Sfinks lodowy/Część pierwsza/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Sfinks lodowy
Data wydania 1898
Drukarz Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. D.
Tytuł orygin. Le Sphinx des glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Wyspy Smutku
Wyspy Kerguelen.



Puste, odstraszające silnemi mrozami, pozbawione prawie wszelkiego życia, zarówno zwierzęcego jak roślinnego, daleko ku południowemu biegunowi wysunięte wyspy, przez kapitana Cooka „Wyspami Smutku“ nazwane, stały się dziwnym zbiegiem okoliczności, widownią osobliwych aż do nieprawdopodobieństwa wypadków, zaszłych w pamiętnym mi na zawsze 1839 roku.
Właściwą geograficzną nazwą tych ziem położonych między 49°54' szerokości południowej, a 69°6' długości, jest „Kerguelen“ nadana im ku pamięci francuskiego barona tegoż nazwiska, który pierwszy w 1772 r., w podróży swej do bieguna południowego zaznaczył ich istnienie, chociaż mylnie uważał je za nowy ląd stały.
Jakakolwiek jednak byłaby naukowa ich nazwa, mojem zdaniem najwięcej licuje z ich charakterem miano „Wysp Smutku“ — taka tęsknota jakaś żałobna rozpostarła swe panowanie nad skalistemi, całunem śniegu pokrytemi ziemiami, wśród ciszy przerywanej jedynie hałasem burz południowego oceanu.
A jednak mimo tego, zamieszkują tu ludzie zarówno europejskiego, jak amerykańskiego pochodzenia, których nieliczne ówczesne grono powiększyła moja obecność od dnia 2-go czerwca 1839 r., gdym wylądował w porcie Christmas[1], mając na celu badania geologiczne i mineralogiczne. Wulkanicznego pochodzenia, o gruncie z wielką ilością kwarcu i kamienia barwy niebieskawej, wyspy Kerguelen najeżone stromemi skałami, mają wybrzeża poszarpane w głębokie zatoki, tworzące naturalne i wygodne dla okrętów przystanie. Z nich wszystkich jednak port Christrnas, który posiada największa z tych wysp, przedstawiająca powierzchnię równą połowie francuskiej Korsyki, najczęściej jest odwiedzanym, mianowicie przez okręty rybackie, które przybywają w te strony dla połowu wielorybów, pojawiających się tu w wielkiej ilości w pewnych porach roku.
Port ten osłonięty od północy ostro w morze wysuniętym przylądkiem „Francuskim” na którym wznosi się na 1800 stóp wysoka góra „Table-Mount”, jest tak obszerny i wygodny, że okręty raz zarzuciwszy w nim kotwicę, czują się zupełnie bezpieczne aż do czasu tworzenia się lodów, przed któremi wypada im z konieczności uciekać.
Krótka, właściwa podbiegunowym już okolicom, pora letnia, budzi do życia twarde, zielonkawe mchy i łomikamienie, suche, osobliwe krzewy, wreszcie jedynie tu napotykany pewien rodzaj kapusty, z liśćmi o smaku bardzo kwaśnym.
Na tem tle tak mało powabnem, ukazuje się w wielkich gromadach, nadciągające tu nieraz aż z północy różne ptactwo morskie, przeważnie „pingwiny królewskie”, oryginalne bezlotki, które w swem upierzeniu barwy żółtej z białą, w stojącej zwykle postawie, z głową w górę wzniesioną, z krótkiemi skrzydełkami, opadającemi na piersi nakształt ramion, powolne w ruchach, gdy chodzą po wybrzeżu, przypominają z daleka jakieś fantastyczne postacie ludzkie.
Oprócz tych pierzastych przybyszów, wyspy Kerguelen posiadają jeszcze z królestwa zwierząt: pokryte gladkiem futrem psy i cielęta morskie, foki opatrzone trąbami, i inne ssące, które żyją w zimnych wodach mórz północy i południa naszej ziemi, lubią w pewnych porach wychodzić na ląd i stają się wtenczas przedmiotem zabiegów myśliwskich, jako materyał podatny do handlu.
Jednego dnia, gdy stęskniony i znudzony otaczającą mię bezgraniczną, jak się zdawało pustką, chodziłem wzdłuż wybrzeża portu, spotkałem mego oberżystę, który powitawszy mię, zagadnął uprzejmie:
— Bodaj coraz więcej nudzisz się pan u nas, panie Jeorling?
— Rzeczywiście, czas oczekiwania wydaje mi się zbyt długim, niech cię to wszakże nie obraża, panie Atkins!
— Och, bynajmniej — spieszył zapewnić mię mój gospodarz — do podobnych bowiem odpowiedzi jestem tak przyzwyczajony, jak nadbrzeżne skały do uderzeń bałwanów.
— I stoisz pan wobec nich z równą obojętnością...
— Bezwątpienia, panie Jeorling. Tego samego bowiem dnia, gdyś pan wylądował w Christmas, i gdyś stanął w oberży Felicyana Atkinsa pod „Zielonym kormoranem”, powiedziałem sobie: za dwa tygodnie, jeżeli już nie za tydzień, gość mój będzie miał tej przyjemności dosyć i pocznie żałować, że wylądował na wyspach Kerguelen.
— Nie mam zwyczaju żałować czegokolwiek, com już uczynił...
— Dobry zwyczaj, panie!
— Zresztą, przebiegając te wyspy, miałem sposobność poznania wielu ciekawych dla mnie rzeczy — i zarówno z pokładów ziemi, jako też z twardych mchów i porostów które stanowią całą jej roślinność, zabieram z sobą cenne dla nauki okazy. Zwiedziłem wasze skały i płaszczyzny, gdzie albatrosy żyją w licznych gromadach i to mi również przedstawiło się godnem poznania. Od czasu do czasu ugościłeś mię pan przyprawionem własnoręcznie mięsem z petrela, które smakuje nieźle, gdy się ma dobry apetyt, i w ogóle nie mogę się skarżyć na przyjęcie pod „Zielonym Kormoranem”, za co jestem panu szczerze wdzięcznym. Lecz jeśli się nie mylę, już dwa miesiące upływa od czasu, jak w tym oto porcie opuściłem pokład chilijskiego statku, a pora zimowa, przyznasz to pan sam, nie jest tu nazbyt ponętną.
— Więc naturalnie masz pan już wielką ochotę wrócić do ojczystego Connecticut’u i jego stolicy Prowidencyi, która to ziemia również i moją jest ojczyzną. A może też pilno już panu, po trudach nużącej podróży zapuścić w rodzinnym gruncie głębsze korzenie?...
— Człowiekowi jak ja, mającemu już z górą lat 40, który przez długie lata wiódł życie wśród ciągłej zmiany, jaką dają podróże, trudno jest bardzo osiąść na miejscu i jak pan mówi, „zapuścić korzenie.”
— No, no! — odpowiedział Amerykanin, mrużąc filuternie prawe oko — sprobuj pan tylko osiąść na miejscu, a wnet nietylko korzenie, ale i konary odrastać poczną...
— Bywa tak w świecie, mój dobry panie. Zdaje mi się jednak prawdopodobniejszem, iż skoro dotąd nie mam rodziny, ród mój zaginie wraz ze mną. Co innego pan, który jesteś tu już drzewem i to ładnem drzewem...
— Dębem panie Jeorling, dębem zielonym — wtrącił z widocznem zadowoleniem oberżysta.
— I nie żałujesz pan z pewnością, że spełniłeś ogólne prawo nadane nam przez naturę, która, obdarzywszy nas nogami do chodzenia...
— Dała nam też na czem spocząć — dokończył Atkins jowialnie. — Od lat piętnastu — ciągnął dalej — siedzę sobie wygodnie w Christmas, wraz z moją żoną Babtystą i sześciorgiem dzieci, z których najmłodsze, jak młode koty, wdrapują mi się jeszcze na kolana...
— A nie masz pan zamiaru wrócić do ojczystego kraju?
— Do Baltimore, na dawną nędzę, panie, gdy tu nie miałem dotąd powodu skarżyć się na losy? — zawołał z przejęciem — nie panie!
— Winszuję ci, panie Atkins! Ale możebnem jest wszakże, że kiedyś przyjdzie ci ochota...
— Cóż znowu! Dąb ze mnie, mówiłem panu, dąb z zapuszczonemi w ten grunt głęboko korzeniami...
Z przyjemnością, chociaż nie bez zdziwienia słuchałem słów tego człowieka, który umiał czuć się szczęśliwym, jak owe pingwiny na skalistych, pustych brzegach niegościnnej ziemi Kerguelen, żyjąc tam wraz z zabiegliwą żoną i doskonałem zdrowiem cieszącemi się dziećmi, z których starsi synowie już na własną pracowali rękę: jeden jako cieśla, a dwaj drudzy zajmując się rybołóstwem lub polowaniem na foki. Swoją drogą interesa pod Zielonym Kormoranem szły wcale nie źle; pan Atkins bowiem miał zdolności kupieckie, więc starał się zawsze dobrze zaopatrzyć swój magazyn — i przybijające do portu okręty znajdowały tu potrzebne zapasy smoły, żywicy, tłuszczów, solonego mięsiwa ze zwierząt morskich i ryb, a wreszcie niejednę buteleczkę wisky i wódek wszelakich.
— Tak więc, panie Atkins — odezwałem się po krótkiej chwili, aby zakończyć rozmowę — przyjemnie mi żem zwiedził te ziemie, ale też nie będę się wcale gniewał, gdy się już znajdę znowu na okręcie.
— Jeszcze odrobinę cierpliwości — perswadował filozoficznie Atkins — nie trzeba nigdy pragnąć zbyt gorąco, ani przyspieszać chwili pożegnania! Zresztą nie zapominaj pan, że niebawem i do nas piękna nadejdzie pora. Za pięć lub sześć tygodni...
— A tak — zawołałem — za pięć lub sześć tygodni! Tymczasem zaś góry i doliny, skały i wybrzeża pokrywa gruba warstwa śniegu, a promienie słońca nie zdolne są rozpędzić mgły zakrywającej widnokrąg!
— A jednak z pod białej koszuli zimowej przegląda już trochę zieloności — wmawiał we mnie oberżysta.
— Może przez jakie szkła cudowne do patrzeć ją pan zdołałeś! Bądź wszakże szczerym ze mną Atkinsie i powiedz mi, czy w miesiącu sierpniu, który się równa lutemu naszej półkuli północnej, wody zatoki Christmas, nie pokryją się jeszcze lodami?
— Stanowczo przeczyć temu nie mogę, bywa bowiem z tem różnie, jak ze wszystkiem zresztą na świecie. Pewną jest wszakże rzeczą, że tegoroczna zima łaskawą była dla nas; to też tylko patrzeć jak ze wschodu lub zachodu przybędą okręty na bliski już połów...
— Niechże Opatrzność czuwa nad nami! — zawołałem. — Czy statek Halbran?...
— O, kapitan Len Guy — przerwał mi oberżysta — dzielnym jest marynarzem, chociaż jest Anglikiem, boć ostatecznie dzielnych ludzi w każdej narodowości spotkać można. Kapitan, mówię, zawsze zaopatruje się pod Zielonym Kormoranem.
— Więc myślisz pan, że Halbran...
— Pewny nawet jestem, że za tydzień lub najdalej za dwa tygodnie, ujrzymy z przylądka wysokie maszty statku; chyba żeby już nie stało kapitana Len Guy’a; a gdyby kapitana nie było, znaczyłoby to samo, że Halbran zatonął między Kerguelen i przylądkiem Dobrej Nadziei!... — Tu oberżysta zrobił wymowny gest, dający do zrozumienia całą niemożliwość podobnego wypadku, i pożegnał mnie skinieniem głowy.
Więcej niż kiedykolwiek skłonny byłem dnia tego do uwierzenia słowom Atkinsa, i począłem z duszy całej przyzywać nadejścia tej pięknej pory, którą mi tak wymownie zachwalał mój gospodarz.
Piękna pora — na tych przestrzeniach — to wyrazy zakrawające istotnie na ironię, bo chociaż Kerguelen leżą na szerokości odpowiadającej położeniu Paryża, lub Kwebeku w Kanadzie, jednak nie zapominajmy, że na południowej półkuli zima daleko jest ostrzejsza, aniżeli na północnej, a w takim samym stosunku zostaje również i lato. To też Kerguelen mają zimniejszy klimat o każdej porze roku, nawet od północnego przylądka Horn i wysp Falkland, co jak wiadomo jest koniecznym wynikiem pochylenia osi ziemi, a nadto lądy te wystawione są na straszliwe huragany i gwałtowne burze, szalejące zwykle na południowym oceanie.
— Niechżeby już raz przybył ów „Halbran” — myślałem, wodząc dokoła stęsknionem okiem, ten wyjątkowy statek tak zachwalany mi przez Atkinsa, który zwykł mi powtarzać teraz każdego wieczoru i ranka.
— Nie mógłeś pan lepszego zrobić wyboru: ze wszystkich kapitanów jakich znam, przyjaciel mój kapitan Guy, najlepiej zna swoje rzemiosło, a śmiały jest i odważny jak mało kto. Gdyby tylko odrobinę był rozmowniejszy i łatwiej udzielający się, byłby skończoną doskonałością.
Tak więc, skoro tylko ów statek zawinie do portu Christmas, i zatrzyma się w nim dni parę, jak to zwykle podobno bywało, postanowiłem nieodwołalnie zająć na nim miejsce i odpłynąć do wyspy Tristan d’Acunha, gdzie zamierzałem zatrzymać się parę tygodni, i gdzie również Halbran miał złożyć swój ładunek cyny i miedzi.
Tworząc jednak te plany, nie polegałem na nich, bo rozsądek każe — jak mówi Edgard Poë — „obliczać się zawsze z wszelkiemi, zajść mogącemi przeszkodami; ze wszystkiem co niewiadoma przyszłość przygotowuje dla nas”. Powyższe słowa genialnego autora amerykańskiego, wydały mi się nawet tem więcej godne uwagi, że sam będąc umysłu niezmiernie praktycznego, nie posiadając żadnej pomysłowości, ze szczerym podziwem byłem dla tego poety, obdarzonego wyjątkowo bujną fantazyą.
Tymczasem mijały dnie i już ze spadzistości skalnych znikała powoli monotonna białość śniegu, a na bazaltowych odłamach wybrzeży oraz w zacisznych dolinach zjawiały się blado zazielenione mchy i inne skromne rośliny miejscowe poczęły wychylać nieśmiało swe listki.
Każdego ranka śledziłem z zajęciem postęp budzącej się z uśpienia przyrody, skrzętnie poszukując nowych okazów. Życie zwierzęce wszakże na lądzie nie zbogaciło się wcale, prócz bowiem kilku bezskrzydłych prawie motyli, oraz drobnych o nędznej powierzchowności owadów, nic nowego odnaleźć nie mogłem, gdy tymczasem wody wybrzeży zapełniły się zwierzętami właściwemi tym stronom, a doliny i skały pozajmowały na letnie mieszkanie obok znanych nam już pingwinów, całe gromady czarnych jaskółek morskich czyli „petreli”, mew różnego gatunku, silnych kormoranów, zwinnych „fregat”, które może jeszcze dnia poprzedniego na północnej zimowały półkuli — wreszcie wyróżniających się wielkością bezlotków zwanymi „królewskiemi”, które zimując na wybrzeżach Afryki, instynktownie przeczuwają chwilę, gdy lody nie przeszkodzą im już wrócić do ojczystych okolic bieguna południowego. Niezliczone te rzesze wrzaskiem i krzykiem nie do opisania, napełniały powietrze.
Pewnego razu udało mi się szczęśliwie być świadkiem ciekawej sceny odlotu albatrosa, którego pozostałe gromady pingwinów żegnały, jako dobrego widać przyjaciela, najprzeraźliwszym swym krzykiem. Zauważyłem poprzednio, jak tenże sam albatros siedział nieruchomo czas dłuższy na szczycie wysokiej skały, niby na jakowejś strażnicy, z okiem zwróconem na pełne morze, aż nagle rozwinął szerokie skrzydła, przykurczył nogi, wyciągnął szyję, zakrakał głośno, wzniósł się w powietrze z szybkością nadzwyczajną i za chwilę jako maleńki punkcik czarny zniknął w mgłach otaczających widnokrąg.




..albatros zakrakał głośno i wzniósł się w powietrze...
Żaglowiec „Halbran“.



Objętości trzystu beczek ładunku, dokładnej i mocnej budowy, z okuciami z grubej miedzianej blachy, a pochyłemi, więc podatnemi pod najlżejszy wietrzyk masztami, wśród których wyróżnia się maszt wielki, z szerokim żaglem i całą siecią mocnych lin; na przodzie żagiel trójkątny i para łodzi po bokach. Taki był wedle opisu Atkinsa ogólny wygląd zewnętrzny żaglowca „Halbran”, który obok wytrzymałości jaką zapewniał, wyglądał lekko i zręcznie, czyniąc tem samem zasłużoną reklamę warsztatowi okrętów w Birkenhead, skąd pochodził.
Kapitan Len Guy, jako w 3/5 częściach właściciel statku, rozporządzał nim dowolnie, a będąc w bezustannym ruchu na morzach południowej Afryki i Ameryki, prowadził od lat sześciu handel różnemi towarami od wyspy do wyspy, od jednego do drugiego lądu stałego.
Jako więc wyłącznie kupiecki okręt, Halbran nie potrzebował owej licznej załogi, która jest niezbędną na statkach polujących na wieloryby; to też obok kapitana znajdował się tam jeden tylko oficer, jeden „bosman” czyli zawiadowca załogą, kucharz i ośmiu marynarzy. Że jednak wody, których się wyłącznie prawie trzymano, były stale nawiedzane przez rozbójników morskich, przezorność więc kazała uzbroić Halbrana w odpowiednią do obrony ilość armat, oraz wszelakiej broni i amunicyi, a baczna straż dniem i nocą zajmowała swe posterunki.
Wczesnym rankiem dnia 7-go sierpnia, zostałem nagle przebudzony silnem stukaniem do drzwi mego pokoju, oraz znanym mi głosem pana Atkinsa, który pytał:
— Panie Jeorling, czy śpisz pan jeszcze?
— A któż by mógł spać wobec hałasu, jaki pan robisz! — odpowiedziałem. — Cóż tam zaszło nowego?
— Widać okręt w oddaleniu sześciu mil jeszcze; zdaje się jednak, iż zmierza do naszego portu...
— Może to Halbran — zawołałem, zrywając się z łóżka.
— Przekonamy się o tem za parę godzin; w każdym razie jest to pierwszy okręt w tym roku, więc słusznie należy się mu jak najlepsze przyjęcie!
Z wyjątkowym pośpiechem dokończyłem szczegółów mojego ubrania i podążyłem do portu, z którego jednej strony odsłaniał się szeroki widok na morze.
Dzień był jasny, powietrze wolne od mgły, a morze lekko kołysane łagodnym powiewem wiatru.
Kilkunastu ludzi, przeważnie rybaków, zgromadziło się już w porcie, otaczając Atkinsa, jako osobistość bezwątpienia najbogatszą i najwięcej też poważaną wśród miejscowej ludności. Mimo, że wiatr sprzyjał przybywającemu okrętowi, tenże nie spieszył się zbytnio, czekając widocznie chwili przypływu. Zebrane towarzystwo skracało więc sobie chwile oczekiwania żywą rozmową, a nawet sprzeczką w kwestyi narodowości widzianego zdala statku.
Nie biorąc w tem osobistego udziału, z niemałom wszakże zajęciem słuchałem wygłaszanych zdań, choć przyznać muszę, że odczuwałem rzeczywistą przykrość, ilekroć wątpiono, aby to był tak upragniony przezemnie Halbran.
— Cóż znowu — oburzał się Atkins — któżby inny jeśli nie kapitan Len Guy przybywał tu pierwszy! Jestem tak tego pewien, jakbym już trzymał jego rękę w mojej i dobijał targu na parę centnarów kartofli, które zwykł odemnie kupować.
— Masz pan mgłę przed oczami! panie Atkins — odważył się powiedzieć jeden z rybaków.
— Ty na pewno masz większą we własnej głowie! — odrzucił gniewnie oberżysta.
— Ten okręt nie ma charakteru okrętów angielskich! — zauważył znowu ktoś inny. — Sądząc z jego śpiczastego przodu, przyznałbym mu raczej budowę amerykańską.
— Przeciwnie, jest całkiem angielski — upierał się Atkins — mógłbym przysiądź na to, że zbudowany został w Birkenhead, skąd właśnie i Halbran pochodzi.
— Ot, próżne gadanie! — dał się słyszeć stary jakiś rybak — już ja się znam na tem, i wiem że to jest „Amerykanin”, pochodzący z Baltimore.
— Głupiś! — z największą niecierpliwością — zawołał oberżysta; — przetrzyj sobie lepiej okulary i patrz jaką tam wywieszają chorągiew!
I rzeczywiście, właśnie w tej chwili zajaśniała nad żaglami chorągiew Zjednoczonego królestwa Wielkiej Brytanii, co naturalnie zakończyło wszelkie sprzeczki i domysły względnie do narodowości przybywającego, lecz jeszcze nie dało żadnego zapewnienia, aby to był stanowczo Halbran.
Ale i te niepewności upadły przed nadejściem południa, .gdy rzeczywiście statek kapitana Len Guy’a zarzucił kotwicę w porcie Christmas.
Poczciwy Atkins nie posiadał się z radości, którą wymownie objawiał gestami rąk i głowy, zwróconemi jako radosne powitania ku stojącemu na pokładzie kapitanowi.
Tymczasem usunięty nieco na bok, mogłem uważnie przyjrzeć się temu człowiekowi, którego mi oberżysta w tak pochlebnem przedstawił świetle. Był to mężczyzna w wieku około 45 lat, silnie zbudowany, muskularny, lecz chudy, z twarzą ogorzałą i włosem już siwiejącym. Czarne jego oczy błyszczały jak zarzewie z pod krzaczatych brwi, a zaciśnięte wargi ust świadczyły o powściągliwości w mowie. Ogólnie biorąc, obok rysów znamionujących bystrość umysłu i wiele silnej woli, widoczne w niem było pewne zamknięcie w sobie, pewna ostrożność w stosunkach z ludźmi.
Druga osobistość żyjąca na Halbranie, z którą mię również oberżysta opowiadaniem swem oddawna zaznajomił, był bosman Hurliguerly, rodem z wyspy Wight, lat przeszło 40. Przedstawiał on typ marynarza wyprobowanego na wszelkie warunki życia na morzu, lecz zarazem będącego uosobionem przeciwieństwem swego kapitana — tak ruchliwym, gadatliwym i szukającym towarzystwa wydał mi się od pierwszej chwili, gdy nazajutrz, dobrze już powiadomiony przez Atkinsa o mojej osobie, pierwszy zaczepił mię słowami:
— Witam pana, panie Jeorling!
— Witam — odrzekłem nieco zdziwiony — jaki masz pan interes?
— Chcę panu ofiarować me usługi.
— Pańskie usługi? Względem czego?
— Odnośnie do zamiaru, jaki pan masz zapisania się na pasażera statku Halbran.
— Z kim jednak mam przyjemność?...
— Jestem bosmanem tego statku, a nazywają mię ogólnie Hurliguerly. Jestem wiernym towarzyszem kapitana Len Guy’a, który chociaż jest znanym z tego, że niczyich rad nie słucha, względem mnie wszakże robi często wyjątek.
— A więc przyjacielu — odpowiedziałem pod wpływem myśli, że usługi tego człowieka mogą rzeczywiście stać mi się przydatne — pomówmy trochę o interesie, jeżeli masz obecnie czas wolny.
— Rozporządzam całemi dwiema godzinami, chociaż w ogóle mało jest roboty dzisiaj. Jutro trzeba będzie trochę towaru wyładować, nieco też zabrać znowu na statek, ale to żadna praca: to wypoczynek dla załogi. Chodźmy więc — dodał, wskazując ręką oberżę, i szerokim krokiem podążył w tymże kierunku.
— Czy nie moglibyśmy porozumieć się tutaj — zauważyłem.
— Rozmawiać, panie Jeorling, stojący i z suchem gardłem, gdy tak łatwo usiąść za stołem pod „Zielonym Kormoranem”, z lampeczką mile rozgrzewającego wisky....
— Nie pijam nigdy, panie bosman...
— Szkoda wielka! Będę jednak pił za pana i za siebie! Nie sądź pan wszakże, abym był nałogowym pijakiem! Nigdy więcej nad miarę, a tyle tylko, ile trzeba...
— Widocznie dobry to pływak po karczemnych wodach — pomyślałem, idąc za rozprawiającym ciągle marynarzem. Zaszedłszy do oberży w nieobecności Atkinsa, zajętego właśnie na pokładzie statku traktowaniem sprzedaży i kupna przedmiotów swego handlu, kazałem podać dla mego towarzysza butelkę wisky i skoro wychylił pierwszą szklankę, rzekłem:
— Rachowałem głównie na Felicyana Atkinsa, że mi ułatwi porozumienie z kapitanem Len Guy, zostaje z nim bowiem, jak mię zapewniał, w przyjaznych stosunkach.
— Et — mruknął Hurliguerly — Atkins jest poczciwym człowiekiem, kapitan przyznaje to nawet, ale w tej sprawie nic on nie znaczy; pozwól mnie samemu działać, panie Jeorling.
— Czyż to rzecz tak trudna do przeprowadzenia? — zapytałem zdziwiony — czy niema ani jednej wolnej kajuty na waszym Halbranie? Mnie najmniejsza wystarczy, a zapłacę dobrze.
— Wtem przeszkoda najmniejsza, bo kajutę wolną, dotychczas ani razu jeszcze nie zajętą, mamy przecież na naszym statku. Ale widzi pan, (ja tylko w zaufaniu panu to mówię), że trzeba wielkiego sprytu, większego niż go ma Atkins, aby skłonić naszego kapitana do zabrania obcego pasażera. On temu zawsze stanowczo się opierał... Za pomyślność pańską! — dodał, wychylając drugi kieliszek, poczem zabrał się do nałożenia mocno woniejącym tytuniem, swej krótkiej, od użycia zczerniałej fajeczki.
— A więc panie Hurliguerly — rzekłem, przerywając chwilowe milczenie.
— Słucham pana — odpowiedział mój towarzysz, otoczony kłębem dymu.
— Powiedz mi, jakie są przyczyny tak niegościnnego usposobienia waszego kapitana.
— Bo się to nie zgadza z jego upodobaniem, bo nie lubi krępować się niczem. Jeździ gdzie i jak mu się podoba, nieraz też każe wpół drogi nawracać, a nikt z nas nie wie dla czego. Nawet mnie tego nie powie, chociaż już długie lata żyjemy razem, jeżdżąc bezustannie od Australii do Ameryki, od Hobarttown do Kerguelen, od Tristan d’Acunha do Falklandu. Parę razy zapuściliśmy się nawet aż do lodowców morza podbiegunowego. Jednem słowem, jedziemy gdzie wiatr nas poniesie, a wszędzie zatrzymujemy się tyle tylko, ile potrzeba dla interesów handlowych. W takich warunkach, widzi pan, każdy pasażer jest zawadą krępującą niepotrzebnie.
Słuchając mego towarzysza, powziąłem przekonanie że posiadając ogólną wadę marynarzy, lubi bardzo mijać się z prawdą, i widziałem w tem jedynie chęć przedstawienia mi w jakimś tajemniczym mroku statku Halbran, i kapitana jego pchanego fantazyą lub siłą przeznaczenia w bezcelowe tułactwo.
[2] gdym chodził w przystani, podziwiając silną a lekką budowę żaglowca spostrzegłem idącego tam również kapitana, i mimo widocznej jego chęci ominięcia mię, podążyłem ku niemu.
W chwili jednak, gdym już miał wymówić słowa powitania, nadszedł pułkownik, i oba tak szybkim krokiem zwrócili się w bok, iż niebawem zniknęli mi z oczu za ostrym załomem skały.
— Tam do licha! — zawołałem zniecierpliwiony — i znowu głupia niepewność! Ale jutro nie będę już czekał żadnej sposobności, pójdę zaraz rano wprost na statek, niechże raz wiem: „tak czy nie”!
Uspokojony nieco tem postanowieniem, wróciłem do oberży, bo też obiadowa zbliżała się już godzina. Jest wszakże wrodzonem naturze ludzkiej, że wbrew doznanym zawodom, spodziewa się jeszcze otrzymać czego pragnie. Więc i ja mimowolnie jakoś opóźniłem rozkaz podania obiadu, w nadziei spożycia go w towarzystwie kapitana, który, jak mi się zdawało, nie omieszka skorzystać ze sposobności zmiany pożywienia, tak ogólnie pożądanej dla zdrowia.
Lecz i w tem czekał mię zawód. Samotny, jak przez tyle dni poprzednich, zasiadłem do stołu i noc już zapadać poczęła, gdym wychodząc, spotkał na progu oberżystę palącego spokojnie swą fajką. Spojrzałem w stronę portu, nadsłuchując zwykłego objawu ruchu i życia wśród przybyłej na wypoczynek załogi. Zaden jednak głos ludzki, żadne kroki przechodzącego nie wmieszały się do szumu i łoskotu wywołanego przypływem morza. Oprócz jednego światełka z masztu, ciemność otaczała Halbran.
— Bodaj wszyscy tu z akuratnością życia w koszarach, stawić się muszą do nocnego spoczynku równo z zachodem słońca — pomyślałem.
— Zdaje się, że kapitan nie bardzo lubi odwiedzać twoją oberżę, panie Atkinsie — zagadnąłem po chwili oberżystę.
— Zachodzi tu czasem w niedzielę, a dziś sobota, panie.
— Nie mówiłeś z nim dotychczas o moim interesie?
— Owszem, mówiłem... — odpowiedział zagadnięty — lecz w głosie jego odczułem pewne wahanie.
— Więc cóż?...
— Nie tak, jak się spodziewałem i jak pan tego pragniesz...
— Odmawia?...
— Atkinsie — powiedział mi — ty wiesz, że mój statek nie jest pasażerski, nie miałem nigdy nikogo obcego na nim, i na przyszłość mieć nie chcę!





Kapitan Len Guy.



Spałem źle tej nocy, po kilka razy „śniłem, że śpię”, co według zdania Edgarda Poë, poprzedza zawsze natychmiastowe przebudzenie. Budziłem się też co chwila, zawsze z uczuciem urazy i niechęci względem kapitana Len Guy’a, który mógł stanąć w poprzek mym planom, i to jedynie z powodu niczem nieuzasadnionego kaprysu.
Wzburzony i zły obudziłem się wreszcie rano, postanawiając co najprędzej rozmówić się z tym „kolczastym jeżem”, jak go w mym gniewie przezwałem. Gdym jednak spojrzał przez szyby mego okna, na zakryte ciężkiemi chmurami niebo, na potoki deszczu zlewające ziemię i posłuchał wycia rozbijającego się wśród skał wichru, wzburzenie moje doszło do szczytu.
— Czyżby i niebo samo sprzysięgło się przeciwko mnie? — pomyślałem, ubierając się z nerwowym pośpiechem. — Na taki czas, gdzie to jak mówią „i psa źle wygnać”, nie mogę się spodziewać bym kapitana spotkał na wybrzeżu. Podpłynąć zaś w łodzi do żaglowca, nie uważałem za stosowne, raz dla silnie wzburzonego morza, a potem jako gościowi, nie wypadałoby mi tam odpowiedzieć na stanowczą odmowę tak, jak to sobie układałem. W podobnych warunkach zawsze stosowniejszym jest grunt neutralny.
Postanowiłem więc uzbroić się raz jeszcze w cierpliwość i przeczekać niepogodę, bacząc wszakże pilnie przez zalewane deszczem okno mego pokoju, na każdą zmianę, na każdy ruch w przystani.
Tak upłynęły mi długie dwie godziny, a jak się to często na Kerguelen zdarza, wiatr zmienił nagle swój kierunek i popędził w bok deszczowe chmury.
Coprędzej ubrałem się w futro, nasunąłem na głowę czapkę i pospieszyłem na brzeg. W tej właśnie chwili do spuszczonej łodzi Halbran’a schodziło dwóch ludzi, jeden z nich siadł na ławie, drugi ujął wiosło. Łodź pomknęła szybko i za chwilę człowiek siedzący wyskoczył z niej na brzeg przystani.
Poznałem w nim kapitana. Bez chwili namysłu podszedłem ku niemu, nie zwracając uwagi na widoczne w jego twarzy niezadowolenie, rzekłem
— Chcę prosić pana o chwilkę rozmowy.
Zagadnięty zwrócił na mnie bystre spojrzenie czarnych jak węgiel ócz swoich, w których głębi widniał dziwny jakiś smutek, i po chwili głosem cichym, prawie szeptem, zapytał:
— Pan jesteś tu obcym?
— Tak jest — odpowiedziałem — obcym na Kerguelen.
— Narodowości angielskiej?
— Nie panie, amerykańskiej.
— Przyjemnie mi — rzekł kapitan, składając mi sztywny ukłon, na który równie ceremonialny gest był odpowiedzią z mej strony.
— Zdaje mi się — rzekłem bez zwłoki czasu — że właściciel oberży pod Zielonym Kormoranem, przedstawił wczoraj panu moję propozycyę.
— Propozycyę zabrania pana na mój statek? — zapytał kapitan.
— Tak właśnie.
— Przykro mi bardzo, iż nie mogę życzeniu pana uczynić zadość.
— Czy wolno mi wiedzieć, jaki jest powód tej odmowy?
— Nie mam zwyczaju zabierać pasażerów, to pierwsza przyczyna.
— A druga, kapitanie?
— Plan podróży Halbran’a nie bywa nigdy z góry oznaczony. Jedziemy od portu do portu, stosownie do tego, jak mi z interesów wypada. Nie należę bowiem do żadnego stowarzyszenia kupieckiego i statek Halbran jest w większej części moją własnością; nie potrzebuję więc słuchać niczyich rozkazów.
— W takim razie jedynie też od pana zależy, zabrać mnie lub nie.
— Tak jest rzeczywiście, to też przykro mi że zmuszony jestem powiedzieć: „nie”!
— Może pan zmienisz zdanie, gdy cię zapewnię, iż jest mi obojętną rzeczą dokąd właściwie mię zawieziesz, bo przecież w jakieś nieznane strony...
— W nieznane strony... i to być może... — odrzekł dziwny ten człowiek, zwracając smutne spojrzenie — tak mi się przynajmniej zdawało, ku dalekiemu południu.
— A więc panie — rzekłem, opanowując jeszcze zniecierpliwienie — zgadzam się i na taką możebność, bo przedewszystkiem zależy mi na szybkiem opuszczeniu wysp Kerguelen, na których nie mam już co robić.
Kapitan stał chwilę zamyślony, nie dając mi żadnego objaśnienia, ale też nie okazując chęci pożegnania.
— Pan mię zrozumiałeś, sądzę — rzekłem, aby przypomnieć mu moją obecność.
— Tak jest — brzmiała odpowiedź, jakby człowieka zbudzonego ze snu.
— Dodam więc jeszcze, że jeżeli mię fałszywie nie poinformowano, Halbran miał wyruszyć z portu Christmas do wyspy Tristan d’Akunha.
— Może tam, może do Przylądka, może do Falklandu, albo gdzieindziej jeszcze.
— Więc kapitanie, właśnie tam „gdzieindziej” i ja chciałbym podążyć — odpowiedziałem z widocznem już zirytowaniem.
Tu nagle zaszła zmiana w tym zagadkowym człowieku. Głosem ostrym, stanowczym, powiedział mi w krótkich słowach, że odmowa jego jest nieodwołalną, a poświęcony mi czas zbyt długo się przeciąga, z krzywdą jego własnych interesów.
Już wyciągnąłem ramię, aby przytrzymać odchodzącecego i rozmowa, która się źle rozpoczęła, mogła jaknajgorszy mieć koniec, gdyby znowu pod wpływem nagłej zmiany, kapitan Len Guy nie był się ku mnie zwrócił i począł się tłomaczyć głosem łagodnym i smutnym:
— Niech mi pan wierzy, iż z prawdziwą przykrością przychodzi mi okazać się tak mało uprzejmym i nie zadowolnić życzenia pana. Nie wypada mi wszakże inaczej postąpić, bowiem w podróży naszej może nagle zajść jakoweś zdarzenie, najmniej nawet oczekiwnane, a wtenczas obecność obcego pasażera, choćby tak zgodnego jak pan, stałaby się dla mnie krępującą.
— Powtarzam panu, panie kapitanie, że jeżeli zamiarem moim jest wrócić do Ameryki, do Conecticutu, to znowu jest mi obojętnem, czy podróż ta potrwa trzy czy sześć miesięcy, tą albo inną drogą; i gdyby nawet statek pana popłynąć miał aż do morza antarktycznego...
— Do morza podbiegunowego? — zawołał kapitan głosem, w którym brzmiało nieukrywane zdziwienie, i zatopił we mnie wzrok bystry, badawczy. — Dla czego mówisz mi pan o morzu antarktycznym? — dodał, chwytając mię za rękę.
— Nie miałem nic szczególnego na myśli, mówię o niem tak samo, jak o każdej innej stronie świata, jak np. o biegunie północnym — odpowiedziałem spokojnie.
Kapitan stał nieruchomo, zdawało mi się tylko, że łzy zabłysły w jego oczach; aż po dłuższej znowu chwili, jakby usiłując dać nowy bieg swym myślom, rzekł zwykłym sobie cichym głosem:
— Biegun południowy, któż śmiałby się tam zapuścić!...
— Dosięgnąć go jest rzeczą niemożebną, nawet zupełnie bezpożyteczną — odparłem — wszakże znajdują się ludzie umysłów dość awanturniczych, by przedsiębrać podobne wyprawy.
— Tak jest, umysły awanturnicze — szepnął kapitan Len Guy.
— Co więcej, same nawet Stany Zjednoczone popierają wyprawę Karola Wilkes’a.
— Stany Zjednoczone, mówisz pan? Twierdzisz, że jest przedsięwziętą wyprawa do mórz antarktycznych? Czy to rzecz pewna?
— Najpewniejsza w świecie. Jeszcze bowiem przeszłego roku, przed mym wyjazdem z Ameryki, dobrze we wszystko zaopatrzony okręt wypłynął w tym celu na morze, i w obecnej chwili, mając rok cały za sobą, kto wie czy śmiały Wilkes nie posunął się już znacznie dalej od wszystkich poprzedników swoich, którzy kiedykolwiek tą samą co on podążali drogą.
Kapitan pogrążył się znowu w zadumę, a po chwili rzekł:
— Jeżeli wszakże Wilkes zdoła przebyć koło biegunowe i lodowce tamujące dalsze ruchy podróżnych, w każdym razie wątpię aby posunął się dalej, aniżeli...
— Niźli Belinghausen, Forster, Kendall, Biscoë, Morrell, Kemp i Balleny... — zakończyłem.
— I niźli... — z widocznem wahaniem wtrącił kapitan.
— Któż jeszcze? — zapytałem.
— Pan pochodzisz z Connecticut — zagadnął nagle, przerywając dawny tok rozmowy.
— Tak — odpowiedziałem, zdumiony tym zwrotem.
— Z jakiej miejscowości? — pytał dalej.
— Z Prowidencyi.
— Czy zna pan wyspę Nautucket?
— Zwiedziłem ją kilka razy.
— Sądzę, że wiesz pan — mówił dalej kapitan, patrząc mi prosto w oczy — iż to tam właśnie wasz romansopisarz Edgar Poë, wskazał miejsce urodzenia bohatera swego Artura Pryma.
— W rzeczy samej — potwierdziłem — przypominam sobie, że powieść owa rozpoczyna się na tej wyspie.
— Mówisz pan „powieść”, czy uważasz, że dobrze tak określiłeś to dzieło?
— Bez wątpienia.
— Więc sądzisz mylnie, jak prawie wszyscy ludzie!... Ale wybacz pan, niepodobna mi dłużej tu pozostać. Żałuję — szczerze żałuję... proszę mi wierzyć, gdybym tylko mógł... Zresztą nie będziesz pan długo czekał, niebawem przybędą kupieckie i rybackie statki; będziesz pan miał wybór wielki, z tą pożądaną pewnością dla każdego podróżnego, że cię zawiozą tam, gdzie cię obowiązki wzywają. Co do mnie, powtarzam, żałuję bardzo, i żegnam pana!
Z temi słowy opuścił mię kapitan Len Guy, kończąc w sposób grzeczny, lecz stanowczy naszą rozmowę.

