Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z pomocą, której napróżno oczekiwaliście przez długie lat jedenaście. Dziś mam nadzieję, że niezadługo przycisnę was do swych piersi!...
Silne wzruszenie kapitana poruszyło mnie do głębi i choć budziły się w mej myśli pewne obawy, pewien lęk przed możliwem niepowodzeniem, nie śmiałem jednak, choćby jednem słowem wytrącić go z tego spokoju, jaki daje przeświadczenie o pomocy Bożej.
Takiż sam duch ufności w jaknajlepsze powodzenie, widny był wśród marynarzy, mianowicie wśród starej służby żaglowca, oddanej bezpodzielnie kapitanowi. Nowozaciągnięci oczywiście obojętnymi byli o tyle na losy wyprawy, o ile to nie dotyczyło całości ich osoby i wypłaty umówionego żołdu.
Jeden tylko Hunt, zawsze milczący, w gorliwem spełnianiu służby przechodził wszystkich, nawet naszych poczciwych starych.
— Bodaj czy ten człowiek nie myśli więcej jak mówi... Dotychczas nie znam prawie jeszcze glosu jego — przekładał mi Hurliguerly nie mogący nikomu wybaczyć małomówności.
— Jeżeli względem ciebie milczy, nie rozmowniejszy jest ze mną — odparłem.
— A jednak wiesz pan co mi się zdaje?...
— Cóż takiego?
— Otóż musiał on już kiedyś płynąć temi wodami, musiał być bardzo daleko, dalej jak za kołem biegunowem, za lodowcami nawet. Jeśli się mylę, nazwij mię pan jak zechcesz...
— Co cię jednak naprowadza na podobne wnioski, bosmanie?
— Z ócz mu to patrzy, panie Jeorling! Z tych jego ócz, zwróconych w każdej chwili na południe, a w których pali się jakiś ogień, niby żar dwóch pochodni.
— Zauważyłem już sam ten jego wzrok dziwny.