Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


minut później, według wszelkiego prawdopodobieństwa, w całym Pałacu Granitowym nie było ani jednej żywej małpy.
— Hurra! zawołał Pencroff, hurra! i jeszcze raz hurra!
— Po co tyle „hurra“! rzekł Gedeon Spilett.
— Albo co? Wszak wybite wszystkie co do nogi, odparł marynarz.
— Niech i tak będzie, lecz przez to nie dostaniemy się jeszcze do domu.
— Więc idźmy przez kanał odpływowy! odparł Pencroff.
— Bez wątpienia, rzekł inżynier, lecz byłoby lepiej...
W tej chwili, jakgdyby w odpowiedź na uwagę Cyrusa Smitha, ujrzeli jak drabinka prześlizgnęła się przez próg, rozwinęła się i stoczyła do samej ziemi.
— A do kroćset beczek! To rzecz dziwna! zawołał marynarz patrząc na Cyrusa Smitha.
— Aż nadto dziwne! przebąknął inżynier i wskoczył pierwszy na drabinkę.
— Uważaj pan, panie Cyrus! zawołał Pencroff, jeśli tam jest jeszcze który z tych pawianów...
— Zobaczymy zaraz, odparł inżynier nie zatrzymując się.
Towarzysze jego pospieszyli za nim i w minutę stanęli wszyscy u progu drzwi.