielce rozumny nasz Jow zaprawiał się do służby pokojowej. Ustrojono go w kurtkę, w krótkie spodeńki z białego płótna, i w fartuch z kieszeniami, które go niewymownie uszczęśliwiały, pakował w nie bowiem obie ręce i nie cierpiał tego, ażeby mu kto inny w nich szperał. Zwinny orangutan otrzymywał od Naba znakomitą edukację, i patrząc na murzyna i małpę mogło się wydawać, że się między sobą zupełnie porozumiewali. Jow żywił zresztą dla Naba niekłamaną sympatję, którą mu tenże odpłacał. W chwilach, gdy nie potrzebowano usług Jowa, czy to do wożenia drzewa, czy też do łażenia po drzewach, przepędzał tenże większą część czasu w kuchni i usiłował naśladować Naba we wszystkich jego zatrudnieniach. Mistrz okazywał zresztą nietylko cierpliwość ale i wielką gorliwość w kształceniu swojego ucznia, a wzamian uczeń z niepospolitą inteligencją korzystał z nauk mistrza.
Łatwo więc wystawić sobie zadowolenie mieszkańców Pałacu Granitowego, gdy pewnego dnia pan Jow z serwetą pod pachą przyszedł im usłużyć do stołu. Zgrabny, uważający, pełnił swą służbę z niesłychaną zręcznością, zmieniając talerze, przynosząc półmiski, nalewając szklanki, i to wszystko z powagą i godnością, która nieskończenie bawiła wszystkich, a Pencroffa wprawiała w uniesienie.
— Jow, rosołu!
— Jow, odrobiny aguta!
— Jow, talerza!
— Jow! Dzielny Jow! Poczciwy Jow!
Wykrzykniki te powtarzały się nieustannie, a Jow nie dając się niczem zbić z tropu, wypełniał wszystko, czuwał nad wszystkiem i potrząsł potakująco głową, gdy Pencroff ponawiając żart, którego pozwolił sobie pierwszego dnia, rzekł do niego:
— Nie ma co mówić, Jow, trzeba ci będzie podwoić pensję!
Nie potrzebuję dodawać, że Jow zaaklimatyzował się przez ten czas zupełnie w Pałacu Granitowym, i że nieraz towarzyszył swym panom do lasu, nie objawiając nigdy zamiaru ucieczki. Warto go było widzieć wtedy, jak kroczył w najpocieszniejszy sposób, laskę, którą mu wystrugał Pencroff, niosąc na ramieniu jak karabin! Gdy trzeba było zerwać owoc jaki na samym wierzchołku drzewa, Jow jednym susem był już na górze! Gdy koło ugrzęzło, Jow jednem pchnięciem sprowadzał je napowrót na dobrą drogę!
— Oto mi chwat! — wołał nieraz Pencroff. Gdyby był tak złym, jak jest dobrym, nie byłoby sposobu dać sobie z nim rady!
Z końcem stycznia rozpoczęli osadnicy na wielką skalę robotę w środkowej części wyspy. Postanowiono bowiem niedaleko źródła Czerwonego Potoku, a u stóp góry Franklina założyć oborę dla tych bydląt, których obecność w pobliżu Pałacu Granitowego byłaby niedogodną, a mianowicie dla baranów skalnych, mających dostarczyć wełny potrzebnej na odzież zimową.
Co rana osada, czasem w komplecie ale najczęściej reprezentowana tylko przez Cyrusa Smitha, Harberta i Pencroffa, udawała się do źródła Czerwonego Potoku. Przy pomocy onagasów była to mała przechadzka pięciomilowa, pod sklepieniem z zieleni, po drodze świeżo wytyczonej, a nazwanej, „drogą do obory.“
Tam upatrzono rozległe miejsce, na odwrotnej stronie południowego grzbietu góry. Była to łąka zasadzona grupami drzew, a położona u samego podnóża jednego z poprzecznych pasm, które zamykało ją z tego boku zupełnie. Maleńki strumyczek, wytryskający na stokach góry, przerzynał ją w poprzek i wpadał do Czerwonego Potoku. Porosłą była cała świeżą trawą, a tu i ówdzie porozrzucane drzewa pozostawiały wolny przewiew powietrza. Trzeba więc było tylko otoczyć tę łąkę do koła palisadą, przytykającą z obu stron do owej góry, a tak wysoką, by najzwinniejsze z tych zwierząt nie były w stanie jej przeleźć. Ogrodzenie to powinno było obok sztuk rogatego bydła, baranów skalnych i dzikich kóz, pomieścić także młode, któreby później przyszły na świat.
Inżynier wytyczył zatem obwód obory, poczem miano przystąpić do ścinania drzew potrzebnych na palisadę. Ponieważ jednak przy prowadzeniu drogi przez las poświęcono już znaczną liczbę drzew, więc teraz zwieziono je tylko i wyciosano z nich około sto palów, które wbito głęboko w ziemię.
W przednim boku palisady pozostawiono szeroki otwór i zaopatrzono go bramą o dwóch skrzydłach zrobioną z silnych tarcic, którą z zewnątrz miano wzmocnić poprzecznemi drągami.
Budowa tej obory wymagała najmniej trzech tygodni czasu; oprócz palisady bowiem, powystawiał Cyrus Smith duże szopy z desek na schronienie dla bydląt. Zresztą cała budowa musiała być niezmiernie trwałą, barany te bowiem obdarzone są niezmierną siłą i słusznie należało się obawiać pierwszego impetu ich wściekłości. Pale zaostrzone u góry i przysmalone w ogniu, spojono ze sobą za pomocą nitablowanych przecznic, a w pewnych odstępach pomieszczono z zewnątrz podpory dla utrwalenia całości budowy.
Po ukończeniu obory miano przedsięwziąć wielką obławę u podnóża góry Franklina, na łąkach zamieszkiwanych przez skalne barany. Zamiaru tego dokonano 7. lutego. w piękny dzień letni i cała osada wzięła w nim udział. Oba onagasy, dość już dobrze wytresowane, a jeżdżone przez Gedeona Spiletta i Harberta, oddały przy tej sposobności niepoślednie usługi.
Cały manewer polegał na spędzaniu do kupy baranów i kóz i stopniowem ścieśnieniu obławy. Cyrus Smith, Pencroff, Nab i Jow ustawili się w rozmaitych punktach lasu, podczas gdy obaj kawalerzyści z Topem galopowali do koła obory, w promieniu wynoszącym pół mili.
Tę część wyspy zamieszkiwały barany wielkiemi gromadami. Wspaniałe te zwierzęta, duże jak daniele, z rogami silnemi jak taran, z popielatą wełną o długich kudłach, podobne były do orgalisów.
Ciężki to był ten dzień łowów! Co tam było chodzenia, co biegania tam i nazad, a co krzyku! Na sto baranów które spędzono w kupę, więcej niż dwie trzecie części wymknęły się obławnikom; lecz koniec końców z jakie trzydzieści baranów i dziesięć kóz dzikich, parte zwolna ku oborze, której brama na oścież otwarta zdawała się ich zapraszać do środka, wpadły do obory i zostały pojmane w niewolę.
Ogółem wziąwszy rezultat był zadowalający i osadnicy nie mogli się uskarżać. Większą część schwytanych baranów stanowiły samice, z których kilka niebawem miało zlegnąć. Nie było zatem co wątpić, że trzoda wieść się będzie dobrze i że nietylko wełny ale i skór z czasem będzie podostatkiem.
Tego wieczora myśliwi nasi pomęczeni srodze wrócili do Pałacu Granitowego. Niemniej przeto nazajutrz pospieszyli obaczyć, co się dzieje w oborze. Jeńcy próbowali wprawdzie rozwalić częstokół, lecz to się im nie udało i teraz sprawowali się o wiele spokojniej.
Przez cały miesiąc luty nie wydarzyło się nic ważniejszego. Codzienne zajęcia szły zwykłym trybem, a jednocześnie, ulepszając dotychczasowe drogi t. j. balonową i prowadzącą do obory, poczęto trasować nową drogę od ogrodzenia ku północnym wybrzeżom. Najmniej znaną częścią wyspy były owe puszcze pokrywające cały półwysep Jaszczurowy; bór ten zamieszkiwały bestje, od których Gedeon Spilett zamierzał oczyścić wyspę.
Zanim pora zimna nastała, oddawano się z największą troskliwością hodowli dzikich roślin, przesadzonych z lasu na Wielką Terasę. Harbert z każdej wycieczki przyniósł jakiś krzew pożyteczny. Raz okazy roślin cykorjowych, których ziarnka wyciśnięte dawały wyśmienity olej, innym razem szczaw’ pospolity, który posiada tę szacowną własność, że chroni od szkorbutu; to znów kilka tych drogocennych bąbelków, chowanych po wszystkie czasy w Ameryce południowej, zwanych ziemniakami, których liczymy już dziś około dwieście rozmaitych gatunków. Ogród warzywny dobrze utrzymywany, podlewany, chroniony przed ptactwem, podzielony był na małe kwadratowe grządki, na których rosły sałata, szczaw’ rzepa, rzodkiew i inne rośliny krzyżowe. Ziemia na terasie była nader żyzna i można się było spodziewać obfitych zbiorów.
Nie zbywało równie na najróżnorodniejszych napitkach, a rezygnując z wina, najwybredniejszy nawet smakosz nie potrzebowałby się był uskarżać. Prócz herbaty oswegskiej gotowanej z monard dwulistnych, i likworu fermentującego z korzonków smoczaków, przyrządzał Cyrus Smith prawdziwe piwo z młodych pręcików krzewu zwanego „czarny świerk“ (abies nigra), które wygotowane i wyfermentowane dawały napitek przyjemny i posiadający własność wybitnie hygieniczną, a przez Anglo-Amerykanów zwany „spring-beer,“ czyli piwo świerkowe.
Z końcem lata powiększył się drób’ o parę pięknych dropiów, należących do gatunku zwanego „hubara,“ którego charakterystyczną cechę stanowi rodzaj płaszczyka z piór; także o tuzin owych ptaków amerykańskich, u których górna część dzióba, przedłuża się z obu stron w mięsistą narość, tudzież o kilka wspaniałych kogutów, z czarnemi grzebieniami, gardziołkami i naskórkami, podobnych do kogutów mozambijskich, które pompatycznie przechadzały się nad brzegiem jeziora.
Tak więc dzięki niezmordowanej czynności tych ludzi pełnych odwagi i inteligencji, wszystko im się wiodło. Opatrzność była dla nich niewątpliwie łaskawą, ale wierni owej wielkiej zasadzie, najpierw starali się pomódz sami sobie, a potem niebo przychodziło im w pomoc.
Po gorącym dniu letnim, wieczorem, po skończonej pracy, gdy wietrzyk zawiał od morza, lubili siadywać na brzegu Wielkiej Terasy, pod werandą z wijących się bluszczów, którą Nab własnemi wystawił rękoma. Siedząc tak, gwarzyli, pouczali się nawzajem, snuli rozmaite plany, a rubaszny humor marynarza rozweselał nieustannie ten malutki światek, w którym panowała niezamącona nigdy harmonja.
Rozmawiano także o ojczyźnie, o tej Ameryce ukochanej i wielkiej. Jak się zakończyła wojna secesjonistów? Niezawodnie dłużej trwać już nie mogła! Richmond musiał bez wątpienia popaść w moc jenerała Granta! Zajęcie stolicy sfederowanych musiało zakończyć ostatni akt tej krwawej wojny! A teraz tryumfuje dobra sprawa Północy. Ach! jakże pożądanym byłby dziennik jaki dla wygnańców wyspy Lincolna! Oto już jednaście miesięcy ubiegło, jak oddzielonymi zostali od reszty świata, a niebawem, 24. marca, miała nadejść rocznica tego dnia, w którym balon wyrzucił ich na te nieznane wybrzeża! Wówczas byli nędznymi rozbitkami i nie wiedzieli nawet, czy zdołają w walce z żywiołami ocalić lichy swój żywot! A teraz, dzięki wszechstronnej wiedzy ich naczelnika, dzięki własnej inteligencji, byli prawdziwymi osadnikami, zaopatrzonymi w broń, narzędzia i instrumenta, i potrafili podbić pod swą władzę zwierzęta, rośliny i minerały wyspy, to jest, wszystkie trzy królestwa przyrody!
Tak! nieraz rozprawiali o tem wszystkiem i rozwijali wiele planów na przyszłość!
Sam Cyrus Smith, najczęściej milczący, chętniej przysłuchiwał się rozmowom towarzyszy, niżli sam brał w nich udział. Czasem tylko jaka uwaga Harberta lub dziwactwo Pencroffa wywołało uśmiech na twarzy jego, ale ciągle i bez przerwy przemyśliwał nad temi niewyjaśnionemi zdarzeniami, nad tą niepojętą zagadką, której nie mógł dotychczas dociec!






ROZDZIAŁ IX.
(Nawałnice. — Winda hydrauliczna. — Fabrykacja szyb i naczyń szklannych. — Drzewo chlebowe. — Częste odwidziny obory. — Wzrost trzody. — Kwestja postawiona przez korespondenta. — Dokładne oznaczenie równoleżnika wyspy Lincolna. — Propozycja Pencroffa.)

W pierwszym tygodniu miesiąca marca zmieniła się pogoda. Na początku miesiąca była pełnia i trwały ciągle nieznośne upały. Czuć było, że atmosfera przesyconą była elektrycznością i słusznie należało się obawiać zbliżającej się dłuższej lub krótszej pory burz.
W samej rzeczy, dnia 2go marca, zahuczały grzmoty z nadzwyczajną gwałtownością. Wicher dął od wschodu a grad bił prosto we front Pałacu Granitowego z trzaskiem podobnym do strzałów karabinowych. Trzeba było szczelnie pozamykać drzwi i okiennice, ażeby uniknąć powodzi w pokojach.
Na widok tych ziarn gradowych, między któremi były i tak wielkie jak jaja gołębie, jedna myśl tylko przejmowała Pencroffa, mianowicie: że jego łan zboża narażony był na najwyższe niebezpieczeństwo.
Pobiegł więc co rychło do łanu, na którem kłoski poczęły już podnosić zielone swe główki, i grubem płótnem nakrył przyszły swój plon. Wprawdzie zamiast niego został sam należycie przez grad wymłóconym, lecz nie uskarżał się na to wcale.
Burza ta trwała dni ośm, a przez cały ten czas bezustanku warczały grzmoty w obłokach. Pomiędzy pierwszą a drugą burzą słychać było głuche ich huczenie na krańcach widnokręgu; poczem z nową zaryczały wściekłością. Niebo rozjaśniało się co chwila wstęgami błyskawic, a piorun powalił kilka drzew na wyspie, między innemi olbrzymią sosnę tuż przy jeziorze z kraju lasu stojącą. Dwa lub trzy razy zarył grot elektryczny w piasek nadbrzeżny, stopił go i przemienił w szklistą masę. Widok tego szkliwa przywiódł inżyniera na myśl, że dałoby się może opatrzyć okna Pałacu grubemi i trwałemi szybami, zdolnemi wytrzymać pociski wichru, deszczu i gradu.
Osadnicy nasi, nie mając żadnej pilnej roboty po za domem, korzystając ze słoty, pracowali w Pałacu Granitowym, którego wewnętrzne urządzenie z każdym dniem udoskonalało się i uzupełniało. Inżynier postawił tokarnię, za pomocą której utoczono kilka narzędzi toaletowych i kuchennych, zwłaszcza guziki, których brak dawał się czuć dotkliwie. Sporządzono rodzaj szaragi na broń, którą nader starannie utrzymywano; półki i szafy nie pozostawiały również nic do życzenia. Piłowano, heblowano, wygładzano, toczono i przez cały ten czas słoty słychać było tylko zgrzyt narzędzi i warczenie koła tokarskiego, odpowiadającego hukom grzmotów.
Nie zapomniano przytem i o panu Jowie; zajmował on osobny pokój koło głównego magazynu, rodzaj małej izdebki z legowiskiem opatrzonem zawsze w świeżą podściółkę, z którego był bardzo zadowolonym.
— Na tego poczciwego Jowa nie słychać nigdy skarg żadnych, powtarzał nieraz Pencroff, nigdy mu się nie wymknie żadna odpowiedź niewłaściwa! Co to za sługa z niego, Nabie, co za sługa!
— Mój uczeń, odpowiedział Nab, wkrótce dojdzie mnie samego!
— Przewyższy cię! odpierał na to ze śmiechem marynarz, bo koniec końców, ty, mój Nabie gadasz, a on nie gada nic!
Jow, rozumie się, obeznanym był już teraz wybornie z całą usługą. Trzepał suknie, kręcił rożen, zamiatał pokoje, usługiwał do stołu, składał drzewo i — co najbardziej zachwycało Pencrofta — co dzień, zanim sam położył się spać, przychodził do zacnego marynarza i otulał go do snu.
Stan zdrowia członków osady, tak dwunożnych jak dwurękich, czwororękich i czworonożnych, nie pozostawiał nic do życzenia. Żyjąc wciąż na świeżem powietrzu, w kraju tak zdrowym, pod niebem umiarkowanem, przy ciągłej pracy umysłowej i fizycznej, nie potrzebowali się lękać żadnej choroby.
To też wszyscy cieszyli się najlepszem zdrowiem. Harbert przez ten rok urósł o dwa cale. Twarz jego nabrała wyrazu bardziej męskiego. Obiecywał wyrość na człowieka dzielnego, tak pod względem fizycznym jak i moralnym. Prócz tego, korzystając z chwil wolnych od zajęć ręcznych, uczył się, odczytywał tych kilka książek znalezionych w skrzyni, a przy nauce praktycznej, wypływającej już z samego położenia, w jakim się znajdował, miał jeszcze pod względem umiejętności ścisłych w inżynierze, a pod względem języków w korespondencie nauczycieli, którzy z roskoszą dopełniali jego wykształcenia
Ulubioną myślą inżyniera było przelać całą swą wiedzę w tego chłopca, nauczać go zarówno słowem jak przykładem, a Harbert w pełnej mierze korzystał z nauk mistrza.
— Gdy umrę, myślał nieraz Cyrus Smith, on mnie zastąpi.
Burza ucichła wreszcie 9go marca, ale niebo przez cały ten ostatni miesiąc letni pokryte było chmurami. Powietrze wstrząśnione gwałtownie prądami elektrycznemi, nie mogło już odzyskać dawnej czystości, i bez przerwy prawie trwały deszcze i mgły, z wyjątkiem trzech lub czterech dni pogodnych, podczas których przedsiębrano rozmaitego rodzaju wycieczki.
O tym czasie samica onagasa urodziła źrebię tej samej płci co matka; było ono wielce pożądanem nabytkiem. Podobnież i trzoda baranów pomnożyła się o kilka jagniąt; te beczały pod szopą, ku wielkiej uciesze Naba i Harberta, z których każdy miał pomiędzy nowonarodzonymi swojego faworyta.
Próbowano także przyswoić pekarysy, a próba ta udała się zupełnie. Koło podwórka postawiono ogrodzenie, które niebawem zaludniło się młodem potomstwem, wzrastającem albo raczej wypasającem się pod troskliwą pieczą Naba. Jow, który z urzędu swego nosił im codziennie pożywienie, t. j. pomyje, resztki z kuchni i t. p. wywiązywał się sumiennie z tego zadania. Prawda, że czasem pozwalał sobie żartów, kosztem swych małych stołowników, i ciągnął ich za ogony, nie czynił tego jednak bynajmniej ze złości lecz tylko z pustoty, te małe bowiem kręcone ogonki bawiły go niezmiernie, a miał on zupełnie usposobienie dziecka.
Pewnego dnia Pencroff rozmawiając z inżynierem przypomniał mu obietnicę, której dotychczas nie miał czasu wykonać.
— Wspomniałeś pan raz, panie Cyrus, rzekł marynarz, o przyrządzie, który ma zastąpić długą drabinkę wiodącą do Pałacu Granitowego. Nie wykonasz też pan kiedy tego przyrządu?
— Chcesz pan zapewne mówić o rodzaju windy? odparł Cyrus Smith.
— Jeśli pan chcesz, nazwijmy go windą, odparł marynarz. Mniejsza o nazwę, byle nas tylko wygodnie podnosił aż do drzwi mieszkania.
— Nic łatwiejszego, Pencroffie, ale czy to koniecznie potrzebne?
— Bez wątpienia panie Cyrus. Zaspokoiwszy nasze konieczne potrzeby, pomyślmy trochę o wygodzie. Dla nas ludzi, jeśli pan chcesz, będzie to zbytek, ale dla rzeczy martwych jest to niezbędnem! Nie bardzo to wygodnie drapać się po długiej drabinie, gdy się jest obładowanym ciężarami!
— A no, spróbuję cię zadowolić, Pencroffie, odparł Cyrus Smith.
— Ależ pan nie masz maszyny do poruszania takiego przyrządu.
— Zrobimy ją.
— Maszynę parową?
— Nie, maszynę wodną.
I w samej rzeczy posiadał inżynier dla swojego przyrządu naturalną siłę poruszającą, którą bez wielkiej trudności można było zużytkować. W tym celu należało tylko zwiększyć potoczek, który przez wąską czeluść dostarczał wody do wnętrza Pałacu Granitowego. Rozszerzono zatem górny otwór odpływowy, osłoniony kamieniem i zielskiem, przez co utworzył się poniżej silny wodospad, z którego nadmiar wody upływał przez studnię podziemną. Poniżej tego wodospadu ustawił inżynier walec ze skrzydłami, który na zewnątrz zostawił w połączeniu z kołem okręconem grubą liną, u której końca przywiązany był kosz. Tym sposobem, za pomocą długiego sznura spadającego aż do ziemi, służącego do zatrzymywania i puszczania w ruch windy hydraulicznej, można było wznieść się w koszu aż do drzwi Pałacu Granitowego.
Dnia 17. marca odbyła się pierwsza próba windy hydraulicznej i wypadła ku powszechnemu zadowoleniu. Odtąd windowano wszystkie ciężary, drzewo, węgle, żywność, i sami osadnicy wznosili się do góry za pomocą tego pojedynczego przyrządu, który zastąpił pierwotną drabinkę przez nikogo nie żałowaną. Top szczególnie zachwycony był tem ulepszeniem, gdyż ani posiadał ani mógł posiadać tej zwinności w łażeniu po drabinie, co Jow, i nieraz na plecach Naba, albo i na grzbiecie orangutana odbywał swój wjazd do Pałacu Granitowego.
O tymże czasie postanowił także Cyrus Smith wyrabiać szkło. Na to potrzeba było przedewszystkiem dawny piec garncarski przerobić stosownie do nowego celu. Przedstawiało to dość wielkie trudności, jednak po kilku bezowocnych usiłowaniach, udało się wreszcie inżynierowi postawić hutę szklanną, której Gedeon Spilett i Harbert, naturalni pomocnicy inżyniera, przez całych kilka dni ani na krok nie opuszczali.
Materjałami służącemi do robienia szkła są: piasek, kreda i soda (węglan sodowy lub siarczan sodowy.) Piasku było dość na wybrzeżach, kredy dostarczało wapno, rośliny morskie dawały sodę, piryty dostarczały kwasu siarczanego, a ziemia węgla do ogrzewania pieca hutniczego do wymaganej temperatury. Tak więc posiadał Cyrus Smith wszystkie materjały potrzebne do fabrykacji.
Najwięcej trudności przedstawiało sporządzenie głównego narzędzia do tej roboty, zwanego „cybuchem.“ Jest to rura żelazna, pięć do sześciu stóp długa, którą nabiera się stopionej masy szklannej. Pencroffowi jednak udało się z długiej i cienkiej blachy żelaznej, zwiniętej w trąbkę na kształt lufy u strzelby, utworzyć taki cybuch, który się okazał zupełnie przydatnym.
Dnia 28. marca rozgrzano piec silnie. Sto części piasku, trzydzieści pięć części kredy, czterdzieści siarkanu sodowego, zmięszane z dwiema lub trzema częściami spylonego węgla, stanowiły materjał, który wsypano do tyglów z ogniotrwałej gliny. Gdy wskutek podniesionej temperatury pieca, mięszanina ta przeszła w stan płynny albo raczej w cieścisty, Cyrus Smith „nabrał“ cybuchem pewną ilość tej masy, wypuścił ją na płycie metalowej poprzednio na ten cel przygotowanej, aby jej nadać kształt najodpowiedniejszy do wydymania, poczem oddał cybuch Harbertowi, rozkazując mu dmuchać w niego drugim końcem.
— Jak przy puszczaniu baniek mydlanych? zapytał chłopak.
— Zupełnie tak samo — odparł inżynier.
Harbert wydął policzki i dmuchał w cybuch, obracając go przytem nieustannie, dopóki w skutek dmuchania nie rozszerzyła się masa szklanna. Poczem dodano jeszcze więcej masy stopionej, tak że wkrótce utworzyła się bryła, mająca stopę średnicy. Wtedy Cyrus Smith wziął napowrót cybuch z rąk Harberta i wprawiwszy go w ruch wahadłowy, przedłużył miękką jak ciasto bryłę i nadał jej kształt walcowato-stożkowy.
Wskutek tej operacji otrzymano walec szklanny, zakończony po obu bokach półkulistemi czepkami, które odłączono z łatwością za pomocą noża zwilżonego zimną wodą. Tym samym sposobem rozcięto walec na podłuż, i rozmiękczywszy go przez powtórne ogrzanie, rozciągnięto na płycie i rozprostowano za pomocą drewnianego wałka.
Tym sposobem zrobiono pierwszą szybę, a powtórzywszy tę samą operację pięćdziesiąt razy z kolei, otrzymano pięćdziesiąt szyb. Tak więc okna Pałacu Granitowego zaopatrzone zostały w przezroczyste płyty szklanne, może nie zbyt białe, ale dostatecznie przejrzyste.
Wydymanie naczyń, szklanek i butelek, było już tylko igraszką. Zatrzymywano kształt ich taki, w jakim wychodziły na końcu cybucha. Teraz Pencroff prosił z kolei o pozwolenie „dmuchania,“ i robił to z wielką przyjemnością, ale dmuchał tak silnie, że wyroby jego przybierały najzabawniejsze kształty i jego samego wprawiały w podziw.
Podczas jednej z wycieczek podjętych w tej porze odkryto nowe drzewo, którego owoce powiększyły jeszcze zasoby żywności osady.
Cyrus Smith wybrawszy się pewnego dnia z Harbertem na polowanie, zapuścili się w głąb lasu Zachodniej Ręki, na lewym brzegu Dziękczynnej, i jak zwykle, chłopak zadawał inżynierowi tysiączne pytania, na które ten z największą gotowością odpowiadał. Ale z polowaniem ma się rzecz tak samo, jak z innemi czynnościami na tym świecie, gdy się do nich nie bierze gorliwie, nie udają się oczywiście. A ponieważ Cyrus Smith nie był zapalonym myśliwym, a Harbert ze swej strony mówił tylko o chemji i fizyce, więc tego dnia wiele kangurusów, kabyjasów i agutów uszło przed strzelbą Harberta. W skutek tego była już późna godzina, a myśliwi nasi nic jeszcze nie upolowali i wyprawa miała pozostać bezowocna, gdy nagle Harbert zatrzymał się i z okrzykiem radości zawołał:
— Panie Cyrus, widzisz pan to drzewo?
I mówiąc to wskazał na drzewo podobne raczej do krzewu, składające się tylko z pojedyńczej łodygi, pokrytej łuskowatą korą, z liśćmi prążkowanemi w małe równoległe żyłki.
— Cóż to za drzewo takie podobne do małej palmy? — zapytał Cyrus Smith.
— Jest to cycas revoluta (sagowiec), którego wizerunek znajduje się w naszym słowniku historji naturalnej!
— Lecz gdzież są owoce tego krzewu?
— Nie ma ich, panie Cyrus — odparł Harbert — ale zato sama łodyga zawiera wewnątrz mąkę, którą natura daje nam całkiem zmieloną.
— Więc to drzewo chlebowe?
— Tak! to drzewo chlebowe.
— A zatem, moje dziecię — odparł inżynier — zanim doczekamy się chleba z naszej pszenicy, jest to dla nas odkrycie ze wszech miar drogocenne. Do dzieła więc, a dałby Bóg, żebyś się nie omylił!
Harbert nie omylił się wcale. Rozłamał łodygę jednego z tych sagowców, składającą się z gruczołkowatej tkanki i zawierającą pewną ilość mączkowatego szpiku, poprzerzynanego drzewiastemi pręcikami, pręciki te zaś przeplatane były drzewiastemi obrączkami koncentrycznie poukładanemi. Mączka ta zmięszaną była ze sokiem roślinnym posiadającym smak nader nieprzyjemny, sok ten jednak łatwo można było wydusić. Włóknista ta materja była rzeczywistą mąką, i to przedniejszego gatunku, nader pożywną, której wywóz wzbraniały niegdyś prawa japońskie.
Cyrus Smith i Harbert, obejrzawszy dokładnie stronę lasu, w której rosły te sagowce i opatrzywszy takowe znakami, powrócili sami do Pałacu Granitowego i obwieścili towarzyszom nowe odkrycie.
Nazajutrz osadnicy udali się na zbiór sagowców, a Pencroff, który coraz bardziej entuzjazmował się wyspą, rzekł do inżyniera:
— Czy wierzysz pan w to, panie Cyrus, że istnieją wyspy dla rozbitków?
— Co pod tem rozumiesz, Pencroffie?
— Rozumiem to, że istnieją wyspy stworzone umyślnie po to, aby w ich pobliżu mogły się wygodnie rozbijać okręta, wyspy takie, na których biedni rozbitki zawsze dadzą sobie radę!
— To być może — odparł z uśmiechem inżynier.
— To rzecz pewna, mój panie — odparł Pencroff — jak niemniej pewnem jest i to, że jedną z takich wysp jest właśnie wyspa Lincolna!
Wrócono do Pałacu Granitowego z obfitym zbiorem łodyg sagowcowych. Inżynier sporządził prasę do wyciskania z mąki owego soku roślinnego, poczem otrzymał znaczną ilość przedniej mąki, która pod ręką Naba przemieniała się w ciastka i puddingi. Był to chleb wprawdzie nie taki jak pszeniczny, lecz wielce do niego zbliżony.
W tym samym czasie onagasy, kozy i owce dostarczały codziennie mleka dla osady. Przedsiębrano częste wycieczki do obory wózkiem, albo raczej rodzajem lekkiej kolaski, którą zastąpiono dawniejszy wózek, a Pencroff każdym razem, gdy wypadała kolej na niego, brał ze sobą Jowa i kazał mu powozić, z czego Jow, gęsto trzaskając z bicza, wywiązywał się ze zwykłą swą zręcznością.
Tak więc wszystko wiodło się pomyślnie i w oborze, i w Pałacu Granitowym, i zaiste, gdyby nie oddalenie od ojczyzny, osadnicy nie mieliby się na co uskarżać. Byli jakby stworzeni do podobnego życia, a zresztą przyzwyczaili się już tak do tej wyspy, że z żalem byliby opuszczali gościnną jej ziemię!
A jednak, tak silnie zakorzenioną jest miłość ojczyzny w sercu człowieka, że gdyby niespodziewanie zjawił się w pobliżu wyspy jaki okręt, osadnicy nasi byliby go przywołali znakami i byliby porzucili wyspę!... Tymczasem cieszyli się pomyślnym swym losem, i raczej lękali się, niżeli pragnęli zdarzenia mogącego przerwać błogi ten stan.
Lecz któryż człowiek na świecie może sobie pochlebiać, że przykuł do siebie szczęście i czuć się bezpiecznym od jego kaprysów!
Bądź co bądź wyspa ta, którą osadnicy nasi zamieszkiwali już przeszło od roku, nieraz stanowiła przedmiot ich pogadanek, i pewnego dnia zrobili spostrzeżenie, które pociągnęło za sobą później ważne następstwa.
Było to 1. kwietnia, w niedzielę wielkanocną, którą Cyrus Smith z towarzyszami swoimi święcili odpoczynkiem i modłami. Dzień był tak pogodny, jak bywają czasem na półkuli północnej dnie październikowe.
Wieczorem, po objedzie, zgromadzili się wszyscy pod werandą, nad brzegiem Wielkiej Terasy, i przypatrywali się cieniom nocnym powstającym na widnokręgu. Nab podał kilka filiżanek owej nalewki przyrządzonej z ziarnek bzu, a zastępującej miejsce czarnej kawy. Rozmawiano o wyspie i jej odosobnionem położeniu wśród wód Cichego Oceanu, gdy nagle odezwał się Gedeon Spilett w te słowa:
— Kochany Cyrusie, czy od czasu kiedy posiadamy sekstant, który znaleźliśmy w skrzyni, zdejmowałeś na nowo położenie naszej wyspy?
— Nie, nie robiłem tego, odparł inżynier.
— Lecz możeby było na czasie uczynić to teraz, kiedy posiadamy instrument doskonalszy od tego, którym posługiwałeś się wówczas.
— A to poco? zapytał Pencroff. Przecież wyspa leży i teraz tam, gdzie leżała!
— Bez wątpienia, ciągnął dalej Gedeon Spilett, jednak w skutek niedoskonałości instrumentu mogła zajść niedokładność w obliczeniu, a ponieważ teraz łatwo możemy je sprawdzić...
— Masz słuszność, kochany Spilett, odparł inżynier, powinienem był już dawniej je sprawdzić, chociaż, jeżelim się omylił, to nie więcej jak o pięć stóp na szerokość lub długość..
— Ba, kto to wie? ciągnął dalej korespondent, kto wie, czyli nie znajdujemy się bliżej ziemi zamieszkałej, niźli sami sądzimy?
— Dowiemy się o tem jutro, odparł Cyrus Smith, i gdyby nie te ciągłe zatrudnienia, które mi nie pozostawiały chwili wolnego czasu, jużbyśmy o tem dotychczas wiedzieli.
— Niech i tak będzie, rzekł Pencroff, pan Cyrus jest za nadto dobrym rachmistrzem, ażeby się mógł omylić, i jeżeli tylko wyspa nie ruszyła się z miejsca, to z pewnością leży tam, gdzie ją postawił pan Cyrus!
— Obaczymy.
Nazajutrz więc przedsięwziął inżynier przy pomocy sekstanta odpowiednie badania ku sprawdzeniu otrzymanych już pierwej równorzędnych wyspy, a rezultat tego badania był następujący:
Pierwsze badanie wykazało, że wyspa Lincolna położoną była:
między 150 a 155ym stopniem długości zachodniej
między 30 a 35 stopniem szerokości połudn.
Drugie badanie wykazało dokładnie:
150° 30′ długości zachodniej
34° 57′ szerokości południowej.
Tak więc pomimo niedokładności przyrządów, z taką zręcznością przeprowadził był Cyrus Smith swe poprzednie badania, że omyłka nie wynosiła więcej jak pięć stopni.
— A teraz, rzekł Gedeon Spilett, ponieważ oprócz sekstanta posiadamy także mapę geograficzną, przekonajmy się teraz dokładnie, kochany Cyrusie, jakie miejsce zajmuje wyspa Lincolna na Cichym Oceanie.
Harbert pobiegł po mapę, która, jak wiemy, wydaną była we Francji, a tem samem posiadała nomenklaturę francuską.
Rozpostarto mapę Cichego Oceanu, a inżynier, z kompasem w ręku, gotował się oznaczyć położenie wyspy.
Nagle zatrzymał rękę z kompasem i zawołał:
— Ależ w tej stronie Cichego Oceanu leży już jedna wyspa!
— Wyspa? zawołał Pencroff.
— Prawdopodobnie, nasza! odparł Gedeon Spilett.
— Wcale nie, ciągnął dalej Cyrus Smith. Wyspa ta położoną jest pod 153 stopniem długości a 37° 11′ szerokości geograficznej, zatem o półtrzecia stopnia dalej na zachód, a o dwa stopnie dalej na południe, niżeli wyspa Lincolna.
— Cóż to za wyspa? zapytał Harbert.
— Wyspa Tabor.
— Czy duża?
— Nie, jest to mała wysepka, położona samotnie wśród Cichego Oceanu, której może nikt jeszcze dotąd nie zwidził!
— A zatem my ją zwidzimy, rzekł Pencroff.
— My?
— W samej rzeczy, panie Cyrus. Zbudujemy łódź pomostową, a ja się podejmuję nią sterować. Jak daleko z tąd do tej wyspy Tabor?
— Około sto pięćdziesiąt mil w kierunku północno-zachodnim, odparł Cyrus Smith.
— Sto pięćdziesiąt mil! To fraszka! odparł Pencroff. Przy pomyślnym wietrze przepłyniemy je w czterdziestu ośmiu godzinach!
— Ale naco i poco? zapytał korespondent.
— Alboż ja wiem? To się da widzieć!
Na tę odpowiedź Pencroffa, uchwalono zbudować łódź, tak, by około przyszłego października, za powrotem pogodnej pory, można się było puścić na morze.






ROZDZIAŁ X.
(Budowa statku. — Drugi zbiór zboża. — Polowanie na koulasy. — Wieloryb przed oczyma. — Harpuna z Vineyard. — Rozćwiartowanie wieloryba. — Użytek z fiszbinu. — Koniec maja. — Pencroffowi nic już nie pozostaje do życzenia.)

