Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dbał polecić mię opiece bosmana, który już widocznie czekał tam na moje przybycie, a wyraz tryumfu i zadowolenia jaśniał na jego twarzy.
— A co, czym próżną dawał obietnicę? Ho, ho! Dużo tu trzeba było zachodu i perswazyi... Ale od czego głowa bosmana! — Przechwalał się marynarz.
Pomimo żem nie bardzo wierzył, aby wpływ jego choć w najmniejszej rzeczy podziałał na zmianę postanowienia kapitana, podziękowałem mu wszakże uprzejmie, ponawiając dawniej przyrzeczoną nagrodę.
— Za chwilę Halbran podniesie kotwicę, a ja znajduję się na jego pokładzie, to mi wystarcza na teraz! — pomyślałem z wielkiem zadowoleniem.
Tymczasem ruch towarzyszący zwykle chwili odjazdu, zajął wszystkich; majtkowie rozpinali żagle, a porucznik stojący na pokładzie wydawał rozkazy, odnośne do ostatecznych czynności.
— Do widzenia! — rzekł uprzejmie oberżysta, zbliżając się do kapitana — do widzenia w roku przyszłym!
— Do widzenia, z Bożą pomocą, panie Atkins — odpowiedział tenże, podając swą rękę do pożegnalnego uścisku.
Jeszcze jedno mniej już ceremonialne pożegnanie z bosmanem, jeszcze jedno zwrócone ku mnie skinienie głowy, i poczciwy Atkins opuścił Halbran, którego wysmukły korpus wnet drgnął cały — i gdy lekkki wietrzyk wzdął białe jego żagle, jak skrzydła olbrzymiego ptaka, wypłynęliśmy z portu Christmas na pełne morze, i zanim słońce doszło do zenitu, zniknęły już w dali śmieżne wierzchołki „Table Mount” i „Hawergal” wznoszące się na wyspie Kerguelen jeden na dwa, drugi na trzy tysiące stóp nad poziom morza.