Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zaczynam być zdania, że na wyspie Lincolna dzieją się dziwne rzeczy! rzekł Pencroff.
— Dziwne? odparł Gedeon Spilet, wcale nie, Pencroffie, nic naturalniejszego pod słońcem. Ktoś przyszedł podczas naszej niebytności, wziął w posiadanie nasz pałac i ściągnął drabinkę!
— Ktoś! zawołał marynarz. Ale kto taki?...
— Nikt inny, tylko właściciel owego ziarnka śrótu, odparł korespondent. Od czegoż by był, jeśli nie od tego, ażeby wyjaśnić nam dzisiejszy nasz wypadek?
— Dobrze więc, odparł Pencroff klnąc, gdyż zniecierpliwienie zaczęło brać nad nim górę, jeśli tam jest kto na górze, ja go zaholuję, a radzę mu odpowiedzieć.
I głosem jak grzmot potężnym huknął marynarz przeciągłe: Ohe! które silnem echem odbiło się od skał.
Osadnicy wytężyli słuch i zdawało im się, że z wyżyn Pałacu Granitowego doszedł ich jakiś śmiech szyderczy, lecz z czyich ust tego rozpoznać nie mogli. Żaden głos jednak nie odpowiedział na wołanie Pencroffa, który bezskutecznie powtórzył jeszcze kilkakrotnie swe wezwanie.
Zaiste, wypadek ten mógł wprawić w zdumienie ludzi najobojętniejszych nawet, a osadnicy nasi obojętnymi być nie mogli. W ich położeniu każde zdarzenie miało pewną wagę, a z pewnością od siedmiu miesięcy, przez które zamieszkiwali wyspę, żadne zdarzenie nie było tak niespodziewanem i zdumiewającem.