Gdy Pencroff raz wbił sobie jaki zamiar w głowę, nie spoczął, i nie dał innym spokoju, pokąd go nie dokonał. Otóż zachciało mu się odwidzić wyspę Tabor, a ponieważ statek pewnej wielkości był ku temu niezbędnym, trzeba było więc zbudować taki statek.
Po porozumieniu się z marynarzem, inżynier podał plan następujący.
Okręcik miał mieć trzydzieści pięć stóp długości a dziewięć szerokości, co było dostatecznem do nadania mu znacznej szybkości, jeżeli tylko dno i linje poziome wyciągnięte na części jego zanurzonej w wodzie, a równolegle do linji unoszenia się nad wodą — dobrze będą urządzone. Zagłębiać się miał nie więcej jak na sześć stóp, co wystarczało, aby go uchronić od skośnego zbaczania. Przez całą długość jego miał ciągnąć się pomost, z dwoma drzwiczkami prowadzącemi do dwóch izb, przedzielonych przepierzeniem. Urządzenie jego całkowite miało być takie jak w sloopie (sloup — mały okręt wojenny o jednym maszcie) z szalupą, masztem sztabowym, wieżyczką, żaglem trójkątnym, słowem z ożaglowaniem łatwem do manewrowania, tak ażeby je ściągnąć można było bez trudu w razie burzy, a gdy potrzeba, trzymać się blisko lądu. Wreszcie pudło jego miało być tak zbudowane, ażeby dyle przystawały do siebie, zamiast leżeć jeden na drugim; listwę zaś, w którą się zapuszczają dyle, miano przymocować na gorąco, po przypasowaniu poprzedniem całego dylowania.
Jakiegoż drzewa należało użyć do tej budowy? Wiązu, czy jodły, obojgu obficie znajdujących się na wyspie?
Zdecydowano się na jodłę, drzewo nie zbyt „rąbliwe“ jak się wyrażają cieśle, ale łatwe do obróbki i znoszące również dobrze jak wiąz zanurzenie w wodzie.
Zgodziwszy się co do tych szczegółów, postanowiono, ponieważ powrotu pięknej pory przed upływem sześciu miesięcy nie można było oczekiwać, że Cyrus Smith i Pencroff zabiorą się zaraz i to sami do budowy statku. Gedeonowi Spilett zaś i Harbertowi, polecono dalej zajmować się łowami, a Nabowi i panu Jowowi nie opuszczać zajęć gospodarskich, które do nich należały.
Natychmiast po wybraniu drzew, ścięto je, oczyszczono i porżnięto na deski wzdłuż, jakby tego lepiej nie zrobili tracze z zawodu. W ośm dni potem, we wgłębieniu znajdującem się pomiędzy „dymnikami“ i murem stanął warstat okrętowy — i duża belka, trzydziesto pięcio stopowa, mająca stanowić podstawę podłużną statku, zaopatrzona w sztukę drzewa od przodu i od tyłu wyciągała się na piasku.
Cyrus Smith nie wziął się bynajmniej na ślepo do tego zadania. Budowa okrętów była mu tak znaną, jak prawie wszystkie inne rzeczy — i na papierze naprzód narysował sobie model statku. Zresztą, miał dzielną pomoc w Pencroffie, który będąc niegdyś przez lat kilka robotnikiem w warstatach okrętowych w Brooklyn, znał praktyczną stronę tego zawodu. Po ścisłem więc dopiero obliczeniu i dojrzałym namyśle przystąpili nasi pracownicy do swego przedsięwzięcia.
Pencroff, czemu każdy łatwo uwierzy, palił się do tej roboty i nie opuszczał jej ani na chwilę.
Jedyna operacja zdolną była go oderwać od warstatu i to tylko na jeden dzień. Był nią drugi zbiór zboża, odbyty 15. kwietnia. Udał się on tak dobrze, jak pierwszy i przyniósł proporcję ziarn z góry zapowiedzianą.
— Pięć miar! panie Cyrus — rzekł Pencroff — po skrupulatnem odmierzeniu swoich skarbów.
— Pięć miar — odpowiedział inżynier — licząc więc po sto trzydzieści tysięcy ziarn na miarę, da to sześćset pięćdziesiąt tysięcy ziarn.
— Tak!... No, to posiejemy wszystko na ten raz — zawołał marynarz — z zachowaniem jednakże małego zapasu.
— Słusznie, Pencroffie — a jeżeli przyszły zbiór przyniesie podobną proporcję, co dzisiejszy, będziemy mieli cztery tysiące miar.
— I będzie chlebek?
— Będzie.
— Ależ musimy wybudować młyn!
— Wybudujemy młyn.
Trzeci tedy zagon pod zboże wybrano bez porównania obszerniejszy od dwóch pierwszych, i ziemia przygotowana jak najstaranniej, przyjęła drogocenne nasienie. Co uskuteczniwszy, powrócił Pencroff do rozpoczętego dzieła.
Przez ten czas Gedeon Spilett i Harbert polowali w okolicach i zapędzili się dosyć głęboko w nieznane części boru Zachodniej Ręki, z bronią nabitą kulami, na przypadek nieprzyjemnego jakiego spotkania. Przed nimi rozwijała się nierozwikłana gęstwa drzew wspaniałych i ciasno skupionych, jak gdyby im brakło przestrzeni. Zbadanie tych mas drzewnych było nader trudnem i korespondent nie ważył się nigdy w nie zapuszczać, bez bussoli w kieszeni; słońce bowiem zaledwo przebijało się przez natłoczone gałęzie i byłoby trudno znaleźć wprost drogę.
Rzecz prosta, że zwierzyna była rzadszą w tych miejscach, kędy brakłoby jej było swobody ruchu. Troje jednakże trawożernych większego gatunku, ubili nasi myśliwcy w tej drugiej połowie kwietnia. Były to koulas’y, których próbkę napotkali już dawniej osadnicy na północy jeziora. Dały się one zabić głupowato pomiędzy grubemi gałęziami drzew, gdzie się schroniły. Skóry ich przyniesione do Granitowego Pałacu i przy pomocy kwasu siarczanego poddane wygarbowaniu, stały się zdatnemi do użytku.
Cenniejszym jednakże nabytkiem z innego względu było odkrycie, uczynione w jednej z tych wycieczek. Zaszczyt z niego należał się Gedeonowi Spilett.
Było to 30. kwietnia. Dwaj myśliwcy zapuścili się w południowo wschodnią stronę boru Zachodniej Ręki, gdy nagle korespondent, poprzedzający Harberta o pięćdziesiąt kroków, doszedł do rodzaju polanki, na której drzewa rzadziej rozstawione, pozwalały przedrzeć się promieniom słońca.
Pierwszą rzeczą, która tutaj zdziwiła korespondenta, był osobliwy zapach wydzielający się z niektórych krzewów o łodygach prostych, cylindrycznych i gałęzistych, na których zwisały kwiaty w gronach i bardzo maleńkie ziarnka. Wyrwał kilka z tych latorośli i powróciwszy do swego towarzysza rzekł:
— Zobacz no, Harbercie, co to takiego?
— A gdzie znalazłeś tę roślinę, panie Spilett?
— Tam, na polance, gdzie rośnie w wielkiej obfitości.
— Dowiedz się więc, panie Spilett — rzekł Harbert — że jest to odkrycie zapewniające ci wieczystą wdzięczność Pencroffa!...
— Byłżeby to tytoń?
— Tak jest. Chociaż nie pierwszego gatunku, ale zawsze tytoń!...
— Ach!... ten poczciwy Pencroff! Tożto się ucieszy! No, ależ on nie wypali wszystkiego, do djabła, i dla nas coś przecież zostawi!...
— Ach, co za myśl, panie Spilett — zawołał Harbert. — Nie mówmy nic Pencroffowi, zostawmy sobie czas do przyrządzenia tych liści, a jednego pięknego poranku podajmy mu fajkę, nabitą po sam wierzch!
— Zgoda, Harbercie, a tego dnia nasz zacny towarzysz niczego już więcej nie będzie pragnął na tym świecie!
Korespondent i Harbert zrobili porządny zapas drogocennej rośliny i powrócili do Granitowego Pałacu, kryjąc swoją zdobycz tak ostrożnie, jak gdyby to była kontrabanda, a Pencroff najokrutniejszym z celników.
Cyrusa Smitha i Naba przypuszczono do tajemnicy. Marynarz zaś ani podejrzywał niczego, przez cały ten długi czas, jakiego było nieodzownie potrzeba do wysuszenia owych cienkich listków, siekania ich i upalenia na gorących kamieniach. Trwało to przez dwa miesiące i nie zwróciło uwagi Pencroffa, tak bowiem był zajęty robotą statku, iż powracał do Pałacu Granitowego tylko w godzinach pożywienia.
Raz jeszcze jednakże, pomimo wszystkiego, ulubiona praca jego została przerwaną, przygodą rybacką, w której wszyscy osadnicy wzięli gorący udział.
Od kilku dni zauważali na morzu, o trzy lub cztery mile odległości, olbrzymie zwierzę pływające na wodach wyspy Lincolna. Był to wieloryb, największego wzrostu, prawdopodobnie należący do gatunku australskiego, zwanego „wielorybem przylądkowym.“
— Cóżby to była za gratka dostać go w ręce! — zawołał marynarz. — Ach, gdybyśmy mieli jaki taki statek i harpunę w dobrym stanie, z jakimże zapałem, zawołałbym: Pędźmy za nim, bo wart zachodu!
— Jaka szkoda, Pencroffie — rzekł Gedeon Spilett — i ja prawdziwie byłbym rad widzieć cię używającego harpuny. Ciekawa to rzecz być musi?
— Ciekawa i nie wolna od niebezpieczeństwa — rzekł inżynier — ponieważ jednak nie mamy środków do uderzenia na to zwierzę, na nic się nie zdało niem zajmować.
— Dziwno mi — odezwał się korespondent — widzieć wieloryba pod tak względnie wysoką szerokością jeograficzną.
— A cóż w tem dziwnego, panie Spilett — odrzekł Harbert. — Znajdujemy się właśnie w tej części Oceanu Spokojnego, którą rybacy angielscy i amerykańscy nazywają „Whale-Field“ (Wielorybie pole) i tutaj to właśnie, pomiędzy Nową Zelandją a Ameryką południową, wieloryby półkuli południowej, najliczniej się spotykają.
— Najprawdziwsza prawda — rzekł Pencroff — i mnie tylko to dziwi, żeśmy ich więcej dotąd nie widzieli. Zresztą, ponieważ nie możemy się do tego hultaja zbliżyć, nie mówmy już o nim!
I marynarz powrócił do swojej pracy, nie bez głębokiego westchnienia żalu, bo w każdym marynarzu siedzi rybak, a jeżeli roskosz rybołowstwa pozostaje w prostym stosunku do wielkości zdobyczy, wystawić sobie można, co czuje wielorybnik w obec wieloryba!
I gdyby to tylko chodziło o roskosz! Ale nie było nikomu tajnem, że podobna zdobycz przyniosłaby znakomitą korzyść osadzie, oliwa bowiem, tłuszcz i fiszbin zdałyby się były na tyle rzeczy!
I oto zaszedł ten szczególny wypadek, że spostrzeżony wieloryb widocznie uparł się nie opuścić wód wyspy. Czy to więc z okien Pałacu Granitowego, czy z wielkiej Terasy, Harbert i Gedeon Spilett, nie będąc na polowaniu, Nab, mimo całego zajęcia swoją kuchnią, nie puszczali z rąk lunety i obserwowali wszystkie ruchy zwierzęcia. Wieloryb głęboko zapędziwszy się w obszerną zatokę Unji, przerzynał ją szybko od przylądka Szczęki aż do przylądka Ostrego Szponu, popychając się swoją płetwą ogonową, olbrzymio potężną, na której oparty, poruszał się w podskokach z szybkością dochodzącą niekiedy do dwunastu mil na godzinę. Czasami także zbliżał się tak do wysepki, że można mu było przyjrzeć się dokładnie. Był to rzeczywiście wieloryb australski, całkiem czarny, z głową bardziej spłaszczoną niż u wielorybów północnych.
Widzieli go także wyrzucającego przez dychawki na znaczną wysokość obłok pary... czy wody, ponieważ — jakkolwiek dziwnem to się zdaje — przyrodnicy i wielorybnicy nie zgodzili się jeszcze pod tym względem: woda to, czy powietrze, które zwierzę w ten sposób z siebie wyrzuca?
Ogólnie przypuszczają, że to para, która zgęściwszy się przy nagłem zetknięciu z chłodnem powietrzem, opada w postaci deszczu.
Bądź co bądź, jednak obecność tego ssaka zajmowała osadników. Drażniło to szczególniej Pencroffa i nabawiało go roztargnienia przy robocie. — W końcu nabrał takiej chętki do tego wieloryba, jak dziecko do przedmiotu, którego mu odmawiają. W nocy, marzył o nim głośno, i zaprawdę, gdyby miał jakikolwiek środek do pogoni za nim, gdyby szalupa zdolna była utrzymać się na morzu, byłby się nie wahał ani chwili.
Czego jednakże osadnicy nie mogli dokonać, dokonał za nich przypadek. Trzeciego maja okrzyki Naba, stojącego przy oknie w kuchni, obwieściły że wieloryb osiadł na płaszczystem wybrzeżu wyspy.
Na tę wieść Harbert i Gedeon Spilett, wybierający się na polowanie, porzucili strzelby, Pencroff puścił z rąk siekierę, Cyrus Smith i Nab połączyli się z nimi i wszyscy razem skierowali się pędem ku wybrzeżu.
Wieloryb osiadł na wybrzeżu o trzy mile od Pałacu Granitowego i przy pełnem morzu.
Prawdopodobnem tedy było, że nie łatwo zdoła się z krytycznej owej pozycji wydobyć.
W każdym razie jednak należało się spieszyć, dla przecięcia mu odwrotu w razie potrzeby.
Biegli więc co tchu z drągami i oszczepami, przebyli most na Dziękczynnej, zeszli z prawego brzegu rzeki, weszli na piaski nadmorskie i najdalej w dwadzieścia minut potem, znaleźli się przy olbrzymiem zwierzęciu, nad którem roiły się już całe stada ptactwa.
— Co za potwór! — zawołał Nab.
I wyrażenie to miało słuszność po sobie — był to bowiem wieloryb australski, długi na dwadzieścia cztery stóp, olbrzym w swoim rodzaju, ważący niewątpliwie najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy funtów!...
Rzecz dziwna jednakże — nie poruszał się i nie próbował dostać się do wody, przy pełnem jeszcze morzu!...
Osobliwość ta wyjaśniła się wkrótce osadnikom, gdy po odpływie obeszli zwierzę naokoło.
Wieloryb nie żył już, z prawego boku wystawała mu harpuna.
— Znajdują się więc wielorybnicy w tych stronach?... odezwał się Gedeon Spilett, ujrzawszy harpunę.
— A to czemu?... — spytał marynarz.
— Ponieważ ta harpuna trzyma się dotąd jeszcze w boku zwierzęcia.
— E! panie Spilett, to niczego nie dowodzi, — odparł Pencroff. Widziano wieloryby robiące tysiące mil drogi z harpuną w boku i choćby ten ugodzony był na północy Atlantyku, a przyszedł poledz tutaj na południu Oceanu Spokojnego — nicby w tem dziwnego nie było.
— Jednakże... — zaczął Gedeon Spilett, którego słowa Pencroffa nie zadowalały.
— Rzecz to najzupełniej możebna, odrzekł Cyrus Smith, obejrzyjmy jednak tę harpunę. Może być, że wedle rozpowszechnionego obyczaju, wycięli na niej imię swojego okrętu?
I w istocie Pencroff wyrwawszy harpunę z boku wieloryba, odczytał na niej następujący napis

Maria Stella
Vineyard.[4]

— Okręt z Vineyard! Okręt z mojego kraju! — zawołał marynarz.
Maria-Stella! Pyszny wielorybnik na honor i który znam wybornie. Ach moi przyjaciele, statek z Vineyard, wielorybnik z Vineyard!
I poczciwy Pencroff, potrząsając harpuną, powtarzał nie bez wzruszenia to imię, zrosłe z jego sercem, imię rodzinnej swojej strony!...
Ponieważ jednak nie można się było spodziewać, aby Maria Stella przybyła upomnieć się o swoją zdobycz, postanowiono tedy przystąpić do rozćwiartowania zwierzęcia zanim rozkładać się pocznie. Drapieżne ptactwo, czatujące już od kilku dni na tę bogatą pastwę, chciało już, nie zwlekając dłużej, wejść w posiadanie jej i potrzeba było strzałów — aby je odpędzić.
Wieloryb ten był samicą i wymiona jego dostarczyły znacznej ilości mleka, które wedle zdania przyrodnika Dieffenbacha, może ujść z łatwością za mleko krowie, nie różni się bowiem od niego ani smakiem, ani barwą, ani gęstością.
Pencroff służył niegdyś na statku łowiącym wieloryby i ztąd mógł metodycznie pokierować operacją rozczłonkowania zwierzęcia — operacją dosyć nieprzyjemną i trzydniową, przed którą jednak nikt z osadników się nie cofnął, nawet Gedeon Spilett, który wedle zdania marynarza, koniec końców będzie mógł zostać „bardzo dobrym rozbitkiem.“
Tłuszcz, pocięty na szmaty równoległe, dwie i pół stopy grube, a potem podzielony na części mogące ważyć każda po tysiąc funtów, stopiono w wielkich glinianych naczyniach sprowadzonych na samo miejsce operacji; nie chciano bowiem zapowietrzać pobliża Wielkiej Terasy. Massa tłuszczowa w przetopieniu straciła trzecią część swej wagi.
Było jej jednak i tak niezmiernie wiele: sam język dał sześć tysięcy funtów tranu a warga niższa cztery tysiące.
Dalej, oprócz tego tłuszczu, który zapewniał na długo zapas stearyny i gliceryny, znalazł się jeszcze i fiszbin, mogący się niewątpliwie przydać, pomimo, iż parasole i gorsety nie były w używaniu w Pałacu Granitowym. Część wyższa paszczy wieloryba opatrzoną była z obu stron w ośmset taśm rogowych, bardzo elastycznych, chrząstkowego składu, zaostrzonych przy końcach, jak dwa wielkie grzebienie, których zęby długie na sześć stóp, służą do przytrzymywania tysiąców żyjątek, małych rybek i molusków, stanowiących zwykłe pożywienie wieloryba.
Po ukończeniu tej operacji ku wielkiemu zadowoleniu operatorów, szczątki zwierzęcia zostawiono ptakom, które zapewne śladu z nich nawet nie zostawiły — i powrócono do zwyczajnych zajęć w Pałacu Granitowym.
Jednakże, przed wejściem jeszcze do warstatu okrętowego, przyszło Cyrusowi Smithowi na myśl zrobić rodzaj pastek, które wzbudziły żywą ciekawość w jego towarzyszach. Wziąwszy z tuzin fiszbinów, pociął je na sześć równych części i zaostrzył na końcach te kawałki.
— A to, panie Cyrus, — spytał Harbert po dokonaniu tej czynności — a to, do czego się przyda?...
— Do zabijania wilków, lisów i nawet jaguarów — odpowiedział inżynier.
— Teraz?
— Nie, tej zimy, gdy będziemy mieli lód pod ręką.
— Nie rozumiem... rzekł Harbert...
— Zaraz zrozumiesz, moje dziecię — odrzekł inżynier. Pastka ta nie jest moim wynalazkiem. Używają jej nader często myśliwcy aleuccy w Ameryce rossyjskiej.
Widzicie te fiszbiny, moi przyjaciele — otóż, gdy przyjdzie mróz, zagnę je, obleję wodą i wystawię na mróz, ażeby gruba warstwa lodu okryła i wzmocniła to zagięcie. Potem rozrzucę je po śniegu, pokrywszy je jeszcze poprzednio warstwą tłuszczu.
Cóż się zdarzy, jeżeli zgłodniałe zwierzę jakie połknie jednę z tych pastek? Oto ciepło jego żołądka roztopi lód, a fiszbin nagle wyprężony, zaostrzonemi swemi końcami na wskróś je przebije.
— To mi pomysł co się nazywa! — zawołał Pencroff.
— I który zaoszczędzi nam kul i prochu — odrzekł Cyrus Smith.
— To więcej warte niż doły!... dodał Nab.
— Czekajmy więc zimy!
— Czekajmy zimy.
Wśród tego budowa statku posuwała się wciąż naprzód i przy końcu miesiąca, odylowanie było już na pół gotowe. Można już było poznać, że formy statku będą wyborne do użytku na morzu.
Pencroff pracował z niezrównanym zapałem i potrzeba było zaiste jego potężnej natury do oparcia się tylu trudom. Ale towarzysze przygotowali mu w tajemnicy nagrodę za tyle mozołu, i 31go maja, nasz marynarz miał doznać jednej z największych roskoszy w swojem życiu.
Dnia tego, przy końcu objadu, w chwili gdy Pencroff podnosił się od stołu, uczuł, że czyjaś ręka opiera mu się na ramieniu.
Była to ręka Gedeona Spiletta, który rzekł:
— Chwilkę jeszcze mistrzu Pencroffie, — tak się nie odchodzi. A o deserze zapominasz?
— Dziękuję, panie Spilett, odrzekł marynarz — czas wracać do pracy.
— No!... jeszcze filiżankę kawy, przyjacielu...
— Dziękuję...
— A więc fajeczkę?...
Pencroff podniósł się nagle i szeroka poczciwa twarz jego pobladła, gdy ujrzał korespondenta podającego nabitą po wierzch fajkę a Harberta z węglem żarzącym się w ręku.
Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł, tylko nagle pochwycił fajkę, poniósł ją do ust a potem położywszy na niej węgiel, zaciągnął się raz poraz pięć czy sześć razy.
Błękitny i wonny kłąb dymu rozszedł się, a z głębi tego obłoku usłyszano drżący roskosznie glos, powtarzający...
— Tytuń! prawdziwy tytuń!
— Tak jest Pencroffie — odrzekł Cyrus Smith — i nawet wyborny tytuń!
— O boska Opatrzności! Stwórco potężny wszystkich rzeczy! — zawołał marynarz. Nie braknie więc już niczego na naszej wyspie!...
I palił, palił, palił!
— I któż zrobił to okrycie? — spytał wreszcie. Ty zapewne, Harbercie ?
— Nie, Pencroffie — to pan Spilett.
— Pan Spilett! — wykrzyknął marynarz, przyciskając do piersi swoich korespondenta, któremu nigdy nie zdarzyło się być tak uściśniętym.
— Uf!... Pencroffie, — zawołał chwytając oddech, utracony na chwilę. Udziel cząstkę twojej wdzięczności Harbertowi, który rozpoznał tę roślinę, Cyrusowi, co ją przyrządził i Nabowi, któremu tak trudno było utrzymać tę całą sprawę w tajemnicy...
— Odpłacę wam to kiedyś, moi przyjaciele! — odrzekł marynarz. — Teraz to już pomiędzy nami związek na życie i śmierć!...






ROZDZIAŁ XI.
(Zima. — Folowanie wełny. — Młyn. — Manja Pencroffa. — Fiszbiny. — Na co się może przydać albatros. — Paliwo przyszłości. — Top i Jow. — Burze. — Szkody w kurnikach. — Wycieczka do błot. — Cyrus Smith sam. — Zbadanie studni.)

Tymczasem zima zbliżała się wraz z czerwcem, który jest listopadem stref północnych — i najważniejszem zadaniem chwili było postarać się o trwałą odzież.
Ostrzyżono już barany pomieszczone w zagrodzie, i szło tylko o zamienienie tego drogocennego włókiennego materjału w materję.
Samo z siebie się rozumie, że Cyrus Smith nie mając do rozporządzenia robotnic do gręplowania, czesania, gładzenia, wyprostowywania i rozplątywania wełny, ani przyrządów jak „mulejenny“ i „self-acting“ do przędzenia, ani warstatu tkackiego wreszcie, — musiał użyć daleko prostszych sposobów, tak, aby się odbyło bez przędzenia i tkania. I w istocie postanowił odrazu wyzyskać tę właściwość włókien wełny, iż ciśnięte na wszystkie strony, plączą się i tworzą przez proste tylko skrzyżowanie się materję pilśń zwaną. Pilśń tę można było tedy otrzymać przez proste folowanie, to jest ugniecenie wełny, która to operacja, jakkolwiek zmniejsza sprężystość materji, powiększa za to jej własność zatrzymywania ciepła. A jak na to jeszcze, wełna z baranów dzikich składała się z bardzo krótkich włókien, co jest wyborną okolicznością przy wyrobie pilśni.
Przy pomocy tedy swoich towarzyszy, a więc i Pencroffa — który musiał raz jeszcze opuścić swój statek — inżynier rozpoczął czynności przygotowawcze, mające na celu uwolnienie wełny od owej substancji oleistej i tłustej, którą zwykle bywa przesiąknięta, zwanej tłustą wilgocią (suint). To odtłuszczanie odbywało się w kadziach napełnionych wodą, podniesioną do temperatury siedmdziesięciostopniowej. W nich spoczywała wełna przez dwadzieścia cztery godzin; następnie prano ją z gruntu w kąpieli sodowej, aż wreszcie, wysuszona jeszcze dostatecznie za pomocą ciśnienia, stawała się zdatną do folowania, to jest do zamienienia w mocną materję, pospolitą niewątpliwie i któraby nie miała żadnej wartości w jakiemkolwiek ognisku przemysłowem Europy lub Ameryki, ale wysokiej była ceny na „targu wyspy Lincolna“.
Łatwo pojąć, że ten rodzaj materji musiał być znany w najdawniejszych czasach, i w samej rzeczy pierwsze materje wyrabiano na sposób, którego Cyrus Smith zabierał się użyć.
Jego wiadomości inżynierskie przydały się najbardziej przy budowie maszyny do folowania, wełny, potrafił bowiem zręcznie skorzystać z siły mechanicznej, dotychczas nie wyzyskanej, z siły wodospadu staczającego się na wybrzeże. Jemu powierzył obracanie młyna foluszowego.
Nic nad to nie było prostszego. Drzewo zaopatrzone w śruby, podnoszące i zniżające z kolei pionowe tłuczki, cebrzyki na wełnę, w które tłuczki spadały, wreszcie rusztowanie z drzewa obejmujące sobą i wiążące ten cały system — oto cała machina, taka, jaka istniała przez wieki, aż do chwili, gdy wpadnięto na pomysł zastąpienia tłuczków cylindrami cisnącemi, i poddania materjału nie już operacji młócenia, ale prawdziwego rozpłaszczania.
Całe to działanie pokierowane przez Cyrusa Smitha, udało się najwyborniej. Wełna, — poprzednio nasiąknięta roztworem mydłowatym, mającym z jednej strony ułatwić ześlizgiwanie się jej, zbliżenie, powiększyć ściśliwość, rozmiękczyć ją, a z drugiej zapobiedz uszkodzeniu jej w czasie młócenia — wyszła z młyna pod formą grubego arkusza pilśni. Pręgi i szorstkości, istniejące z natury na każdem włókienku, tak dobrze poszczepiały i pozaplątywały się z sobą, iż utworzyła się z nich materja zarówno dobra na odzież, jak na kołdry i koce. Widać było, że to nie merynos, ani muszlin, ni kaszmir szkocki, ni kort, ni ryps, ni atłas-chiński, ni orlean, ni alpaga, ni sukno, ani też flanela! Była to „pilśń lincolnijska“ — i wyspa Lincolna pozyskała z nią jedną gałęź przemysłu więcej.
Osadnicy uzyskali tedy, okrom dobrej odzieży, wyborne kołdry i bez trwogi mogli patrzeć na nadchodzącą zimę r. 1866-67.
Wielkie mrozy dały się rzeczywiście uczuć około 20go czerwca — i Pencroff, na wielką żałość swoją, zawiesić musiał budowę statku, który zresztą mógł być napewno skończonym do wiosny.
Manją marynarza stała się podróż dla zbadania wyspy Tabor, — pomimo, że Cyrus Smith nie sprzyjał temu zamiarowi, wypływającemu widocznie z samej tylko ciekawości, jasną bowiem było rzeczą, że nie można się było spodziewać znalezienia jakiejkolwiek pomocy na tej samotnej i na pół pustynnej skale.
Podróż stupięćdziesięciomilowa, na statku stosunkowo maleńkim, w pośrodku nieznanych mórz — była to sprawa mogąca wzbudzić pewne obawy. Niechby statek, raz na morzu, znalazł się w niemożności i dopłynięcia do wyspy Tabor i powrócenia do wyspy Lincolna, cóżby się z nim stało na środku oceanu Spokojnego, tak obfitującego w huragany?
Cyrus Smith rozmawiał często o tym projekcie z Pencroffem i natrafiał w marynarzu na dosyć dziwaczny upór dokonania tej podróży; upór z którego on może sam nie zdawał sobie dobrze sprawy.
— Koniec końców — rzekł doń pewnego dnia inżynier — zwrócę twoję uwagę, mój przyjacielu, że po tylu pochwałach oddawanych przez ciebie wyspie Lincolna, po wyrażeniu tylekroć żalu, którybyś uczuł, potrzebując się z nią rozstać — obecnie pierwszy opuścić ją pragniesz.
— Opuścić na kilka dni tylko — odparł Pencroff — na kilka tylko dni, panie Cyrusie! Na tyle czasu, ile wymaga droga tam i napowrót i zobaczenie, co też to za wysepka!
— Ależ nie może być warta wyspy Lincolna!
— Z góry jestem tego pewny!
— Pocóż więc się hazardować?
— Ażeby się dowiedzieć, co się dzieje na wyspie Tabor...
— Ależ tam nic się nie dzieje! nic się dziać nie może!...
— Kto to wie?
— A jeżeli was burza zaskoczy?...
— Nie ma się co tego obawiać w ciepłej porze roku — odrzekł Pencroff. Ponieważ jednak, panie Cyrus, ponieważ należy wszystko przewidywać, będę pana prosił o pozwolenie zabrania tylko Harberta w tę podróż.
— Pencroffie — odpowiedział inżynier, kładąc rękę na ramieniu marynarza — sądzisz więc, iż gdyby się przytrafiło jakie nieszczęście tobie i temu dziecku, które przypadek synem naszym uczynił — mybyśmy się kiedykolwiek pocieszyli?
— Panie Cyrus — odparł Pencroff z niewzruszoną ufnością — nie sprawimy wam nigdy tego zmartwienia. Zresztą, pomówimy jeszcze o tej podróży, gdy przyjdzie czas na nią. A potem, wystawiam sobie, że skoro pan obaczysz nasz statek tak pięknie zaopatrzony we wszystkie porządki, tak wybornie okasztelowany, gdy opłyniemy na nim wyspę naszą — zrobimy to bowiem razem — wystawiam sobie, mówię, że nie będziesz się pan wahał puścić mnie w podróż. Nie kryję panu, że ten twój statek będzie arcydziełem!...
— Powiedz przynajmniej: „nasz statek“, Pencroffie! — odrzekł inżynier, rozbrojony na chwilę.
Tak skończyła się ta rozmowa, aby rozpocząć się później, bez zmiany przekonań inżyniera lub marynarza.
Pierwsze śniegi spadły przy końcu czerwca. Poprzednio już zagroda dla bydła zaopatrzoną została obficie we wszelkie zapasy żywności i przestała wymagać codziennych odwidzin; postanowiono jednak, iż nigdy nie przejdzie tydzień, aby ktoś się tam nie wybrał.
Doły pokopano znowu i zrobiono próbę z pastkami pomyślanemi przez Cyrusa Smitha. Fiszbiny, nagięte, ukryte w futerale z lodu i okryte z wierzchu grubą warstwą tłuszczu, rozrzucono po kraju lasu, w miejscu, kędy zwykle przechodziły zwierzęta dążące do jeziora.
Ku wielkiemu zadowoleniu inżyniera, pomysł ten zapożyczony od myśliwców aleuckich, udał się doskonale. Z tuzin lisów, kilka dzików i nawet jaguar, dało się nań złapać — a po zgonie tych zwierząt, przekonano się, że żołądek ich na wskróś był przebity przez nagle wyprężone fiszbiny.
Tu mieści się próba, którą należy zapisać; było to bowiem pierwsze ze strony osadników usiłowanie skomunikowania się z podobnymi sobie.
Gedeon Spilett nie raz już myślał bądź to rzucić w morze zapiskę, zamkniętą w butelce którąby prądy może zaniosły do jakiego zamieszkałego wybrzeża — bądź też powierzyć ją gołębiom. Ale jakżeż na prawdę można było się spodziewać, że gołębie i butelki zdołają przebyć przestrzeń oddzielającą wyspę od jakiegokolwiek stałego lądu — przestrzeń wynoszącą mil tysiąc dwieście. Czystem szaleństwem byłoby w to wierzyć.
Dnia 30. czerwca schwycono nie bez trudności pyszną zdobycz, albatrosa, ranionego lekko w nogę strzałem Harberta.
Był to wspaniały ptak z rodziny owych olbrzymich latawców, których skrzydła rozszerzone mają dziesięć stóp szerokości i pozwalają im przebywać morza tak szerokie, jak Ocean Spokojny.
Harbert byłby chętnie zatrzymał tego pysznego ptaka. Rana bowiem jego szybko się wygoiła i młodzieniec twierdził, że go potrafi przyswoić. Ale Gedeon Spilett wyłumaczył mu, że nie godzi się zaniedbać sposobności przesłania wieści o sobie przez takiego posłańca, ziemiom przyoceanowym; jeżeli bowiem albatros przybył z jakich stron zamieszkałych, nieochybnie do nich powróci, skoro uzyska wolność — i Harbert musiał uledz.
Może być, że w głębi, Gedeon Spilett z którego kronikarz wychylał się niekiedy, nie byłby od tego, aby puścić na chybi trafi interesujący artykuł, z opowieścią o przygodach osadników wyspy Lincolna! Cóż za powodzenie dla stałego korespondenta „New York Heralda“ i dla numeru zawierającego podobną kronikę, gdyby kiedykolwiek doszedł do rąk dyrektora, czcigodnego John’a Bennett’a!
Zredagował tedy Gedeon Spilett treściwą zapiskę, którą umieszczono w worku z gumowanego płótna, z dopisaniem gorącej prośby do każdego, kto ją znajdzie, aby ją odesłał do biór New York Heralda. Woreczek ten przywiązano albatrosowi do szyi, nie do nogi, ponieważ ptaki te mają zwyczaj odpoczywać na powierzchni morza. Poczem powrócono wolność temu szybkiemu powietrznemu posłańcowi — i nie bez pewnego wzruszenia widzieli go osadnicy znikającego we mgłach zachodu.
— Gdzie on dąży? — spytał Pencroff.
— Ku Nowej Zelandji — odpowiedział Harbert.
— Szczęśliwej podróży! — zawołał marynarz, nie spodziewający się widocznie zbyt świetnych skutków z takiego sposobu korespondowania.
Razem z nadejściem zimy, zabrano się znowu do robót we wnętrzu Pałacu Granitowego, do naprawy odzieży, i do innych spraw — a pomiędzy niemi przedewszystkiem do zrobienia żaglów dla statku. Wykrojono je z niewyczerpanej powłoki balonu. Przez lipiec mrozy trzymały tęgo, nie szczędzono więc drzewa, ni węgla. Cyrus Smith postawił drugi komin w wielkiej sali i przed nim to mijały długie zimowe wieczory. Na rozmowach podczas pracy, na czytaniu, gdy ręce próżnowały, spędzano czas pożytecznie.
Prawdziwą to było rozkoszą dla osadników, gdy w tej sali dobrze oświetlonej świecami, wybornie ogrzanej węglem ziemnym, po pokrzepiającym objedzie, przy dymiącej się w filiżankach kawie bzowej i fajkach ustrojonych w pióropusze z wonnego dymu, słuchali na zewnątrz szalejącej burzy. Czuliby doskonały dobrobyt, gdyby ten mógł istnieć kiedykolwiek dla ludzi oddalonych od podobnych sobie i pozbawionych możności zawiązania z nimi stosunków!
Osadnicy rozmawiali zawsze o kraju swoim, o przyjaciołach, których tam zostawili, o wielkości rzeczypospolitej amerykańskiej, której wpływ mógł tylko wzrastać — a Cyrus Smith, wmięszany w wiele spraw Unji, interesował żywo słuchaczy swemi opowiadaniami, spostrzeżeniami i prognostykami.
Pewnego dnia, zdarzyło się, że Gedeon Spilett rzekł doń, w biegu rozmowy:
— Koniec końców jednak, mój drogi Cyrusie, czy całemu temu ruchowi przemysłowemu i handlowemu, któremu wróżysz nieustający rozwój, nie grozi stanowcze zatrzymanie prędzej lub później?
— Zatrzymanie?... A to przez co?
— Przez cóż, jeśli nie przez brak węgla, który słusznie można nazwać najcenniejszym z minerałów!
— Tak, jest on najcenniejszym w istocie — odpowiedział inżynier — i zdaje się, jakoby przyroda chciała stwierdzić, że i był nim, tworząc djament, który jest niczem innem tylko czystym, skrystalizowanym węglem.
— Nie chcesz pan przecież powiedzieć, panie Cyrus — wtrącił Pencroff — że palić będą djamentem zamiast węgla ziemnego pod kotłami?
— Nie, mój przyjacielu — odpowiedział Cyrus Smith.
— Ale ja ciągnę dalej rzecz moją — podjął znowu Gedeon Spilett. — Nie zaprzeczysz przecież, że pewnego dnia węgiel wyczerpie się zupełnie?
— Och! Pokłady węgla ziemnego są jeszcze znaczne i sto tysięcy robotników, wydzierających z nich corocznie sto miljonów kwintalów[5] metrycznych, znajduje się jeszcze daleko od ich wyczerpania!
— Ale przy rosnącej proporcji konsumcji węgla ziemnego — odparł Gedeon Spilett — przewidzieć można, że z tych stu tysięcy zrobi się wkrótce dwieście i że wydobywanie się podwoi?
— Bez wątpienia. Jednakże, po pokładach europejskich, których wyzyskanie zupełne ułatwią wkrótce nowe machiny, kopalnie Ameryki i Australji wystarczą jeszcze na długo dla konsumcji i przemysłu.
— Jak długo mniej więcej? — spytał korespondent.
— Przynajmniej na dwieście pięćdziesiąt lub trzysta lat.
— No, dla nas to uspokajające — wtrącił znowu Pencroff — ale djable niepokojące dla naszych praprawnuków!
— Znajdzie się co innego — rzekł Harbert.
— Tak się należy spodziewać — odparł Gedeon Spilett — w końcu bowiem, bez węgla nie ma machin, a bez machin, kres kolejom żelaznym, parowcom, hutom, kres wszystkiemu, czego wymaga postęp współczesnego życia!
— Ale cóż się na to miejsce znajdzie? — spytał Pencroff. — Czy pan sobie to wyobrażasz, panie Cyrus?...
— Prawie, mój przyjacielu.
— A więc czemże palić będą zamiast węgla?
— Wodą — odpowiedział Cyrus Smith.
— Wodą — krzyknął Pencroff — wodą będą rozgrzewać parowce i lokomytywy, wodą grzać wodę?...
— Nie inaczej, ale wodą rozłożona na jej pierwiastki składowe — odpowiedział Cyrus Smith, a rozłożoną bezwątpienia przez elektryczność, która będzie wówczas siłą potężną i dającą się używać; wszystkie bowiem wielkie odkrycia, na podstawie niewytłumaczonego prawa, zdają się schodzić i dopełniać zarazem. Tak, moi przyjaciele, sądzę, że wody używać będą kiedyś za opał, że wodoród i tlen, składające ją, zużytkowane pojedyńczo lub łącznie, staną się źródłem ciepła i światła, niewyczerpanych i posiadających natężenie, którego węgiel ziemny mieć nie może. Przyjdzie dzień, że zasieki parowców i tendery lokomotyw w miejsce węgla naładowane będą ścieśnionemi gazami, które zapłoną w ogniskach z niezmierną potęgą ciepłodajną. Tak więc, nie ma się o co lękać. Dopokąd ta ziemia będzie zamieszkałą, dopóty wystarczy potrzebom swoich mieszkańców; nie zabraknie im nigdy światła ani ciepła, równie jak produkcyj królestw: roślinnego, mineralnego i zwierzęcego. Woda jest węglem przyszłości.
— Chciałbym to widzieć — rzekł marynarz.
— No, toś wstał zawcześnie, Pencroffie — wtrącił Nab, tem jednem zdaniem tylko wmięszawszy się do rozmowy.
Nie Naba jednakże słowom przeznaczono było zamknąć pogadankę, ale szczekaniu Topa, które wybuchło nagle i to z ową dziwną intonacją, co już niegdyś tak mocno uderzyła inżyniera. Szczekając, Top jednocześnie krążył w około otworu studni, znajdującego się na końcu wewnętrznego korytarza...
— Co tego Topa skłania do takiego szczekania? — spytał Pencroff.
— A Jowa do mruczenia w ten sposób? — dodał Harbert.
I w samej rzeczy, orang, idąc w ślady Topa, począł okazywać niedwuznaczne oznaki wzruszenia — a co rzecz szczególna — obadwa zwierzęta zdały się raczej zaniepokojone, niż rozdrażnione.
— Widoczna — odezwał się Gedeon Spilett — że studnia ta ma związek bezpośredni z morzem i że jakiś zwierz morski wypływa z jej głębi od czasu do czasu dla odetchnięcia.
— To jawne — odrzekł marynarz — i inaczej niepodobna tego objaśnić. No, cicho!... Topie — dodał Pencroff, obracając się do psa — a ty Jowie, do swego pokoju!
Małpa i pies ucichły. Jow wrócił do swego posłania, ale Top pozostał w sali i nie przestawał warczeć przez cały wieczór.
Wkrótce zapomniano o tem zdarzeniu; zachmurzyło ono jednak czoło inżyniera.
Przez resztę lipca deszcz i mróz kolejno się zmieniały. Temperatura nie zniżyła się o tyle, jak przeszłej zimy i maksimum jej nie przeszło ośmiu stopni Fahrenheita (13°, 33 centigrad. poniżej zera). Ale jeżeli zima ta była mniej ostrą, za to panowały w niej ciągłe burze i wichry. Zdarzyły się znowu także gwałtowne ataki morza, którym kilkakroć ze szkodą uległy „dymniki.“
Patrząc na ich gwałtowność, sądzić należało, że przypływ morza, spowodowany jakiemś wstrząśnieniem podmorskiem, podnosił te poczwarne bałwany i miotał niemi na mury Granitowego Pałacu.
Osadnicy, gdy wychyleni z okien, obserwowali te niezmierne masy wody rozbijające się przed ich oczyma, nie mogli się dosyć nadziwić bezsilnej wściekłości Oceanu. Fale odskakiwały w postaci olśniewającej białością piany, całe wybrzeże znikało pod tym szalonym potopem — a Pałac Granitowy zdał się wychodzić z samego morza, którego bałwany wznosiły się do wysokości więcej niż stu stopowej.
Podczas tych burz, trudno było zapędzać się na drogi wyspy, niebezpiecznie nawet, gdyż padanie drzew nader często się zdarzało. Osadnicy jednak nie przepuścili żadnego tygodnia, bez odwidzenia zagrody dla bydła. Na szczęście zagroda ta, zakryta od południo-wschodu górą Franklina, nie ucierpiała wiele od gwałtowności uraganu, który oszczędził drzewa jej, szopy i ostrokół. Ale kurniki, znajdujące się na Wielkiej Terasie, a więc wystawione bezpośrednio na ciosy wschodniego wiatru, uległy bardzo znacznym uszkodzeniom. Z gołębnika zdjęło wierzch po dwakroć, a również obaliło barjerę. Wszystko to trzeba było przerobić gruntownie; widocznie bowiem wyspa Lincolna leżała w najnieprzyjaźniejszych okolicach Oceanu Spokojnego. Zdawało się prawdziwie że stanowi punkt centralny ogromnych wirów wietrznych, które nią kręcą, jak dziecinną frygą.
W ciągu pierwszego tygodnia miesiąca sierpnia, zawieruchy uspokoiły się powoli i atmosfera odzyskała spokój, który zdało się, że straciła na zawsze. Wraz z nastaniem ciszy i temperatura spadła; zrobiło się znowu bardzo zimno i kolumna termometryczna spadła na 8 stopni Fahrenheita, poniżej zera (22° centigrad. poniżej temper. zamarzania.)
Trzeciego września przyszła do skutku od kilku już dni ułożona wycieczka na południo-wschód wyspy, do błota Tadornów. Kusiła myśliwców ta moc zwierzyny wodnej, mającej tam swoje zimowe siedliska. Dzikich kaczek, bekasów, krzyków, cyranek, nurków, było tam co niemiara; postanowiono więc jeden dzień poświęcić na wyprawę przeciw tym latawcom.
Nie tylko Gedeon Spilett i Harbert, ale także Pencroff i Nab wzięli udział w wyprawie. Jeden tylko Cyrus, pod pozorem jakiejś ważnej pracy, nie połączył się z nimi i pozostał w Pałacu Granitowym.
Myśliwcy ruszyli drogą przez port Balonowy, dążąc ku błotom i obiecawszy być z powrotem w wieczór. Top i Jow towarzyszyli im. Skoro całe grono ich przeszło most na Dziękczynnej, inżynier zwiódł go i powrócił z myślą wykonania zamiaru, dla którego sam został w domu.
Otóż zamiarem tym było zbadanie drobnostkowe owej studni wewnętrznej, której otwór ciemniał na równi z poziomem korytarza Pałacu Granitowego, i która połączona była z morzem, ponieważ niegdyś służyła za przejście wodom jeziora.
Dla czego Top tak często krążył koło tego otworu? Dla czego szczekał w tak dziwny sposób, gdy coś, niby niepokój, przyciągało go do tej studni. Czemu Jow łączył się z Topem w tych objawach niepokoju? Miałaż więc ta studnia inne rozgałęzienia, oprócz komunikacji pionowej z morzem? Czy może, rozgałęziała się ku innym częściom wyspy? Oto, co Cyrus Smith pragnął wiedzieć, a przedewszystkiem sam wiedzieć. I dla tego to postanowił poprobować zbadania studni podczas nieobecności towarzyszy, a w danej chwili nadarzała mu się wyborna po temu sposobność.
Łatwo było zejść aż na sam spód studni za pomocą drabinki sznurowej, nie używanej już od zaprowadzenia windy, a której długość była wystarczającą. Tak też uczynił inżynier; zaciągnął drabinkę, aż do tej dziury, której przecięcie wynosiło około dziesięciu stóp, i spuścił ją w głąb, przywiązawszy pierwej mocno jej koniec górny. Poczem zapaliwszy latarnię, z rewolwerem i kordelasem za pasem, począł zstępować z pierwszych szczebli.
Ściany studni wszędzie były pełne, tu tylko i owdzie wystarczały kanty skały, a za ich pomocą było istotnie możebnem zręcznej istocie wdrapać się aż do samego otworu studni.
Zauważył to dobrze inżynier; wodząc jednak z całą starannością latarnię po nad temi kantami nie znalazł najmniejszego śladu, najmniejszego obrywu, któryby pozwalał na domysł, że służyły komuś do wdrapywania się dawniej lub świeżo.
Cyrus Smith zeszedł głębiej jeszcze, oświecając wszystkie punkta ścian studni.
Nic nie spostrzegł podejrzanego. Gdy doszedł do ostatnich szczebli, poczuł powierzchnię wody, naówczas zupełnie spokojną. Ani na równi z jej poziomem, ani w którejkolwiek bądź innej części studni, nie otwierał się żaden korytarz boczny, któryby się mógł rozgałęziać wewnątrz masy skalistej. Mur, w który Cyrus Smith uderzył rękojeścią swego kordelasa, wydał dźwięk pełny. Był to granit zbity, przez który żadna żyjąca istota nie zdolna była sobie przebić drogi. Dla dostania się na spód studni i wzniesienia się następnie aż do jej otworu, trzeba było koniecznie przejść przez ów kanał, zawsze zalany, który łączył studnię z morzem wskróś skalistego podziemia wybrzeża, a to możebnem było tylko dla morskich zwierząt. Co do kwestji, dokąd dochodził ten kanał, do jakiego punktu wybrzeża i w jakiej głębi pod falami, niepodobna było tego rozstrzygnąć.
Cyrus Smith tedy, skończywszy swoje badanie, powrócił na górę, odjął drabinkę, nakrył napowrót otwór studni i wrócił zamyślony do wielkiej sali Pałacu Granitowego, mówiąc do siebie:
— Nic nie widziałem, a jednakże coś jest!






