Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szukano wszędzie. Nie było nikogo ani w pokojach, ani w magazynie, z którym małpy obeszły się całkiem przyzwoicie.
— Tam do kata! a drabinka? zawołał marynarz. Gdzież jest ów dżentelmen, który nam ją spuścił?
Lecz w tej chwili dał się słyszeć krzyk i duża małpa, która ukrytą była w kurytarzu, wpadła do sali, goniona przez Naba.
— A! otóż mamy zbója! zawołał Pencroff.
I zamierzył się siekierą, by rozstrzaskać łeb małpie, lecz w tej chwili Cyrus Smith wstrzymał go za rękę i rzekł:
— Daruj jej życie, Pencroffie.
— Co, ułaskawić tego czarnego djabła?
— Tak! to on nam zrzucił drabinę!
Inżynier wyrzekł te słowa tonem tak osobliwym, że trudno było rozpoznać, czyli to mówił serjo czy żartem.
Mimo to rzucono się na małpę, która, po mężnej ze swej strony obronie, została powaloną i skrępowaną.
— Uff!... zawołał Pencroff. I cóż teraz poczniemy z tą małpą?
— Przyjmiemy ją na służbę! odparł Harbert.
Mówiąc to Harbert nie żartował wcale, wiedział bowiem, jaką korzyść można wyciągnąć z tej inteligentnej rasy małp.
Wówczas osadnicy nasi, zbliżywszy się do małpy, poczęli się jej uważnie przypatrywać. Należała ona do rodzaju tych antropomorfów, u których kąt twarzy mało co mniejszy jest od