W zimowy wieczór (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł W zimowy wieczór
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1888
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ELIZA ORZESZKOWA.

W ZIMOWY WIECZÓR.

A... B... C...

PRZY DOCHODZENIU ŚLEDCZEM.

TADEUSZ. — GEDALI.
Orzeszkowa E. - Panna Antonina (zbiór) 007c.jpg
WARSZAWA.
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA.
1888.

KRAKÓW. — DRUK WŁ. L. ANCZYCA I SPÓŁKI,
pod zarządem Jana Gadowskiego.



A... B... C...
W wielkiem mieście, wielkich Niemiec, Joanna Lipska codziennie przechodziła około wielkiego gmachu, którego front teraz właśnie rozszerzano i przyozdabiano, najlżejszej uwagi na niego nie zwracając. Wielkiem było to państwo i wielkim zbudowany przez nie gmach sądowy; cóż ona z potężnemi wielkościami temi mieć mogła wspólnego! Wiedziała, że w tych obszernych ścianach, porzniętych szeregami wielkich jasnych okien, rozstrzygają się losy tych, którzy wiodą majątkowe spory lub popełniają występki i zbrodnie. Majątkowych sporów ona mieć nie mogła, nie mając żadnego wcale majątku; gdyby zaś kiedykolwiek nasunęła się jej myśl, że może być obwinioną o popełnienie zbrodni, wprost parsknęłaby śmiechem. Ale myśl ta nie nasunęła się jej nigdy, i nigdy wielki gmach sądowy nie zwrócił na siebie szczególnej jej uwagi. Była ona tak małą ze swem skromnem nazwiskiem, ze swem zupełnem ubóstwem i ze swą szczupłą dziewiczą kibicią! Nosiła zawsze czarną wełnianą suknię i czarny kapelusz, ani ozdobny, ani modny, lecz zpod którego widać było gęstwinę ślicznych włosów, tak prawie jasnych jak len, gładkich i lśniących nad czołem, w prosty, ciężki warkocz zwiniętych z tyłu głowy. Cerę twarzy miała bladawą i często zmęczoną, małe różowe usta i wielkie szare oczy, które kryształową swą przezroczystością przypominały czasem oczy dziecięce. Młodą była i niewątpliwie ładną, lecz każdy znawca ludzi poznałby w niej od razu jedno z tych dziewcząt, w każdem mieście licznych, które nie bawią się i nie stroją nigdy, jadają niewiele, oddychają powietrzem wąskich ulic i ciasnych izdebek. Taki sposób życia tamuje rozwój wdzięków i zarazem ukrywa je przed ludźmi. Niepielęgnowane i nieuwydatniane kwitną one blado i więdną niepostrzeżone, jak kwiaty, które zdrobniały i spłowiały w cieniu; zaćmiewa je i zasłania często łopuch byle jaki, lecz wygodnie i pysznie rozrastający się w blasku słońca. Dziewczyna z lnianemi włosami i delikatną dziewiczą kibicią byłaby może bardzo ładną, gdyby miała cerę świeższą, swobodniejsze ruchy, świetniejszy strój, gdyby nakoniec chciała i umiała rzucać się ludziom w oczy, śmiało, zalotnie. Ale widoczne było, że czynić tego nie chciała i nie umiała. Blada i przywiędła, z ulicznym gminem zmieszana, w swojej wiecznej czarnej sukience, szła ona zawsze ulicami miasta śpiesznie, z kibicią trochę naprzód podaną, z czołem trochę pochylonem, a drobne i kształtne jej stopy, w grubem, brzydkiem obuwiu, prędko, prędko, bez względu na gracyą ruchów, stąpały po nierównych kamieniach chodnika. Teraz codziennie zeskakiwać musiała z chodnika i okrążać mularskie rusztowanie, wzniesione u ściany sądowego gmachu. Raz tylko podniosła głowę i popatrzała na robotników, pracujących u szczytu rusztowania, popatrzała chwilę i pobiegła dalej. Pomiędzy nią a tym gmachem wielkim i napełnionym posępnemi dźwiękami sporów i zbrodni, cóż wspólnego być mogło?

Nikt a nikt nie zwrócił był na to uwagi, ale to pewna, że przed niedawnym czasem wyraz jej twarzy bywał bardzo smutny i stroskany, a czarna suknia oszyta u dołu białą taśmą. Nosiła żałobę po ojcu i ciągle myślała o tem, że powinna koniecznie znaleść sobie sposób zarabiania na życie, aby nie obciążać sobą ciężkiego życia brata. Była to myśl pozioma i prozaiczna, niemniej rysująca często głęboką zmarszczkę na jej młodziutkiem czole. Cierpiała wtedy bardzo i dużo myślała, nietylko nad sobą, ale czasem nad całym światem i różnemi jego urządzeniami. Czasem także wyglądała tak, jakby wstydziła się czegoś i wtedy jej oczy zdawały się pokornie przemawiać do ludzi:
— Przebaczcie mi, że istnieję!
Dopóki żył stary ojciec, wiedziała, że żyje dla niego, a także nie znała nędzy. Teraz chodziła po świecie z nieustanną myślą:
— Naco ja komukolwiek lub czemukolwiek przydać się mogę?
Często bywała głodną i miewała podarte obuwie, myśląc zaś o kawałku chleba czy bułki, albo o całych trzewikach, myślała zarazem.
— Wszakże biedny Mieczek sam nie ma zawsze kawałka mięsa, a koszule jego drą się już w kawałki! A tu ja jeszcze siedzę mu na karku!
Była to troska pozioma, prozaiczna, przyobleczona w głowie dziewczyny w formę trywialnych słów; niemniej, ilekroć nikt jej nie widział, drobne jej ręce załamywały się rozpaczliwym ruchem, łzy młode, więc rzęsiste, opływały policzki, a drżące z żalu usta szeptały pytanie.
— Naco ja komukolwiek czy czemukolwiek na świecie przydać się mogę?
Miała znajome i rówieśnice, które w takiem samem jak jej położeniu żyły sobie zupełnie spokojnie, a niekiedy nawet i wesoło. Zręcznie i chciwie chwytały one drobne, codzienne przyjemności życia, karmiły się niemi, oczekiwały lepszej przyszłości, nie rozglądały się po świecie i nie oglądały się na nikogo, było im dość dobrze. Ona tak nie mogła. Dlaczego? Może sama natura stworzyła ją nieco inaczej; może naturze dopomogły w tem rozmowy usłyszane, książki przeczytane, widoki tych i owych istnień sąsiednich, trochę wiedzy przelanej w jej głowę z ust ojca, który niewiele przed wydaleniem się swem z tego świata, wydalony został z posady nauczyciela miejscowej szkoły męskiej. Gdyby był dłużej posadę tę zachował.... A! wcale inaczej działoby się teraz z dwojgiem jego dzieci. Ale zachować jej nie mógł. Dlaczego? Daleka przyszłość zdumiewać się nad tem będzie; tymczasem wszyscy to łatwo odgadną. W sile wieku usłyszał, że nie ma prawa pracować tak jak chciał i umiał, ani pożywać owoców swej pracy. Może już przedtem cierpiał wiele i zdrowie sterał; usłuchał od razu i odszedł ze świata. Na miejskim cmentarzu nie otworzy się już mogiła i nie wyjrzy z niej przedwcześnie osiwiała głowa pedagoga, z zaczerwienionemi od pracy oczyma i wielką chmurą zmarszczek, którą na czole jego złożyły nie lata, lecz jedna chwila, ta, w której mu w ścianach szkoły powiedziano: »Idź ztąd precz!« Poszedł, a gdy tylko zniknął, przed córką jego stanęły znaki zapytania: Co czynić? pozostać z bratem, gotować mu obiady, naprawiać jego bieliznę, wieczorami czytywać mu książki, rozrywające po pracy biurowej w landraturze? Wszystko to czynić chciała i umiała, niczem z tego nie gardziła, lecz ta jego biurowa praca... Zaledwie na wyżywienie i przyzwoite odzienie dla jednego starczy. Nakoniec, choć gotowanie obiadów, zamiatanie mieszkania, naprawianie bielizny nie były dla niej robotami trudnemi, ani upokarzającemi, ale dusza jej zaspokoić się niemi nie mogła, jak płomyk wiła się w jej piersi, buchała w górę, rwała się wyżej... Pomimo trosk i zatrudnień bardzo poziomych, miała ona, ta młoda dusza, poezyą swoję i ambicyą. Pragnęła czynić coś i czemś być.