ROZDZIAŁ XII.
(Ożaglowanie statku. — Napad kulpesów. — Jow ranny. — Jow w leczeniu. — Jow wyleczony. — Dokończenie statku. — Tryumf Pencroffa. — „Bonawentura.“ — Pierwsza próba w południowej stronie wyspy. — Niespodziewany dokument.)

Tegoż samego wieczora powrócili myśliwi z udałego polowania, dosłownie obciążeni zdobyczą, tak iż każdy dźwigał za czterech ludzi. Top miał różaniec z krzyków zawieszony na szyi, a Jow przepaski z cyranek i nurków.
— To mi się nazywa robota — zawołał na ten widok Nab — będzie czem czas zająć! Narobi się konserw, pasztetów, i innych miłych zapasików! Ale ktoś musi mi w tem pomódz. Liczę na ciebie, Pencroffie.
— Ani myśl o tem, Nabie — odparł marynarz. — Ożaglowanie statku wymaga mojej ręki, musisz się więc obyć bezemnie.
— A pan, panie Harbert?
— Ja, Nabie, muszę iść jutro do obory — odparł młodzieniec.
— Więc pan mi chyba pomożesz, panie Spilett?
— Dla zobowiązania cię, Nabie, i owszem — odpowiedział korespondent. — Uprzedzam cię tylko, że skoro mi odkryjesz swoje przepisy kuchenne, rozgłoszę je publicznie!
— Jak się panu podoba, panie Spilett — odparł Nab — jak się panu podoba!
I oto w jaki sposób nazajutrz, Gedeon Spilett, zamieniony w pomocnika Nabowego, zainstalował się w jego pracowni kuchennej. Przedtem jednak, inżynier opowiedział mu rezultat wczorajszych swoich poszukiwań, i korespondent najzupełniej zgodził się z inżynierem pod tym względem, iż pomimo, że się nic nie znalazło, jakiś sekret pozostaje do odkrycia.
Mrozy trzymały jeszcze przez cały tydzień i osadnicy nie opuszczali Pałacu Granitowego, chyba aby opatrzeć kurniki. Całe mieszkanie napełniło się wybornemi zapachami, pochodzącemi z mądrych manipulacyj Naba i korespondenta. Całego jednak owocu polowania na błotach nie zamieniono w konserwy, lecz ponieważ zwierzyna wśród tak mocnego zimna utrzymywała się doskonale, pozjadano kaczki dzikie i inne ptactwo na świeżo, i całe grono uznało je za wyższe od wszystkich ptaków wodnych całego znanego świata.
W ciągu tego tygodnia, Pencroff, przy pomocy Harberta, używającego doskonale igły, pracował z takim zapałem, że ożaglowanie statku ukończonem zostało. Lnianego materjału na to nie brakło, dzięki siatce odnalezionej razem z pokryciem balonu. Liny i sznury sieci skręcone były z wybornego materjału, który marynarz potrafił wyzyskać. Żagle zostały obrąbione silnemi sznurami, i pozostało jeszcze dosyć materjału na ściągacze do podnoszenia żagli, liny idące w drabinkę od wierzchu masztu, sznury u spodniego rogu żagla itd.
Co do bloków, te idąc za wskazówkami Pencroffa, wyrobił Cyrus Smith na tokarskiem kole.
Całe więc ożaglowanie gotowe było jeszcze przed ukończeniem statku. Pencroff sam osadził flagę błękitną, czerwoną i białą. Kolory te wydobyto z niektórych roślin farbierskich, znajdujących się w obfitości na wyspie. Ale, do trzydziestu siedmiu gwiazd, przedstawiających Stany Zjednoczone i błyszczących na pawilonach amerykańskich, marynarz dodał jeszcze trzydziestą ósmą „gwiazdę Stanu Lincoln;“ uważał bowiem wyspę swoją jako już przynależną do wielkiej rzeczypospolitej.
— I — mawiał — i jest nią z serca, jeżeli nie jest jeszcze z faktu!
Taki więc pawilon wywieszono z głównego okna Pałacu Granitowego i osadnicy pozdrowili go trzykrotnem hurra!
Wśród tego zbliżył się koniec pory chłodnej i zdawało się, że ta druga zima przejdzie bez ważnego wypadku, gdy naraz w nocy 11go sierpnia, Wielka Terasa zagrożoną została zupełnem spustoszeniem.
Po dniu dobrze zapełnionym, osadnicy spali głęboko, gdy nagle około czwartej nad ranem, zbudziło ich gwałtownie zapalczywe szczekanie Topa.
Na ten raz pies nie szczekał przy otworze studni, ale przy drzwiach i rzucał się na nie, jakby je chciał wybić. Jow także ze swojej strony wydawał dzikie okrzyki.
— A to co, Topie? — zawołał Nab, zbudziwszy się pierwszy.
Ale pies nie przestawał ujadać z rosnącą zaciekłością.
— Cóż to takiego? — spytał Cyrus Smith.
I wszyscy, ubrawszy się na prędce, rzucili się do okien i otworzyli je.
Przed nimi roztaczała się płaszczyzna śnieżna, ledwo wydająca się białą, tak noc była ciemna. Osadnicy nic nie zobaczyli, ale usłyszeli dziwne szczekanie, wybuchające z głębi ciemności. Widocznem było, że wybrzeże zalane było przez pewną ilość zwierząt, których nie można było rozpoznać.
— Co to jest? — wykrzyknął Pencroff.
— Wilki, jaguary, lub małpy! — odpowiedział Nab.
— Do djabła! Ależ one mogą się dostać na Terasę! — rzekł korespondent.
— A nasze kurniki — zawołał Harbert — a nasze plantacje?
— Którędyż one się tu dostały? — spytał Pencroff.
— Przez mostek od strony wybrzeża — odparł inżynier — który widocznie ktoś z nas zapomniał zamknąć.
— W istocie — rzekł Gedeon Spilett — przypominam sobie, żem go zostawił otworem.
— A toś się pan pięknie spisał, panie Spilett! — krzyknął marynarz.
— No, co się już stało, stało się — odrzekł Cyrus Smith. — A teraz pomyślmy, co czynić!
Takie zapytania i odpowiedzi szybko przelatywały z ust Cyrusa i jego towarzyszy. Pewną było rzeczą, że przez mostek otwarty dostały się zwierzęta na wybrzeże i zapełniły je, i że ktokolwiek one tam były, mogły po lewym brzegu Dziękczynnej dostać się na Wielką Terasę. Należało więc uprzedzić je i zwalczyć w razie potrzeby.
— Cóżto jednak za bestje? — odezwało się po raz drugi pytanie, w chwili gdy szczekania wybuchły z podwójną siłą.
Szczekania te wstrząsnęły Harbertem, i naraz przypomniał sobie, że słyszał je już raz w czasie pierwszej wizyty swojej u źródeł Czerwonego Potoku.
— To kulpesy, to lisy! — zawołał.
— Naprzód! — krzyknął marynarz.
I wszyscy, pochwyciwszy za topory, karabiny, rewolwery, rzucili się do windy i wnet stanęli na wybrzeżu.
Niebezpieczne to zwierzęta te kulpesy, gdy są w wielkiej liczbie i rozdrażnione głodem. Pomimo tego jednak, osadnicy nie wahali się ani chwili skoczyć w sam środek ich bandy, i pierwsze strzały z rewolwerów, rzuciwszy nagłe błyskawice w ciemności, zmusiły napastników do cofnięcia się.
Najważniejszem zadaniem było przedewszystkiem nie dozwolić tym rabusiom podnieść się aż do Wielkiej Terasy, ponieważ plantacje osadników i kurniki znalazłyby się na ich łasce, a ztąd wynikłyby niewątpliwie niezmierne szkody, szczególniej w zbożu. Ponieważ zaś wedrzeć się na Terasę nie mogły którędy indziej jeno po lewym brzegu Dziękczynnej, dostatecznem więc było stawić im nieprzełamalną tamę na owej wąskiej cząsteczce wybrzeża, zamkniętej pomiędzy rzeką a ścianą granitową.
Pojęli to wszyscy dobrze i na rozkaz Cyrusa rzucili się na oznaczone miejsce, podczas gdy gromada kulpesów szamotała się i skakała w ciemności.
Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Pencroff i Nab rozstawili się tak, aby utworzyć linję niepodobną do złamania. Top z otwartą, przerażającą paszczęką swoją poprzedzał osadników, a za nim tuż postępował Jow, uzbrojony w guzowatą pałkę, którą potrząsał jak maczugą.
Noc była niesłychanie ciemna. Jedynie przy świetle wystrzałów, które musiały być celne, spostrzegano napastników. Była ich zapewne co najmniej setka, a oczy im świeciły się jak węgle żarzące.
— Nie trzeba ich przepuścić! — zawołał Pencroff.
— I nie przepuścimy ich! — odrzekł inżynier.
Jeżeli jednak nie przeszły, to nie dla tego, żeby były nie próbowały. Ostatnie rzędy parły pierwsze, i rozpoczęła się walka nieprzerwana na strzały z rewolwerów i ciosy toporów. Nie mało już kulpesów musiało zaścielać ziemię, a banda nie zdawała się zmniejszać wcale. Rzekłbyś, że wciąż jej przychodzą nowe posiłki od strony mostku.
Wkrótce osadnicy walczyć musieli pierś z piersią, przyczem nie obyło się bez kilku ran, na szczęście lekkich. Harbert strzałem z rewolweru uwolnił Naba, któremu na plecy skoczył jeden kulpes, jak tygrys. Top bił się z prawdziwą wściekłością, skacząc lisom do gardła i dusząc je gruntownie. Jow, uzbrojony swoją pałką, tłukł jak ślepy i ani rusz nie dał się powstrzymać w tyle. Obdarzony niewątpliwie wzrokiem pozwalającym mu przebić te ciemności, znajdował się wciąż w miejscu najzacieklejszej walki i od czasu do czasu wydawał ostre gwizdnięcie, będące u niego cechą najwyższej roskoszy. Była chwila, w której tak daleko się posunął, iż przy świetle wystrzału, ujrzeć go można było otoczonego przez pięć czy sześć wielkich kulpesów, którym stawiał czoło z rzadką krwią zimną.
Wreszcie skończyła się walka zwycięstwem osadników, nie prędzej jednak aż po dwóch wielkich godzinach oporu. Pierwsze pobłyski świtu snać skłoniły do odwrotu napastników, bo pomknęły ku północy, przez mostek, który Nab natychmiast zwiódł za niemi.
Gdy światło dzienne dostatecznie rozjaśniło pole walki, osadnicy naliczyli około pięćdziesiąt kulpesów, zabitych i rozrzuconych po wybrzeżu.
— A Jow? — zawołał Pencroff. — Gdzież Jow?
Jow gdzieś się podział. Przyjaciel jego Nab zawołał nań, ale po raz pierwszy Jow nie odpowiedział na wołanie swego przyjaciela.
Wszyscy rzucili się na poszukiwanie Jowa, drżąc, że znajdzie się może pomiędzy poległemi. Oczyszczono miejsce z trupów, plamiących śnieg swoją posoką, i znaleziono Jowa pod istną górą kulpesów, których zdruzgotane szczęki i połamane żebra, świadczyły, że pracowała nad niemi straszliwa pałka nieustraszonego oranga. Biedny Jow trzymał jeszcze w ręku szczątek swej złamanej pałki. Widocznie pozbawiony broni, przygnieciony został przez przeważną ilość napastników i padł. Głębokie rany czerniały mu na piersiach.
— Żyje! — zawołał Nab — pochylony nad nim.
— I ocalimy go — odrzekł marynarz — będziemy go pielęgnować, jakby był jednym z nas.
Zdawało się, że Jow zrozumiał te słowa, bo schylił głowę na ramię Pencroffa, jakby dla podziękowania mu. Marynarz sam był ranny, ale rany jego, tak jak i towarzyszy, nie miały znaczenia, dzięki bowiem palnej broni, wciąż prawie mogli trzymać napastników w oddaleniu. Tylko więc orang znajdował się w niebezpiecznym stanie.
Nab i Pencroff przynieśli go na rękach aż do windy. Przez cały ten czas ledwo jeden słaby jęk wydarł się z jego piersi. Wciągnięto go ostrożnie do Pałacu Granitowego. Tu, złożono go na materacu, wziętym z jednego łóżka i obmyto rany jego jak najstaranniej. Nie zdawało się, żeby naruszyły jakikolwiek ważny organ. W każdym razie jednak Jow utracił bardzo wiele krwi, i wkrótce popadł w dosyć silną gorączkę.
Położono go więc, po opatrzeniu, i skazano na surową djetę, „całkiem jakby osobę naturalną“ jak się wyrażał Nab. Następnie dano mu wypić kilka filiżanek chłodzącej tyzanny, do której ingredjencyj dostarczyła apteczka Pałacu Granitowego.
Zasnął naprzód snem niespokojnym; powoli jednak oddech mu się uregulował, i tak go zostawiono w najgłębszej ciszy. Od czasu do czasu Top, idąc, można rzec prawie „na paluszkach“ zbliżał się do swego przyjaciela i zdał się potakiwać wszystkim czynionym wokoło niego staraniom. Jedna z rąk Jowa zwisała z łóżka, Top lizał ją z miną żałośną.
Tegoż samego poranku jeszcze przystąpiono do pogrzebania trupów, które zaciągnięto aż do lasu Zachodniej Ręki i tam zakopano głęboko.
Napad ten, który byłby mógł mieć tak ważne następstwa dla osadników, był dla nich nauką, i odtąd nie położyli się, dopokąd jeden z nich się nie przeświadczył, że wszystkie mosty zwiedzione i wszelka napaść niemożliwa.
Tymczasem Jow, po kilku dniach dosyć zatrważającej choroby, silnie wydobywać się z niej począł. Konstytucja jego potężna zwyciężyła, gorączka poczęła powoli się zmniejszać i Gedeon Spilett, będący po troszę medykiem, uznał go wkrótce za ocalonego, 16go sierpnia Jow począł jeść. Nab robił dla niego smakowite leguminki, w których chory lubował się ogromnie, miał bowiem tę miluchną przywarkę, iż był troszeczunieczkę łasunem, a Nab nigdy nie starał się go pod tym względem poprawić.
— Co pan chcesz — mawiał do Gedeona Spiletta, robiącego mu wyrzut, że bałamuci oranga — co pan chcesz? Toż on nie ma biedaczek innej roskoszy, okrom żołądkowej, poczciwy Jow, a ja czuję się szczęśliwym, że mogę choć w ten sposób wynagrodzić jego zasługi.
W dziesięć dni po położeniu się w łóżko, 21. sierpnia, pan Jow powstał. Rany się zablizniły i widać było, iż wkrótce giętkość zwykła i siła powrócą pacjentowi. Jak wszyscy rekonwalescenci, uczuł naraz przerażający apetyt. Korespondent pozwolił mu jeść, co zechce, ufając pod tym względem owemu instynktowi, którego braknie często istotom rozumnym, — a ratującemu bezmyślne od nadużycia. Naba zachwycał ten powrót apetytu u jego wychowanka.
— Jedz — mówił do niego — jedz, mój Jowie; nie żałuj sobie niczego. Wylałeś krew swoją za nas, toż już co najmniej pomódz ci muszę, ażebyś znowu do niej przyszedł!
Nakoniec 28. sierpnia dał się słyszeć głos Naba, przywołujący resztę towarzyszy.
— Panie Cyrusie, panie Gedeonie, panie Harbercie, Pencroffie, chodźcie! chodźcie!
Osadnicy zebrani wtedy właśnie w wielkiej sali, podnieśli się na okrzyk Naba i pobiegli do izby przeznaczonej dla Jowa.
— Co się stało? — spytał korespondent.
— Patrzajcie! — odrzekł Nab, wybuchając hucznym śmiechem.
I cóż ujrzeli? Oto pana Jowa, który palił spokojnie i poważnie fajkę, przykucnąwszy jak Turek w drzwiach Granitowego Pałacu.
— Moja fajka! — zawołał Pencroff. — On wziął moją fajkę! Ach mój dzielny Jowie, ofiaruję ci ją w podarku! Pal, mój przyjacielu, pal!
A Jow puszczał gęste głęby dymu, co zdawało się sprawiać mu nieporównane roskosze.
Cyrusa Smitha nie zadziwił bynajmniej ten wypadek; owszem zacytował liczne przykłady oswojonych małp, dla których palenie tytoniu stało się nałogiem.
Od tego dnia pan Jow miał własną swoją fajkę, ex-fajkę marynarza, którą mu zawieszono w jego pokoju wraz z zapasem tytoniu. On sam ją sobie nakładał, zapalał od żarzącego się węgla i zdał się być najszczęśliwszym z czwororękich. Zgadnie każdy, że ta wspólność gustów ścieśniła tylko owe węzły serdecznej przyjaźni wiążące już oddawna zacną małpę i poczciwego marynarza.
— Kto wie, czy to nie człowiek — mawiał nieraz Pencroff do Naba. — Czyżbyś się zdziwił, gdyby Jowowi przyszła kiedykolwiek ochota zagadania do nas?
— Dalipan, nie — odpowiadał Nab. — Jeżeli mnie co dziwi, to to właśnie, że dotąd jeszcze nie mówi, boć koniec końców niczego mu po temu nie braknie!...
— A wiesz, toby mnie zabawiło — ciągnął dalej marynarz — gdyby pewnego dnia odezwał się do mnie: „Hę? a gdybyśmy się pomieniali na fajki, Pencroffie?“
— O tak, toby było doskonałe — odparł Nab. — Co za nieszczęście, że jest niemym od urodzenia!
Z nastaniem września zima się stanowczo skończyła, a roboty rozpoczęły się z nowym zapałem.
Budowa statku posuwała się żywo naprzód. Pomost skończony już został w zupełności, wzięto się więc do wyklepkowania statku wewnątrz, łącząc przytem wszystkie stawy budowy listwami, zmiękczonemi w parze wodnej i poddającemi się przez to wszelkim wymaganiom modelu.
Ponieważ drzewa było poddostatkiem, Pencroff zaproponował inżynierowi urządzenie jeszcze drugiej ściany wewnętrznej, dla ochrony od wilgoci. Myśl ta nadawała statkowi trwałość i bezpieczeństwo zupełne.
Cyrus Smith nie wiedząc, co przyszłość w sobie chowa, zgodził się na ten pomysł marynarza.
Drugą tę więc ścianę i roboty około pokładu ukończono w zupełności z dniem 15go września. Do zatkania szpar użyto pakuł, które wbito młotkiem pomiędzy klepki pudła, ściany wewnętrznej i pokładu. Następnie zaś, zalano jeszcze te szpary gorącą smołą, której sosny lasu dostarczyły w obfitości.
Urządzenie wewnętrzne statku odbyło się z jak największą prostotą. Najprzód naładowano go balastem, składającym się z ciężkich kawałów granitu, połączonych ze sobą wapnem; waga ich ogólna wynosiła około dwunastu tysięcy funtów. Następnie balast ten pokryto mostem — a wnętrze statku podzielono na dwie izby, wzdłuż których ciągnęły się ławy, służące zarazem za skrzynie. Osada masztu miała stanowić pokrycie nad przepierzeniem, dzielącem obiedwie izby, do których wchodziło się przez dwa otwory w pokładzie osłonięte klapami.
Pencroff nie miał żadnej trudności w wynalezieniu drzewa przydatnego na maszty. Wybrał ku temu młodą jodłę, prostą, bez sęków, którą tylko trzeba było ściesać w kwadrat u spodu a zaokrąglić u góry. Żelaziwo do masztów, steru, i całego pudła statku, niezgrabnie ale gruntownie wyrobiono w kuźni „w dymnikach“. Wreszcie reje, maszt strzałkowy, i zapasowe drzewo na maszty, wszystko było dokonane i zebrane w pierwszym tygodniu października — i stanęła umowa, iż odbędzie się pierwsza próba statku, w pobliżu wyspy, dla przekonania się, jakie jego zachowanie na morzu i o ile można mu zaufać.
Przez cały ten czas roboty niezbędne nie uległy bynajmniej zaniedbaniu. Obory uporządkowano, ponieważ stado dzikich baranów i kóz powiększyło się już o pewną ilość potomstwa, które trzeba było gdzieś pomieścić i wyżywić. Nie zapomnieli także osadnicy odwidzić ani ostrygarni, ani królikarni, ani pokładów węgla ziemnego i żelaza, — ani wreszcie kilku dotychczas nie zbadanych jeszcze części lasu Zachodniej Ręki, obfitujących wielce w zwierzynę.
Odkryto jeszcze kilka nowych miejscowych roślin, które jeśli nie przynosiły natychmiastowej korzyści, to urozmaiciły przynajmniej karm roślinną mieszkańców Granitowego Pałacu.
Były to okazy z rodziny figowatych, jedne podobne do znajdujących się na przylądku Dobrej Nadziei, z liśćmi mięsistemi, jadalnemi, inne wydające ziarna, w których wnętrzu mieścił się rodzaj mąki.
Dnia 10. października spuszczono okręt na morze. Pencroff promieniał. Operacja udała się jak najwyborniej. Statek w pełnem ożaglowaniu, zatoczony na walcach na sam kraj wybrzeża, pochwycony został przez przybierające morze i spłynął na falach, przy oklaskach osadników a szczególniej Pencroffa, który w tej okazji nie dbał bynajmniej o okazanie się skromnym. Zresztą próżność jego miała dostać nowego bodźca, ponieważ po zbudowaniu statku, powierzono mu nad nim komendę, i za ogólną zgodą otrzymał tytuł kapitna.
Dla zadowolenia kapitana Pencroffa, musiano natychmiast nadać imię nowemu statkowi, co wywołało długie i rozliczne rozprawy i propozycje. Wreszcie jednak głos ogólny zgodził się na imię „Bonawentury“ będące zarazem chrzestnem imieniem zacnego marynarza.
Skoro przypływ morza podniósł „Bonawenturę“ na swych barkach, spostrzedz można było że nowy statek trzymał się wybornie i zdolnym był do wszelakiego ruchu.
Zresztą miała to jeszcze lepiej okazać próba na morzu w bliskości wybrzeża, ułożona na ten sam dzień jeszcze. Czas był prześliczny, wiatr zawiewał świeży, morze nadawało się wybornie do takiej próby, szczególniej od strony południowej wybrzeża, wiatr bowiem wiał z północo-zachodu już od godziny.
— Na statek, na statek! — wołał kapitan Pencroff.
Trzeba jednak było zjeść śniadanie przed wycieczką i zdawało się nawet rzeczą roztropną zabrać ze sobą niektóre zapasy na przypadek, gdyby wycieczka miała się przeciągnąć aż do wieczora.
Cyrusowi Smith spieszyło się również spróbować statku, którego plan on bądź co bądź podał, pomimo, że idąc za radą marynarza, poczynił następnie kilka poprawek. Nie miał jednak tyle zaufania do tego okręciku, co Pencroff — i ponieważ marynarz nie powracał do projektu podróży na wyspę Tabor, Cyrus Smith miał nadzieję, że Pencroff już od tej myśli odstąpił. W istocie bowiem przykroby mu było zobaczyć dwóch lub trzech ze swoich towarzyszy, hazardujących się na tej barce, koniec końców tak malenkiej i niosącej zaledwie piętnaście beczek ciężaru.
O wpół do jednastej wszyscy znaleźli się na pokładzie, nawet Jow, nawet Top. Nab i Harbert podnieśli kotwicę, zatopioną w piasku w bliskości ujścia Dziękczynnej, wywieszono flagę lincolnijską i „Bonawentura,“ sterowany przez Pencroffa, wypłynął na morze.
Ażeby wyjść z zatoki Stanów Zjednoczonych, trzeba było najprzód wziąć się z wiatrem, co dało możność przekonania się, że w tych warunkach szybkość statku była zadawalającą.
Po okrążeniu przylądka Rozbitków i Ostrego Szponu, Pencroff musiał się trzymać tuż koło wybrzeża, wzdłuż strony południowej wyspy i zauważył po przepłynięciu kilku węzłów, że „Bonawentura“ miał bieg równy i wybornie opierający się zboczeniu. Skręcał dosknale pod wiatr, — miał „zamach“ jak mówią marynarze, i zyskiwał nawet na przestrzeni przy skręceniu.
Pasażerowie „Bonawentury“ byli w prawdziwem zachwyceniu. Posiadali wyborny statek, który w danym razie mógł oddać im wielkie przysługi — a przytem, w dniu tak pogodnym i przy tak pomyślnym wietrze — przejażdżka ta sprawiała im rzetelną przyjemność.
Pencroff skierował się na pełne morze, trzy lub cztery mile od wybrzeża, przez port Balonowy. Wówczas wyspa pokazała się im w całym obszarze swoim i w nowej postaci, z urozmaiconą panoramą swoich wybrzeży od przylądka Ostrego Szponu, do przylądka Wężowego, — z pierwszemi planami lasów swoich, w których szyszkowce odróżniały się jeszcze wśród młodego oliścienia innych drzew, pączkujących zaledwie, — z górą Franklina wreszcie, panującą nad całością tego obrazu, i mającą czoło gdzieniegdzie uwieńczone śniegami.
— Jakie to piękne! — zawołał Harbert.
— O tak, nasza wysepka jest piękna i dobra — odpowiedział Pencroff. Kocham ją, jak niegdyś moją biedną matkę. Przyjęła nas ubogich i pozbawionych wszystkiego — a teraz czegoż braknie pięciorgu dzieciom, które jej spadły z nieba?
— Niczego! — odrzekł Nab — niczego, kapitanie!
I dwaj poczciwcy rzucili trzykrotnie potężne: hurra! — na cześć swojej wyspy.
Wśród tego Gedeon Spilett oparty o podstawę masztu, zdejmował ołówkiem panoramę rozwijającą mu się przed oczyma.
Cyrus Smith rozglądał się w milczeniu.
— No, panie Cyrusie — odezwał się doń Pencroff — co pan powiesz o naszym statku?...
— Zdaje się bardzo dobrze sprawiać, — odrzekł inżynier.
— Wybornie. Jesteś więc pan przekonany obecnie, że możnaby na nim przedsięwziąć dłuższą jaką podróż?
— Jaką podróż, Pencroffie?
— Do wyspy Tabor, naprzykład?
— Mój przyjacielu, — odpowiedział Cyrus Smith — mnie się zdaje, że w razie konieczności nie należałoby się wahać powierzyć Bonawenturze nawet na dłuższą podróż, — wiesz jednak o tem, że z przykrością widziałbym cię wypływającego do wyspy Tabor, ponieważ nic nas do tego nie zmusza.
— Dobrze jest znać swoich sąsiadów, — odparł Pencroff, zacięty na punkcie swego pomysłu. — Wyspa Tabor to nasza sąsiadka, — jedyna! Sama grzeczność wymaga, ażeby ją przynajmniej odwiedzić!
— Do djabła — odezwał się Gedeon Spilett — nasz przyjaciel Pencroff stoi jak mur przy ceremonjale.
— Ja przy niczem nie stoję, jak mur — odciął się marynarz, którego opozycja inżyniera nieco drażniła, a nie chciał mu jednak wyrządzić jakiejkolwiek przykrości.
— Pomyśl, Pencroffie, — odrzekł Cyrus Smith, że sam nie możesz udać się do wyspy Tabor.
— Jeden towarzysz mi wystarczy.
— Zgoda, odparł inżynier. Ryzykujesz więc dwóch osadników wyspy Lincolna na pięciu?
— Na sześciu! — odrzekł marynarz. Zapominasz pan o Jowie.
— Na siedmiu! — dodał Nab. Top tyle wart co i kto inny!
— Nie masz w tem żadnego ryzyko — panie Cyrusie — podjął znowu Pencroff.
— Być może, Pencroffie; ja jednak powtarzam, że byłoby to narażaniem się, bez konieczności!
Uparty marynarz nie odpowiedział nic na to i pozwolił upaść rozmowie z mocnem postanowieniem podjęcia jej na nowo. Ani myślał jednak, że przyjdzie mu wnet na pomoc wypadek, który zmieni w dzieło ludzkości, zamiar jego, będący bądź co bądź dotąd kaprysem tylko, podlegającym dyskusji.
Po długim dosyć pobycie na pełnem morzu, „Bonawentura“ zbliżył się do brzegu, sterując ku portowi Balonowemu. Ważną bowiem było rzeczą, obejrzeć przesmyki pomiędzy ławicami piasku a skałami, dla zatknięcia nad niemi w razie potrzeby znaków ostrzegających, — ponieważ ta mała zatoczka miała być stanowiskiem dla statku.
Było to zaledwie o pół mili od wybrzeża, i trzeba było płynąć gzygzakiem (lawirować) pod wiatrem; bieg „Bonawentury“ był w tej chwili bardzo umiarkowany, — wiatr bowiem w części powstrzymany przez ziemię, zaledwo wydymał żagle, a morze gładkie jak zwierciadło, marszczyło się jedynie od kapryśnych silniejszych podmuchów.
Harbert trzymał się na przedzie statku, dla wskazywania drogi w pośród przesmyków. Nagle z ust jego dał się słyszeć okrzyk:
— Skręć z wiatrem, Pencroffie, skręć z wiatrem!
— A co tam takiego — spytał marynarz podnosząc się. — Skała?
— Nie... czekaj... — odrzekł Harbert... nie widzę jeszcze dobrze... skręćno jeszcze... dobrze... trochę bliżej...
I mówiąc to, Harbert wyciągnął się jak długi na pokładzie, zanurzył szybko rękę w wodę i podniósł się, wołając:
— Butelka!
W ręku trzymał butelkę zakorkowaną, schwytaną właśnie w tej chwili na fali.
Cyrus Smith wziął ją w rękę. Nie mówiąc ani słowa, wyciągnął korek i wydobył z niej papier wilgotny, na którym były te słowa:
— Rozbitek... Wyspa Tabor... 153° Z. dług. — 37° 11′ szer. Płd.






