Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Sam się przyznał kapitanowi do długoletniej służby na okrętach — objaśniłem. — Dobrze, że choć w ostatniej przedstawił się chwili...
— Ale czy spojrzałeś też pan na niego kiedy uważniej?
— Owszem, przypatrywałem się mu już nieraz. W Ameryce w okolicach Far-West spotykałem podobne jemu typy; pewny też jestem, że pochodzić musi z rasy tamecznych indyjskich plemion.
— Ba, i u nas w Lancashire albo i w Kent nie braknie takich, którzyby jemu w sile dorównali.
— Nie wątpię, nie wątpię — zapewniałem — choćby ty sam bosmanie...
— Daj pan pokój! Ot, każdy jest tem, czem jest... — bronił się Hurliguerly przeciw mym żartom.
— A rozmawiałeś też kiedy z tym Huntem? — zapytałem.
— Tyle co nic! Mówię panu, wydostać od niego choćby słowo jedno, to bodaj sztuka największa! Nie dla braku ust, myślę, boć ma je duże od ucha do ucha. A ręce! Czy widziałeś pan kiedy te niedźwiedzie łapy? Do kroćset, nie wesoło być musi temu, kto się znajdzie w jego uścisku!...
— Na szczęście jednak Hunt zdaje się być człowiekiem spokojnym, nie szukającym zaczepek i kłótni, w którychby mógł popisywać się ze swą nadzwyczajną siłą.
Rzeczywiście, postać Hunta była dla mnie interesującym okazem, i niejednokrotnie siedząc na pokładzie, przypatrywałem się mu z podziwem, mianowicie gdy szeroką swą dłoń oparł na sterze i kierował nim lekko, bez cienia nawet wysiłku. W zamian wszakże, często też spotykałem przenikliwy i badawczy wzrok jego, skierowany ku mnie. Czemże jednak właściwie zaciekawiać go mogłem? Czyby szczególną rolą moją pasażera na statku, który dążył daleko, aż za koło biegunowe, ku jakiejś bajecznej wyspie Tsalal?...