Strona:Juliusz Verne-Sfinks lodowy.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żnie w kształcie głowy cukru wysepek, wśród których pierwsze co do wielkości miejsce zajmują wyspy: Bristol i Thule. W pobliżu pierwszej Halbran zarzucił kotwicę.
Gdy nazajutrz Jem West udał się z kilku majtkami na wielkiej łodzi do skalistej, o trudnym przystępie Thule, kapitan Len Guy wraz ze mną zwiedzał pustą i przerażająco smutną Bristol.
Wszakże poszukiwania nasze zarówno dnia tego jak i następnego okazały się próżne. Wśród tych nagich skał, u których podnóża zaledwie zieleniły się nędzne, drobne roślinki, nic nie wskazywało pobytu istoty ludzkiej. Kilka też wystrzałów danych z armaty Halbranu, odbiły się jedynie głuchym echem, płosząc wrzaskliwe ptactwo, osiadłe na wybrzeżach.
Rozmowa nasza w tych wycieczkach obracała się naturalnie około tego samego, a tak żywo obydwóch zajmującego przedmiotu.
— Wiadomem ci jest, kapitanie — rzekłem wreszcie — że podług pierwotnego zdania Cooka, wyspy te miały być lądem stałym, który to błąd później dopiero sprostował, pozostając w każdym razie przekonanym o istnieniu obszernej ziemi pod samym biegunem...
— Sądziłbym, że istnieć tam mogą dwa nawet lądy rozdzielone szeroką przestrzenią wody, a jeśli jest jeden tylko, to posiadać musi, jak już raz nadmieniłem, nadzwyczaj głęboką zatokę, która dozwoliła Weddellowi, a w sześć lat po nim memu bratu, dopłynąć tak daleko. Jeżeli też wielki nasz podróżnik zmuszonym był nawrócić już od 72-go równoleżnika, nie mając szczęścia w napotkaniu tego przejścia, innym udało się to już uczynić — inni jeszcze uczynią to w przyszłości.
— Do tych ostatnich my najpierw należeć będziemy, kapitanie...