ROZDZIAŁ XIII.
(Wyjazd postanowiony. — Przypuszczenia. — Przygotowania. — Trzej pasażerowie. — Pierwsza noc. — Druga noc. — Wyspa Tabor. — Poszukiwania na wybrzeżach. — Poszukiwania w lesie. — Nie ma nikogo. — Zwierzęta. — Rośliny. — Mieszkanie ludzkie. — Wszędzie pusto.)

— To rozbitek jakiś, opuszczony na wyspie Tabor, kilkaset mil tylko od nas! zawołał Pencroff. A! panie Cyrus, teraz już się pan nie będziesz sprzeciwiał mojemu projektowi.
— Nie, Pencroffie, odparł Cyrus Smith, jedź i to jak najprędzej.
— Więc jutro?
— Niech będzie jutro.
Inżynier trzymał jeszcze w ręku papier wydobyty z butelki. Podumał nad nim chwil kilka, poczem odezwał się znowu w te słowa:
— Z dokumentu tego, przyjaciele, z samej formy, w jakiej został spisanym, należy przedewszystkiem wysnuć następujące wnioski: więc najpierw, że rozbitek zostający na wyspie Tabor posiada dość obszerne wiadomości marynarskie, skoro podaje tak stopień szerokości jak i długości geograficznej wyspy, zgodne co do minuty z temi, jakie my wynaleźliśmy; a powtóre, że jest z pochodzenia Anglikiem lub Amerykaninem, ponieważ dokument spisany jest w języku angielskim.
— To wniosek całkiem logiczny, — odezwał się Gedeon Spilett, — a obecność tego rozbitka wyjaśni nam fakt wyrzucenia owej skrzyni na brzeg naszej wyspy. Ponieważ istnieje rozbitek, zatem musiało także nastąpić rozbicie. Co się zaś tyczy tego pierwszego, to jego szczęście, że Pencroffowi przyszło do głowy wybudować statek i spróbować go dziś właśnie, bo jeden dzień później, a butelka mogła się roztłuc o skały.
— W samej rzeczy rzekł Harbert, to traf szczęśliwy, że Bonawentura nadpłynął właśnie w chwili, gdy butelka pływała jeszcze po wodzie!
— Nie wydaje się to panu zdarzeniem dziwacznem? zapytał Cyrus Smith Pencroffa.
— Nie, tylko szczęśliwem, odparł marynarz. Cóż pan w tem widzisz nadzwyczajnego, panie Cyrus? Butelka musiała przecież którędyś popłynąć, tak dobrze tędy, jak którędy indziej!
— Masz może i słuszność, Pencroffie, odparł inżynier, a jednak...
— A nie ma też jakiego śladu, że butelka od dłuższego już czasu pływała po morzu? zauważył Harbert.
— Żadnego, odparł Gedeon Spilett, a nawet dokument wydaje się świeżo spisanym. Co ty o tem sądzisz, Cyrusie?
— Trudno to sprawdzić, a wreszcie dowiemy się o tem wkrótce! odparł Cyrus Smith.
Podczas tej rozmowy Pencroff nie próżnował. Zmienił bieg statku, a Bonawentura całą piersią prując fale, mknął pełnemi żaglami ku przylądkowi Ostrego Szponu. Każdy dumał o rozbitku z wyspy Tabor. Czy jeszcze czas go ocalić? Było to wielkiej wagi zdarzenie w życiu naszych osadników! Oni sami byli także rozbitkami, lecz zachodziła obawa, że tamtemu mniej od nich sprzyjało szczęście, więc obowiązkiem ich było pospieszyć z pomocą nieszczęśliwemu.
Opłynęli dokoła przylądek Ostrego Szponu i o godzinie czwartej zarzucił Bonawentura kotwicę u ujścia Dziękczynnej.
Tego wieczora omówiono szczegóły nowej wyprawy. Zdawało się właściwem, ażeby Pencroff z Harbertem, jako świadomi żeglugi, sami podjęli tę podróż.
Wyruszywszy nazajutrz t. j. 11go października, mogli stanąć na miejscu 13go za dnia, przy wietrze bowiem, jaki panował, czterdzieści ośm godzin wystarczało do przebycia stu pięćdziesięciu milowej przestrzeni. Licząc jeden dzień pobytu na wyspie, a trzy lub cztery dni napowrót można było przypuścić, że 17go października będą z powrotem na wyspie Lincolna. Pogoda była piękna, barometr zwolna się podnosił, wiatr zdawał się stałym, wszystko sprzyjało przedsięwzięciu tych zacnych ludzi, których obowiązek ludzkości powoływał z dala od ich wyspy.
Tak więc postanowiono, że Cyrus Smith, Nab i Gedeon Spilett pozostaną w Pałacu Granitowym, ale przeciw temu wniesione zostało od razu jedno przedstawienie — oto Gedeon Spilett, pomny na swój urząd korespondenta dziennika New York Herald, oświadczył, że raczej wpław się uda za okrętem, niżeliby miał opuścić podobną sposobność. Pozwolono mu więc wziąć udział w wyprawie.
Jeszcze tego wieczora zniesiono na pokład Bonawentury kilka kawałków pościeli, narzędzia, broń, amunicję, busolę i żywność na dni ośm, a uwinąwszy się raźnie z ładugą, powrócili osadnicy do Pałacu Granitowego.
Nazajutrz, o godzinie piątej z rana, nastąpiło pożegnanie, przyczem obustronnie nie obeszło się bez wzruszenia. Pencroff, rozpiąwszy żagle, skierował statek ku przylądkowi Ostrego Szponu, który opłynąwszy dokoła, należało następnie puścić się prosto w kierunku południowo-zachodnim.
Bonawentura oddalił się już ćwierć mili od brzegów, gdy pasażerowie jego ujrzeli na górze Pałacu Granitowego dwóch ludzi dających im znaki pożegnalne. Był to Cyrus Smith i Nab.
— Oto przyjaciele nasi! zawołał Gedeon Spilett. Wszak to pierwsze rozłączenie się nasze od piętnastu miesięcy!...
Pencroff, korespondent i Harbert po raz ostatni skinęli im na znak pożegnania, i Pałac Granitowy zniknął wkrótce po za wysokiemi skałami przylądka.
Przez pierwszych kilka godzin Bonawentura płynął równolegle z południowemi brzegami wyspy Lincolna, która niebawem przedstawiała się oczu podróżnych jak koszyk zielony, z którego wynurzała się góra Franklina. Wzgórza zmalałe oddaleniem, nadawały jej postać nie bardzo zdolną przynęcić statki do jej brzegów.
Około godziny pierwszej z południa minęli przylądek Jaszczurczy, płynąc pełnem morzem dziesięć mil od brzegów. W tej odległości nie podobna już było dojrzeć ani znaku północnych wybrzeży ciągnących się aż do grzbietów góry Franklina, a w trzy godziny później, zniknął na widnokręgu wszelki ślad wyspy Lincolna.
Bonawentura sprawował się wyśmienicie. Unosił się lekko na falach i szybował raźnie. Pencroff rozwinął żagiel strzałkowy i w pełnem ożaglowaniu płynął w prostym kierunku wskazanym przez busolę.
Od czasu do czasu Harbert zastępował go przy sterze, a chłopak miał rękę tak pewną, że marynarz nie mógł mu wytknąć najmniejszego zboczenia.
Gedeon Spilett gawędził to z jednym, to z drugim, a w potrzebie sam przykładał rękę do pracy. Kapitan Pencroff był zupełnie zadowolony ze swej załogi i przebąkiwał nawet o uraczeniu jej „lampeczką wina od kurzu!“
Wieczorem sierp księżyca, który dopiero 16go miał dojść do pierwszej kwadry, zarysował się na ściemnionem tle nieba i wkrótce zagasł. Noc była ciemna ale roziskrzona gwiazdami i zapowiadała pogodny dzień nazajutrz.
Pencroff, przez ostrożność, zwinął żagiel strzałkowy, nie chcąc narazić się na jaki niespodziewany figiel wiatru z płótnem na maszcie. Był to może zbytek ostrożności przy tak pogodnej nocy, ale Pencroff był przezornym marynarzem, i nikt go za to nie zganił.
Korespondent przespał część nocy. Pencroff i Harbert zmieniali się co dwie godziny przy sterze. Marynarz ufał Harbertowi jak samemu sobie, a zaufanie to usprawiedliwiał chłopak swą zimną krwią i swym rozsądkiem. Pencroff wytykał mu kierunek, jak komendant sternikowi, a Harbert nie dał Bonawenturze zboczyć od niego ani na jeden włos.
Noc upłynęła szczęśliwie, a następny dzień 12. października przeszedł tak samo jak poprzedni. Przez cały dzień trzymano się ściśle kierunku południowo-zachodniego, a jeśliby tylko jaki prąd nieznany nie pochwycił okrętu, Bonawentura musiał wylądować wprost na wyspę Tabor.
Morze, po którem płynął statek, było całkiem puste. Czasem tylko jaki duży ptak, albatros lub fregata przelatywał w oddaleniu strzału, a Gedeon Spilett zapytywał sam siebie, czyli pomiędzy temi potężnemi latawcami nie znajduje się ten, któremu powierzył swą ostatnią kronikę dla dziennika New York Herald? Zdawało się, że ptaki te były jedynemi istotami odwidzającemi tę część Oceanu pomiędzy wyspą Tabor a wyspą Lincolna.
— A wszakże to właśnie czas, w którym statki wyjeżdżające na połów wielorybów zwykły zwidzać południowe strony Cichego Oceanu, zauważył Harbert. Zaprawdę nie wiem, czy jest gdzie morze podobnie puste jak to!
— Ono wcale nie jest tak puste! odparł Pencroff.
— Jak pan to rozumiesz? zapytał korespondent.
— Przecież my na niem jesteśmy! Czy pan nasz okręt masz za jaki kawałek rozbitego czerepa, a nasze osoby za gatunek delfinów?
I Pencroff zaśmiał się ze swego żartu.
Według przypuszczalnego obliczenia przepłynął Bonawentura, od chwili swojego wyjazdu z wyspy Lincolna do końca tego dnia, to jest w przeciągu trzydziestu sześciu godzin, przestrzeń stu dwudziestu mil, czyli chyżość jego wynosiła trzy i jednę trzecią mili na godzinę. Powiew wiatru był słaby i słabł coraz więcej. Na wszelki jednak wypadek można się było spodziewać, że jeżeli obliczenie ich było trafne, a kierunek okrętu dobry, nazajutrz z brzaskiem dnia ujrzą wyspę Tabor.
To też ani Gedeon Spilett, ani Harbert, ani Pencroff nie spali całą tę noc z 12. na 13. października. Wyczekując niecierpliwie dnia, nie byli w stanie przytłumić w sobie żywego wzruszenia. Przedsięwzięcie ich pod wielu względami było tak niepewne!
Dalekoż jeszcze oddaleni byli od tej wyspy Tabor? Czy tę wyspę dotychczas zamieszkiwał rozbitek, któremu na pomoc spieszyli? Co to był za człowiek? Czy towarzystwo jego nie zamąci spokoju osady dotąd tak zgodnie żyjącej? Czy przystanie wreszcie na to, by swoje teraźniejsze więzienie zamienić na inne? Zagadki te, które dzień następny miał niewątpliwie roztrzygnąć, spłaszały sen z ich powiek, i od pierwszego świtania wytężali wzrok i wodzili nim kolejno po całym widnokręgu zachodnim.
— Ziemia! zawołał Pencroff około godziny szóstej zrana.
Ponieważ niepodobna było przypuszczać, ażeby się Pencroff omylił, więc musiała to być ziemia niewątpliwie.
Łatwo wystawić sobie radość małej załogi Bonawentury! Za kilka godzin staną na wyspie!
Wyspa Tabor, rodzaj płaskiego wybrzeża wynurzającego się zaledwie z fal morza, nie była oddaloną więcej jak na piętnaście mil. Przylądek Bonawentury, posunięty nieco ku południowi wyspy, górował nad nią sam jeden, i w miarę jak słońce wychylało się na wschodzie, tu i ówdzie pojedyncze szczyty stawały się wyrazistemi.
— To wysepka o wiele mniejsza od wyspy Lincolna, zauważył Harbert, i podobnie jak ona zawdzięcza swe istnienie zapewne jakiejś formacji podwodnej.
O godzinie jedenastej z rana Bonawentura oddalony był od wyspy nie więcej jak na dwie mile, a Pencroff szukając przejścia ku wylądowaniu, posuwał się z jak największą ostrożnością po tych nieznanych wodach.
Wtedy można było w całości objąć okiem wysepkę, porosłą zielonemi klombami gumowców i innych dużych drzew, z tego samego rodzaju co na wyspie Lincolna. Ale rzecz dziwna, ani nie wznosił się nigdzie dym świadczący o zamieszkiwaniu wyspy przez ludzi, ani też nigdzie na wybrzeżu nie ukazał się znak żaden!
A jednak dokument wspominał wyraźnie o rozbitku, i rozbitek ten powinien się był znajdować na czatach!
Tymczasem Bonawentura zabłąkał się pomiędzy dziwaczne przesmyki wśród skał, których każdy zakręt śledził Pencroff z jak największą uwagą. Harberta posadził przy sterze, sam zaś, stojąc na przedzie okrętu, wpatrywał się w wodę, gotów każdej chwili zwinąć żagiel, którego sznur trzymał w ręku. Gedeon Spilett daleko widzem przebiegał wszystkie wybrzeża, nie dostrzegając nic zgoła.
Wreszcie około południa potrącił Bonawentura przodem o piaszczystą płaszczyznę. Wyrzucono kotwicę, zwinięto żagle i cała załoga okrętowa udała się na ląd.
Nie podlegało wątpliwości, że była to w samej rzeczy wyspa Tabor, ponieważ na najnowszych mapach nie było żadnej innej wyspy w tej stronie Cichego Oceanu, pomiędzy Nową Zelandją a brzegami amerykańskiemi.
Przymocowano starannie okręt, ażeby odpływające morze nie uniosło go ze sobą, poczem Pencroff z dwoma swoimi towarzyszami, uzbroiwszy się należycie, puścili się brzegiem ku wzgórkowi posiadającemu kształt ostrokręgu, dwieście pięćdziesiąt do trzysta stóp wysokiemu, wznoszącemu się w oddaleniu blisko pół mili.
— Ze szczytu tego pagórka, rzekł Gedeon Spilett, będziemy mieli bezwątpienia ogólny przegląd całej wyspy, co nam ułatwi dalece poszukiwania.
— To zupełnie tak, jak sobie postąpił najpierw pan Cyrus na wyspie Lincolna, kiedy wylazł na górę Franklina, zauważał Harbert.
— Zupełnie tak samo, odparł korespondent, i jest to sposób najodpowiedniejszy!
Gawędząc tak, szli podróżnicy nasi krajem łąki, kończącej się u samego podnóża ostrokręgu. Przed nimi wzlatywały gromady gołębi skalnych i morskich jaskółek, podobnych tym, które widywali na wyspie Lincolna. W lesie, który się ciągnął wzdłuż łąki po lewym jej boku, słyszeli szelest w krzakach i widzieli kołyszące się zarośla, co zdradzało obecność jakichś bardzo płochliwych zwierząt; lecz dotychczas nic nie wskazywało, ażeby wyspa zamieszkałą była przez ludzi.
Przybywszy do podnóża ostrokręgu, Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett w jednej chwili wdrapali się na szczyt jego, zkąd wzrok ich obejmował cały widnokrąg.
Znajdowali się na wysepce nie posiadającej więcej jak sześć mil obwodu, którego linje, ani nie wyskakując na zewnątrz w liczne przylądki i języki, ani wżynając się w głąb w liczne przystanie i ostoje, tworzyły kształt podłużnie owalny.
Do koła rozlewała się pusta zupełnie płaszczyzna morza aż po krańce widnokręgu. Nigdzie lądu, nigdzie żagla!
Wysepka ta, porośnięta całkowicie lasem, nie przedstawiała tak urozmaiconego widoku jak wyspa Lincolna, której jedna część była jałowa i dzika, podczas gdy druga żyzna i bogata. Tu widzieli przed sobą tylko jednostajną masę zieleni, z pomiędzy której wznosiły się dwa lub trzy nie wielkie pagórki. Owal wysepki przerzynał ukośnie strumień płynący szeroką łąkę i wąskiem ujściem wpadający do morza na wybrzeżu północnem.
— Szczupły kraik, zauważył Harbert.
— W samej rzeczy, rzekł Pencroff, nam tu było za ciasno!
— A co więcej, odparł korespondent, zdaje się być nie zamieszkałym.
— W istocie, odezwał się Harbert, ani śladu człowieka.
— Zejdźmy na dół, odparł Pencroff, i szukajmy.
Marynarz z obydwoma towarzyszami swoimi powrócili na brzeg morza, gdzie zostawili Bonawenturę. Postanowili zejść wpierw piechotą całą wysepkę dokoła, a potem dopiero zapuścić się w głąb jej, tak by żaden kącik nie uszedł ich baczności.
Pochód wzdłuż brzegu morskiego nie przedstawiał żadnych trudności, tu i ówdzie tylko olbrzymie skały przecinały im drogę, lecz łatwo było je obejść. Podróżnicy nasi skierowali swe kroki ku południowi, płosząc po drodze liczne gromady morskiego ptactwa i stada fok, które na ich widok z daleka już rzucały się w morze.
— Bestje te, zauważył korespondent, nie pierwszy raz widzą ludzi. Boją się ich, więc ich znają.
W godzinę później przybyli wszyscy trzej do południowego końca wysepki, zakończonego spiczastym przylądkiem, skąd puścili się dalej na północ wzdłuż wybrzeży północnych, pokrytych piaskiem i skałami, które otaczał w głębi gęsty bór.
Nie znaleźli nigdzie znaku mieszkania ludzkiego, nigdzie śladu ludzkiej stopy na całym obwodzie wysepki, którą w czterech godzinach obeszli dokoła.
Był to fakt co najmniej dziwny, i chyba należało mniemać, że wyspa Tabor albo wcale nie była albo już nie była zamieszkałą. Zresztą wszak łatwo być mogło, że dokument ów pisany był przed kilką miesiącami, ba nawet przed kilku laty, a w takim razie rozbitek albo mógł powrócić do ojczyzny, albo zginąć z głodu i nędzy.
Pencroff, Gedeon Spilett i Harbert, czyniąc najrozmaitsze mniej lub więcej prawdopodobne przypuszczenia, zjedli na prędce objad na pokładzie Bonawentury, by natychmiast wyruszyć na dalszą wycieczkę, dopóki noc nie zapadnie.
O godzinie piątej z wieczora puścili się w głąb lasu.
Za ich zbliżeniem się pomykały liczne zwierzęta a zwłaszcza, rzecby nawet można wyłącznie, kozy i bezrogie, które jak łatwo było rozpoznać należały do gatunku europejskiego. Bezwątpienia jakiś okręt, który wypłynął na połów wielorybów, zostawił je na wyspie, gdzie się szybko rozmnożyły. Harbert postanowił jedną lub dwie pary tych zwierząt zabrać żywcem na wyspę Lincolna.
Nie podlegało zatem żadnej wątpliwości, że niegdyś ludzie zwidzili byli tę wysepkę. Dobitniej jeszcze świadczyły o tem ścieżki wydeptane wśród boru, drzewa pościnane siekierą i widoczne wszędzie ślady ludzkiej pracy; ale te drzewa nawpół już zgniłe, ścięte były jeszcze przed wieloma laty, karby od siekiery porastał mech, wysokie i gęste zarośla zarastały ścieżki, które ledwie można było rozpoznać.
— Dowodzi to jednak, zauważył Gedeon Spilett, że ludzie nie tylko wylądowali byli kiedyś na tej wysepce, ale ją przez jakiś czas zamieszkiwali. Pytanie teraz: co to byli za ludzie? Ilu ich było? Ilu ich jeszcze zostało?
— Dokument, odezwał się Harbert, wspomina tylko o jednym rozbitku.
— Więc jeśli dotąd znajduje się on na tej wyspie, niepodobna, abyśmy go nie odszukali!
Ruszono więc dalej w drogę. Marynarz z towarzyszami swoimi przerzynali oczywiście ukośnie wyspę i tem samem szli brzegiem strumienia, który pędził ku morzu.
Podczas gdy zwierzęta pochodzenia europejskiego i niektóre ślady ludzkiej pracy dowodziły bezsprzecznie, że był już kiedyś człowiek na tej wyspie, to nie mniej świadczyły o tem liczne okazy świata roślinnego. W różnych miejscach, po polanach położonych wśród boru, były znaki, że ziemia w dość oddalonym prawdopodobnie kresie czasu zasadzoną była roślinami warzywnemi.
To też nie małą była radość Harberta, gdy rozpoznał między niemi kartofle, cykorję, szczaw, marchew, kapustę, rzepę, których nasienie tylko trzeba było zebrać, by wzbogacić niemi wyspę Lincolna!
— Wybornie! wybornie! odparł Pencroff. Będzie miał co robić Nab i my także. Chociażbyśmy więc nie odszukali nawet rozbitka, wyprawa nasza nie będzie przynajmniej bezowocną, i Bóg nam ją odpłaci!
— Bez wątpienia, odparł Gedeon Spilett; ale widząc w jakim stanie znajdujemy te plantacje, powstaje obawa, że wysepka ta już oddawna przestała być zamieszkałą.
— W samej rzeczy, odparł Harbert, kto bądź by tu mieszkał, nie byłby zaniedbał tak ważnej uprawy!
— Tak jest, odezwał się Pencroff, nasz rozbitek odjechał!... Nie podobna sądzić inaczej...
— Więc musimy przypuścić, że dokument jest dawniejszej daty?
— Widocznie.
— I że butelka długo wpierw błąkała się po morzu, zanim dopłynęła do wyspy Lincolna?
— Czemu nie? odparł Pencroff. — Ale oto noc już zapada, sądzę że lepiej będzie zawiesić nasze poszukiwania.
— Wracajmy na pokład, a jutro rozpoczniemy na nowo, rzekł korespondent.
Była to rada, ze wszech miar najmędrsza i już miano pójść za nią, gdy nagle Harbert, wskazując na jakąś dużą niewyraźną masę, majaczącą między drzewami, zawołał:
— Chałupa!
W tej chwili wszyscy trzej rzucili się ku wskazanej chałupie. W zmroku wieczornym można było tyle rozpoznać, że była zbudowaną z desek pokrytych grubem płótnem oblepionem smołą.
Pencroff potrącił wpół przymknięte drzwi i wszedł szybkim krokiem do środka.
Chałupa była pustą!






ROZDZIAŁ XIV.
(Ruchomości. — Noc. — Kilka liter. — Dalsze poszukiwania. — Rośliny i zwierzęta. — Harbert w wielkiem niebezpieczeństwie. — Na pokład. — Wyjazd. — Burza. — Błysk instynktu. — Zbłąkani na morzu. — Ogień zapalony w samą porę.)

Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett stali przez chwilę w milczeniu wśród ciemności.
Pencroff zawołał silnym głosem.
Żaden głos mu nie odpowiedział.
Wtedy marynarz skrzesawszy ognia, zatlił kawałek gałązki. Ogień ten oświetlił przez chwilę niewielką izbę, jak się zdawało zupełnie pustą. W głębi stał niezgrabnie ulepiony komin, na nim leżał wyziębiony popiół i wiązka suchego drzewa. Pencroff podłożył pod nie zapaloną gałązkę i w krótce buchnęło drzewo jasnym płomieniem.
Wtedy marynarz i towarzysze jego ujrzeli łóżko poburzone, którego posłanie wilgotne i pożółkłe świadczyło, że oddawna nikt go nie używał. W jednym kącie komina stały dwa samowary, które były pokryte rdzą i leżał jeden wywrócony kociołek; szafa z kilkoma kawałkami odzieży marynarskiej na wpół zbutwiałemi; na stole nakrycie cynowe i Biblja, zjedzona przez wilgoć; w jednym rogu stało kilka narzędzi, rydel, motyka, kilof, dwie strzelby myśliwskie, z tych jedna złamana; na półce zrobionej z deski nietknięta jeszcze baryłka prochu, baryłka śrótu i kilka pudełek kapsli; wszystko to pokryte było grubą warstwą pyłu, przez długie może lata nagromadzoną.
— Nie ma nikogo, odezwał się korespondent.
— Nikogo! powtórzył Pencroff.
— Dawno już nikt w tej izbie nie mieszkał, — zauważył Harbert.
— Zapewne, że bardzo dawno! — odparł korespondent.
— Panie Spilett, odezwał się wtedy Pencroff, zamiast wracać na pokład, sądzę, że lepiej przepędzić noc w tej chałupie.
— Masz słuszność, Pencroffie, odparł Gedeon Spilett, a jeśli właściciel jej powróci, ha! to sądzę, że nie będzie się gniewać, gdy znajdzie miejsce zajęte!
— Nie wróci on! — rzekł marynarz przecząco potrząsając głową.
— Sądzisz, że opuścił wyspę? zapytał korespondent.
— Gdyby ją był opuścił, byłby zabrał ze sobą broń i te narzędzia, odparł Pencroff. Wszak wiesz pan, jaką wartość przywiązują rozbitki do przedmiotów, które zdołali ocalić z rozbicia.
— Nie! nie! powtórzył marynarz głosem pełnym głębokiego przekonania, nie! on nie opuścił wyspy! Gdyby był ztąd odpłynął na czółnie, które sam sobie sporządził, tem mniej nie byłby zostawił tu tych przedmiotów tak wielce niezbędnych! Nie! on jest tu na wyspie!
— Żywy?... zapytał Harbert.
— Żywy albo umarły. Lecz jeśli umarł, to przecież, sądzę, że nie pogrzebał sam siebie, odparł Pencroff, i w takim razie znajdziemy przynajmniej jego zwłoki!
Zgodzono się zatem noc tę przepędzić w opuszczonej chałupie, którą wiązką drzewa znalezioną w kącie, można było dostatecznie ogrzać. Zamknąwszy drzwi, Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett usiedli na ławie, nie wiele mówiąc, lecz zato wiele rozmyślając. Znajdowali się wszyscy w usposobieniu, w którem człowiek wszystko przypuszcza i wszystkiego się spodziewa i chciwem uchem łowili każdy szelest pochodzący z dworu. I gdyby nagle drzwi się były otwarły i gdyby ujrzeli przed sobą obcego człowieka, nie byłoby ich to ani trochę zdziwiło, pomimo, że chałupa ta świadczyła o najzupełniejszem opuszczeniu, i każdej chwili gotowi byli uścisnąć dłoń tego człowieka, tego rozbitka, tego nieznajomego przyjaciela, którego przyjaźne serca oczekiwały!
Ale żaden szmer nie dał się słyszeć, drzwi się nie otwierały, i tak upływała jedna godzina za drugą.
Jakże długą wydawała się ta noc marynarzowi i jego towarzyszom! Harbert sam jeden spał przez dwie godziny, bo w jego wieku sen jest koniecznością. Wszystkim trzem spieszno było ze świtem rozpocząć na nowo poszukiwania i przetrząść wysepkę od końca do końca, aż do najskrytszych jej zakątków! Wnioski wysnute przez Pencroffa były zupełnie słuszne i niepodlegało prawie żadnej wątpliwości, że skoro chata była pustą a przyrządy, broń i narzędzia dotąd w niej się znajdowały, mieszkaniec jej musiał zginąć. Wypadało zatem odszukać jego zwłoki i pochować je przynajmniej po chrześcijańsku.
Zaświtał dzień. Pencroff i towarzysze jego przystąpili bezzwłocznie do ściślejszych oględzin całego mieszkania.
Mieszkanie to zbudowane było w miejscu zaiste szczęśliwie dobranem, za niewielkim pagórkiem, który zasłaniało pięć lub sześć wspaniałych gumowców. Przed frontem mieszkania wyciętą była między drzewami szeroka polana, odsłaniająca widok aż na morze. Mały trawnik otoczony drewnianą walącą się poręczą, prowadził do brzegu, skąd na lewo znajdowało się ujście strumienia.
Chata ta zbudowaną była z desek, i nietrudno było rozpoznać, że deski te pochodziły z pudła lub z pomostu okrętowego. Ztąd wynikało prawdopodobieństwo, że jakiś okręt strzaskany wyrzucony został na brzeg wyspy, że przynajmniej jeden człowiek z załogi ocalał, i że człowiek ten, mając potrzebne narzędzia, ze szczątków okrętu wybudował to mieszkanie.
Przypuszczenie to okazało się jeszcze prawdziwszem, gdy Gedeon Spilett, obszedłszy dokoła całą chatę, dostrzegł na jednej z desek — wyjętej prawdopodobnie z pawiljonu rozbitego okrętu — następujące litery na wpół zatarte:

BR..TAN.A

Brytanja! zawołał Pencroff, gdy go przywołał korespondent, — nazwa ta jest wspólną wielu statkom, i nie byłbym w stanie po niej osądzić, czyli okręt ów był angielski czy amerykański!
— Mniejsza z tem, Pencroffie!
— Zapewne że mniejsza z tem, odparł marynarz, i ów rozbitek, który sam jeden ocalał z załogi, może liczyć na pomoc, naszą do jakiejkolwiek należałby narodowości! Lecz zanim rozpoczniemy dalsze poszukiwania wróćmy w pierw do Bonawentury!
Pencroffa ogarnął był jakiś niepokój o los statku. A jeśli wyspa mimo to była zamieszkałą, i jeśli który z mieszkańców go opanował... Ale na tę myśl tak nieprawdopodobną wzruszył Pencroff ramionami.
Bądź co bądź jednak marynarz rad był zjeść śniadanie na pokładzie statku. Prowadziła doń droga utorowana i niedaleka — zaledwie milka. Ruszono więc niezwłocznie, wodząc po drodze pilnem okiem po lesie i zaroślach, przez które setkami pomykały kozy i bezrogie.
W dwadzieścia minut później Pencroff i towarzysze jego ujrzeli wschodnie wybrzeża wyspy i Bonawenturę stojącego na kotwicy, która silnie wgryzła się w piasek.
Pencroff mimowoli odetchnął z zadowoleniem całą piersią. Bądź co bądź statek ten był jego dzieckiem, a do przywilejów ojcowskich należą także częste nieusprawiedliwione obawy.
Na pokładzie zjedzono śniadanie takie, by do późna można się było wstrzymać z objadem, poczem przedsięwzięto dalsze poszukiwania z jaknajbardziej drobnostkową troskliwością.
Koniec końców było wiele prawdopodobieństwa, że ów jedyny mieszkaniec wysepki zginął. To też Pencroff i towarzysze jego szukali raczej śladów nieboszczyka niżeli żywego! Lecz poszukiwania ich były daremne i pół dnia napróżno przetrząsali gęstwiny, któremi porosłą była wysepka. Należało więc chyba przypuścić, że jeśli rozbitek ów umarł, że zwłok jego nie został już ani szątek i że zapewne zwierz jakiś pożarł je do kości.
— Jutro ze świtem odpłyniemy, rzekł Pencroff do swoich towarzyszy, gdy około godziny drugiej z południa położyli się pod cienistą grupą sosen, by spocząć chwilę.
— A ja sądzę, dodał Harbert, że możemy bez skrupułów zabrać z sobą narzędzia, które niegdyś należały do owego rozbitka?
— I ja tak sądzę, odparł Gedeon Spilett, a te narzędzia i broń uzupełnią sprzęty Pałacu Granitowego. Jeśli się nie mylę, zapas prochu i śrótu jest znaczny.
— Tak jest, odparł Pencroff, lecz niezapomnijmy schwytać jednę lub dwie pary tej nierogacizny, której wyspa Lincolna nie posiada...
— I pozbierać nasiona, dodał Harbert, z których będziemy kiedyś mieli wszystkie jarzyny starego i nowego świata.
— W takim razie, odezwał się korespondent, możeby lepiej było zabawić jeden dzień dłużej na wyspie Tabor, aby zebrać wszystko, co może nam być użytecznem.
— Nie, mości Spilett, odparł Pencroff, i proszę pana pozwolić nam odpłynąć jutro skoro świt. Wiatr zdaje się mieć ochotę obrócić na zachód tak więc: mieliśmy wiatr sprzyjający, gdyśmy płynęli tutaj, będziemy go także mieli z powrotem.
— Zatem nie traćmy czasu! rzekł Harbert powstając.
— Nie traćmy czasu, powtórzył Pencroff. Ty, Harbercie, zajmij się zbiorem nasion, bo je znasz lepiej od nas. Tymczasem ja z panem Spilettem wyprawimy polowanie na nierogaciznę i chociaż nie ma Topa, mam nadzieję że się nam uda schwytać kilka sztuk.
Harbert więc udał się na poprzek ścieżką wiodącą do uprawionej części wysepki, podczas gdy marynarz z korespondentem zapuścili się prosto w las.
Mnóstwo okazów rasy bezrogiej umykało przed nimi, a zwierzęta te nader zwinne nie miały widocznie najmniejszej ochoty dać do siebie przystąpić.
Po półgodzinnej jednak gonitwie udało się myśliwym naszym schwytać jedną parę, która się uwikłała w gęstwinie — gdy nagle dał się słyszeć głośny krzyk w oddaleniu kilkuset kroków na północy wyspie. Z krzykiem tym łączyły się jakieś tony chrapliwe niemające najmniejszego podobieństwa do ludzkich.
Pencroff i Gedeon Spilett zerwali się na równe nogi, a prosiaki korzystając z tego ich poruszenia, drapnęły w chwili, gdy marynarz gotował już postronki, aby je powiązać.
— To głos Harberta! rzekł korespondent.
— Pędźmy czemprędzej! zawołał Pencroff.
I marynarz z korespondentem pobiegli co tchu ku miejscu, skąd słychać było krzyk.
I mieli rację, że się spieszyli; na zakręcie bowiem ścieżki, w pobliżu polany, ujrzeli jakiegoś dzikiego potwora, na kształt olbrzymiej małpy — który powalił Harberta na ziemię i zabierał się do niego nie żartem.
W jednej chwili Pencroff i Gedeon Spilett rzucili się na potwora, obalili go na ziemię, i wydarłszy z jego objęć Harberta, przytrzymali go silnie. Marynarz był herkulicznej mocy, korespondent także krzepki, i pomimo oporu potworu, skrępowali go silnie powrozami, tak że ruszyć się nie mógł.
— Nie zrobił ci nic złego, Harbercie? — zapytał Gedeon Spilett.
— Nic! nic!
— A! czy cię tylko nie skaleczyła ta małpa!... — zawołał Pencroff.
— Ależ to nie małpa! — odparł Harbert.
Na te słowa Pencroff i Gedeon Spilett przypatrzyli się bliżej tej dziwnej istocie leżącej na ziemi.
W samej rzeczy, to nie była małpa! Była to istota ludzka, był to człowiek! Ale co za człowiek! Dziki, w całem straszliwem znaczeniu tego słowa, tem okropniejszem, że jak się zdawało popadł w stan ostatecznego zbydlęcenia!
Włosy miał najeżone, broda zapuszczona spadała mu na piersi, całe ciało było prawie nagie, z wyjątkiem kawałka płachty opasującej biodra, wzrok miał dziki, ręce olbrzymie, paznokcie niezmiernie długie, cerę czarną jak mahoń, nogi twarde jak gdyby utoczone z rogu: tak wyglądała ta nieszczęsna istota, której mimo to trzeba było dać miano człowieka! Lecz zaiste słusznie można było zapytać, czyli w tem ciele mieszkała jeszcze dusza, lub czyli ostał się w niem tylko sam poziomy instynkt bydlęcy.
— Jest-żeś pan tego pewnym, że to był kiedyś człowiek? zapytał Pencroff korespondenta.
— Niestety! niepodobna wątpić o tem, odparł tenże.
— Więc to by miał być ów rozbitek? zapytał Harbert.
— Tak jest, odparł Gedeon Spilett, ale ten nieszczęsny nie ma już w sobie nic człowieczego!
Korespondent miał słuszność. Widocznem było, że jeśli rozbitek ten był kiedyś istotą cywilizowaną, odosobnienie od ludzi uczyniło z niego człowieka dzikiego, i co gorsza może, prawdziwego człowieka leśnego (l’ homme des bois). Chrapliwe tony dobywały się z jego gardła, przez zaciśnięte zęby, które były tak ostre jak u zwierząt mięsożernych, i służyły już tylko do żucia surowego mięsa. Pamięć musiała go już pewnie oddawna opuścić, i oddawna już nie umiał obchodzić się z narzędziami i z bronią, nie umiał rozniecić ognia! Widać było, że krzepki i zwinny, lecz że wszystkie przymioty fizyczne rozwinęły się u niego kosztem własności moralnych!
Gedeon Spilett przemówił do niego. Zdawał się nie rozumieć go, i nawet nie słyszeć... A jednak gdy mu się bystro wpatrzył w oczy, zdawało się korespondentowi, że wszystek rozum w nim jeszcze nie wygasł.
Tymczasem więzień nie miotał się wcale i nie próbował rozerwać swych więzów. Czy taki wpływ unicestwiający wywierał na nim widok ludzi, jemu nieco podobnych? Czy może gdzieś w zakątku swej czaszki odszukał przelotne wspomnienie, które myśl jego ku ludzkości zwracało? Gdyby go uwolniono, czy byłby uciekał, czy został przy nich? Nie wiadomo, lecz próby tej nie czynili, a przypatrzywszy się uważnie nieszczęśliwemu, rzekł Gedeon Spilett:
— Kimkolwiek on jest, kimkolwiek był i jakimkolwiek będzie, obowiązkiem naszym jest zabrać go z sobą na wyspę Lincolna!
— Tak, tak! odparł Harbert, a może przy usilnem staraniu uda się wzbudzić w nim na nowo iskrę rozumu!
— Dusza nie umiera, rzekł korespondent, a byłoby to wielką roskoszą dla nas wyrwać to stworzenie boskie z więzów bydlęctwa!
Pencroff niedowierzająco potrząsł głową.
— W każdym razie trzeba spróbować, odparł korespondent, sama ludzkość nam to nakazuje.
W samej rzeczy było to ich obowiązkiem jako ludzi cywilizowanych i chrześcijan. Wszyscy trzej to pojęli i byli pewni, że Cyrus Smith ich postępek pochwali.
— Weźmiemy go związanego? zapytał marynarz.
— A możeby szedł dobrowolnie, gdybyśmy mu rozwiązali nogi? rzekł Harbert.
— Spróbujmy, odparł Pencroff.
Zdjęto więc pęta z nóg więźnia, lecz ręce pozostawiono silnie związane. Wstał sam dobrowolnie i nie objawiał żadnej chęci do ucieczki. Suchy wzrok jego ciskał ostre spojrzenia na tych trzech ludzi, idących obok niego, i niczem nie zdradzał, że przypomina sobie, iż jest lub był kiedyś im podobnym. Przeciągły świst dobywał się z ust jego, patrzał przed siebie dziko, lecz nie stawiał żadnego oporu.
Za poradą korespondenta, przywiedziono nieszczęśliwego do jego mieszkania. Może widok przedmiotów do niego należących sprawi na nim wrażenie! Może ta jedna iskierka wystarczy, aby ożywić na nowo zamglony umysł, rozniecić przygasły ogień tej duszy!
Do chaty było niedaleko. W kilku minutach przybyli do niej; lecz tu więzień nie poznał niczego, zdawało się, że utracił świadomość wszystkiego co go otaczało.
Cóż można było wnosić ze stopnia zbydlęcenia, w jakie popadł ten nieszczęsny, jak tylko to, że więzienie jego na tej wysepce trwało już bardzo dawno i że dostawszy się na nią człowiekiem rozumnym, przez odosobnienie od świata doszedł do takiego stanu?
Wtedy korespondent wpadł na myśl, czy może widok ognia sprawi na nim wrażenie, i w jednej chwili zajaśniał na ognisku jeden z tych pięknych płomieni, które nawet zwierzęta ku sobie przyciąga.
Widok płomienia zdawał się zrazu zwracać uwagę nieszczęśliwego, lecz wkrótce odwrócił się od niego i oko jego popadło w dawną bezmyślność.
Nie pozostawało w tej chwili widocznie nic innego, jak tylko odprowadzić go na pokład Bonawentury, co też uczyniono, zostawiając go pod strażą Pencroffa.
Tymczasem Harbert i Gedeon Spilett udali się na wysepkę, aby załatwić co było jeszcze do załatwienia, i w kilka godzin później powrócili na brzeg morza, przynosząc narzędzia i broń, zbiór nasion warzywnych, kilka sztuk zwierzyny i dwie pary nierogacizny. Naładowano to wszystko na statek, i Bonawentura czekał tylko przypływu, który miał nastąpić nazajutrz rano, ażeby podnieść kotwicę.
Więźnia umieszczono w przedniej kajucie, gdzie się zachowywał spokojnie i cicho, jak głuchy i niemy zarazem.
Pencroff dał mu jeść, lecz nie chciał tknąć mięsa gotowanego, które mu podano; snać już był odwykł od niego. I w samej rzeczy kiedy mu Pencroff pokazał dziką kaczkę, którą zastrzelił był Harbert, rzucił się na nią z zwierzęcą żarliwością i pochłonął ją.
— Sądzisz pan, że jeszcze przyjdzie do siebie? zapytał Pencroff potrząsając z powątpiewaniem głową.
— Być może, odparł korespondent. Nieprawdopodobnego nie ma w tem nic, że w końcu usilne starania nasze mogą oddziałać na niego wszak to odosobnienie od ludzi uczyniło go takim jakim jest, odtąd przestanie być samotnym!
— Biedak oddawna już pewnie znajduje się w tym stanie! rzekł Harbert.
— Być może, odparł Gedeon Spilett.
— Wiele też lat mieć może? zapytał Harbert.
— Trudno to osądzić, odparł korespondent, niepodobna bowiem rozpoznać rysów twarzy pod gęstym zarostem, który je pokrywa, lecz młodym już nie jest, sądzę, że liczy najmniej lat pięćdziesiąt.
— Zauważyłeś pan, panie Spilett, jak głęboko w jamach osadzone ma oczy? zapytał Harbert.
— Uważałem, Harbercie, mimo to powtarzam, że oczy jego mają wyraz bardziej ludzki, niżeli po powierzchności jego sądzić by można.
— Wreszcie obaczymy, odparł Pencroff, a bardzom ciekaw, jaki sąd wyda pan Cyrus o naszym dzikunie. Pojechaliśmy po człowieka a przywieziemy potwora! Ha, każdy robi, co może!
Minęła noc. Czy więzień spał lub nie, niewiadomo, lecz pomimo że uwolniono go z więzów, nie ruszał się wcale. Był on jak owe dzikie zwierzęta, które w pierwszych chwilach niewoli smutne i przygnębione, później dopiero wybuchają w wściekłość.
Nazajutrz — dnia 15 października — o wschodzie słońca, nastąpiła przewidywana przez Pencroffa zmiana atmosferyczna. Wiatr zawiał od strony północno-zachodniej, pomyślnej dla Bonawentury, lecz jednocześnie stał się ostrzejszym, co musiało utrudnić żeglugę.
O godzinie piątej zrana podniesiono kotwicę. Pencroff pochwycił za rej wielkiego żagla i skierował statek ku stronie wschodnio-północno-wschodniej, sterując wprost na wyspę Lincolna.
Pierwszy dzień żeglugi upłynął bez żadnego ważniejszego zdarzenia. Więzień siedział spokojnie w przedniej kajucie, a ponieważ dawniej był marynarzem, kołysanie fal zdawało się korzystnie na niego oddziaływać. Czy może budziło się w nim wspomnienie dawnego zawodu? Bądź co bądź zachowywał się spokojnie i zdawał się raczej zdumionym niż przygnębionym.
Nazajutrz — 16 października — wiatr stał się jeszcze ostrzejszym i obrócił się jeszcze bardziej na północ, a tem samem w kierunku mniej pomyślnym dla Bonawentury, podskakującego wysoko na falach. Pencroff widział się wkrótce zmuszonym nie spuszczać z oka steru, i niemówiąc słowa, czuł się mocno zaniepokojonym tym stanem morza uderzającego gwałtownie o przód okrętu.
Jeśliby się wiatr nie uspokoił, potrzeba by było niezawodnie dłużej płynąć teraz na wyspę Lincolna, niżli pierwszym razem na wyspę Tabor.
W samej rzeczy 17 października z rana minęło czterdzieści ośm godzin od wyjazdu Bonawentury, a jeszcze nic nie znamionowało, że się znajdują w pobliżu wyspy Lincolna. Zresztą niepodobna było obliczyć dokładnie przebytej przestrzeni, przy niejednostajności kierunku i szybkości żeglugi.
W dwadzieścia cztery godzin później nie widać było jeszcze znaku ziemi. Wicher dął właśnie z całej siły a morze było nieznośne. Trzeba było jaknajszybciej manewrować żaglami okrętu, który fale morza nakrywały, chwytać za roje i co chwila zmieniać długość sznurów u żagli. Dnia 18 października wydarzyło się nawet, że bałwan morski przewalił się przez całego Bonawenturę, i gdyby nie to, że pasażerowie przedtem przez ostrożność poprzywiązywali się byli do pomostu, byłby ich niezawodnie porwał ze sobą.
W tem niebezpieczeństwie Pencroff z towarzyszami swoimi, zajęci własnem ocaleniem, otrzymali niespodziewaną pomoc ze strony więźnia, który, jak gdyby nagle wiedziony instyktem marynarza, wybiegł przez drzwiczki w pomoście, i kilkoma potężnemi razami toporu rozbił deski pawiljonu, ażeby co rychlej wyciekła woda zalewająca pomost, poczem widząc, że okręt oczyszczony z wody, nie wyrzekłszy ani słowa, powrócił nazad do kajuty.
Pencroff, Gedeon Spilett i Harbert, osłupiawszy ze zdziwienia, nie sprzeciwiali mu się wcale.
Tymczasem położenie stawało się coraz fatalniejszem. Marynarz musiał przyjść do przeświadczenia, że się zbłąkali na tej bezbrzeżnej pustyni morskiej, bez możności odnalezienia prawdziwego kierunku!
Noc z 18 na 19 października była ciemna i chłodna. Jednak około godziny jednastej wiatr trochę przycichł, morze się uspokoiło, i Bonawentura mniej falami miotany zyskał o wiele większą szybkość. Zresztą i tak wytrzymał znakomicie te opały.
Ani Pencroffowi, ani Gedeonowi Spilettowi, ani Harbertowi nie przyszło na myśl użyć choćby godziny snu. Czuwali wszyscy z jak największą bacznością, gdyż albo wyspa Lincolna była niedaleko, o czem o świcie można się było przekonać, albo też Bonawentura porwany prądami morskiemi, zboczył z kierunku wskazanego wiatrem, a w takim razie niepodobieństwem było prawie sprostować bieg jego.
Pencroff, chociaż do najwyższego stopnia zaniepokojony, nierozpaczał jednak, gdyż posiadał hart duszy niepospolity i siedząc u steru, usiłował przedrzeć wzrokiem otaczające go grube ciemności.
Około godziny drugiej nad ranem, zerwał się nagle i zawołał:
— Ogień! ogień!
I w samej rzeczy ukazało się jasne światło w kierunku północno-wschodnim. Była to wyspa Lincolna, a to światło, zapalone przez Cyrusa Smitha, wskazywało im drogę.
Pencroff, który się za daleko posunął na północ, sprostował kierunek i sterował prosto na to światło, jaśniejące po nad widnokręgiem, niby gwiazda pierwszorzędna.






ROZDZIAŁ XV.
( Powrót. — Rozmowa. — Cyrus Smith i nieznajomy. — Przystań Balonowa. — Starania inżyniera. — Wzruszające doświadczenie. — Kilka łez ludzkich!)

Nazajutrz — 20 października — o godzinie siódmej z rana, po czterodniowej żegludze, osiadł Bonawentura lekko na piasku, u ujścia Dziękczynnej.
Cyrus Smith z Nabem, mocno zaniepokojeni burzą i tem, że towarzysze ich bawią tak długo, wyleźli o świcie na szczyt Wielkiej Terasy i ztamtąd ujrzeli wreszcie tak długo oczekiwany okręt.
— Chwała Bogu! Otóż i oni! zawołał Cyrus Smith.
Nab z radości począł tańczyć i kręcić się w koło i klaszcząc w ręce zawołał: „O, mój drogi panie!“ Pantomina ta była bardziej wzruszającą, niż najwymowniejsze słowa.
Pierwsza myśl, która przyszła inżynierowi, gdy liczył osoby stojące na pokładzie Bonawentury, była: że Pencroff nie znalazł rozbitka na wyspie Tabor, albo że tenże wzbraniał się porzucić swą wyspę i zamienić dotychczasowe swe więzienie na inne.
W samej rzeczy na pokładzie Bonawentury prócz Pencroffa, Gedeona Spiletta i Harberta nie było więcej nikogo.
W chwili gdy okręt przybijał, inżynier z Nabem oczekiwali go na brzegu, i zanim pasażerowie wyskoczyli na piasek, rzekł do nich Cyrus Smith:
— Spóźnienie wasze, przyjaciele, niepokoiło nas mocno! Przytrafiło się wam jakie nieszczęście?
Nie, odparł Gedeon Spilett, przeciwnie, wszystko powiodło się wybornie. Opowiemy ci to zaraz.
— Przedsięwzięcie wasze musiało jednak spełznąć na niczem, rzekł Cyrus Smith, skoro wracacie w trzech, jakeście wyjeżdzali?
— Za pozwoleniem, panie Cyrus, odparł marynarz, jest nas tu czterech!
— Więc znaleźliście rozbitka?
— Znaleźliśmy.
— I przywieźliście go?
— Przywieźliśmy.
— Żywego?
— Żywego.
— Gdzież jest? Kto on jest?
— Jest to, albo raczej był to człowiek! odparł korespondent. Więcej nie możemy ci nic powiedzieć, Cyrusie.
Opowiedziano więc natychmiast inżynierowi wszystko, co ich spotkało w podróży. Jak i wśród jakich okoliczności odbywano poszukiwania, jak jedyne na całej wysepce mieszkanie oddawna już stało pustką, wreszcie jak schwytano rozbitka, który jak się zdawało, przestał już należeć do rasy ludzkiej.
— I otóż dotąd nie wiem, dodał Pencroff, czyśmy dobrze zrobili, żeśmy go tu ze sobą przywieźli.
— Zapewne, żeście dobrze zrobili, Pencroffie! odparł żywo inżynier.
— Ale ten nieszczęsny jest całkiem pozbawiony rozumu!
— Teraz być może — odparł Cyrus Smith. Ale kilka miesięcy temu, nieszczęsny ten był człowiekiem takim jak ja, lub ty. I kto wie, coby się z każdym z nas stało, gdyby dłuższy czas przeżył samotnie na tej wyspie? Biada samotnym, przyjaciele moi; zdaje się, że odosobnienie od ludzi musiało prędko podkopać w nim rozum, kiedyście tę biedną istotę znaleźli w takim stanie!
— Lecz z czego pan to wnosisz, panie Cyrus, zapytał Harbert, że ten stan bydlęcy, w który popadł nieszczęśliwy, nie trwa dłużej, jak od kilku miesięcy?
— Z tego, że dokument, który znaleźliśmy, był świeżo napisany, odparł inżynier, i że tylko rozbitek sam mógł go napisać.
— Chyba, że napisał go towarzysz jego, który przez ten czas mógł umrzeć, zauważył Gedeon Spilett.
— To niepodobna, kochany Spilett.
— A to czemu? zapytał korespondent.
— Ponieważ w takim razie dokument wspominałby o dwóch rozbitkach, odparł Cyrus Smith, a wspomina tylko o jednym.
Harbert opowiedział w kilku słowach koleje żeglugi, kładąc szczególny nacisk na ów dziwny fakt chwilowego oprzytomnienia więźnia, gdy na chwilę, podczas najstraszniejszej burzy, odezwał się w nim nagle marynarz.
— Masz zupełną słuszność, Harbercie, przywiązując tak wielką wagę do tego faktu, odparł inżynier. Ten nieszczęsny nie jest z pewnością bez nadziei uleczenia, rozpacz to wtrąciła go w taki stan. Tutaj znajdzie ludzi sobie podobnych, a ponieważ ma jeszcze duszę, więc tę duszę ocalimy!
Wtedy wydobyto rozbitka wyspy Tabor z przedniej kajuty okrętu, w której się znajdował. Inżynier okazywał wielką litość nad nim, a Nab wielkie zdumienie. Nieszczęsny, skoro tylko dotknął stopą ziemi, objawił natychmiast chęć ucieczki.
Lecz Cyrus Smith, zbliżywszy się do niego, z giestem pełnym godności położył mu rękę na jego ramieniu i patrzył na niego z niewymowną słodyczą. Nieszczęsny, jak gdyby pokonany chwilowym wpływem przewagi moralnej, uspokoił się zwolna, spuścił w dół oczy, pochylił czoło, i nie stawiał więcej żadnego oporu.
— Biedny samotnik! szepnął inżynier.
Cyrus Smith przypatrywał mu się uważnie. Na pozór nieszczęśliwa ta istota nie miała w sobie nic ludzkiego, lecz Cyrus Smith, tak jak poprzednio korespondent, odkrył w jego wzroku jak gdyby przelotny błysk rozumu.
Postanowiono więc odludka, albo raczej nieznajomego — gdyż tem mianem nazywali go odtąd nowi jego towarzysze — umieścić w jednej z izb Pałacu Granitowego, zkądby nie mógł im uciec. Dał się zaprowadzić bez oporu i przy ciągłej pieczy a staraniu, można mieć było nadzieję, że kiedyś osadnikom wyspy Lincolna przybędzie w osobie jego nowy towarzysz.
Cyrus Smith podczas śniadania, które Nab zastawił co prędzej — gdyż Pencroff, korespondent i Harbert umierali prawie z głodu — kazał sobie opowiedzieć z wszystkiemi ważniejszemi szczegółami wyprawę i pobyt na wyspie Tabor. Zgodził się pod tym względem zupełnie z przyjaciołmi, że nieznajomy musiał być z pochodzenia Anglikiem lub Amerykaninem; myśl tę nasuwała nazwa okrętu „Brytanja,“ prócz tego zdawało się inżynierowi, że z pod tego zarostu zapuszczonego i tych długich kudłów spadających z głowy, przebijają charakterystyczne rysy anglo-saksońskiej rasy.
— Lecz wracając do rzeczy, rzekł Gedeon Spilett do Harberta, nie opowiedziałeś nam jeszcze dotychczas jakim sposobem spotkałeś się z tym dzikim człowiekiem. Dotąd wiemy tylko że byłby cię pewnie udusił, gdyby się nam nie było udało przybiedz ci na czas w pomoc.
— Dalibóg, trudno mi opowiedzieć, jak się to stało, odparł Harbert. Byłem właśnie, jak mi się zdaje, zajęty zbiorem nasion, gdy nagle usłyszałem jakgdyby łoskot lawiny spadającej z wysokiego drzewa. Zaledwie miałem czas odwrócić się... Ten nieszczęsny, który zapewne siedział ukryty na drzewie, rzucił się na mnie. Wszystko to razem nie trwało tak długo, jak tu opowiadam, i gdyby nie pan Spilett i Pencroff...
— Moje dziecię! rzekł Cyrus Smith, byłeś istotnie w niebezpieczeństwie, lecz gdyby nie to, możebyście byli nie znaleźli tej biednej istoty i nie mielibyśmy jednego towarzysza więcej.
— Więc masz nadzieję, Cyrusie, że ci się uda wskrzesić w nim na nowo człowieka? zapytał korespondent.
— Mam nadzieję, odparł inżynier.
Po śniadaniu Cyrus Smith z towarzyszami swymi powrócili nazad na brzeg morza. Tu przystąpiono do wyładowania z okrętu przywiezionych przedmiotów. Inżynier przepatrzył dokładnie wszystką broń i narzędzia, nie znalazł jednak najmniejszej wskazówki co do osoby nieznajomego.
Nierogaciznę schwytaną na wysepce, uznano za wielce cenny dla wyspy Lincolna nabytek. Zaprowadzono ją do obory, gdzie z łatwością mogła się oswoić.
Obie baryłki zawierające: jedna proch, a druga śrót, podobnie jak i pudełko z kapslami, doznały najlepszego przyjęcia. Postanowiono nawet założyć małą prochownię, albo po za Pałacem Granitowym, albo też w górnej pieczarze, gdzie nie groziło najmniejsze niebezpieczeństwo wybuchu. Mimo to miano i nadal używać pyroksylu, substancja ta bowiem dawała znakomite rezultaty, nie było więc powodu zastępywać ją zwyczajnym prochem.
Gdy okręt wyładowano, odezwał się Pencroff:
— Sądziłbym, panie Cyrus, że byłoby roztropnie, umieścić Bonawenturę w miejscu bezpiecznem.
— Alboż mu nie dobrze przy ujściu Dziękczynnej? zapytał Cyrus Smith.
— Nie, panie Cyrus, odparł marynarz. Połowę czasu siedzi na piasku, i to go osłabia. Bo widzisz pan, jest to sobie chwacki okręcik i dzielnie się trzymał podczas burzy, która nas zapadła w powrocie.
— Czy nie możnaby go utrzymać na wodzie, w samej rzece?
— Możnaby, bez wątpienia, panie Cyrus, ale to ujście nie przedstawia żadnego schronienia, i sądzę, że przy wiatrach wschodnich, mógłby Bonawentura wiele ucierpieć od morskich bałwanów.
— Więc gdzież go chcesz umieścić, Pencroffie?
— W porcie Balonowym, odparł marynarz. Mała ta przystań, ze wszystkich stron zasłoniona skałami, wydaje się jakby stworzoną dla niego.
— Czy nie zadaleko to trochę?
— Ba! od pałacu Granitowego nie dalej jak trzy mile, i to gładką drogą, prosto jak strzelił.
— Dobrze więc, Pencroffie, odprowadź Bonawenturę na jego miejsce, odparł inżynier chociaż jabym go wolał mieć bliżej pod okiem. Gdy będziemy mieli czas, musimy dla niego urządzić mały porcik.
— Wyśmienicie! zawołał Pencroff. Port z farusem, z tamą i z warstatem okrętowym! Nie! doprawdy, panie Cyrus, przy panu wszystko jest bagatelą!
— Tak jest, mój dzielny Pencroffie — odparł inżynier — lecz tylko wtedy, gdy ty mi dopomagasz, w każdej naszej robocie trzy czwarte części zasługi do ciebie należą!
Harbert z marynarzem wsiedli więc znów na Bonawenturę, podnieśli kotwicę, rozpięli żagiel i pędzeni wiatrem mknęli szybko ku przylądkowi Ostrego Szponu. W dwie godziny później spoczywał okręt na spokojnych wodach przystani Balonowej.
Czyli też nieznajomy w pierwszych dniach swojego pobytu w Pałacu Granitowym zdradzał czemkolwiek, że zdziczała natura jego złagodniała? Czy na dnie tego zamglonego umysłu błysnęło żywsze światełko? Czy wreszcie obudzała się na nowo dusza w tem ciele? Tak, bez żadnej wątpliwości, i to do tego stopnia, że Cyrus Smith i korespondent zapytywali sami siebie, czyli u tego nieszczęśliwego wygasł był kiedy rozum do szczętu.
Zrazu, przywykł żyć bezustannie pod gołem niebem; do tej wolności niekiełzanej, jakiej używał na wyspie Tabor, objawiał nieznajomy kilkakrotnie przytłumioną wściekłość, tak że obawiano się, by przez okno Pałacu Granitowego nie rzucił się na dół. Zwolna jednak uspokajał się coraz więcej i można mu było pozwolić swobodnie się poruszać.
Była więc nadzieja i to nie mała. Już pozbył się był popędu mięsożerczego i przyjmował pokarm mniej bydlęcy niż ten, jakim się żywił na wysepce, a mięso gotowane nie obudzało w nim więcej tego wstrętu, jaki objawił na pokładzie Bonawentury.
Cyrus Smith korzystając raz z chwili, kiedy nieznajomy spał, obstrzygł mu włosy i ów gęsty zarost na twarzy, które tworzyły razem rodzaj grzywy i nadawały mu pozór tak dziki. Zdjął z niego także szmatę, którą się opasywał, i przyodział go należycie. Dzięki tym staraniom nieznajomy odzyskał napowrót twarz ludzką i zdawało się nawet, że wzrok jego złagodniał. Widocznem było, że twarz tego człowieka, gdy ją ożywiał jeszcze promień inteligencji, musiała być nawet piękną.
Cyrus Smith wziął sobie za zadanie spędzać codziennie kilka godzin w jego towarzystwie. Pracował przy nim i zajmował się różnemi rzeczami w ten sposób, aby zwrócić jego uwagę. Wszak jeden błysk mógł wystarczyć, aby rozświecić na nowo tę duszę, jedno wspomnienie, aby wskrzesić rozum w tym mózgu. Wszak widzieli go, jakim był podczas burzy na pokładzie Bonawentury!
Prócz tego zwykł był inżynier mówić przy nim głośno, tak by zarówno za pomocą słuchu i wzroku przenikać do głębi ten umysł strętwiały. Pomagali mu w tem czasem ten, czasem ów towarzysz, a czasem wszyscy razem. Najczęściej rozmawiali o rzeczach dotyczących żeglarstwa, które więcej od innych musiały obchodzić żeglarza. Chwilami zdawało się, że nieznajomy zwracał niby uwagę na to, co mówiono, i wkrótce przyszli osadnicy nasi do przekonania, że ich poczęści rozumie. Czasami nawet twarz jego przybierała wyraz niezmiernie bolesny, co świadczyło o wewnętrznem cierpieniu, gdyż twarz jego nie mogła kłamać do tego stopnia; mimo to milczał ciągle, chociaż kilka razy zdawało się, jakoby z ust jego wymknęło się słów kilka.
Bądź co bądź, ta biedna istota była spokojną i smutną! Ale czy spokój ten nie był tylko pozornym? Czy smutek ten nie był tylko skutkiem niewoli? Na to niepodobna było jeszcze odpowiedzieć. Ponieważ patrzał tylko na pewne przedmioty i to w obrębie ograniczonym, ponieważ zostawał w ciągłej styczności z osadnikami, do których musiał w końcu przywyknąć, żadnych nie miał potrzeb, lepiej był żywiony, lepiej odziany, więc natura jego fizyczna musiała się zwolna odmienić, ale czy to był ogień nowego życia, który go przenikał, czyli też, ażeby użyć wyrazu, który właśnie do niego dał się zastosować, przyswajał się tylko jak zwierzę do swojego pana? Była to kwestja nadzwyczaj ważna i Cyrus Smith niecierpliwił się, ażeby ją coprędzej rozwiązać, lecz nie chciał naglić chorego! Dla niego nieznajomy był tylko chorym! Czy też ten chory wyzdrowieje kiedy?
Inżynier śledził go dzień i noc! Jak on czatował na tę duszę, jeśli się godzi tak wyrazić! Jak on każdej chwili był gotów ją uchwycić i przytrzymać!
Osadnicy z żywem współczuciem śledzili wszystkie fazy tej kuracji podjętej przez Cyrusa Smitha. Pomagali mu także w tem dziele ludzkości, i wszyscy, z wyjątkiem może niewiernego Pencroffa, podzielali wkrótce jego ufność i nadzieję.
Nieznajomy, jak powiedzieliśmy, był zupełnie spokojny i okazywał dla inżyniera, którego wpływ wyraźnie uczuwał, rodzaj przywiązania. Cyrus Smith postanowił zatem przedsięwziąć z nim próbę, przenieść go w inne miejsce, przed ten Ocean, na który oczy jego zwykły były dawniej patrzeć, na brzeg boru, który miał mu przypomnieć owe lasy, w których upłynęło tyle lat jego życia!
— Lecz możemy-ż być pewni — rzekł Gedeon Spilett — że puszczony na wolność, nie umknie nam?
— Jest to próba, którą trzeba przedsięwziąć — odparł inżynier.
— Niech będzie! — rzekł Pencroff. — Skoro kawaler nasz zobaczy tylko przed sobą czyste pole i poczuje wolność, drapnie, że aż się za nim zakurzy!
— Ja tak nie sądzę, — odparł Cyrus Smith.
— Sprobujmy więc — rzekł Gedeon Spilett.
— Sprobujmy — odparł inżynier.
Tego dnia, a było to 30. października, upłynęło było właśnie dziewięć dni, jak rozbitek z wyspy Tabor siedział uwięziony w Pałacu Granitowym. Na dworze był upał i słońce ciskało na ziemię jaskrawe promienie.
Cyrus Smith z Pencroffem udali się do izby zamieszkiwanej przez nieznajomego i zastali go leżącego przy oknie i patrzącego w niebo.
— Chodź, przyjacielu — rzekł do niego inżynier.
Nieznajomy powstał natychmiast z ziemi. Wlepił naprzód wzrok w Cyrusa Smitha, potem szedł za nim, podczas gdy marynarz, który nie wiele obiecywał sobie po całej tej próbie, krok w krok postępował za nieznajomym.
Skoro przybyli do drzwi, Cyrus Smith i Pencroff kazali mu wsiąść do kosza, podczas gdy Nab, Harbert i Gedeon Spilett czekali na niego u stóp Pałacu Granitowego. Kosz spuścił się na dół i w kilka chwil potem byli wszyscy zgromadzeni nad brzegiem morza.
Osadnicy oddalili się nieco od nieznajomego, aby mu pozostawić więcej wolności.
Nieznajomy postąpił kilka kroków naprzód, ku morzu, i oko jego zapłonęło nagle żywym ogniem, lecz nie próbował bynajmniej ucieczki. Patrzał tylko na fale morskie, które łamiąc się o wysepkę, konały zwolna na piasku.
— To tylko morze — zauważył Gedeon Spilett — łatwo przypuścić, że nie pobudza w nim chęci do ucieczki!
— Tak jest — odparł Cyrus Smith — trzeba go zawieść na terasę, na brzeg lasu. Z tej próby prędzej da się coś wywnioskować.
— Zresztą nie będzie mógł uciec — zauważył Nab — bo wszystkie mosty są zwiedzione.
— O! właśnie też miałby się czem odstraszyć, to takim strumyczkiem, jak Potok Glycerynowy? — zawołał Pencroff. — Jednym susem by go przeskoczył!
— Obaczymy — odparł Cyrus Smith, który nie spuszczał oka ze swojego pacjenta.
Zaprowadzono go teraz ku ujściu Dziękczynnej, i lewym brzegiem rzeki weszli wszyscy na Wielką Terasę.
Przybywszy w to miejsce, gdzie się zaczynały pierwsze wspaniałe drzewa boru, których liście z lekka kołysał wietrzyk, nieznajomy zdawał się połykać chciwie tę woń przejmującą, rozlaną w powietrzu, i głębokie westchnienie wydarło się z jego piersi!
Osadnicy stali z tyłu, gotowi zatrzymać go przy pierwszym kroku do ucieczki!
I w samej rzeczy biedna istota już-już miała się rzucić w potok dzielący ich od lasu, skupił nogi do skoku jak sprężynę.... lecz w tej samej prawie chwili cofnął się nazad, przykląkł na wpół, i duża łza spłynęła mu po twarzy!
— A! płaczesz! — zawołał Cyrus Smith — więc jesteś znów człowiekiem!






ROZDZIAŁ XVI.
(Tajemnica niewyjaśniona. — Pierwsze słowa nieznajomego. — Lat dwanaście na wysepce! — Wyznania urywane! — Ucieczka. — Ufność Cyrusa Smitha. — Budowa młyna. — Pierwszy bochenek chleba. — Akt poświęcenia. — Uczciwe dłonie!)