Ponieważ byłoby wprost nierozumnem, upierać się w dalszym ciągu przy tem, co mi stawione zostało jako niemożliwe, dałem więc za wygranę i począłem się godzić z
Łódź z szaloną szybkością pędziła teraz ku wodospadowi.
myślą, że Halbran opuści port Christmas nie zabrawszy mię na swój pokład. Lecz mimo rozumowania, nie mogłem się oprzeć uczuciu niechęci względem kapitana, którego postać przedstawiła mi się nadto dziwnie niejasno i zagadkowo.

Ciekawość moja została niezwykle podrażnioną. Przeczuwając ukrywającą się na dnie duszy marynarza jakowąś tajemnicę, zapragnąłem ją zgłębić — i to tem usilniej, im większe ku temu znalazłem przeszkody.
Również jak ja niezadowolony, chociaż z innych powodów, oberżysta Atkins przysiadł się do mnie w czasie obiadu — i dowiedziawszy się o danej mi stanowczej odmowie, począł szeroko się rozwodzić, jakiego doznał zawodu z przyczyny małej sprzedaży i kupna; jak za oczywistym zakazem, cała załoga nie opuszcza statku; jak nikt z marynarzy prócz jednego Hurliguerly, nie zajrzał nawet do oberży, na czem wszystkiem on, Atkins, ponosi znaczne straty.
Wzmianka ostatnia przypomniała mi znowu obietnicę bosmana. Ozy jednak i on napróżno starał się skłonić ku memu żądaniu decyzyę kapitana, nie mogłem się dowiedzieć, gdyż Hurliguerly nie pokazał się więcej i przez trzy dni następne t. j. 10, 11 i 12 sierpnia, wszyscy na żaglowcu w ciągłym zostawali ruchu. Jedni zajęci znoszeniem lub pakowaniem towaru, inni znowu obowiązkiem zbadania stanu masztów, żagli i całego statku.
Czynności te odbywały się cicho, systematycznie, bez nawoływań i tak ogólnego w podobnych razach zamięszania.
— Widocznie załoga Halbranu trzymaną jest w niezwykle surowej dyscyplinie — myślałem sobie, patrząc na stojący w zatoce statek, który, jak mię powiadomił Atkins, już 15-go miał podnieść kotwicę.
W przechadzkach mych zdarzyło mi się kilkakrotnie spotkać kapitana, lecz mijaliśmy się zawsze jak obcy sobie ludzie. Zauważyłem wszakże raz, pewne z jego strony wahanie, jak gdyby miał zamiar zatrzymać się i coś przemówić, nie uczynił jednak tego, a ja z mej strony nie myślałem już wcale o ponowieniu mej prośby. Było mi nawet nieprzyjemnie, gdy uprzejmy oberżysta wyznał mi, iż jeszcze raz, choć znowu napróżno, usiłował wytłomaczyć kapitanowi niepojęty w tym względzie upór jego. Hurliguerly jednak utrzymywał podobno, że nie uważał mej sprawy za zupełnie przegraną, bo znając kapitana, wie, iż tenże dotąd ostatniego nie powiedział jeszcze słowa.
Bądź jak bądź, to wszystko uprzykrzyło mi się w końcu do tego stopnia, że najchętniej zwracałem myśli w innym kierunku, zdecydowany stanowczo poczekać za innym okrętem.
Jednakże widocznie zapisanem było w mej księdze przeznaczeń, bym opuścił Kerguelen właśnie jako pasażer żaglowca Halbran, co mię wprowadzić miało w czynny udział wydarzeń tak nadzwyczajnych, o jakich do owej pory w kronikach żeglugi morskiej nie było nawet przybliżonej wzmianki.
Wieczorem dnia 14 sierpnia, gdy mimo cieniu nocy, ponieważ powietrze było suche, a niebo zasiane gwiazdami, używałem jeszcze poobiedniej przechadzki nad brzegiem przystani, zbliżył się ku mnie człowiek jakiś, którego z razu w ciemności poznać nie mogłem, lecz którego zdradził głos podobny do szeptu:
— Panie Jeorling, jutro Halbran rozwija żagle, jutro rano z odpływem morza... — mówił kapitan.
— Zbyteczną jest mi ta wiadomość — odparłem — ponieważ pan odmówiłeś mi...
— Namyśliłem się, i właśnie przychodzę powiedzieć panu, abyś, jeżeli zechcesz, stawił się o godzinie 7-ej rano na pokładzie mego statku...
— Dziękuję kapitanie, postaram się być punktualnym.
— Kajuta jest przygotowaną...
— Co się tyczy opłaty — zacząłem.
— To rzecz najmniejszej wagi, załatwimy to później. A zatem do widzenia!
— Do widzenia! — powtórzyłem i wyciągnąłem rękę, aby uścisnąć dłoń kapitana, czego jednak prawdopodobnie w ciemności nie dojrzał, bo zwrócił się spiesznie do łodzi oczekującej go u brzegu.
Jeszcze pod pierwszem wrażeniem tej nagłej zmiany podążyłem do oberży, gdziem nie omieszkał zawiadomić Atkinsa o mym jutrzejszym wyjeździe.
— Ho, ho, ten stary lis Huliguerly miał jednak słuszność — zawołał oberżysta; — widocznie zna on dobrze swego pana, który miewa kaprysy źle wychowanej dziewczyny! Tak czy owak wszakże, pragnienie pana bliskiem jest spełnienia; pozostaje mi więc tylko życzyć mu szczęśliwej przeprawy, jeśli jeszcze tam na statku nie zmienią decyzyi, choćby w ostatniej godzinie; po nich bowiem wszystkiego, jak widzę teraz, spodziewać się można!...
Obawy tej nie podzielałem wcale. Co więcej, pod wpływem głębszego namysłu, przyszedłem do przekonania że istnieć muszą jakieś nieznane mi powody, które wpłynęły na tak wyraźne ustępstwo ze strony kapitana Len Guy’a i pewny byłem że niedaleka przyszłość dozwoli mi je poznać.
Przygotowania moje do drogi nie wymagały dużo czasu: podróżując bowiem wiele, doszedłem do wprawy obarczania się jak najmniejszym bagażem. Oczywiście tym razem, najwięcej miejsca zabrały ciepłe futrzane ubrania, w które dla mroźnego klimatu z konieczności zaopatrzyć się wypadało.
Nazajutrz więc, równo ze wschodem słońca, pożegnałem Atkinsa, mego dzielnego współziomka, dziękując mu szczerze za doznaną gościnność na tych wyspach „Smutku”. Uprzejmy gospodarz towarzyszył mi aż na pokład statku i nie zaniedbał polecić mię opiece bosmana, który już widocznie czekał tam na moje przybycie, a wyraz tryumfu i zadowolenia jaśniał na jego twarzy.
— A co, czym próżną dawał obietnicę? Ho, ho! Dużo tu trzeba było zachodu i perswazyi... Ale od czego głowa bosmana! — Przechwalał się marynarz.
Pomimo żem nie bardzo wierzył, aby wpływ jego choć w najmniejszej rzeczy podziałał na zmianę postanowienia kapitana, podziękowałem mu wszakże uprzejmie, ponawiając dawniej przyrzeczoną nagrodę.
— Za chwilę Halbran podniesie kotwicę, a ja znajduję się na jego pokładzie, to mi wystarcza na teraz! — pomyślałem z wielkiem zadowoleniem.
Tymczasem ruch towarzyszący zwykle chwili odjazdu, zajął wszystkich; majtkowie rozpinali żagle, a porucznik stojący na pokładzie wydawał rozkazy, odnośne do ostatecznych czynności.
— Do widzenia! — rzekł uprzejmie oberżysta, zbliżając się do kapitana — do widzenia w roku przyszłym!
— Do widzenia, z Bożą pomocą, panie Atkins — odpowiedział tenże, podając swą rękę do pożegnalnego uścisku.
Jeszcze jedno mniej już ceremonialne pożegnanie z bosmanem, jeszcze jedno zwrócone ku mnie skinienie głowy, i poczciwy Atkins opuścił Halbran, którego wysmukły korpus wnet drgnął cały — i gdy lekkki wietrzyk wzdął białe jego żagle, jak skrzydła olbrzymiego ptaka, wypłynęliśmy z portu Christmas na pełne morze, i zanim słońce doszło do zenitu, zniknęły już w dali śmieżne wierzchołki „Table Mount” i „Hawergal” wznoszące się na wyspie Kerguelen jeden na dwa, drugi na trzy tysiące stóp nad poziom morza.




Od Kerguelen do wyspy księcia Edwarda.



Nie można życzyć sobie lepszych warunków do podróży morskiej nad te, któremi niebo łaskawe otoczyło żaglowiec Halbran od pierwszej chwili opuszczenia portu Christmas. To też z tem większem zadowoleniem znajdowałem się na pokładzie statku, unoszącym mię z szybkością 9 mil na godzinę, a myśli moje błądząc tu i owdzie, wracały uporczywie do pytania, jaka właściwie przyczyna podziałała na zmianę zdania kapitana Len Guy, odnośnie do mej osoby.
Wewnętrzne urządzenie statku odpowiadało w zupełności jego zewnętrznemu wyglądowi. Wszędzie ład i porządek iście holenderski; akuratność w obsłudze; rygor wojskowy wśród załogi.
Znajdująca się na przodzie kajuta kapitana, dozwalała mu, przez odpowiednio umieszczone okno, spoglądać na całą przestrzeń morza i zarazem mieć baczenie na tę stronę pokładu. To też nie ruszając się z miejsca, mógł on wydawać swym podwładnym potrzebne rozporządzenia.
Takaż sama kajuta jaką zajmował pułkownik, znajdowała się w tyle okrętu. Obie rozmiarów zaledwie koniecznych, obie z urządzeniem nad wyraz skromnem, Z dwóch drugich umieszczonych po bokach statku, jedna była wspólną jadalnią, z długim stołem i takiemiż ławami — druga stała się mojem czasowem pomieszczeniem. O wykwincie lub zbytku, nie mogło być tam i mowy; sprzęty zaledwie niezbędne i twardy materac na łóżku, nie byłyby pewno zadowolniły wielu podróżnych. Mnie jednak wystarczyły, tem więcej, że nie dłużej nad 4 do 5-ciu tygodni miałem korzystać z gościnności kapitana.
Na przodzie, tuż pod trójkątnym żaglem mieściła się w głębi kuchnia i cała część gospodarcza żaglowca; osobne schodki od ruchomej klapy w pokładzie, która w razie niepogody hermetycznie mogla być zamkniętą, prowadziły tutaj.
Z ośmiu ludzi załogi, Marcin Holt czuwał wyłącznie nad całą, skomplikowaną i trudną sztuką stosownego użycia żagli; Hardi doglądał całości statku, Roger, Drap, Francis, Gratian, Burry i Stern, byli majtkami w wieku od 25 do 35 lat. Wszyscy Anglicy z okolic wybrzeży kanału La Manche, wszyscy zręczni i odważni w swem rzemiośle, wszyscy posłuszni na skinienie żelaznej ręki, która nimi kierowała, ręki nie samego kapitana, lecz oficera jego, człowieka wyjątkowych zdolności, jak od pierwszej chwili poznania oceniłem pułkownika Jem West.
Urodzony na statku, gdyż ojciec jego był właścicielem rybackiej gabary na której żyła też cała rodzina, Jem West, to dziecko morza w całem tego słowa znaczeniu, nie wiedząc prawie czem jest życie na lądzie, był marynarzem z rzeczywistego powołania. Pracą i zamiłowaniem w swym zawodzie, oraz nabytem doświadczeniem, od chłopca okrętowego dosługiwał się szybko stopni coraz wyższych, tak, iż już o lat 10 pełnił na Halbranie obowiązki porucznika, pod rozkazami kapitana Len Guy’a.
Ambitny, lecz nie w kierunku wzbogacenia się, a jedynie w nabyciu potrzebnych zawodowi jego wiadomości, znał jak niewielu może pośród najwytrawniejszych współczesnych mu marynarzy, całą trudną sztukę bezpiecznego prowadzenia żaglowca w takich warunkach, na jakie wystawiony był Halbran, w swych bezustannych wędrówkach po morzach południowych.
Mając lat nie więcej nad 35, silnej budowy, o regularnych rysach, z twarzą bez zarostu i jaśniejącą bystrością w oczach, porucznik Jem West, równie małomówny jak jego kapitan, był mu oddany całą duszą.
Aby nie pominąć nikogo z załogi, należy tu jeszcze wspomnieć o murzynie Endirot, który rodem z wybrzeży południowej Afryki, pełnił na statku również od lat wielu obowiązki kucharza.
W przyjaźni z bosmanem znawcą sztuki kulinarnej, poczciwy murzyn skracał sobie wolne od zajęcia chwile, długiemi z nim pogawędkami. Wszakże nowe „menu” potraw, które najczęściej były wynikiem tych rozpraw, nie zdołały nigdy zwrócić uwagi obojętnych, po większej części, w tym kierunku, współbiesiadników Halbranu.
Regulamin życia był tu surowy i prosty, pozbawiony jakiegokolwiek urozmaicenia. Ten jednak brak towarzystwa i ta monotonność nie przykrzyły mi się wcale, owszem, miarowe kołysanie statku usposabiało mię do rozmyślań, wprowadzając do duszy jakiś dobroczynny spokój i ciszę.
Być może, że wrodzona każdemu ciekawość domagała się i u mnie bliższego poznania kapitana; nie uważałem jednak za stosowne naprzykrzać mu się swoją osobą, skoro widocznie sam unikał wszelkiego ze mną zbliżenia.
Jednakże w czasie krótkich chwil przeznaczonych na wspólny posiłek, gdy po zamianie ogólnego powitania i co najwyżej, jakiejś uwadze o sianie pogody, zwykła cisza zapanowała przy jadalnym stole, pochwyciłem kilka razy skierowane na mnie badawcze spojrzenie tego człowieka, i jakby chęć wyraźną pytania mię o coś. Czego wszakże pragnął on dowiedzieć się odemnie, gdy nie ja jemu, lecz on mnie winien był do pewnego stopnia wytłomaczenie.
Najmowniejszym z całej załogi okazywał się Hurliguerly, który każdego ranka nie zaniedbał mię witać, pytając troskliwie, czy nie mam jakiego życzenia, czy mi pożywienie smakuje, czy nie pragnę jakiej zmiany?
— Dziękuję ci, Hurliguerly — odpowiedziałem mu dnia jednego; — wystarcza mi zupełnie to, co jest. U przyjaciela twego pod Zielonym kormoranem, nie byłem lepiej żywionym.
— Ho! ho! zna się stary Atkins na interesie, choć w gruncie dobry to człowiek.
— Tego samego zdania i ja jestem.
— Mnie się tylko zawsze dziwnem wydaje, panie Jeorling, jak ten Amerykanin wraz ze swą rodziną godzi się na takie życie...
— Na jakie właściwie?
— Że się czuje na tych wyspach szczęśliwym.
— Dowodzi tem wielkiego rozsądku.
— Być może!... Źle jednak wybrałby się do mnie z propozycyą o zamianę. Czuję się tu lepiej, niż gdziekolwiek.
— Powinszować ci, bosmanie...
— I wierz mi pan — mówił dalej z zapałem marynarz — że za szczęśliwego może się uważać każdy, kto na Halbranie miejsce dla siebie znalazł. Nasz kapitan mówi wprawdzie mało, również niezbyt szczodrym w słowach jest porucznik...
— Zauważyłem to już...
— A jednak rzadko o takich ludzi, możesz mi pan wierzyć, i przekonany jestem, iż z żalem opuścisz nasz statek.
— Miło mi to słyszeć, bosmanie.
— A zważ pan tylko, że z wiatrem który nam tak przyjaźnie wieje i tak spokójnem morzem, którego powierzchnię jedynie wieloryby i rekiny poruszają, nastąpi to bardzo szybko. Nie więcej nad dni 10 potrzeba nam będzie na przebycie tych 1300 mil, które rozdzielają Kerguelen od Prinz-Eduard, a około dni 15-stu wystarczy nam pewnie znowu na owe 23000 mil, od tych ostatnich do Tristan d’Acunha.
— Zobaczymy, co nam czas przyniesie, bo nie obcem pewnie jest ci przysłowie marynarskie, które mówi: kto chce kłamać, niech przepowiada pogodę; przyznaj, że dużo jest w tem prawdy.
Pogoda jednak nie zawiodła nas w najmniejszej rzeczy, i 18 sierpnia po południu straże oznajmiły widziane w dali góry wysp „Crozet”, położonych między 42° 59 szerokości południowej, a 47° długości zachodniej.
Nazajutrz zostawiliśmy za sobą wyspy Possession i Schweine, uczęszczane tylko w czasie połowu na wieloryby, a których jedynymi w owe czasy mieszkańcami były całe gromady pinguinów. O poszarpane brzegi tych ziem rozbijały się z bukiem spienione wody oceanu, zabierając odłamy lodowców. Temperatura bowiem w miesiącu sierpniu na przestrzeniach południowej półkuli, mroźną jest jeszcze i zimową zupełnie.
Ponieważ w monotonnem życiu na pełnem morzu, ukazanie się lądu jest wypadkiem budzącym ogólne zainteresowanie, spodziewałem się, że kapitan skorzysta ze sposobności i przerwie uporczywe milczenie względem swego pasażera. Spotkał mię jednak nowy zawód, przeciwko któremu wszakże nie zanadto się już burzyłem — i godziłem się z myślą, że jednostajności mej podróży nie urozmaici już żaden wypadek. Tymczasem, gdym dnia jednego siadł na chwilę na pokładzie, kapitan Len Guy ukazał się z przeciwnej strony statku i więcej zapewne z przyzwyczajenia, niż z potrzeby, zatrzymał się przy wielkim kompasie. Popatrzył następnie czas jakiś na długą smugę białej piany, którą przejście żaglowca zostawiało za sobą na wodach, aż wreszcie ku wielkiemu memu zdziwieniu, zbliżył się szybkim krokiem do mnie i mimo szelestu żagli i szumu fal, rzekł właściwym sobie szeptem:
— Chciałbym z panem pomówić, panie Jeorling.
— Słucham pana — odrzekłem.
— Z natury małomówny, nie uczyniłem tego dotychczas; zresztą, czyż rozmowa ze mną mogłaby pana w czemukolwiek zainteresować...
— Niesłusznie sądzisz, kapitanie: przeciwnie rozmowa z panem, budzi najwyższe me zajęcie — odrzekłem z odcieniem ironii w głosie.
Czy nie dostrzegł jej, czy też umyślnie ją pominął, dość że zajął miejsce obok mnie na ławie.
— Słucham pana — rzekłem grzecznie, lecz tonem zimnym.
Kapitan zdawał się chwilę wahać, jak człowiek który rozpocząwszy już rozmowę, zastanawia się jeszcze czy nie lepiej zrobi, zachowując milczenie.
— Czyś pan — rzekł nareszcie — nie szukał powodów które wpłynęły na zmianę mego zdania, odnośnie do podróży twej na Halbranie?
— Rzeczywiście, zastanawiałem się nad tem, choć napróżno — odrzekłem. — Może będąc sam Anglikiem i nie mając do czynienia z ziomkiem, nie zależało panu na tem, aby...
— Przeciwnie, panie Jeorling. Właśnie dla tego tylko, że jesteś Amerykaninem, ofiarowałem panu miejsce na mym statku.
— Że jestem Amerykaninem? — zapytałem zdziwiony.
— Że pochodzisz z Connecticut i zwiedzałeś wyspę Nantucket; że może znasz rodzinę Artura Pryma?
— Tego bohatera, o którym nasz powieściopisarz Edgar Poë zadziwiające opowiedział historye.

— Właśnie tego samego! Opowiadanie jego oparte jest na zaczerpniętych z pewnego rękopisu wiadomościach,
Chciałbym z panem pomówić, panie Jeorling.
dotyczących nadzwyczajnej i przerażającej podróży na morzu antarktycznem.

— Czy ja śnię? — pomyślałem, słuchając tych słów kapitana. — Jakto, więc on naprawdę uwierzył w istnienie rękopisu Artura Pryma! Przecież opowiadanie Edgarda Poë, jakkolwiek bardzo zajmujące, jest tylko wytworem fantazyi, a oto człowiek inteligentny i przy zdrowych, jak się zdaje zmysłach, uważa te bajki za prawdziwe wydarzenia.
— Pan słyszałeś moje zapytanie? — odezwał się kapitan z naciskiem.
— Tak panie, najniezawodniej — odpowiedziałem z mimowolnem zmieszaniem, podczas gdym w myśli pytał siebie, jak mam właściwie uważać tego człowieka, z którym rozmawiam. — Tak, słyszałem, nie wiem jednak czym dobrze pojął...
— Powtórzę je zatem w słowach krótkich i jasnych, prosząc nawzajem o szczerą odpowiedź.
— Przyjemnie mi będzie zadowolnić pana.
— Zapytuję więc, czy w Connecticut nie poznałeś pan osobiście choćby jednego z członków rodziny Prymów, która zamieszkiwała wyspę Nautucket, i spokrewnioną była z wybitniejszemi rodami w kraju. Ojciec Artura Pryma, był dostawcą przy marynarce, ciesząc się ogólnem uznaniem człowieka uczciwego i zamożnego. Edgard Poë dowiedział się z ust samego Artura o nadzwyczajnych wypadkach, których tenże stał się igraszką w swej awanturniczej podróży.
— Podróż ta mogła być więcej awaturniczo przedstawioną — zauważyłem — ponieważ to wszystko jest tylko wymysłem autora.
— Wymysłem — powtórzył kapitan, kładąc coraz silniejszy nacisk na każdą sylabę. — Więc pan temu nie wierzysz?
— Ani ja, ani ktokolwiekbądź na świecie, i wyznaję że pan jesteś pierwszym, od którego słyszę twierdzenie, jakoby ten utwór nie był dziełem jedynie imaginacyi autora.
— Posłuchaj mię, panie Jeorling: jeżeli ta powieść, jak ją pan nazywasz, ukazała się w druku dopiero zeszłego roku, i jeżeli 11 lat już minęło od wydarzeń które opisuje, niemniej przeto wszystko w niej jest prawdą i oczekujemy jeszcze ciągle ostatniego słowa tajemnicy.
— Stanowczo — pomyślałem sobie — kapitan Len Guy uległ smutnej chorobie, dziwacznej jakiejś manii. Na szczęście Jem West może go bezpiecznie zastąpić w dalszem prowadzeniu żaglowca.
— A więc, panie Jeorling — odezwał się znowu kapitan głosem, którego drżenie było niezawodnem objawem wewnętrznego wzburzenia — zdaje mi się, żeś nigdy nie spotkał ani w Prowidencyi ani w Nautucket rodziny Prymów.
— Ani gdziekolwiekbądź — odpowiedziałem.
— Szkoda wielka! — zawołał. — Strzeż się pan wszakże twierdzić, że Artur Prym nie istniał wcale, że jest on tylko wymarzoną postacią, że przygody jego są jedynie wytworem fantazyi autora. Tak, strzeż się pan tego na równi, jakbyś się strzegł przeczeniu dogmatów wiary naszej! Bo powiedz sam, czyby człowiek nawet tak genialny jak Edgard Poë, zdolnym był wymyślać, zdolnym był stworzyć.....
Gwałtowność, z jaką kapitan ostatnie domawiał słowa, wskazały mi wyraźnie, że chory jego umysł wymagał zupełnego spokoju, i wszelka dalsza z nim dysputa mogła jedynie doprowadzić go do przykrego wybuchu.
— Zechciej więc pan — mówił dalej nieco już spokojniej, lecz z niezwykłą siłą w głosie — zechciej posłuchać wypadków które ci opowiem. Są one rzeczywiste, potwierdzone dowodami, a więc nieulegające żadnej kwestyi. Możesz pan zrobić z nich użytek, jaki się panu spodoba, mam wszakże nadzieję, że nie zmusisz mię do tego abym żałował, iż przyjąłem cię jako pasażera na mym statku...
Przeświadczony o tem z kim miałem do czynienia, byłem już tym razem ostrożny. Uczyniłem więc jedynie głową znak przyzwolenia. Czemże bowiem mogło być opowiadanie człowieka na wpół tylko przytomnego, pod wpływem dziwacznej manii która opanowała chorobliwy jego umysł?...
— Gdy opowiadanie Edgarda Poë ukazało się w 1838 roku, znajdowałem się właśnie w Nowym Yorku — rozpoczął kapitan; — niezwłocznie też udałem się do Baltimore, gdzie mieszkała rodzina autora, którego dziad dosłużył się stopnia oficera w czasie wojny o niepodległość. Przypuszczam, że uznajesz pan istnienie rodziny Poë, jeżeli przeczysz istnieniu Prymów.
Milczałem, nie chcąc się już niczem sprzeciwiać mówiącemu.
— Dowiedziałem się łatwo o mieszkaniu Edgarda, spotkał mię wszakże pierwszy zawód: autor bowiem krótko przedtem opuścił Amerykę. Nie mogłem widzieć się z nim, ani listownie porozumieć.
— Rzeczywiście — pomyślałem sobie — wielka szkoda, gdyż dla zdolnego powieściopisarza, postać kapitana przedstawiałaby bądź co bądź ciekawe studyum.
— Na nieszczęście — mówił tenże dalej — jeżeli nie zastałem Edgarda, trudniej mi jeszcze było widzieć się z Arturem Prym. Bowiem śmiały ten żeglarz umarł jeszcze przed ukazaniem się w druku znanego nam dzieła, o czem w swoim czasie zawiadomiły publiczność stosowne ogłoszenia w pismach.
Fakt ostatnio wspomniany, rzeczywiście miał miejsce — ale zgodnie ze zdaniem publiczności, uważałem to ogłoszenie, za pochodzące tylko od samego autora, który nie mając pewnie dość już śmiałości, by doprowadzić wszystko do możliwego rozwiązania, wolał przedstawić, jakoby ostatnie trzy rozdziały z pamiętnika Artura Pryma, nie zostały mu doręczone przez tegoż, w skutek nagłej i grozą przejmującej jego śmierci. Wstrzymałem się jednak od wszelkich głośnych uwag.
— Tak więc — mówił dalej bez przerwy kapitan — gdy Edgard Poë był nieobecnym, a Artur Prym umarł, pozostało mi jedynie odszukać człowieka, który był jego nieodstępnym towarzyszem w całej podróży, aż za koło biegunowe — i zkąd obaj wrócili razem, choć niewiadomo jakim sposobem... Ten Dick Peters, bo o nim właśnie mówię, miał mieszkać w Sprinfield, w Stanie Illinois, i mógł zdaniem Edgarda Poë, interesowanym udzielić bliższych objaśnień.
Pojechałem więc tam niezwłocznie, ale...
— Ale nie było go tam — wtrąciłem mimowolnie.
— Tak jest, panie Jeorling, nie było go tam, a raczej nie było go tam „już”. Kilka lat przedtem opuścił on Stany Zjednoczone i niewiadomo gdzie się udał. Ludzie jednak, u których mieszkał przed swym odjazdem, mówili mi, że opowiadał im liczne przygody swego życia. Tajemniczego wszakże zakończenia podróży nie wspominał nigdy, zatem ważne te szczegóły do niego samego teraz tylko należą.
— Jakto, więc rzeczywiście ten Dick Peters miał istnieć — pomyślałem, i pod wpływem głębokiego przeświadczenia, z jakiem kapitan całą tę historyę mi przedstawiał, gotów już byłem jednej chwili wszystkiemu sam uwierzyć; ale zdrowy rozsądek powstrzymał mię w porę. Nie chcąc jednak drażnić biednego chorego, udałem że uznaję za prawdę wszystko o czem mię zapewniał.
— Przypominasz pan sobie — mówił tenże dalej — że w znane m nam dziele jest wzmianka o butelce, w której ukryty był list kapitana tego statku, na który Artur Prym dostał się wypadkiem, i że butelkę tę złożono u podnóża jednej ze skał wyspy Kerguelen?
— Rzeczywiście wzmiankę tę przypominam sobie — odpowiedziałem.
— A więc w jednej z ostatnich moich podróży, szukałem tego dowodu i — znalazłem, panie Jeorling. Posiadam więc list, w którym kapitan ów oświadcza, że wraz z Arturem Prymem przedsiebierze wyprawę aż do ostatnich krańców morza południowego.
— Pan znalazłeś tę butelkę? — zapytałem z wielkiem na razie ożywieniem.
— Tak panie...
— Wraz z listem?
— Jak już powiedziałem...
Stanąłem zdumiony: oczywiście człowiek ten, jak wielu maniaków, doszedł już do uwierzenia własnym wymysłom. Już nawet miałem go prosić o pokazanie tego listu, lecz zaraz zrobiłem sobie słuszną uwagę, że przecież nie trudną było mu rzeczą, samemu odpowiedni napisać dokument. Rzekłem więc tylko:
— Nieodżałowanym prawdziwie jest fakt, iż nie mogłeś się pan widzieć z owym Petersem, który byłby mu niezawodnie opowiedział, przez jaką cudowną pomoc zdołali obadwaj ci ludzie wrócić do Ameryki. Bo przypomnij pan sobie, że historya kończy się sceną, gdy łódź w której płynęli, dążyła gwałtownie ku zasłonie nieprzejrzanych mgieł; że z chwilą gdy wpadała w przepaść, niby olbrzymiego wodospadu, ukazuje się ich oczom jakaś osłonięta postać ludzka... Tu autor urywa nagle, kładąc tylko całą linię domyślników.
— Wielka rzeczywiście stała mi się krzywda, że owego Petersa nie mogłem wybadać — potwierdził kapitan — bo zważ pan, iż nietylko on jeden mógł mię objaśnić co do owego powrotu, ale nadto mógł mi on udzielić wskazówek odnośnie do drugich...
— Drugich? — zapytałem zdziwiony — o kim chcesz pan mówić?
— O kapitanie i reszcie załogi okrętu angielskiego, na którym Artur Prym i Dick Peters po zatonięciu „Grampiusa” znaleźli przytułek, a który zawiózł ich przez morze podbiegunowe do wyspy Tsalat...
— Kapitanie — odezwałem się tonem, jakbym wszystkiemu dawał wiarę — ci ludzie zginęli przecież, jedni w czasie napadu na statek, inni w skutek sztucznego trzęsienia ziemi wywołanego przez krajowców Tsalal...
— Któż to wie, panie Jeorling — odpowiedział kapitan głosem stłumionym od wewnętrznego wzruszenia — kto wie czy kilku z tych nieszczęśliwych nie zdołało się ocalić, bądź w chwili ogólnej rzezi, bądź w następnej katastrofie! Kto wie, czy nie zdołali ujść pogoni krajowców...
— W każdym razie — zauważyłem — trudno jest przypuszczać, aby, jeśli wtenczas ocaleli, żyli jeszcze w obecnej chwili.
— Dla czego?
— Bo wypadki, o których mówimy, miały miejsce lat temu jedenaście.
— Panie — zawołał kapitan — jeżeli Artur Prym i Dick Peters mogli posunąć się za 84 stopień szerokości, jeżeli znaleźli środki do życia tam pod samym biegunem, dla czegożby ich towarzysze, jeśli nie padli z rąk dzikich krajowców, nie mieli znaleźć sposobu dostania się na jednę z wysp, które poznali w swej podróży! Dla czegożby ci nieszczęśliwi moi współziomkowie, nie mieli tam żyć dotychczas, oczekując z tęsknotą pomocy i wybawienia?
— Zdaje mi się, iż pozwoliłeś się kapitanie zbytnio opanować współczuciu dla tych ludzi — rzekłem, by uspokoić mówiącego. — Gdyż prawdziwem jest niepodobieństwem...
— Niepodobieństwo, panie!... A jeśli zdarzy się wypadek, jeżeli napotkam dowody materyalne o istnieniu tych nieszczęśliwych opuszczonych u krańców ziemi, dowody których bezustannie szukam, czyżby jeszcze wtenczas śmiał kto zawołać: „Niemożebne!” i nie spieszył na ich ratunek!
W tej chwili kapitan, który z trudnością tłumił łkania rozsadzające mu piersi, zamilkł; nagle zerwał się z miejsca i zwrócił w kierunku południowego bieguna, jakby wzrokiem swym chciał przejrzeć dalekie horyzonty.
Zwrot ten uwolnił mię szczęśliwie od trudnej zaprawdę odpowiedzi, więc milcząc pozostałem na miejscu.
Tymczasem biedny chory zwrócił się znowu do mnie i kładąc rękę na mem ramieniu, szepnął mi do ucha:
— Tak, panie Jeorling, jeszcze dotąd ostatnie słowo o losie załogi „Orionu” nie zostało wypowiedziane... poczem spiesznym krokiem zwrócił się ku swojej kajucie.
— Orion! — zawołałem, zostawszy sam — rzeczywiście, przypominam sobie, tak właśnie miał się nazywać żaglowiec, który przyjął Artura Pryma i Dicka Petersa, po nieszczęsnym rozbiciu okrętu „Grampius.” Kapitan Len Guy, w ciągu długiej swej rozmowy pierwszy raz nazwę tę wymienił... I w tejże chwili wraz z nazwą statku przypomniałem sobie, że Orionem miał dowodzić również jakiś Guy. Czyżby ta wspólność imienia, dość zresztą pospolitego w Wielkiej Brytanii, nie stała się przyczyną chorobliwego nastroju umysłu kapitana? — pomyślałem. — Może on wmówił w siebie, że należy do rodziny zaginionego wśród wód południowych, i dla tego tak się rozczula nad jego nieszczęsnym losem...
— Byłoby rzeczą ciekawą — rozważałem dalej — czy pułkownik Jem West wtajemniczony jest w tę urojoną troskę; pytać go wszakże o to nie wypada, nadto bowiem drażliwą jest kwestya stawiająca w wątpliwem świetle równowagę umysłową zwierzchnika. A zresztą, pocóż mi zaj mować się tem wszystkiem w dalszym ciągu? Czyż za kilkanaście dni nie miałem opuścić Halbranu, by pozostać sam na wyspie Tristan d’Acunha?
Nazajutrz dnia 22 sierpnia wraz z pierwszym brzaskiem dnia, minęliśmy wyspę Marion z jej wulkanem wznoszącym się do 4,000 stóp i również zostawiliśmy w dali wyspę księcia Edwarda, położoną między 46° 55’ szerokości południowej, a 37° 46’ długości zachodniej.