Dość długo Joanna biła się z różnemi myślami i zamiarami, aż dnia pewnego wbiegła do małej swojej kuchenki widocznie wzruszona. W ręku trzymała kosz z bielizną, którą do maglowania nosiła. Pomimo, iż był dość ciężki, prędko wbiegła po wąskich i stromych wschodkach i z łatwością postawiła go na stole. Szczupła i blada, miała jednak siłę organizacyj nerwowych i czynnych. Postawiwszy kosz na stole, pozostała nieruchomą i zamyśliła się. Stała na podłodze z desek grubych i sterczących czarnemi głowami gwoździ; nad nią zwisał sufit niski, belkowany, ciemny od pyłu i dymu; pod czterema ścianami, oklejonemi lichem i pstrem obiciem, stało parę stołów i ław drewnianych, szafka z kuchennem i kredensowem naczyniem, łóżko zasłane szczupłą i białą jak śnieg pościelą. Tu sypiała; pokoik przyległy służył za sypialnię i pracownię jej brata, i było to już całe ich mieszkanie, znajdujące się na tak zwanej «salce», czyli górnem pięterku domu, który wyglądał zupełnie tak, jakby wzór jego dokonany został przez pięcioletniego architekta, za pomocą ustawienia z siedmiu kart dwóch trójkątów u dołu a jednego w górze. Takie górne trójkąty domków miejskich zawierają w sobie najtańsze mieszkania; dlatego Lipscy zajęli je po śmierci ojca. Na dole znajdował się szynk ze sklepikiem od ulicy a wąskiemi drzwiczkami od dziedzińca i mieszkała rodzina właściciela szynku. Dziedziniec roił się od mieszkańców różnej płci i wieku.
Promień zachodzącego słońca, wnikający przez małe okno, oblewał złotem głowę stojącej nieruchomo dziewczyny, a na czarnej jej sukni nielitościwie odkrywał starannie zacerowane rozdarcia. Splecione ręce zwiesiła na suknię, powieki miała spuszczone i na ustach marzący uśmiech. O czem z taką rozkoszą marzyła? Czy o tanecznym wieczorku jakim? o nowej sukni z wesołą, jasną barwą? Może o czułem słówku, albo ognistem spojrzeniu kochanka?
Obudziła się z zamyślenia swego, podniosła twarz i głośno klasnęła w ręce. Byłto giest radości. Z dziecinną też prawie radością poskoczyła z miejsca i uchyliła drzwi sąsiedniego pokoju. Tu jednak palec do ust przyłożyła i samę siebie upomniała:
— Cicho!
Potem, cichutko znowu samę siebie zapytała:
— Śpi, czy nie śpi?
W pokoju, przybranym w dość liczne, ale staroświeckie i ubogie sprzęty, na twardej kanapce leżał młody mężczyzna średniego wzrostu, uderzającej chudości ciała, z twarzą ściągłą, ładną, ale której białość niemal papierowa raziła pozorem niezdrowia i martwoty tem przykrzej, że odbijała od krótkiego czarnego zarostu i okrywających oczy ciemnych okularów. Niegdyś Mieczysław Lipski był dzieckiem zdrowem, choć zawsze trochę powolnem i nieśmiałem, ale trwało to krótko. Miał lat szesnaście i ukończył pięć klas gimnazyalnych, kiedy cera jego nabywać poczęła tej przykrej, monotonnej, papierowej białości, ręce wychudły, ruchy zleniwiały; bolące oczy, z porady lekarza, okryto mu wtedy jak starcowi ciemnemi okularami; odtąd nigdy już ich nie zdejmował. Szkołę porzucił, do rzemiosła był za słaby, zaczął pracować w biurze landratury. Karyera jego była złamana na zawsze. Dlaczego? Nikt sobie o tem dokładnej sprawy zdać nie mógł. Poprostu uległ był naciskowi czegoś niewidzialnego, ale przecie istniejącego — gdzie? w szkole? w domu osmuconym dymisyą ojca? czy w sposobie życia ubogiej rodziny? czy w moralnem powietrzu, którem oddychało to miasto? Moźnaby dociec, lecz trudno dociekać.
— Czy śpisz, Mieczku? Mieczku, czy śpisz?
Nie spał już, usłyszał ciche zapytanie siostry i jeszcze niewyspany po ciężkiej pracy biedny kancelista landratury, leniwie wyciągając się na kanapce, wydobył z gardła wzajemne, nieokreślone, gapiowato brzmiące pytanie:
— Ha?
Potem, podniosłszy się nieco, oba ramiona w całej ich długości w górę wyprężył, i głośno poziewając, dopóty usta szeroko otwierał, póki mu ich nie zamknął prawdziwy grad pocałunków. Śmiejąc się głośno i mocno całując brata w usta, policzki, czoło, Joanna wołała:
— Mam już Mieczku, mam! mam czego chciałam! znalazłam!
Leniwie, obojętnie, ale bardzo łagodnie uwolnił się z jej objęcia, i przewlekłym, nosowym trochę głosem zapytał:
— No, cóż tam takiego? Istna waryatka z ciebie. Co znalazłaś? pieniądze, czy co?
Poważniejąc nagle, odpowiedziała:
— Zajęcie.
Kancelista wyprostował się całkiem, zdjął okulary, wytarł je chustką, włożył napowrót, i zza ciemnych szkieł, zaczerwienionemi mrógającemi oczyma patrząc na siostrę, zapytał:
— Jakie? a pieniądze czy z tego będą?
Joanna stała o kilka kroków przed nim i opowiadała mu, po raz pierwszy, wszystkie swe troski i zmartwienia, któremi dotąd daremnie zasmucać go nie chciała. Niedawno powzięła już była zamiar wyjechania gdziekolwiek, na początkową nauczycielkę, bonę, zarządzającą wiejskim jakim domem... gdziekolwiek i na cokolwiek, byleby już raz coś z sobą zrobić, coś rozpocząć... Ale wahała się. Sama nie wiedziała dobrze do czego zdatną być może, bo uczyła się tylko w domu, niewiele... To co umie, umie dobrze, sam ojciec przecież ją uczył... ale niewiele... Przytem tak jej było żal rozstawać się z bratem! Dwoje ich tylko na świecie, a on często niezdrów bywa i jej starań potrzebuje...
Tu, w szarych oczach opowiadającej zakręciły się łzy, lecz wnet zniknęły. Dziś spotkało ją wielkie szczęście. Rożnowska, właścicielka magla, kobieta dostatnia i położenie jej znająca, zapytała jej, czyby nie chciała uczyć jej wnuczek, dwóch niewielkich dziewczynek, bardzo mądrej nauczycielki jeszcze niepotrzebujących. Naturalnie, propozycyą tę z wdzięcznością przyjęła. Małe Rożnowskie przychodzić do niej będą na lekcye, bo tam przy turkocie, i zawierusze magla, uczyć się nie sposób. Ale to tylko początek. Rożnowska przyrzekła, że zarekomenduje ją jakiejś swojej znajomej, która na tej samej ulicy ma dwa domy i chłopca, którego chce do szkoły przygotować. Chłopiec ten przyjaźni się z wnuczkami Rożnowskiej i razem z niemi na lekcye przychodzić będzie. Ale i to tylko początek. Byle zacząć! Ten duży Kostuś naprzykład, syn tego ślusarza, który wiecznie siedzi i pije, a którego matka zabija się praniem bielizny! Już ma dwanaście lat, a czytać jeszcze nie umie i często za ojcem do szynku wsuwać się zaczyna. Matka nad tym chłopcem ręce łamie i gdyby go ktokolwiek chciał uczyć i od złego odwodzić, choć uboga, wynagrodziłaby to wedle możności... Jest jeszcze w perspektywie dziewczynka tego mularza, który im w tym roku piec naprawił i córkę z sobą czasem przyprowadzał, i malutka Mańka, córeczka stróża, której też wkrótce pora będzie uczyć się czegokolwiek. Dzieci te zna już ona dobrze. Dużego Kostusia nieraz do swej kuchenki przyprowadzała i rozczochraną jego głowę zanurzała w wodzie i szorowała mydłem, poprostu piorąc tego chłopca, tak jak jego matka prała bieliznę. Ten śmieszny Kostuś taki duży, barczysty, z wielką głową, chodzi zawsze zgarbiony, a stąpa tak ciężko, aż drży podłoga; łobuz też z niego, ulicznik, wódkę już lubi — a jednakże dla niej łagodny jak baranek, daje się myć, czesać, napominać... Pewna jest, że można będzie tego chłopca od ulicy i szynku wyratować; co się zaś tyczy tej malutkiej Mańki, to oddawna już przepadają obie za sobą...
