Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co się tyczy opłaty — zacząłem.
— To rzecz najmniejszej wagi, załatwimy to później. A zatem do widzenia!
— Do widzenia! — powtórzyłem i wyciągnąłem rękę, aby uścisnąć dłoń kapitana, czego jednak prawdopodobnie w ciemności nie dojrzał, bo zwrócił się spiesznie do łodzi oczekującej go u brzegu.
Jeszcze pod pierwszem wrażeniem tej nagłej zmiany podążyłem do oberży, gdziem nie omieszkał zawiadomić Atkinsa o mym jutrzejszym wyjeździe.
— Ho, ho, ten stary lis Huliguerly miał jednak słuszność — zawołał oberżysta; — widocznie zna on dobrze swego pana, który miewa kaprysy źle wychowanej dziewczyny! Tak czy owak wszakże, pragnienie pana bliskiem jest spełnienia; pozostaje mi więc tylko życzyć mu szczęśliwej przeprawy, jeśli jeszcze tam na statku nie zmienią decyzyi, choćby w ostatniej godzinie; po nich bowiem wszystkiego, jak widzę teraz, spodziewać się można!...
Obawy tej nie podzielałem wcale. Co więcej, pod wpływem głębszego namysłu, przyszedłem do przekonania że istnieć muszą jakieś nieznane mi powody, które wpłynęły na tak wyraźne ustępstwo ze strony kapitana Len Guy’a i pewny byłem że niedaleka przyszłość dozwoli mi je poznać.
Przygotowania moje do drogi nie wymagały dużo czasu: podróżując bowiem wiele, doszedłem do wprawy obarczania się jak najmniejszym bagażem. Oczywiście tym razem, najwięcej miejsca zabrały ciepłe futrzane ubrania, w które dla mroźnego klimatu z konieczności zaopatrzyć się wypadało.
Nazajutrz więc, równo ze wschodem słońca, pożegnałem Atkinsa, mego dzielnego współziomka, dziękując mu szczerze za doznaną gościnność na tych wyspach „Smutku”. Uprzejmy gospodarz towarzyszył mi aż na pokład statku i nie zanie-