Powieść Edgarda Poë.[3]



Oto w skróceniu treść powieści wydanej w Richmond pod tytułem: „Przygody Artura Pryma”, któremi tak chorobliwie zajął się umysł kapitana Len Guy’a, a które niby sam bohater w formie pamiętnika podaje.
Najpierw więc w przedmowie objaśnia, jako za powrotem z podróży do bieguna południowego, zaznajomił się z Edgardem Poë, redaktorem „Kroniki literackiej”, poczytnego pisma w Richmond — i jako za jego poradą pomieścił w szpaltach tegoż pisma pierwszą część swych Pamiętników, a zachęcony niebywałem uznaniem wśród czytającej publiczności, zgodził się wreszcie na wydanie osobnego dzieła, zawierającego wspomnienia z nadzwyczajnych wydarzeń jego życia.
Pierwsze rozdziały poświęca autor młodości swojej. Dowiadujemy się więc, iż urodził się w Nautucket, gdzie do 16-go roku życia pobierał nauki w szkołach, a po ich ukończeniu przeszedł na studya uniwersyteckie.
Tutaj zaprzyjaźnił się niebawem, ze starszym od siebie o dwa lata synem kapitana okrętu, Augustem Bertol, który towarzyszył już ojcu w paru wyprawach na wieloryby. Naturalnie, ulubiony i nigdy niewyczerpany temat do rozmowy między młodymi, stanowiły podróże tem więcej, że Artur Prym miał od dzieciństwa szczególne w tym kierunku upodobanie, podniecane teraz barwnemi opisami Augusta.
Obaj też przyjaciele postanowili poświęcić się marynarce, obaj poprzysięgli sobie zbadać nieznane dotąd morza bieguna południowego.
Pierwsza próba samodzielnej podróży morskiej obu tych zapaleńców, przedsięwziętą została na małej szalupie „Ariel” która była własnością kapitana Bertol. Potajemnie, nocą, opuścili oni port bez żadnego przygotowania.
Wkrótce też na łasce rozhukanych fal, w czasie nagle powstałej burzy, znajdując się już w rozpaczliwem położeniu, zostali jeszcze najechani przez jakiś wielki żaglowiec. Walcząc z rozszalałym żywiołem, widzą już wreszcie bliską śmierć przed sobą, gdy najniespodziewaniej udziela im ratunku znajomy statek i odwozi do ojczystego Nautucket.
Tak niefortunny początek nie oziębił w nich wszakże zapału do awanturniczych przygód, owszem, tem usilniej szukali odtąd sposobności dostania się na jakikolwiek okręt. To też gdy w kilka miesięcy po wypadku z Arielem, stary Bertol udać się miał na połów wielorybów, jako kapitan dość już zrujnowanego okrętu Grampius, młody August tak długo naprzykrzał się ojcu prośbami, aż go ten zdecydował się zabrać. Odmówił jednak stanowczo przyjęcia Artura, wiedząc, jak rodzina jego była temu przeciwną.
Ale właśnie owa trudność w urzeczywistnieniu najgorętszych pragnień, rozegzaltowała do tego stopnia młodzieńca, iż postanowił bądź co bądź towarzyszyć Augustowi. Z jego więc też pomocą dostaje się potajemnie na okręt i ukrywa w uajniższem piętrze przeznaczonem na skład narzędzi rybackich, beczek do tłuszczu wielorybiego, oraz przeróżnych pak i ciężarów.
Ciemna ta i cuchnąca dziura połączona była ukrytem wejściem z kajutą, ktorą miał zajmować August, a który przygotował tamże dla przyjaciela zamykaną skrzynię z materacem i kołdrą, oraz pewną ilość żywności, dzban wody do picia, butelkę koniaku, wreszcie latarkę, świece i krzesiwko.
Do tej kryjówki wszedł Artur już na trzy doby przed odjazdem Grampiusa, i nie prędzej miał się ukazać kapitanowi, aż gdy wypłyną na pełne morze, t. j. gdy odwrót stanie się już niemożebnym.
Nie łatwą wprawdzie było rzeczą siedzieć tam w głębi, bez światła, ruchu, a nadewszystko bez powietrza, któremby płuca odetchnąć mogły. Od czegoż jednak siła woli i młodości!
Skoro wszakże dobrowolny nasz więzień poczuł pierwsze zakołysanie się okrętu, które mu oznajmiło że kotwica podniesioną została, doznał już pewnej ulgi, jedynie pod wrażeniem nadziei, iż niezadługo skończy się to przykre położenie. W kilka też godzin potem wyszedł ze skrzyni, by wyprostować ścierpnięte członki, a potykając się o rozrzucony w nieładzie ładunek, odszukał ukrytą w górze klapę, przez którą August obiecał wprowadzić go do swej kajuty. Upewniwszy się że wyjście to istnieje, pełen nadziei i dobrej otuchy, wrócił do swej kryjówki, posilił się zimnem mięsem, wychylił kieliszek koniaku i zasnął. Nazajutrz wszakże napróżno oczekiwał przyjaciela, i nad wyraz przykry ten zawód powtarzał się przez kilka dni następnych.
— Czyżby obawa przed gniewem ojca, powstrzymywać dotychczas miała Augusta — myślał zrozpaczony już wreszcie Artur. — Ale cóż mi zrobić może stary kapitan? Gdyby mię nawet kazał wrzucić do oceanu, wolałbym taką śmierć raczej, aniżeli powolne tu konanie!
I rzeczywiście, zabójcze powietrze, zapełniająco dolną część rybackiego statku, zatruwało każdego dnia, każdej godziny do tego stopnia organizm młodego Pryma, że nareszcie popadł w jakiś stan gorączkowy, w którym miewał przykre halucynacye i straszne udręczenia.
Razu jednego zdawało mu się, iż napadnięty przez olbrzymiego lwa pustyni, staczał z nim walkę o śmierć lub życie — a gdy poczuł kosmatą łapę zwierzęcia na piersi swojej, ogarnęło go takie przerażenie, że, by nie zdradzić się fatalnie resztą przytomności, ledwie zdołał stłumić okrzyk najwyższej trwogi. Wysiłek ten jednak wyczerpał go do tego stopnia, że padł zemdlony na swe posłanie i długo leżał nieświadomyco się z nim działo.
Owym lwem jednakże, z którym rozgorączkowana fantatazya Artura staczała tak nierówną walkę, było zwierzę oddane mu z calem przywiązaniem, na jakie tylko pies zdobyć się może. Był to Solt, piękny dog wprowadzony przez Augusta na okręt, który odszukał wreszcie swego pana, i radość swoją objawił lizaniem twarzy i rąk zemdlonego.
Tak więc samotny więzień dostaje towarzysza, który jednak w czasie kilku dni zupełnej nieprzytomności jego, zdołał zjeść zapasy żywności, a co gorsza wypić resztę wody ze dzbana.
Nieszczęśliwy chory nie znajduje zatem ani jednej kropelki, którąby mógł zwilżyć spieczone usta.
Wyczerpany, bezwładny prawie, usiłuje jednak doczołgać się do skrytego wejścia i bądź co bądź przywołać Augusta na pomoc. Lecz zastaje otwór ten zamknięty, a wprowadzony w szparę nóż przekonał go, że ciężkie jakieś przedmioty przywalają drzwiczki, które miały wyprowadzić go na swobodę — do zdrowia i szczęścia.
Świadomość ta, jest dla niego jakby ostatecznym wyrokiem śmierci.
Ledwie dysząc, ostatkiem sił wrócił na swe posłanie, na które padł z głuchym jękiem, podczas gdy wierny Solt nie przestawał się łasić, skomląc żałośnie, gdyż i jego dręczyło już przykre pragnienie.
Nagle obojętny już na wszystko Prym, wypadkiem dotyka ręką szyi zwierzęcia i czuje przywiązany tam na sznurku zwinięty kawałek papieru.
Nadzieja, że może to karteczka, jako oczywiście od Augusta pochodząca, da mu jakieś wytłómaczenie i obietnicę pomocy, wzbudza w nim tyle jeszcze energii, że krzesiwem wywołuje odrobinę światła, (olej w latarni bowiem wypalił się już doszczętnie) i przy tym krótkotrwałym blasku, czyta ostatnie słowa zdania: krew... zostawoj w ukryciu — życie twoje od tego zależy.
— Co to znaczy? — jęknął nieszczęśliwy. — Czy ja śnię? Nie, to rzeczywistość. Czuję papier w ręku!... Mam jeszcze tu zostać, to znaczy umrzeć. Oży to jego wola, abym zginął tak marnie?... Ale ten wyraz „krew”!... Może walka jaka została tam stoczoną — może rozbójnicy morscy, może bunt załogi... Od jak dawna właściwie ja tu jestem?...
Pytania te jak rój owadów napełniły dziwnym jakimś szumem wyczerpany umysł Artura, poczem znów nastąpił ów przykry stan bezwładnej świadomości.
Możnaby sądzić, że w opowiadaniu którego drobiazgowość pomijam, autor wyczerpał już cały zasób swej fantazyi. Gdzie tam, wiedzie go ona jeszcze dalej, bo oto:
Jakiś dziwny świst zwraca uwagę apatycznie leżącego Pryma...
To Solt dyszy gwałtownie, Solt, którego oczy fosforycznym blaskiem migocą w ciemności, a ostre kły zgrzytają złowrogo, Solt który dostał napadu wścieklizny...
Wrodzony każdej istocie instynkt samozachowawczy, wywołuje u nieszczęśliwego młodzieńca nowy wysiłek woli. Szybkim ruchem odskakuje w bok przed ziejącą paszczą zwierzęcia, wyrywa kołdrę, w której tenże zatopił swe kły, i zatrzaskuje drzwiczki do skrzyni, zamykając w niej psa dotkniętego najstraszniejszą z chorób, a rozbijającego się tam w szalonej niemocy.
Wzruszenie to wszakże i ten ruch gwałtowny, wyczerpuje resztkę sił Artura, tak, że pada na ziemię z głuchym łoskotem bezwładnego ciała. Chwila jeszcze, a ostatnia iskierka jego życia byłaby bezpowrotnie zagasła, gdyby August nie był nadszedł wreszcie i udzielił koniecznej pomocy.
Butelka ze świeżą wodą przyłożona do ust zemdlonego, wypróżniła się niebawem, a ten nektar najlepszy ze wszystkich, pokrzepił go do tego stopnia, iż w parę godzin potem mógł wysłuchać przy blasku ukrytej latarki, opowiadania przyjaciela o wypadkach, zaszłych na okręcie od chwili opuszczenia portu.
Zaraz więc po wypłynięciu na pełne morze, powstają wśród załogi składającej się z 36 ludzi, niezadowolenia i bunty, co uniemożliwia Augustowi zejście do kryjówki Artura. Czwartego dnia żeglugi, pod przywództwem kucharza, niespokojnego Murzyna, przychodzi do krwawych walk, w których ginie większa część stronników kapitana — on sam zaś wraz z czterema najzaufańszymi sobie ludźmi, rzucony jest do łodzi i w okolicy wysp Bermudów zostawiony na łasce fal.
Po takiem usunięciu starego Bertola, objął na okręcie dowództwo pierwszy oficer, człowiek chciwy i dzikich instynktów, który zamierza oddać się rozbójnictwu morskiemu.
August zawdzięcza jedynie zachowanie życia opiece powroźnika okrętowego, który pochodził z indyjskiego plemienia Upsarakas, i nazywał się Dick Peters. Jednakże z rozkazu kapitana okuty został w kajdany i zamknięty w kajucie, stając się na dłuższy czas zupełnie obezwładnionym. Nieustannie wszakże dręczony myślą o losie Artura, uwolnił się wreszcie cudownym jakimś sposobem z kajdan, i gdy w żaden sposób przywalonej ciężarami klapy otworzyć nie mógł, wykroił kieszonkowym swym nożem niewielki otwór w deskach dzielących go od dolnego piętra okrętu i wpuścił tam wiernego Solta z przywieszoną karteczką u szyi. Tymczasem minęło znowu dni kilka wśród nieustannych walk między pozostałymi na okręcie, tak że bez narażenia na niechybną śmierć, zarówno siebie jak przyjaciela, nie mógł pójść do niego aż do owej chwili, w której mu pospieszył z pomocą. Nieliczna już wreszcie załoga, rozdzieliła się jeszcze na dwie partye. Jedna z Dick Petersem na czele chciała się skierować do Przylądka Zielonego, druga do wysp oceanu Spokojnego.
W takiem położeniu stosunków na Grampiusie, przedstawiło się przyjaciołom trudne do rozwiązania zadanie, wyszukania dla Artura nowej kryjówki, wobec zupełnej niemożebności pozostawienia go dłużej w dotychczasowej, nietylko już ze względu na zatrute powietrze, ale nadto z uwagi, że porzucony tam ładunek, przy silnem kołysaniu okrętu, w ciągłym również zostawał ruchu, grożąc każdej chwili przygnieceniem.
Po długich namysłach August wynajduje dla Artura jakiś bezpieczny kątek w wyższych piętrach. Okazuje się, też że Solt nie uległ wściekliźnie, lecz dręczony był tylko szaloną gorączką pragnienia, która ustąpiła niebawem, skoro wreszcie dostał wody.
Ponieważ Dick Peters nie przestawał okazywać swej życzliwości Augustowi, przeto syn nieszczęsnego kapitana począł marzyć o objęciu rządów na okręcie, gdy znowu z powodu spotkania małego żaglowca, powstają nowe walki wśród załogi, z której jedni chcieli koniecznie ścigać i złupić statek, wbrew woli drugich.
Po tym bezustannym krwi rozlewie, pozostaje na Grampiusie wraz z ukrywającym się ciągle Arturem Prymem 13-tu tylko ludzi, rozdwojonych jeszcze niezgodą. Gdy więc nadchodzi szalona burza, bezładnie umieszczony na spodzie ładunek, rzucany jest o ściany starego okrętu tak, iż tworzą się wkrótce uszkodzenia, któremi woda poczyna wdzierać się do wnętrza.
Jedynie energiczne użycie pompy i spieszne załatanie otworów, może ocalić statek od największego niebezpieczeństwa. Niema jednak nikogo, ktoby się chciał tem zająć, bowiem nagła śmierć jednego z majtków należących do partyi Dick Petersa, śmierć z trucizny podsuniętej ręką starszego oficera, ostrzega tamtych, aby bez zwłoki czasu usunęli przeciwników.
W tej krytycznej chwili August opowiada Petersowi wszystko co dotyczy Artura, który też zaraz wychodzi z ukrycia i oświadcza się, że stanie po ich stronie.
Przeciwnicy wszakże mimo tego mają jeszcze przewagę w liczbie. Zdecydowany na wszystko Peters, wrzuca do morza jednem silnem pchnięciem majtka stojącego na straży, co mu tem łatwiej przychodzi, że wzburzone wody szalejącą wciąż burzą podzwrotnikową, rzucają okrętem, jak drobną łupiną.
Pozostali zwolennicy starszego oficera, do których chwilowo przyłączył się kucharz, ucztowali właśnie w kajucie kapitana, i chociaż ogólnie byli już w stanie nietrzeźwym, jednakże zdaniem Petersa, wypadało działać z możliwą ostrożnością.
Tu Arturowi Prym przychodzi myśl, przebrania się za otrutego majtka i występując w roli tegoż, podziałać na zabobonne zwykle umysły marynarzy.
Sztuczka ta wywołuje nadspodziewane wrażenie, bo zaledwie oficer zobaczył niby widmo swej ofiary, krzyknął przeraźliwym głosem i padł martwy na ziemię.
W tejże chwili ukryci za drzwiami Peters i August z psem, wpadają do kajuty i rozpoczyna się walka, w której giną wszyscy biesiadnicy, prócz jednego majtka Richarda, człowieka zupełnie biernego.
Tak więc z całej załogi 36 ludzi, pozostaje na Grampiusie zaledwie 4-ch i to w chwili tak ważnej, w której trzeba było działać z całą energią i znajomością rzeczy, by opóźnić o ile można nieuniknione już zatonięcie okrętu.
Napróżno jednak usiłowano coś rozpocząć. Burza zdawała się wzmagać ciągle, a przód Grampiusa obciążony wodą coraz głębiej zanurzał się w falach, tak że te co chwila zalewały pokład.
Kołysanie statku doszło do takiej siły, że aby nie porozbijać się o jego ściany lub nie wpaść do wody, musieli się wszyscy poprzywiązywać linkami na całą prawie dobę, do stale umocowanych przedmiotów.
Gdy wreszcie szalejący żywioł uspokoił się nieco, na tonącym Grampiusie rozpoczynają się znowu dnie niewysłowionej męczarni, spowodowanej brakiem wody słodkiej i jakiejkolwiek żywności; wszystkie bowiem zapasy zalane przez dłuższy już czas na spodzie okrętu, przeszły w stan cuchnącej i trującej zgnilizny.
Po szczegółowym opisie tortur przez jakie przechodzą nieszczęsni ci ludzie, następuje wstrętna scena ciągnienia słomek, których wyrokiem majtek Richard pada pod nożem Petersa, by krwią i ciałem swojem uratować życie pozostałym.
Upały podzwrotnikowe i przejazd jakiegoś tajemniczego statku, przewożącego ciała umarłych, których wyziewy zanieczyszczają powietrze, sprowadzają śmierć Augusta.
Nareszcie okręt tonie, a pozostali przy życiu Artur Prym i Dick Peters, szukają ratunku na przewróconej łodzi, żywiąc się przez dni kilka przyczepionemi do jej ścian ślimakami, aż wreszcie 4 sierpnia spotykają żaglowiec „Orion”, którego kapitan spieszy im na ratunek i gościnne daje schronienie.
Jakkolwiek cała ta pierwsza część utworu Edgarda Poë przepełnioną jest samemi nadzwyczajnemi zdarzeniami, jednakże trudno nam stanowczo twierdzić, aby przekraczały one granicę wszelkiej możliwości, czego już w żadnym razie nie możemy powiedzieć o części drugiej, gdzie rozbujała fantazya autora nie krępuje się niczem zgoła!
Lecz nie uprzedzajmy faktów...
Artur Prym więc i Dick Peters przyjęci na Oriona w stanie budzącym rzeczywiste współczucie, znajdują się otoczeni taką opieką i staraniem, że po upływie dwóch tygodni, zostało im zaledwie wspomnienie przebytych cierpień. Natura bowiem ludzka ma wiele odporności w sobie i bądź co bądź, dąży zawsze usilnie do równowagi i utrzymania życia.
Drogą, jaką podążał kapitan Oriona, Wilhelm Guy, była właśnie tą samą, którą zakreślał teraz Halbran, lecz w odwrotnym kierunku. Gdy zatem 13 października ominął wyspę księcia Edwarda, a następnie wyspy Crozet, stanął u wysp Kerguelen, które niedawno temu z takiem zadowoleniem opuściłem, a gdzie on przybywał dla łowów na foki.
Trzy tygodniowy tam pobyt dał mu możność obfitych zdobyczy, ale właśnie też tutaj ulegając namowom Artura Pryma, zdecydował się puścić w awanturniczą podróż do podbiegunowego morza, i jako dowód tego postanowienia zostawił ów list w butelce, który odnalazł, lecz zapewne w wyobraźni swej tylko, chory mój kapitan.
Opuszczając Kerguelen 12 listopada, żaglowiec Orion podążył z powrotem do Tristan d’Acunha, gdzie zatrzymał się dni kilkanaście, i 5-go grudnia popłynął do nieznanych i dotąd na żadnych kartach geograficznych nie oznaczonych wysp Aurora.
Dnia 12 stycznia Orion dąży już wprost ku biegunowi.
Omija szczęśliwie licznie płynące kry olbrzymie, okrąża i znajduje przejście wśród gór lodowych, przekracza linię polarną i wydostaje się cudownie pod 81° szerokości połudn. a 42° długości zachodniej, na równe, spokojne morze, którego wody posiadają ciepła 1,11 Celsyusza, a powietrze nad niem doohodzi 8° Cel. wyżej zera.
Każdy przyznać musi, że już tutaj Edgard Poë dowolnie fantazyuje; jest bowiem rzeczą pewną, iż nikt nie posunął się dalej ku południowemu biegunowi od kapitana Wedell, który w 1822 roku, nie zdołał przejść nawet 74 równoleżnika. Lecz Artur Prym, albo raczej Edgard Poë opowiada zarówno ten fakt jak i następne, z przekonaniem dochodzącem aż do naiwności.
Przedewszystkiem Orion nie spotyka już tam ani śladu lodowców, przeciwnie, powierzchnię morza rozweselają całe stada ptaków, wśród których znajdują się olbrzymie pelikany, z mięsem tłustem i bardzo smacznem, o czem przekonano się, zabiwszy jednego wystrzałem z fuzyi.
Niebawem zauważono ląd jakiś, który okazuje się maleńką wysepką. Kapitan Wilhelm Guy nazywa ją ku pamięci wspólnika swego wyspą Bennet.
Ostrzegam jednak poufnie czytelnika, by nie fatygował się napróżno odszukaniem tej ziemi na jakiejkolwiek karcie, bowiem istniała ona jedynie w imaginacyi autora.
Oczywiście, w miarę zbliżania się żaglowca do bieguna, widocznem jest coraz mniejsze zbaczanie igły magnesowej, coraz łagodniejsza temperatura powietrza i wody, z lekkim powiewem wiatru od północy i czystym, pięknym szafirem nieba. Jasność dnia trwa teraz bez przerwy. Mimo tak przyjaznych warunków, wypadki skorbutu wśród załogi decydują kapitana do odwrotu, lecz ulega znowu namowom Pryma i płynie jeszcze dalej, czego nie żałuje ostatecznie, gdy 18-go stycznia zauważono znowu jakąś ziemię. Była to wyspa należąca do licznego archipelagu, ciągnącego się ku zachodowi.
Żaglowiec skierował się ku niej i stanął w oddaleniu kilkunastu sięgów na kotwicy. Załoga otrzymała broń, a Dick Peters i Artur Prym spuścili się do łodzi.
Tymczasem w drodze zostali zatrzymani przez cztery łódki, napełnione ludźmi, „ludźmi nowymi”, jak ich nazywa opowiadanie.
Byli to krajowcy, czarni jak posągi z hebanu, odziani skórami zwierząt również czarnych, i zbrojni w dziwaczne jakieś narzędzia. Ponieważ nie okazali wrogiego usposobienia, a tylko ustawicznie powtarzali słowa: anamoo-moo i lama-lama przeto Artur Prym zawrócił z powrotem, a poznawszy z gestów przywódcy, Too-Wita, że tenże chciałby zbliska zobaczyć statek, porozumiał się z kapitanem, i niebawem kilka postaci czarnych pojawiło się na pokładzie Oriona.
Podziw ich dla wszystkiego na co spojrzeli, nie miał wprost granic. Żadnego przedmiotu nie śmieli dotknąć rękoma, a pocałunkami tylko okazywali swe uwielbienie, jak gdyby żaglowiec był jakąś świętością lub istotą żyjącą.
Zachęcony tem łagodnem usposobieniem krajowców, kapitan Wilhelm Guy poleciwszy załodze pilną straż nad wszystkiem, udał się z kilku jeszcze ludźmi na zwiedzenie wyspy.
Kierując się za miejscowemi łodziami, łódź kapitana ominęła liczne rafy, znajdujące się u brzegów lądu, które tworzył czarny, jak węgiel, piasek.
— Cóż to za dziwna kraina, ta ziemia Tsalal! jeżeli damy wiarę opowiadaniu Pryma.
Drzewa i rośliny tamtejsze niepodobne są w niczem do znanych gatunków na całej kuli ziemskiej, a równie jak piasek na brzegu morskim, tak cały grunt tej wyspy oraz dziwacznych kształtów sterczące skały, składają się z części mineralnych, obcych zupełnie uczonemu naszemu światu.
Co więcej, woda nawet w płynących tam strumieniach, niema przezroczystości naszych wód, a spójność jej cząstek tak jest małą, że „przecięta” ostrzem noża, nie łączy się zaraz, lecz długo oddzielnemi płynie smugami.
Aby się dostać do pierwszej osady na wyspie, trzeba było przejść pieszo około trzech mil angielskich.
Żadnych wszakże chat, choćby najlichszych, krajowcy nie znają, a rozpięte namioty z czarnych skór zwierząt domowych, tworzą nędzne dla wszystkich schronienia. Licznie spotykane tam czworonogi, przypominają nieco pospolite nasze świnie i owce, wśród których chodzą sobie swobodnie oswojone albatrosy i czołgają się większe i mniejsze żółwie.
Jednem słowem świat całkiem inny, że tak powiemy „czarny”, przedstawił się oczom podróżnych, na których krajowcy w coraz liczniejszych zbierając się gromadach, (w osadzie bowiem, zdaniem Pryma, mogło ich być około 2,000) patrzeli zdumieni — i choć kolor biały w ogóle, a szczególniej ciała ludzkiego, jako zupełnie im nieznany, budził w nich lęk i nieufność, tak natarczywie jednak cisnęli się ku przybyłym, że ci zmuszeni byli siłą utrzymywać ich w należnem oddaleniu.
Po chwilowym spoczynku w namiocie Too-Wit’a, kapitan, ze swymi towarzyszami wrócił do czekających go u brzegu ludzi. W tem powrotnem jednak przejściu, zauważył nieprzebraną bodaj ilość pianki morskiej, mięczaka cenionego i poszukiwanego w handlu, szczególniej przez Chińczyków.
Ponieważ lekka pianka nie obciążając żaglowca, mogła stanowić doskonały towar sprzedażny zarówno w Ameryce jak Europie, przeto porozumiano się z przywódcą, który pozwolił kapitanowi w zamian za mały jakiś podarek, zbudować szopę gdzieby kilku robotników z załogi Oriona przysposobiło nowy ten ładunek. Sam zaś kapitan korzystając z czasu, podpłynął wyżej jeszcze do bieguna.
Po upływie miesiąca, odpowiednia ilość pianki przysposobioną została, a ludzie, którzy tem zajęci byli, nie mogli się skarżyć na najmniejszą krzywdę, ani posądzać nawet o jakiekolwiek złe zamiary czarnych mieszkańców wyspy Tsalal.
To też za powrotem swym, kapitan Wilhelm Guy zapragnął raz jeszcze zwiedzić osadę Klock-Klock. Zostawiwszy więc na pokładzie Oriona sześciu ludzi uzbrojonych, którym zalecił baczność na wszystko, i zabronił surowo dopuszczania krajowców na statek, udał się na ląd z resztą swej załogi.
Otoczony kilku setkami swych podwładnych, wyszedł Too-Wit na spotkanie gości, wiodąc ich do osady wązkiem przejściem wśród wzgórz z kamienia steatydowego, jakiego Artur Prym nie widział nigdzie potem. Niekiedy przejścia te tworzyły tak ciasne wąwozy, że pojedyńczo tylko jednemu za drugim, można było przecisnąć się przez nie.
Jakkolwiek miało to do pewnego stopnia pozór jakowejś zasadzki, kapitan Wilhelm Guy wszakże spokojny był zupełnie.
Wyprzedzając trochę towarzyszy, Artur Prym i Dick Peters oraz marynarz Allen, zobaczywszy zwieszające się u drzewa niezmierne grona jakiegoś szczególnego gatunku orzechów, zeszli trochę na bok, by zerwać z nich parę i posmakować, gdy nagle, silne trzęsienie gruntu powaliło ich na ziemię, a całe bryły kamieni przygniotły ich tak, że chwilowo stracili przytomność.
Przyszedłszy do siebie, uważali się za pogrzebanych żywcem. Artur i Dick znaleźli się obok, Allen jednak nieco dalej przygnieciony wielkiemi bryłami, nie miał już nigdy wrócić do życia.
Torując sobie drogę w steatydowem zwalisku dużemi, ostremi nożami, które z przezorności mieli zawsze w swych kieszeniach, dostają się towarzysze dawnej niedoli do glinkowatego pokładu, stawiającego im silniejszy opór, aniżeli ten tłustawy, podobny do twardego mydła materyał „steatytem” zwany.
Nie dali jednak za wygranę i póty wiercili nożem, pracowali rękoma, aż nie wygrzebali sobie otworu, przez który mogli odetchnąć swobodnie, a nawet rozejrzeć się po okolicy.
Niebawem też rozważywszy wszystko, doszli do przekonania, że trzęsienie było sztucznie wywołane przez krajowców, aby zgubić kapitana Wilhelma Guya wraz z 28 marynarzami, którzy też znaleźli niewątpliwie śmierć pod ową masą ziemi i kamieni, przechodzącą zapewne milion beczek objętości. Własne swe, cudowne prawdziwie ocalenie, zawdzięczali jedynie wypadkowi, że właśnie w chwili katastrofy ustąpili nieco na bok przesmyku, który sztucznie, z obmyśleniem zdrady, utworzony został przez krajowców.
Tymczasem, jak oko zasięgnąć mogło, kraj cały zaroił się tłumami czarnych postaci, i przypływające z sąsiednich wysp łodzie otoczyły zbitą masą żaglowiec, oczywiście w nadziei bogatego łupu. Sześciu marynarzy, którzy z rozkazu kapitana trzymali straż na Orionie, bronili się długi czas uparcie, dając ognia z początku z karabinów, wreszcie zwróciwszy ku napadającym wystrzały armatnie.
Prawie po trupach poległych swych braci, czerń ta straszna dostała się jednak na pokład i po wymordowaniu obrońców, zabrano się z okrzykami radości do rabunku.
Nagle ukazują się płomienie pożaru, wznieconego prawdopodobnie wypadkiem, a w chwilę potem następuje z nieporównanym hukiem wybuch prochu, który rozrywa na cząstki i wysadza w powietrze cały żaglowiec. Wraz z nim ginie tysiące krajowców, tysiące innych odnoszą ciężkie rany.
Wśród niezrównanego popłochu, ci którzy ocaleli, uciekają z wielkiem krzykiem powtarzając wyrazy: Tekelili! Tekelili!
W ciągu całego następnego tygodnia, żywiąc się jedynie orzechami i roślinami zbieranemi ukradkiem, siedzieli Artur Prym z Petersem w jakiejś głębokiej jamie, wykopanej dla wydobycia steatydu, i pewnego rodzaju czarnego marglu, zmieszanego z grubemi ziarnkami nieznanego metalu.
Jama ta zajmowała przestrzeń znaczną, którą obchodząc, napotkali ułożone z drobnych kamieni jakieś linie i figury zagadkowe. Artur Prym nie omieszkał je odrysować, i przekonał się później, że całość ich złożyła znaki staroarabskiego pisma, które oznaczały: „Istota biała” i „kraje południa.”
Jak widzimy, autor amerykański rozwinął tu w całej pełni swą fantazyę, tak bogatą i tak twórczą, że jeden z poważnych jego krytyków słusznie powiedział o nim: „Fantazya góruje tu nad wszystkiemi innemi zdolnościami; jest to niby jakaś siła niezwykła, zdolna przeczuć najtrudniejsze do zbadania tajemnice, przeniknąć najzawilszy stosunek rzeczy.”
Lecz kończmy dalsze opowiadanie:
Ponieważ, co łatwo zrozumieć, zarówno Prym jak i Peters, nie przyjęli biernie smutnego losu ukrywania się w tym dole aż do końca bodaj życia, przeto spróbowali jednego razu ucieczki, kierując się ku wybrzeżom morza. Niebawem jednak ujrzeli się ścigani przez pięciu krajowców, i wkrótce przyszło do nieuniknionej walki, która dzięki nadzwyczajnej sile Petersa, a jeszcze więcej wystrzałom z rewolweru Pryma, skończyła się zabiciem czterech przeciwników, gdy piątego powlekli jako jeńca ze sobą, wskoczyli spiesznie do najbliższej łodzi, i popłynęli w niej z biegiem prądu dalej ku biegunowi, na 84° szerokości.
Jakkolwiek kilka wysp rysowało się w niezbyt odległej przestrzeni, jednak roztropność kazała ominąć je ostrożnie. Zresztą dwa olbrzymie żółwie, któremi łódź była naładowaną, mogły im dostarczyć na jakiś czas pożywienia.
Był to właśnie początek marca, a więc początek zimy w tych stronach. Ponieważ Prym był zdania, że temperatura musi być coraz łagodniejszą bliżej bieguna, przeto nie obawiano się uwięzienia wśród lodów. Potrzebny żagiel do szybszej podróży i korzystania z przyjaznego powiewu wiatru, urządzili też na prędce, rozpinając swe koszule między znajdującemi się na przodzie łodzi grubemi gałęziami.
Białość płótna, podniesiona jeszcze blaskiem światła, wzbudziła nieopisany strach w jeńcu, który skulony zakrył sobie oczy, a czarne usta jego szeptały niezrozumiale: Tekeli-li. Tekeli-li!
Posuwając się dość szybko, Artur Prym i Peters wjechali niebawem w świat pełen szczególnych osobliwości.
Najpierw na skłonie nieba ujrzeli niby leciuchną zasłonę z szarawej mgły, którą przecinały miejscami smugi świetlane, podobne do promieni zorzy północnej.
Woda, po której sunęła ich łódź, stawała się coraz gęstszą i coraz wyraźniej mlecznej barwy, a podnosząca się stale jej temperatura, wskazywała że wewnętrzne jakieś ciepło musi ją ogrzewać. Mimo tego silny prąd unosił łódź z wzrastającą szybkością, podczas, gdy z pogodnego nieba począł się sypać białawy popiół, którego widok wzmógł na nowo przestrach Nu-Nu, czarnego jeńca z wyspy Tsalal.
Dnia 9-go marca suchy ten deszcz zamienił się w prawdziwą ulewę, a woda stała się tak gorącą, iż niepodobna było ręki w niej utrzymać! W dziwnej też mglistej zasłonie, rozciągniętej na całej linii horyzontu, poznał wreszcie Peters jakiś niezmierny wodospad, zlewający się niby z nadpowietrznych z wyżyn.
Przez dwanaście dni następnych panowały dokoła zupełne ciemności, przerywane tylko błyskami świetlanemi, unoszącemi się z mlecznych wód oceanu antarktycznego, do którego bezustannie sypał się, podobnie do padającego śniegu, ów popiół białawy.
Łódź z szaloną szybkością pędziła teraz ku wodospadowi, poza którym, gdy równą jego masę rozdzierał od czasu do czasu silniejszy prąd powietrza, ukazywały się dziwaczne jakieś i niewyraźne obrazy.
Wśród przerażającej dokoła nocy, przeciągały gromady sinej białości ptaków, zapełniając powietrze dziwnym, powtarzanym tu zarówno przez ludzi jak i zwierzęta krzykiem: Tekeli-li! Tekeli-li!
Na widok ich Nu-Nu, popadł w okropne konwulsye i wkrótce wyzionął ducha.
Nagle porwana zdwojoną siłą prądu, zdąża łódź prosto do wodospadu. W chwili jednak, gdy już, już ma zginąć w strasznej głębi przepaści, staje tuż przed nią jakaś olbrzymia postać ludzka, której białość ciała i okrywającej ją zasłony, równa się najczystszej białości śniegu...

Taki jest koniec fantastycznego utworu Edgarda Poë, a cała linia domyślników daje do zrozumienia, że to co nastąpiło jeszcze, albo autorowi jest nieznane, albo przekracza już nawet te granice, które bujna jego wyobraźnia obejmuje. Może też i słusznie zrobił, nie wodząc czytelnika dalej w tę krainę niemożebności, bo czyż nie dosyć nam już tego, nam ludziom przywykłym brać rzecz wszelką pod krytykę zdrowego rozsądku?





Nadzwyczajne spotkanie.