— Ty zresztą wiesz, Mieczku, że ja wogóle za dziećmi przepadam... Nie wiem dlaczego, ale tak jest... Może to po ojcu... Ot! myślałam i wymyśliłam. Rożnowska mi pomogła... Ale to tylko początek. Ziarnko do ziarnka zbierze się miarka, a później... później...
Wszystko to mówiła z wielkim i coraz większym zapałem; w ciemnawym pokoju z oknem od północy żaden promień słońca nie padał na nią, a jednak po czole jej mknęły widoczne blaski, i rumieńcem wezbranego życia staczały się na policzki.
Mieczysław siedział prosto i sztywnie, zza okularów swych wpatrując się w nią nieruchomo. Nieruchome też były rysy mizernej i sennej jego twarzy, trudno byłoby odgadnąć, czy to co mówiła mu, sprawia na nim jakiekolwiek wrażenie, czy też żadnego wcale nie sprawia. Tyle tylko, że oczu nie spuszczał z ożywionej jej twarzy, i że chude palce długich i białych jego rąk, które wsparł o kolana, coraz żwawiej bębniły po wytartem suknie ubrania. Gdy Joanna mówić przestała, przewlekłym swym, nosowym głosem powtórzył za nią:
— Później!... później!...
A potem, szczególnym ruchem, zakłopotanie czy żartobliwość oznaczającym, wsuwając szyję w krochmalny kołnierz koszuli, nie bez wahania się zapytał:
— No?... cóż?... takie dalekie projekty układasz... a za mąż wyjść nie myślisz?
Wzruszyła ramionami.
— Wątpię, aby to kiedykolwiek stać się mogło. Wiesz o tem, że nikogo prawie nie znamy, nigdzie nie bywamy... jakżeby więc? jakim sposobem? Zresztą, może... ale spuszczać się na to nie mogę...
Z szyją wciąż w kołnierz wsuniętą i podniesioną nieco głową, brat wpatrywał się w nią jak i wprzódy, tylko po wąskich jego wargach, czarnym wąsem ocienionych, przewijało się coś nakształt żartobliwego uśmiechu.
— No... — zaczął znowu, — a ten doktor?
Tym razem Joanna zarumieniła się i ze zdziwieniem na brata spojrzała. Jakto! więc odgadł on w niej to, o czem nigdy przed nikim ani jednego słowa nie przemówiły jej usta! On, tak obojętny i senny, musiał jednak pilnie na nią spoglądać, kiedy mógł, nie wiedzieć z czego, z oczu jej chyba, z gry rysów odgadnąć... Zresztą nie było tu o czem mówić. Nie było tu wcale, ani romansu żadnego, ani nawet jego przypuszczenia. Ot tak jakoś, serce uderzyło żywiej. Musiało przecież żywiej uderzyć, młodem będąc, ale zresztą milczało, bo nie było w niem nadziei.
Rumieniec zgasł na twarzy Joanny, oczy jej i usta przybrały wyraz szczególnej powagi. Po chwili milczenia, ciszej niż przedtem mówiła, odrzekła:
— Mój Mieczku! ty wiesz dobrze, że byłoby to dla mnie marzenie zbyt wysokie... Doktor Adam był dla nas bardzo dobrym, w czasie tak długiej choroby ojca... i powiem ci szczerze, że wydaje mi się on ideałem człowieka. Ale właśnie dlatego, że tak jest, wiem dobrze, iż nie myśli on o mnie, i nie pomyśli nigdy...
Pochyliła głowę i dokończyła cicho:
— Tylko widzisz... miasto nasze takie ciasne... ludzie tu wszystko jedni o drugich wiedzą i czasem spotykać się z sobą muszą... więc chcę, aby on wiedział... że ja... wiem dobrze, iż między nami, nic nigdy nie będzie, ale chcę... aby wiedział, że zasługuję przynajmniej na jego szacunek...
Podniosła twarz i przez szybę okna patrzała w górę, wysoko, jakby w niedoścignionej oddali widziała jakąś tęczę idealną, która zawisła nad szarem jej życiem. Mieczysław wydobył szyję z krochmalnego kołnierza i spuścił głowę. Palce jego bębniły wciąż po kościstych kolanach, usta nieco się rozwarły. Trudno byłoby powiedzieć, czy smutnym czuł się, znudzonym, albo jeszcze sennym. Nagle zapytał:
— No, a ileż ci płacić będą?
Joannę zapytanie to obudziło natychmiast z zamyślenia czy marzenia. Natychmiast górną, rozwiewną swoję tęczę opuściła dla spraw powszednich, które miały dla niej ogromne znaczenie. Wesoło znowu powiedziała bratu, że zarobek jej będzie niewielki, jednak w ich wspólnem życiu zaważy wiele. Zresztą to tylko początek... ziarnko do ziarnka — zbierze się miarka, i później, później...
Mieczysław wstał. Prosto, sztywnie postąpił kilka kroków, chude swe ramiona w wytartych rękawach zaokrąglił dokoła kibici siostry i mocno ją kilka razy w czoło pocałował. Ona, skoczyła mu na szyję. Uradowana była i zdziwiona. Objawy czułości bywały u niego tak rzadkie, że takiego jak teraz, prawie nie pamiętała. Potem dopiero, gdy wziąwszy czapkę wyszedł do biura, a ona pogrążona w myślach sama jedna siedziała w kuchence, po głowie jej przemknęło:
— Czy on tak rozczulił się dla mnie z powodu tego przyszłego zarobku? Więc o niczem więcej nie pomyślał, tylko o pieniądzach!...
Jednak tego wieczoru smutne myśli prędko od niej uciekły. Przy zapadającym zmierzchu, z dołu, zpod podłogi, wzbijać się ku niej zaczęły wciąż głośniejsze, niesforne gwary, stukania, krzyki. Była to chwila, w której, gdy światło dnia usypiało, budził się i życie swe rozpoczynał szynk. Jakby odgłosy tego nocnego, podziemnego życia z miejsca ją poderwały, Joanna zerwała się z ławki i szybko zbiegła na dziedziniec. Biegła ku mieszkaniu ślusarza pijaka i żony jego praczki. Po drodze, sukni jej uczepiła się dziewczynka malutka, bosa, pucołowata, rumiana i z kaczemi ruchami, obok niej biegnąc, razem z nią zniknęła za drzwiami ciemnej sionki. Gdy po upływie dość długiego czasu wyszły obie na dziedziniec, za niemi ukazał się ślusarz, człowiek barczysty, z twarzą obrzękłą od pijaństwa, załzawionemi oczami i wielką rozczochraną czupryną nad wąskiem czołem. Z ubrania i całej postaci jego wiał nieporządek jego przyzwyczajeń, nie był jednak dnia tego pijanym, tylko czegoś uradowanym i rozrzewnionym. Za progiem swego mieszkania pochylił się i schwyciwszy rękę Joanny, z całej siły swych warg ją pocałował. Jednocześnie duży Kostuś, barczysty, ciężki, cały w grube płótno odziany, bosemi stopami ciężko o kamienie uderzając, ze dzbankiem pełnym wody pobiegł na schodki, prowadzące do mieszkania Lipskich. Od dość dawna już oddawał on czasem Joannie różne drobne, gospodarskie przysługi. Rzecz dziwna! Dwunastoletnie to dziecko miało już czoło zmarszczone i patrzało na ludzi zpod brwi, nieufnie, czasem przebiegle i ze złością. Matka zapracowana i wiecznie zgryziona, często łajała go i nawet biła; ojciec, który przepadał za nim, przynosił mu z szynku niedopałki cygar i obwarzanki cuchnące wódką; zdrojem zabawy, rozkoszy i poznania życia był mu — szynk. Jednak od niedawna, to stare, dziecinne serce po raz pierwszy może rozkwitło uczuciem innem niż uczucie krzywdy, bojaźni, bosych nóg i karczemnych wrażeń. Nigdy w życiu nie widział tak ślicznej panienki, jaką w oczach jego była Joanna, i nie słyszał ani tak łagodnego głosu, ani tak ciekawych powiastek, jak te, które opowiadała mu ona, ilekroć gotowała obiad lub naprawiała bieliznę, a on dopomagał jej w czem mógł, albo przy ścianie kuchenki siedział na ziemi, obejmując ramionami swe podniesione kolana i patrząc na nią już nie zpod brwi i dziko, lecz śmiałym, roztropnym wzrokiem. Odkąd mu powiedziała, aby był dobrym dla malutkiej Mańki, nie bił jej nigdy, nie szczypał i nie straszył, a bardzo często widzieć ich można było trzymających się za ręce i z powagą przechadzających się po dziedzińcu. Często też wstępowali w ten sposób na schodki i wchodzili do kuchenki Lipskich.