Tak! nieszczęśliwy ten płakał! Zapewne wspomnienie jakieś przemknęło przez jego duszę, i według słów Cyrusa Smitha, łzy przemieniły go na nowo w człowieka.
Osadnicy pozostawili go czas jakiś samego na terasie, oddalili się nawet cokolwiek, tak by się uczuł zupełnie wolnym; lecz on nie myślał wcale korzystać ze swej wolności, i Cyrus Smith uznał wkrótce za właściwe, odprowadzić go na powrót do Pałacu Granitowego.
We dwa dni po tem zdarzeniu objawiał nieznajomy chęć brania powoli udziału we wspólnem życiu. Widocznem było że słyszał, że rozumiał wszystko, lecz niemniej widocznem i to, że z dziwną uporczywością wstrzymywał się od wszelkiej rozmowy z osadnikami; pewnego wieczora bowiem, Pencroff, przyłożywszy ucho do drzwi jego izby, usłyszał jak z ust jego wymknęły się następujące słowa:
— Nie! ja! tu! przenigdy!
Marynarz zaniósł te słowa towarzyszom.
— Jest w tem jakaś boleśna tajemnica! rzekł Cyrus Smith.
Nieznajomy począł używać narzędzi rolniczych, pracował także w ogrodzie. Nieraz się zdarzało, że przerywając robotę stał jakby skupiony cały i zatopiony w sobie. Lecz inżynier zalecił szanować samotność, której nieznajomy zdawał się pragnąć. Gdy który z osadników zbliżył się do niego, usuwał się na bok, i ciężkie łkanie rozpierało mu pierś, jakgdyby pęknąć miała!
Czy to wyrzuty sumienia tak go przygnębiały? Przypuszczenie to nasuwało się mimowolnie i Gedeon Spilett pewnego dnia, nie mogąc się wstrzymać, rzekł:
— Mnie się wydaje, że jeśli do nas nie mówi, to dlatego, że miałby zbyt ważne rzeczy do powiedzenia!
Nie pozostawało jak czekać cierpliwie.
W kilka dni później, było to 3 listopada, nieznajomy, pracując na terasie, zatrzymał się nagle, wypuścił z rąk rydel, i Cyrus Smith, który stojąc niedaleko patrzał nań, ujrzał raz jeszcze łzy w jego oczach. Nieprzezwyciężona litość jakaś pociągnęła go ku niemu, przystąpiwszy, dotknął go lekko po ramieniu i rzekł:
— Przyjacielu mój!
Nieznajomy usiłował uniknąć wzroku inżyniera, a gdy go Cyrus Smith chciał ująć za rękę, odskoczył gwałtownie od niego.
— Mój przyjacielu, rzekł mocniejszym głosem Cyrus Smith, patrz mi w oczy, ja chcę tego!
Nieznajomy podniósł wzrok na inżyniera i zdawał się pozostawać pod wpływem jego, jak magnetyzowany pod urokiem magnetyzera. Chciał uciekać. Lecz w tem zaszła w twarzy jego dziwna odmiana. Wzrok jego miotał błyskawice. Słowa tłoczyły mu się do ust. Nie mógł się dłużej powstrzymać!... Wreszcie, założywszy ręce na krzyż, przytłumionym głosem odezwał się do Cyrusa Smitha:
— Coście wy za jedni?
— Rozbitki, tak jak ty, odparł inżynier, głęboko wzruszony. Przywiedliśmy cię tutaj między twoi bliźnich.
— Moich bliźnich!... Nie mam żadnych bliźnich!
— Znajdujesz się między przyjaciołmi...
— Przyjaciołmi!... moimi przyjaciołmi! zawołał nieznajomy kryjąc twarz w dłonie... Nie... przenigdy... puśćcie mnie! puśćcie!
Po tych słowach uciekł w stronę terasy, i tam stał długo nieruchomy.
Cyrus Smith udał się do swoich towarzyszy i opowiedział im co się stało.
— W samej rzeczy! jest jakaś tajemnica w życiu tego człowieka, rzekł Gedeon Spilett, i zdaje się, że jeżeli powrócił do człowieczeństwa, to drogą wyrzutów sumienia...
— Bóg wie cośmy za człowieka przywieźli, rzekł marynarz. Są w tem jakieś tajemnice. —
— Które będziemy musieli szanować, przerwał mu żywo Cyrus Smith. Jeśli błąd jaki popełnił, odpokutował go srogo, i w naszych oczach jest rozgrzeszonym.
Przez dwie godziny pozostawał nieznajomy samotnie nad brzegiem morza, widocznie pod wpływem wspomnień, które mu całą przeszłość jego wskrzeszały na nowo w pamięci — przeszłość niezawodnie godną opłakania — a osadnicy, nie spuszczając go z oczu, nie przerywali mu tej samotności.
Po dwu godzinach zdarzyło się, iż powziął jakieś postanowienie, i z niem stanął przed Cyrusem Smithem. Oczy miał zaczerwienione od łez wylanych, lecz już nie płakał. Na twarzy jego malował się wyraz głębokiej pokory. Zdawał się lękać, wstydzić, korzyć i oczy miał nieustannie spuszczone ku ziemi.
— Panie, rzekł do Cyrusa Smitha, czy pan i towarzysze pańscy jesteście Anglikami?
— Nie, odparł inżynier, jesteśmy Amerykaninami.
— Ach! to lepiej! szepnął nieznajomy.
— A ty, przyjacielu? zapytał inżynier.
— Jestem Anglikiem, odparł raptownie.
I jak gdyby tych kilka słów było dlań największym ciężarem, opuścił natychmiast wybrzeże, przebiegłszy je wzdłuż od wodospadu aż po ujście Dziękczynnej, w stanie najwyższego wzruszenia.
Poczem mijając Harberta, stanął na chwilę i głosem przytłumionym zapytał:
— Który to miesiąc?
— Grudzień, odparł Harbert.
— A rok?
— 1866ty.
— Dwanaście lat! dwanaście lat! zawołał.
Poczem oddalił się raptownie.
Harbert powtórzył towarzyszom swą rozmowę z nieznajomym, jego pytania i swoje odpowiedzi.
— Ten nieszczęsny utracił już był rachubę miesięcy i lat! zauważył Gedeon Spilett.
— Tak jest! I już dwanaście lat znajdował się był na wysepce do chwili, kiedyśmy go znaleźli! dodał Harbert.
— Dwanaście lat! rzekł Cyrus Smith. A! dwunastoletnia samotność po życiu może zbrodniczem, łatwo może człowiekowi pomięszać rozum.
— Mnie się coś wydaje, odezwał się Pencroff, że ten człowiek nie wskutek rozbicia okrętu dostał się na wyspę Tabor, lecz że go tam osadzono za jakąś zbrodnię...
— Być może, że masz słuszność, Pencroffie, odparł korespondent, a jeśliby tak było, wtedy ci co go zastawili na wyspie, mogą pewnego dnia po niego powrócić!
— I nie znaleść go, rzekł Harbert.
— Ależ w takim razie, ciągnął dalej Pencroff, wypadałoby tam powrócić, i...
— Przyjaciele moi, rzekł Cyrus Smith, dajmy pokój tej kwestji, dopóki nie będziemy wiedzieli, czego się mamy trzymać. Ja sądzę, że ten nieszczęśliwy wiele cierpiał, że ciężko odpokutował swe winy, jakiekolwiek one były, i że chęć wyspowiadania się i wywnętrzenia z wszystkiego pali mu piersi. Nie napierajmy na niego, by nam opowiedział swoją historję! On niezawodnie sam to kiedyś uczyni, a wtedy będziemy wiedzieli jak nam wypadnie postąpić. Zresztą on sam tylko może nas oświecić, czyli posiada więcej niż nadzieję, czyli posiada pewność, że kiedyś będzie mógł powrócić do ojczyzny, o czem ja wątpię!
— Czemu? zapytał korespondent.
— Dlatego, bo gdyby był tego pewnym, że po jakimś oznaczonym czasie odzyska napowrót wolność, byłby był oczekiwał godziny oswobodzenia i nie byłby był rzucał do morza owego dokumentu. Nie, prawdopodobnem jest raczej, że był skazanym na dożywotnie wygnanie na tej wysepce, i że nigdy już nie miał ujrzeć swoich ziomków!
— Jednak jest w tem coś, czego nie umiem sobie wytłumaczyć, zauważył marynarz.
— Cóż takiego?
— Jeżeli ten człowiek już od dwunastu lat znajdował się na wyspie Tabor, to można śmiało przypuścić, że od kilku już lat znajdował się w tym stanie zdziczenia, w jakim go znaleźliśmy!
— To być może, odparł Cyrus Smith.
— A w takim razie musiałby był ów dokument napisać już kilka lat temu!
— Bez wątpienia... a jednak, dokument ten, zdaje się świeżo dopiero napisanym!...
— Zresztą, jak tu przypuścić, ażeby butelka zawierająca ów dokument, kilka lat płynęła z wyspy Tabor do wyspy Lincolna?
— Zupełnie niemożliwem to nie jest, odparł korespondent. Czyż nie mogła już oddawna krążyć w pobliżu wyspy?
— Nie, odparł Pencroff, bo pływała po morzu. Nie podobna nawet przypuszczać, ażeby zostając przez dłuższy lub krótszy czas u brzegu, mogła być powtórnie uniesioną przez morze, całe bowiem wybrzeże południowe najeżone jest skałami, o które byłaby się roztrzaskała niechybnie!
— Tak, w samej rzeczy — odparł Cyrus Smith pogrążony w ciągłem zamyśleniu.
— Oprócz tego — dodał marynarz — gdyby dokument ten już był kilka lat temu napisany, gdyby już kilka lat był zamknięty w butelce, byłby był zbutwiał od wilgoci. A przecież nie był zbutwiałym bynajmniej, owszem znajdował się w zupełnie dobrym stanie.
Uwagi marynarza były zupełnie słuszne, było w tem coś niedocieczonego, dokument bowiem zdawał się świeżo napisanym, gdy go osadnicy znaleźli w butelce. Co więcej określał on położenie wyspy Tabor pod względem długości i szerokości geograficznej z dokładnością, świadczącą o dość rozległych wiadomościach hydrograficznych autora, jakich prosty marynarz posiadać nie mógł.
— Jest w tem, powtarzam raz jeszcze coś niedocieczonego — rzekł inżynier — lecz nie wyciągajmy naszego nowego towarzysza na słowa. Gdy sam mówić zechce, wtedy będziemy gotowi go słuchać!
Przez kilka dni następnych nieznajomy nie wyrzekł ani jednego słowa i nie wyszedł ani razu po za obręb terasy. Pracował nieustannie w ogrodzie bez chwilki wytchnienia, bez chwili spoczynku, lecz zawsze sam, na uboczu. W godzinach objadowych nie wracał do Pałacu Granitowego, pomimo kilkakrotnych zaprosin, i zadowalał się odrobiną surowych jarzyn. Na noc również nie szedł do przeznaczonej dla siebie izby, lecz sypiał na dworze pod klombem drzew, lub w razie niepogody wciskał się w jakie wydrążenie wyżłobione w skale. Żył więc całkiem tak samo, jak wówczas na wyspie Tabor, gdy lasy były jego jedynem schronieniem, i wszelkie nalegania ażeby zmienił tryb życia, były daremnemi, osadnicy jednak czekali cierpliwie. Lecz wreszcie nadeszła chwila, gdy pod nieprzepartym naciskiem sumienia, pomimowolnie prawie, wydarło mu się z ust straszne wyznanie.
Dnia 10. listopada, około godziny ósmej z wieczora, gdy już zmrok począł zapadać, stanął nieznajomy niespodziewanie przed osadnikami zgromadzonymi na werandzie. Wzrok jego dziwnym pałał ogniem a cała postać przybrała napowrót ów wyraz dzikości z dawnych złych czasów.
Cyrus Smith i towarzysze jego stali jakby wryci, widząc go jak pod wpływem strasznego wzruszenia dzwonił zębami jak we febrze. Co mu było takiego? Czy widok bliźnich stał mu się nieznośnym? Czy mu już obrzydło to życie pomiędzy uczciwymi ludźmi? Czy szał bydlęctwa na nowo go opętał? Takby można było sądzić, słysząc z ust jego te urywane, bez związku cisnące się słowa:
— Czemu ja tu jestem?... Jakiem prawem porwaliście mnie z mej wysepki?... Czy mogą istnieć węzły jakie między mną a wami?... Alboż wiecie kim jestem... com uczynił... dlaczegom był tam... sam jeden? A kto wam powiedział, czy mnie tam nie porzucono umyślnie... czym nie był skazany na to, aby tam zginąć?... Alboż wy znacie przeszłość moją?... Jak wiecie czym nie kradł, nie mordował... czy nie jestem nędznikiem... istotą przeklętą na wieki... godną żyć między dzikiemi zwierzętami... zdala od całego świata... mówcie... jak wiecie?...
Osadnicy słuchali nieszczęśliwego, nie przerywając mu w tych na poły czynionych wyznaniach, które mimowolnie niejako cisnęły mu się do ust. Cyrus Smith chciał go wtedy uspokoić i przystąpił do niego, ale on odskoczył co żywo i zawołał:
— Nie, nie! Jedno słowo tylko... Czy jestem wolny?
— Jesteś wolny, odparł inżynier.
— Więc żegnam was! zawołał i wybiegł jak szalony.
Nab, Pencroff i Harbert pobiegli natychmiast ku lasowi... lecz powrócili sami.
— Trzeba mu dać czynić co zechce! — rzekł Cyrus Smith.
— On już nie wróci nigdy... — zawołał Pencroff.
— Powróci — odparł inżynier.
I odtąd wiele dni upłynęło; lecz Cyrus Smith — byłże to rodzaj przeczucia? trwał niezachwianie w przekonaniu, że nieszczęsny prędzej lub później powróci.
— To ostatni bunt tej nieokrzesanej natury, którą wyrzuty sumienia napadły; ponowna samotność, przejęłaby go strachem i przerażeniem, mawiał inżynier.
Tymczasem rozmaitego rodzaju prace szły dawnym trybem, tak na Wielkiej Terasie, jak i w oborze, gdzie Cyrus Smith zamierzał wystawić folwark. Rozumie się, że nasiona zebrane przez Harberta na wyspie Tabor, zostały troskliwie zasadzone. Terasa tworzyła już obszerny ogród, porządnie odgraniczony, porządnie utrzymywany, który osadnikom nie pozwolił nigdy siedzieć z założonemi rękoma. Zawsze nastręczał podostatkiem roboty. W miarę jak wzrastała ilość roślin warzywnych, trzeba było rozszerzać zwykłe grządki, które powoli przemieniały się w łany, i w inne miejsca przenosić łąki. Ale nie brakowało paszy i w innych stronach wyspy, i onagasy nie potrzebowały się obawiać, aby im ograniczono paszę do skąpych porcyj. Zresztą właściwiej było przemienić całą Wielką Terasę na ogród, ponieważ chronioną była dokoła pasmem głębokich potoków, a pastwisko przenieść po za jej obręb, ponieważ nie potrzeba było ochraniać go przed spustoszeniem czwororękich i czworonogich stworzeń.
Dnia 15. listopada rozpoczęto trzecie żniwo. Przez ośmnaście miesięcy, od chwili gdy zasadzono pierwsze ziarnko, powiększył się znacznie obszar pola! Drugi zbiór wynoszący sześć kroć sto tysięcy ziarn wydał tym razem cztery tysięcy ćwiartek zboża, czyli przeszło pięćset miljonów ziarn! Osada była bogatą w zboże, dość było bowiem zasiać teraz dziesięć ćwiartek, aby co roku być pewnym żniwa, i aby wszyscy, ludzie i bydło, mieli się czem wyżywić.
Ukończono więc żniwo, i drugą połowę listopada poświęcono na wyrób chleba.
W samej rzeczy, zboża było dość, ale nie było mąki, i trzeba było koniecznie postawić młyn. Cyrus Smith mógł był jako siłę poruszającą użyć drugiego wodospadu wpadającego do Dziękczynnej, pierwszy bowiem pędził już młyn foluszowy; po krótkiej jednak naradzie stanęło na tem, ażeby na wyżynie Wielkiej Terasy postawić zwyczajny wiatrak. Budowa jego nie przedstawiała więcej trudności jak budowa młyna wodnego, a z drugiej strony można było być pewnym, że nigdy nie zabraknie wiatru na tej Terasie wystawionej na wiatry morskie.
— Nie wspominając już o tem, dodał Pencroff, że wiatrak rozweseli krajobraz i dobrze się będzie wydawać!
Przystąpiono więc zaraz do dzieła i wybrano stosowny budulec, tak na zewnętrzną klatkę młyna jak i wewnętrzne jego mieszkanie. Kilka dużych głazów znalezionych u północnego brzegu jeziora, dały się obrócić łatwo na kamienie młyńskie, a co się tyczy skrzydeł, to potrzebnego na nie płótna dostarczyła niewyczerpana powłoka balonowa.
Cyrus Smith sporządził plan, poczem obrano miejsce na wiatrak, trochę na prawo od podwórka, nad jeziorem w pobliżu urwiska. Cała klatka spoczywać miała na słupie podtrzymywanym grubemi balkami tak, by ją wraz z wewnętrznym jej przyrządem można było obracać podług wiatru.
Praca ta szła raźnie. Nab i Pencroff, którzy wykształcili się już na bardzo zręcznych cieślów, potrzebowali tylko trzymać się modelu wykonanego przez inżyniera. Wkrótce też we wskazanem miejscu wzniosła się okrągła budka, istna pieprzniczka, nakryta szpiczastym dachem. Cztery ramy tworzące szkielety skrzydeł, przytwierdzone zostały silnie zapomocą żelaznych kobli do wału. Rozmaite zaś części wewnętrznego mechanizmu, jako to: skrzynia mieszcząca oba kamienie młyńskie, zwane „łubie“ kamień stały i kamień ruchomy, kosz młyński, rodzaj czworograniastego koryta, szerokiego u góry, wąskiego u spodu, którem zboże sypać się miało na kamień, korytko ruchome przeznaczone do regulowania zsypu, z powodu nieustannego klekotu przezwane „gadułą,“ i wreszcie pytel, który przez przesiewanie oddziela otręby od mąki — wszystko to dało się łatwo sporządzić. Narzędzia mieli dobre a robota nie była trudną, gdyż razem wziąwszy składowe części wiatraka są bardzo proste. Było to więc li kwestją czasu.
Wszyscy członkowie osady pracowali nad budową młyna, i 1. grudnia młyn był gotów.
Pencroff, jak zawsze zachwycał się swem dziełem i nie wątpił wcale o jego doskonałości.
— A teraz, rzekł, abyśmy mieli tylko dobry wiatr, a zmielemy ślicznie nasz pierwszy plon!
— Dobry wiatr, owszem, odparł inżynier, byle tylko nie za dużo wiatru, Pencroffie.
— Ba! tem szybciej obracać się będzie nasz wiatrak!
— Nie trzeba, aby się obracał zbyt szybko, odparł Cyrus Smith. Wiemy z doświadczenia, że wiatrak wtedy miele najlepiej, gdy liczba obrotów, którą skrzydła w jednej minucie dokonują, jest sześć razy tak wielką, jak ilość stóp, którą wiatr przelatuje w jednej sekundzie. Przy średnim wietrze przelatującym dwadzieścia cztery stóp na sekundę, skrzydła wiatraka dokonają szesnaście obrotów na minutę a więcej nie trzeba.
— W samą porę! zawołał Harbert, właśnie też wieje piękny wiaterek od północno-wschodniej strony, pewnie się dobrze sprawi!
Nie było powodu odkładać na później inaugarację młyna, pilno było bowiem osadnikom naszym skosztować pierwszego kawałka chleba na wyspie Lincolna. Więc tego samego dnia jeszcze z rana zmielono dwie do trzech ćwiartek zboża, i nazajutrz, na śniadanie, pojawił się na stole w Pałacu Granitowym wspaniały bochen chleba, może trochę zanadto ciężkiego i zbitego, jakkolwiek był rozczyniony na drożdżach. Żaden z biesiadników nie żałował gęby, a z jakiem ukontentowaniem, łatwo sobie wystawić!
Tymczasem nieznajomy nie wracał. Kilkakrotnie Gedeon Spilett z Harbertem przebiegali las dokoła Pałacu granitowego, lecz ani jego samego, ani śladów jego nie napotkali nigdzie. Niepokoili się tem wszyscy, że się tak długo nie pokazywał. Zapewne, że dziki mieszkaniec wyspy Tabor, nie potrzebował się troszczyć o pożywienie w tak pełnym zwierzyny borze Zachodniej Ręki, lecz czy nie należało się obawiać, że znów powróci do dawnych obyczajów, i że to życie wolne koczownicze wzbudzi w nim na nowo bydlęce popędy? Mimo to Cyrus Smith, wiedziony zapewne jakiemś wewnętrznem przeczuciem, trwał ciągle w mniemaniu, że zbieg powróci.
— Tak jest, on wróci! powtarzał z ufnością, której towarzysze jego dzielić z nim nie byli w stanie. Będąc na wyspie Tabor, nieszczęśliwy ten wiedział, że jest sam jeden! Tutaj wie, że oczekują go istoty jemu bliźne. Ponieważ opowiedział nam już połowę historji swego dawnego życia, nieszczęśliwy ten pokutnik powróci, by nam ją opowiedzieć w całości, i od tego dnia będzie naszym!
Wypadki dowiodły, że Cyrus Smith miał słuszność.
Dnia 3. grudnia opuścił Harbert Wielką Terasę i udał się na południowy brzeg jeziora, dla połowu ryby. Nie wziął ze sobą broni i dotychczas nie widział nigdy potrzeby tej ostrożności, drapieżne zwierzęta bowiem nie pojawiały się wcale w tej stronie wyspy.
Pencroff z Nabem krzątali się właśnie około podwórka, a Cyrus Smith z korespondentem zajęci byli fabrykacją sody, ponieważ zapas mydła już się był wyczerpał.
Nagle ozwał się krzyk!
— Na pomoc! ratunku!
Cyrus Smith i korespondent znajdowali się zbyt daleko, by krzyk ten mógł dojść do ich uszu. Pencroff z Nabem wybiegli czemprędzej z podwórka i puścili się ku brzegom jeziora.
Ale przed nimi jeszcze, nieznajomy, którego nikt się nie mógł spodziewać w tem miejscu, przebył w pław potok Glycerynowy, oddzielający terasę od lasu i wskoczył na brzeg przeciwny.
Tam Harbert spotkał się oko w oko z olbrzymim jaguarem, podobnym temu, który zabity został na przylądku Jaszczurczym. Będąc niespodzianie zaskoczonym, przycisnął się do drzewa, podczas gdy zwierz przysiadłszy do ziemi, już gotował się do skoku... Lecz w tej chwili nieznajomy nie mając innej broni prócz noża, rzucił się na potwora, który ze swej strony zwrócił się ku nowemu napastnikowi.
Krótko trwała walka. Nieznajomy posiadał siłę i zręczność prawie cudowną. Schwycił jaguara za gardło ręką potężną, jakby kleszczami, i nie troszcząc się wcale oto, że zwierz zatapiał mu w ciało pazury, pchnął go nożem w samo serce.
Jaguar padł. Nieznajomy odepchnął go nogą i już chciał uciekać w chwili, gdy osadnicy przybyli na pole walki, lecz Harbert, tuląc się do niego, zawołał:
— Nie! nie! pan tak nie odejdziesz!
Cyrus Smith przystąpił do nieznajomego, który zmarszczył brwi na jego widok. Krew mu ciekła z ramienia z pod potarganej odzieży, lecz on ani zważał na to.
— Przyjacielu, rzekł doń Cyrus Smith, zaciągnęliśmy w obec ciebie dług wdzięczności. Dla ocalenia życia naszego dziecka, naraziłeś twoje własne!
— Moje życie! szepnął nieznajomy. Co ono warte? Mniej niż nic!
— Jesteś raniony?
— Mniejsza z tem.
— Chcesz mi podać dłoń twoję?
I w chwili gdy Harbert chciał uchwycić tę dłoń, która go ocaliła, nieznajomy skrzyżował obie ręce, pierś mu się wydęła, wzrok jego się zaćmił, zdawało się, że chce uciekać; lecz przezwyciężywszy się gwałtem, zapytał głosem szorstkim:
— Coście wy za jedni? i czem chcecie być dla mnie?
Temi słowami po raz pierwszy zapytywał osadników o ich dzieje. Zdawało się prawdopodobnem, że wysłuchawszy je, opowie potem swoje własne.
Cyrus Smith w kilku słowach opowiedział koleje ich losu od chwili gdy opuścili Richmond, jak znosili swą dolę i jakiemi środkami rozporządzali obecnie.
Nieznajomy słuchał z największą uwagą.
Następnie przedstawił mu inżynier wszystkich po kolei, Gedeona Spiletta, Harberta, Pencroffa, Naba i siebie, i dodał, że największa radość, jakiej doznali od przybycia na wyspę Lincolna była, gdy po powrocie swym z wysepki, mogli liczyć jednego towarzysza więcej.
Na te słowa nieznajomy zarumienił się, opuścił głowę na piersi i w całej postaci jego przebijał wyraz wstydu i pomięszania.
— A teraz, skoro nas już znasz, chcesz że podać nam rękę? zapytał Cyrus Smith.
— Nie, odparł nieznajomy głosem przytłumionym, nie! Wy, wy jesteście uczciwymi ludźmi! A ja!...






ROZDZIAŁ XVII.
(Wciąż na uboczu. — Prośba nieznajomego. — Folwark w oborze. — Przed laty dwunastu! — Nadzorca robotników na okręcie Brytanja. — Wygnaniec na wyspę Tabor. — Dłoń Cyrusa Smitha. — Tajemniczy dokument.)

Te ostatnie słowa nieznajomego usprawiedliwiły przeczucia osadników. Przeszłość nieszczęśliwego musiała ukrywać jakiś czyn zbrodniczy, odpokutowany może w oczach ludzkich, lecz z którego własne sumienie snać go jeszcze nie było rozgrzeszyło. W każdym razie winowajca wyznał zgryzoty sumienia i żal, lecz nie czuł się godnym podać dłoń ludziom uczciwym, którzy go oto prosili i którzyby ją byli serdecznie uścisnęli! Bądź co bądź jednak po zdarzeniu z jaguarem, nie powrócił więcej do lasu, i od tego dnia nie opuścił już zagrody Pałacu Granitowego.
Jakaż to tajemnica kryła się w jego życiu? Czy ją wyjawi kiedy? Przyszłość to miała okazać. W każdym razie postanowiono nie żądać jej od niego nigdy i zachowywać się wobec niego tak, jak gdyby go o nic nie podejrzywano.
Przez kilka dni trwało wspólne pożycie dawniejszym trybem. Cyrus Smith z Gedeonem Spilettem zajmowali się razem bądź rozmaitemi pracami chemicznemi, bądź też fizykalnemi. Korespondent porzucał inżyniera wtedy tylko, gdy szedł na polowanie z Harbertem, roztropność bowiem nakazywała nie puszczać więcej młodego chłopca samego w las i mieć się na ostrożności. Nabowi i Pencroffowi również nie zbywało na zatrudnieniu, raz w oborze, to znów w podwórku około drobiu.
Nieznajomy pracował ciągle na uboczu i wrócił na nowo do dawnych swych zwyczajów: nie brał udziału we wspólnym posiłku, sypiał pod drzewami na terasie, nie mięszał się nigdy do ich towarzystwa. Zdawało się istotnie, że obcowanie z tymi, którzy go ocalili, było dlań nieznośnem!
— Lecz w takim razie, zauważał Pencroff, dlaczegoż wzywał pomocy ludzkiej? Dlaczego rzucił do morza ów dokument?
— On nam to sam powie, odpowiadał zawsze Cyrus Smith.
— Kiedy?
— Może prędzej niż się spodziewasz, Pencroffie.
I w samej rzeczy chwila wyznania była niedaleką.
Dnia 10 grudnia, w tydzień po swym powrocie do Pałacu Granitowego, stanął nagle nieznajomy przed Cyrusem i rzekł do niego głosem łagodnym i kornym:
— Panie, miałbym do pana prośbę.
— Mów, przyjacielu, odparł inżynier, lecz wprzódy pozwól mi zadać ci jedno pytanie.
Na te słowa nieznajomy spłonął rumieńcem i już chciał odejść. Cyrus Smith przeniknął co się działo w duszy winowajcy, który obawiał się zapewne, by go inżynier nie zagadnął o jego przeszłość!
Cyrus Smith ręką go wstrzymał.
— Kolego, rzekł do niego, jesteśmy nietylko twoimi towarzyszami, ale i przyjaciołmi. Chciałem ci to powiedzieć, a teraz słucham cię.
Nieznajomy przyłożył rękę do oczu. Opanował go rodzaj drzączki, i stał tak chwil kilka, nie mogąc słowa wymówić. Wreszcie rzekł:
— Panie, chcę, prosić pana o jednę łaskę.
— Jaką?
— Cztery lub pięć mil ztąd, u podnóża góry, macie panowie oborę przeznaczoną dla zwierząt domowych. Zwierzęta te potrzebują starania i opieki. Pozwolisz mi pan mieszkać tam razem z niemi?
Cyrus Smith patrzał na nieznajomego chwil kilka z wyrazem najgłębszej litości, potem rzekł:
— Mój przyjacielu, w oborze tej znajdują się tylko szopy, zaledwie dobre dla zwierząt...
— Będą dobre i dla mnie.
— Mój przyjacielu, ciągnął dalej Cyrus Smith, nie będziemy ci się nigdy w niczem sprzeciwiali. Chcesz mieszkać w oborze, dobrze. Zresztą będziesz zawsze pożądanym w Pałacu Granitowym. Lecz ponieważ chcesz mieszkać w oborze, więc urządzimy tam dla ciebie mieszkanie odpowiednie.
— Mniejsza o to, jakkolwiekbądź, mnie zawsze dobrze będzie.
— Mój przyjacielu, odparł Cyrus Smith, kładąc umyślnie nacisk na to serdeczne nazwanie, pozostaw nam sąd, co w tej mierze uczynić nam przystoi!
— Dziękuję ci, panie, odrzekł nieznajomy i odszedł.
Inżynier uwiadomił natychmiast towarzyszy o propozycji nieznajomego, i postanowiono wybudować w oborze dom z drzewa ile możności wygodny.
Tego samego dnia jeszcze udali się osadnicy do obory z potrzebnemi narzędziami, i zanim tydzień upłynął, stanął dom gotów na przyjęcie nowego gościa. Postawiono go w oddaleniu dwadzieścia stóp od szop, tak że łatwo było ztamtąd czuwać nad trzodą baranów, liczącą już wówczas przeszło ośmdziesiąt sztuk. Sporządzono kilka kawałków mebli, łóżko, stół, ławkę, szafę, kufer i zniesiono do obory broń, amunicję i rozmaite narzędzia.
Nieznajomy przez ten czas nie zaglądał ani razu do swego nowego mieszkania i nie mięszał się wcale do roboty osadników, sam zajęty był bez ustanku na terasie, chcąc zapewne ukończyć do reszty swą robotę. I w samej rzeczy, dzięki jemu, wszystek grunt był obrobiony i gotów pod zasiew na który zbliżał się czas.
Dnia 20 grudnia ukończono przygotowania w oborze. Inżynier uwiadomił wtedy nieznajomego, że mieszkanie czeka na jego przyjęcie, a ten odparł, że uda się tam na tę noc jeszcze.
Tego wieczora osadnicy zgromadzili się we wielkiej sali Pałacu Granitowego. Była właśnie godzina ósma — godzina w której nowy towarzysz miał ich opuścić. Nie chcąc mu się naprzykrzać i zmuszać go obecnością swoją do pożegnania, które mogło mu być nieprzyjemnem, zostawili go samego i udali się do Pałacu Granitowego.
Zgromadzeni zatem we wielkiej sali rozmawiali już od kilku minut, gdy nagle ozwało się lekkie pukanie do drzwi. W tej samej prawie chwili wszedł do sali nieznajomy, i bez wstępnej przedmowy, rzekł:
— Moi panowie, zanim panów opuszczę, słuszna, ażebyście znali moją historję. Jest ona następującą.
Te proste słowa przejęły silnem wrażeniem Cyrusa Smitha i jego towarzyszy.
Inżynier powstał ze swego miejsca.
— Nie pytaliśmy cię o nic, mój przyjacielu, rzekł. Masz więc prawo milczeć.
— Obowiązkiem moim jest mówić.
— Więc usiądź.
— Wolę stać.
— Słuchamy cię zatem, odparł Cyrus Smith.
Nieznajomy stanął w kącie sali, otoczony lekkiem półcieniem. Głowę miał odkrytą, obie ręce skrzyżował na piersi, i głosem przytłumionym, jakby się gwałtem przymuszał do mówienia, rozpoczął następujące opowiadanie, którego żaden z słuchaczy nie przerwał ni razu:
— „Dnia 20 grudnia 1854 parowy jach, jakich używają do przejażdżek spacerowych, nazwiskiem Duncan, własność pewnego szkockiego laird’a, lorda Glenarvan, zarzucił kotwicę u przylądka Bernouilli , na zachodnich wybrzeżach australskich, na wysokości trzydziestego siódmego równoleżnika. Na statku tym znajdowali się lord Glenarvan, jego żona, jeden major armji angielskiej, jeden geograf francuski, młoda dziewczyna i młody chłopak. Tych dwoje ostatnich byli dziećmi kapitana Granta, którego okręt Brytanja rok wprzódy zatonął był z całą załogą i z całym ładunkiem. Duncan zostawał pod rozkazami kapitana, nazwiskiem John Mangles; i posiadał załogę złożoną z piętnastu ludzi.
„Powód, dla którego jach ten w owym czasie znajdował się u wybrzeży australskich, był następujący:
„Sześć miesięcy pierwej napotkał i wyłowił Duncan w morzu irlandzkiem butelkę, zawierającą dokument spisany w językach angielskim, niemieckim i francuskim. Treść tego dokumentu była taka, że z rozbitego statku Brytanja pozostało przy życiu jeszcze trzech ludzi, mianowicie sam kapitan Grant i dwóch ludzi z załogi, i że znaleźli przytułek na ziemi jakiejś, której stopień szerokości jeograficznej podany był w dokumencie, a zaś stopień długości, zamazany przez wodę morską, zupełnie był nieczytelnym.
„Ten stopień szerokości południowej wynosił 37° 11′. Stopień długości nie był więc znany, i postępując wzdłuż tego trzydziestego siódmego równoleżnika, przez morza i lądy, można było być pewnym dotrzeć wreszcie do ziemi zamieszkanej przez kapitana Granta i jego dwóch towarzyszy.
„Gdy admiralicja angielska wahała się podjąć to poszukiwanie, postanowił lord Glenarvan próbować wszelkich sposobów, aby odszukać kapitana. Mary i Robert Grant weszli z nim w stosunek. Zaopatrzono jach Duncan we wszystkie przybory potrzebne do tak dalekiej podróży, w której zamierzali wziąć udział familia lorda i dzieci kapitana, i Duncan, opuściwszy Glasgow, skierował ku Atlantykowi, przepłynął cieśninę magekańską i cichym Oceanem puścił się aż do Patagonji, gdzie, jak podług pierwotnego tłumaczenia dokumentu można było przypuszczać, że kapitan Grant znajdować się mógł w niewoli u krajowców.
Duncan wysadził więc pasażerów swoich na zachodnich wybrzeżach Patagonji, a sam odpłynął aby ich zabrać napowrót u wschodnich wybrzeży, u przylądka Corrientes.
„Lord Glenarvan przeszedł całą Patagonję wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika, i nie znalazłszy nigdzie śladu kapitana, usiadł powtórnie na okręt dnia 13 listopada, by prowadzić dalej swe poszukiwania po Oceanie.
„Zwidziwszy bezskutecznie wyspy Tristan Acunha i Amsterdam, położone po drodze, Duncan, jak to pierwej wspomniałem, przybył do przylądka Bernuilli, na wybrzeża australskie, dnia 20 grudnia 1854.
„Zamiarem lorda Glenarvan było przejść wzdłuż całą Australję, tak jak przeszedł Amerykę, i w tym celu wylądował. Kilka mil od brzegu morza, stał folwark należący do pewnego Irlandczyka, który podróżnym ofiarował gościnne przyjęcie. Lord Glenarvan wyjawił temu Irlandczykowi powód, który go sprowadził w te strony i zapytał go, czyli mu nie wiadomo, że trzymasztowiec angielski Brytanja, przed dwoma laty niespełna rozbił się u zachodnich wybrzeży Australji.
„Irlandczyk nigdy nie słyszał o tem zdarzeniu; lecz ku wielkiemu zdumieniu wszystkich obecnych, jeden ze sług Irlandczyka, mięszając się do rozmowy, rzekł:
„— Mylordzie, dziękuj Bogu i sław imię Jego! Jeśli kapitan Grant żyje jeszcze, to na ziemi australskiej.
„— Coś ty za jeden? zapytał lord Glenarvan.
„— Szkot z rodu, tak jak i ty, mylordzie, odparł ów człowiek, i jestem jednym z towarzyszy kapitana Granta, jednym z rozbitków Brytanji.
„Człowiek ów zwał się Ayrton. Był on w samej rzeczy dozorcą robotników na okręcie Brytanja, jak o tem świadczyły jego papiery. Lecz rozłączony od kapitana Granta w chwili, gdy okręt rozbił się o skały, sądził dotychczas, że kapitan jego utonął wraz z całą załogą i że tylko Ayrton sam jeden z całej Brytanji pozostał przy życiu.
„— Tylko że okręt Brytanja, dodał, nie rozbił się u wybrzeży zachodnich, lecz u wybrzeży wschodnich Australji, i jeśli kapitan Grant dotąd jeszcze żyje, jak tego dowodzi dokument, pozostaje on w niewoli u dzikich krajowców australskich, i nie w tej, lecz w przeciwnej stronie należy go szukać.
„Człowiek ów mówił to wszystko głosem pełnym szczerości, a wzrok jego był pewny i wzbudzający ufność. Nie podobna było wątpić o prawdziwości słów jego. Irlandczyk, u którego służył od roku przeszło, zaręczał za niego. Lord Glenarvan uwierzył w prawość tego człowieka i idąc za jego radą, postanowił przejść całą Australję wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika. Lord Glenarvan, jego żona, dwoje dzieci kapitana, major, Francuz, kapitan Mangles i kilku majtków mieli utworzyć orszak podróżny pod przewództwem Ayrtona, podczas gdy Duncan pod komendą zastępcy kapitana, nazwiskiem Tom Austin, odpłynąć miał do Melbourne i tam oczekiwać dalszych rozkazów lorda Glenarvan.
„Dnia 23 grudnia 1854 ruszono w drogę.
„Tu czas wyjawić, że ów Ayrton był zdrajcą. Był on rzeczywiście dozorcą majtków na statku Brytanja; lecz pokłóciwszy się ze swym kapitanem, usiłował skłonić załogę do buntu i gwałtem opanować okręt, za co kapitan Grant wysadzić go kazał na zachodnie wybrzeże Australji, i pozostawiwszy go jego losowi, odpłynął; — była to kara słuszna i sprawiedliwa.
„Tak więc nędznik ów nie wiedział nic o rozbiciu Brytanji. Dowiedział się o niem dopiero z opowiadania lorda Glenarvan! Od czasu, gdy go wyrzucono samego na ląd, został naczelnikiem zbiegłych skazańców, dlatego zaś utrzymywał z taką bezczelnością, że okręt rozbił się u wschodnich wybrzeży, i dlatego nakłaniał lorda Glenarvan do puszczenia się w tym kierunku, ponieważ miał nadzieję tym sposobem oddalić go od okrętu, opanować Duncana i jach ten przemienić na rozbójniczy statek, mający krążyć po wodach Cichego Oceanu.“
Tu nieznajomy zatrzymał się chwilę. Głos jego drżał, lecz ciągnął dalej w te słowa:
„Wyprawa ruszyła wzdłuż ziemi australskiej. Wypadła oczywiście niepomyślnie, kierował nią bowiem Ayrton czyli Ben Joyce, jak go wolimy nazwać, a raz przed, raz za nimi postępowała banda złoczyńców, którą uwiadomił o nadarzającym się łupie.
„Tymczasem wysłano Duncana do Melbourne, ponieważ potrzebował naprawy. Chodziło teraz o to, ażeby skłonić lorda Glenarvan, by wydał okrętowi rozkaz opuszczenia Melbourne i udania się do wschodnich wybrzeży Australji, gdzie łatwo go było opanować. Zaprowadziwszy orszak podróży dość blisko tych wybrzeży, w głąb nieprzejrzanych borów, gdzie zbywało wszelkich środków do życia, otrzymał Ayrton list, który podjął się sam doręczyć zastępcy kapitana pod którego wodzą zostawał Duncan, list zawierający rozkaz, by jach odpłynął natychmiast ku wybrzeżom wschodnim, do zatoki Twofold, oddalonej kilka dni drogi od miejsca, w którem zatrzymał się orszak podróżnych. Tam to naznaczył Ayrton swym godnym wspólnikom miejsce schadzki.
„W chwili gdy list miał mu być wręczonym, wykryła się jego zdrada nie pozostawało mu jak tylko uciekać. Bądź co bądź jednak musiał wprzódy dostać ów list, który w jego ręce oddawał Duncana. Ayrtonowi udało się przyjść w posiadanie listu i w dwa dni później stanął w Melbourne.
„Dotychczas zbrodnicze jego zamiary wiodły się pomyślnie. Wkrótce miał zwabić Duncana do owej zatoki Twofold, gdzie opanowawszy go łatwością przy pomocy swych wspólników i wyciąwszy w pień całą załogę, Ben Joyce miał zostać wszechwładnym panem tego morza... Lecz Bóg miał go zatrzymać u samego kresu zbrodniczego przedsięwzięcia.
„Ayrton, przybywszy do Melbourne, wręczył list zastępcy kapitana, Tomaszowi Austin, a ten przeczytawszy go rozkazał natychmiast rozwinąć żagle; lecz któż wyrazi rozpacz i wsciekłość Ayrtona, gdy drugiego dnia żeglugi dowiedział się, że zastępca kapitana prowadzi okręt nie ku wybrzeżom wschodnim Australji, do zatoki Twofold, lecz ku wschodnim wybrzeżom Nowej Zelandji. Chciał się oprzeć temu, Austin pokazał mu list! I, w samej rzeczy dziwnem zrządzeniem Opatrzności, przez przypadkową omyłkę geografa Francuza, który list ten pisał, wskazane w nim jako cel podróży okrętowi były wschodnie wybrzeża Nowej Zelandji.
„Wszystkie plany Ayrtona obróciły się w niwec! Chciał podnieść bunt. Uwięziono go. I tak uprowadzony został ku wybrzeżom Nowej Zelandji, nie mając wyobrażenia ani o tem, co się stanie z jego wspólnikami, ani jaki los spotka lorda Glenarvan.
Duncan błąkał się w pobliżu tych wybrzeży aż do dnia 3. marca. Tego dnia Ayrton usłyszał huk jakiś. To armaty Duncana dawały ognia, i wkrótce lord Glenarvan z całą drużyną przybyli na okręt.
„Oto co i jak się stało.
„Po tysięcznych trudach i niebezpieczeństwach, przybył wreszcie lord Glenarvan do celu swej podróży, do wschodnich wybrzeży Australji, do zatoki Twofold. Ani śladu Duncana! Zatelegrafował do Melbourne. Odpowiedziano ztamtąd: „Duncan odpłynął 18. bm. niewiadomo dokąd.“
„Lordowi Glenarvan nie pozostawało teraz jak tylko to jedno przypuszczenie: że uczciwy jego jach wpadł w ręce Ben Joyce’a i został statkiem zbójeckim.
„Ale lord Glenarvan nie chciał dać za wygranę. Był to mąż nieustraszonej odwagi i wspaniałego serca. Wsiadł więc na jeden z kupieckich okrętów, kazał się zawieść na zachodnie wybrzeża Nowej Zelandji, przeszedł ją całą wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika, nie napotkawszy ani śladu kapitana Granta; ale u przeciwległych wybrzeży, ku wielkiemu swemu zdumieniu, za wolą nieba, odnalazł owego Duncana, zostającego pod rozkazami zastępcy kapitana, który oczekiwał go już od pięciu tygodni!
„Było to 3go marca 1855. Lord Glenarvan znajdował się wreszcie znów na swoim statku, a wraz z nim także i Ayrton. Ten stanął przed lordem, który chciał wydobyć z niego wszystko, cokolwiek zbójca ten mógł wiedzieć o losie kapitana Granta. Ayrton wzbraniał się mówić. Wtedy lord Glenarvan oświadczył mu, że za przybyciem do pierwszej stacji odda go w ręce władz angielskich. Ayrton milczał uporczywie.
Duncan ruszył dalej w podróż wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika. Tymczasem lady Glenarvan postanowiła przełamać upór zbójcy. W końcu wpływem swym zwyciężyła go, i Ayrton zaproponował lordowi Glenarvan, ażeby w zamian za to, co by miał do powiedzenia, zamiast wydawać go w ręce władz angielskich, wysadził go na jednej z wysp Cichego Oceanu. Lord Glenarvan, który gotów był uczynić wszystko, byle się dowiedzieć coś dotyczącego losu kapitana Granta, przyjął układ.
„Wtedy Ayrton opowiedział historję całego swego życia, z której się okazało, że od dnia, w którym kapitan Grant wysadził go na wybrzeża australskie, nie wiedział o nim nic zgoła.
„Mimo to lord Glenarvan dotrzymał danego słowa. Duncan płynąc dalej wytkniętym szlakiem, przybył do wyspy Tabor. Tu miano zostawić Ayrtona, i tutaj także, iście cudownym trafem, znaleziono kapitana Granta z dwoma jego ludźmi, właśnie pod trzydziestym siódmym równoleżnikiem. Skazaniec miał zająć ich miejsce na tej odludnej wysepce, i gdy opuszczał jach, przemówił do niego lord Glenarvan w te słowa:
„— Ayrtonie, pozostaniesz tutaj zdala od świata, zdala od ludzi, z którymi nie będziesz mógł utrzymywać żadnej styczności. Nie będziesz mógł umknąć z tej wysepki, na której zostawia cię Duncan. Pozostaniesz sam, pod okiem Boga, który czyta w najgłębszych skrytościach ludzkiego serca, lecz nie będziesz mi zgubionym na zawsze, ani przepadłym bez śladu, jak był kapitan Grant. Choć tak niegodnym jesteś ludzkiej pamięci, ludzie będą przecież o tobie pamiętali. Wiem gdzie jesteś, Ayrtonie, i będę wiedział, gdzie cię szukać. Nie zapomnę o tem nigdy!“
„Po tych słowach Duncan rozwinął żagle i zniknął wkrótce z przed oczu wygnańca.
„Było to 18go marca 1855 roku.[6]
„Ayrton pozostał sam jeden, lecz nie zbywało mu ani amunicji, ani broni, ani narzędzi, ani zboża na zasianie. Do użytku tego skazańca, pozostał dom zbudowany przez zacnego kapitana Granta. Potrzebował tylko żywić się i pokutować w samotności za popełnione zbrodnie.
„Panowie, on szczerze żałował, wstydził się swoich zbrodni, i był bardzo nieszczęśliwym! Powiedział sobie, że jeśli kiedy ludzie przybędą po niego, trzeba aby był wtedy godnym wrócić pomiędzy nich! Jak on cierpiał, ten nieszczęśliwy! Jak on ciężko pracował, ażeby przez pracę uzacnić swą duszę! Jak gorąco się modlił, ażeby przez modlitwę odrodzić się na nowo!
„Trwało tak dwa, trzy lata; lecz Ayrton, przygnębiony na duchu tą ciągłą samotnością, wypatrując nieustannie, czyli okręt jaki nie pojawi się na widnokręgu, zapytując sam siebie, czyli już wkrótce dopełni się czas pokuty, cierpiał jak nikt nigdy nie cierpiał! Ach! jak gorzką jest samotność dla duszy trawionej zgryzotami sumienia!
„Lecz niebo snać nie uznało, by kara tego nieszczęśliwego była wystarczającą, czuł bowiem, że z dniem każdym coraz bardziej dziczeje! Czuł jak zwolna popadał w stan zbydlęcenia! Czy się to stało po dwóch, czy po czterech latach samotności, tego wam powiedzieć nie może, w końcu jednak stał się istotą taką nędzną, jakąście go znaleźli!
„Nie potrzebuję panowie dodawać, że Ayrton czyli Ben Joyce a ja, to jedna i ta sama osoba!“
Gdy Ayrton ukończył swe opowiadanie, Cyrus Smith i towarzysze jego powstali z swych miejsc. Niepodobna wyrazić do jakiego stopnia czuli się wzruszonymi. Taki obraz nędzy, cierpień i rozpaczy w całej nagości roztoczył się przed ich oczyma!
— Ayrtonie — rzekł Cyrus Smith — byłeś wielkim zbrodniarzem, lecz niebo orzekło wyraźnie, żeś już odpokutował twe zbrodnie! Dowodem tego, że ci dozwoliło powrotu między twych bliźnich. Ayrtonie, grzechy twoje są ci odpuszczone! A teraz, chcesz-że zostać naszym towarzyszem?
Ayrton na te słowa cofnął się.
— Oto moja ręka! — rzekł inżynier.
Ayrton rzucił się na tę rękę, którą do niego wyciągnął Cyrus Smith, i duże łzy pociekły mu po twarzy.
— Chcesz żyć razem z nami? — zapytał Cyrus Smith.
— Panie Smith — odparł Ayrton — zostaw mi jeszcze trochę czasu, pozwól mi mieszkać samemu w oborze.
— Niech tak będzie, skoro tego chcesz, Ayrtonie — odparł Cyrus Smith.
Ayrton chciał się już oddalić, lecz inżynier zadał mu jeszcze ostatnie pytanie:
— Słówko jeszcze, przyjacielu. Jeżeli zamiarem twoim było żyć samotnie, dlaczegoż rzuciłeś do morza ów dokument, który nas na twój trop naprowadził?
— Jaki dokument? — zapytał Ayrton, jak gdyby nie wiedział, o czem mowa.
— Dokument zamknięty w butelce, któryśmy znaleźli, i który całkiem dokładnie oznaczał położenie wyspy Tabor!
Ayrton przyłożył rękę do czoła. Po chwili namysłu odparł:
— Nie rzucałem nigdy żadnego dokumentu do morza!
— Nigdy? — zawołał Pencroff.
— Nigdy!
Rzekłszy to Ayrton, zwrócił się ku drzwiom i odszedł.