Podróż nasza odbywała się w dalszym ciągu systematycznie i spokojnie, pogoda bowiem stale wyjątkowo była piękną, a porucznik Jem West przewidywał zawsze naprzód, jakie należało dać rozporządzenia.
— Nasz porucznik nie ma sobie równego! — rzekł do mnie jednego dnia, rozmowny jak zwykle Hurliguerly. — Doprawdy, jemu przystałoby prowadzić najpiękniejszy statek admiralski!
— Rzeczywiście — potwierdziłem — Jem West jest wyjątkowo zdolnym marynarzem.
— Ale też przyznaj pan, że wyjątkowym żaglowcem jest nasz Halbran. Twardy on i wytrzymały jak żelazo, a lekki i zwinny jak mewa. Doprawdy, możesz mi pan być wdzięcznym za to, żem namówił kapitana...
— Jeżeli rzeczywiście twój wpływ to zrobił, dziękuję ci bosmanie.
— I jest za co, panie! Kapitan dyablo się upierał... „Nie i nie!” Było z tem biedy nie mało!
— Bądź pewny iż nie zapomnę w swoim czasie, że dzięki twemu pośrednictwu, zamiast się nudzić jeszcze na Kerguelen, będę już za kilka dni w Tristan.
— Tak jest, za kilka dni, panie Jeorling! — potwierdził bosman. — Widzi pan — dodał po chwili — tam w Anglii i Ameryce zajmują się podobno zbudowaniem statku z jakąś piekielną maszyną, kołami i śrubami, które jak nogi kaczkom mają pomagać okrętom do bardzo szybkiego pływania! Bóg tam raczy wiedzieć, co to warte, ale myślę zawsze, że to wielkie głupstwo w porównaniu z piękną fregatą z całym jej lasem masztów i żagli... i że tego co nasi ojcowie uznali za dobre, nam nie godzi się rzucać, bo taka poniewierka zawsze złem się kończy...
Nie miałem żadnych podstaw do przeczenia bosmanowi. Myśl bowiem zbudowania parowców mogła być słusznie uważaną jeszcze w owe czasy, jako nigdy nie dające się spełnić marzenie uczonych. Co zaś przyszłość okazać miała, któż mógł przewidzieć.
Lecz właśnie w tej chwili przypomniałem sobie Oriona, owego Oriona, o którym kapitan Len Guy mówił, jakoby go kiedy na własne widział oczy, a który w piętnaście dni przepłynąć miał przestrzeń między Prinz Edward, a Tristan d’Acunha. Ale Edgard Poë rozporządzał wedle swej fantazyi, zarówno falą morską, jak siłą i kierunkiem wiatru.
Przekonany też widocznie kapitan Len Guy, że próżno usiłowałby mię jeszcze zjednać dla swych chorobliwych przywidzeń, nie zaczepił mię już więcej w tym przedmiocie, z czego oczywiście byłem szczerze zadowolony.
Bo czyż moźliwem jest, aby żaglowiec angielski zdołał dotrzeć aż pod 84° szerokości południowej, a podróż ta zupełnie pominiętą została przez świat uczony? Czy możliwem aby taki Artur Prym, powróciwszy z głębin podbiegunowych, nie był stawiony wyżej nad Cooka, Wedella i Biscoe? A potem, jeżeliby rzeczywiście zdołał tam dotrzeć, jeżeliby opis wszystkich tych nadzwyczajności nieznanego świata był prawdziwym, jeżeliby go nawet otchłań wodospadu nie pochłonęła, to jakże mógł odbyć powrotną drogę, w kruchej i wątłej łodzi krajowców wyspy Tsalal, gdy najsilniejsze nawet okręty nie wytrzymują ciśnienia lodowców, między któremi płynąć tam trzeba. Dla czegoż wreszcie sam Artur Prym, po cudownym swym powrocie miałby się ukrywać, gdy wieść o takiej podróży zwróciłaby na niego uwagę całego świata i uczyniła po wszystkie wieki sławnym. Czyżby zmusiły go do tego jakieś ważne powody, jaka straszna tajemnica może?...
Ale otóż znowu zająłem się zupełnie bezpożytecznie historyą nie wytrzymującą najsłabszej krytyki, bo wiara jaką jej daje kapitan, budzić tylko może współczucie dla niego, jako dla chorego maniaka.
Od chwili ostatniej z nim rozmowy, widywałem go znowu bardzo rzadko: a jeśli wyjątkowo ukazał się na pokładzie, twarz jego zaciemniała niezmiennie chmura żałoby i smutku, a wzrok skierowany był zawsze ku południowemu biegunowi.
Na szczęście, pod każdym innym względem zachował wrodzoną przytomność, i Jem West nie potrzebował w najmniejszej rzeczy zastępować go w roli kapitana, jak tego z początku pewny byłem.
Dnia 3-go września przechadzałem się właśnie wzdłuż pokładu, myśląc z zadowoleniem jak szybko i lekko unosi nas Halbran, i mimowoli porównałem rozpięte jego żagle do skrzydeł owych białych albatrosów, które jedenaście lat temu miał spotkać Prym w swym zmyślonym świecie podbiegunowym, gdy naraz zwróciła moją uwagę gromadka majtków stojąca po drugiej stronie, żywo zainteresowana czemś, co w pewnem jeszcze oddaleniu wyraźnie występowało ponad wzburzone nieco fale. Zaciekawiony podszedłem ku nim.
— To nie może być wieloryb — zapewniał Marcin Holt. — Od czasu jak tu stoimy, byłby już ze dwa, albo trzy razy wyrzucił strumień wody.
— Niema co mówić — potwierdził Hardzie — prędzej jest to kadłub jakiegoś rozbitego okrętu, który przypłynął tu z prądem...
— Do kroćset! — zawołał Roger — ładne spotkanie! A gdyby tak w noc ciemną, jakże go wyminąć! Anibyśmy się obejrzeli gdy nasz Halbran poszedłby wraz z nim na dno morza...
— Takie licho — dorzucił Drap — gorsze jest od skał i raf podwodnych, bo o tych wiesz gdzie sterczą, a tamto niech Bóg broni!...
— Co myślisz o tem, Hurliguerly — zapytałem bosmana, który nadszedł w tej chwili i oparł się o poręcz obok mnie.
— Mojem zdaniem — rzekł tenże, popatrzywszy chwilę, podczas gdy żaglowiec zbliżył się już znacznie do zaciekawiającego wszystkich przedmiotu — mojem zdaniem — powtórzył — nie jest to ani wieloryb, ani też kadłub okrętu, lecz wielka bryła lodowca.
— Lodowca? — powtórzyłem zdziwiony.
— Hurliguerly ma słuszność — odezwał się porucznik, który z perspektywą w ręku, stał pośród nas dobrą już chwilę. Jest to bez żadnej wątpliwości lodowiec uniesiony aż tutaj silnym prądem wody.
— Czy podobna? Pod 45 równoleżnikiem, zważ poruczniku!
— Są to wypadki niezwykłe zapewne, wszakże zupełnie możebne. Wiadomo nawet, źe francuzki kapitan Boseville spotkał w 1828 r. olbrzymią taką bryłę aż u samego Przylądka.[4]
— W każdym razie pod wpływem temperatury, jaką tu obecnie mamy, lodowiec musiałby stopnieć wkrótce.
— Najniezawodniej! To też bryła tamta jest bezwątpienia drobną już tylko cząstką olbrzymiej góry lodowej, której waga przechodzić musiała miliony beczek — objaśniał ku wielkiemu memu zdziwieniu zwykle milczący Jan West.
W tej chwili nadszedł kapitan i po zamianie z porucznikiem kilku słów cichym szeptem, wziął od niego perspektywę i skierował ją w stronę coraz wyraźniej rysującej się wśród fal i błyszczącej w słońcu bryły.
— Możemy sobie powinszować — rzekł niebawem — iż udało nam się szczęśliwym wypadkiem ominąć ten lodowiec. Spotkanie z nim mogłoby nasz statek przyprawić o znaczne uszkodzenia.
Stojąc opodal, patrzałem uważnie na kapitana, który ani na chwilę, z widocznem natężeniem uwagi, nie odjął szkieł od ócz swoich — a bladość znamionująca silne wzruszenie, pokryła chudą i ogorzałą twarz jego, podczas gdy usta bezwiednie prawie wymawiały urywane jakieś słowa.
Tak upłynęło kilka minut ogólnego oczekiwania. Tymczasem Halbran przez odpowiednie rozpięcie i pochylenie żagli z rozkazu porucznika, podpłynął ku lodowcowi, który topniał tak widocznie, że jasne strumienie wody spływały z powierzchni jego do morza.
Kapitan Len Guy odłożył wreszcie szkła, całkiem już zbyteczne, bowiem wszyscy gołem nawet okiem zauważyliśmy przedmiot jakiś czerniejący na bliskiej nam o jakie 3 sięgi bryle.
Okrzyk zdziwienia i przerażenia wyrwał się z piersi naszych, gdy w przedmiocie tym poznaliśmy najwyraźniej kształty ciała człowieka. Była nawet chwila, w której pewny byłem że ciało to porusza się, że wyciąga ku nam ręce, jakby z prośbą o pomoc.
Ale nie, ono samo było sztywne i nieruchome, tylko powoli wraz ze spływającą wodą zsuwało się na dół.
Spojrzałem na kapitana, twarz jego była równie trupiej bladości, jak spoczywającego na lodowcu, a płynącego tu może z podbiegunowych stref...
Spełniono szybko rozkaz porucznika i do spuszczonej łodzi zeszli: bosman, Gracyan i Francis, którzy w silne dłonie ujęli wiosła.
Może jeszcze iskierka życia tli w tym człowieku, a w takim razie każda sekunda jest drogą. Jeżeli zaś martwe już tylko są te członki, może znajdzie się przy nim papier jakiś, jakie notatki dające świadectwo, kim był, skąd przybywa...
Łódź sunęła prędko. Zręcznym ruchem wiosła pchnął ją bosman ostatecznie do lodowca, łamiąc kruche jego brzegi, a upatrzywszy miejsce dość jeszcze pewne, zatopił w nim hak łańcucha od łodzi, aby trzymać ją nieruchomo i wskoczył z Gracyanem na bryłę.
Chwila jeszcze, a sztywne, zmrożone członki nieznanego człowieka złożone najpierw w łodzi, przeniesione zostały na pokład okrętu.
Kapitan Len Guy przystąpił ku nim i patrzał długo, jakby spodziewał się poznać w nich dobrego znajomego...
Był to marynarz w grubem, mocno zniszczonem i połatanem ubraniu z wełny, okrywającen tak nadzwyczajnie wychudzone ciało, że raczej do szkieletu już tylko było podobne. Chociaż nie mógł być starszym nad lat 40, jednak bujne włosy, zakrywające w nieładzie część twarzy, były już prawie zupełnie siwe.
Jakie straszne cierpienia, jakie tortury głodu i zimna przeżyć on musiał, zanim wynędzniałe jego ciało przeszło w ten stan lodowatego skostnienia!
Kapitan Len Guy pochylił się nad trupem, ujął głowę jego w obie dłonie, odgarnął delikatnie, jakby z pieszczotą, stargane włosy, szukał spojrzenia martwych ócz, których powieki mróz skleił, aż wreszcie glośnem wybuchnął łkaniem.
— Waterson! Waterson! — powtarzał.
— Waterson! — zawołałem mimowoli; zdawało mi się bowiem, że to nazwisko wprawdzie dość pospolite, łączyło się w mej pamięci z jakiemiś dobrze mi znanemi wypadkami. Gdzie jednak słyszałem je wymawiane? A może czytałem je tylko?...
Tymczasem kapitan stojąc wsparty o poręcz pokładu, przebiegł wzrokiem dalekie linie horyzontu, jakby upatrywał jeszcze czegoś, lub pragnął podążyć natychmiast ku biegunowi.
W tej samej chwili bosman, na skinienie Jana Westa, przeszukał ubranie zmarłego, i wyjął z kieszeni ściągniętej rzemieniem kurtki, nóż składany, zwitek grubych nici, wreszcie książeczkę skórzaną z metalowym ołówkiem. Gdy przedmioty te podawał porucznikowi, kapitan zwrócił się właśnie w tę stronę.
— Daj mi to — rzekł, ujmując książeczkę w drżące ręce.
Drobne pismo zapełniające kilka pierwszych kartek, stało się pod wpływem wilgoci zupełnie prawie nieczytelne, przy ostatniej dopiero notatce zatrzymał się kapitan dłużej, i ku naszemu najwyższemu zdziwieniu i wzruszeniu zarazem, począł czytać wolno, głosem, w którym odczułem głęboką boleść jego serca.
„Orion... wyspa Tsalal... przez ośmdziesiąty trzeci... tam od jedenastu lat... kapitan... pięciu marynarzy żyją... spieszcie im z pomocą...
Tu znajdował się podpis z nazwiskiem Waterson.
— Waterson! tak, przypomniałem sobie! Tego imienia był drugi oficer na statku Orion, który przyjął gościnnie Pryma i Petersa, nieszczęsnych rozbitków z okrętu Grampiusa, statku Orion, który dopłynął do wyspy Tsalal i przez jej mieszkańców został złupiony i wysadzony w powietrze, podczas gdy większa część załogi zginęła w czasie trzęsienia ziemi, a ci którzy uratowali swe życie, kryjąc się przed okrucieństwem miejscowego plemienia, pozbawieni są aż do tej pory możności powrotu.
Więc to wszystko było prawdą?... Więc Edgard Poë napisał dzieło historycznej wartości, u nie zmyśloną powieść? Więc rzeczywiście posiadał on pamiętniki Pryma, znał go i czas dłuższy utrzymywał z nim stosunki przyjaźni?... Cóż za podróż nadzwyczajna! Do jakiego punktu ziemi dotarł właściwie ten człowiek, po opuszczeniu wyspy Tsalal? Jaką drogą znalazł się znów w Ameryce? Z czyjej ręki czy woli, owa śmierć nagła i straszna, którą autor tłomaczy brak ostatnich rozdziałów, mogących dać objaśnienie tak wielkiej doniosłości?...
Myśli te opanowały w jednej cbwili do tego stopnia całą istność moją, iż sądziłem że mię wytrącą z równowagi umysłowej.
— Miej się na baczności — ostrzegłem wreszcie sam siebie, zebrawszy całą siłę woli — wszystko to jest pomyłką tylko, przesłyszałeś się zapewne!...
Jan West tymczasem spokojniejszy od kapitana, zdołał wyczytać jeszcze urywki ze stronie książeczki, uszkodzonej przez wilgoć.
„Uniesiony na lodowcu 3 czerwca w północną stronę Tsalal... Kapitan Wiliam Guy i pięciu ludzi z Orionu żyją tam. Lodowiec mój przepłynął zaporę gór lodowych. Brak mi żywności... 13 lipca spożyłem resztę zapasów... dziś 16 lipca — muszę umrzeć...”
Urywane te zdania pisane ręką człowieka, którego martwe zwłoki leżały tuż przedemną, jako nieme, a jednak niedające się zaprzeczyć poświadczenie, musiały mię wreszcie przekonać, że opowiadane mi przez kapitana wypadki, nie były wcale chorobliwym wymysłem; że nawet nadzieja jego znalezienia przy życiu ludzi z załogi Oriona, okazała się zupełnie uzasadnioną.
— Boże mój — zawołałem — dla czegoż nie możemy przywołać do życia tego człowieka, albo raczej, dla czego to spotkanie nie nastąpiło trzy miesiące temu, gdy jeszcze płynął żywy na lodowcu! Ile cennych objaśnień, ile ważnych wskazówek mógł był nam udzielić w kwestyach, które teraz na zawsze może pozostaną nam nieznane.
Kapitan Len Guy zwrócił na mnie wymówne swe spojrzenie, a blade usta jego wyrzekły słowa:
— Więc uwierzyłeś pan wreszcie?
— Wierzę, wierzę wszystkiemu! — zapewniłem gorąco.
— A teraz trzeba, aby wszyscy tu obecni wiedzieli również, że Wiliam Guy kapitan Oriona, i Len Guy kapitan Halbranu, są rodzonymi braćmi — zawołał doniosłym głosem tak, aby być słyszanym przez całą załogę.
Gdy w chwilę potem zwróciliśmy oczy w stronę, w której płynął lodowiec, nie znaleźliśmy już śladu z niego, tak szybko ciepło wody i słońca, znaczne już o tej porze, rozpuściło resztę bryły, na której dziwnym zaiste zbiegiem wypadków, przybyły ku nam aż z pod bieguna zwłoki martwe i zlodowaciałe, lecz dające świadectwo o życiu innych, oczekujących pomocy od lat tak wielu.





Wyspy Tristan d’Acunha.



Tak jest, przyznaję szczerze, mimo że rozum mój burzy się jeszcze przeciw uznaniu za prawdziwe tego, com nie dalej jak wczoraj nazywał wybrykiem fantazyi, posuniętym aż do granic nieprawdopodobieństwa — pogrzebałem jednak w głębiach oceanu resztę mych wątpliwości wraz z ciałem nieszczęsnego Watersona, któremu tę żałobną usługę oddał Jan West, wobec zgromadzonej na pokładzie załogi Halbrana.
Teraz też dopiero zrozumiałem, że nie chorobliwy stan umysłu, lecz serdeczna miłość braterska, kazała kapitanowi Len Guy błądzić po wodach mórz południowych, na których wytrwale spodziewał się znaleść jakąkolwiek wskazówkę odnośnie do losu zaginionych.

I nie dziwiło mię już wcale, że niepewny gdzie mu nieprzewidziane i nagłe wypadki każą się zwrócić, niechętnie godził się na zabranie obcego pasażera, bo gdyby nie zbyt ważne przeszkody, których w żaden sposób lekceważyć nie mógł, pewny jestem, żeby bez straty jednej chwili skierował się ku południowi. Lecz byliśmy zaledwie w pierwszym tygodniu września, a wiedziano nawet już w owym czasie, że dopiero w porze od połowy lutego aż do końca marca, śmiałe próby przebycia lodowego łańcucha gór podbiegunowych, mogą jedynie być uwieńczone pożądanem powodzeniem. Z łagodniejszą
Wyspa Tristan d’Acunha.
bowiem już wtenczas, zatem nie tyle trudną do zniesienia temperaturą, oraz mniej groźnemi burzami, wśród powstałych na wodach oceanu wolnych przejść, w skutek topniejących, a unoszonych prądem lodowców, wreszcie przy trwającej bez przerwy jasności dnia, przedstawiają się żeglarzom łatwiejsze do zwalczenia warunki.

Jedynie więc dzięki konieczności przeczekania do tej pory, podążaliśmy dalej ku wyspom Tristan d’Acunha, gdzie wedle dawnego planu pozostać zamierzałem, do chwili przybycia innego statku, któryby mię zawiózł na stały ląd Ameryki — podczas gdy Halbran po krótkim tylko spoczynku skierować się miał do Falklandu, w którego porcie w czasie kilkotygodniowego pobytu, poczynićby mógł odpowiednie przygotowania, jakich wymagała postanowiona podróż aż po za linię koła biegunowego.
Upłynęło też zaledwie trzy doby od wypadku, który poruszył nas do głębi, gdy przednia straż oznajmiła ukazanie się w dali wysokiego wulkanu wyspy Tristan, o której mi bosman nie omieszkał udzielić wiadomości, jakich tylko osobiste poznanie miejsca dać może. Wiedziałem więc, że klimat wyspy jest łagodny, wilgotny i mglisty; temperatura nie spada tu nigdy niżej 4° i nie podnosi się nad 20° Celsyusza, zaś stale wiejące prądy wiatru są północno-zachodnie, a tylko zimą przez sierpień i wrzesień południowe.
W 1811 r. wyspa została po raz pierwszy zamieszkaną przez amerykańskich rybaków, przynęconych bogatym połowem fok i wielorybów; następnie przybyli tu żołnierze angielscy, obowiązani czuwać nad więźniem z wyspy św. Heleny, i opuścili tę ziemię dopiero w 1821 r., to jest po śmierci Napoleona.
W dwadzieścia lat później ludność miejscowa dość już liczna, a składająca się z Europejczyków, Amerykanów i Holendrów przybyłych z Przylądka, utworzyła republikę z patryarchą na czele, która to dostojność przyznawaną była przez dłuższy przeciąg czasu, ojcu posiadającemu najliczniejszą rodzinę.
Uznanie przez kolonistów obecnego zwierzchnictwa Anglii, nastąpiło dopiero po roku 1839, w którym właśnie po raz pierwszy miałem zwiedzić te ziemie i przekonać się, że nie przedstawiały one bynajmniej zbyt łakomego kąska, jakkolwiek jeszcze w XVII wieku „ziemią życia” nazwane zostały.
Flora miejscowa bardzo jest skąpa, ogranicza się bowiem jedynie na różnych gatunkach mchów, widłaków i porostów, pokrywających spadzistości górskie, u których podnóża rozkładają się liściaste paprocie, oraz drobne i większe krzewy. Jedyne drzewo jakie wyspa posiada, jest szakłak, dorastający najwyżej 20 stóp wysokości. Z warzyw uprawiane bywają dowiezione tu przez kolonistów: kartofle, kapusta, buraki, marchew, cebula i dynie; z owoców: gruszki, brzoskwinie i wino, dość miernej zresztą wartości.
Brak na miejscu drzewa opałowego, wynagradza fala, wyrzucająca często na niskie brzegi szczątki rozbitych okrętów.
Amator ptactwa zmuszonym byłby zadowolnić się tu jedynie: mewą, petrelem, pingwinem i albatrosem, gdyż ornitologia wyspy nie posiada innych nad te okazów, prócz domowego drobiu. Świat zaś czworonogi przedstawiają woły, owce, i trzoda chlewna, stanowiąca całe bogactwo mieszkańców. W zamian jednak nie spotkałem na Tristanie ani jednego płazu lub gadu; ani jeden owad nie naprzykrzy się tam ludziom.
Dnia 6 września Halbran omijając daleko w morze rozgałęzione sploty roślin wodnych, które niby zdradliwie zastawione sieci, tamowały przystęp do brzegów, zarzucił kotwicę w zatoce Falmouth, czyli u największej z grupy wysp Tristan d’Acunha, do której należą jeszcze: Inaccessible i Nithingale.
Całość tego archipelagu rozciąga się na 37°8’ szerokości południowej i 12°8’ długości zachodniej. Nazwę zaś swą otrzymały wyspy od Portugalczyka tegoż imienia, który w początkach XVII stulecia pierwszy tutaj zawinął.
Tristan d’Acunha, widziana z morza, kształtem swym przypomina rozpięty parasol chiński; bowiem wulkanicznego pochodzenia grunt jej, zakreślając brzegami równe prawie koło o 15-to milowym obwodzie, wznosi się skalisto coraz wyżej ku środkowi, aż do krateru czynnego jeszcze wulkanu.
Ponieważ kapitan Len Guy od chwili pogrzebu Watersona, unikając wszelkiej styczności z ludźmi, pogrążył się wyłącznie w studyach nad mapami i dziełami dotyczącemi różnych podróży odbytych poprzednio w tak mało znane strony antarktycznego świata — przeto nie uważałem za stosowne narzucać się mu swoją osobą, tem więcej że nawet Jem West trzymał się zdala. Mimo tego pewny byłem, że nadejdzie chwila w której sam zechce podzielić się ze mną tem, co postanowił przedsiębrać dla odszukania swego brata Wiliama.
Tymczasem, mimo że Halbran spoczął już dawno na kotwicy, kapitan pozostał niewidzialny, a tylko oficer jego traktował wszelkie kwestye sprzedaży i kupna z dostojnym panem Glass, byłym kapralem wojsk angielskich, który od lat wielu tu osiadły, zdobył sobie powoli stanowisko wybitne, zarządzając w zupełnej niezależności kolonią z kilkudziesięciu ludzi i wzbogacając się każdego roku zręcznie prowadzonym handlem.
Jak każdy dorobkiewicz lubił pan Glass pochlebne słówka dla swej osoby, a nadewszystko cenił oddawany mu przez niektórych tytuł gubernatora wyspy. Będąc jednak na wskroś kupcem, stawał się uprzedzającym dla swych klientów, co następnie kazał sowicie wynagradzać sobie w wysokich cenach sprzedawanego towaru.
Ponieważ dla przygotowania statku do dalekiej i niebezpiecznej podróży, najodpowiedniejsze miejsce przedstawiały wyspy Falkland, przeto Jem West zostawiając panu Glass przywieziony ładunek cyny i miedzi, ograniczył się tu jedynie na zabraniu dostatecznej ilości żywego drobiu, solonego mięsa i przeróżnego warzywa, a nadewszystko na zapełnieniu beczek świeżą słodką wodą, czego Falkland nie posiadała w takiej obfitości.
Wraz z porucznikiem pospieszyłem również na ląd, ciekawy go poznać z naukowego punktu widzenia. Błądząc tu i owdzie w celu zbadania geologicznej formacyi gruntu, napotkałem byłego kaprala, który mimo swych 60 lat trzymał się krzepko i zachował wrodzoną bystrość, obok pewnej przebiegłości w charakterze.
— Łatwy do rozmowy, gadatliwy niemal, ofiarował mi uprzejmy gubernator pomoc swą w osobie przewodnika w głąb wyspy.
— Chętnie przyjmuję ten dowód uprzejmości pańskiej — odpowiedziałem — tem więcej, że Halbran kilka dni tylko ma zatrzymać się w przystani.
— Uważam, iż kapitanowi waszemu spieszno bardzo w dalszą podróż — rzekł pan Glass. Pułkownik jego nie zakupuje nawet tym razem ani skór fok, ani tłuszczu wielorybiego.
— Bo zbyteczny byłby nam wszelki ładunek, oprócz świeżej żywności i słodkiej wody — objaśniłem.
— Ha, trudna rada! Czego jednak nie zabierze Halbran, zabiorą inne statki — odpowiedział ze źle ukrywanem niezadowoleniem nowy mój znajomy. — Ale w jakie właściwie strony macie zwrócić się obecnie?
— Zapewne do wysp Falkland, gdzie statek ma być cały wyrestaurowany.
— Pan jednak jesteś tylko pasażerem statku, jeśli się nie mylę?
— Tak, panie, i nawet pierwotnie miałem zamiar pozostać tutaj parę tygodni. Ostatecznie jednak zdecydowałem się jechać dalej jeszcze.
— Żałuję bardzo, że tracę przez to miłą sposobność ofiarowania panu gościny w mym domu — pospieszył zapewnić pan Glass.
— Jestem panu szczerze wdzięcznym, lecz tym razem już korzystać nie będę z uprzejmości pańskiej — rzekłem, uchylając kapelusza.
W samej rzeczy, w ostatnich zaledwie chwilach przed wylądowaniem, postanowiłem dojechać jeszcze Halbranem do wysp Falkland, a stamtąd dopiero wrócić do Ameryki. I jakkolwiek jeszcze w tej kwestyi nie zdążyłem mówić z kapitanem, pewny jednak byłem jego zezwolenia.
— Dziwna rzecz, że dotąd nie miałem sposobności poznać osobiście waszego kapitana — zauważył były kapral.
— Zdaje się, że nie ma zamiaru opuścić swego statku — objaśniłem.
— Czyżby był chory? — zapytał.
— Nie sądzę; zresztą zapewne nie robi to panu różnicy żadnej, skoro w zupełności porucznik go zastępuje.
— Nie zbyt to rozmowny człowiek! Na szczęście jednak, piastry łatwiej płyną z jego kieszeni, aniżeli słowa z ust jego.
— Otóż to właśnie rzecz najważniejsza w interesie, prawda panie Glass?
— Bezwątpienia! — Z kimże jednak mam przyjemność? — zagadnął go po chwili.
— Jeorling z Connecticut — odpowiedziałem.
— Miły mi zaszczyt poznania pana. Proszę jednak wyobrazić sobie, panie Jeorling, że dotąd nie znam również nazwiska kapitana Halbranu.
— Nazywa się Guy, Len Guy...
— I jest Anglikiem zapewne.
— Tak jest, panie.
— W takim razie sądzę, że mógłby zadać sobie odrobinę trudu i odwiedzić mię, jako swego ziomka. Ale pozwól pan! Nazwisko kapitana nie jest mi zupełnie obcem... Tak jest, Guy — Guy...
— Wiliam Guy — dopomogłem spiesznie, żywo zainteresowany.
— Otóż to! Wiliam Guy, pamiętam dobrze!
— Który dowodził żaglowcem Orion.
— Rzeczywiście, taka była nazwa statku.
— A który ostatni raz zatrzymał się u brzegów Tristan, jest temu lat jedenaście.
— Zapewne będzie już tyle. Siedm lat właśnie mijało wtenczas od chwili mego tu osiedlenia, przypominam sobie najdokładniej! Dzielny to był człowiek ten Wiliam Guy! Szczery, przystępny, prawdziwy gentleman; może trochę dumny, ale poczciwa natura.
— A statek Orion przypominasz pan sobie?
— Jakbym go wczoraj dopiero widział. Stał właśnie na tem samem miejscu, które zajmuje w obecnej chwili Halbran. Żaglowiec jakich mało, mówię panu! Lekki wysmukły, o wązkim, prawie śpiczastym przodzie. Liwerpool był jego stałym portem.
— Tak rzeczywiście być miało.
— Gdzież się on teraz znajduje?
— Mamy wiadomość, że Orion zginął wraz z całą prawie załogą.
— Czy nie wiadomem jest panu jakim sposobem?
— Owszem, panie Glass. Orion opuścił Tristan d’Acunha, aby odszukać wyspy Aurora i inne ziemie, o których krążyły niepewne jeszcze wiadomości.
— Wiadomości te ja sam otrzymałem, od rybaków wracających z łowów na wieloryby. Więc Orion odnalazł te ziemie?
— Przeciwnie, mimo że kapitan Wiliam Guy poświęcił w tym celu kilka tygodni czasu...
— A jednak pewny jestem, że nietylko Aurora, ale i inne zaznaczone tam wyspy, istnieć muszą. Była nawet kwestya nazwania ich mojem imieniem.
— Najsłuszniej w świecie należałoby się to panu — odpowiedziałem grzecznie, choć nie bez pewnej złośliwości. — Gdy jednak kapitan Oriona lądów tych odnaleźć nie mógł, postanowił spełnić oddawna powzięty zamiar, przebycia koła biegunowego południowego, do czego namówił go głównie wypadkowy jego pasażer, rozbitek z okrętu Grampius.
— Pamiętam go — zawołał z ożywieniem pan Glass. — Człowiek ten nazywał się Artur Prym, a towarzysz jego Dick Peters!
— Więc znałeś ich pan osobiście?
— A jakże, panie Jeorling! O! ten Prym, była to ciekawa figura! Smiały awanturnik, zdolny wybrać się w podróż choćby na księżyc! Tam jednak, sądzę że nie dojechał nigdy.
— Na księżyc, zapewne że nie! Lecz wraz z Wiliamem Guy przepłynął koło biegunowe, przebył zaporę lodową i posunął się na południe dalej od wszystkich najsławniejszych dotąd żeglarzy.
— To mi się nazywa podróż wspaniała! — zawołał pan Glass z wielkiem zadowoleniem zacierając ręce.
— Rzeczywiście nadzwyczajna. Na nieszczęście jednak Orion nie powrócił ztamtąd nigdy.
— Więc zginął też i Artur Prym i jego towarzysz, ten siłacz indyjski, którego nie zmogłoby i sześciu barczystych chłopów?
— Przeciwnie, ci właśnie uszli szczęśliwie katastrofy. Zdołali nawet wrócić do Ameryki, chociaż doprawdy pojąć nie mogę, jakim sposobem. Dość, że dopiero przed dwoma laty Prym miał tam zginąć tajemniczą jakąś śmiercią.
— A Wiliam Guy? — badał dalej były kapral.
— Kapitan Wiliam Guy, według wszelkiego prawdopodobieństwa, żyje jeszcze. Właśnie kilka dni temu cudowny prawdziwie wypadek, dał nam o nim pewne wiadomości.
Tu opowiedziałem o spotkaniu lodowca i znalezieniu ważnych notatek przy zwłokach Watersona.
— Ach panie Jeorling, co to za dziwna historya — powtarzał zdumiony kapral. — Ależ tym ludziom trzeba spieszyć z pomocą!
— Właśnie też ma tam podążyć Halbran, skoro tylko stosowna nadejdzie pora i wszystko będzie w pogotowiu. Bo dodać mi jeszcze trzeba, że obadwaj kapitanowie Guy są rodzonymi braćmi.
— W każdym razie muszą usposobieniem różnić się bardzo — zauważył pan Glass, który widocznie nie mógł wybaczyć kapitanowi Halbranu, jego obojętności i braku uznania dla swej osoby.
Len Guy jednakże nie troszczył się bynajmniej o to, co o nim powie nawet rodak jego. Zamknięty ciągle w swej kajucie, siedział pochylony nad stołem, na którym wśród rozłożonych różnych książek, map i notatek, widniało grube dzieło z tytułową kartą: „Przygody Artura Pryma”.





W drodze ku wyspom Falklandzkim.



Wieczorem dnia 8-go września pożegnałem „Jego Excelencyę generalnego gubernatora archipelagu Tristan d’Acunha”, albo raczej byłego kaprala, bowiem tytuł powyższy pan Glass samowolnie tylko sobie nadawał.
Nazajutrz Halbran rozwinął żagle i niebawem skromne domki Ansiedlung zginęły w głębi Falmouth-bay. Jednakże minął jeszcze dzień cały, zanim szczyt wysokiego wulkanu wyspy zatonął w dali, w mgłach wieczornych.
Podróż obecna miała nas sprowadzić znacznie ku południowi, bowiem z 38 równoleżnika trzeba nam było zejść aż pod 55-ty na którym leżą ziemie Falklandu.
Ponieważ następnie celem podróży kapitana Len Guy była wyspa Tsalal, leżąca w głębi morza antarktycznego, najstosowniejsza przeto nadchodzi pora przedstawienia czytelnikom kolejno wszystkich usiłowań, jakie do owej chwili podejmowali sławni żeglarze dla zbadania tych stron globu ziemskiego.
Przedewszystkiem jednak zaznaczyć mi wypada, że ogólna nazwa morza antarktycznego, odnosi się do przestrzeni poza 60-tym ° szerokości południowej.
Pierwszy raz zatem w styczniu 1772 r. kapitan Cook i Furneaux dopłynęli z wielkim trudem i niebezpieczeństwem, wśród istotnego labiryntu gór lodowych, do 67° 15’ szerokości południowej, poczem zmuszeni byli nawrócić z powrotem.
Następnego roku Cook przedsięwziął drugą wyprawę, w której walcząc ze straszliwemi mrozami i gwałtownym huraganem, znalazł pod 70° zaporę olbrzymich gór lodowych, dochodzących 300 stóp wysokości, a tworzących u spodu jednę olbrzymią spiętrzoną masę, niemożliwą w żaden sposób do przebycia.
W 30 lat później, kapitanowie Kruzeustern i Lisiański nie zdołali posunąć się poza 70°.
W 1818 Wiliam Smith, i niezależnie od niego Barnesfield odkryli południowe Shetlandy, a w 1820 r. Botwell stanął przy południowych arkadach, Palmer zaś i kilku innych rybaków zaznaczyli wyspy św. Trójcy.
W 1819 r. Bellingshauzen i Łazarew poznawszy wyspę Gergię, opłynęli Sandwich, a następnie odkryli wyspy Piotra I-go i Aleksandra I-go, które sądzili bliskiemi ziem, zaznaczonych przez Amerykanina Palmera.
W 1822 r. kapitan Jan Weddell z marynarki angielskiej, dosięgnął, jeśli możemy dać mu wiarę, 74° 15’ szerokości południowej, co go upoważniło do przeczenia istnieniu stałego lądu podbiegunowego.
Wspomnieć mi tu należy, że droga przez niego zakreślona, była tą samą jaką w sześć lat później przebył Orion Wiliama Guy.
W 1823 r. Benjarnin Marrell, znany podróżnik amerykański, dopłynął w miesiącu marcu pod 70° 15’ na morzu zupełnie wolnem od lodowców, przy temperaturze bardzo umiarkowanej. Mógł był zatem posunąć się jeszcze dalej; na nieszczęście jednak brak żywności zmusił go do odwrotu. Następna wyprawa jego podjęta 1829 r. uwieńczoną została odkryciem południowej Grenlandyi, a równocześnie z podróżą Wiliama Guy i Artura Pryma, Anglicy: Forster i Kendal jakkolwiek nie przekroczyli 64°, jednakże poczynili ważne naukowe spostrzeżenia.
W 1830 r. Jan Biscoë odkrył pod 65° 57’ ziemię, którą nazwał Anderby, w następnej zaś wyprawie zaznaczył istnienie Ziemi Grahama, co upoważniło towarzystwo geograficzne w Londynie do wniosków, że między 66° a 67° szerokości południowej, znajduje się obszerny ląd stały.
Okazało się wszakże, że Artur Prym miał słuszność, przecząc temu domysłowi, ponieważ poprzednio już Weddell, a w kilka lat później Wiliam Guy, znaleźli na tych przestrzeniach wolne zupełnie morze.
W 1835 roku, kapitan Kemp, Anglik z pochodzenia, wypłynąwszy od wysp Kerguelen znalazł pod 66° wybrzeże, które należało prawdopodobnie do ziemi Enderby.
Wreszcie w 1639 roku Balleny, właściciel rybackiego statku, odkrył ląd, który nazwał Sahrina, a równocześnie, gdy Halbran zmierzał w tamte strony, Karol Wilkes, członek marynarki Stanów Zjednoczonych, postawił sobie za cel życia zwiedzić, o ile się da dokładnie i naukowo te okolice bieguna południowego, z których wedle obliczenia, pozostawało jeszcze w owym czasie zupełnie nieznanych około 5 milionów mil kwadratowych.
Gdym wiadomości powyższe czerpał z wielkiem zajęciem z dzieł dostarczanych mi z biblioteki Len Guy i Jem Westa, budziło się w mej myśli coraz żywsze pragnienie towarzyszenia dalej wyprawie mego kapitana, pragnienie, które wreszcie doszło do niezmiennego postanowienia. Bo w rzeczy samej, cóż mogło mi zależeć na tem, kiedy wrócę do Ameryki? Kilka miesięcy wcześniej lub później, nie stanowiło różnicy żadnej wobec kwestyi odbycia tak ze wszech miar ciekawej podróży.
Pozostawało mi jedynie porozumieć się z kapitanem, ku czemu odpowiedniej tylko czekałem sposobności. Nie było zresztą potrzeby przyspieszać tej chwili, gdyż tym razem podróż nasza miała dłużej potrwać, aniżeli obliczonem było. Po dziesięciodniowej bowiem pięknej i sprzyjającej żegludze pogodzie, nastąpiła zupełna cisza, w czasie której żaglowiec prawie nie ruszał się z miejsca, poczem nagle podniósł się gwałtowny wicher, zupełnie przeciwny kierunkowi, w jakim miał podążać nasz Halbran. Mimo więc prawdziwie zdumiewającej umiejętności, której dowody złożył Jem West w tak trudnem dla żeglarza położeniu, zboczyliśmy o tyle z drogi, że prześladowałem już bosmana udaną obawą, iż wkrótce znajdziemy się u brzegów Patagonii.
Wreszcie 4 października stan powietrza uległ pożądanej zmianie; silny wicher zmieniwszy się nagle na północno-zachodni, cichł powoli; wzburzone morze poczęło się uspokajać, a pod pogodnem sklepieniem niebios, Halbran mógł znowu rozwinąć swe skrzydła do równego i prawidłowego lotu.
W kilka dni potem ciesząc się ustaloną wreszcie pogodą, siedziałem właśnie na pokładzie, gdy kapitan Len Guy zbliżył się do mnie, siadł obok na ławce i przemówił głosem mniej przyciszonym jak zwykle:
— Już od dłuższego czasu nie miałem przyjemność pomówienia z panem...
— Rzeczywiście, kapitanie, miałbym prawu skarżyć się na to — odpowiedziałem, na wpół żartem, wpół seryo.
— Proszę mi wybaczyć! Tyle trosk, tyle obowiązków spadło na mnie. Ułożyć cały plan podróży, nic nie zaniedbać, wszystko przewidzieć. Przyznasz pan, że było nad czem pracować przez te parę tygodni...
— Rozumiem to dobrze, kapitanie, i w gruncie rzeczy nie mam urazy żadnej...
— Bardzo mię to cieszy, bo odkąd miałem sposobność poznać pana i ocenić, mogę sobie tylko powinszować, że byłeś pasażerem na mym statku.
— Wdzięczny jestem za to, co uczyniłeś pan dla mnie, a słowa pańskie zachęcają mię...
Sądziłem, że chwila była sposobną do wyjawienia kapitanowi mego zamiaru. Len Guy wszakże zagadnął mię w tejże chwili.
— Więc masz już teraz, panie Jeorling, ustalone zdanie co do podróży Oriona i dzieła Edgara Poë?...
— Bezwątpienia, kapitanie! Dawno uznałem wszystko za zupełnie prawdziwe, i życzyć tylko mogę, aby ci niebo pobłogosławiło w odszukaniu biednych rozbitków.
— Jest to jedynem pragnieniem mej duszy, oraz celem najtrudniejszych w życiu zabiegów — i, jak Bóg wielki, muszę tego dokazać! — zawołał z wielkiem przejęciem Len Guy.
— Mam wszelką nadzieję, a nawet pewność, że usiłowania pańskie nie będą próżne i jeśli się pan zgodzisz?...
— Czy nie miałeś pan wypadkiem sposobności, rozmawiania na Tristan z niejakim Glassem, ex-kapralem, który nazywa się chętnie gubernatorem wyspy? — zagadnął kapitan, przerywając mi po raz wtóry rozpoczęte zdanie.
— Poznałem go rzeczywiście — odparłem — i to, co mi opowiedział ten człowiek, przyczyniło się niemało do rozproszenia reszty wątpliwości, odnośnie do faktów opisanych przez Artura Pryma.
— A o czemże on panu mówił?
— Glass przypomina sobie najdokładniej Oriona, gdy jedenaście lat temu zatrzymał się w przystani.
— Więc znał może i mego brata?
— Wspominał o nim z wielkiem uznaniem.
— Może utrzymywał z Orionem stosunki handlowe?
— Tak samo, zdaje się, jak obecnie z Halbranem.
— To Orion stał wtenczas w przystani Falmouth-bey?
— Podobno właśnie na tem samem miejescu, które zajmował niedawno twój żaglowiec, kapitanie.
— I kogoż więcej z załogi znał jeszcze Glass, oprócz mego brata?
— Mówił mi o Arturze Prymie i Dick Petersie. Utrzymywał, że Prym był śmiałym, gotowym się ważyć na wszystko, awanturnikiem.
— Powiedz pan raczej, szaleńcem, niebezpiecznym szaleńcem! — zawołał kapitan. — Bo czyż to nie on właśnie pchnął mego brata w tę nieszczęsną podróż?
— Możemy powziąć to przekonanie, sądząc z własnych słów jego.
— I nie zapomnieć o tem nigdy! — dorzucił Len Guy silnie wzburzony. — Czy mówiłeś pan byłemu kapralowi co się z nim stało?
— Nadmieniłem o jego tajemniczej śmierci. Ten Glass znał również Watersona, jako starszego oficera na Orionie.
— Zacny to był człowiek, serce złote, doskonały, wypróbowanej odwagi, marynarz! Był on duszą całą oddany memu bratu...
— Jak Jem West oddany jest tobie, kapitanie.
— Dla czegoż trzeba nam było znaleźć jego martwe już zwłoki na tym lodowcu! — rzekł z głębokiem westchnieniem Len Guy. — A czy Glass wie, jaki jest los pozostałych — zapytał po chwili milczenia.
— Powiedziałem mu historyę całą, wspomniałem również, że niezawodnie pospieszysz im pan z pomocą.
— Chciałem cię zapytać, panie Jeorling, czy sądzisz, że wszystko jest dokładne i nie podlegające kwestyi żadnej, co Artur Prym opisuje?
— Zdaje mi się — rzekłem po chwili namysłu — że biorąc w rachunek szczególne usposobienie autora, można niejedne fakta podać w wątpliwość pewną. Pisze on np. że cała załoga Oriona zginęła w dolinie Klock-Klock, gdy...
— Ależ on tego nie twierdzi, on przypuszcza tylko, że tak być mogło, że tak być musiało, sądząc ze skutków katastrofy. A o taką pomyłkę nie możemy mieć do Pryma pretensyi żadnej, sam to pan przyznać musisz.
— Rzeczywiście, wszelkie pozory mogły go na taki domysł wprowadzić.
— Lecz mamy teraz pewność z notatek Watersona, że brat mój i pięciu jego towarzyszy uszło szczęśliwie śmierci.
— Tak jest, kapitanie, mamy tę pewność, jakkolwiek Waterson nie wspomina nic w jakich warunkach oni tam żyją, ani jakim sposobem on sam uniesiony został na lodowcu.
— O tem dowiemy się kiedyś, panie Jeorling, tak jest, dowiemy się niezadługo, skoro tylko mamy raz już to przeświadczenie, że oni tam na wyspie Tsalal żyją jeszcze...
— Kapitanie — zagadnąłem wreszcie — czy przyjmujesz mię za towarzysza, aż do końca zamierzonej twej wyprawy po wodach antraktycznych?
Len Guy objął mię bystrym swym wzrokiem, jakby mię na wskroś chciał przejrzeć. Nie zdawał się jednak bynajmniej zdziwionym przedstawioną sobie propozycyą, przeciwnie, sądzić mogłem, że raczej spodziewał się jej nawet. Po krótkiej też chwili rzekł tylko to jedno słowo:
— Jak najchętniej!