W kuchence bywało potem codziennie bardzo gwarno. Zza cienkiej ściany górnego pięterka domku wychodziły na zewnątrz cieniuchne głosy dziecięce, bąkające:
— A... b... c... a... b... c...
Inne, starsze nieco, prawiły:
— Pszczoła, acz mała, pożytecznym jest owadem. Ma cztery skrzydełka, sześć nóżek, dwa różki i żądło...
Albo:
— Pięć razy sześć trzydzieści... cztery od dziesięciu sześć i t. d.
Duży Kostuś okazał się szczególnym wielbicielem kaligrafii. Nic mu się tak bardzo nie podobało, jak wodzenie piórem po papierze, to słabiej, to mocniej i gdy tylko zaczął już pisać litery, formalnie lubował się swemi arcydziełami. Joanna sama ułożyła dla niego kaligraficzne wzory. Miała w tem swój cel. Chłopiec, zakreśliwszy całą stronicę, brał papier w obie ręce, szerokie swe plecy w płóciennym spencerze garbił nad stołem i głośno, z tryumfem, z prawdziwą rozkoszą odczytywał swoje pisanie.
— Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło... Choć ubogo, ale chędogo... Pieczone gołąbki nie wpadają do gąbki...
W porze owej Joanna nigdy już nie bywała smutną. Nawet gdy szła ulicami miasta, można było spostrzec w ruchach jej i wyrazie twarzy znaczne zmiany. Wyglądała raźniej, zdrowiej i pogodniej. Obuwie jej nie było już nigdy podarte, ani suknie tak zniszczone. Odkwitła. Zdobycze jej były bardzo małe, ale wiadomo, że pojęcie wielkości i małości jest na tym świecie niezmiernie względne. Dla niej drobiazgi te były prawie zbawieniem. Od jednych otrzymywała małe kwoty pieniężne, inni wynagradzali ją inaczej, jak mogli. Praczka bezpłatnie myła ich bieliznę; mularz posiadający obszerny ogród, przynosił im warzywa i owoce; mieszkający naprzeciw piekarzowie, w dodatku do miesięcznego rubla, przysyłali codzień małą bułkę chleba; stróż domu darmo drzewo na opał rąbał, a czasem to i owo na rynku kupił i przyniósł w prezencie panience, która dla jego małej była tak dobrą... Jakże zdziwiła się, gdy spostrzegła, że nawet pijak ślusarz płacić jej pragnął monetą, innej wprawdzie natury, ale która niemniej posiadała dla niej cenę wysoką. Ilekroć wracając z miasta wchodziła na dziedziniec, człowiek ten nie wiedzieć zkąd zjawiał się także. Czy ujrzawszy ją przez okno wypadał z szynku, lub wysuwał się zza węgła domu, u którego próżniaczo godzinami przesiadywał, lub w lepszych dniach swoich przerywał ślusarską robotę i wychodził ze swego mieszkania, dość, że zawsze, nieodmiennie, z zegarkową regularnością, gęsta czupryna i niskie ciemne czoło pochylały się przed nią, a żółte obrzękłe wargi wyciskały na jej ręku głośny, przeciągły pocałunek. Był to w gruncie rzeczy obrzydliwy pocałunek pijaka, którego ślady, bezwiednie prawie i co najprędzej ocierała z ręki, który jednak brylantem wpadał do jej serca. Jak brylanty radością świeciły jej oczy, gdy przyniosła i pokazała bratu pół tuzina śnieżnych nowych koszul, któremi zastąpiła tamte... drące się w kawałki. Tego dnia także do czarnego zawsze swego kapelusza, przypięła gałązkę sztucznych kwiatów... Teraz na ludzi patrzała śmiało i spokojnie; ale był w mieście jeden szczególnie człowiek, z którego spojrzeniem, ilekroć spostrzegła go, spotkać się pragnęła, chociaż usiłowała o tem nie myśleć. Był on dla jej ojca bardzo dobrym w czasie długiej jego choroby, widywała go wtedy często, słuchała rozmów, które z uczonym pedagogiem uprzejmie prowadził, — potem przybył na pogrzeb, i gdy chwiejąca się szła za trumną, rękę jej oparł na swojem ramieniu. I nic więcej pomiędzy nimi nie było, ale ona i o tem nigdy nie zapomniała. Teraz widywała go tylko na ulicy, zdaleka, gdy zgrabnym jednokonnym powozikiem objeżdżał domy swoich pacyentów. Ilekroć spostrzegł ją, kłaniał się grzecznie. Nic więcej. Jednak, w jej sercu struna jakaś uparła się drżeć przy każdem jego spotkaniu i śpiewać jej o nim w godzinach ciszy. Powiedziała sobie: Niepodobna! Ale nikt już więcej nie sprawiał na nią najlżejszego wrażenia, a czasem, w noce księżycowe, po dniu pracy, spoczywając, lecz jeszcze nie śpiąc, przez szyby małego okna patrzała w górę, wysoko... To wielkie szczęście, o którego zdobyciu ani marzyła, wydawało się jej wtedy tęczą idealną, w niedoścignionej oddali zawieszoną nad szarą ziemią...
Czasem też, wyobrażała sobie, że jest drobnym robaczkiem, uwijającym się ile tylko sił starczyło u podstaw wyniosłej, aż niebotycznej budowy. U podstaw, wyraz ten gdzieś słyszała, czytała. Otóż, była tam teraz. Wyżej, promiennie było i świetnie. Ludzie tam dźwigali i kuli marmury drogocenne, ściągali z nieba promienie słońca, szukali klejnotów, świat i siebie stroili w blaski. Ona, razem z mnóstwem podobnych sobie maluczkich istot, zbierała w cieniu drobne pyłki, ale tak zupełnie poprzestawała na tem, że przed jej wyobraźnią przyszłość stawała pogodna, pełna i nawet z owej górnej tęczy nieznanego i na zawsze niemego uczucia, nie spadała na wargi jej żadna kropla goryczy, tylko spływało czasem trochę tęsknoty i smutku...
Często, w późne wieczory, bezecne pieśni, ohydne śmiechy, niesforne tupoty i stuki szynkowe, z dołu, zpod podłogi, buchały w ciemną lub oświetloną księżycem kuchenkę. Dziki ten hałas unosił się wtedy nad białą pościelą, nad myślami, marzeniami i dziecięco czystym, cichym snem Joanny.

∗             ∗

Chociaż uczyła dość znaczną liczbę drobnych dzieci, nie przestała przecież zajmować się pilnie małem gospodarstwem swojem i brata. Dlatego, codziennie, raz albo i dwa razy na dzień po prowizyą i różne sprawunki wychodziła do miasta. W tych wycieczkach, najczęściej mijać musiała z bliska wielki gmach sądowy, ale nigdy najmniejszej na niego nie zwracała uwagi. Był on tak wielki, a ona była tak mała! Rozległe wnętrze jego napełniały odgłosy sporów i zbrodni, cóż więc mogła ona mieć z nim wspólnego? Jednak, — jakim sposobem to się stało, trudno dociekać, — pewnego dnia weszła do jednej z sal tego gmachu i wskazano jej zaraz miejsce, które miała zająć. Była niem ława oskarżonych. Nigdy potem nie potrafiła zdać sobie sprawy, jakim sposobem przebyła tłum i doszła do tego miejsca. Zdawało się jej wtedy, że wszystka krew zbiegła się do jej głowy, kipiała tam, szumiała, jęczała, paliła w policzki i czoło, jak rozpalone żelazo. W oczach jej ludzie, ściany, sprzęty, mgliły się i mąciły tak, że dokoła siebie widziała tylko jakąś pstrą, migotliwą masę. Gdy rozpoznała nakoniec, że masa ta miała kilkaset ludzkich oczu, które wszystkie z wytężoną ciekawością spoglądały na nią, doświadczyła takiego uczucia, jakby odartą ze wszelkiej odzieży postawiono ją nagle pośród miejskiego rynku. Zapragnęła gwałtownie zerwać się i uciec, ale w zmąconej do głębi swej istocie miała mętne uczucie, że było to niepodobieństwem. Ci, którzy w tej chwili patrzali na nią, widzieli szczupłą, delikatną dziewczynę w czarnem skromnem ubraniu, drżącą, przelękłą, aż po pasma jasnych włosów płomiennie zarumienioną.
