Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gorąco przez inżyniera zamieniła się w gwałtowne rozdrażnienie, i prawdę mówiąc, mieli po temu powód.
— Doprawdy to głupia sprawa, rzekł wreszcie korespondent, i nie ma najmniejszej racji, ażeby się to skończyło.
— A jednak musimy ich z tamtąd wykurzyć, tych urwisów! zawołał Pencroff. Choćby ich było dwudziestu, damy sobie z nimi radę, lecz na to by trzeba zmierzyć się z nimi oko w oko! Tam do kata! Czy nie ma żadnego sposobu, ażeby się do nich dostać?
— Jest jeden, odparł nagle inżynier, któremu myśl jakaś strzeliła grzez głowę.
— Jeden? zapytał Pencroff. Więc dobry ten, kiedy nie ma innych! A cóż to za sposób?
— Spróbujmy spuścić się do Pałacu Granitowego przez dawny kanał odpływowy jeziora, odparł inżynier.
— A do kroćset sto tysięcy djabłów! zawołał marynarz. Że też mnie to nie przyszło do głowy!
Był to w samej rzeczy jedyny sposób dostania się do Pałacu Granitowego, ażeby we wnętrzu jego stoczyć walkę z czeredą małp i wyprzeć je z tamtąd. Prawda, że otwór kanału odpływowego zamurowany był skitowanemi kamieniami, mur ten trzeba było poświęcić, lecz można go było później naprawić. Na szczęście Cyrus Smith nie wykonał był jeszcze do tego czasu swego projektu zanurzenia otworu pod powierzchnię jeziora, w takim razie bowiem usku-