Przygotowania do podróży podbiegunowej.



W równoległoboku, którego długość od wschodu na zachód wynosi 65, a szerokość od południa na północ 40 mil morskich, pod 60° 10’ i 64° 30’ długości zachodniej, a 51° i 52° 45’ szerokości południowej, leżą dwie wielkie wyspy i mnóstwo drobnych wysepek, które razem nazwane zostały Falkland albo Maluiny, a które o 300 mil od cieśniny Magelańskiej, tworzą jakoby ostateczny punkt granicy między Atlantykiem a Oceanem Spokojnym.
W 1592 r., Anglik, Jan Dawis, pierwszy zaznaczył ich istnienie. Zwiedził je następnie ziomek jego Hawkins, trudniący się rozbojem morskim, a w 1689 r. żeglarz angielski Strong, nadał im nazwę Falklandów.
Cały wiek później usunięci z Kanady Francuzi, utworzyli przy tym archipelagu miejsce spoczynku dla okrętów, kursujących pośród wód okolicznych. Ponieważ zaś osadnicy ci w liczbie około stu kilkudziesięciu, byli przeważnie korsarzami z Saint-Malo, przeto niezależnie od dawnej nazwy w 1763 r. zostając pod wodzą Bougainville’a, przezwali nową swą ojczyznę Maluinami.
Niebawem dobrobyt zakwitnął w kolonii, co zwróciło uwagę państw europejskich. Najpierw wystąpiła Anglia ze swemi pretensyani i zajęła przystań Port-Egmont, następnie Hiszpanie drogą ugodową nabyli od Ludwika XV-go prawo opieki nad wyspami, lecz już w 1833 r. wrócili znowu Anglicy i ze swą zadziwiającą zdolnością wywłaszczania, stali się wkrótce panami Falklandów.
Sześć lat też zaledwie upłynęło, odkąd archipelag przeszedł pod rząd brytański, gdy 16 października żaglowiec nasz zarzucił kotwicę w Port-Egmont, znajdującym się w północnej stronie wyspy West-Falkland, która wraz z nieopodal leżącą East-Falkland albo Soledad, stanowią największe ziemie tej grupy.
Zaraz dnia pierwszego kapitan Len Guy zwolnił od obowiązków na 12 godzin całą swoją załogę, bo już nazajutrz czekała ją praca około odpowiedniego wzmocnienia statku. Również bez zwłoki żadnej, zeszedł on sam na ląd, by zawiązać stosunki z miejscowym, przez królowę angielską mianowanym gubernatorem, który okazał się nadzwyczaj uprzejmym, obiecując mu swą pomoc we wszystkiem, czegoby tylko zapotrzebował.
Mimo jednak ogólnego ruchu przez tych kilkanaście godzin, Halbran nie był zupełnie bez opieki; czuwali nad nim Jem West i Hurliguerli, a obowiązkowy porucznik nie spoczął ani na chwilę, przeglądając z drobiazgową uwagą cały spód okrętu.
Co do mnie, postanowiłem dopiero na drugi dzień wylądować, nie miałem bowiem nic nagłego do załatwienia, a na zwiedzenie wyspy i badania naukowe, aż za wiele jeszcze bodaj pozostawało mi czasu.
Nie zaniedbał też korzystać z mej obecności zawsze chętny do rozmowy bosman.
— Moje najszczersze powinszowania, panie Jeorling! — rzekł, zbliżając się do mnie.
— Z jakiej okazyi, bosmanie?
— Właśnie dowiaduję się, że jedziesz pan z nami, aż do krańców morza antarktycznego.
— O, nie tak daleko znowu! O ile wiem, mamy dosięgnąć tylko 84-go równoleżnika.
— Niechże i tak będzie! W każdym razie Halbran przepłynie pewno więcej stopni z szerokości ziemi, aniżeli ma łokci płótna w swoich żaglach.
— O tem przekonamy się dopiero...
— I to pana nie przestrasza?
— Bynajmniej!...
— I mnie również nie, panie Jeorling! Ho, ho! Widzisz pan, ten nasz kapitan, choć nie jest rozmownym, ma jednak swoje dobre strony, aby tylko wiedzieć jak z nich korzystać. Gdy więc na razie robił trudności w przewiezieniu pana do Tristan, teraz nie sprzeciwia się zabrać go aż do samego bieguna.
— Ależ tu nie ma wcale mowy o biegunie, Hurliguerly!
— Eh, zobaczy pan, że się jednak na tem skończy...
— Wątpię bardzo, toż wiadomem ci jest przecie, że kapitan ma jedynie na myśli wyspę Tsalal...
— Tak jest, na teraz wyspę Tsalal tylko... — potwierdził marynarz. — Przyznaj pan jednak, że nasz kapitan okazał się bardzo uprzejmym dla pana...
— Zyskał też zupełnie moje uznanie, i wdzięczny mu jestem również jak i tobie Hurliguerly, że za twoim wpływem dostałem się na statek i dojechałem do Tristan...
— I że następnie jedziesz pan dalej jeszcze! — przechwalał się stary gaduła...
— Nie wątpię o tem, bosmanie — odpowiedziałem z pewną ironią w głosie, której wszakże poczciwiec pewno nie zauważył, bo z wielkiem zadowoleniem począł mi rozpowiadać różne szczegóły dotyczące ziem, na które spoglądaliśmy, siedząc na pokładzie... A znał on je dokładnie, zarówno jak wszystkie inne wyspy na południowym Atlantyku.
W epoce tej Falklandy nie były jeszcze tak wyzyskane, jak są obecnie, dopiero bowiem znacznie później poznano u wyspy Soledad przystań Stanley, ten ważny port dla którego geograf francuski Elisée Reclus, nie ma dość słów pochwały. Tak bowiem jest dogodnym i tak obszernym, że całą flotę Wielkiej Brytanii mógłby z łatwością pomieścić.
Gdybym wszakże od dwóch miesięcy jechał z zawiązanymi oczyma, bez świadomości gdzie zmierzam, i stanąwszy wreszcie u brzegów Falklandu, zapytany był gdzie jestem, znalazłbym się w rzeczywistym kłopocie, tak ziemie te skaliste, ze stromemi, poszarpanemi brzegami, przypominają północną Norwegię. Nawet klimat morski wolny zarówno od zbyt dokuczliwych mrozów, jak i od wielkich upałów, z gęstą mgłą opadającą w porze wiosennej i jesienią, a tak silnemi nieraz wichrami, że nie oprą się im nawet warzywa na grzędach ogrodowych, są tu i tam charakterystycznemi cechami.
Tylko roślinność południa różni się od miłej zieloności drzew iglastych w jakie obfituje Norwegia, o czem przekonała mię zaraz pierwsza przechadzka po najbliższych okolicach Port-Egmont. Falklandy nie posiadają drzew żadnych. Skromne zaledwie krzewy wznoszą się nieco nad ziemię, zaścieloną bujnemi, soczystemi trawami, wśród których ukrywają się, lub strzelają w górę fiołki, szczawiki, baldayany, azorele, szczodrzewica, oraz o czerwonych lub białych łodygach nadzwyczaj cenne ziele, którego sok działa zbawiennie w objawach skorbutu. Na torfiastym zaś, uchylającym się pod nogami gruncie zielenieją puszyste mchy, niby najpiękniejsze kobierce wschodnie. Wszystko to jednak różnem jest bardzo od uroczych, tajemniczą jakąś poezyą owianych stron, w których powstały przepiękne legendy Odinów i Walkiryi.
W głębokiej cieśninie rozdzielającej obie większe wyspy Falklandów, rozrastają się do zadziwiających rozmiarów właściwe jedynie miejscowej florze rośliny wodne, utrzymujące się na powierzchni za pomocą drobnych, powietrzem napełnionych pęcherzyków, któremi są otoczone.
Brzegi morskie ożywia ruch wielki. Foki, wieloryby, psy, wilki i cielęta morskie gromadzą się tu w tak niezmiernej ilości, że połów na nie staje się łatwem dla dziecka nieledwie; to też gdy niezgrabne ich ciała, spoczywają czasami gromadnie na lądzie, rybacy ubijają je często jednem silnem uderzeniem kija.
Krzyki i krakanie różnego osiadłego tam ptactwa, jak nurów, kormoranów, łabędzi o czarnych głowach, wreszcie nieprzeliczonych gromad bezlotków, stawały się wprost ogłuszającemi.
— Zapewne hodujecie tu wielką ilość osłów? — zapytałem starego marynarza, stojącego w porcie.
— Osłów nie mamy tu wcale, panie, to pinguiny tak krzyczą.
— Pinguiny! — powtórzyłem — ależ głupim tym ptakom udałoby się zwieść, nawet same bodaj osły!...
Tymczasem drobiazgowa rewizya statku wykazała, że Halbran znajdował się w jaknajlepszym stanie. Tułów jego nie poniósł najmniejszego uszkodzenia. Pozostawało zatem jedynie wzmocnić osadę steru, zaostrzyć przedni dziób, by łatwiej mógł rozbijać młode lody, wreszcie zdwoić miedziane klamry otaczające wszelkie spojenia, a dające żaglowcowi bez porównania większe bezpieczeństwo w zetknięciu się z lodowcami, aniżeli całkowite nawet okucie blachą.
Przy tej więc robocie, której przewodniczył doświadczony Hardie, podczas miarowego łoskotu młotów, upłynęło dni kilka, poczem zabrano się do opatrzenia masztów, rei, lin i żagli, w czem znowu niezrównanym mistrzem okazywał się Marcin Holt.

By na swój sposób zużytkować te chwile, robiłem dnia każdego bliższe i dalsze wycieczki pod opieką miejscowego
Załoga przygotowuje Halbrana do dalszej drogi.
przewodnika, gotowego mi zawsze służyć w zamian za piastry pełne dla niego uroku.

Przekonałem się też niebawem, że wyspa West-Falkland znacznie jest większą od Soledad, a nad to u południowego krańca Byrons-Sound, posiada drugą wygodną przystań.
Ludność miejscowa dochodząca wówczas zaledwie kilku setek, składała się z Anglików, Portugalczyków, Hiszpanów oraz krajowców z Pampasów Argentyńskich i Ziemi Ogniowej. Natomiast hodowane przez nich, a raczej dziko hodujące się same, nieprzeliczone stada owiec i bydła rogatego, wprowadziły mię w rzeczywiste zdumienie. Ale bo też sama nawet Australia, jakkolwiek tak bogata w żyzne pastwiska, nie przedstawia suciej zastawionych uczt, dla wszelkiego gatunku przeżuwających i roślinożernych.
To też powziąłem słuszne przekonanie, że Falklandy z wielu względów są wymarzoną przystanią dla okrętów, dążących bądź to ku cieśninie Magelańskiej, bądź też, jak nasz Halbran, ku ziemiom podbiegunowym. Świeżego mięsa bowiem i słodkiej wody nie zabraknie tu nigdy.
— Jakże uważasz pan, czy dostateczne są me zabiegi, aby ochronić statek od niebezpieczeństw, na jakie wkrótce może być narażonym? — zagadnął mię kapitan.
— Co do mnie, ufam w jaknajlepsze powodzenie wyprawy — pospieszyłem ze szczerą odpowiedzią — zarówno bowiem twoj żaglowiec, kapitanie, jak i cała załoga budzą zupełne zaufanie.
— Postaramy się, aby inne jeszcze warunki odpowiednio nam sprzyjały, a co przechodzi już moje siły, składam w ręce wszechmocnego Boga! — rzekł Len Guy z przejęciem. — Nie wiem — dorzucił po chwili — co kiedyś dać może para, wątpię jednak, aby statek z maszyną dość łatwo ulegającą zniszczeniu, z tą gmatwaniną kół i kółek, mógł dorównać dobremu żaglowcowi, szczególniej w podróżach wśród lodowców podbiegunowych. A potem te konieczne zapasy węgla, które trzeba sprowadzać z odległych krajów nieraz... gdy obecnie wystarcza nam zupełnie znajomość spożytkowania siły wiatru, wśród dobrze nastawionych żagli.
— Jestem w tym względzie zupełnie twego zdania, kapitanie. Wracając jednak do naszej podróży, która może potrwać dłużej nieco, nad czas z góry obliczony, sądziłbym, że kwestya żywności...
— Zabieramy jej tyle, iż mogłaby nam wystarczyć choćby na całe dwa lata, a jest w najlepszym gatunku ze wszystkiego, co posiada Port-Egmont.
— Jeszcze jedna uwaga, jeśli pan pozwolisz...
— Proszę bardzo, cóż takiego?...
— Czy nie uznajesz pan potrzeby wzmocnienia swej załogi? Obecna jej liczba wystarcza wprawdzie zupełnie w zwykłych warunkach podróży, lecz nie zapominajmy, że tam, gdzie zamierzamy się udać, może zajść konieczność zbrojnego nawet starcia. Toż Artur Prym obliczał mieszkańców wyspy Tsalal na parę tysięcy. A jeśli brat pański i jego towarzysze zostają u krajowców w niewoli...
— Spodziewam się, panie Jeorling, że artylerya nasza w każdym razie obroniłaby lepiej Halbran, jak to mogła uczynić artylerya Oriona. Mimo tego jednak rozumiem to dobrze, iż nieodzownie trzeba nam więcej ludzi; mam też zamiar zrekrutować jeszcze pewną ilość majtków.
— Czy przedstawia to wielkie trudności?...
— Tak i nie!... Mam obietnicę gubernatora, że mi w tym względzie pomoże.
— Sądzę, że podwyższeniem żołdu, możnaby pozyskać sobie przychylność tych ludzi...
— Żołd w każdym razie podwojonym będzie, zarówno dla dawnych jak i dla nowo zaciągniętych...
— Pragnąłbym, kapitanie, abyś przyjął mię w części za wspólnika w tej wyprawie. Wydatki są znaczne, a kasa moja dość jest zaopatrzoną, gotowy jestem każdej chwili wyłożyć sumę potrzebną...
— Z głębi serca dziękuję ci, drogi panie! Później zobaczymy jak się rzeczy ułożą, na teraz jednak, sądzę, wystarczy mi własny kapitalik. Abyśmy tylko jak najprędzej dobrali sobie ludzi i za jaki tydzień gotowi już byli do drogi!
Propozycya, którą uczyniłem kapitanowi Len Guy, nie była rzuconą nieopatrznie, pod wpływem chwilowego tylko zapału. Przeciwnie, im dłużej zostawałem pasażerem Halbranu, tem szczerzej przejmowałem się celem podróży jego, tem żywiej do serca brałem to dziwne zaiste powiązanie wypadków. Umysł mój zawsze trzeźwy i rozważający, uległ pod wpływem dzieł Edgara Poë takiej zmianie, iż zdawało mi się nieraz, jak owemu bohaterowi z powieści „Dziedzictwo Arnheim”, „że podróż do mórz południowych odpowiada każdej istocie ludzkiej, dla której zupełne odosobnienie, wszelka trudność i walka, stanowią najwyższy ideał szczęścia”. A nadto, czyż nie zależało tu głównie na spieszeniu z pomocą nieszczęśliwym, których los mógłby poruszyć nawet i kamienne serce!...
Wiadomość o zamierzonej przez kapitana podróży poza koło biegunowe, jako i o powiększeniu załogi Halbranu, rozeszła się szybko po wyspie i wywołała wśród tamecznej, przeważnie z marynarzy składającej się ludności, wielkie zainteresowanie.
Gdyby jednak szło tylko o dobór siły na jakąś krótką, między wyspami Sandwich a Nową Georgią wyprawę rybacką, stawiłoby się niezawodnie tylu amatorów, że kapitan miałby tylko trudność w wyborze.
Dalekie wszakże i nieznane strony biegunowe odstraszyły wielu, a z tych co się przedstawiali Len Guy nie przyjmował pierwszego lepszego, lecz zasięgał wpierw wiadomości o nim, by nie zgromadzić na swój statek ludzi niespokojnych i nie znających karności.
W tym względzie wielką pomocą był mu uprzejmy gubernator, dla którego los wyprawy nie pozostał rzeczą obojętną.
Dzięki też jego staraniom, oraz obietnicy hojnej nagrody, kapitan wkrótce potrójnie zwiększył swą załogę, a wśród nowo przybyłych, jak się później okazało, byli w większej części ludzie dobrzy i pracowici, znaleźli się jednak źli i nieulegli. Ogólnie jednak biorąc, nie można było zrobić lepszego wyboru.
Tak więc z 19-tu rekrutów, pięciu było Anglików, pięciu Amerykanów, ośmiu zaś pochodzenia nieznanego, w pół Holendrów, w pół Hiszpanów lub krajowców z Ziemi Ogniowej. Najmłodszy z nich liczył 19, najstarszy 40 lat. Większa część obeznaną już była z życiem i obowiązkami marynarza, ci zaś, którzy dotąd nie pełnili służby na żadnym okręcie, mieli stanowić siłę zbrojną żaglowca.
Ostatecznie załoga Halbranu, nie biorąc mnie w rachunek, liczyła z kapitanem i jego oficerem aż 31 ludzi, co zdawało się już zupełnie wystarczającem.
W wigilię odjazdu wszakże, właśnie gdy kapitan stał w porcie, zbliżył się do niego człowiek jakiś, który ubraniem swem, a więcej jeszcze ruchami zdradzał zawód marynarza, a który przemówił głosem ostrym i dość niewyraźną mową:
— Mam do ciebie prośbę, kapitanie...
— Jaką? — zapytał tenże.
— Zechciej mię rozumieć. Czy masz jeszcze miejsce wolne na swym statku?
— Czy dla marynarza?
— Tak jest, dla marynarza.
— Tak i nie — odpowiedział kapitan.
— Pod jakiemi warunkami tak? — pytał przybyły.
— Jeżeli ten, który się przedstawi będzie mi odpowiedni...
— A więc czy zechcesz mię pan?
— Jesteś marynarzem?
— Żyłem na okrętach przez 25 lat...
— Gdzie?
— Na morzach południowych.
— Daleko?
— Tak... zechciej mię pan rozumieć... bardzo daleko...
— Twój wiek?
— Lat 44.
— Jesteś obecnie w Port-Egmond.
— Trzy lata będzie na święta Bożego Narodzenia, jak tu przyjechałem.
— Czy zamierzałeś nająć się na statek rybacki?
— Nie.
— Cóżeś zatem tu robił?
— Nic. Zechciej mię pan rozumieć, ja nie chciałem więcej służyć...
— Więc dla czego teraz się przedstawiasz?
— Mam pewną myśl... Wiadomość, że jedziesz pan do bieguna... Tak jest, jabym pragnął... jabym chciał z pozwoleniem pańskiem, należeć do tej wyprawy...
— Czy jesteś znanym w Port-Egmond?
— Znają mię. Nie zasłużyłem nigdy na naganę odkąd tu jestem.
— Więc dobrze, zasięgnę wiadomości o tobie.
— Pytaj kapitanie, a gdy zezwolisz, będę na pokładzie dziś jeszcze.
— Jakże się nazywasz?
— Hunt.
— A narodowość twoja?
— Z Ameryki jestem, kapitanie.
Zewnętrzny wygląd Hunta wyróżniał go z pomiędzy wielu jego towarzyszy. Średniego zaledwie wzrostu, lecz z silnie rozwiniętym torsem, zdradzał niepomierną siłę fizyczną, co potwierdzały długie, muskularne ramiona, zakończone olbrzymiemi rękami. Ogorzałą twarz jego przypominającą kolorem spaloną cegłę, otaczały siwiejące już, w wielkim nieładzie utrzymane włosy, a ponad gęstą brwią błyszczały dziwnym wyrazem małe, ciemne oczy. Co zaś nadawało osobliwy charakter całej tej fizyognomii, to bezmiernie wielka głowa, i szerokie aż do śmieszności, przecięcie ust, o wązkich wargach, poza któremi jaśniały długie, białe zęby, tak rzadkie u marynarzy, którzy w tych stronach mianowicie, łatwo podlegają skorbutowi.
Wiadomości jakie zdołał zebrać kapitan o Huncie, nie były zbyt obszerne. Wprawdzie już przed trzema laty przybył on na Falkland; mało jednak towarzyski, trzymał się zawsze zdala, zajęty samotnie rybołóstwem, które mu przynosiło dostateczne dochody na skromne jego potrzeby. Nie widziano go nigdy pijanego, nie wszczynał żadnych kłótni lub bójek, lecz prócz tego, że był marynarzem, z przeszłości jego nikt nic powiedzieć nie umiał.
Czy jednak można było żądać dokładnego życiorysu o człowieku, zajmującym skromne miejsce majtka okrętowego? Powyższe też dane wystarczyły kapitanowi, i Hunt został przyjętym na Halbran.
Ze wzmocnioną więc załogą, z zapasem wszelkiej żywności, jak: mięsiwa, krupów, sucharów, mąki oraz baryłkami wódki i świeżej słodkiej wody, z dostarczoną przez gubernatora bronią i potrzebną amunicyą, żaglowiec nasz stanął wreszcie gotowy do dalekiej podróży, która go czekała.
Rankiem 27-go października, wobec zgromadzonej ludności wyspy Falkland i reprezentantów miejscowej władzy, po ostatniej zamianie życzeń, podniesiono kotwicę i gdy północno-zachodni wiatr wzdął żagle, opłynęliśmy zdala przylądek Tamar-Hart, zostawiliśmy za sobą wyspę Soledad z przylądkiem Dolphin i Pembroke, i słońce jeszcze nie zeszło z horyzontu, gdyśmy się znaleźli na pełnem morzu.
Czy powróci tu kiedy Halbran? Bogu jednemu wiadomo... W Jego rękach spoczywają losy tych odważnych ludzi, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwa, dążą śmiało w imię miłości bliźniego, ku odstraszającym przestrzeniom antarktycznym.





Na początku podróży.



Opuściwszy Falklandy, kapitan Len Guy skierował się ku wyspom Sandwich, tą samą drogą, którą w 1833 r. przebył Biscoë zużytkowując na ten przejazd 36 dni czasu. Nieprzyjazna jednak pogoda zmusiła tego żeglarza zboczyć następnie aż do 45° długości wschodniej, gdzie właśnie odkrył ziemię Enderby.
— Oto droga, którą zakreślił Biscoë, — tłómaczył kapitan, wskazując oznaczoną linię na karcie, gdyśmy się raz z Jem Westem znajdowali w jego kajucie, a oto ta, którą w 1822 r. przebył szczęśliwszy od niego Weddell.
— Wybierzmy w takim razie plan podróży Weddella — rzekłem — tego prostego rybaka, który bez odpowiedniego wykształcenia, dotarł jednakże dalej, aniżeli wszystkie wyprawy naukowe zdołały to uczynić.
— Takiem jest też moje zdanie, panie Jeorling. Jeżeli jednak Halbran nie znajdzie żadnej w żegludze swej przeszkody, moglibyśmy stanąć już w połowie grudnia przed zaporą lodową, co byłoby za wcześnie. Weddell bowiem dopiero w połowie lutego dosięgnął 72 równoleżnika i wtenczas, jak to sam zaświadcza, nie znalazł już ani odrobiny lodu na swem przejściu, co mu dozwoliło posunąć się aż pod 74° 36’. Żaden zaś okręt prócz Oriona, nie dotarł do tego punktu szerokości południowej. Jest więc prawdopodobnem, że jeżeli istnieje jakiś ląd stały pod samym biegunem, to w miejscu tem musi się znajdować głębokie werznięcie się wód, skoro Artur Prym mógł posunąć się jeszcze dalej.
Jem West słuchał swego kapitana z uszanowaniem podwładnego, nie robiąc uwagi żadnej, a tylko pilnie śledząc wzrokiem znaki i linie na rozłożonej karcie.
Nie krępowany takiemi względami:
— Sądziłem zawsze, iż Halbran będzie jak najdokładniej trzymał się drogi, którą odbył Orion — zauważyłem.
— Naturalnie, o ile tylko warunki pozwolą — odparł kapitan.
— Więc brat pański opuściwszy Tristan d’Acunha udał się najpierw na poszukiwanie wysp Aurora, a nie znalazłszy ich, przeciął koło biegunowa między 41 a 42 stopniem długości geograficznej, co nastąpiło dopiero, według Artura Pryma, pod datą 1-go lutego.
— Pamiętam o tem. Chciałbym też aby Halbran dosięgnął przedewszystkiem wyspy Bennet, a stamtąd podążył do Tsalal. Rzecz główna, byśmy równie jak Orion i jak okręt WeddelIa znaleźli przed sobą wolne już wtenczas morze!
— Czy nie lepiej w takim razie byłoby, przeczekać jeszcze czas jakiś u któregokolwiek z lądów? — zrobiłem uwagę.
— Uczynimy, co okaże się potrzebnem. Ów olbrzymi jednak wał lodowy otaczający dokoła biegun, jest wedle opisów niby mur jakiś, w którym nagle otwiera się brama i równie nagle zamyka. Trzeba być blisko, aby z tej chwili korzystać i przejść na drugą stronę, nie troszcząc się o warunki powrotu.
— Jakkolwiek zawsze nieodżałowanym jest wypadek, żeś nie odnalazł kapitanie Dick Petersa, jednakże dzięki szczegółowym notatkom Artura Pryma, mamy pewną przed sobą drogę — odezwał się milczący dotąd Jem West.
— Jest to bezwątpienia bardzo ważna i szczęśliwa okoliczność — odpowiedział Len Guy — że znamy tak dokładnie geograficzne położenie wyspy Tsalal.
— Obyśmy tylko nie potrzebowali posunąć się w naszych poszukiwaniach aż poza 84° — zauważyłem.
— Ależ to całkiem byłoby zbyteczne, gdy wiemy przecie, iż ci, którym spieszymy z pomocą, nie opuścili Tsalal! — odparł żywo kapitan.
— Tak jest, wiemy o tem — potwierdziłem, i zamyśliłem się głęboko, zdawało mi się bowiem samemu dziwnem, i jakby snem tylko, że się dałem opanować jakiejś sile nagle wzbudzonej we mnie, sile, która mię pchała ku nieznanym, niezbadanym, pełnym tajemniczej grozy stronom podbiegunowym.
— Kto wie — zawołałem wreszcie — może właśnie teraz ten „Sfinks lodowy” świata antarktycznego, pierwszy raz przemówi i da się poznać!



W pierwszych dniach podróży, nowa załoga obeznawała się powoli ze swymi obowiązkami, w czem znajdowała chętną pomoc wśród dawnej, wypróbowanej już obsługi Halbranu. Wszyscy też okazali się gorliwi w spełnianiu swych czynności, nie tyle może jeszcze z naturalnego usposobienia, ile pod groźbą nieubłaganej surowości porucznika. Hurliguerly bowiem, nie omieszkał ich poinformować, że Jem West żelazną ma rękę, która umie być dotkliwie czynną, gdy tego zachodzi potrzeba.
Jeżeli jednak inni nowicyusze liczyli się na pewno z wymaganą karnością, Hunt nie zdawał się potrzebować takiego postrachu. Milczący jak ryba, z akuratnością maszyny wypełniał obowiązki swoje, a nie łącząc się nawet na spoczynek z resztą załogi, sypiał w jakimkolwiek kącie na pokładzie.
Mimo wiosennej już ówczesnej pory, temperatura była jeszcze dość chłodną; wszyscy też zachowaliśmy niezmiennie ubrania zimowe, które dla majtków składały się z wełnianych koszul i takichże, z grubego materyulu kurtek i spodni, na co wkładano jeszcze płaszcze z ceratowym kapturem, który zabezpieczał głowę od deszczu, śniegu i ostrych podmuchów wiatru.
Stosownie do zamiaru kapitana, wyspy Sandwich miały być punktem wyjścia wprost ku południowi, po której to drodze wypadało zatrzymać się Nowej-Georgii, oddalonej już o 800 mil morskich od Falklandów, poczem Halbran zachowując kierunek linii południka, miał zejść aż pod 84 równoleżnik.
Dnia 2-go listopada znaleźliśmy się pod 52° 15’ szerokości, a 47° 33’ długości zachodniej, w którem to miejscu zaznaczono istnienie wysp Aurora; mieliśmy zatem okazyę stwierdzić mylność tych wiadomości, bowiem na najdalszej nawet przestrzeni, nie było można dostrzedz nawet najmniejszego kawałka lądu.
Stanowczo więc ambicye pana Glass, odnośnie do nadania ziemiom tym jego nazwiska, nie urzeczywistnią się nigdy.
Tymczasem sprzyjająca nam stale pogoda, przerwaną została nawałnicą z gwałtownym wichrem, trwającym całe die doby. Dla bezpieczeństwa zatem, a choćby tylko dla ulżenia statkowi w tej walce z rozszalałym żywiołem, Jem West wydał rozkazy zwinięcia niektórych żagli, pochylenia drugich, słowem zastosowania wszelkich odpowiednich warunków. Z próby tej nowa załoga wywiązała się tak dobrze, że zyskała nawet pochwałę bosmana, który przed wszystkimi wyróżnił jeszcze Hunta, jako najzręczniejszego, mimo tak niekształtnej na pozor budowy ciała.
— Doskonały to nabytek z tego Hunta, panie Jeorling — rzekł nazajutrz do mnie — nie omyliłem się, gdym twierdził że stary już z niego wilk morski.
— Sam się przyznał kapitanowi do długoletniej służby na okrętach — objaśniłem. — Dobrze, że choć w ostatniej przedstawił się chwili...
— Ale czy spojrzałeś też pan na niego kiedy uważniej?
— Owszem, przypatrywałem się mu już nieraz. W Ameryce w okolicach Far-West spotykałem podobne jemu typy; pewny też jestem, że pochodzić musi z rasy tamecznych indyjskich plemion.
— Ba, i u nas w Lancashire albo i w Kent nie braknie takich, którzyby jemu w sile dorównali.
— Nie wątpię, nie wątpię — zapewniałem — choćby ty sam bosmanie...
— Daj pan pokój! Ot, każdy jest tem, czem jest... — bronił się Hurliguerly przeciw mym żartom.
— A rozmawiałeś też kiedy z tym Huntem? — zapytałem.
— Tyle co nic! Mówię panu, wydostać od niego choćby słowo jedno, to bodaj sztuka największa! Nie dla braku ust, myślę, boć ma je duże od ucha do ucha. A ręce! Czy widziałeś pan kiedy te niedźwiedzie łapy? Do kroćset, nie wesoło być musi temu, kto się znajdzie w jego uścisku!...
— Na szczęście jednak Hunt zdaje się być człowiekiem spokojnym, nie szukającym zaczepek i kłótni, w którychby mógł popisywać się ze swą nadzwyczajną siłą.
Rzeczywiście, postać Hunta była dla mnie interesującym okazem, i niejednokrotnie siedząc na pokładzie, przypatrywałem się mu z podziwem, mianowicie gdy szeroką swą dłoń oparł na sterze i kierował nim lekko, bez cienia nawet wysiłku. W zamian wszakże, często też spotykałem przenikliwy i badawczy wzrok jego, skierowany ku mnie. Czemże jednak właściwie zaciekawiać go mogłem? Czyby szczególną rolą moją pasażera na statku, który dążył daleko, aż za koło biegunowe, ku jakiejś bajecznej wyspie Tsalal?...
Dnia 10-go listopada, przednie straże oznajmiły ukazazanie się lądu. Była to ziemia św. Piotra, albo jak ją Anglicy ponazywali: Poludniowa Georgia, Nowa Georgia, lub wreszcie wyspa Króla Jerzego, która leży pod 41° 13’ długości zachodniej.
Jeszcze przed Cookiem pierwszy zawinął tu Francuz, nazwiskiem Barbe; angielski wszakże podróżnik nie licząc się z tem bynajmniej, nadał jej powyższe nazwy, które też w geografii przyjęte zostały.
Otulona w ciężkie, żółtawej barwy mgły, wyspa ta pustą jest zupełnie, a na jej skalistym gruncie, nad który wznoszą się odwiecznym śniegiem pokryte góry, zaledwie słabe widnieją oznaki życia roślinnego w postaci bladych, bezbarwnych prawie mchów i porostów.
Wieczorem już, Halbran minąwszy zatoki Possession i Cumberland, zarzucił kotwicę w przystani Royal, aby zatrzymać się tu dobę całą, głównie dla zaczerpnięcia świeżej wody, która w baryłkach na spodzie statku, bardzo prędko się zagrzewa.
Gdy nazajutrz kilku naszych ludzi zapuściło się w głąb wyspy w celu poszukiwania czystych źródlisk, udałem się wraz z nimi, aby poznać tę ziemię której grunt w nizinach nie tyle jeszcze jest jałowym, ile wiejące tu od bieguna mroźne wichry, wstrzymują wszelką wegetacyę.
Gromady pingwinów płoszone naszem nadejściem, krzykiem wielkim zdawały się protestować przeciwko temu wtargnięciu ludzi w bezpodzielne ich prawie dotąd królestwo.
Dnia 12-go listopada Halbran opłynął przylądek Charlotte i skierował się na południo-wschód, ku oddalonym o 300 mil wyspom Sandwich.
Do tej pory nie spotkaliśmy ani jednego lodowca, co świadczyło, że słońce nie ogrzało jeszcze dostatecznie stron biegunowych, bo jakkolwiek 50 równoleżnik tej półkuli odpowiada położeniu Paryża lub Quebec’u na północy, jednakże płynące tu góry lodowe, nie bywają osobliwością żadną.
Tymczasem niebo przybrało ciężką, szarawą barwę — i gdy ulewny deszcz zacinał ostro, gęste mgły które się dokoła rozłożyły, utrudniały do pewnego stopnia żeglugę, jakkolwiek na szczęście, właśnie ta przestrzeń oceanu wolna od raf podwodnych, nie przedstawiała niebezpieczeństw żadnych dla całości statku.
Widocznie jednak mgła ta nie krępowała w najmniejszej rzeczy stada przelatujących ptaków, które przeciw kierunkowi wiatru płynęły lekko, nie poruszając prawie skrzydłami, a tylko przeraźliwem krakaniem zwiastując nam swą obecność.
Natomiast nie obdarzeni tak bystrym wzrokiem, jaki natura dała ptakom, nie zdołaliśmy, dla owej mgły właśnie, dostrzedz leżącej w bok między Nową Georgią a Sandwich, wyspy Trawersy, odkrytej przez Bellingshausena, oraz czterech drobnych wysepek, które zaznaczył Brown, nazywając je: Welley, Polkar, Prince — Island i Christmas.
Co prawda, o tyle tylko zależało nam stwierdzić ich istnienie, o ile mieliśmy zamiar zdaleka je ominąć dla ich skalistych, niebezpiecznych brzegów.
W nocy z dnia 14-go na 15-ty szczególny blask czerwony, niby łuna odległego pożaru, zajaśniał w stronie zachodniej — i podczas gdy zaciekawieni, mimo deszczu zebraliśmy się na pokładzie, Len Guy wytłomaczył zjawisko słusznem prawdopodobnie przypuszczeniem, iż pochodzi z czynnego często wulkanu na wyspie Trawersal. Ponieważ jednak przy bacznej uwadze, nie dosłyszeliśmy żadnego łoskotu towarzyszącego zwykle wybuchowi, przeto musiała nas rozdzielać dość znaczna odległość, zapewniająca nam zupełne bezpieczeństwo. Bez żadnej więc zmiany Halbran podążał dalej w obranym kierunku.
Gdy nad ranem dnia 16-go uciszył się wiatr i wraz z ustaleniem pogody poczęły opadać gęste mgły, majtek Stern spostrzegł zdala na północno-wschodniej stronie wielki trójmasztowy okręt, który wszakże niebawem znowu tak szybko mgły przysłoniły, iż nie można było rozpoznać jego narodowości.
Może był to jeden z żaglowców należących do wyprawy Wilkesa, a może też tylko jakiś okręt rybacki, polujący na dość licznie ukazujące się wieloryby.
Tymczasem zbliżyliśmy się do wysp Sandwich, którym Cook zrazu miano Southern-Thule nadał, uważając je za ziemie najdalej na południe położone.
Od tych to brzegów wypłynął Jan Biscoë w 1830 roku, by szukać przejścia do bieguna, a drogę tę przebyło następnie aż do obecnej chwili wielu innych podróżników.
W 1822 r. Morrell zawinął do Sandwich w nadziei znalezienia drzewa opałowego, którego brak dokuczliwie dawał mu się we znaki; doznał jednakże zupełnego zawodu, bo ostrość klimatu wstrzymuje tu wszelką bujniejszą wegetacyę.
To też nie w podobnym celu doświadczony Len Guy zatrzymał się tutaj, lecz by zachowując wszelką przezorność, rozpatrzeć te ziemie, równie jak wszystkie inne leżące na tych krańcach oceanu i nie pominąć jakiegokolwiek śladu, mogącego dać mu świadectwo o obecności którego z ludzi Oriona. Łatwe bowiem było przypuszczenie, biorąc w rachunek spotkany lodowiec ze zwłokami Watersona, że podobny los mógł również spotkać innego jeszcze z jego towarzyszy niedoli. A potem czy lodowiec taki szczęśliwym wypadkiem, nie mógł zatrzymać się u brzegów spotkanego na swej drodze lądu?
Archipelag Sandwich leżący pod 59° szerokości, a 30° długości zachodniej, składa się z mnóstwa drobnych, przeważnie w kształcie głowy cukru wysepek, wśród których pierwsze co do wielkości miejsce zajmują wyspy: Bristol i Thule. W pobliżu pierwszej Halbran zarzucił kotwicę.
Gdy nazajutrz Jem West udał się z kilku majtkami na wielkiej łodzi do skalistej, o trudnym przystępie Thule, kapitan Len Guy wraz ze mną zwiedzał pustą i przerażająco smutną Bristol.
Wszakże poszukiwania nasze zarówno dnia tego jak i następnego okazały się próżne. Wśród tych nagich skał, u których podnóża zaledwie zieleniły się nędzne, drobne roślinki, nic nie wskazywało pobytu istoty ludzkiej. Kilka też wystrzałów danych z armaty Halbranu, odbiły się jedynie głuchym echem, płosząc wrzaskliwe ptactwo, osiadłe na wybrzeżach.
Rozmowa nasza w tych wycieczkach obracała się naturalnie około tego samego, a tak żywo obydwóch zajmującego przedmiotu.
— Wiadomem ci jest, kapitanie — rzekłem wreszcie — że podług pierwotnego zdania Cooka, wyspy te miały być lądem stałym, który to błąd później dopiero sprostował, pozostając w każdym razie przekonanym o istnieniu obszernej ziemi pod samym biegunem...
— Sądziłbym, że istnieć tam mogą dwa nawet lądy rozdzielone szeroką przestrzenią wody, a jeśli jest jeden tylko, to posiadać musi, jak już raz nadmieniłem, nadzwyczaj głęboką zatokę, która dozwoliła Weddellowi, a w sześć lat po nim memu bratu, dopłynąć tak daleko. Jeżeli też wielki nasz podróżnik zmuszonym był nawrócić już od 72-go równoleżnika, nie mając szczęścia w napotkaniu tego przejścia, innym udało się to już uczynić — inni jeszcze uczynią to w przyszłości.
— Do tych ostatnich my najpierw należeć będziemy, kapitanie...
— Z Bożą pomocą! — potwierdził Len Guy. — I gdy Cook śmiał twierdzić, że mogące istnieć tam ziemie, nigdy przez ludzi poznane nie zostaną, wiądomem nam jest iż dosięgnięto już 82-go równoleżnika.
— A nawet Artur Prym miał posunąć się jeszcze dalej — przypomniałem.
— Być może, panie Jeorling, na teraz jednak losy Pryma nie zajmują mię wcale, gdy pewnym jest fakt, że zarówno on jak i Dick Peters, wrócili do Ameryki...
— A jeśli Prym nie powrócił...
— Sądzę, że niema w tem najmniejszej wątpliwości — odparł kapitan spokojnie.