Była to największa z sal wielkiego gmachu. Kościelna prawie wysokość nadawała jej pozór imponujący; uroczyste wrażenie sprawiały kobierce i okrycia długiego stołu, za którym zasiedli sędziowie. Tłum ludzi różnych stanów napełniał szeregi ław ustawionych przy wnijściu. W poprzecznych ścianach wysoko umieszczone cztery ogromne okna rzucały jednolite, białe, nużące światło, na wysokie, białe, jednolite ściany, na poważne postawy sędziów, na zalegający połowę sali pstry, ruchliwy, głuchemi rozmowami szumiący tłum. Tu i owdzie jaskrawy kwiat zakołysał się na kobiecej głowie, zadzwonił i echem odbił się w górze głośniej wymówiony wyraz. Woźny sądowy wymówił kilka głośnych, dobitnych słów, i zrobiła się wielka cisza, wśród której dał się słyszeć głos przewodniczącego sądowi.
— Sprawa Joanny Lipskiej, obwinionej o utrzymywanie szkoły bez pozwolenia władz...
Słowa te przywróciły Joannie przytomność. Powstała i na kilka zapytań przewodniczącego, odpowiedziała cicho, lecz wyraźnie. Potem usiadła znowu. Ogniste rumieńce zniknęły z jej twarzy, ukazując zwykłą jej bladość. Zarazem widać było, że ogarnia ją zamyślenie tak natarczywe i nieodparte, iż odrywało wzrok jej i słuch od rozgrywającej się przed nią, a tak zbliska obchodzącej ją sceny. W szeroko otwartych jej oczach odmalowało się zdziwienie. Wzniosła je w górę, ku ozdobnym gzemsom przeciwległej ściany; czasem głową czyniła ruchy takie, jakby we wnętrzu swem usiłowała coś nadzwyczaj dziwnego zrozumieć i — za nic nie mogła. Trudno było powiedzieć na pewno, czy zwracała jakąkolwiek uwagę na zeznanie świadków. A jednak były one głośne i trwały długo. Otyła i siwa Rożnowska w staroświeckiej mantyli i z płaskim czerwonym kwiatem na kapeluszu, chustką ocierając spoconą, wielką, dobroduszną twarz, pokilkakroć powtarzała wyznanie, że onato głównie wszystkiemu jest winna. Sumienie jej inaczej mówić nie pozwala. Przysięgła, że powie prawdę, i prawdę mówi. Onato pierwsza namówiła do tego Lipską. Dziewczyna jest ubogą i sierotą, potrzebowała zarobku, ona zaś ma wnuczki. Gdyby wiedziała, że jest w tem co złego, pewnoby nie namawiała, ale na Chrystusa przysięga, że ani jej przez głowę nie przeszło, że do złego namawia. Siwe ma włosy, ale życie przeszło jej w tem mieście, i niech wszyscy zaświadczą, czy kogo kiedykolwiek do jakiej nieuczciwości namówiła. Zachłysnęła się płaczem, jeszcze raz powtarzać zaczęła, że namawiała... nawet prosiła... ale dano jej znak, aby umilkła już i usiadła. Przyjaciółka właścicielki magla, posiadaczka dwóch domków, malutka, sucha kobiecina, błyszcząca w tem zgromadzeniu kaszmirową suknią i eleganckiemi manierami, przyciszonym głosem, ale z przymilającym się uśmiechem oświadczyła, że książki, które jako corpus delicti leżały przed sądem, istotnie kupiła i darowała Lipskiej, która jej syna do septymy przygotowała tak dobrze, że teraz, gdyby nie był jeszcze zbyt małym, przyjętoby go może i do seksty. Bardzo sumiennie uczyła, bardzo sumiennie... tak sumiennie, że uczuła się ona w obowiązku zapłatę jej podwyższyć. Gdyby była wiedziała, że w tem jest co złego, byłaby pewno tego nie uczyniła ale, słowo honoru daje, że nie wiedziała. Cóż? Kto ma dziecko, ten o edukacyą jego dbać musi, a tu pod bokiem guwernantka uczciwa, sumienna i tańsza od innych, bo biedna sierota... Tu wykonała przed sądem dyg elegancki i pełny uszanowania, poczem milutko zawsze uśmiechnięta, lecz z drgającemi trochę ustami i powiekami, obok Rożnowskiej usiadła.
Od zapytywanej zkolei praczki, żony pijaka ślusarza, najmniej dowiedzieć się było można, bo ta kobieta wysoka i chuda, z twarzą wszerz i wzdłuż zoraną bólem i troskami, w grubej, krótkiej spódnicy i wielkiej chustce zarzuconej na głowę, tak była strwożona i rozżalona, że prócz kilku niewyraźnych, zaledwie dosłyszanych słów, nic wymówić nie mogła. Ramiona jej drżały pod wielką chustką, z oczu wypieczonych parą wrzątku i spieką żelazek, łzy jak groch padały na grube, poparzone, u piersi splecione ręce. Z całej jej mowy dosłyszeć można było tylko wyrazy; syn dwunastoletni, ojciec pijak, szynk w tym samym domu, nauka, dobra panienka... Odprawiono ją prędko, a miejsce jej zastąpił mularz. Ten mówił za siebie i poprzedniczkę swoję, dużo, prędko i tak głośno, że kilka razy zalecano mu, aby głos zniżył, czemu natychmiast był posłusznym, ale ręką żylastą i silną, targając mosiężny łańcuch zegarka, albo na głowie burząc gęstwinę twardych włosów, wnet znowu w ferwor wpadał i głośniej niż wypadało dowodził, że gdy za uczenie swojej córki płacił pannie kartoflami i warzywem, to widać bardzo szło mu o to, aby córka cokolwiek umiała. Zaś, posyłać ją na pensyą — za drogo mu było. Więc, cóż miał robić? i cóż on takiego zrobił? albo i ta panienka: co ona takiego zrobiła?... Po zadaniu tego pytania, rozstawił ręce z takim giestem i tak wytrzeszczył oczy, jakby tuż przed jego wzrokiem cały świat przewracał się do góry nogami, a on za nic zrozumieć nie mógł, dlaczego tak się z nim dzieje? — Po tym mularzu, zeznawali i świadczyli jeszcze: piekarz, stróż domu, jakiś dorożkarz i jakaś wdowa po urzędniku, nakoniec i najdłużej ten, kto dokonał odkrycia, że na górnem pięterku domu, którego dolne piętro zajmował szynk, gromadka drobnych dzieci dowiadywała się o tem, że pszczoła ma cztery skrzydełka, sześć nóżek, dwa różki i żądło, że cztery od dziesięciu sześć, że nie trzeba czynić drugiemu tego, co nam niemiło i t. d.
W chwilowej ciszy, która zapanowała, gdy umilkł głos ostatniego z zeznających, wzrok Joanny powoli spłynął z góry ku tłumowi napełniającemu połowę sali. Wszyscy siedzieli na ławach, pilnie i w milczeniu śledząc bieg sprawy. Nad pstrą i nieruchomą w tej chwili masą wzbijał się jeden człowiek, który nie siedział, ale stał. Ażeby móc lepiej wszystko widzieć, stał on za wszystkiemi ławami, na jakiemś małem podniesieniu, tak plecami do ściany przyciśnięty, jakby mu one do niej przyrosły. Oczy Joanny przyrosły do jego twarzy i napełniały się wyrazem przerażenia.
Był to jej brat, ale jakże inaczej wyglądał niż zwykle! Suche ramiona swoje w wytartych rękawach skrzyżował i mocno do piersi przyciskał; na papierowo białe jego policzki wystąpiły czerwone plamy i wzbijały się aż pod brzegi ciemnych okularów. Oddychał prędko i usta miał nieco rozwarte, co zresztą zdarzało mu się często, tylko że w tej chwili, ten charakterystyczny rys jego twarzy nie rzucał na nią wyrazu ani gapiowatości ani martwoty, lecz nieopisanego udręczenia. Z wytężoną uwagą słuchał on krótkiego, lecz energicznego oskarżenia, które wygłosił prokurator królewski i splątanej, strwożonym jakoś głosem wybąkanej obrony adwokata. Potem przewodniczący sądowi zwrócił się do Joanny, oznajmując jej, że ma prawo wyrzec w tych rozprawach ostatnie słowo, i zapytując, coby na swą obronę powiedzieć mogła i chciała?
