Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niewyjaśnione okoliczności, w obec których cała ich przenikliwość i doświadczenie okazały się bezsilnemi. Nie podpadało wątpliwości, że wyspa ta kryła jakąś tajemnicę, ale jak ją przeniknąć? Co do Harberta, ten potrafił tylko gubić się w domysłach i chętnie byłby zapytał Cyrusa Smith. Co się tyczy Naba, ten powiedział sobie w końcu, że to go nic obchodzi, że to jest rzeczą jego pana, i gdyby się nie był obawiał urazić tem swoich kolegów, poczciwe murzynisko byłoby spało tej nocy z równie czystem sumieniem jak na swojem łóżku w Pałacu Granitowym!
Wreszcie najwięcej ze wszystkich wściekał się Pencroff i nie bez racji wrzał wielkim gniewem.
— To figiel, mówił, ktoś nam figla spłatał! Ale ja, ja nie lubię figlów i biada figlarzowi, jeśli wpadnie w moje ręce!
Zaledwie pierwszy brzask zaświtał na wschodzie, osadnicy nasi uzbrojeni należycie, udali się na brzeg morza, gdzie się wznosiły rafy. Pałac Granitowy, na który słońce wschodzące pierwsze rzucało promienie, musiał niebawem rozjaśnić się świtaniem porannem, i w samej rzeczy przed godziną piątą, okna, w których spuszczone były okiennice, ukazały się przez zasłonę z zieleni.
Z tej strony wszystko było w porządku, lecz wkrótce z piersi osadników dobył się krzyk na widok otwartych na ościęż drzwi, które przecież na odchodnem byli szczelnie zamknęli.