Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tecznienie ich zamiarów wymagałoby było więcej czasu.
Minęło już było południe, gdy osadnicy nasi dobrze uzbrojeni i zaopatrzeni w kilofy i motyki, opuścili „dymniki“, przeszli po pod okna Pałacu Granitowego, rozkazawszy Topowi pozostać na jego stanowisku, i zamierzali się puścić się lewym brzegiem Dziękczynnej, ażeby dostać się na Wielką Terasę.
Lecz nie uszli jeszcze pięćdziesięciu kroków w tym kierunku, gdy nagle usłyszeli wściekłe ujadanie psa. Był to jakby rozpaczliwy alarm.
Stanęli.
— Biegnijmy! zawołał Pencroff.
I wszyscy popędzili co tchu z góry na dół ku wybrzeżom.
Przybiegłszy do zakrętu ujrzeli całą zmianę sytuacji.
W samej rzeczy małpy, zdjęte nagłą trwogą, którą wzbudziła w nich nieznana jakaś przyczyna, usiłowały ocalić się ucieczką. Dwie lub trzy z nich biegały i skakały z okna do okna ze zwinnością clown’ów cyrkowych. Nie próbowały nawet spuścić drabinki, po której łatwiej by im było zleść na dół, a może i w popłochu zapomniały o tym środku. Wkrótce pięć lub sześć małp było wystawionych na strzały, a osadnicy nasi biorąc je wygodnie na cel, dali ognia. Jedne z nich, ranione lub zabite, powpadały napowrót do środka, wydając przeraźliwe krzyki. Inne, spadłszy na dół, połamały karki i w kilka