Nad wysoką, ciężką poręczą ławy oskarżonych, podniosła się znowu szczupła, jasnowłosa, czarno ubrana dziewczyna. Powieki miała spuszczone, postawę spokojną, i tylko głos cichy, trochę drżący.
— Uczyłam dzieci, myślałam, że czynię dobrze...
Tu na mgnienie oka, w twarzy jej zaszła uderzająca zmiana. Jakby zawrzały w niej gwałtowne jakieś uczucia, podniosła czoło, oczy jej błysnęły, usta drgnęły, i poprawiając ostatnie swe zdanie, głośno, wyraźnie rzekła:
— Myślę, że dobrze czyniłam.
Bezwarunkowo była winną. Rzecz dziwna jednak, dlaczego przewodniczący sądowi nie powstał zaraz dla udania się z towarzyszami swymi do komnaty narad, lecz przez kilka minut siedział z podniesioną trochę głową i jak w tęczę wpatrywał się w obwinioną, — z jakim wyrazem oczu? tego z powodu oddalenia nikt z tłumu dostrzec nie mógł. Patrzali też na nią i jego towarzysze, z których jednemu brwi zsunęły się mocno. Trwało to bardzo krótko, minutę, najwyżej dwie minuty, poczem wstali i odeszli. Nie wracali długo. Sprawa była prosta i jasna. Dlaczegoż narada trwała tak długo?
Tubalnym głosem woźny oznajmił, że sąd do sali posiedzeń powraca.
Ze szmerem szumiących drzew wszyscy powstawali. Za stołem zasłanym suknem, przewodniczący stanął pospołu z towarzyszami swymi i zaczął czytać wyrok. Zauważono, że czytał nieco cichszym głosem, niż ten, w którym wprzódy przemawiał. Joanna Lipska, skazana została na dwieście talarów kary pieniężnej, a w razie niewypłacalności, na trzy miesiące więzienia.
Posiedzenie sądowe zamknięte; publiczność odpływa z sali. Tu i owdzie prawnicy pomiędzy sobą szepczą, że dziewczyna ta jest szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, bo małym jeszcze kosztem przestępstwo swe okupi...
Jednak małość i wielkość są pojęciami nadzwyczaj względnemi. Tak zapewne myślał Mieczysław Lipski, który po usłyszeniu wyroku, najlżejszego poruszenia nie uczynił i stał przy ścianie jak wprzódy, skrzyżowane ramiona do piersi przyciskając. Urzędnik jakiś w kołnierzu zrzadka haftowanym złotem, przechodził tamtędy, i spostrzegłszy go, zatrzymał się przed nim. Znał go widać, i z życzliwym uśmiechem zaczął.
— No, cóż, panie Lipski? Dobrze skończyło się wszystko! Ale jakże będzie? Sztraf czy więzienie? Jutro rano sam przyjdę do was. Ale zapłaćcie lepiej... Dwieście talarów, rzecz niewielka, a panienki szkoda...
I pobiegł dalej. W tejże chwili Mieczysław oderwał się od ściany i skoczył ku wyjściu. Kilku biurowych kolegów chciało go przytrzymać i mówić coś, może doradzać... Ale jego oczy były tak rozpalone, że zza ciemnych okularów widać było ich błyski, a ostre łokcie rozpychały wszystkich i wszystko dokoła. Tak wypadł do długiej i jasnej galeryi, z rzędem ogromnych, jasnych okien, którą przepływała publiczność, zwolna znikając w dole, na wschodach. Tu obejrzał się, i we framudze jednego z okien spostrzegł Joannę, która tam stała może czekając na niego, może nie mając siły czy odwagi torować sobie drogi wśród tłumu. W tej chwili wiodła ona wzrokiem za grupą osób, znajdujących się już u przeciwnego końca galeryi. Były to dwie kobiety i jeden mężczyzna, powszechnie w tem mieście znany, przystojny, wzięty, przez panie, szczególnie ulubiony doktor Adam. Jak mnóstwo ludzi innych, przybył on tu dziś dla wysłuchania ciekawej sprawy sądowej, i łatwo było spostrzec, że wychodził pod wpływem poważnych i smutnych wzruszeń. Przecież gdy jedna z jego towarzyszek, wysoka i strojnie ubrana panna, z uśmiechem przemówiła do niego, uśmiechnął się także i w początku wschodów, pośpieszył podać jej ramię. Joanna uczuła w tej chwili, że ktoś ją chwyta za rękę, i zobaczyła Mieczysława, który schylony nad nią, prędko i cicho mówić zaczął:
— Idź sama do domu. Ja teraz z tobą iść nie mogę. Mam w mieście pilne interesa. Za kilka godzin wrócę. Idź sama do domu.
Wpatrywał się w nią rozognionemi wciąż oczami, i mocno ściskając jej rękę, dodał:
— Nie lękaj się... nie lękaj się tylko... nie lękaj!

∗             ∗
W kilka godzin potem, Mieczysław Lipski, znużonym krokiem wstępował na wschody swego mieszkania, powoli przeszedł kuchenkę, i w przyległym pokoju, z głośnem stęknięciem, usiadł na twardej staroświeckiej kanapie. Był widocznie ciężko znużonym, twarz jego wróciła do swej jednolitej papierowej białości; giestem zamyślenia i stroskania przesuwał długą, białą swą ręką po zmarszczonem czole. Nie zdziwiło go to wcale, że Joanny w kuchence nie zobaczył. Zeszła może na dziedziniec, do praczki, albo może zabrała ją na ten dzień do siebie poczciwa Rożnowska.

Jednak Joanna znajdowała się w kuchence, tylko siedziała w ciemnym jej kątku, ukryta za wysoką poręczą łóżka. Widząc wchodzącego brata, nie zerwała się zaraz, jakto bywało zwykle, aby przywitać go i zapytać, czy czego nie potrzebuje? Nie mogła może od razu wyrwać się z zamyślenia, albo miała do niego trochę żalu zato, że tak nieprędko wracał. Po kilku jednak minutach wstała, i powoli, cicho weszła do przyległego pokoju.
— Jesteś więc! gdzieżeś była?... — zapytał Mieczysław.
— Byłam w domu, tylko mię nie spostrzegłeś. Rożnowska przysyłała prosząc, abym do niej na resztę dnia przyszła, ale nie chciałam... Myślałam, że zaraz przyjdziesz... przyszedłeś tak późno...
— Aha! późno! — mruknął kancelista.
Dziewczynę ta obojętność brata na jej losy widocznie w serce kłóła. Stała o kilka kroków przed nim, ze splecionemi na sukni rękami, oczy jej głęboko zapadłe smutnie świeciły pośród bardzo mizernej twarzy.
— Myślałam, że zechcesz pomówić ze mną w ostatnim dniu... przed rozstaniem...
— Jaki ostatni dzień? jakie rozstanie? — mruknął znowu brat.
— Czyżbyś już zapomniał, że jutro zaprowadzą mnie do więzienia?
Po twarzy jej przebiegło kilka nerwowych drgnień. Zaraz jednak mówiła dalej:
— Trzy miesiące, to czas dość długi... a i potem najpewniej nie wrócę już do ciebie, tylko gdziekolwiek, w jakąkolwiek służbę pójdę... Trzeba więc pomyśleć o twojem gospodarstwie. Dziś wieczorem spiszę dokładnie twoję bieliznę i odzienie, abyś wiedział co masz, i okradać się nie dawał. Matkę Kostusia umówię, aby codzień zrana przychodziła mieszkanie ci uprzątnąć i samowar nastawić. W domu już jadać nie będziesz, bo któżby ci teraz gotował? Ale pójdę na chwilę do Rożnowskiej i dowiem się, czyby nie chciała za zapłatę obiad ci dawać. Miałbyś u niej jedzenie zdrowsze niż w restauracyi... Pamiętaj także, gdy wieczorem siadasz do pisania, lampę uważnie zapalać, bo masz zwyczaj czynić to tak, że pokój napełnia się dymem i swędem, co ci bardzo na oczy szkodzi... W spiżarce, przy kuchni, jest trochę masła, kaszy i mąki, a w piwnicy kartofli i warzywa sporo... dobrze zrobisz oddając to wszystko Rożnowskiej, jeżeli u niej jadać będziesz. Zawsze to ci trochę pieniędzy oszczędzi...
Gdy tak mówiła, Mieczysław patrzał na nią z dziwnym wyrazem oczu. W tych przedwcześnie zmordowanych i chorych oczach było tyle wesołości i razem tyle żalu, że trudno byłoby powiedzieć, czy wybuchnie on zaraz śmiechem, czy płaczem. Gdy Joanna mówić przestała, zapytał:
— Czy skończyłaś?
