Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dodam więc jeszcze, że jeżeli mię fałszywie nie poinformowano, Halbran miał wyruszyć z portu Christmas do wyspy Tristan d’Akunha.
— Może tam, może do Przylądka, może do Falklandu, albo gdzieindziej jeszcze.
— Więc kapitanie, właśnie tam „gdzieindziej” i ja chciałbym podążyć — odpowiedziałem z widocznem już zirytowaniem.
Tu nagle zaszła zmiana w tym zagadkowym człowieku. Głosem ostrym, stanowczym, powiedział mi w krótkich słowach, że odmowa jego jest nieodwołalną, a poświęcony mi czas zbyt długo się przeciąga, z krzywdą jego własnych interesów.
Już wyciągnąłem ramię, aby przytrzymać odchodzącecego i rozmowa, która się źle rozpoczęła, mogła jaknajgorszy mieć koniec, gdyby znowu pod wpływem nagłej zmiany, kapitan Len Guy nie był się ku mnie zwrócił i począł się tłomaczyć głosem łagodnym i smutnym:
— Niech mi pan wierzy, iż z prawdziwą przykrością przychodzi mi okazać się tak mało uprzejmym i nie zadowolnić życzenia pana. Nie wypada mi wszakże inaczej postąpić, bowiem w podróży naszej może nagle zajść jakoweś zdarzenie, najmniej nawet oczekiwnane, a wtenczas obecność obcego pasażera, choćby tak zgodnego jak pan, stałaby się dla mnie krępującą.
— Powtarzam panu, panie kapitanie, że jeżeli zamiarem moim jest wrócić do Ameryki, do Conecticutu, to znowu jest mi obojętnem, czy podróż ta potrwa trzy czy sześć miesięcy, tą albo inną drogą; i gdyby nawet statek pana popłynąć miał aż do morza antarktycznego...
— Do morza podbiegunowego? — zawołał kapitan głosem, w którym brzmiało nieukrywane zdziwienie, i zatopił we