Od Sandwich do koła biegunowego.



Po sześciu dniach żeglugi statek nasz znalazł się naprzeciw grupy wysp Nowych-Południowych-Orkney’ów, z których Coronation z górą wysoką na 2,500 stóp, oraz Laurie, zakończona na zachód przylądkiem Dundas, wyróżniają się z pomiędzy wielu, niekiedy tylko pojedyńczemi skałami wznoszących się nad poziom morza, drobnych lądów.
Archipelag ten odkryty wspólnie przez Amerykanina Palmera i Anglika Botwella w 1822 roku, rozkłada się między 44 a 45 równoleżnikiem.
Skaliste, poszarpane brzegi tych lądów, otaczały jeszcze dokoła niby zwaliska forteczne, olbrzymie bryły lodowe, które niebawem popłynąć miały z prądem, ku stronom o klimacie więcej umiarkowanym.
Z należną ostrożnością przeprowadził Len Guy statek zdala od lodowców wyspy Laurie i dnia 25-go stanął przy południowych brzegach wyspy Coronation.
Poszukiwania tu nasze, odnośnie do rozbitków Oriona okazały się bezowocnemi, przy czem stwierdzić mogliśmy, że są to prawdziwe ziemie żałoby i smutku szczególniej w porze, póki je nie ogrzeją nieco cieplejsze promienie słońca, pobudzające do życia nadzwyczaj skromną tylko roślinność.

To też Weddell stracił napróżno czas i trudy, przybywając tu we wrześniu w 1822 roku w celu zaopatrzenia się
Pingwiny dorównywają pieczystemu z kurczęcia.
we futra fok; zima bowiem jeszcze wtenczas trwała w całej swej potędze, gdy obecnie już Halbran mógłby zabrać tego towaru ładunek niemały.

Wśród pingwinów i innego ptactwa osiadłego tu w tysiącznych gromadach, zwróciły uwagę moją również liczne, tak zwane „białe gołębie”, których pojedyńcze okazy spotykałem już w innych miejscowościach. Nie są to wszakże płetwonogie lecz szczudłowate, o dziobach długich, stożkowatych i czerwonych wokoło ócz obrączkach; tak zaś mało okazują płochliwości, że można je żywe, bez najmniejszego trudu chwytać.
Dbały o żywność załogi bosman, poczynił też z nich zapasy znaczne, nie gardząc również mewami, a nawet pingwinami i gdyśmy razem na łodzi wracali do Halbranu, nie omieszkał zachwalać mi swej zdobyczy.
— Pingwiny, panie, gdy dobrze przysposobione, nie ustępują w niczem nawet pieczystemu z kurczęcia. Ale prawda, musiałeś je pan już jadać tam na Kerguelen...
— A jakże, stary Atkins nie omieszkał zapoznać mię z tym przysmakiem, który zawsze własnoręcznie przyrządzał.
— Już to, nasz Endirot nie gorzej pewnie od niego zna się na tej sztuce — zapewniał Hurliguerly, dumny z talentu swego przyjaciela.
I rzeczywiście, jeszcze tego samego dnia cała załoga raczyła się z wielkiem zadowoleniem pieczystem z pingwinów, które dało świadectwo wielkiej znajomości sztuki kulinarnej naszego poczciwego kucharza murzyna.
Dnia 26 listopada o szóstej godzinie rano, Halbran skierowany ku południowi, podążył wedle ścisłego obliczenia, drogą Weddella i Wiliama Guy. Mogliśmy więc mieć wszelką nadzieję zawinięcia wprost do wyspy Tsalal.
Któż jednak przewidzieć zdoła przeszkody, jakie nas może czekały, a na które zawsze lepiej być naprzód przygotowanym!
Tymczasem wiatr wschodni sprzyjał nam wyjątkowo i Halbran w pełni rozwiniętych swych żagli sunął z szybkością 12 mil na dobę, co jeśliby potrwało dłużej, sprowadzić nas miało wkrótce do koła biegunowego.
To też rozmawiając z Len Guy:
— Wiesz kapitanie — rzekłem — jeżeli pójdzie tak dalej, staniemy przed zaporą lodową bodaj jeszcze przed ruszeniem się lodowców.
— Kto wie, panie Jeorling, obrachunek z tem trudny bardzo. Zresztą zauważyłem, że tegoroczna wiosna wyjątkowo jest tu wczesną; już bowiem u wyspy Coronation widziałem odrywające się bryły lodu, co zwykle ma miejsce zaledwie w sześć tygodni później.
— Byłaby to dla nas bardzo szczęśliwa okoliczność, gdybyśmy nie czekając końca stycznia, mogli przebyć zaporę już w pierwszych dniach grudnia — odrzekłem.
— Rzeczywiście, warunki temperatury zdają się nam sprzyjać — potwierdził Len Guy.
— Dodać jeszcze muszę, że Biscoë w drugiej swej wyprawie zaledwie w połowie lutego dosięgnął ziem, nad któremi się wznoszą szczyty Wiliam i Stowerley pod 64°. Tak przynajmniej podają opisy podróży, których mi udzieliłeś, kapitanie.
— A o których dokładności wątpić nam nie wypada.
— W takim razie zatem, nim upłynie miesiąc ..
— Za miesiąc, panie Jeorling mam nadzieję znaleść się już po drugiej stronie lodowców, na owych bezpiecznych obszarach wodnych, o których mówi zarówno Weddell jak Artur Prym. Tam też nie przeszkodzi nam nic zapewne dopłynąć najpierw do wyspy Bennet, a następnie do Tsalal...
— Jestem twego zdania, kapitanie! Najważniejsza jednak kwestya przebyć lodowce! Oby nam tylko pomyślny wiatr służył i nadal!
— Na własnem i drugich doświadczeniu polegając, pewny jestem stałości tego wiatru, bo gdy od 30-go do 60-go równoleżnika wieje przeważnie wiatr zachodni, dalej już bierze stałą przewagę z przeciwnego kierunku idący prąd, o czem sam już przekonać się pan mogłeś, odkąd przebyliśmy tę linię.
— Tak jest w rzeczy samej, kapitanie, i to mię cieszy prawdziwie. Zresztą, wyznaję szczerze, a nawet nie wstydzę się tego, że zaczynam wierzyć w przeznaczenie...
— A dlaczegożby nie, panie Jeorling dla czegoż nie mielibyśmy dać wiary, że opiekuje się nami Opatrzność Boża, wyższa nad naszą wolę i nad nasz rozum. Alboż nie możemy tego stwierdzić w najpowszedniejszem nawet życiu ludzkiem, jeśli nie wspomnę już o losach marynarza? Czyż to właśnie nie ta Opatrzność sprowadziła na naszą drogę nieszczęsnego Watersona, który na lodowcu przybywa z tak odległych stron i choć martwem już ciałem, daje świadectwo o życiu tamtych. Pomyśl pan tylko: jedna spóźniona godzina spotkania, a nie dowiedzielibyśmy się nigdy tego, o czem mamy przekonanie teraz i ku czemu dążymy... Co więcej, ducha mego utrzymuje silna wiara, że skoro niebo łaskawe uczyniło tyle dla nas, by nas naprowadzić na drogę ku naszym nieszczęśliwym, nie zechce nas też opuścić i w najcięższych potrzebach tej podróży...
— Niewątpliwie — odrzekłem — wola Boska kieruje nami odpowiednio do naszego ducha i woli naszej! Tylko ludzie bez religii wierzyć jeszcze mogą w starożytne „fatum” albo ślepy traf. Życie nasze łączy się w jeden łańcuch...
— Łańcuch — podchwycił kapitan — którego w tym razie pierwsze ogniwo stanowi lodowiec Watersona, a ostatnim będzie wyspa Tsalal! Tak jest mój bracie i wy wszyscy towarzysze jego niedoli! Z błogosławieństwem Boga spieszę wam teraz z pomocą, której napróżno oczekiwaliście przez długie lat jedenaście. Dziś mam nadzieję, że niezadługo przycisnę was do swych piersi!...
Silne wzruszenie kapitana poruszyło mnie do głębi i choć budziły się w mej myśli pewne obawy, pewien lęk przed możliwem niepowodzeniem, nie śmiałem jednak, choćby jednem słowem wytrącić go z tego spokoju, jaki daje przeświadczenie o pomocy Bożej.
Takiż sam duch ufności w jaknajlepsze powodzenie, widny był wśród marynarzy, mianowicie wśród starej służby żaglowca, oddanej bezpodzielnie kapitanowi. Nowozaciągnięci oczywiście obojętnymi byli o tyle na losy wyprawy, o ile to nie dotyczyło całości ich osoby i wypłaty umówionego żołdu.
Jeden tylko Hunt, zawsze milczący, w gorliwem spełnianiu służby przechodził wszystkich, nawet naszych poczciwych starych.
— Bodaj czy ten człowiek nie myśli więcej jak mówi... Dotychczas nie znam prawie jeszcze glosu jego — przekładał mi Hurliguerly nie mogący nikomu wybaczyć małomówności.
— Jeżeli względem ciebie milczy, nie rozmowniejszy jest ze mną — odparłem.
— A jednak wiesz pan co mi się zdaje?...
— Cóż takiego?
— Otóż musiał on już kiedyś płynąć temi wodami, musiał być bardzo daleko, dalej jak za kołem biegunowem, za lodowcami nawet. Jeśli się mylę, nazwij mię pan jak zechcesz...
— Co cię jednak naprowadza na podobne wnioski, bosmanie?
— Z ócz mu to patrzy, panie Jeorling! Z tych jego ócz, zwróconych w każdej chwili na południe, a w których pali się jakiś ogień, niby żar dwóch pochodni.
— Zauważyłem już sam ten jego wzrok dziwny.
— I widziałeś pan, że jeśli nie jest na służbie, stoi zawsze na przodzie statku, równie milczący, jak nieruchomy. Właściwie biorąc, miejsce jego powinno być tam wysoko, gdzie zwykle umieszczają godła okrętów i chociaż nie byłaby to, przyznasz pan, najpiękniejsza z urody figura, ale równie jak drewniana, stałaby zawsze nieruchoma. A gdy steruje, do kroćset... możnaby sądzić, że siedzi tam znieczulony siłą igły magnesowej. Pochlebiam sobie, że jestem sam niezłym sternikiem, ale ten Hunt nie zboczył jeszcze dotąd choćby na jednę linijkę... i myślę, że gdyby wypadkiem nocą, lampa zgasła, on by jedynie przy świetle własnych ócz swoich, jeszcze się nie zmylił...
Stanowczo gadatliwy bosman starał się w mem towarzystwie wynagrodzić sobie obojętność, z jaką przyjmowany był przez kapitana i Jem Westa, ilekroć brała go chętka dłuższej nieco pogawędki. Przyznać wszakże musiałem, że uwagi jego odnośnie do Hunta z wielu względów były dość trafne. W każdym razie był to człowiek tak niepowszedni, tak bardzo różniący się od innych, że śmiało można by go zaliczyć do jakichś na wpół fantastycznych postaci; i gdyby Edgar Poë znał go osobiście, pewny jestem, że uczyniłby z niego bohatera najoryginalniejszej swej powieści.
W miarę, jak żaglowiec nasz posuwał się naprzód z najwyższą swą szybkością, przy niezmiennie sprzyjającym wietrze, wiosenne słońce ogrzewało coraz silniej atmosferę i w licznych gromadach płynące wieloryby ożywiły fale morskie. Nowo też zaciągnieni marynarze, mianowicie amerykańskiego pochodzenia, przypatrywali się im z wielkiem zajęciem, nie ukrywając bynajmniej swego niezadowolenia, że nie mogą skorzystać z tak łatwej zdobyczy, tak łatwego zbogacenia się cennym w handlu tłuszczem wielorybów.
Najgłośniejszym ze wszystkich w tym względzie był Hearne, wytrawny rybak, duch niespokojny i mało uległy, który umiał sobie odrazu wśród towarzyszy wyrobić wpływ i powagę.
Przy każdej robocie na statku, zręcznością swą i siłą wykazywał, czem mógł być w swem rzemiośle, któremu, jak sam to wyznał, oddawał się z całą namiętnością dzikiej swej natury.
Ponieważ jednak Halbran, jako statek kupiecki południowych stron Atlantyku i Oceanu Wielkiego, nie zajmując się nigdy łowami, nie posiadał nawet odpowiednich ku temu narzędzi, przeto wieloryby, nie płoszone niczem, igrały swobodnie wokoło.
Jednego dnia, gdym w porze południowej chodził zwolna na pokładzie, przypatrując się z pewną przyjemnością ruchom tych olbrzymów, Hearne i kilku jego kolegów stało wspartych o poręcz, prowadząc głośną rozmowę.
— Ot patrzcie tam, co za wspaniały okaz lin-back’a, paszczę ma wielką niby dom cały! A tutaj znowu tych kilku, jak sobie płynie spokojnie z prądem, ani się ruszy ich cielsko... Dajcie mi tylko harpun, a głowę moją kładę w zakład, że ugodzę tego samca właśnie między cztery żółtawe plamki, które są widne na jego grzbiecie!... Ale w tym przeklętym pudle kupieckim człowiek zgnić może... ani sposobu zabawić się tu trochę! Do dyabła takie życie!...
Tu posypało się w dalszym ciągu całe bogactwo przekleństw w jakie specyalnie obfituje język marynarski.
— A tamten znowu — zawołał żywo Hearne, po krótkiej przerwie.
— Który? Czy ten z garbem na grzbiecie, niby u wielbłąda?...
— Tak, tak... właśnie ten sam! To hum-back, czy widzisz skórę na jego bokach w grube zmarszczoną fałdy i wielkie pletwy na przedzie? Nie łatwe na te bydlęta polowanie, bo lubi ci to płynąć głęboko, a szybko ucieka, jakby mu skrzydła wyrosły. Do kroćset! Zasłużyliśmy, żeby nam tak wymierzył potężne uderzenie ogonem w tułów okrętu, gdy mu niedołężnie nie wpakujemy harpuna w jego cielsko!...
— Baczność! baczność! — zawołał w tej chwili bosman nie z obawy przed owem przewidywanem przez Hearna uderzeniem, lecz że zauważył olbrzymiego wieloryba, przypływającego tuż do statku i wyrzucającego fontannę zwykle cuchnącej, brudnej wody, która tak silnym strumieniem biła właśnie w górę, że cała ta strona pokładu oraz wszyscy stojący w pobliżu w jednej chwili oblani nią zostali.
— Dobrze nam tak! — zamruczał Hearne, wzruszając ramionami, podczas gdy inni otrząsali się z niemiłej tej kąpieli, klnąc nie żartem.
Oprócz tych dwóch gatunków wielorybów, które wymienił Hearne, uganiały się na powierzchni wody spokojniejsze right-whales, które pozbawione skrzeli, obfitują w grubą warstwę słoniny. Ponieważ łowy na nich nie przedstawiają niebezpieczeństwa, więc rybacy wyszukują ich najchętniej, mianowicie na południowych morzach, gdzie trzymają się one gromadnie dla wielkiej ilości skorupiaków, stanowiących wyłączne prawie pożywienie ich olbrzymich ciał o przełyku nadzwyczaj wązkim.
Właśnie też w odległości dwóch zaledwie sięgów płynął taki right-whales, piękny, do 60 stóp długi okaz, mogący dostarczyć około 100 beczek tłuszczu. Trzy zatem podobne zdobycze wystarczyłyby w zupełności na ładunek jednego dużego statku.
— Tak, to mi prawdziwy wieloryb — zawołał znowu Hearne — poznać go odrazu można po wytrysku wody krótkim a silnym, innym zupełnie od tego tam w tyle okrętu, który znowu wyrzuca right-whales. I powiedzieć, że to wszystko przesuwa ci się pod nosem, bez korzyści żadnej! Do pioruna, nie wypełniać swych baryłek, gdy można tak łatwo, równem jest głupstwem jak wyrzucać pełnemi garściami złoto na dno morza! Prawdziwym też niedołęgą jest kapitan, który pozwoli ginąć marnie zdobyczy i krzywdzi w ten sposób swą załogę!...
— Hearne — zagrzmiał w tej chwili donośny i surowy głos Jem Westa — idź natychmiast w górę na maszty, stamtąd wygodniej możesz przyglądać się wielorybom!...
— Poruczniku!...
— Ani słowa... albo zatrzymam cię tam aż do jutra. Dalej marsz, bez zwłoki jednej chwili!...
Uznając, że opór wszelki mógłby tylko pogorszyć położenie, Hearne usłuchał, choć cały drżał z tłumionej złości.
Żaglowiec przerzynał właśnie przestrzeń morza z kolorytem czerwonym, które to zabarwienie nadawała mu niezmierna ilość drobnych skorupiaków z rodzaju krewetek. Wieloryby też nie utrudzały się ich połowem, wystarczało im bowiem zagarnąć od czasu do czasu jednym lub drugim wąsem sterczącym u szerokiej ich paszczy, aby takowe napełniać. Że zaś olbrzymom tym dla dostatniego wyżywienia codziennie bodaj miliardami pochłaniać trzeba drobne te żyjątka, możemy wytworzyć sobie pojęcie o niezmierzonej ich ilości w tamtych stronach oceanu, ilości prawdziwie wyjątkowej, co stwierdziły jeszcze nasze obserwacye, odnośnie do bardzo wczesnej w tym roku pory wiosennej.
Mimo jednak tak łatwej zdobyczy, do której zapalał się Hearne, nie spotkaliśmy tam ani jednego rybackiego okrętu; odległość bowiem tych miejsc odstraszała jeszcze w pierwszej połowie naszego stulecia nawet najodważniejszych.
Dziś, przy zaszłych zmianach w stosunkach, przez poczynione wynalazki, odległość wszelka maleje, a gdy i wieloryby na północy wskutek nieumiarkowanych łowów uległy prawie zupełnemu wyniszczeniu, przybywają już i tu tak licznie różnej narodowości rybacy, że lękać się wypada, aby w niedalekiej bodaj przyszłości zwierzę to morskie nie stało się wreszcie jakimś osobliwym okazem zaginionego gatunku.
W jednej też z coraz częstszych pogadanek z kapitanem, który nietylko nie unikał mię już, lecz raczej szukał mego towarzystwa, poruszyliśmy kwestyę owej nadmiernej ilości widzianych tu wielorybów.
— Zazwyczaj ukazywanie się ich w większej liczbie, zapowiada bliskość lądów — tłomaczył Len Guy — gdyż samice szczególniej trzymają się mielszych wód, by na ich spodzie mogły złożyć swe młode. A nawet drobne te skorupiaki które stanowią główne wielorybów pożywienie, rzadko bywają widziane na dalekich od wybrzeży głębiach morskich.
— Jeśli tak jest w istocie, kapitanie, to straże powinnyby koniecznie zaznaczyć, choćby w dali, którykolwiek z archipelagów, jakie mają się znajdować między południowemi Orkneyami, a kołem biegunowem.
— Uwaga pańska jest słuszną, a jednak musielibyśmy zboczyć o jakie 15 stopni na zachód, bądź to do Nowych-południowych Szetlandów Bellingshausena, bądź do wysp Aleksandra i Piotra, bądź wreszcie do ziemi Grahama odkrytej przez Biscoë.
— Z tego wynikałoby, że obecność wielorybów nie zawsze wskazuje bliskość lądów — zauważyłem.
— Być i tak może! Przyznam się panu, że w tym kierunku nie mam zdania opartego na osobistych spostrzeżeniach. Może też jedyną przyczyną tak niezwykłego ożywienia w tych wodach jest wczesna wiosna...
— Przypuszczenie to w każdym razie zgadza się z faktem nie ulegającym żadnej wątpliwości.
— A z którego nie omieszkamy osiągnąć odpowiednich dla nas korzyści — rzekł Len Guy z ożywieniem.
— I to nie zważając wcale na niezadowolenie załogi... dodałem.
— Niezadowolenie tych ludzi niema żadnych podstaw, wiedzieli bowiem dobrze, iż nie zaciągają się na jakiś okręt rybacki. Słusznie też Jem West surowością swoją ukrócił dalszy demoralizujący wpływ Hearna. Prawdziwie, tylko rozumem wskazywana konieczność, zmusiła mię do powiększęnia załogi. Z moimi starymi było mi tak dobrze! Ale kto wie co nas czeka u wyspy Tsalal...
Dla ścisłości faktów wypada mi nadmienić, że jeśli łowy na wieloryby były na Halbranie nietylko niedozwolone, ale jak już wytłómaczyłem, wprost niemożliwe, to znowu wszelkiem innem rybołóstwem zabawiali się do woli nasi marynarze.
Sam nawet bosman oddawał się tej rozrywce z wielkim zapałem, zakładając różnego gatunku wędki, gdyż biorąc pod uwagę szybkość ruchu żaglowca, nie mogło być mowy o zarzucaniu jakichkolwiek sieci.
Silne jednak wędki dostarczały codziennie na nasz stół przeróżnych odmian ryb, jak: sztokfisze, łososie, makrele, węgorze morskie, głowacze i t. p., z których przyrządzone potrawy urozmaicały przyjemnie zwykłą monotonność pożywienia okrętowego.
Wśród ptactwa dążącego na wszystkie strony horyzontu, spotykaliśmy przeważnie odmiany petreli, z pomiędzy których białe i niebieskie kształtnością swoją w szczególny wyróżniały się sposób. Nie mała też, dnia każdego, ciągnęła ilość albatrosów, a nawet w pewnej odległości zauważyłem „petrela olbrzyma,” którego ojczyzną są okolice cieśniny Magelańskiej, a który w swym siągu dochodząc stóp czternastu, dorównywa nawet wielkim albatrosom.
Ptaki jednak nie budziły ogólnie na naszym żaglowcu takiego zajęcia jak ryby, namiętne zaś zamiłowanie Hearna i jego ziomków do łowów na wieloryby, tłomaczyć można do pewnego stopnia samem ich pochodzeniem, gdyż Ameryka dostarcza dotąd stale największą ilość okrętów rybackich O ile też sobie przypominam, już w 1827 roku, wedle zebranych przez rząd Stanów Zjednoczonych cyfr statystycznych, wypływało rocznie z portów amerykańskich około 200 okrętów rybackich, które zwoziły mniej więcej 50,000 baryłek tłuszczu wielorybiego. Liczby zaś te wzrastając z każdym rokiem, czyniły przed 14-stu laty dla samych tylko Stanów Zjednoczonych 1/10 wszystkich dochodów państwowych z exportu.
— Po części możemy mieć Hearna za wytłomaczonego — rzekłem też do kapitana — obudzona bowiem raz namiętność do rybołóstwa, nie łatwo zasypia w człowieku. Niechże jednak Ameryka się strzeże przekroczyć ostateczne granice, bo w końcu wypadnie jej szukać wielorybów bodaj za lodowcami, za któremi prześladowane przez ludzi zwierzęta, szukać będą schronienia.
— Pod tym względem Anglicy okazywali zawsze więcej umiarkowania — zapewniał Len Guy.
Po dokładnych i ścisłych obliczeniach, okazało się, iż dnia 30-go listopada Halbran znajdował się pod 66° 23’ 3” szerokości południowej, zatem przebył właśnie linię kola biegunowego, tej półkuli globu naszego.





Między kołem biegunowem, a lodowcami.



Z chwilą, gdy Halbran przebył linię koła, którą wyobraźnia ludzka zakreśliła w odległości 23 1/2 stopni od bieguna, doznaliśmy uczucia, jakoby nowy świat jakiś odkrył się przed nami, „świat ciszy i smutku, wśród oceanu wód i powodzi światła” — jak powiada Edgar Poë.
Bo rzeczywiście, cała ta przestrzeń antarktyczna, której powierzchnia wynosi więcej nad 5 milionów mil kwadratowych, zostaje w miesiącach letnich t. j. w czasie jedynie przystępnym dla ludzi północy, stale oblana promieniami słońca, poczem znowu następuje długa, kilkomiesięczna noc, z ciemnościami rozjaśnianemi jedynie blaskami zorzy polarnej.
Na umysł wrażliwy dzień taki bez przerwy, w którym poranek zda się podawać ręce wieczorowi, sprawia silne wrażenie. Człowiek czuje się mimowoli, jakby przeniesionym w jakieś sfery nadprzyrodzone, pełne dziwów i czarów bajecznych, gdzie spodziewa się napotkać nowe objawy życia ze świata zwierząt, roślin i minerałów — „nowych ludzi” jak powiada Artur Prym. I pociąga go siłą magnetyczną ten świat nieznany, niezbadany, którego strzegą jakieś potężne duchy, wołające słowami poety: „Ani kroku dalej!”
Obdarzony mniejszą wrażliwością i fantazyą, jakkolwiek silnie poruszony, zdołałem się utrzymać w granicach rzeczywistości. Jedynem też mojem pragnieniem było, aby warunki atmosferyczne sprzyjały nam zarówno tu, jak poprzednio.
Lecz na ogorzałych, pod wpływem morskiego powietrza twarzach, zarówno prostych majtków, jak samego kapitana i jego porucznika, widne było wielkie zadowolenie na wiadomość o przebyciu 66-tego równoleżnika. Nazajutrz też Hurliguerly zaczepił mię wesołym wykrzyknikiem:
— A co, panie Jeorling, oto już sławne koło za nami!
— Jeszcze niezbyt daleko, bosmanie — odparłem.
— Pójdziemy i dalej z Bożą pomocą! — Mam jednak powód do niezadowolenia...
— Cóż takiego cię trapi?
— Ot, nie dopełniliśmy ceremonii chrztu, którą zwyczaj uświęcił od wieków, gdy okręt przechodzi tak ważną linię...
— Nie rozumiem, o co ci chodzi, bosmanie. Toż o ile wiem, zarówno ty, jak wszyscy twoi towarzysze, nie pierwszy już raz przekroczyliście koło biegunowe.
— Naturalnie, my nie pierwszy już raz, ale pan, panie Jeorling... — mówił stary, mrużąc filuternie oczy.
— Rzeczywiście — odrzekłem — mimo, że wiele już podróżowałem, tak daleko jeszcze w szerokości naszej ziemi nie posunąłem się nigdy...
— Więc należy się panu chrzest koniecznie! — Ot tak sobie cichutko, bez zwykłej ceremonii, z dziadkiem polarnym na czele... Gdybyś tak pan, chociaż mnie pozwolił...
— Dobrze, dobrze, Hurliguerly — odrzekłem, kładąc z uśmiechem rękę do kieszeni, chrzcij mię ile ci się tylko podoba, a oto piastr na buteleczkę wisky, którą wypijesz za moje zdrowie w najbliższej oberży...
— Na wyspie Bennet albo Tsalal! — zawołał stary rozpromieniony cały, chowając monetę. — Oj, niby to wielu jest takich Atkinsów chcących żyć w lodowem pustkowiu?...
— A teraz powiedz mi, bosmanie, jakże tam Hunt? Czy bardzo jest zadowolony, że znajduje się już za kołem biegunowem?
— Alboż ja wiem! on zawsze milczy jak głaz lodowy, niczego się pan od niego nie dowie. Jednak, jak dawniej, pewny i teraz jestem, że zna on lepiej te strony od nas wszystkich...
— Co jednak naprowadza cię właściwie na ten domysł?
— Nic i wszystko! Są rzeczy, panie Jeorling, które raczej odczuć tylko można.
I rzeczywiście, jakkolwiek Hunt nie starał się zwrócić na siebie uwagi, przeciwnie nawet, usuwał się z przed oczu ludzkich, było w nim jednak coś, co mię w szczególny sposób zaciekawiało, dla czego miałem dla niego zdwojoną uwagę.
W pierwszych dniach grudnia przyjazny wiatr począł słabnąć i po chwilach zupełnej ciszy, w czasie której wszystkie żagle opadły w koło masztów, zauważyliśmy zwrot prądu ku stronie północno-zachodniej. Wiadomem zaś jest każdemu, kto choć krótko znajdował się już na tych morzach, że zmiana taka jest niechybnie zapowiedzią gwałtownej burzy, lub choćby tylko dłuższej niepogody.
Gdy więc Halbran począł zwalniać w biegu i wreszcie stanął zupełnie nieruchomo na powierzchni morza, gładkiej, niby szyba zwierciadlana, kapitan Len Guy, okazał żywe zaniepokojenie.
— Ocean „przeczuwa” coś niezwykłego — rzekł do mnie rano dnia 5-go grudnia. — Tam — dodał, wskazując ręką wschodni, mroczny horyzont — tam, pewny jestem, szaleje teraz straszna burza.
— Uważałem już sam, że powietrze niezwykle mgliste jest w tej stronie — potwierdziłem. — Może jednak południowe słońce...
— Nie wielką jest tu siła słońca, nawet w porze letniej, objaśnił Len Guy, a przywoławszy porucznika:
— Cóż myślisz o takiem niebie? — zapytał.
— Mojem zdaniem nie wróży ono nic dobrego, trzeba nam być przygotowanym czy to na dłuższą niepogodę, czy też na gwałtowną burzę...
— Pamiętaj Jem, jak ważną jest rzeczą trzymać się, bądź co bądź, tego samego południka... — zalecał Len Guy.
— Zrobi się wszystko, kapitanie, co będzie w naszej mocy! Dotychczas jesteśmy na dobrej drodze...
— Zdaje mi się, że straże oznajmiły płynące właśnie już lodowce — rzekłem.
— Tak jest, a spotkanie z niemi mianowicie w czasie burzy, może być dla nas fatalne — odpowiedział widocznie stroskany kapitan.
Straże nie omyliły się. Już około południa ciężkie bryły lodu przesuwały się powoli ku wschodowi. Nie były to jeszcze olbrzymie góry, lecz bezkształtne masy, które Anglicy nazywają „pack” gdy są podłużne na 300 do 400 stóp, albo „palch” gdy mają kształt więcej okrągły. Płynąc jednak w pewnem oddaleniu, nie one przeszkadzały nam w żegludze, lecz coraz częściej zjawiające się ciężkie bałwany, które wywoływały przykre kołysanie żaglowca.
Tymczasem już o godzinie 2-ej zakotłowało w powietrzu od wiejącego, zda się ze wszystkich stron wichru, i Halbran doznał tak silnych wstrząśnień, że okazała się konieczność usunięcia z pokładu wszelkich przedmiotów łatwiej ruchomych.
Gdy o 3-ciej ciągle wzmagający się w sile wicher, przybrał wyraźnie kierunek północno-zachodni, porucznik kazał spuścić brygantynę i maszt przedni, czem spodziewał się oprzeć uderzającej sile i uniknąć konieczności zboczenia z drogi Weddella. Mimo tego jednak, Halbran ulegał tak silnemu kołysaniu, że gdyby nie pewność, iż wszystko w dolnych piętrach i na samym dnie okrętowym, umieszczone jest i przymocowane starannie, mogłaby nas niepokoić słuszna obawa przed smutną katastrofą, jakiej uległ niegdyś nieszczęsny Grampius.
Zresztą sumienna praca około wzmocnienia korpusu żaglowca, dokonana u Falklandów okazała się w tej próbie zupełnie zadawalniającą. Zapuszczone pompy nie wydobyły ani jednej kropelki wody.
Jak długo mogła potrwać ta burza, dobę jedną, czy dni kilka? Któż był wstanie przewidzieć! Najdoświadczeńszy nawet żeglarz nie wie nigdy, co mu zachowają tajemnice morza antarktycznego...
Tymczasem wraz ze znacznem obniżeniem temperatury do + 2° Celsyusza, począł padać deszcz ulewny zmieszany z płatami śniegu. Na szczęście jednak, mimo, że wedle zegaru, wieczorna już nadeszła pora, i jakkolwiek słońce grube przysłaniały chmury, mieliśmy jeszcze dość światła w tym nieustannym dniu podbiegunowym, aby czynić odpowiednie dla bezpieczeństwa manewra.
Niepodobieństwem wszakże było oprzeć się prądowi, który unosił nas ku południowo-wschodniej stronie, a kołysanie okrętu doszło do takiej wreszcie siły, że wierzchołki masztów, z głuchym trzaskiem zakreślały w powietrzu olbrzymie koła, podczas gdy Halbran zdawał się nieraz jakby przełamanym na dwoje, tak od sztaby czyli przodu, do rufu czyli tyłu statku, nie można było nic widzieć.
Wzburzone fale z nieporównanym hukiem i szumem rozbijały się w białą pianę, niby o skaliste brzegi lądu, o płynące coraz liczniej lodowce, które każdej chwili groziły, najniebezpieczniejszem ze wszystkiego, zetknięciem się z żaglowcem.
Gdy po zwinięciu mniejszych, okazała się jeszcze konieczność spuszczenia żaglu wielkiego, rozporządził kapitan, by rozpięto mały trójkątny żagielek z przodu, a drugi umieszczono przy tylnej sztabie. W ten sposób uderzenia wiatru miały się stać mniej dokuczliwemi dla statku.
Majtek Drap, pod dozorem samego Len Guy, dopełniał drugiej czynności, gdy na przodzie Jem West dawał rozkazy ludziom, którzy zajęli się rozpięciem trójkątnego żagla.
W tym celu trzeba było wejść po drabinie sznurowej aż do rei masztu wielkiego. Czterech marynarzy wyznaczonych zostało do tej pracy.
Pierwszy Hunt pospieszył w górę, za nim podążyli Marcin Holt, Buny i jeden z rekrutów.
Nie miałem nigdy pojęcia, że człowiek może rozwinąć tyle rzutkości i zręczności w swych ruchach, jak to widziałem wtenczas u Hunta. Zdawało się nieraz, że całem ciałem zawisł jedynie w powietrzu, tak nogi jego i ręce zaledwie dotykały szczebli drabiny, a dosięgnąwszy rei zawisł wśród sieci lin, niby olbrzymi pająk.
Marcin Holt umieścił się z przeciwnego końca drąga, dwóch pozostałych zatrzymało się w pośrodku. Skoro tylko żagiel zostanie przytwierdzonym tam w górze, załatwioną będzie największa trudność, ponieważ uwiązanie dolnych końcy do niższej części masztu, nie przedstawiało już niebezpieczeństwa żadnego, a kapitan i porucznik jego wiedzieli dobrze, że manewrem tym jedynie utrzymają żaglowiec w możliwej równowadze, chroniącej go od coraz silniejszego szamotania.
Właśnie jednak w tej chwili burza szalała z największą wściekłością.
Karnaty, to jest liny utrzymujące maszt w pionie od bakortu do sztymbarku, czyli od lewego do prawego boku okrętu, dźwięczały od silnego naprężenia, jak metalowe struny instrumentu.
Nagle, gwałtowne uderzenie bałwanów rzuciło Halbranem, tak, że cały przód jego zarył się w fali aż po same reje wielkiego masztu — i w tejże chwili mimo ogłuszającego łoskotu, ucho nasze wyróżniło krzyk jakiś. To Marcin Holt kończący już właśnie swą pracę, porwany został, a raczej zmieciony przez rozszalałą falę.
Na krzyk jego nadbiegli majtkowie do bortu, lecz na razie wśród spienionych bałwanów nie można było dojrzeć nieszczęsnego, który dopiero po dłuższej chwili ukazał się na powierzchni, rozpaczliwie rzucając rękoma, aby go woda powtórnie nie zalała.
Poczęto gorączkowo rzucać mu różne przedmioty: ten linkę, ów próżną baryłkę, ów drąg ujęty na prędce, którego mógłby się uchwycić i utrzymać, chociażby czas jakiś...
Gdy sam powalony na pokład w czasie owego wstrząśnienia, ledwie przyszedłem do przytomności i podniosłem się, trzymając się poręczy, naraz przedmiot jakiś spadający z wielkiego masztu, mignął mi przed oczami. Byłbyż to drugi nieszczęśliwy wypadek?...
Nie! jest to czyn wolnej woli — czyn poświęcenia... Dokończywszy przymocowania ostatnich lin trójkątnego żagla, Hunt rzucił się w pomoc tonącemu.
— Dwóch ludzi w morzu!... — wołano wśród załogi.

