Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bądź co bądź opanowani dziwacznością tego wypadku, zapomniawszy o znużeniu, stali u podnóża Pałacu Granitowego, nie wiedząc ani co myśleć, ani co począć, zadając sobie wzajemnie pytania, na które żaden nie był w stanie odpowiedzieć, i mnożąc w nieskończoność przypuszczenia, jedne najnieprawdopodobniejsze od drugich. Nab nie przestawał narzekać, mocno zrospaczony tem, że nie mógł dostać się do swej kuchni, tem bardziej że podróżne zapasy już się były wyczerpały, a w tej chwili nie sposób było je odnowić.
— Przyjaciele moi, odezwał się wówczas Cyrus Smith, pozostaje nam tylko jedno, czekać dnia, a potem począć sobie stosownie do okoliczności. Lecz idźmy oczekiwać go w „dymnikach“. Tam będziemy bezpieczni, a nie mając co jeść będziemy przynajmniej mogli spać.
— Ale kto to mógł być ów zuchwalec, co nam spłatał tego figla? zapytał raz jeszcze Pencroff, który w żaden sposób nie mógł się uspokoić.
Kto bądź był ów „zuchwalec“, nie pozostawało im nic, jak tylko stosownie do rady inżyniera, udać się do „dymników“ i tam oczekiwać dnia. Na wszelki wypadek dano rozkaz Topowi, ażeby pozostał pod oknami Pałacu Granitowego, a kiedy Top otrzymał jaki rozkaz, spełniał go zawsze, nie pytając wcale o powód. Dzielny pies pozostał zatem u stóp ściany granitowej, podczas gdy pan jego z towarzyszami schronili się między skały.