— Tak, — odrzekła, — zresztą przez dzisiejszy wieczór i jutrzejszy ranek może jeszcze coś przypomnę sobie...
Nie spuszczając z niej wzroku, przez kilka sekund wstrząsał głową, tak jakby dziwił się czemuś lub nad czemś ubolewał. Potem, nosowym swym przewlekłym głosem mówić zaczął:
— I ty naprawdę myśleć mogłaś, że ja pozwolę na to abyś szła do więzienia i trzy miesiące przesiedziała ze złodziejami i zgubionemi kobietami, w brudach, w błocie?..
Teraz Joanna zdziwiła się bardzo.
— Jakże może być inaczej? wyrok sądowy... ostateczny...
— Czyś nie słyszała? dwieście talarów kary pieniężnej albo więzienie... dwieście talarów! wyraźnie: dwie-ście! Czy nie słyszałaś?
Uśmiechnęła się i ramionami wzruszyła.
— Owszem, słyszałam. Ale to wszystko jedno. Dla mnie sumę tę dostać jest tem samem, co zdjąć gwiazdę z nieba; ani pomyślałam o tem.
— Aha! nie pomyślałaś — zawołał kancelista i tym razem, zerwawszy się z kanapy, wyprostował się w całej swej cienkości i wysokości, a długie kościste ramiona szeroko rozpostarł, co wszystko nadało mu niejakie podobieństwo do wietrznego młyna. W postawie tej, miotając w powietrzu ramionami, jak młyńskiemi skrzydłami, wołał:
— Zobaczą cię stróże więzienni, tak jak swoje uszy bez lustra! Plwam ja na pieniądze, tam gdzie idzie o honor, a może i życie mojej siostry! Bagatela! trzy miesiące w mokrych murach, w brudzie, błocie, ze złodziejami i łajdaczkami! Nie zpod ogona sroki wyskoczyłaś! Jesteś córką profesora, panną dobrze wychowaną i delikatną... Dlatego, żeśmy zbiednieli, to mamy już tarzać się po więzieniach, ze złodziejami i pijakami! Cha, cha, cha! cha, cha cha!
Nie chodził, ale biegał po pokoju, oddychając prędko, nerwowo śmiejąc się i giestykulując.
Joanna szeroko oczy ze zdziwienia otwierała.
— Ależ na miłość boską! Mieczku! co ty wygadujesz! Zkądżebyś ty wziął tyle pieniędzy? Wszak to niepodobieństwo!
Stanął i dłonią o stół uderzył.
— Otóż wziąłem! Otóż dostałem! Otóż przekonasz się, że nie jestem takim niedołęgą na jakiego wyglądam, i że ty nie jesteś już tak znowu zupełnie sama na świecie!
Poskoczyła, i ręce jego w swoje pochwyciwszy, mocno je ścisnęła. Mnóstwo uczuć wstrząsało jej rysami: niespodziana nadzieja wyzwolenia się od czegoś, przed czem, w tajemnicy swej duszy śmiertelnie drżała; radość, którą jej sprawiał ten wybuch braterskiej czułości; najbardziej przecież przestrach...
— Zkąd wziąłeś te pieniądze, Mieczku! Jakim sposobem dostałeś te pieniądze? drogi mój, co ty zrobiłeś!
Spróbował ręce swe wydobyć z jej dłoni, ale ona je z całych sił, coraz mocniej ściskała.
— Zkąd wziąłem? nie ukradłem ich przecież. Wiesz o tem dobrze, że nie ukradłem. Pożyczyłem i koniec!
Joanna od stóp do głowy zadrżała.
— Pożyczyłeś! — krzyknęła, — ależ to dla ciebie ostatnia zguba! Jakże ty będziesz mógł tak wielką sumę zwrócić. Suchym chlebem chyba żyjąc! A któż ci pożyczył? Bogatych ludzi nie znamy. Pierwsza Rożnowska dałaby, gdyby miała, ale nie ma. I nikt z tych biednych ludzi takich wielkich pieniędzy nie ma! Któż ci więc je pożyczył? Kto? kto? kto?
I dopóty ścigała go tem natarczywem, gwałtownem pytaniem, dopóty wzrok swój gorejący i strwożony w jego oczach zatapiała, dopóki z niechęcią i prawie gniewem nie wymówił nazwiska jednego z najbardziej znanych w tem mieście lichwiarzy.
Joanna, uderzyła głośno w dłonie, a potem niemi twarz sobie zakryła.
— Boże! — mówiła — Boże! Boże!
Przez kilka minut, prócz tego jednego wyrazu nic wymówić nie mogła. Biedny jej brat ze zwichniętem życiem przez nią, dla niej, oddawał się jeszcze w ręce lichwiarza, wstępował w przepaść długów, zgryzot, nędzy... Odjęła ręce od oczu i obejmując go ramionami, błagać zaczęła, aby pozwolił jej iść do więzienia. Mówiła mu, że jest zdrową, silną, młodą i może wszystko wytrzymać; że słusznem jest, aby niosła odpowiedzialność za to, co czyniła sama; że ten dług, który zaciągnął, stokroć więcej sprawia jej bolu i trwogi, niż te trzy miesiące... tam!.. A gdy on przecząco wciąż głową wstrząsał i z wielkiem wzruszeniem lecz stanowczo powtarzał: »Nie, Joasiu, nie! nie! ja na to przystać nie mogę!« osunęła się na klęczki i rękoma kolana jego objąwszy, błagała go gradem słów, które przechodziły w namiętne krzyki.
— Mieczku! najdroższy! pozwól, pozwól, pozwól mi tam pójść, a pieniądze te odnieś temu, od kogo je wziąłeś... Zaraz, zaraz, zaraz je odnieś! Pozwól braciszku złoty, pozwól mi tam pójść!
Płakała gradem łez. Wielki warkocz jasnych włosów odwinął się z jej głowy, i rozpleciony, stargany, strugą bladego złota osypywał grube obuwie kancelisty. Ale on, schyliwszy się prędko i podnosząc ją z klęczek, długiemi swemi, twardemi ramionami, mocno do swej piersi przycisnął.
— To już, moja droga, być nie może. Pieniędzy tych oddać nie mogę. Są już one u tego urzędnika, który tu przyjść miał jutro rano, aby cię do więzienia zaprowadzić, — a teraz nie ma po kogo przychodzić! Cha, cha, cha, cha!
Śmiał się trochę gapiowato a trochę nerwowo, ze szczególnem zmieszaniem tryumfu i goryczy. Ona cicho, głęboko na jego piersi płakała. Stało się. Dlatego przez kilka godzin do domu nie wracał, że starał się o pieniądze i odnosił je temu, komu należało. Wdzięczność bez granic, radość wyzwolenia, żal nad bratem i trwoga o jego przyszłość, przejmowały do głębi dziewczynę starganą strasznemi wrażeniami tego dnia. Nie mogła mówić, tylko z całej siły przyciskała się do piersi tego dziwnego chłopca, który miał pozór tak zgnębiony i zamarły, wydawał się zwykle tak obojętnym, a teraz...
Przycisnęła usta do jego ręki i cicho rzekła:
— Niechże więc będzie tak, jak ty chciałeś.
Zmęczony Mieczysław położył się na kanapie, za stołem okrytym kancelaryjnemi papierami. Joanna wróciła do kuchni i zakrzątnęła się około nastawiania samowaru. Napełniła samowar wodą i ze dzbankiem w ręku stała chwilę nieruchoma. Potem, widocznie zmuszając się do ruchu, nabrała z piecyka węgli, które także do samowara wrzuciwszy, znowu zwiesiła ręce na suknię, i stanęła prosta, sztywna, szklanym wzrokiem patrząc na stojącą u ściany szafkę. Sprzęt ten przypomniał jej snać o czemś, bo postąpiła ku niemu i zaczęła z niego wyjmować szklanki i łyżeczki. Ale te dwie ostatnie wypadły jej z ręki na podłogę, ona zaś, zamiast je podnieść, pochwyciła nóż i bułkę chleba. Ruchy jej były prędkie i nierówne, co chwila powstrzymywane nieodpartem zamyśleniem. Nakoniec nóż i chleb na stół rzuciła, i rękami twarz zakrywając, a czoło przyciskając do drzwiczek szafki, wybuchnęła gwałtownie tłumionym płaczem. Co ona teraz z sobą pocznie? Jaka teraz będzie jego przyszłość? O! straszna pustka jej życia, a straszniejsze jeszcze jego troski, zgryzoty, ruina! Stłumiła łkania i płakać przestała. Lękała się, aby jej płacz w przyległym pokoju nie był usłyszanym i przestała płakać. Ale nic robić nie mogła; formalnie nie mogła. Trzeba jej było myśleć, myśleć, myśleć i myślami temi zjadać własne serce. Usiadła na ławce przy oknie i myślała. Osłupiały wzrok jej błądził za szybami, nie widząc nic, prócz kilku czarnych brzydkich dachów i kawałka nieba zasnutego wydobywającym się z kominów tłustym dymem. Nie było w tym widoku żadnej rozrywki i żadnej pociechy; więc też twarz Joanny stawała się coraz bardziej posępną. Łzy jej oschły, ale bladą zazwyczaj cerę zapłynął odcień przykrej żółtości, a po spłowiałych ustach, po raz pierwszy w jej życiu wić się zaczął gniewny, cierpki uśmiech.