ROZDZIAŁ XVIII.
(Rozmowa. — Cyrus Smith i Gedeon Spilett. — Przemysł inżyniera. — Telegraf elektryczny. — Druty. — Stos. — Abecadła. — Pogoda. — Pomyślny stan osady. — Fotografja. — Niby śnieg. — Dwa lata pobytu na wyspie Lincolna.)

— Biedny człowiek! rzekł Harbert, który poskoczywszy najprzód ku drzwiom, powrócił nazad, ujrzawszy jak Ayrton spuszczał się po linie od windy a potem zniknął w ciemnościach.
— Powróci do nas, rzekł Cyrus Smith.
— Tam do kata! panie Cyrus, zawołał Pencroff, co to wszystko ma znaczyć? Jakto! więc to nie Ayrton wrzucił do morza butelkę? Więc któż taki?
Jeśli jakie pytanie było usprawiedliwione, to to z pewnością!
— To on, odparł Nab, tylko że biedak był już wtedy na wpół szalonym.
— Tak, rzekł Harbert, nie wiedział już wtedy co robi.
— Zapewne, że tylko w ten sposób można tę rzecz wytłumaczyć, odparł żywo Cyrus Smith, i teraz pojmuję, że Ayrton mógł podać dokładnie położenie jeograficzne wyspy Tabor, ponieważ podczas wypadków poprzedzających jego wysadzenie na wyspę, powziął o niem wiadomość.
— Jeżeli jednak, zauważył Pencroff, nie był jeszcze zupełnem bydlęciem w chwili, gdy spisywał ów dokument, i jeżeli już siedm lub ośm lat temu rzucił go do morza, jakim sposobem papier pozostał nietknięty od wilgoci?
— To dowodzi, odparł Cyrus Smith, że Ayrton o wiele później pozbawionym został rozumu, niżeli sam sądzi.
— Zapewne, że tak być musi, odparł Pencroff, inaczej nie dałoby się to wcale wytłumaczyć.
— Zapewne że nie dałoby się wytłumaczyć, odparł inżynier, który, jak się zdawało, chciał urwać całą tę rozmowę.
— Ale czy Ayrton powiedział prawdę? zapytał marynarz.
— Tak jest, odparł korespondent. Historja którą opowiedział, jest ze wszystkiemi szczegółami prawdziwą. Przypominam sobie bardzo dobrze, że dzienniki podały były swego czasu wiadomość o przedsięwzięciu lorda Glenarvana i o rezultacie tegoż.
— Ayrton powiedział prawdę, dodał Cyrus Smith; o tem nie masz co wątpić Pencroffie, prawda ta była dość srogą dla niego samego. A pewnie mówi prawdę ten, kto się sam tak oskarża!
Nazajutrz — dnia 21. grudnia — osadnicy zeszli nad brzeg morza, potem wyszli znów na terasę, lecz nigdzie nie znaleźli Ayrtona. Ayrton w nocy powrócił do swego mieszkania w oborze, i osadnicy uznali za rzecz stosowną, nie narzucać mu się ze swą obecnością. Czas, sądzili, dokona tego, czego nie mogła sprawić zachęta z ich strony.
Harbert, Pencroff i Nab powrócili do dawnych swych zajęć. Tego dnia sprowadziła także zwykła praca Cyrusa Smitha z korespondentem w warstacie założonym w „dymnikach“.
— Wiesz kochany Cyrusie, rzekł Gedeon Spilett, że twoje wyjaśnienia wczorajsze co do owej butelki, nie zadowoliły mnie zupełnie! Czy podobna przypuścić, ażeby biedak ten mógł napisać ów dokument i rzucić butelkę do morza, a nie zachować o tem najmniejszego wspomnienia?
— Bo też on jej nie rzucił, kochany Spilecie.
— Więc i ty twierdzisz...
— Niczego nie twierdzę, bo nic nie wiem! odparł Cyrus Smith, przerywając korespondentowi — wypadek ten zaliczam do rzędu tych, których dotychczas nie potrafiłem sobie wytłumaczyć — i na tem poprzestaję!
— W istocie Cyrusie, rzekł Gedeon Spilett, to są rzeczy trudne do uwierzenia! Twoje ocalenie, owa skrzynia wyrzucona przez morze, przygody Topa, wreszcie ta butelka... Czyż nigdy nie znajdziemy rozwiązania tych zagadek?
— Znajdziemy! odparł żywo inżynier, znajdziemy, gdy przetrzęsiemy całą tę wyspę aż do samego jej wnętrza!
— Może przypadek podsunie nam klucz do tej tajemnicy?
— Przypadek! Spilecie! Ja w przypadki nie wierzę, tak jak nie wierzę w cuda na tym świecie. Każda rzecz, której na pozór nie można wytłumaczyć, ma swą przyczynę i tę przyczynę ja odkryję. Tymczasem baczność i praca!
Nadszedł miesiąc styczeń, a z nim zaczął się rok 1867. Roboty letnie wykonywano pilnie i gorliwie. Dni następnych, Harbert z Gedeonem Spilettem, udawszy się w stronę obory, przekonali się, że Ayrton rozgościł się był w przygotowanem dla siebie mieszkaniu. Zajmował się liczną trzodą poruczoną swej pieczy i tym sposobem miał towarzyszom swoim oszczędzić trudu zwidzania co dwa lub trzy dni obory. Ażeby jednak zbyt długo nie pozostawiać Ayrtona w samotności, odwidzali go osadnicy dość często.
Niemniej nie było to wcale rzeczą obojętną — po niektórych podejrzeniach, które inżynier z Gedeonem Spilettem podzielali, że ta część wyspy tym sposobem zostawała pod szczególnym nadzorem, a w razie jakiego wypadku, zawiadomiłby Ayrton niewątpliwie mieszkańców Pałacu Granitowego.
Mógł się jednak zdarzyć jaki nagły wypadek, o którym natychmiast należałoby uwiadomić inżyniera. Zresztą oprócz wypadków odnoszących się do tajemnicy, jaką ukrywała wyspa Lincolna, mogły się wydarzyć także całkiem inne, wymagające natychmiastowego działania ze strony osadników, naprzykład mógł się pojawić okręt na morzu naprzeciw zachodnich wybrzeży, lub mogło nastąpić rozbicie ze zachodnich brzegów, lub mogli nadpłynąć rozbójnicy morscy itp.
Dlatego też postanowił Cyrus Smith utworzyć szybką, w jednej chwili możebną komunicję między oborą a Pałacem Granitowym.
Było to 10. stycznia, gdy swój zamiar wyjawił towarzyszom.
— Tam do licha, jakże się pan weźmiesz do tego, panie Cyrus? zapytał Pencroff. Czybyś pan nie myślał przypadkiem założyć telegraf?
— Otóż właśnie, odparł inżynier.
— Elektryczny? zawołał Harbert.
— Elektryczny, odparł Cyrus Smith. Mamy wszystko, czego potrzeba do zrobienia stosu elektrycznego, najtrudniej będzie wyciągnąć druty żelazne, ale zapomocą odpowiednego przyrządu, mamy nadzieję, że dojdziemy do celu.
— Jeśli tak, odparł marynarz, to ja już teraz ani wątpię o tem, że pewnego dnia ujrzymy się na pociągu kolei żelaznej!
Zabrano się więc zaraz do roboty i zaczęto od najtrudniejszej rzeczy, to jest od ciągnienia drutów, gdyby się bowiem to nie udało, to nie potrzeba było fabrykować stosu, ani innych przyborów.
Żelazo na wyspie Lincolna było, jak wiemy, wyborne, a tem samem łatwo dawało się ciągnąć. Cyrus Smith zaczął od utworzenia potrzebnego do tego przyrządu, czyli drutownicy. Jest to płyta stalowa, podziurawiona stożkowemi otworami rozmaitego kalibru, które mają stopniowo nadawać drutowi pożądaną siłę spójności. Tę płytę stalową, zahartowawszy ją poprzednio do „najwyższej twardości“, jak powiadają metalurgowie, przymocowano następnie niewzruszenie do podmurowania silnie osadzonego w ziemi, kilka stóp tylko od wielkiego wodospadu, którego siłę poruszającą miał inżynier jeszcze raz zużytkować.
W tem miejscu stał w samej rzeczy młyn foluszowy, który wtedy właśnie nie funkcjonował, lecz wał jego, z niezwykłą obracany siłą, mógł posłużyć do ciągnienia drutu, w ten sposób, że się tenże do koła niego owijał.
Była to praca misterna i wielkiej wymagająca staranności. Żelazo krajano naprzód w długie, wąskie sztaby, zaostrzone po obu końcach pilnikiem. Następnie sztaby te wkładano w otwór drutownicy dużego kalibru; wał, obracając się, rozciągał je do dwudziestu pięciu i trzydziestu stóp, drut utworzony w ten sposób nawijał się na wał, następnie odwijał się znowu, poczem przepuszczano go stopniowo przez otwory o coraz to mniejszej średnicy! Wreszcie otrzymał inżynier druty czterdzieści do pięćdziesięciu stóp długie, które łatwo było spajać ze sobą i prześciągać przez tę przestrzeń pięciomilową oddzielającą oborę od Pałacu Granitowego.
Kilka dni było trzeba do wykonania tej roboty, a gdy już wprowadzoną została w ruch, zostawiał Cyrus Smith swych towarzyszy przy drutach, a sam zajął się sporządzeniem stosu elektrycznego.
Co się tyczy rodzaju chodziło o to, ażeby otrzymać stos o prądzie stałym. Ogniwa dzisiejszych stosów składają się zazwyczaj, jak wiadomo, z węgla koksowego, cynku i miedzi. Miedzi zbywało inżynierowi zupełnie, pomimo wszelkich poszukiwań bowiem nie znalazł ani znaku takowej na wyspie Lincolna, trzeba się więc było obejść bez niej. Co się tyczy węgla koksowego, tego twardego grafitu znajdującego się w alembikach w fabrykach gazowych, po odwodnieniu węgla ziemnego można go było wprawdzie wytworzyć, lecz do tego potrzeba było osobnych przyrządów, co by zbyt wiele wymagało było trudu. Co się zaś tyczy cynku, to, jak sobie przypominamy, skrzynia znaleziona u Przylądka Rozbitków, wyłożona była cała wewnątrz pokrywą z tego metalu, a niepodobna było z niego lepszego, jak w tej chwili, zrobić użytku.
Cyrus Smith postanowił zatem, po gruntownej rozwadze, sporządzić stos bardzo prosty, zbliżony do stosu, który wymyślił Becquerel w r. 1820, a w którego skład wchodzi sam tylko cynk. Co do innych substancyj, mianowicie kwasu azotowego i potazu, te miał je na swe rozkazy.
Oto, jakim sposobem złożył stos elektryczny, który skutek swój zawdzięczać miał wzajemnemu na się oddziaływaniu kwasu azotowego i potazu.
Sporządzono pewną ilość flaszeczek szklannych i napełniono je kwasem azotowym. Inżynier zatkał każdą z nich korkiem, przez który przechodziła rurka szklanna zasklepiona u dołu, która miała zanurzyć się w kwasie azotowym, za pośrednictwem czopa glinianego, obwiedzionego szmatą. Do środka takiej rurki wlewał z góry rozczyn potazu, otrzymany wprzódy przez spopielenie rozmaitych roślin, i tym sposobem kwas azotowy i potaz mogły przez glinę wzajemnie na się oddziaływać.
Cyrus Smith wziął następnie dwie płytki cynkowe, i jednę z nich zanurzył w kwasie azotowym, a drugą w rozczynie potasu. Natychmiast wytworzył się prąd, który od płytki zanurzonej we flaszeczce szedł ku płytce zanurzonej w rurce, a skoro obie płytki połączone ze sobą zostały za pomocą drutu metalowego, płytka w rurce została biegunem dodatnim, a płytka we flaszeczce biegunem ujemnym przyrządu. Ile było flaszeczek tyle wytworzyło się prądów, które połączone razem, wystarczały do wywołania wszystkich objawów właściwych telegrafom elektrycznym.
Tak wyglądał przyrząd przez Cyrusa Smitha równie znakomicie jak pojedynczo wykonany; przyrząd, za pomocą którego zdołał utworzyć telegraficzną komunikację między Pałacem Granitowym a oborą.
Dnia 6 lutego zaczęto wkopywać w ziemię słupy, opatrzone szklannemi izolatorami, na których spoczywać miał drut, wzdłuż drogi wiodącej do obory. W kilka dni potem przeciągnięto drut, który gotów był z szybkością stu tysięcy kilometrów w sekundzie przeprowadzać prąd elektryczny, a prąd ten miał wracać przez ziemię napowrót do miejsca, zkąd wyszedł.
Sporządzono dwa stosy, jeden dla Pałacu Granitowego, drugi dla obory, tak by nie tylko obora komunikować się mogła z Pałacem Granitowym, lecz także, w razie potrzeby, Pałac Granitowy z oborą.
Receptor i manipulator były również konstrukcji nadzwyczaj prostej. Na obu stacjach okręcał się drut telegraficzny dokoła elektro-magnesu, czyli kawałka miękiego żelaza obwiedzionego drutem. Gdy komunikacja między obydwoma biegunami była otwartą, prąd, wychodząc od bieguna dodatniego, przebiegał drut, udzielał się elektromagnesowi, który natenczas nabierał własność magnesu. Dość więc było umieścić przed elektromagnesem płytę z miękiego żelaza, którą tenże podczas trwania prądu ku sobie przyciągał, a która za przerwaniem prądu znów odpadała. Nadawszy tym sposobem płycie możność poruszania się, z łatwością przyszło Cyrusowi przymocować do niej wskazówkę, umieszczoną na tarczy, na której wypisane było dokoła całe abecadło, i tym sposobem korespondować z jednej stacji na drugą.
Dnia 12. lutego było wszystko gotowe. Tego dnia Cyrus Smith, puściwszy prąd po drucie telegraficznym, zapytał, czy wszystko idzie dobrze w oborze, i po kilku chwilach otrzymał od Ayrtona zadowalającą odpowiedź
Pencroff nie posiadał się z radości; co rana i co wieczora wysyłał telegram do obory, na który zawsze otrzymywał odpowiedź.
Ten rodzaj komunikacji przedstawiał dwie rzeczywiste korzyści: najpierw można było za pomocą niego przekonać się każdej chwili o obecności Ayrtona w oborze, a powtóre nie zostawiano go tym sposobem w zupełnej samotności. Zresztą nie upłynął nigdy tydzień, ażeby Cyrus Smith go nie odwidził, a i Ayrton od czasu do czasu przychodził do Pałacu Granitowego, gdzie zawsze znajdował szczere przyjęcie.
Tak upływał czas pogody wśród zajęć zwyczajnych. Zapasy osady, w jarzynach zwłaszcza i w zbożu, wzrastały z dniem każdym, a nasiona przywiezione z wyspy Tabor, przyjęły się wyśmienicie. Wielka Terasa przedstawiała widok ze wszech miar zadowalający. Czwarte z kolei żniwo wypadło świetnie, i łatwo się domyśleć, że nikt nie miał ochoty przekonywać się, czyli istotnie tegorazowy sezon wynosił czterysta miljardów ziarn. Pencroff jednak wpadł był z razu na tę myśl, ale gdy mu Cyrus Smith wytłumaczył, że gdyby liczył nawet po trzysta ziarn w minucie, czyli dziewięć tysięcy w godzinie, potrzebowałby około pięć tysięcy pięćset lat do ukończenia całego obrachunku, — dzielny marynarz uznał za stosowne odstąpić od swojego zamiaru.
Pogoda była wspaniała, a temperatura w dzień bardzo gorąca; zato wieczorem wiatr wiejący od morza studził upał powietrza i mieszkańcom Pałacu Granitowego użyczał chłodnych nocy. Było jednak kilka burz, które nie trwały wprawdzie długo, lecz zato z niesłychaną gwałtownością spadały na wyspę Lincolna. Kilka godzin bez przestanku błyskawice, jedna po drugiej, zapalały niebo i raz po raz odzywały się grzmoty.
W tym czasie małej naszej osadzie powodziło się nadzwyczaj pomyślnie. Podwórko roiło się od drobiu, nadwyżka jego szła na kuchnię, gdyż trzeba już było koniecznie zniżyć nieco jego liczbę. Nierogacizna miała już prosięta, i łatwo pojąć, że opieka nad temi zwierzętami pochłaniała wiele czasu Nabowi i Pencroffowi. Na onegasach, z których urodziły się tymczasem dwa piękne źrebce, jeździli najczęściej Gedeon Spilett i Harbert, który pod okiem korespondenta wyszedł na znakomitego jeźdzca i zaprzęgano je także do wozu, czy to dla zwiezienia drzewa i węgla do Pałacu Granitowego, czy też kruszców rozmaitego gatunku używanych przez inżyniera.
Przedsiębrano pod ten czas kilka wycieczek aż w sam głąb boru Zachodniej Ręki. Osadnicy mogli bezpiecznie zapuszczać się w te lasy, bez obawy aby ich nie zapadła słota lub burza, promienie słoneczne zaledwie bowiem przeciskały się przez tę gąszcz zbitą nad ich głowami. Zwidzili tak cały lewy brzeg Dziękczynnej, wzdłuż którego ciągnęła się droga z obory do ujścia rzeki Wodospadowej.
Ale podczas tych wycieczek osadnicy byli zawsze dobrze uzbrojeni, nieraz bowiem spotykali się po drodze z dzikami nadzwyczaj zajadłemi, z któremi trzeba było staczać walkę na serjo.
W tym samym czasie wytoczono także straszliwą wojnę jaguarom. Gedeon Spilett żywił ku nim szczególniejszą nienawiść, a uczeń jego Harbert podzielał ją najzupełniej.
Będąc tak uzbrojeni, nie lękali się wcale spotkania z temi bestjami. Harbert celował nadzwyczajną odwagą, a korespondent zdumiewającą zimną krwią. Więc też około dwadzieścia wspaniałych skór zdobiło już wielką salę Pałacu Granitowego, i gdyby tak dalej potrwało, rodzaj jaguarów musiałby w krótce wyginąć na wyspie Lincolna, co właśnie było celem naszych myśliwców.
Inżynier kilka razy uczestniczył w wyprawach przedsiębranych w nieznane dotąd okolice wyspy, które badał z najściślejszą uwagą. Innych on tropów niźli zwierzęcych, szukał w największych gęstwinach tych puszcz nieprzejrzanych, nigdy jednak nie wpadło mu w oko nic podejrzanego. Ani Top, ani Jow, którzy mu towarzyszyli, nie zdradzali również nigdy swem zachowaniem się, ażeby odkryli coś nadzwyczajnego, a jednak nieraz jeszcze szczekał pies nad otworem owej studni, u której inżynier przedsiębrał był bezskuteczne poszukiwania.
W tym to czasie Gedeon Spilett, przy pomocy Harberta, zdjął kilka widoków z najbardziej malowniczych okolic wyspy, zapomocą przyrządu fotograficznego, znalezionego w skrzyni, którego pierwszy raz dopiero użyto.
Przyrząd ten, opatrzony silną objektywą, był zupełnie kompletny. Nie brakowało żadnego ze składników potrzebnych do odbić fotograficznych, ani kolodionu do przysposobienia płyty szklanej, ani azotanu srebrnego do uczynienia ją czułą na działanie promieni słonecznych, ani podsiarczynu sodowego do utwierdzenia otrzymanego obrazu, ani chlorku amonu do opłukania w nim papieru przeznaczonego do zdjęcia obrazu, ani octanu sodowego i chlorku złota do nasycenia nim samego obrazu. Były już nawet gotowe papiery nachlorkowane i dość było przed położeniem ich w ramkę na obraz odwrotny, zanurzyć je poprzednio kilka minut w rozczynie azotanu srebrowego.
Korespondent i jego pomocnik wyszli wkrótce na bardzo biegłych fotografów, i zdjęli kilka pięknych widoków, jako to: widok całej wyspy, uchwyconej ze szczytu wielkiej Terasy, z górą Franklina sterczącą na widnokręgu, z ujściem Dziękczynnej tak malowniczo między wysokie skały ujętej, z łąką i oborą opierającą się o pierwsze łańcuchy góry; widok na cały przylądek Ostrego Szponu, w tak ciekawych zarysowujący się linjach, widok przylądka Rozbitków itp.
Fotografowie nie zapomnieli także zdjąć portretów wszystkich mieszkańców wyspy, nie wyjmując nikogo.
— To ludniejszemi robi te miejsca, mawiał Pencroff.
I marynarz zachwycony był swoim portretem, wiernie trafionym, który wraz z innemi zdobił ściany Pałacu Granitowego, i rad stawał, patrząc na tę wystawę, jakby na najwspanialszą w Broadway.
Trzeba jednak przyznać, że najpodobniejszym ze wszystkich był portret pana Jowa. Pan Jow przybrał pozę onej pełną niewysłowienia powagi, i obraz jego był tak podobnym, iż zdawało się, że przemówi!...
— Zdaje się, że się w tej chwili skrzywi! zawołał Pencroff.
I pan Jow musiałby był chyba być bardzo wybrednym, gdyby był nie był zadowolonym, ale pan Jow był zadowolonym i spoglądał na swój wizerunek z wyrazem dziwnie sentymentalnym, z którego przezierała lekka doza zarozumiałości.
Wielkie upały letnie ustały w miesiącu marcu. Od czasu do czasu padał deszcz, lecz powietrze było jeszcze ciepłe. Ten miesiąc marzec, odpowiadający wrześniowi na półkuli północnej, nie był tak pięknym, jakby się można było spodziewać. Zwiastował może zimę wczesną i ostrą.
Pewnego poranka — było to 21 marca — mogło się nawet zdawać, że już pierwszy śnieg upadł. W samej rzeczy Harbert, wstawszy zawczasu i wyjrzawszy przez okno Pałacu Granitowego, zawołał:
— Patrzcie no! wysepka cała przykryta śniegiem!
— Co, śniegiem? o tym czasie? zapytał korespondent przystępując do Harberta.
Wkrótce przyłączyła się do nich reszta towarzyszy, zdołali jednak skonstatować tylko to jedno, że nietylko wysepkę, lecz cały brzeg morza u podnóża Pałacu Granitowego przykrywał jednostajnie biały całun.
— Dalibóg to śnieg! rzekł Pencroff.
— Lub coś bardzo do niego podobnego! odparł Nab.
— Lecz termometr wskazuje pięćdziesiąt ośm stopni (14° Cel. powyżej zera) zauważył Gedeon Spilett.
Cyrus Smith w milczeniu spoglądał na ten biały całun, nie wiedział bowiem jak wytłumaczyć to zjawisko o tej porze roku i przy tej temperaturze.
— Do kroćset djabłów! zawołał Pencroff, nasze plantacje pomarzną!
I już marynarz miał zejść na dół, lecz ubiegł go w tem Jow, który czemprędzej spuścił się po linie do sieni.
Lecz zanim jeszcze orangutan dotknął stopą ziemi, gdy nagle cała ta olbrzymia płaszczyzna śnieżna wzbiła się do góry i zatrzepotała w powietrzu taką niezliczoną ilością białych ptaków, że przez kilka minut ściemniła wśród nich tarcza słoneczna.
— To ptaki! zawołał Harbert.
Była to w samej rzeczy ćma morskiego ptactwa o śnieżnych, połyskujących piórach. Krociami obsiadły były wysepkę i brzeg morza, i teraz znikały w oddali, zostawiając osadników pogrążonych w zdumieniu takiem, jakgdyby na jakiem widowisku czarodziejskiem, w skutek sztucznej zmiany dekoracji, ujrzeli nagle zimę przemienioną w lato. Na nieszczęście zmiana ta nastąpiła tak raptownie, że ani korespondent, ani Harbert nie mieli czasu ubić chociaż jednego z tych ptaków, których gatunku nie mogli rozeznać.
W kilka dni później, dnia 26. marca, upływało dwa lata, jak rozbitki napowietrzni wyrzuceni zostali na wyspę Lincolna!






ROZDZIAŁ XIX.
(Wspomnienia ojczyste. — Widoki na przyszłość. — Projekt zwidzenia wybrzeży wyspy. — Wyjazd 16. kwietnia. — Widok od morza na półwysep Wężowy. — Pokłady bazaltowe na wybrzeżach zachodnich. — Burza. — Noc. — Nowa żegluga.)

