Strona:Juliusz Verne-Tajemnicza Wyspa (ed. Seyfarth i Czajkowski) T.2.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A to łotr nad łotrami! zawołał marynarz. Jeśli cię kula potrafi uszczęśliwić, niedługo na nią poczekasz.
— Ależ kto to taki? zapytał Nab.
— Kto? nie poznałeś?...
— Nie.
— Ależ to małpa, makak czy kucyk, koczkodan czy orangutan, pawian, goryl czy plucha! Dom nasz najechały małpy, wdrapawszy się doń po drabince podczas naszej niebytności!
I w tej samej chwili jakby na potwierdzenie słów marynarza, odsunęły się okiennice i w oknach pokazały się trzy lub cztery małpy, które powitały prawych właścicieli domu tysiącem wykrzywiań i grymasów.
— Ja wiedziałem, że to figle! zawołał Pencroff, ale zaraz tu jeden z figlarzy zapłaci za resztę!
I w jednem okamgnieniu marynarz wymierzywszy strzelbę na małpy, dał ognia. Znikły wszystkie prócz jednej, która śmiertelnie ugodzona spadła na piasek.
Małpa ta wysokiego wzrostu należała do pierwszego rzędu czwororękich, w tym względzie nie zachodziła najmniejsza wątpliwość. Czy to był szympans, czy orangutan, goryl czy pawjan, w każdym razie należała ona do rzędu antropomorfów, nazwanych tak dla podobieństwa swego do istot rodzaju ludzkiego.
Harbert zresztą oświadczył, że był to orangutan, a jak wiadomo, chłopak ten znał się na zoologji.