Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nab. Więc w samej rzeczy przyjmiemy go na służbę?
— Tak jest, Nabie, odparł inżynier z uśmiechem. Lecz nie bądź tylko zazdrośnym!
— I spodziewam się, że będzie doskonałym sługą, dodał Harbert. Zdaje się być jeszcze młodym, edukacja jego pójdzie łatwo, i nie będziemy potrzebowali zmuszać go gwałtem do posłuszeństwa, ani wyrywać mu bocznych zębów, jak to bywa w podobnych razach. On tylko do dobrych i łaskawych panów może się przywiązać.
— Będzie z nas miał takich panów, odparł Pencroff, który zapomniał już całkiem o swej urazie do „figlarzów.“
Poczem przystąpiwszy do orangutana, zapytał:
— Jakże się masz, mój chłopcze?
Orangutan odpowiedział lekkiem mruczeniem, które nie oznaczało zbyt kwaśnego humoru.
— Więc chcemy należyć do osady? zapytał marynarz. Wstąpimy zatem na służbę do p. Cyrusa Smitha?
Po raz drugi ozwało się mruczenie potakujące.
— I będziemy się kontentować samą strawą, bez innej zapłaty?
Trzecie mruczenie potakujące.
— Konwersacja jego jest monotonną, zauważył Gedeon Spilett.
— To dobrze! odparł Pencroff, najlepsi są ci słudzy, którzy najmniej gadają. A potem nie żąda pensji! — Słyszysz mój chłopcze? Na po-