Dwa lata upłynęło! i już od dwóch lat osadnicy nasi wyłączeni byli od wszelkiej styczności z ludźmi! Nie mieli żadnych wieści ze świata cywilizowanego i żyli na tej odludnej wyspie zapomnieni, jakby na jakim poślednim płanecie świata słonecznego!
Co się przez ten czas działo w ich ojczyźnie? Zawsze mieli przed oczyma obraz rodzinnego kraju, rozdartego wojną domową, w chwili gdy go porzucali, a może i dotąd jeszcze broczącego w potokach krwi, którą wylało powstanie Południowców. Bolało ich to niezmiernie i nieraz o tem rozprawiali, nie wątpiąc jednak nigdy, że sprawa Północy w końcu odniesie tryumf na chwałę Stanów Zjednoczonych.
W ciągu tych dwóch lat ani jeden okręt nie pojawił się w pobliżu wyspy, nie dostrzeżono przynajmniej żadnego żagla. Widocznie wyspa Lincolna leżała zdala od dróg, których się trzymają okręty, co więcej była całkiem nieznaną — czego zresztą dowodziły mapy jeograficzne — gdyż w braku nawet portu, źródłowiska wody słodkiej, jakie posiadała, powinne były w przeciwnym razie ciągnąć okręty potrzebujące odświeżyć swe zapasy wody. Lecz otaczające ich morze było zupełnie puste, jak daleko wzrok sięgał, i osadnicy w urzeczywistnieniu swej nadziei powrotu do ojczyzny nie mogli liczyć na nikogo, prócz siebie samych.
Był jednak jeszcze jeden środek ratunku, i właśnie o nim rozprawiali osadnicy jednego z pierwszych dni kwietnia, zgromadziwszy się w wielkiej sali Pałacu Granitowego.
Była właśnie mowa o Ameryce, o kraju rodzinnym, którego tak mało mieli nadziei ujrzyć raz jeszcze.
— Jeden, jedyny sposób na pewne, jaki nam zostanie do wydobycia się z wyspy Lincolna, mówił Gedeon Spilett, będzie zbudować okręt tak duży, aby mógł wytrzymać kilkuset milową podróż na morzu. Zdaje mi się, że skoro się potrafiło zrobić szalupę, potrafi się zrobić i okręt!
— I że skoro dopłynęło się do wyspy Tabor, dopłynie się i do wysp Pomotuańskich! dorzucił Harbert.
— Nie powiem że nie, odparł Pencroff, który we wszystkich kwestjach marynarskich miał zawsze głos przeważny, — nie powiem że nie, chociaż to nie jest bynajmniej to samo, popłynąć blisko, a popłynąć daleko! Gdy nieprzyjazne wichry zagrażały naszej szalupie podczas podróży do wyspy Tabor, wiedzieliśmy o tem, że z jednej i z drugiej strony niedaleko był port, ale tysiąc dwieście mil upłynąć, to kawał drogi nie lada, a najbliższy ląd leży w tej odległości!
— A czy w takim razie, Pencroffie, nie odważyłbyś się na podobny hazard? zapytał korespondent.
— Odważę się na wszystko, na co tylko zechcecie, panie Spilett, odparł marynarz, pan wiesz że jestem jednym z tych ludzi, którzy przed niczem się nie cofną!
— Niezapomnijmy zresztą i o tem, że mamy teraz jednego marynarza więcej, zauważył Nab.
— A to jakiego? zapytał Pencroff.
— Ayrtona.
— To prawda, odparł Harbert.
— Jeżeli zechce pojechać z nami! zauważył Pencroff.
— Dobryś! czy sądzisz że, gdyby jach lorda Glenarvan przybił był do wyspy Tabor, podczas gdy Ayrton jeszcze się na niej znajdował, że byłby się wzbraniał jechać?
— Zapominacie, przyjaciele, rzekł na to Cyrus Smith, że Ayrton w ostatnich latach swojego tam pobytu, pozbawiony był całkiem rozumu. Lecz nie oto idzie. Idzie tu raczej oto, czy pomiędzy inne okoliczności, które mogą prawdopodobnem uczynić nasze ocalenie, mamy zaliczyć także i powrót okrętu szkockiego. Otóż lord Glenarvan przyobiecał Ayrtonowi powrócić po niego, skoro osądzi, że już dostatecznie odpokutował za swe zbrodnie, a ja wierzę że powróci.
— A ja dodam, że powróci niebawem, rzekł korespondent; — wszak już dwanaście lat Ayrton pokutuje!
— Zgadzam się z wami na to, że lord powróci, i to wkrótce, odparł Pencroff. Lecz w takim razie dokąd się uda? Na wyspę Tabor, a nie na wyspę Lincolna.
— A to tem pewniej, że wyspy Lincolna nie ma nawet na mapie, odparł Harbert.
— Dlatego też, rzekł inżynier, musimy przedsięwziąć stosowne środki, ażeby o naszym i Ayrtona pobycie na wyspie Lincolna, pozostawić jakiś znak na wyspie Tabor.
— Oczywiście, odparł korespondent, i nic łatwiejszego jak w owej chacie, którą zamieszkiwali kapitan Grant a później Ayrton, zostawić wskazówkę o położeniu jeograficznem naszej wyspy, wskazówkę, którą lord Glenarvan i jego ludzie odnajdą niezawodnie.
— Złość mnie bierze, odezwał się marynarz, żeśmy zapomnieli to uczynić podczas naszej pierwszej podróży do wyspy Tabor.
— A dlaczegożeśmy to mieli wtedy uczynić? odparł Harbert. Wszak nie znaliśmy jeszcze wówczas historji Ayrtona; nie wiedzieliśmy o tem, że kiedyś po niego przypłyną, a gdyśmy się dowiedzieli, pora roku była już zbyt spóźnioną, byśmy mogli byli powrócić na wyspę Tabor.
— Tak jest, odparł Cyrus Smith, była już późna jesień, trzeba więc tę podróż odłożyć do przyszłej wiosny.
— A gdyby jach szkocki przybył tymczasem? zapytał Pencroff.
— Bardzo o tem wątpię, odparł inżynier, lord Glenarvan bowiem nie obierałby właśnie pory zimowej, aby się puszczać na tak dalekie morza. Albo więc wrócił już na wyspę Tabor przez ten czas, kiedy Ayrton jest z nami, to jest w ciągu tych pięciu miesięcy, i odpłynął, albo przybędzie dopiero później, i dość będzie czasu pierwszych pogodnych dni października udać się na wyspę Tabor, i tam zostawić wiadomość o sobie.
— Trzeba przyznać, rzekł Nab, że byłoby o wielce fatalną rzeczą, gdyby Duncan dopiero kilka miesięcy temu pojawił się był w tych stronach!
— Mam nadzieję, że tak nie było, odparł Cyrus Smith, i że niebo nie pozbawiło nas tego najdzielniejszego środka wybawienia, jaki nam pozostał!
— Sądzę, rzekł korespondent, że na wszelki wypadek za powrotem naszym na wyspę Tabor, będziemy wiedzieli, czego się trzymać, jeśli bowiem Szkoci już tam byli, to niezawodnie musieli zostawić ślady swojego pobytu.
— To rzecz jasna, odparł inżynier. Ponieważ więc, przyjaciele, pozostał nam jeszcze ten środek wybawienia, czekajmy przeto cierpliwie, a gdyby on nas ominął, wtedy obaczymy co począć dalej.
— W każdym razie, rzekł Pencroff, rozumie się, że czy w ten czy w inny sposób opuścimy wyspę Lincolna, to nie dlatego, aby nam tu źle było!
— Wcale nie, Pencroffie, odparł inżynier, ale dlatego, że jesteśmy tu odłączeni od wszystkiego, co człowiek najbardziej na świecie kochać powinien, od rodziny, przyjaciół, kraju ojczystego!
Powziąwszy to postanowienie, nie było odtąd więcej mowy o budowie okrętu tak dużego, by się można było puszczać nim bądź to na północ, aż do Archipelagu, bądź na zachód, aż do Nowej Zelandji, a zajmywano się zwykłemi robotami, ze względu na zbliżającą się trzecią z rzędu zimę, którą mieli przepędzić w Pałacu Granitowym.
Bądź co bądź postanowiono jednak przed rozpoczęciem się słot zimowych użyć szalupy do objażdżki na około wyspy. Nie zwidzono jeszcze bowiem do tego czasu dokładnie wszystkich wybrzeży, a zwłaszcza mieli osadnicy bardzo niejasne wyobrażenie o wybrzeżach zachodnich i północnych, od ujścia rzeki Wodospadowej aż do przylądku Obu Szczęk, tudzież o wąziutkiej zatoce wżynającej się w niego na kształt szczęki rekina.
Projekt tej wycieczki podał Pencroff, a Cyrus Smith dał na nią zupełne przyzwolenie, sam bowiem chciał poznać całą tę część swego państwa.
Czas był w ówczas zmienny, barometr jednak nie czynił zbyt gwałtownych skoków, można się więc było spodziewać znośnej pogody. Właśnie w pierwszym tygodniu miesiąca kwietnia, po niskiem opadnięciu, zaczął się znów barometr podnosić przy silnym wietrze zachodnim, który trwał pięć lub sześć dni; stopniowo jednak wskazówka instrumentu podniosła się do wysokości dwudziestu dziewięciu i dziewięć dziesiątych cali (759mm, 45); pora zdawała się sprzyjać.
Dzień wyjazdu naznaczono na 16 kwietnia a Bonawenturę stojącego kotwicą w porcie Balonowym, zaopatrzono we wszystkie przybory do dłuższej podróży.
Cyrus Smith uprzedził Ayrtona o zamierzonej wyprawie i zaproponował mu, by wziął w niej udział; lecz ponieważ Ayrton wolał zostać na lądzie, uradzono zatem, ażeby podczas nieobecności towarzyszów zamieszkał w Pałacu Granitowym. Pan Jow miał mu dotrzymywać towarzystwa, czemu on ze swej strony nie miał nic do zarzucenia.
Dnia 16 kwietnia, z rana, osadnicy w towarzystwie Topa wsiedli na okręt. Tęgi wiatr pociągał od strony południowo-zachodniej i Bonawentura, wypłynąwszy z portu Balonowego, musiał lawirować, aby się dostać do przylądku Jaszczurczego. Z owych dziewięćdziesięciu mil, które wyspa liczyła w obwodzie, około dwadzieścia przypadało na wybrzeże południowe, od portu aż do przylądku. Ztąd wynikała konieczność, ażeby tych dwadzieścia mil przebyć jak najprędzej, wiatr bowiem był w całej swej sile.
Nie mniej jednak trzeba było całego jednego dnia ażeby dotrzeć do przylądka, statek bowiem, wypływając z portu, miał jeszcze tylko dwie godziny odpływu, przeciwnie zaś sześć godzin przypływu, które niezmiernie utrudniały żeglugę. Noc więc już była zapadła, gdy okrążono przylądek.
Pencroff zaproponował tedy inżynierowi płynąć dalej z średnią chyżością, z dwoma rejami u żagla. Cyrus Smith jednak wolał rzucić kotwicę o kilkadziesiąt sążni od lądu, by módz w dzień raz jeszcze oglądnąć tę część wybrzeża. Uradzono nawet, ponieważ chodziło o szczegółowe zbadanie wybrzeży wyspy, nie płynąć w nocy, i z wieczora zarzucać kotwicę w pobliżu lądu, jeśli tylko stan pogody na to pozwoli.
Noc zatem całą przepędził statek na kotwicy u przylądku. Wiatr ustał razem ze zmierzchem i cisza zupełna panowała w powietrzu. Pasażerowie, z wyjątkiem marynarza, spali może mniej smacznie na pokładzie Bonawentury, niżeli w komnatach Pałacu Granitowego, lecz koniec końców spali wszyscy.
Nazajutrz, dnia 17 kwietnia, Pencroff skoro świt rozwinął żagle, i korzystając umiejętnie z wiatru, przy samych prawie brzegach prowadził statek.
Osadnikom naszym znane już były te wybrzeża lesiste, a tak wspaniałe, przebiegli je bowiem byli zkraju pieszo, mimo to wzbudziły w nich nowy podziw. Podsunęli się do brzegów jak można było najbliżej, zwolniwszy zarazem biegu, by wszystkiemu dokładnie się módz przypatrzeć, bacząc tylko, by nie potrącić o który z pływających tu i ówdzie pniaków. Kilkakrotnie nawet zarzucali kotwicę, i Gedeon Spilett zdejmował fotograficzne widoki tych wspaniałych okolic.
Około południa przybył Bonawentura do ujścia Rzeki Wodospadowej. Na prawym jej brzegu widać było znów drzewa, ale już rzadsze, a trzy mile dalej, tworzyły one już tylko pojedyńcze grupy rozrzucone pomiędzy zachodniemi pasmami góry, której nagi grzbiet ciągnął się do samego wybrzeża.
Co za przeciwieństwo między południową a północną częścią tych wybrzeży! O ile ta była lesista i bujną pokryta zielonością, o tyle tamta skalistą i dziką! Rzekłbyś, że to jedno z owych żelaznych pasm ziemi, jak je w niektórych krajach nazywają, a kształty jego konwulsyjnie wykrzywione zdawały świadczyć o tem, że w jednym z odwiecznych okresów geologicznych, w roztopionym jeszcze bazalcie, dokonała się tu rzeczywista krystalizacja. Te piętrzące się jedna nad drugą skały przedstawiały widok straszliwy, który niezawodnie byłby był przeraził osadników, gdyby los wyrzucił ich był w tej części wyspy Lincolna! Ze szczytu góry Franklina nie mogli dostrzedz ponurego obrazu tych wybrzeży, ze zbyt wysoka bowiem patrzyli na nie; lecz od strony morza przedstawiały one widok tak dziwaczny, że równego nie znalazłby może nigdzie na świecie.
Bonawentura płynął wzdłuż tych wybrzeży, w oddaleniu pół mili. Łatwo było rozpoznać, że składały się one z brył rozmaitej wielkości, od dwudziestu do trzystu stóp wysokich, i rozmaitych kształtów, okrągłych jak wieża, czworograniastych jak dzwonnica, piramidalnych jak obelisk, stożkowych jak komin fabryczny. Lodowce mórz północnych w swej wspaniałej grozie nie mogły mieć kształtów dziwaczniejszych! Tu wisiał jakoby most przerzucony z jednej skały na drugą, ówdzie rysowały się potężne łuki niby w nawie kościelnej, których szczytu wzrokiem nie podobna było dosięgnąć; na jednem miejscu wznosiły się olbrzymie pieczary, których sklepienia przedstawiały widok wspaniały, na innem znów jeżył się istny las iglic, wieżyczek i kończyn w takiej liczbie, jakiej żadna katedra gotycka nigdy nie posiadała. Najkapryśniejsze wymysły natury, stokroć dziwaczniejsze i rozmaitsze niżeli wyobraźnia ludzka wytworzyćby zdołała, jednoczyły się tu na tych wspaniałych wybrzeżach, ciągnących się ośm lub dziewięć mil wzdłuż.
Cyrus Smith i towarzysze jego spoglądali na nie z wyrazem zdumienia graniczącego z osłupieniem. Milczeli jednak wszyscy, Top tylko nie troszcząc się o to, co się w około niego działo, poszczekiwał głośno, a szczekaniu jego odpowiadały tysiącznem echem skały bazaltowe. Inżynier zauważył nawet, że szczekanie to było jakieś dziwaczne, jakby podobne do owego nad otworem studni w Pałacu Granitowym, i rzekł:
— Przybij do brzegu.
I Bonawentura przysunął się jak można było najbliżej do skał nadbrzeżnych. Być może, że znajdowała się między niemi jaka jaskinia, którą należało przeszukać? Lecz Cyrus Smith nie dostrzegł żadnej jaskini, ani wklęsłości, któraby służyć mogła za schronienie jakiemukolwiek stworzeniu, fale bowiem morskie płukały same podnóże tych skał. Wkrótce Top przestał szczekać i statek oddalił się znów kilkadziesiąt sążni od brzegów.
W północno-zachodniej części wyspy brzegi zaczęły być znów płaskie i piaszczyste. Tu i ówdzie rosły z rzadka drzewa na moczarowatej nizinie, którą przedtem już poznali byli osadnicy. Gwałtowne przeciwieństwo między tamtą okolicą tak odludną i pustą stanowiła ta, ożywiona mirjadami morskiego ptactwa.
Wieczorem Bonawentura rzucił kotwicę w lekkim załomie, który tworzył w tym miejscu brzeg, na północy wyspy przy samym lądzie, ponieważ morze było tu dość głębokie. Noc upłynęła jako tako, wiatr bowiem zamierał, że się tak wyrazimy, z ostatniem promieniem słońca, i ożywiał się dopiero na nowo z pierwszym brzaskiem dnia.
Ponieważ łatwo było wylądować, więc tego poranka, fachowi myśliwcy osady, to jest Harbert z Gedeonem Spilettem, wyszli na dwugodzinną przechadzkę, z której powrócili z wieńcem dzikich kaczek i bekasów. Top dokazywał cudów, i dzięki jego gorliwości i zręczności, ani jedna sztuka zwierzyny nie przepadła.
O godzinie ósmej z rana Bonawentura rozwinął żagle i pomknął raźnie ku przylądkowi Górnej Szczęki, miał bowiem wiatr z tyłu i to coraz silniejszy.
— Zresztą nie dziwiłbym się wcale, rzekł Pencroff, gdyby się zerwał wicher od zachodu. Wczoraj słońce zaszło czerwono na widnokręgu, a dziś rano te białe smugi na niebie nie wróżą także nic dobrego.
Te białe smugi, o których wspominał Pencroff, zwane w technicznym języku cyrohusami, snują się zwykle na samym szczycie widnokręgu, w wysokości nigdy mniej jak pięciu tysięcy stóp nad poziomem morza. Wyglądają jak leciuchne płatki waty, i zwiastują zwykle wzburzenie żywiołów.
— Rozwińmy więc wszystkie żagle, jakie tylko mamy, i szukajmy schronienia w Zatoce Rekinowej, rzekł Cyrus Smith. Sądzę, że Bonawentura będzie tam bezpieczny.
— Najzupełniej, — odparł Peneroff, — a zresztą wybrzeża północne składają się z samych tylko wydm piaszczystych, wcale nie ciekawych.
— Nie gniewałbym się wcale, dodał inżynier, — gdybym nietylko noc, ale i cały dzień jutrzejszy musiał przepędzić w tej zatoce, która zasługuje na to, by ją starannie oglądnąć.
— Sądzę, że chcąc nie chcąc będziemy do tego zmuszeni, odparł Pencroff, niebo zaczyna przybierać groźną minę na zachodzie. Widzisz pan jak się chmurami zaciąga!
— Bądź co bądź mamy wiatr pomyślny dla naszej żeglugi do przylądka Obu Szczęk, zauważył korespondent.
— Wyśmienity wiatr, odparł marynarz; lecz aby wjechać do zatoki, trzeba będzie lawirować, wolałbym więc w biały dzień płynąć po tych wodach, których zupełnie nie znam!
— Wody te muszą być napełnione rafami, dodał Harbert, — sądząc potem, cośmy widzieli u południowych brzegów Zatoki Rekinowej.
— Pencroffie, rzekł nato Cyrus Smith, rób, jak potrafisz najlepiej, spuszczamy się na ciebie zupełnie.
— Bądź pan spokojnym, panie Cyrusie, odparł marynarz, nie będę się narażał bez potrzeby! Wolałbym, żeby mi kto wepchnął nóż w moje własne żywe ciało, jak żeby rafa jaka przedziurawiła żywe ciało mojego Bonawentury!
Pod „żywem ciałem“ rozumiał tu Pencroff zanurzoną w wodzie spodnią część okrętu, o którą dbał więcej, jak o własną skórę!
— Która godzina? zapytał Pencroff.
— Dziesiąta, odparł Gedeon Spilett.
— A jak daleko, panie Cyrusie, ztąd do przylądku?
— Około piętnastu mil, odparł inżynier.
— Potrzeba więc półtrzecia godziny, rzekł marynarz; — między południem a godziną pierwszą staniemy naprzeciw przylądka. Na nieszczęście przypływ o tej godzinie ustanie a zacznie się odpływ. Obawiam się zatem, że będzie bardzo trudno dopłynąć do zatoki, mając wiatr i morze przeciwko sobie.
— Tem bardziej że mamy dziś pełnię, dodał Harbert, a te przypływy i odpływy kwietniowe bywają bardzo silne.
— A nie mógłbyś, Pencroffie, zarzucić kotwicę na rogu przylądku? zapytał Cyrus Smith.
— Co? zarzucić kotwicę przy samym lądzie, mając w perspektywie burzę! zawołał marynarz. Co pan myślisz, panie Cyrusie? Toby znaczyło dobrowolnie wystawiać statek na niechybne rozbicie!
— Więc cóż myślicie począć?
— Będę się starał wytrwać na pełnem morzu aż do nadejścia przypływu, to jest do godziny siódmej z wieczora, a jeśli będzie jeszcze trochę widno, sprobuję wpłynąć do zatoki; gdyby się zaś nie udało, w takim razie będziemy krążyć całą noc na jednem miejscu, i jutro ze wschodem słońca wejdziemy do zatoki.
— Powiedziałem ci już raz, Pencroffie, że się zupełnie na ciebie spuszczamy, odparł Cyrus Smith.
— Ba! gdyby istniała latarnia morska na tych wybrzeżach, toby wygodniej było żeglarzom! rzekł Pencroff.
— W samej rzeczy, odparł Harbert, ale tym razem nie będzie już łaskawego inżyniera, który by nam zapalił ogień i pokazał drogę do portu!
— Aha, dobrze żeśmy sobie przypomnieli, kochany Cyrusie, rzekł Gedeon Spilett, nie podziękowaliśmy ci nawet za to. Na serjo, gdyby nie twój ogień, nie bylibyśmy nigdy zdołali dobić.
— Jaki ogień?... zapytał Cyrus Smith, mocno zdumiony słowami korespondenta.
— To znaczy, panie Cyrusie, odparł Pencroff, żeśmy byli w wielkim kłopocie na Bonawenturze ostatnich kilka godziń przed naszym powrotem, i że bylibyśmy pewnie minęli wyspę, gdyby panu nie było przyszło do głowy zapalić ów ogień w nocy z 19 na 20 października, na płaskowyżu Pałacu Granitowego.
— Tak, tak!... To była szczęśliwa myśl! odparł inżynier.
— Ale tym razem, dorzucił marynarz, nie będzie nikogo, ktoby nam oddał tę małą przysługę, chybaby Ayrton wpadł na ten pomysł!
— Tak! nikogo nie będzie! odparł Cyrus Smith.
A w kilka minut później, inżynier znalazłszy się sam na sam z korespondentem na przodzie okrętu szepnął mu do ucha:
— Słuchaj przyjacielu, jeśli jest coś pewnego na świecie, to to, że ani mi się śniło zapalić jaki ogień owej nocy z 19 na 20 października, ani na płaskowyżu Pałacu Granitowego, ani na jakimkolwiek innym punkcie wyspy!






ROZDZIAŁ XX.
(Noc na morzu. — Przystań Rekinowa. — Zwierzenia. — Przygotowania na zimę. — Wczesna zima. — Wielkie mrozy. — Roboty wewnętrzne. — Po sześciu miesiącach. — Klisz fotograficzny. — Wypadek niespodziewany.)

Stało się tak, jak przepowiedział Pencroff; przewidywania jego nie mogły go omylić. Wiatr stał się ostrzejszym i ze średniego prądu przeszedł w gwałtowny wicher, czyli osiągnął chyżość czterdziestu do czterdziestu pięciu mil na godzinę[7] a okręt płynący na pełnem morzu musiałby był zwinąć wszystkie żagle i zniżyć t. z. rej na bociana gnieździe. Ponieważ Bonawentura dopiero około godziny szóstej zbliżył się do przystani, a odpływ morza czuć się już dawał, niepodobna więc było wpłynąć do środka. Konieczność więc nakazywała trzymać się na pełnem morzu, Pencroff bowiem, choćby był nawet chciał, nie byłby był w stanie dotrzeć do ujścia Dziękczynnej. Rozpiąwszy zatem na wielkim maszcie trójkątny żagiel, miasto żagla używany zwykle podczas nawałnic, czekał spokojnie, zwracając się przodem statku ku lądowi.
Na szczęście, pomimo że wicher był bardzo gwałtowny, morze zakryte brzegami, nie było zbyt wzburzone. Nie obawiano się więc uderzenia wielkich bałwanów, od których małym statkom grozi wielkie niebezpieczeństwo. Nie zdołałyby one były zapewne przewalić na bok Bonawenturę, który dobry posiadał balast, niemniej jednak wielkie masy wody, zalewając pokład, mogłyby były zagrażać okrętowi, gdyby ściany nie stawiały należytego oporu. Pencroff, jako zręczny marynarz, gotów był na wszelkie przypadki. Prawda, że pokładał niezmierną ufność w swój statek, mimoto jednak z pewnym niepokojem oczekiwał dnia.
Przez całą noc Gedeonowi Spilettowi i Cyrusowi Smithowi nie nastręczała się sposobność do rozmowy, a jednak słowa, które inżynier szepnął był do ucha korespondentowi, zasługiwały, aby zastanowić, się raz jeszcze nad tą tajemniczą mocą, która zdawała się władać na wyspie Lincolna. Gedeon Spilett przemyśliwał nieustannie nad tym nowym, niewytłumaczonym wypadkiem, nad tym ogniem, który pojawił się był na brzegach wyspy. Wszak on go widział wyraźnie! Towarzysz jego, Harbert i Pencroff, widzieli go także! Ogień ten dopomógł im rozeznać położenie wyspy onej ciemnej nocy, nie mogli wątpić o tem, że go zapalił inżynier, a tymczasem Cyrus Smith oświadczył teraz wyraźnie, że nic podobnego nie uczynił!
Gedeon Spilett postanowił, za powrotem do domu, raz jeszcze zagadnąć inżyniera o ten fakt, i skłonić go do uwiadomienia towarzyszów o tych dziwnych zdarzeniach. Może zdecydowanoby się wówczas na wspólne zwidzenie i zbadanie wszystkich części wyspy Lincolna.
Bądź co bądź tego wieczora nie pojawił się żaden ogień na tych wybrzeżach, nieznanych dotąd, tworzących wstęp do przystani, i statek całą noc pozostał na pełnem morzu.
Skoro pierwsze błyski jutrzenki zaświtały na wschodzie, wiatr, który tymczasem powoli się uspokoił, zmienił w dwóch czwartych kierunek, co ułatwiło Pencroffowi prześliznąć się przez wąski przesmyk, stanowiący wjazd do przystani. Około godziny siódmej nad ranem, Bonawentura, niesiony zrazu ku północnemu przylądkowi Szczęk, wśliznął się ostrożnie w przesmyk i wypłynął na wody przystani, okolone dokoła dziwacznem ocembrowaniem z zastygłej lawy.
— Oto mi kawałeczek morza jakby stworzony na wyśmienitą przystań, rzekł Pencroff. Całe floty mogłyby tu sobie bujać swobodnie!
— Co najdziwniejsza, zauważył Cyrus Smith, to że przystań tę utworzyły dwa potoki lawy, które wulkan wyrzucił, a które wzrastały przez kolejne wybuchy. Z tego wynika, że przystań ta ze wszystkich stron jest osłonioną, i zdaje się, że nawet podczas najgwałtowniejszych burz, morze jest tu tak spokojne, jak jezioro.
— Bez wątpienia, odparł marynarz, wiatr może się tu wcisnąć tylko przez ową wąską szyję pomiędzy oboma przylądkami, a prócz tego przylądek północny zasłania całkiem południowy, w skutek czego utrudniony mają doń przystęp wiatry nadbrzeżne. Doprawdy, Bonawentura nasz mógłby tu odpoczywać sobie cały rok, nie potrzebując zapuszczać kotwicy!
— Byłoby mu tu trochę za obszernie! zauważył korespondent.
— Ba! Mości Spilett, odparł marynarz, przyznaję, że jemu byłoby tu za obszernie, ale jeśliby floty Zjednoczonych Stanów potrzebowały bezpiecznego schronienia na Cichym Oceanie, nie znalazłyby pewnie lepszej, jak ta przystań!
— Znajdujemy się w paszczy rekina, zauważył Nab, robiąc alluzję do kształtu przystani.
— W samej paszczy, mój poczciwy Nabie! odparł Harbert, lecz nie boisz się przecież, aby nas pożarła?
— Wcale nie, panie Harbercie, odparł Nab, a jednak ta przystań nie bardzo mi się podoba.. Ma jakąś minę niedobrą!
— Dobryś! zawołał Pencroff, Nab mi obmawia moją przystań w chwili, kiedy ja przemyśliwam nad tem, aby złożyć ją w dani całej Ameryce!
— Lecz czy przynajmniej woda jest tu dosyć głęboką? zapytał inżynier, bo co wystarczy naszemu Bonawenturze, nie wystarczyłoby może naszym pancernikom.
— Łatwo się o tem przekonać, odparł Pencroff.
I marynarz zapuścił w głąb długi sznur z kawałkiem żelaza na końcu, który mu służył za sondę. Sznur ten liczył około pięćdziesięciu sążni długości i rozwinął się aż do końca, nie napotkawszy dna.
— Brawo, rzekł Pencroff, niech tu przyjdą nasze pancerniki, a pewnie nie osiądą na mieliźnie!
— W samej rzeczy, to istna przepaść, rzekł Cyrus Smith; ze względu jednak na pochodzenie wulkaniczne wyspy, nie dziw wcale, że dno morskie posiada takie zagłębienia.
— Zdawałoby się także, zauważył Harbert, że te ściany ktoś kilofem pościnał, i jestem pewny, że u stóp ich, nawet pięć i sześć razy tak długą sondą Pencroff nie dotarłby do dna.
— Wszystko to dobrze, ozwał się na to korespondent, muszę jednak zrobić Pencroffowi uwagę, że brakuje jednej nader ważnej rzeczy jego przystani!
— Jakiejże to panie Spilecie?
— Jakiegoś wcięcia lub rowu, którym by się dostać można w głąb wyspy. Nie widzę nigdzie punktu takiego, na którymby można oprzeć nogę!
W istocie wśród stromych stoków lawy, na całym obwodzie przystani, nie było jednego miejsca sposobnego do wylądowania. Była to jakby jedna nieprzebyta ściana, przypominająca fiordy norwegskie, lecz jeszcze bardziej naga i jałowa. Bonawentura opłynął dokoła tę ścianę, tak blisko, że ją prawie dotykał, lecz nigdzie nie odkryto najmniejszego wyskoku, na którymby pasażerowie mogli wylądować.
Pencroff pocieszał się, twierdząc, że w razie potrzeby możnaby za pomocą miny wydrążyć tę ścianę, a ponieważ nie było co dłużej robić w tej przystani, skierował więc statek ku szyi, i wypłynął znów na morze około godziny drugiej z południa.
— Uff! odsapnął Nab z wyrazem szczerego zadowolenia.
Zdawało się rzeczywiście, że poczciwemu murzynowi niesamowicie było w tej olbrzymiej paszczy!
Od przylądka Obu Szczęk do ujścia Dziękczynnej nie było więcej jak ośm mil.
Statek płynął wprost ku Pałacowi Granitowemu, wzdłuż brzegów, w jednomilowem oddaleniu. Po olbrzymich skałach z lawy nastąpiły wkrótce owe dziwaczne wydmy piaszczyste, wśród których Cyrus Smith tak cudownym sposobem został odnalezionym, a w których gościło setkami morskie ptactwo.
Około godziny czwartej Pencroff, zostawiając na lewo róg wysepki, wpłynął do kanału dzielącego ją od wyspy, i o godzinie piątej wrył się Bonawentura kotwicą w piasek u ujścia Dziękczynnej.
Trzy dni właśnie było minęło, jak osadnicy opuścili swą zagrodę. Ayrton oczekiwał ich na brzegu, a pan Jow wyszedł na przeciwko nich, mrucząc radośnie na powitanie.
Tak więc zwidzono wybrzeża całej wyspy, nie odkrywszy nigdzie żadnych podejrzanych znaków. Jeśli więc mieszkała na niej jaka istota tajemnicza, to chyba w owych nieprzybytych puszczach półwyspu Wężowego, gdzie jeszcze dotąd nie postała noga osadników.
Gedeon Spilett rozprawiał o tych rzeczach z inżynierem, i postanowili zwrócić uwagę towarzyszów na owe dziwne fakta, które się wydarzyły były na wyspie, a z których ostatni najbardziej był zagadkowym.
Cyrus Smith, wracając raz jeszcze do owego ognia, który zapaliła była nieznajoma jakaś ręka, po raz dwudziesty już może zapytywał korespondenta:
— Czy jesteś więc pewnym tego, żeś widział ów ogień? Może to był jaki częściowy wybuch wulkanu, lub jaki meteor?
— Nie, Cyrusie, odparł korespondent, był to z pewnością ogień zapalony ludzką ręką. Zresztą zapytaj Pencroffa i Harberta. Oni to samo co ja, widzieli, i potwierdzą moje słowa.
Wskutek tego, w kilka dni później, dnia 25. kwietnia, wieczorem, gdy wszyscy osadnicy zgromadzeni byli na Wielkiej Terasie, Cyrus Smith zabrał głos i odezwał się w te słowa:
— Przyjaciele, czuję się w obowiązku zwrócić uwagę waszą na niektóre wypadki zaszłe na naszej wyspie, o których radbym zasiągnąć waszego zdania. Wypadki te są, że się tak wyrażę, nadprzyrodzone...
— Nadprzyrodzone! zawołał marynarz, puszczając z fajki kłąb dymu. To może wyspa nasza jest także nadprzyrodzoną?
— Nie, Pencroffie, ale z pewnością tajemniczą, odparł inżynier, chybabyś ty potrafił nam wytłumaczyć to, czego ani ja, ani Spilett dotychczas nie potrafiliśmy pojąć.
— Mów pan, panie Cyrusie, odparł marynarz.
— Dobrze więc! Czy wiesz, ciągnął dalej inżynier, jakim sposobem, wpadłszy do morza, znaleziony zostałem o cztery mile w głąb wyspy, nie wiedząc sam, jak się tam dostałem?
— Może, w stanie nieprzytomnym... rzekł Pencroff.
— Nie, to się w żaden sposób nie da przypuścić, odparł inżynier. Idźmy dalej. Czy wiesz jakim sposobem zdołał Top odszukać wasze schronienie, pięć mil od pieczary, w której leżałem?
— Wrodzony instynkt psa... odparł Harbert.
— Osobliwy instynkt! rzekł korespondent, kiedy pomimo deszczu i wichru, jaki szalał owej nocy, Top przybył do „dymników“ całkiem suchy i niezabłocony!
— Idźmy dalej, rzekł inżynier. Czy rozumiesz jakim sposobem pies nasz wyrzucony został z wody, po owej walce w jeziorze z dugongiem?
— Nie, nie bardzo, przyznaję, odparł Pencroff, a ową ranę, którą dugong miał w boku, a która zdawała się pochodzić od ostrego jakiegoś narzędzia, także trudno wytłumaczyć.
— Idźmy jeszcze dalej, rzekł Cyrus Smith. Czyście zrozumieli, przyjaciele, jakim sposobem znalazło się owo ziarno śrótu w młodym pekarysie; jakim sposobem skrzynia tak szczęśliwie wyrzuconą została na brzeg, pomimo że nigdzie śladu nie było, aby się okręt jaki rozbił; jakim sposobem butelka zawierająca dokument, przy pierwszej naszej wycieczce na morze, nadpłynęła ku nam jakby na zawołanie; jakim sposobem czółno nasze, urwawszy cumę, przypędziło samo z prądem rzeki, właśnie w chwili, gdyśmy go potrzebowali; jakim sposobem, przy napadzie małp, drabina tak szczęśliwie zsunęła się na dół z okna Pałacu Granitowego; jakim sposobem wreszcie dokument, którego Ayrton, jak twierdzi, nigdy nie pisał, dostał się w nasze ręce?
Cyrus Smith wyliczył wszystkie zadziwiające zdarzenia, jakie zaszły były na wyspie, nie przepomniawszy żadnego. Harbert, Pencroff i Nab patrzyli po sobie nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, a szereg tych wypadków po raz pierwszy w ten sposób zestawionych, wprawił ich w największe zdumienie.
— Na honor! rzekł wreszcie Pencroff, masz pan słuszność, panie Cyrusie, trudno wytłumaczyć to wszystko.
— Otóż, przyjaciele moi, ciągnął dalej inżynier, do tych wypadków przyłączył się teraz nowy, równie niepojęty, jak tamte!
— Jakiż to wypadek, panie Cyrusie? zapytał żywo Harbert.
— Powiadasz, Pencroffie, ciągnął dalej inżynier, że gdyście wracali z wyspy Tabor, ujrzeliście ogień na wyspie Lincolna?
— Nie inaczej, odparł marynarz.
— Czy jesteś tego pewny, żeś widział ów ogień?
— Tak, jak pana widzę.
— I ty także, Harbercie?
— Ach! panie Cyrusie, zawołał Harbert, ogień ten jaśniał jak gwiazda pierwszorzędna!
— A może to w istocie była gwiazda? zapytał inżynier.
— Nie, odparł Pencroff, całe niebo bowiem pokryte było gęstemi chmurami, a w każdym razie, gwiazda nie wisiałaby tak nisko na widnokręgu. Przecież pan Spilett widział to samo, co my, może więc potwierdzić nasze słowa!
— Ja dodam, rzekł korespondent, że ogień ten jaśniał bardzo żywo i ciskał niby strugę światła elektrycznego.
— Tak! tak! zupełnie tak samo... odparł Harbert, i świecił z pewnością z wyżyny Pałacu Granitowego.
— Otóż, przyjaciele moi, odparł Cyrus, owej nocy z 19. na 20 października, ani ja, ani Nab, nie zapalaliśmy żadnego ognia na wyspie.
— Jakto? nie zapalaliście... zawołał Pencroff w najwyższem osłupieniu, które nie dało mu nawet dokończyć frazesu.
— Nie wychodziliśmy wcale z Pałacu Granitowego, odparł Cyrus Smith, a jeśli rzeczywiście ogień pojawił się na wyspie, to zapaliła go nie nasza, lecz inna jakaś ręka!
Pencroff, Harbert i Nab stali osłupieni. Złudzenie było niemożliwe, ogień prawdziwy i rzeczywisty uderzył ich wzrok owej nocy z 19 na 20 października!
Tak! musieli zgodzić się na to, że istniała tu jakaś tajemnica! Jakaś moc niewytłumaczona widocznie sprzyjająca osadnikom, lecz mocno drażniąca ich ciekawość, dawała się czuć na wyspie Lincolna, każdym razem jakby na zawołanie. Czyż-by w najgłębszych tajnikach wyspy ukrywać się miała jaka istota? O tem bądź co bądź należało się koniecznie przekonać!
Cyrus Smith przypomniał zarazem towarzyszom swoim, z jakim dziwnym niepokojem Top i Jow krążyli dokoła otworu studni łączącej Pałac Granitowy z morzem, i oznajmił im, że badał tę studnię, nie odkrywszy w niej jednak nic podejrzanego. Rezultatem tej rozmowy była uchwała powzięta przez wszystkich członków osady, ażeby za powrotem wiosny przeszukać i przetrząść całą wyspę, aż do najskrytszych jej zakątków.
Od tego dnia jednak Pencroff zdawał się niespokojnym. Zdawało mu się, że wyspa ta, którą uważał za swą osobistą własność, nie należała już odtąd całkowicie do niego, i że panowanie nad nią podzielił z nim władca, którego chcąc nie chcąc czuł się podwładnym. Niejednokrotnie rozprawiali z Nabem o tych wszystkich zdarzeniach, a będąc obaj z usposobienia już swego skłonni do wiary w rzeczy cudowne, przekonani byli prawie, że wyspa Lincolna zostaje pod wpływem potęg nadprzyrodzonych.
Tymczasem razem z miesiącem majem — któremu w strefach północnych odpowiada listopad — nadeszły dni słotne. Wszystko zapowiadało zimę ostrą i wczesną. To też niezwłocznie rozpoczęto roboty przygotowawcze na zimę.
Zresztą osadnicy nasi przygotowani byli na zimę, chociażby najostrzejszą. Nie brakowało im odzieży pilśniowej, a barany, podówczas bardzo rozmnożone, dostarczyły obficie wełny potrzebnej do wyrobu tych ciepłych materyj.
Ayrtona zaopatrzono oczywiście także w wygodną i ciepłą odzież. Cyrus Smith zaproponował mu, ażeby zimę spędził razem z nimi w Pałacu Granitowym, gdzie mu będzie lepiej niż w oborze, i Ayrton przyrzekł uczynić to, skoro tylko pokończy ostatnie roboty w oborze. Stało się to w połowie kwietnia. Odtąd żył Ayrton wspólnie z osadnikami i przy każdej sposobności okazywał się użytecznym; lecz zawsze był potulny i smutny, i nie brał udziału w zabawach swoich towarzyszów.
Większą część tej trzeciej z kolei zimy, którą osadnicy spędzali na wyspie Lincolna, przesiedzieli zamknięci w Pałacu Granitowym. Cały czas szalały burze i wichry straszliwe, które zdawały się wstrząsać skały w ich posadach. Morze zagrażało potopem całej wyspie, i niezawodnie okręt, któryby stał był kotwicą w pobliżu lądu, zginąłby był wraz z całym ładunkiem i załogą. Po dwakroć, podczas jednej z tych nawałnic, wezbrała Dziękczynna do tego stopnia, że obawiano się, by nie pozrywała mostów, a nawet trzeba było wzmocnić mosty na wybrzeżu, które zalewała woda zupełnie, gdy morze biło o brzegi.
Łatwo się domyśleć, że te straszliwe orkany, podobne do trąb powietrznych, zmięszane z deszczem i śniegiem, niemałe szkody sprawiły na Wielkiej Terasie. Najbardziej ucierpiały młyn i chlewy na drób. Osadnicy musieli często przedsiębrać najpilniejsze naprawy, inaczej bowiem drób byłby był narażonym na zagładę.
Podczas tych słot, kilka par jaguarów i gromady małp zapędziły się aż po same granice Terasy, i ciągle trzeba się było obawiać, ażeby zwinniejsze i śmielsze z nich, pędzone głodem, nie przeszły przez potok, który zwłaszcza wtedy, gdy był zamarznięty, łatwy nastręczał im przystęp. Gdyby nie straż ustawiczna, plantacje i zwierzęta domowe uległyby były niechybnej zagładzie, i nieraz trzeba było dawać ognia, aby utrzymać w przyzwoitem oddaleniu tych niebezpiecznych gości. To też nie brakowało zatrudnienia naszym osadnikom, oprócz bowiem zajęć po za domem, nastręczały się zawsze tysiączne roboty w samym Pałacu Granitowym.
Podczas wielkich mrozów urządzono także kilka pięknych polowań na wielkich bagnach Tadornskich. Gedeon Spilett z Harbertem, przy pomocy Jowa i Topa, wśród tych kroci kaczek, bekasów, cyranek, krzyków i czajek, nie dali żadnego strzału na wiatr. Przystęp do tych miejsc, tak pełnych zwierzyny, był łatwy, bądź to drogą Balonową, przeszedłszy most na Dziękczynnej, bądź też okrążając do koła skały przylądka Rozbitków, i myśliwi nie oddalali się od Pałacu Granitowego nigdy więcej, jak na dwie lub trzy mile.
Tak upłynęły cztery miesiące zimowe, istotnie ostre, to jest czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień. W ogóle jednak Pałac Granitowy nie wiele ucierpiał od tych słot, podobnie i obora, która mniej wystawiona od terasy, a w znacznej części zakryta górą Franklina, wytrzymywała tylko ostatnie pociski wichru, którego prąd łamał się poprzednio o lasy i wysokie skały nadbrzeżne. Szkody nie były więc znaczne, a zręczna i czynna ręka Ayrtona naprawiła je wkrótce, gdy w drugiej połowie października powrócił był na kilka dni do obory.
W czasie zimy nie zaszedł żaden nowy szczególniejszy wypadek. Nie zdarzyło się nic zagadkowego, pomimo że Pencroff z Nabem chwytali chciwie każde najmniej znaczące zdarzenie, ażeby je przypisać jakiejś tajemniczej przyczynie. Nawet Top z Jowem nie biegali więcej dokoła studni i nie zdradzali żadnego niepokoju. Zdawało się zatem, że szereg nadprzyrodzonych wypadków został przerwanym, chociaż często rozmawiano o nich wieczorami w Pałacu Granitowym, i utwierdzano się w postanowieniu przeszukania całej wyspy do najskrytszych i najniedostępniejszych jej zakamarków. Na chwilę jednak zdarzenie największej wagi, zdolne pociągnąć za sobą najsmutniejsze następstwa, odwiodło Cyrusa Smitha i jego towarzyszy od ich zamiarów.
Było to w październiku. Wiosna zbliżała się szybkiemi krokami. Natura odżywała pod wpływem promieni słonecznych, a między wiecznie trwającą zielenią drzew szyszkowych otaczających dokoła bór, pojawiały się świeże listki na obrostnicach, bankziasach i deodorach.
Przypominamy sobie, że Gedeon Spilett i Harbert, nieraz zdejmowali widoki fotograficzne z rozmaitych okolic wyspy Lincolna.
Otóż, 17. października, około godziny trzeciej z południa, Harbert, zwabiony piękną pogodą, wpadł na myśl, ażeby zdjąć widok z całej zatoki Stanów Zjednoczonych rozciągającej się naprzeciw Wielkiej Terasy, od przylądka Obu Szczęk aż do przylądka Ostrego Szponu.
Widnokrąg rysował się cudownie, a morze lekko kołysane wietrzykiem, stało w głębi nieruchome jakby jezioro, tu i owdzie tylko migocąc iskrami świetlanemi.
Harbert umieścił objektywę w jednem z okien dużej sali Pałacu Granitowego, tak że górowała nad całem wybrzeżem wraz z zatoką. Postępował przytem jak zazwyczaj, a otrzymawszy klisz, udał się po substancje złożone w ciemnym schowku Pałacu Granitowego, aby go utwierdzić.
Powróciwszy nazad i przypatrując się dokładnie kliszowi, dostrzegł na nim Harbert malutką plamkę, zaledwie widoczną, na samym widnokręgu morza. Usiłował kilkakrotnie zmyć ją, lecz to mu się nie udawało.
— To zapewne jakaś wada w szkle, pomyślał.
Z ciekawości zaczął ją badać za pomocą silnej soczewki, którą wyjął z dalekowidza.
Zaledwie jednak rzucił wzrokiem, wydał krzyk głośny, i omal klisz nie wypadł mu z ręki.
Pędem pobiegł do izby, w której znajdował się Cyrus Smith, podał klisz wraz z soczewką inżynierowi i pokazał mu ową malutką plamkę.
Cyrus Smith przypatrzył jej się; poczem chwyciwszy dalekowidz, poskoczył do okna.
Zwolna przeszedł dalekowidzem cały widnokrąg, zatrzymał się na wskazanym punkcie, poczem, odejmując lunetę od oka, wyrzekł tylko to jedno słowo: „Okręt!“
W samej rzeczy okręt pojawił się w okolicy wyspy Lincolna!


Koniec części drugiej



Przypisy

  1. Garhard Mercator, geograf i kartograf, ur. w r. 1512 we Flandrji, wsławił się wprowadzonym po raz pierwszy i od jego imienia nazwanym układem (projekcją) głównie do map morskich. (Przyp. tłum.)
  2. Ozdoba architektoniczna kapitelu w kształcie śruby. (Przyp. tłum.)
  3. We francuskim oryginale stoi: singe, tak murarze francuzcy nazywają swych pomocników. Ukrywający się tu w tym wyrazie dowcipny dwuznacznik nie da się w polskiem wiernie odtworzyć. Przyp. tłum.
  4. Port w Stanie Zjednoczonym Nowojorskim.
  5. Quintal równa się centnarowi. Quintal métrique — 100 kilogr. (200 funt.) (Przyp. tłum.)
  6. Wypadki opowiedziane tutaj w krótkości, wyjęte są z dzieła znanego zapewne niejednemu z czytelników, pt. „Dzieci kapitana Granta.“ I tu, i później zauważają czytelnicy pewne różnice pod względem dat, lecz później dowiedzą się także, dla czego pierwotnie nie mogły być podane prawdziwe daty. (Przyp. wydawcy.)
  7. około 106 kilometrów na godzinę. Przyp. aut.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.