Tak jest, dwóch! Czy jednak poświęcenie drugiego nie okaże się wprost szalonym tylko porywem, czy obadwaj nie zginą w tak fatalnych warunkach?... Jem West poskoczył do steru i jednym małym obrotem dyszla, skierował do wiatru żaglowiec w ten sposób, że przez dłuższą chwilę staliśmy prawie nieruchomo. W niemem oczekiwaniu patrzeliśmy w głębię spienionych wód. Niebawem ukazały się głowy obu ludzi w znacznem jeszcze od siebie oddaleniu, ale gdy ciało Holta traciło już władzę ruchów, Hunt silnem swem ramieniem
Hunt rzucił się w pomoc tonącemu.
rozbijał bałwany, by zbliżyć się do tonącego, którego co chwila zalewały fale.

— Straceni... obaj straceni!... — jęknął cicho kapitan. — Jem, każ spuścić łódź prędko!... łódź na pomoc! — zawołał po chwili.
— Jeżeli wydasz rozkaz, kapitanie, ja pierwszy schodzę do niej, jakkolwiek będzie to narażeniem się na niechybną śmierć. Trzeba mi jednak rozkazu twego...
Upłynęły minuty nad wyraz przykrego oczekiwaniu. Nikt w tej chwili nie myślał już nawet o tak poważnie zagrożonem bezpieczeństwie całego statku... Wszystkich uczucia ześrodkowały się tam, gdzie każda sekunda stanowiła o życiu dwóch ludzi.
Nagle głośny okrzyk załogi zabrzmiał wśród huku fal, okrzyk tryumfu i radości, gdy Hunt z właściwą jedynie sobie zwinnością i siłą rzucił się między dwie fale, tam właśnie, kędy ostatni raz zamajaczyło, wśród białej piany, ciemne ubranie Holta, i gdy po chwili dźwigając zemdlone ciało starego marynarza na lewem swem ramieniu, prawą dłonią, niby żelaznem wiosłem torowal sobie drogę pośród śpienionego żywiołu.
— Hura! hura! — wolała załoga...
— Nawróć od wiatru! — krzyknął Jem West do sternika.
Z trzaskiem żagli i wyprężonych lin, niby rozhukany koń, którego osadza na miejscu dłoń jeźdźca, ściągając pysk jego wędzidłem, a on buntując się staje dęba, tak statek cały zadrżał w swych posadach — pochylił się w tył — skoczył w górę, by znowu zagłębić się silniej...
Minęła długa, niby wieczność, minuta... Dwóch ludzi, z których jeden z nadludzką siłą ciągnął drugiego, to znikali pod wodą, to znowu wydobywali się na wierzch.
Wreszcie Hunt podpłynął do żaglowca i wolną ręką uchwycił koniec rzuconej mu liny, służącej do holowania statku.
Jednym obrotem koła obaj tonący zostali wciągnięci na pokład, i gdy nieprzytomny Marcin Holt legł u stóp masztu, gdzie mu natychmiast pospieszono z należną pomocą tak, iż wkrótce począł przychodzić do siebie, dzielny Hunt, jakby nic nie zaszło, zabierał się już do swych obowiązków.
— Marcinie Holt — rzekł kapitan, pochylony nad marynarzem, spoglądającym w około zdziwionym wzrokiem — oto powróciłeś nam z daleka...
— Tak kapitanie, źle było ze mną! Kto jednak dał mi pomoc?...
— A któżby inny, tylko Hunt — zawołał bosman — Hunt naraził swe życie dla ratowania ciebie...
Marynarz wsparł się na łokciu, szukając wzrokiem swego wybawcy, gdy jednak tenże zdawał się raczej chować przed nim, Hurliguerly ujął go za ramię i podprowadził do Holta, którego twarz rozjaśniło uczucie szczerej wdzięczności.
— Uratowałeś mi życie... bez ciebie byłbym stracony... dziękuję ci! — rzekł, wyciągając rękę.
Ale Hunt stał nieruchomo.
— Czy nie słyszysz Huncie? — odezwał się kapitan.
Ani słowa odpowiedzi...
— Ja chcę ci podziękować — zaczął znowu Marcin Holt — chcę uścisnąć dłoń twoją...
Hunt cofnął się o kilka kroków, a głową zrobił ruch mogący się tłómaczyć:
— Na co tyle podziękowań za taką drobnostkę... poczem zwrócił się ku przodowi statku, gdzie właśnie pod naciskiem nowych uderzeń wichru, pękła jedna z lin głównego masztu.
— Stanowczo ten Hunt jest bohaterem poświęcenia i odwagi, ale również stanowczo jest to istota zamknięta w sobie i nie dająca przystępu żadnym uczuciom — pomyślałem.
Tymczasem burza nie ustawała ani na chwilę. Niejednokrotnie też jeszcze byliśmy w rzeczywistej obawie o całość Halbranu, który w szalonych ruchach, rzucany przez rozhukaną falę, niby napadnięte i rozjuszone walką zwierzę, rwał się i szamotał z głuchym trzaskiem swego silnego kadłuba.
— Jem — rzekł wreszcie kapitan, o godzinie 5-ej rano — Czy myślisz, że trzeba nam uciekać...
— Jeśli każesz, kapitanie! Będzie to jednak dobrowolne rzucenie się w paszczę morza — odrzekł porucznik.
I rzeczywiście, niema nic niebezpieczniejszego dla okrętu, jak odwrót w takich warunkach, gdy niemożliwem jest wyprzedzić szalony pościg bałwanów. Zresztą, gdybyśmy nawet poddając się kierunkowi wiatru zboczyli na wschód, dostalibyśmy się niezawodnie w największy zamęt płynących tam najliczniej lodowców, w których uścisku, nawet tak silne ściany, jakie posiadał Halbran, zostałyby odrazu zdruzgotane...
Przez całe jeszcze następne doby 6, 7 i 8-go grudnia, nie zaszła żadna na lepsze zmiana; ta sama walka, to samo niebezpieczeństwo...
Zarówno wszakże Len Guy, jak dzielny jego porucznik złożyli wtenczas niezaprzeczone dowody: odwagi, przytomności umysłu i wielkiego doświadczenia, a Hunt stawał zawsze pierwszy do spełnienia ich poleceń. Idąc zaś śmiało przeciw największemu niebezpieczeństwu, wyróżniał się dodatnio od reszty swych towarzyszy, którzy, jeśli byli posłuszni, jeśli spełniali jako tako swe czynności, to tylko ze świadomości że próżnym byłby opór rozkazom takiego, jak Jem West oficera.
Ileż to razy wszakże zdarzyło mi się słyszeć ich sarkania i słowa niechęci wypowiadane na uboczu...
— Obym się mylił — pomyślałem wtenczas — lecz nie wróży to nic dobrego na przyszłość.
Wróciwszy szybko do zdrowia, Marcin Holt szedł o lepsze z Huntem w zręczności i gorliwości w służbie.
— Powiedz mi — rzekłem raz do dzielnego tego człowieka — w jakichże stosunkach zostajesz teraz z Huntem?... Czy zbliżyliście się choć trochę do siebie?...
— Gdzie tam, panie Jeorling; unikał mię on zawsze, a teraz bodaj jeszcze więcej niż kiedy.
— Czy być może!
— Nieinaczej, pomimo że chciałbym mu nieraz okazać moją wdzięczność.
— A to szczególne!...
— Tak jest — potwierdził Hurliguerly — zauważyłem to sam już kilka razy...
— Więc stroni od ciebie tak, jak od innych...
— Więcej nawet jak od innych...
— Dla jakiej przyczyny?...
— Tego już wcale domyśleć się nawet nie mogę...
Dziwne zachowanie się Hunta względem starego marynarza, było rzeczywiście rzucające się w oczy. Napróżno jednak próbowałem rozwiązać tę zagadkę... Zawsze przy pracy, zdala od drugich, nie odezwał się nigdy ani słowem, jakby natura pozbawiła go cennego daru mowy...
Nareszcie w nocy z 8-go na 9-ty grudnia, uspokoiło się morze, a wiatr począł wyraźnie przybierać kierunek wschodni — co nam dodało otuchy, że niezadługo będziemy mogli nawrócić ze znacznego zboczenia w jakie nas rzuciła burza.
Następnego też dnia rozwinięto znowu pewną część żagli i Halbran, jakby zmęczony jeszcze wysiłkiem przebytej walki, posuwał się zwolna i ostrożnie naprzód, wśród różnej wielkości lodowców, których mnogość upewniła nas, że na południo-wschodzie otwarła się jedna brama w owej fortecy lodowej, okrążającej południowy biegun.





Wśród zapory lodowej.



Tak więc mimo przebytej burzy, mimo nawet dość silnego zboczenia, mieliśmy jednak, bądź co bądź, niemało jeszcze szczęścia.
Bo jeśli już w pierwszej połowie grudnia przekroczymy zaporę lodową, uczynimy to wcześniej o cały miesiąc od Weddela, który tą samą drogą...
Ale otóż używam wyrażenia, jakby rozkładał się przed nami wygodny gościniec obsadzony drzewami, na którego drogowskazie widnieje napis: „Do bieguna południowego!” gdy tymczasem żaglowiec nasz otoczony ze wszystkich stron płynącemi krami, dochodzącemi niekiedy wysokości gór alpejskich, lub znowu rozkładającemi się w obszerne równiny, nie mało miał trudności w utorowaniu przejścia, a warunki te pogorszały się w miarę posuwania się naprzód.
Mimo jednak poważnego niebezpieczeństwa, które aż nadto było widocznem, nie mogłem się oprzeć urokowi nadzwyczajnych, a przepięknych widoków, przesuwających się przed naszemi oczami.
Najpierw więc otaczająca nas atmosfera przybrała wyraźną barwę żółtawą. Zjawisko to znane jest rybakom, jako towarzyszące zwykle obecności lodowców, będące wynikiem załamania się promieni światła w ich błyszczących bryłach. Niekiedy masy te lśnily niby drogocenne kamienie, mieniąc się różnami barwami, w których raz przeważał kolor czerwony, to znowu niebieski lub fioletowy, jak w pięknie rzniętych starych kryształach.
A obok tak zajmującej, czarownej gry światła, jakąż różnorodność przedstawiały same kształty tych brył! Tu olbrzymie, ciężkie piramidy egipskie, tam gmachy zdobne w śpiczaste lekkie wieżyczki, lub poważne kopuły świątyń bizantyńskich, owdzie znowu całe szeregi wysmukłych kolumn, sterczących niby na zwaliskach starożytnych miast greckich. Słowem wszystkie kształty, jakie oko nasze dostrzega czasem i śledzi z zajęciem wśród płynących w górze obłoków, które mi fantazya nasza lubi się zająć, wszystkie te linie niby bezładne, a jednak w dziwną zlewające się całość, odnajdywałem w błyszczących bryłach. A wśród nich, jakby dla dopełnienia czarodziejskiego widoku, biły w górę fontanny wody, wyrzucane przez licznie zawsze, mimo wszystkiego, uwijające się wieloryby. Wysoko zaś ponad naszemi głowami przelatywały z szumem skrzydeł i hałaśliwem krakaniem, gromady petreli, kormoranów i innego ptactwa, które spuszczało się czasem dla chwilowego spoczynku, aż do lodowych szczytów, pokrywając je całkowicie.
Dokonane dnia 14-go obliczenia wykazały, iż znajdujemy się między 72° a 73° szerokości południowej; był to punkt, którego nie dosięgnął ani Ballemy ani Belliughausen, a nad który już tylko o 2 stopnie poszedł dalej Weddell.
— Panie Jeorling — rzekł do mnie dnia tego kapitan — nie pierwszy już raz probuję się dostać na te morza, mam więc już pewne doświadczenie, jakie trzeba zachować ostrożności, jednak...
— Nieustannie podziwiam rzeczywisty talent pana, w tak rzadkiem połączeniu śmiałości z konieczną przezornością. To też przymioty te, będąco owocem doświadczenia, dają nam zupełną gwarancyę...
— Nie tak bezwzględną jeszcze, drogi panie, gdyż morze po drugiej stronie zapory jest mi całkiem nieznane.
— Jeśli go wszakże osobiście nie zwiedziłeś, kapitanie, to z opisów Weddella i Artura Pryma...
— Wiem, wiem, że mówią oni o morzu zupełnie wolnem.
— Czy nie wierzysz pan temu? — zapytałem nieco zdziwiony.
— Przeciwnie, mam nawet przekonanie że inaczej być nie powinno; lodowce te bowiem, które my Anglicy znamy pod nazwą ice-fields i ice-bergs czyli pól lodowych i gór lodowych, nie mogłyby w żaden sposób tworzyć się na pełnem morzu. Muszą one koniecznie tam w wyższych jeszcze stronach otaczać bądź to wyspy, bądź jakiś ląd stały, od którego odrywa je nadzwyczajna siła prądu, w czasie gdy spójność ich skruszeje pod wpływem wiosennego ciepła — i ten sam prąd unosi je coraz dalej ku północy, aż dosięgną znacznie cieplejszych okolic — gdzie ostatecznie zginąć im wypadnie.
— Z zajęciem słucham dowodzeń pana — odrzekłem — i przyznaję, że przypuszczenia jego mają wszelkie prawdopodobieństwa...
— Nie zapominaj pan nadto — mówił dalej kapitan — że nie możemy się spodziewać w tych samych warunkach bieguna południowego, w jakich zostaje biegun północny. Sam Cook już utrzymywał, że nigdy na morzu Grenlandzkim nie spotkał tak olbrzymich gór lodowych, jakie nie są wcale rzadkością na południu.
— Na czem jednak, jak sądzisz kapitanie, polega przyczyna tego?
— Przedewszystkiem szukać jej musimy w tem, że na północy przewagę bierze wiatr ciepły, idący od obszernych lądów Europy, Azyi i Ameryki — gdy tutaj najbliższe ziemie stanowią dość oddalone, a wąskie brzegi przylądków Dobrej Nadziei, Patagonii i Tasmanii. Wpływ więc ich na złagodzenie temperatury jest albo bardzo mały, albo zupełnie żaden. Dla tego też w stronach antarktycznych temperatura bywa więcej jednostajną.
— Spostrzeżenie to jest bardzo ważne i tłomaczy twierdzenia o zupełnie wolnem tam dalej morzu — rzekłem.
— Pewny jestem, że tak rzeczywiście być musi, przynajmniej na jakieś 10 stopni z drugiej strony zapory. Gdy więc takową przebędziemy, największa trudność w naszej podróży usuniętą zostanie...
Tymczasem w miarę posuwania się naprzód, otaczały nas coraz więcej skupione lodowce, których wysokość, wedle pomiarów dokonanych przez Jem Westa, dochodziła od 10 do 100 sążni.
Często też przy silnie wzburzonych falach podnosił się jeszcze wiatr gwałtowny, zmuszający nas do zwinięcia niektórych żagli.
Załoga wszakże zrazu mocno zaniepokojona temi warunkami żeglugi, powoli oswajała się z niemi, nie okazując wreszcie ani zdziwienia, ani obawy.
Dla zacieśnionego widoku na morze, kazał Jem West zbudować na wielkim maszcie tak zwane „gniazdo bocianie” czyli kosz, w którym bezustannie na zmianę, zajmował miejsce jeden z marynarzy, i dawał porucznikowi sygnały skoro tylko coś nadzwyczajnego spostrzegł, coby mogło grozić statkowi.
Ta nieustanna praca i czujność, utrudzała w wysokim stopniu załogę, nieraz bowiem ostre, nagle ukazujące się załamania u brzegów brył lodowych, które przepływały tuż przy Halbranie, zmuszały porucznika do ciągłych zmian w rozporządzeniach.
— Zwróć do wiatru! Kieruj na stybark! — rozlegała się raz wraz komenda, wzywająca wszystkich do nowych manewrów.
Jeżeli jednak nikt na Halbranie nie zaznał wtenczas spoczynku, Hunt zdawał się nawet nie potrzebować go zupełnie. Najtrudniejsze czynności niczem były dla niego. Ilekroć też wypadło podpłynąć łodzią do którego z lodowców, by zarzucić w nim kotwicę i przytwierdzić linę, dla powolnego holowania statku w miejscach grożących wielkiem niebezpieczeństwem, zawsze tylko Huntowi polecał to kapitan; był bowiem pewien, że on sam najdokładniej i najszybciej dokona roboty.
Słusznie też zyskał w końcu dziwny ten człowiek uznanie, zarówno u kolegów, jak i u swoich zwierzchników, za rzadką w swojem rodzaju doskonałość. Gdy wszakże zdarzyło się razy kilka, iż musiał siąść do tejże samej łodzi z Holtem, spełniał posłusznie jego rozkazy, jako wyższego od siebie stanowiskiem, nigdy jednak na zapytania nie dawał odpowiedzi — nigdy jednem nie odezwał się słowem. Tajemniczość też pewna otaczająca jego osobę, zaciekawiała wszystkich w najwyższym stopnu.
Jednakże mimo wszelkiej ostrożności, niepodobieństwem było uniknąć kilku silniejszych starć. Jakkolwiek boki okrętu okazały się nadzwyczaj wytrzymałe, to ster przy gwałtownych i bezustannych ruchach groził zupełnem obluźnieniem w obsadzie. Baczny na wszystko porucznik kazał go co prędzej wzmocnić dwoma równemi krokwiami i otoczyć wspólną klamrą, co mu nowej dodało siły.
Dnia 17-go grudnia zabrzmiał donośny głos strażnika, który ze swego bocianiego gniazda wołał:
— Od strony stybarku na przodzie!...
Pospieszyliśmy żywo w tę stronę pokładu i gdy rozsunęły się nieco lodowce, ujrzeliśmy jeden, nieskończenie zda się, długi łańcuch gór lodowych, niby pasmo Alp, których profil rysował się wyraźnie na dość pogodnem sklepieniu nieba, a u którego dolnych brzegów poszarpanych w głębokie, ostre załomy, ciągnęły miliony większych i mniejszych odłamów lodowych.
Widok ten upewniał mię co do słuszności domysłów kapitana, który stanowczo wyróżniał charakter powstania owych olbrzymów lodowych, tworzących tak trudną do przebycia zaporę, od tak zwanego wału lodowego.
Pierwsze więc muszą koniecznie mieć przy tworzeniu swem jakowąś pewną podstawę, czy to brzegi lądu, czy też skalne niezbyt głębokie dno morza, od którego odrywają się dopiero, gdy cieplejsze prądy dolne roztoczą, że się tak wyrażę, ich spód. Wtenczas to z hukiem nieporównanym spadają w głębię morską, by niezadługo wypłynąć, jako wielkie ruchome góry, których często połowa zaledwie widną jest nad powierzchnię morza.
Rozmawiając w tym przedmiocie z kapitanem, czyniliśmy sobie wzajemne uwagi i spostrzeżenia.
— Nigdy na pełnem morzu takie góry lodowe tworzyć się nie mogą — tem też tłomaczy się trudność przebycia zapory — nie łatwo bowiem odszukać wolne przejście — dowodził Len Guy. — Inny już zachodzi stosunek w powstawaniu lodowego wału, który się tworzy ze zbitej, napływającej kry — i jest jakoby amalgamatem większych i mniejszych odłamów...
— Zapora jednak lodowa którą mamy przed sobą, nie może tworzyć nieprzerwanej całości.
— Jeżeli zamkniętą jest w najostrzejszej porze, wiemy, iż gdy lody idą, otwiera się przejście wolne, z którego korzystał już Weddell, a następnie brat mój... Stało się to wszakże przy warunkach bardzo przyjaznych...
— Gdy więc mamy tę zaporę zaledwie o kilka mil przed sobą...
— Postaram się zbliżyć, o ile tylko będzie można z Halbranem, dla odszukania przejścia. Może nam to wszakże nie pójść tak łatwo; może wypadnie okrążać daleko! — Niechby nas tylko północno wschodni wiatr nie opuszczał — zakończył kapitan z ożywieniem i widoczną ufnością w powodzenie.
Gdy wreszcie, wśród ciągle tych samych warunków, znaleźliśmy się zaledwie o trzy mile od zapory, przez odpowiednie nastawienie żagli, Halbran stanął prawie nieruchomo na miejscu, a do spuszczonej łodzi zeszedł sam Len Guy, bosman i kilku majtków, którzy w silne dłonie ujęli wiosła.
Po uciążliwej jednak trzygodzinej wyprawie, po nadaremnem szukaniu upragnionego przejścia, łódź wróciła do statku.
W parę godzin potem ulewny deszcz ze śniegiem, zakrył przed nami nieco dalszy widok, a termometr Celsyusza wskazywał znowu tylko +2°.
Nie pozostawało nam przeto nic innego, jak płynąć dalej w kierunku południowo-wschodnim, oczywiście jednak z wielką uwagą, by otaczające nas dokoła góry lodowe, nie zgniotły Halbranu siłą swego parcia. Jem West wydał też rozkazy odchylenia rei pod wiatr, poczem ruszyliśmy z szybkością siedmiu do ośmiu mil, a wyćwiczona już załoga sprawiała się jaknajlepiej, gdy szło o wyminięcie większego lodowca — na mniejsze bowiem, pokrywające teraz prawie całkowicie powierzchnię morza, uderzał żaglowiec ze swemi miedzianemi okuciami, niby jakimś olbrzymim taranem, i rozbijał w drobną masę.
Jeżeli jednak łatwiej omijać sterczące wysoko góry czyli tak zwane ice-bergs, daleko trudniejszą sprawę, szczególniej przy gęstej mgle, która zawisła w powietrzu, przedstawiały w żegludze naszej zaledwie czasem dostrzegalne na powierzchni olbrzymie płaszczyzny ice-fields, które z trudną do pojęcia siłą, i całkiem niespodzianie uderzały w dno okrętu.

Jednakże i z tem złem dawaliśmy sobie jakoś radę przy zdwojonej pracy i bacznej uwadze. Byle tylko dalej, byle
Po daremnem szukaniu upragnionego przejścia, łódź wróciła do Halbrana.
znaleźć wreszcie upragnione przejście na drugą stronę! Cóżbyśmy wszakże poczęli, gdyby nas teraz mianowicie zaskoczyła znowu burza?!...

Ale pogoda ustaliła się powoli, i pod ciepłemi promieniami słońca przy temperaturze +9 Celsyusza, topniały lody tak, że spadające strumienie z ich wyżyn, wyżłabiały na nich w swym biegu głębokie bruzdy i tysiącami kaskad zlewały się do morza.
Po kilka razy zbliżaliśmy się na jakie dwie mile do zapory, zawsze jednak napróżno. Zwarte lodowce ciągnęły się w dal, jak tylko oko nasze zasięgnąć zdołało.
Wreszcie, zawsze spokojny Jem West, począł tracić zwykłą sobie zimną krew.
— Całe nieszczęście — skarżył mi się — że nie mamy statku rezerwowego, który moglibyśmy wysyłać na rekonesans. W takiej podróży jest to rzecz najkonieczniejsza, gdyż mając tylko jeden, musimy go bardzo oszczędzać.
— Przezorność tę zachował Weddell, wyprawa jego bowiem z dwóch składała się żaglowców — odrzekłem.
Nareszcie dnia 19-go grudnia radosny okrzyk straży na górnym maszcie zwrócił naszą uwagę.
— Co tam? — zapytał porucznik.
— Zapora jest przerwaną, na południo-wschodzie!...
— A dalej?...
— Nie mogę nic dojrzeć...
Szybko począł Jem West wspinać się po drabinie do gniazda bocianiego. Na pokładzie zapanowało gorączkowe oczekiwanie.
— Jeżeliby straż się pomyliła, on, Jem West, nie pomyli się pewno! — powtarzano sobie.
— Morze wolne! — zawołał wreszcie porucznik.
— Hura... Hura!... — zagrzmiało na statku...
W pełni rozwiniętych żagli, Halbran podążał o ile się dało szybko w oznaczonym kierunku — i w dwie godziny później, błyszczące w promieniach słońca morze wolne od lodowców, roztaczało się przed nami.





Głos we śnie.



Wolne od lodowców morze!!... Tak, lecz nie zupełnie jeszcze. Tu i owdzie w dali płynęły większe odłamy, czasem i góry olbrzymie. W każdym razie ruchy Halbrana były już swobodne i nie ulegało wątpliwości żadnej, że musiało znajdować się tam głębokie werznięcie się wód w jakiś obszerny ląd stały, od którego oderwane, płynące z prądem lodowce zrobiły przełom w zaporze.
Tą też jedynie drogą mógł płynąć Weddell, tą samą sześć lat później posuwał się Orion...
— Bóg nam dopomógł! — rzekł Len Guy rozpromieniony — teraz już cel naszej podróży leży prosto przed nami!...
— I za tydzień możemy stanąć u wyspy Tsalal. Najpierw trzeba nam zawrócić ze zboczenia, w jakiem znajdujemy się obecnie. Przy takiem wszakże morzu pójdzie to dość prędko...
— I przy tak pożądanym kierunku wiatru... — dodałem.
— Niechno tylko ukaże się wyspa Bennet... Szukać jej wszakże musimy tam dalej na zachód.
— Myślę, kapitanie, że może na Bennecie znajdziemy jakiś dowód pobytu Oriona...
— Być to może! Teraz przedewszystkiem spieszę dopełnić wymiarów co do wysokości w jakiej się znajdujemy, i stosownie pokierować Halbranem...
Gdy więc Len Guy wraz z porucznikiem zajęli się tą czynnością wymagającą specyalnego obznajmienia, poświęciłem znowu kilka godzin rozpatrywaniu pamiętników Artura Pryma, zestawiając wszelkie dane pod bezstronny, krytyczny sąd, a wniosek stąd otrzymany, jak już obecnie własnem doświadczeniem stwierdzić mogłem, wypadał na korzyść dokładności i prawdy opisów odnośnie do samej podróży. Natomiast w dość wątpliwem świetle przedstawiały się trzeźwej mej myśli owe nadzwyczajności wyspy Tsalal: jej grunt, rośliny, zwierzęta i ludzie, których Prym przedstawia, jakby z innej zgoła pochodzili planety. Nieprawdopodobną wydała mi się też owa grota z hieroglificznemi znakami, ów lęk szczególny dla białej barwy, jakiego mieli doświadczać czarni mieszkańcy wyspy. Dalsze już nadzwyczajne wypadki, jak mgliste zaćmienie przestrzeni, w którą prąd unosił łódź Pryma; jak zasłona, czy katarakta spadająca z napowietrznych wyżyn, wreszcie olbrzymia postać, ukazująca się nagle przed lecącymi w przepaść, mogły być przywidzeniem, rodzajem halucynacyi, której podlegają łatwo organizmy wycieńczone głodem, lub nadmiernym wysiłkiem fizycznym czy moralnym.
Postanowiłem tez odtąd kontrolować fakt każdy, by od łączyć, o ile będzie możebnem, fałsz od prawdy.
Jeżeli jednak kwestye te zajmowały mię obecnie dość żywo, dla kapitana Len Guy pamiętniki Pryma o tyle tylko miały wartości, o ile odnosiły się jeszcze do wyspy Tsalal.
Pogodne tymczasem niebo i powietrze wolne od mgły, dozwoliły dokonać dnia 19-go grudnia ścisłych bardzo obliczeń, które wykazały 74° 45’ długości geograficznej.
Zatem Halbran znajdował się już o 1 1/2 stopnia dalej ku południowi, aniżeli Orion pod datą znacznie późniejszą; za, rzucona zaś przez Jem Westa linka z odpowiednim ciężarem — wskazała nam zgodnie z relacyami Pryma, że prąd wody w tej przestrzeni dążył wyraźnie ku południowi.
Okrążenie zapory lodowej zepchnęło nas więc o cztery blisko stopnie na wschód, które z powrotem wypadało odbyć, aby trzymać się linii 43-go południka. Oczywiście, dzień trwał ciągle bez przerwy; nie widzieliśmy ani wschodu ani zachodu słońca, które zdawało się bezustannie zataczać w górze całkowite koło. Za parę jednak miesięcy zniknie ta wspaniała gwiazda, ale i wtenczas jeszcze ciemności zimy podbiegunowej rozjaśni zorza z całą swą gamą barw świetlanych. Kto wie nawet, może jeszcze będziemy świadkami tego zjawiska, którego wpływ elektryczny ma oddziaływać z dziwną siłą na człowieka.
Licząc się z opowiadaniem Pryma, przypomniałem sobie właśnie, że w dniach od 1-go do 4-go stycznia 1828 roku Orion walczył jeszcze z wielu trudnościami, których główną przyczyną była niepogoda, a raczej gwałtowna burza, jaka zaskoczyła statek w najniebezpieczniejszych warunkach żeglugi, gdyż jeszcze przed przejściem zapory lodowej, co nastąpiło zaledwie 5-go stycznia, przy temperaturze 0° Cel. Pochylenie wtenczas igły magnesowej na 14° 28’ na zachód, było właśnie toż samo, jakie wskazywała obecnie busola Halbranu.
Gdy jednak Orion, przy bardzo niskiej nawet poza lodowcami temperaturze, nieustannej mgle i licznych jeszcze ówczas lodowcach, potrzebował całych dwóch tygodni t. j. od 5 do 19 lutego na przebycie 10 stopni czyli 600 mil do wyspy Tsalal, Halbran już 19-go Grudnia znajdował się od tego punktu tylko o 7 stopni, czyli około 400 mil. Przy warunkach zaś tak przyjaznych jakie się zapowiadały, liczyć było można, iż nim tydzień upłynie, staniemy, jeżeli jeszcze nie u Tsalal, to chociażby u brzegów wyspy Bennet.
Wprawdzie od czasu do czasu zjawiały się jeszcze lodowce, szły jednak tak ciężko i powoli, że Halbran przy prawidłowej żegludze, wymijał je bez trudu żadnego. Powierzchnia też morza równą i cichą była, zaledwie bowiem kiedy niekiedy marszczyła ją lekka fala, a piękne barwne meduzy cieszyły się ciepłem +9 Celsyusza, roztwierając swe płatki, niby jakieś cudowne kwiecie płynące na wodzie.
Powietrze roiło się od ptactwa, a obsiadłe przez ich gromady lodowce, przypominały mi spacerowe yachty zajęte przez wesołą, krzykliwą drużynę. Niekiedy też, niby wielka czarna plama, przyczepiona do płynącej bryły, foka odbywała sobie najspokojniej daleką jakąś podróż.
Załoga nasza wróciła powoli do przerwanej rozrywki rybołóstwa, i smaczne mięso dorady (gatunek ryb morskich) dość często urozmaicało „menu” naszych obiadów.
Z jaśniejącą od wewnętrznego zadowolenia twarzą powitał mię gadatliwy bosman.
— Dzień dobry, panie Jeorling, dzień dobry! — Wołał przez całą długość pokładu, zbliżając się do mnie.
— Dzień dobry Hurliguerly — odpowiedziałem z przyjaznym uśmiechem, bo dzień był rzeczywiście, choć zegar wskazywał wieczorną porę.
— No i cóż? Jakże pan znajdujesz to morze? — zapytał stary gaduła.
— Możnaby je porównać do rozległych jezior Szwecyi lub Ameryki...
— A tak, do jezior, których brzegi zamiast gór, zdobią prześliczne, lśniące lodowce...
— Dodać też muszę, że jak dotąd, trudno nam wymagać więcej, niechby tylko podróż trwała tak, aż do samej Tsalal...
— A dlaczegożby nie dalej, panie Jeorling, dlaczegoż nie do samego bieguna?...
— Cóż znowu, bosmanie, biegun jeszcze bardzo daleko i nikt nie wie co się tam znajduje.
— Właśnie też, że nikt nie wie! Gdy więc tam będziemy, dowiemy się o wszystkiem... Najprostszy to i niezawodny sposób poznania prawdy, przyznaj to pan sam, panie Jeorling!
— W zasadzie tak jest rzeczywiście — potwierdziłem. — Zapominasz jednak bosmanie, że kapitan Len Guy nie w takim celu, nie dla poznania bieguna, wybrał się w tę podróż, lecz aby ratować swego brata i jego towarzyszy. Sądzę też, że nie ma innych ambicyi nad to serdeczne pragnienie.
— Rozumiem to, panie Jeorling, rozumiem doskonale! Gdy jednak będziemy już zaledwie o jakie 300 lub 400 mil od bieguna, powiedz pan czy nie byłoby ładnie, przypatrzeć się krańcowi osi, wokoło której ziemia nasza obraca się niby kurczak na rożnie — dowodził bosman, śmiejąc się filuternie.
— Ale czyż warto byłoby narażać się na nowe niebezpieczeństwo, czyż warto posuwać namiętność zdobyczy naukowych, aż do lekceważenia wszystkiego!
— Może tak, może i nie, panie Jeorling! Bo co do mnie, przyznać muszę że pochlebiałoby bardzo mojej dumie marynarza, gdym był dalej, aniżeli wszyscy wielcy podróżnicy przed nami; dalej może, aniżeli ktokolwiekbądź po nas...
— I myślisz, żeby cię to okryło sławą po wszystkie wieki.
— Właśnie! właśnie, panie .J eorling! Gdyby stawiony nam został projekt posunięcia się jeszcze stopni kilka za wyspę Tsalal, nie ja z pewnością tworzyłbym opozycyę...
— Nie zdaje mi się, abyś się doczekał czegoś podobnego...
— Ja też tak sądzę, bo niechno tylko kapitan odnajdzie swych rozbitków, niezawodnie pospieszy zaraz do Anglii.
— I będzie to całkiem naturalne i logiczne. Bo zresztą jeśliby stara służba Halbranu poszła za swym wodzem, gdzieby mu się tylko podobało ją poprowadzić, to nowozaciągnięci nie okazaliby pewno tej gorliwości. Nie zostali bowiem najęci, i nie obowiązywali się wcale do tak długiej i niebezpiecznej podróży, jaką byłaby droga do bieguna.
— Masz pan zupełną słuszność! Sądzę jednak, że znaczne korzyści mogłyby nawet i tam ich pociągnąć.
— Mojem zdaniem, i z tym warunkiem nie możnaby jeszcze na pewno liczyć na nich.
— Ha, może i nie! — odparł po namyśle Hurliguerly. — Wkażdym razie oni przeważają nas w liczbie, a dało mi się już słyszeć, że Hearn i jego ziomkowie nie bardzo są radzi z tego, iż Halbran przebył zaporę lodową. Im zdawało się koniecznie, że po za koło biegunowe wyprawa nasza nie dosięgnie. Ale ten Hearn, to zły duch, panie! Trzeba go mieć na oku!... I nie zaniedbuję tego! — zakończył bosman z widocznem poczuciem swego obowiązku.
Od czasu gdym został pasażerem Halbranu, udawałem się na spoczynek o 9-ej godzinie wieczorem, i spałem snem twardym aż do 5-ej rano. Zwyczaj ten, mimo nieustannego dnia, zachowałem i teraz.
Sen mój jednak z dnia 19-go na 20-ty przerwany został dziwnem jakiemś marzeniem, czy też złudzeniem. Zostałem bowiem zbudzony (takie przynajmniej miałem uczucie) jakimś żałosnym szeptem czy jękiem, który się ciągle powtarzał, tuż blisko mego posłania.
Nadstawiłem uważniej ucha, i słyszałem wyraźnie, jak głos jakiś, głos całkiem mi nieznany, powtarzał słowa:
— Prym... Prym... biedny Prym!...
— Czyby ktoś ukrył się w mej kajucie? —pomyślałem — nie zamykam wprawdzie nigdy drzwi na klucz, ale zabawka podobna byłaby co najmniej niesmaczną...
— Prym — mówił tymczasem głos dalej — nie trzeba nigdy zapominać o biednym Prymie...
— Co to wszystko znaczy? Dla czego to dziwne ostrzeżenie do mnie właśnie jest zwrócone? Cóż mię mógł obchodzić Prym, którego nigdy nie znałem, a wiedziałem na pewno, że zginął już dawno jakąś śmiercią tajemniczą, po powrocie swym do Ameryki.
Poruszyłem się żywiej na łóżku i tym razem z całą już świadomością wstałem spiesznie i otworzyłem okiennice mego okienka.
Nie znalazłem jednak nikogo w kajucie; na pokładzie też pusto było i cicho, jeden tylko Hunt siedział przy sterze wpatrzony w busolę i jak zwykle prawie nieruchomy.
Wróciłem na posłanie z tem przeświadczeniem, że głos ten był jedynie snem lub przywidzeniem; pomimo jednak iż znowu zasnąłem, kilka razy jeszcze zdawało mi się słyszeć te same żałosne słowa:
— Prym... Prym... biedny Prym...
Nazajutrz czytałem w pamiętnikach Pryma, o zaszłym pod datą 10-go stycznia, smutnym bardzo wypadku. Jeden z najlepszych marynarzy na Orionie, niejaki Peters Vridenbourgh, pochodzący z Nowego Yorku, spadł z masztu do morza, a dostawszy się między dwa lodowce, zginął bez ratunku.
Była to pierwsza ofiara nieszczęsnej tej wyprawy, pierwsza z tylu innych czekających załogę Oriona...
Ale Wiliam Guy znajdował się wtenczas jeszcze z tamtej strony zapory lodowej, walcząc z silnemi mrozami i szalejącą burzą, wśród niebezpiecznych lodowców; dziwniejszem było, że i na tych już przestrzeniach po przebyciu zapory, gdy Halbran płynął spokojnie bez żadnych nadzwyczajnych wypadków, Orion miał ich kilka, z których ciekawszem jest spotkanie na lodowcu olbrzymiego wzrostu i siły białego niedźwiedzia. Artur Prym, Dick Peters i Waterson, jako drugi oficer statku, wreszcie kilku uzbrojonych marynarzy, spuścili się do łodzi.
Zwierzę było wyjątkowych rozmiarów pięknym okazem stref podbiegunowych, z białem, nieco kudłatem futrem i okrągłym pyskiem jak u buldoga. Kilka danych wystrzałów ugodziło go wprawdzie, lecz nie powaliło, to też ryknąwszy z bólu, skoczył do wody i rzucił się na łódź której o mało nie wywrócił, opierając o jej brzegi kosmate swe łapy. W tejże wszakże chwili Dick Peters ugodził go między łopatki, długim swym nożem, zagłębiając go aż po samą rękojeść. Czynem tym ryzykownym uratował wprawdzie swych towarzyszy, sam jednak straciwszy równowagę, runął wraz z przeciwnikiem do morza — i dopiero rzucona mu linka pomogła do wyratowania się. Złowione też martwe już zwierzę i wciągnięte na pokład Oriona, nie przedstawiało nic nadzwyczajnego, prócz swej wyjątkowej wielkości, nic przez coby można zaliczyć go między szczególne okazy, jakie opisuje Prym z wyspy Tsalal.
Tymczasem Halbran w jak najlepszych ciągle warunkach płynął dalej, i 2-go grudnia sprawdzono, iż znajdowaliśmy się pod 42° 20’ długości zachodniej a 82° 50’ szerokości południowej.
— Jeżeli zatem wyspa Bennet istnieje, znajdować się musi w pobliżu — pomyślałem.
Czy istnieje? Tak, niezawodnie, bo około 6-ej wieczorem strażnik oznajmił ląd na prawo, od bakortu.





