Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeżeli istnieje jakiś ląd stały pod samym biegunem, to w miejscu tem musi się znajdować głębokie werznięcie się wód, skoro Artur Prym mógł posunąć się jeszcze dalej.
Jem West słuchał swego kapitana z uszanowaniem podwładnego, nie robiąc uwagi żadnej, a tylko pilnie śledząc wzrokiem znaki i linie na rozłożonej karcie.
Nie krępowany takiemi względami:
— Sądziłem zawsze, iż Halbran będzie jak najdokładniej trzymał się drogi, którą odbył Orion — zauważyłem.
— Naturalnie, o ile tylko warunki pozwolą — odparł kapitan.
— Więc brat pański opuściwszy Tristan d’Acunha udał się najpierw na poszukiwanie wysp Aurora, a nie znalazłszy ich, przeciął koło biegunowa między 41 a 42 stopniem długości geograficznej, co nastąpiło dopiero, według Artura Pryma, pod datą 1-go lutego.
— Pamiętam o tem. Chciałbym też aby Halbran dosięgnął przedewszystkiem wyspy Bennet, a stamtąd podążył do Tsalal. Rzecz główna, byśmy równie jak Orion i jak okręt WeddelIa znaleźli przed sobą wolne już wtenczas morze!
— Czy nie lepiej w takim razie byłoby, przeczekać jeszcze czas jakiś u któregokolwiek z lądów? — zrobiłem uwagę.
— Uczynimy, co okaże się potrzebnem. Ów olbrzymi jednak wał lodowy otaczający dokoła biegun, jest wedle opisów niby mur jakiś, w którym nagle otwiera się brama i równie nagle zamyka. Trzeba być blisko, aby z tej chwili korzystać i przejść na drugą stronę, nie troszcząc się o warunki powrotu.
— Jakkolwiek zawsze nieodżałowanym jest wypadek, żeś nie odnalazł kapitanie Dick Petersa, jednakże dzięki szczegółowym notatkom Artura Pryma, mamy pewną przed sobą drogę — odezwał się milczący dotąd Jem West.