Wysepka Bennet.



A więc po przebyciu blisko ośmiuset mil od koła biegunowego, Halbran stanął wreszcie naprzeciw wyspy Bennet! I czas już był wielki! Pominąwszy bowiem dawniejsze utrudzenia, niemałą mieliśmy pracę w ostatnich szczególniej godzinach, gdy nastąpiła tak zupełna cisza, że posuwaliśmy się naprzód jedynie holowani przez łodzie. Można też sobie wyobrazić, do jakiego wyczerpania doszła nasza załoga. Aby więc wypoczynek był dla wszystkich zupełny, odłożono wylądowanie do dnia następnego.
Przespawszy spokojnie noc całą, byłem jednym z pierwszych na pokładzie. Oczywiście Jem West nie zaniedbał niczego, co przezorność kazała zachować w tych nieznanych, a z opowiadania Pryma, mocno podejrzanych okolicach; dość więc liczna zbrojna straż czuwała na pokładzie, a nawet armaty stały w pogotowiu, choć Halbran jednę tylko zarzucił kotwicę i to o całą milę od wybrzeży.
Noc jednak przeszła, a głęboka cisza wokoło nie została niczem zakłócona. Brzegi zaś wyspy przedstawiały się tak puste, jak bezmierne morze w najgłębszą dal.
— Czy uważasz, panie Jeorling — zagadnął mię Len Guy, gdyśmy stanęli na ganku — tę, oto tam wyżynę?...
— Właśnie na nią zwróciłem w tej chwili uwagę, kapitanie.
— Czy odłamy te skalne nie przypominają ci porzuconych w nieładzie pak bawełny?
— W istocie, podobieństwo jest szczególne — tak właśnie jak o tem nadmienia autor pamiętników...
— Co nas utwierdza raz jeszcze, że jest to niezawodnie wyspa Bennet — odparł Len Guy — pospieszmy zatem zwiedzić ją dokładnie! Może który z uwięzionych na Tsalal, zdołał się tu schronić... Może znajdziemy chociażby ślad jakiś, który nam rzuci promień światła na obecne ich stosunki... — dokończył cichszym już głosem.
O kilka więc siągów leżała przed nami ziemia, której przed jedenastu laty dotykały stopy Artura Pryma i Wiliama Guy, a której miano Bennet nadane zostało ku pamięci współwłaściciela Oriona.
Gdy jednak żaglowiec Wiliama Guy za przybyciem tu swojem znajdował się w stanie zostawiającym wiele do życzenia, gdy brak paliwa dokuczać począł, a wśród załogi zjawiły się poważne objawy skorbutu, Halbran trzymał się jak najlepiej; zapasy jego były bogate, załoga zaś cieszyła się zupełnem zdrowiem.
To też Len Guy był niezwykle ożywionym — i w czarnych jego źrenicach jaśniały blaski fosforyczne, gdy pełen niepokoju pragnął conajprędzej znaleźć się już na wyspie.
Był wszakże człowiek, którego wzrok wyrażał więcej jeszcze, jakkolwiek tłumionej, niecierpliwości. Człowiekiem tym był Hunt. Od chwili zarzucenia kotwicy, oparty o poręcz na przodzie statku, z zaciśniętemi wargami wielkich ust swoich, z całą siecią zmarszczek na wypukłem czole, utkwił wzrok w rozkładającym się przed nim lądzie i stał nieruchomy, rzecby można skamieniały...
Tymczasem gdy łódź spuszczoną została, Len Guy przed samem jeszcze zejściem do niej zalecał porucznikowi czujność nad wszystkiem i dozór szczególniej nad nowo zaciężnymi, choć czynił to zapewne więcej dla własnego spokoju, aniżeli z uznania potrzeby — wiedział bowiem, że na Jem Westa może liczyć równie jak na siebie samego.
— Jeszcze jedno, Jem! — zawołał w końcu — sądzę, że pół dnia wystarczy mi tam zupełnie; gdybym jednak po tym czasie nie wrócił, wyślij mi naprzeciw drugą łódź z uzbrojonymi ludźmi.
— Dobrze, kapitanie — spełnię wszystko wedle rozkazów. — Co zaś dotyczy nowo najętych, weź ich ze czterech ze sobą, będzie o tyle mniej niespokojnych głów na statku.
Uwaga była słuszną, Hearn bowiem i jego towarzysze okazywali przy lada okazyi brak karności.
Gdy więc czterech ludzi wybranych z rekrutów ujęli wiosła, Hunt na wyraźną swą prośbę stanął przy sterze, a kapitan, bosman i ja, wszyscy dobrze uzbrojeni, siedliśmy do łodzi, która ruszyła dość żwawo ku wybrzeżom wyspy.
W pół godziny później okrążyliśmy przylądek z owym stosem złomów skalnych, przypominających z dala paki bawełny, i ujrzeliśmy przed sobą tę samą przystań, gdzie przed jedenastu laty zatrzymała się łódź kapitana Wiliama Guy.
Tutaj też pokierował nas Hunt. Na instynkcie tego człowieka mogliśmy polegać w zupełności, a nawet patrząc jak zręcznie wymijał sterczące tu i owdzie rafy; wybierając przejścia pewne, z trudnością oparłem się posądzeniu, że miejsca te muszą mu być już znane.
Wysiedliśmy w głębi zatoki, z której właśnie ustępowało morze, zostawiając nagie piaski, zasiane mnóstwem drobnych, czarnej barwy kamieni.
Len Guy zwrócił mą uwagę na liczne też mięczaki, długie do 18-tu, szerokie do 3 cali, z których jedne spoczywały na płaskiej stronie swego ciała, inne czołgały się powoli, szukając zapewne potrzebnego im pożywienia, do budowy koraIowych raf, których wierzchołki wznosiły się miejscami nad morze wokoło wysepki.
— Ślimak ten — tłómaczył kapitan — jest właśnie owem zwierzątkiem znanem pod nazwą „pianki morskiej” której Orion miał zabrać z wyspy Tsalal bogaty ładunek. Przypominasz pan sobie w jakich warunkach?
— Czy przypominam sobie? Ależ wszystkie te szczegóły które podaje Artur Prym, mam tak żywo w pamięci, jak gdybym osobiście brał w nich udział.
Z opisów też Cuviera znałem tego mięczaka, z naukową nazwą Gasieropada — pulmonifera, który czołga się jedynie z pomocą ruchomych pierścieni swego ciała, barwy bladawo-żóttej. Przysposobienie pianki na przedmiot handlu, wymaga dużo pracy. Najpierw bowiem przecina się ją przez całą długość, czyści, obmywa, gotuje, a w końcu suszy na słońcu. Ze jednak w Państwie Niebieskiem uchodzi ona nietylko za przysmak, lecz na równi z gniazdami jaskółczemi za potrawę nadzwyczaj odżywiającą, przeto popyt tam na nią jest znaczny, przy cenie dochodzącej 90 dolarów za wagę mniej więcej 30 funtów — co w każdym razie przedstawia ładne korzyści.
Zostawiwszy na straży dwóch majtków przy łodzi, dwóch drugich zabrał kapitan z sobą. Wraz więc ze mną, bosmanem i Huntem, było nas sześcioro silnych, gotowych na wszystko ludzi.
Milczący zawsze Hunt wysunął się naprzód, przyjmując mimowoli może, rolę przewodnika, przeciwko czemu nikt oczywiście nie protestował.
Grunt po którym stąpaliśmy był jałowy, niepodatny pod żadną uprawę, tak, że nawet dzikie ludy nie znalazłyby na nim pożywienia; co mówię, nawet najmniej wybredne zwierzęta roślinożerne, wzgardziłyby jedyną, tu nędzną, twardą roślinką z rodzaju porostów.
— Jeśliby Wiliam Guy i jego towarzysze chcieli tu szukać schronienia — pomyślałem — musieliby już dawno pomrzeć z głodu.
Z wysokości znacznego wzgórza znajdującego się w środku wyspy, oko nasze objęło całą jej niezbyt zresztą obszerną przestrzeń. Nic wszakże, nic dokoła! Żadnego śladu życia obecnego...
Może jednak choć odcisk nogi na ziemi, może resztki dawno zgasłego ogniska, może zwaliska chat, może cośkolwiek, co da dowód materyalny czasowego tu pobytu ludzi z Oriona!...
Zeszliśmy ze wzgórza, i znów Hunt prowadził nas na południowe wybrzeże.
Gdy jednak i tu oko nasze nic szczególnego nie dostrzegło, bystry wzrok jego zatrzymał się wśród złomów kamiennych, na które wskazł ręką.
Podążyliśmy w tę stronę.
Kawał na wpół już zgniłej belki, widocznie część jakiegoś statku, leżał tam przysypany piaskiem.
— Przypominam sobie! — zawołałem — Artur Prym mówi o tej belce, uważając ją za szczątek okrętu; miały nawet być na niej widoczne ślady rzeźby jakowejś.
— W której brat mój wyróżniał kształty żółwia — dodał kapitan.
— Otóż właśnie wspomniany rysunek — rzekłem, obracając drzewo — jakkolwiek Prym utrzymywał, że żadnych kształtów dopatrzeć się w nim nie mógł. Nie na tem jednak dla nas polega rzecz najważniejsza; wystarcza nam bowiem stwierdzenie, że belka ta znajduje się jeszcze na tem samem miejscu, aby mieć pewność, iż od owego czasu nie był tu żaden człowiek. Sądzę też, że próżną byłaby strata czasu na dalsze poszukiwanie. Jedynie na wyspie Tsalal znaleść możemy jakieś wskazówki...
— Tak jest, na wyspie Tsalal! — potwierdził kapitan. — Wzdłuż wybrzeża skierowaliśmy się z powrotem ku zatoce.
W wielu miejscach występowały przerywane części pierścienia koralowego, a pianki morskiej była taka ilość, że wystarczyłaby na cały bogaty ładunek.
Hunt wyprzedzając nas zawsze, miał głowę spuszczoną, jak gdyby upatrywał jeszcze czegoś, ja jednak rozglądałem się w około.
Na bezmiernej, gładkiej powierzchni morza, jedynie Halbran stojący w północnej stronie wyspy, stanowił dla wzroku jakiś punkt oparcia. Zresztą nigdzie śladu jakiegokolwiek życia, jakiegokolwiek choćby dalekiego lądu. Nagle Hunt zatrzymał się i począł gwałtownie machać rękoma, przyklęknąwszy na ziemi. Podbiegliśmy ku niemu.
Na piasku leżał kawał nadpróchniałej deski, a grube, wielkie ręce Hunta dotykały jej z czułością i poszanowaniem, sprawdzając szpary, gładząc jej chropowatość.
Deska była do 6-ciu stóp długą, szeroką zaś na 6 cali. Po jednej stronie czarne, pomalowane znaki, nawpół okryte błotem, nawpół zatarte czy zmyte, wskazywały iż musiała stanowić część większego okrętu.
— Dla mnie wygląda to na tablicę umieszczoną na rufie żaglowca, na której wypisaną bywa nazwa statku — rzekł bosman.
— Masz słuszność, jest to niezawodnie część takiej tablicy — rzekł kapitan.
Hunt, ciągle na kolanach, zrobił głową ruch potakujący.
— Jedynie więc po rozbiciu i zatonięciu jakiegoś statku, mogły wyrzucić ją fale na wyspę Bennet, i kto wie...
— Może to jest!... — zawołał kapitan.
Pod wpływem równocześnie tej samej myśli, pochyliliśmy się obaj, usiłując odczytać zatarte litery, które Hunt obcierał rękawem.
Nie były one tylko malowane, lecz wyżłobione w drzewie tak, iż czuć je było pod palcami. Napis ten przedstawiał się tak:

R I O
Li v p o l

Orion z Liverpoolu!... Tak, niezawodnie!... Cóż to znaczy że kilka liter jest nieczytelnych?... Te które pozostały, wystarczają aż nadto, do złożenia nazwy żaglowca i miejsca jego pochodzenia...
Kapitan Len Guy ujął deskę w obie ręce i przyłożył do ust, a tłumione łkania rozsadzały mu piersi.
Stałem milczący, nie chcąc przerywać próżnemi słowami tak naturalnego wzruszenia.
Hunt tymczasem, iskrzącym wzrokiem, jak u dzikiego zwierzęcia, zapatrzył się w południową dal. Gdy jednak kapitan wstał, podniósł się i on z kolan, i nie rzekłszy słowa, położył deskę na swem ramieniu i szedł dalej z drugimi.
Wkrótce wróciliśmy do zatoki i odpłynęli do Halbranu.
Nazajutrz wszakże nie podniesiono jeszcze kotwicy, kapitan bowiem postanowił poczekać, choćby dzień jeden, w nadziei że wreszcie ustanie ta gnębiąca cisza, bo o ciągłem holowaniu statku nie mogło przecież być mowy.
Gdy więc lekki wietrzyk poruszył ciężką, jak ołów atmosferę, porzuciliśmy pustą wysepkę Bennet, uwożąc z niej cenny dowód katastrofy, jakiej uległ Orion na brzegach Tsalal.
Z pomocą lekkiego wiatru, przy dość wyraźnym prądzie wody ku południowi, płynęliśmy tak spokojnie, że zaledwie dawał nam się odczuwać ruch statku. Pomimo jednak, iż szczególną na wszystko zwracałem baczność, nie zauważyłem wcale, aby morze miało tu barwę wyjątkowo ciemno niebieską, nie widziałem też żadnej osobliwej rośliny na jego powierzchni, ani spotkaliśmy, choćby jednego z tych dziwacznych zwierząt o ciele długiem na trzy stopy, wysokiem na 6 cali, pokrytem białym, miękkim włosem, z krótkiemi nóżkami, zakończonemi czerwonemi pazurkami, ogonem szczura, a pyszczkiem kota, w którym błyskały koralowe zęby.
Osobliwości te, jak się już dawno domyślałem, musiała stworzyć jedynie rozbujała fantazya autora pamiętników.
Po kilku godzinach spokojnej żeglugi, słońce skryło się za mgły, z poza których jaśniało bladem tylko światłem, a słaby wiaterek cichł znowu tak, iż co chwila opadały żagle wzdłuż masztów.
Opóźnienie takie, właśnie w tym czasie, było dla wszystkich niemiłą próbą cierpliwości.
— A jednak to morze nie zawsze pewno bywa tak ciche... nieraz muszą tu szaleć gwałtowne burze, od których oby nas niebo uchroniło — myślałem dla własnego uspokojenia.
Choć tylko siłą prądu niesiony Halbran, posuwał się jednak o tyle naprzód, że wedle poczynionych obliczeń znajdując się rano 24 grudnia pod 83° 2’ szerokości, mieliśmy zaledwie 20 mil od Tsalal, aż wreszcie o godzinie 6-tej minut 25 wieczorem, stanęliśmy naprzeciw tej odległej ziemi, wzruszeni i milczący.
Wraz z zarzuceniem kotwicy, cała załoga stanęła pod bronią, a rozstawione straże przykazane miały, baczenie na najmniejszy ruch na morzu.
Były jednak oczy umiejące patrzeć bystrzej od najczujniejszej straży, oczy zwrócone bez żadnej zmiany, niby igła busoli, w jednę nieruchomą ciemną plamę, jaką w pewnem oddaleniu tworzyła wyspa Tsalal, oczy Hunta.





Wyspa Tsalal.



Noc minęła spokojnie. Żadna łódź nie wypłynęła od strony wyspy, ani jeden krajowiec nie ukazał się na jej brzegach.
— Może tam nie dostrzeżono jeszcze naszego przybycia. Wiemy od Pryma, iż ludność skupia się tu głównie w środku wyspy, wybrzeża zaś są skaliste, a my zarzuciliśmy kotwicę o trzy mile od lądu — tłomaczyłem zaniepokojonemu kapitanowi.
— Podpłyniemy zaraz bliżej, tuż do koralowego pierścienia okrążającego Tsalal, na podobieństwo wysp Oceanu Spokojnego. Wydałem już odpowiednie rozkazy — rzekł Len Guy.
— Bardzo dobrze! Z punktu tego bowiem będzie nam łatwiej obserwować wszystko, bez zbytecznego narażenia się w każdym możliwym wypadku — odpowiedziałem.
I rzeczywiście, zmiana pozycyi dozwoliła nam objąć cały obszar wyspy, mogącej mieć od 9 do 10 mil obwodu. Wybrzeże jej było puste zupełnie. Za skalistemi złomami ciągnęły się faliste wzgórza lub niezbyt obszerne doliny. Wszystko to jednak przedstawiało wygląd zupełnego pustkowia. Na pełnem morzu, ani u poszarpanych brzegów, nie dojrzałem ani jednej łodzi; ani jeden słup dymu nie wznosił się ponad wyżyny i zdawać się mogło, że ani jeden człowiek nie żyje w tej stronie wyspy.
Coś nadzwyczajnego zajść tu musiało od lat jedenastu Czyby umarł już wódz krajowców, ów chytry Too-Wit? Ale w każdym razie pozostała ludność tak liczna i natrętna... Wreszcie sam Wiliam Guy i jego towarzysze, gdzież są, czemu nie spieszą naprzeciw swych wybawców.
Gdy Orion ukazał się w tych stronach, Tsalalczycy ujrzeli wtenczas poraz pierwszy żaglowiec, i w naiwności swojej wzięli go za olbrzymiego ptaka, maszty jego za skrzydła... żagle, za upierzenie. Teraz jednak wiedzieli już co o tem sądzić; jeżeli więc nie spieszyli z wizytą do nas, czemu przypisać należy tę szczególną powściągliwość?...
— Spuścić wielką łódź na morze! — zabrzmiał rozkaz kapitana, a w głosie jego czuć było gorączkowe zniecierpliwienie.
— Jem — rzekł następnie do porucznika, odprowadzając go na stronę — dasz mi ośmiu ludzi, Marcina Holta i Hunta, sam zostaniesz na statku; pilnuj go zarówno od morza jak od lądu!
— Bądź bez obawy kapitanie!...
— Gdy wyląduję, będę usiłował dojść do doliny Klock-Klock, gdyby tymczasem zaszło tu coś nadzwyczajnego, dasz mi znak trzema wystrzałami.
— Dobrze. Trzy wystrzały w odstępach jednominutowych... — odpowiedział porucznik.
— Gdybyśmy nie wracali przed wieczorem, wyślesz nam w pomoc drugą łódź z bosmanem i dziesięciu zbrojnymi.
— Dobrze.
— Pod żadnym pozorem sam nie opuścisz statku!...
— Pod żadnym!...
— Jeżelibyśmy nie wrócili, jeżelibyś nie odnalazł nas po czynionych możliwych poszukiwaniach, jeżelibyśmy, jednem słowem zginęli, wrócisz z żaglowcem do Falklandów!
— Dobrze kapitanie!...
Wielka łódź została szybko przygotowaną. Ośmiu ludzi nie licząc Marcina Holta i Hunta, zeszło do niej. Każdy z nożem za pasem, każdy zbrojny w karabin i pistolet z dostateczną ilością nabojów.
— Kapitanie — rzekłem, podchodząc do Len Guya — czy pozwolisz mi towarzyszyć sobie?
— Nie mając nic przeciw wyraźnej twej woli, nie namawiam cię wszakże, panie Jeorling.
Pobiegłem spiesznie do mej kajuty, gdzie miałem już wszystko przygotowane. Przewiesiłem więc dubeltówkę przez ramię, opatrzyłem raz jeszcze doskonały, o ośmiu strzałach rewolwer, zapiąłem w pas ładownicę i wkrótce zająłem miejsce obok kapitana, w głębi łodzi.
Omijając skały i rafy rozsiane w około, szukaliśmy przejścia wolnego, jak w 1828 roku 19 stycznia czynił to również Artur Prym i Dick Peters na łodzi Oriona.
Gdy jednak naprzeciw nim wypłynęli licznie krajowcy na swych pirogach, i w odpowiedzi na wywieszoną białą chustkę przez Pryma, wydawali okrzyki anamoo-moo i lama-lama, poczem Wiliam Guy pozwolił im wejść na pokład swego statku — naprzeciw naszej łodzi, nie wypłynął żaden krajowiec. Żaden znak życia, żaden ruch nie objawił się na wyspie.
Nie było jednak powodu skarżenia się na to, gdyż właśnie owo zawiązanie stosunków pozornej przyjaźni, stało się zgubą Oriona. Jak wiemy, kiedy Wiliam Guy powrócił z dalszej jeszcze wyprawy w stronę bieguna, by zabrać pozostałych na Tsalal ludzi wraz z przysposobionym ładunkiem pianki morskiej, dnia 1-go lutego cała prawie załoga statku padła ofirą podstępu dzikiego plemienia, a Orion wybuchem prochu wysadzony został w powietrze.
Przez 20 minut łódź nasza krążyła wśród skał pobrzeżnych, aż wreszcie Hunt odnalazł wygodną, na 200 sążni szeroką przystań między dwoma przylądkami.
Po stromym zabrzegu wspinaliśmy się pod górę, zachowując się jak najciszej i nadstawiając ucho na najmniejszy szelest. Nic nam jednak nie przeszkodziło zapuścić się nawet dalej w głąb wyspy, z Huntem na czele.
Postępowałem obok kapitana, z którym robiliśmy sobie wzajemnie uwagi odnośnie do tego kraju, który wedle słów Pryma różnił się tak stanowczo od wszystkich ziem poznanych dotąd przez cywilizowane ludy.
Nie przesądzając co dalej ujrzę, mogłem już jednak od pierwszej chwili stwierdzić, że ogólna barwa gruntu była czarną, jakby powstał ze sproszkowanej lawy wulkanicznej, i że dokoła nie jaśniał żaden przedmiot biały.
Zaledwie uszliśmy ze sto kroków, Hunt popędził z całych sił na pierwsze wynioślejsze wzgórze. Jednym rzec można skokiem, niby zwinny kozioł skalny, znalazł się na jego wierzchołku, skąd rozkładał się widok na kilka mil w około.
Stanąwszy jednak na miejscu, Hunt przybrał minę człowieka, który nie może rozpoznać dawno znanych sobie miejscowości.
— Co się jemu stało? — zapytał Len Guy, śledząc każdy ruch jego.
— Trudno się domyśleć — odpowiedziałem, bo wiesz równie dobrze jak ja, kapitanie, że w zachowaniu tego człowieka wiele jest rzeczy niewytłomaczonych. Czasami mam prawdziwą pokusę policzenia go do rzędu tak wyjątkowych istot, jakie wedle Pryma zamieszkują te ziemie. Możnaby nawet powiedzieć, że...
— Że co? — podchwycił Len Guy.
Lecz ja nie kończąc rozpoczętego zdania, zawołałem:
— Czy jesteś pewnym, kapitanie, żeś zmierzył dokładnie położenie tej wyspy?...
— Najpewniejszy...
— I jakie otrzymałeś wymiary?
— 83° 20’ szerokości, i 43° 5’ długości.
— Dokładnie?
— Najdokładniej.
— Więc niema żadnej wątpliwości, że to jest Tsalal?
— Jeżeli tylko Tsalal leży pod wskazanemi przez Pryma wymiarami, ziemia ta jest nią niezawodnie.
A jednak, chociaż rzeczywiście nie mogło być mowy o pomyłce z naszej strony, chociaż ziemia ta leżała najdokładniej pod wskazanemi przez Pryma stopniami i minutami szerokości i długości geograficznej, nie widzieliśmy tam nic, nic zupełnie z tego wszystkiego, co nam tak szczegółowo opisywały jego pamiętniki.
Gdy więc Prym mówi o drzewach wyjątkowych, nieznanych ani u bieguna północnego, ani w strefach umiarkowanych lub gorących; o skałach formacyi zupełnie nowej; o strumieniach, których wody, a raczej płyn gęsty, przypominający roztwor gumy arabskiej, tak małą przedstawiały spójność, że można je było ostrzem noża krajać, nic z tego, a może nic więcej już z tego nie było na Tsalal.
Ani jedno drzewo, ani nawet krzew mały nie urozmaicał jednostajności widoku. W miejsce skał, falisto ciągnęły się nagie czarne pagórki, a wody ani zwyczajnej, ani nadzwyczajnej nie dostrzegłem ni kropelki.
Wkoło straszna, smutna, zupełna pustka!. .
Hunt wszakże szedł szybkim krokiem dalej, nie okazując najmniejszego wahania. Zdawało się że ten sam instynkt naturalny, który wskazuje drogę ptakom przelotnym, prowadził go po tej ziemi obcej, a jednak jakby dobrze mu znanej.
Idąc za nim, nie przestawałem rozglądać się uważnie i coraz większemu ulegałem zdziwieniu.
Grunt po którym stąpaliśmy, zdawał się świeżo wewnętrzną jakąś gwałtowną przewrócony siłą; czarność jego przypominała spaloną lawę wyrzuconą z głębi wulkanu. Możnaby powiedzieć, że jakaś straszliwa moc, jakiś kataklizm okropny wstrząsnął nią całą i zmienił jej powierzchnię. Jeżeli zaś sama powierzchnia gruntu przedstawiała się tak odmiennie od tego, na co byliśmy przygotowani, nie mniejszą różnicę znajdowaliśmy we wszystkiem, albo raczej znajdowaliśmy brak wszystkiego. Ani szczególnego ptactwa z rodzaju kaczek, ani żółwi olbrzymich, ani świń czarnych z puszystemi ogonami i wysmukłemi nóżkami antylop, ani owiec o długiej, miękkiej, czarnej wełnie, ani wreszcie dzikich czy oswojonych albatrosów z pięknem czarnem upierzeniem. Nawet pingwinów tak powszednich i tak licznych na najdrobniejszym lądzie w tych stronach, nie posiadała wcale w obecnej chwili nasza wyspa.
Grobowa pustka i milczenie ponure rozpostarły tu wszechwładne swe panowanie.
A wśród tego spustoszenia widnego zarówno u brzegów jak i w głębi wyspy, czy może być mowa o życiu człowieka? Czy można się spodziewać odnalezienia tutaj Wiliama Guya i pięciu jego towarzyszy?...
Spojrzałem na mego kapitana. Bladość jego twarzy i głębokie zmarszczki na czole wskazywały nadto wyraźnie, że i on począł tracić wszelką nadzieję.
Doszliśmy wreszcie do doliny, w której podług opisu znajdować się miała dawniej wieś Klock-Klock. Ale i tu jak wszędzie zupełny brak życia. Ani śladu chat i namiotów, ani jeden palik lub gałęź drzewa, na których rozpięte były niegdyś skóry zwierząt. Znikły wąwozy i pieczary utworzone przez osobliwe steatydy, wyschło i zrównało się koryto w którem płynęły gęste wody strumienia, wijącego się wśród osady. A wobec tak zupełnego przewrotu, cóż się stało z ową liczną ludnością miejscową? Gdzie podzieli się ci ludzie silnie zbudowani, nawpół nadzy, lecz uzbrojeni w szczególnego rodzaju narzędzia? Gdzież podziały się owe piękne w swem rodzaju kobiety, którym równych nie znajdzie w cywilizowanem społeczeństwie? — jak się wyraża Artur Prym. — Gdzież te gromady dzieci, które swą liczbą zwróciły uwagę przybyszów. Tak jest, cóż się stało z tymi osobliwymi ludźmi, o skórze czarnej, czarnych włosach i również czarnych jak heban zębach, dla których widok białej barwy, był przedmiotem najwyższej trwogi?...
Napróżno też szukałem czterech grubych pni drzewa, między któremi rozpięty miał być namiot Too-Wita; gdzie Wiliam Guy, Artur Prym i Dick Peters oraz starsi z załogi Oriona przyjęci byli z oznakami szacunku; gdzie wydaną była dla nich uczta, na której krajowcy spożywali z dziką drapieżnością, podane jako przysmak największy, ciepłe jeszcze wnętrzności zwierząt?
Długo i napróżno usiłowałem rozwiązać tę zagadkę, aż nagle jakiś promień światła błysnął w mym umyśle.
— Trzęsienie ziemi! Tak, niezawodnie trzęsienie ziemi — zawołałem. — Wystarczało jednego dnia, aby tak pospolite w tych stronach wybuchy wulkaniczne wskutek nagromadzenia pary i wyziewów w łonie ziemi, zmieniły zupełnie powierzchnię, równie małej jak ta, wysepki.
— Myślisz pan, że to wskutek trzęsienia ziemi znajdujemy w tym stanie wyspę Tsalal? — zapytał zgnębionym głosem Len Guy.
— Tak kapitanie; mojem zdaniem jest to rzecz najpewniejsza! Tylko bowiem owa siła mogła zniszczyć wszystko, co było na jej powierzchni, wszystko co opisuje tak dokładnie Artur Prym.
Gdym to mówił, Hunt zbliżył się właśnie do nas i poruszeniem olbrzymiej swej głowy dawał znaki, że jednego jest ze mną zdania.
— Bo czyż — ciągnąłem dalej — ziemie bieguna południowego nie są natury wulkanicznej? I gdybyśmy popłynęli aż do ziemi Wiktorya, pewny jestem, że zastalibyśmy tam Drebusa i Terrora w pełnym wybuchu.
— A jednak — zauważył Marcin Holt, gdyby to był wybuch, byłyby też ślady świeżej lawy...
— Nie może być tu mowy o niedawnym wybuchu, przypuszczam tylko trzęsienie ziemi — odpowiedziałem — a im więcej zastanawiam się nad tem, tym prawdziwszem przedstawia się memu sądowi takie rozwiązanie kwestyi...
I w tej chwili przypomniałem sobie, że wedle opisu Pryma, Tsalal należała do grupy wysp ciągnących się w stronę zachodnią; jeżeli więc tamte ziemie nie zostały zniszczone, być może iż ludność tsalalska szukała na nich schronienia! Należało więc koniecznie zwiedzić je teraz, gdyż wraz z krajowcami i reszta załogi Oriona mogła się tam znajdować.
Pospieszyłem podzielić się z kapitanem memi domysłami.
— Tak jest — zawołał tenże i łzy zabłysły w jego oczach — tak być rzeczywiście może, chociaż znowu, jakże mój brat, jakże jego towarzysze zdołali stąd uciec? Czyż nie jest więcej prawdopodobnem, że zginęli tu w czasie owego kataklizmu...
Tu Hunt uczynił nagle ręką znak, jakby zachęcał nas do pójścia za nim w pewnym kierunku i sam puścił się szybko przez dolinę do miejsca, na którem już zdaleka jaśniały nagromadzone szczątki szkieletów ludzkich, a które, jak się zdawało, bystry wzrok jego dostrzegł już dawno.
Stanęliśmy na cmentarzysku, na którem rozegrać się musiał straszny dramat owej chwili ogólnego zniszczenia i uczucie grozy sparaliżowało nasze ruchy, przygniatając niemą rozpaczą.
— Mój brat! mój drogi brat — jęknął wreszcie Len Guy, klękając na ziemi.
Tymczasem w umyśle moim zbudziły się znowu pewne wątpliwości. Jakże bowiem pogodzić fakt zaszłej katastrofy z notatkami Watersona, w których zapewniał nas tenże najwyraźniej, że zostawił na Tsalal swych towarzyszy.
A więc w tem trzęsieniu ziemi, które wnosząc ze stanu szkieletów, musiało mieć miejsce przed kilku już laty, zginąć oni w żaden sposób nie mogli. Jeżeliby zaś trzęsienie nastąpiło po odpłynięciu Watersona na lodowcu, to znowu nie możliwem było, aby te białe już i czyste kości należały do ofiar tak niedawnego wypadku.
Zatem Wiliam Guy i jego towarzysze nie spoczęli tu jeszcze snem wiecznym. Nie ich szczątki leżały przed nami. Gdzie jednak byli, gdzie należało nam teraz ich szukać? oto najtrudniejsze do rozwiązania pytanie.
Ponieważ dolina Klock-Klock nie ciągnęła się dalej, wypadało nam nawrócić tą samą drogą, aby dosięgnąć wybrzeża. Zaledwie jednak przebyliśmy małe pół milki, gdy Hunt zatrzymał się znowu przed bielejącemi, na wpół już spróchniałemi kośćmi. Kształty ich wskazywały budowę ciała zwierzęcego.
Byłyż to szczątki jednego z dziwnych tych stworzeń, jakie Prym opisuje, a których nie spotkaliśmy dotąd ani jednego żywego okazu?
Krzyk, albo raczej ryk dziki wyrwał się z piersi Hunta, gdy wielka jego ręka podniosła z ziemi i ukazała nam naszyjnik metalowy.
Była to obroża miedziana pokryta już śniedzią, na której wszakże widniały jeszcze wyryte litery, tworzące napis.
Sułtan. Artur Prym.
Sułtan! Taka była, jak sobie przypominamy, nazwa psa, nieodstępnego towarzysza Pryma, psa który na Grampiusie dręczony pragnieniem, przeraził swego pana oznakami wścieklizny, który następnie brał czynny udział w ostatecznej na tym okręcie walce marynarzy.
Więc zwierzę to nie zatonęło wraz z okrętem, więc znalazło ocalenie na Orionie, mimo że pamiętniki nie wspominają już o niem wcale.
Tysiące sprzecznych myśli opanowało mój umysł. Nie wiedziałem zupełnie, jak pogodzić te wypadki. A jednak jasnem było, iż rzeczywiście Sułtan musiał żywy towarzyszyć swemu panu aż na wyspę Tsalal, i że dopiero tutaj zginął prawdopodobnie w czasie katastrofy, przygotowanej na zniszczenie załogi Oriona.
Ale i tu, między temi szczątkami, nie odnajdziemy kości Wiliama Guy’a i jego towarzyszy, skoro byli oni jeszcze przy życiu zaledwie siedm miesięcy temu...
W trzy godziny później powróciliśmy na Halbran, nie znalazłszy już nic więcej — nie, coby rozświetliło chociaż trochę tajemniczość położenia.
Len Guy zrozpaczony i zgnębiony zamknął się w swej kajucie i nie opuścił jej nawet w porze obiadowej.
Szanując jego boleść, nie starałem się wcale z nim widzieć.
Nazajutrz wszakże zapragnąłem raz jeszcze przejść wyspę od brzegu do brzegu i przepatrzeć każdy jej zakątek.
Za pośrednictwem porucznika otrzymałem od kapitana łatwe na to zezwolenie.
Hunt, Marcin Holt i czterech marynarzy, wraz ze mną popłynęli tą samą co wczoraj drogą. Oczywiście wszelka broń była już zbyteczną w obec pewności, że tam nie grozi nam żadna napaść, żadne niebezpieczeństwo. Hunt służył nam, jak zawsze, za przewodnika.
Kierując się ku dolinie Klock-Klock, przechodziliśmy przez te same miejsca, kędy utworzone były owe sztuczne skały i wąwozy steatydowe, gdzie znajdowała się również ciekawa grota opisana przez Pryma, z hieroglificznemi znakami, których odtworzony rysunek miał oznaczać wyrazy: „Istota biała” i „kraje południa”.
Wszystko to jednak zrównane, zatarte, niczem już nie pobudzało ciekawości naszej — i ziemia ta osobliwa, ta wyjątkowa na kuli ziemskiej, Tsalal, przestała być wyjątkiem i osobliwością.
Okrążając wzdłuż wybrzeża wyspę całą, napotkaliśmy też szczątki szopy wzniesionej przez załogę Oriona, dla suszenia pianki morskiej. Nic wszakże nad te kawałki nadpróchniałych desek i bali, nic coby nam dozwoliło powziąć jakiekolwiek nowe domysły i przypuszczenia.
W około cisza zupełna, przygnębiająca, której nie przerywał nawet okrzyk tekeli-li; wydawany zarówno przez krajowców na widok białej barwy, jak przez olbrzymie jakieś czarne ptaki, ciągnące wówczas w powietrzu.
Gdyśmy doszli do miejsca, w którym Artur Prym i Dick Peters w ucieczce swej dopadli łodzi krajowców, staczając z nimi ostatnią walkę, Hunt stanął nieruchomo ze skrzyżowanemi na piersiach rękami.
— A więc Huncie!... — rzekłem do niego.
Lecz dziwny ten człowiek zdawał się mnie nie słyszeć i nie zwrócił się wcale ku mnie.
— Czegoż tak stoisz, i o czem myślisz Huncie — rzekłem znowu, dotykając ręką jego ramienia. Tym razem drgnął na całem ciele, a wzrok jego przeszył mię do głębi.
— No Huncie! — zawołał Hurliguerli — czy ty myślisz tu pozostać? Czy nie widzisz, że tam oto Halbran czeka na nas? Jutro zapewne nawrócimy z powrotem, gdy tu niema już co robić!...
Zdawało mi się, iż drżące usta Hunta powtarzały cicho słowa: nic! nic!... podczas gdy całą swą postacią usiłował przeczyć ostatnim słowom bosmana.
Powróciliśmy na statek.
Kapitan nie opuścił dotąd swej kajuty, porucznik też nie otrzymał jeszcze rozkazu przygotowania do odwrotu.
Właśnie siadałem na ławce pod wielkim masztem, gdy ujrzałem zbliżającego się do mnie Len Guy’a, zmienionego do niepoznania.
— Panie Jeorling — odezwał się cichym głosem — otóż zrobiłem wszystko co było w mej mocy. Powiedz sam, czy mogę jeszcze mieć nadzieję odszukania mego brata?... mnie się zdaje, że wszystko już bezpowrotnie przepadło. Trzeba więc wracać zanim zima nadejdzie...
— Jutro Jem — dodał po chwili przykrego milczenia, jutro przygotuj wszystko do odwrotu.
W tej chwili gruby, szorstki głos jęknął za nami:
— A Prym, biedny Prym...
Głos ten poznałem, był to ten sam, który jednej nocy niepokoił mię we śnie.





Przypisy

  1. Port Bożego Narodzenia.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Brak w tym miejscu dwu stron tekstu.
  3. Edgarda Allan Poë należy do najznakomitszych poetów i powieściopisarzy amerykańskich z pierwszej połowy bieżącego stulecia. Pisał po angielsku.
  4. Przylądkiem (Cap) nazywają przez skrócenie przylądek Dobrej Nadziei.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Michalina Daniszewska.