Wtem, drzwi od kuchenki skrzypnęły i ukazały się dwie dziecinne postacie. Był to duży Kostuś w swem ubraniu z grubego płótna, bosy, ciężki, przygarbiony i za rękę prowadzący małą pucatą Mańkę, prędko drepczącą także bosemi nóżkami, wydobywającemi się prawie po kolana zpod luźnej, spłowiałej sukienczyny. Nie upłynęło kilku sekund, a chłopak, lękliwie i z zasępioną jakąś czułością, zpod brwi spoglądając, przed Joanną ukląkł, dziewczynka zaś trzepocząc małemi nogami i rękami, z cichym chychotem na kolana jej wskoczyła. U nóg Joanny leżał pęk czeremchy, która teraz właśnie rozkwitała na świecie, a której sporą garść syn ślusarza narwał zapewne w czyimś ogrodzie, i milcząc, tu na podłodze położył. Silny zapach tego śnieżnego, wiosennego kwiatu napełnił kuchenkę. Kostuś zaś, wciąż tem samem spojrzeniem przywiązanego i lękliwego zwierzątka zpod brwi na nią patrząc, wyjął z zanadrza spory zeszyt i rozwarłszy go, powoli zaczął czytać:
— Próż-nia-ctwo jest oj-cem wszy-stkich grze-chów. Kto ra-no wsta-je, te-mu Pan Bóg da-je.
A mała Mańka, także zza sukienki wyjęła stary elementarzyk, zbrudzony, zgnieciony, i roztwierając go na tej karcie, gdzie się znajdował alfabet, zaczęła:
— A... b... c...
Joanna zcicha śmiać się zaczęła, i całowała ciemne, zmarszczone czoło chłopca i jędrny, rumiany policzek dziewczynki. Oni ucieszyli się tem bardzo. Ztąd powstał mały gwar. Z sąsiedniego pokoju, nosowy, zaspany głos zapytał:
— Kto tam taki, Joasiu? Z kim rozmawiasz?
Joanna spłonęła ciemnym rumieńcem i twarz ku oknu odwracając, odpowiedziała:
— Dzieci...
— Dzieci! — zawołał Mieczysław i natychmiast stanął w progu. Na policzkach jego znowu wybiły się czerwone plamy, i oczy mu pałały, ale tym razem gniewem. Właściwie był to gniew pochodzący z przestrachu, który wyraźnie malował się na twarzy, w postawie i wszystkich ruchach kancelisty.
— Znowu dzieci! — powtórzył głosem podniesionym, — czy zupełnie już mam zginąć przez te przebrzydłe bębny? Czy niedość już było biedy? Jeszcze może miejsce w biurze i ostatni kawałek chleba mam stracić!
Giestykulował popędliwie i nogą o podłogę uderzał. Przestrach niespodziewaną siłę nadawał jego głosowi. Przeraźliwie prawie krzyknął:
— Precz mi ztąd, malcy! Żeby tu od dnia dzisiejszego noga wasza nie postała; bo jak was jeszcze kiedy zobaczę, na gorzkie jabłko stłókę. Precz! precz!
Chłopiec i dziewczynka w mgnieniu oka zniknęli...
Joanna zapaliła lampkę, urządziła herbatę, i razem z pokrojoną na talerzu bułką zaniosła ją bratu, który przy zapalonej też lampie pilnie już pisał. Codziennie spędzał nad takiem pisaniem długie godziny i w biurze i w domu. Postawiwszy szklankę i talerz na stole, pochyliła się i pocałowała schyloną nad papierami głowę brata. O! najlżejszej do niego nie czuła urazy. Miał prawo tak postąpić, był przelęknionym, lękanie się to rozumiała. Tylko czuła, myślała, że znowu koniecznie coś z sobą począć wypada, jak najrychlej! jak najrychlej!
Tymczasem usiadła w kuchence i zaczęła wyszywać na nowej chustce cyfrę Mieczysława.
Czeremcha przez dużego Kostusia przyniesiona, napełniała kuchenkę odurzającym zapachem; samowar stojący, u pieca, szumiał i parą buchał; z dołu, zpod podłogi dochodziły głuche szmery, nad któremi od chwili do chwili wzbijał się stuk przewróconego sprzętu, albo kłótliwy czy hulaszczy okrzyk. Szynk tam rozpoczynał swoje nocne, podziemne życie.
Ale, co tam takiego zaszeleściło za wysoką poręczą łóżka — i ze zmroku, tuż przy ziemi, wysuwać się zaczęło, z nieokreślonemi formami?.. zwierzątko? dziecko?.. Jakieś dwie rączki opierały się o podłogę... jakieś jasne włosy odbiły się bladem złotem na tle brudnej ściany, jakaś para oczu zaświeciła przeczystym błękitem... Było to dziecko, które przez kilka sekund pocichu pełznąc na czworakach, nagle, z wybuchem śmiechu, wskoczyło na kolana osłupiałej w swym smutku dziewczyny.
Duży Kostuś uciekł, a mała Mańka schowała się tylko za łóżko i czekała, póki pan nie przestanie gniewać się i krzyczeć. Ona tu i dziś nocować będzie, jak wiele razy nocowała; a teraz, chce trochę z elementarza poczytać, pokazać co już umie... że już wszystko umie... Wszystko, od a aż do p... od p nie umie ale, wczoraj nauczy się...
Chciała zapewne powiedzieć jutro, a powiedziała wczoraj, ale to nic! Joanna znowu całowała ją i zapytała, czy rodzice jej wiedzą o tem, że tu nocować zamierza?
Z przyległego pokoju zabrzmiało pytanie:
— Kto tam znowu? Z kim rozmawiasz Joasiu?
Zcicha i z wielkiem zmieszaniem Joanna odrzekła:
— To Mańka... Czy mam powiedzieć jej, aby szła precz?
W przyległym pokoju, przez długą minutę panowało milczenie; aż przewlekły, nosowy głos męski wymówił:
— Daj jej trochę herbaty.
W dole pod podłogą, rozległo się znowu głośne stuknięcie i zawrzał bezładny hałas. Czy tam pijak jaki upadł i głową uderzył się o róg ławy? Może człowiek na człowieka podniósł pięść tak silną, że go obalił na ziemię okrytą śmieciem i zalaną trunkiem? Może to takim stukiem i krzykiem zawrzała tam bezrozumna, bezecna zabawa?
Nad zuchwałym hałasem szynku, w kuchence oświetlonej małą lampą i napełnionej zapachem czeremchy, blada dziewczyna, z twarzą zmęczoną i zapłakanemi oczami, trzymała na kolanach bose, pucate, śmiejące się dziecko. Zza krótkiej, spłowiałej sukienki, tłusta, czerwona rączka dziecinna wyjęła znowu mały, zbrudzony, zgnieciony elementarzyk, a srebrny głosik zadzwonił długim, figlarnym śmiechem.
Z przyległego pokoju ozwało się przeciągłe syknięcie:
— C-i-i-i-cho!
— C-i-i-i-cho! — schylona nad dzieckiem powtórzyła Joanna.
Maleństwo stłumiło srebrną dźwięczność swego głosu, i tłustym, krótkim paluszkiem o każdą z liter uderzając, cicho, szeptem prawie czytało
— A... b... c...






PRZY DOCHODZENIU ŚLEDCZEM.
Przed rokiem zaledwie Aleksy von Szarlow ukończył uniwersyteckie studya, a już, dzięki staraniom i wpływom swej możnej, światowej, w stolicy mieszkającej ciotki, zajmował urząd sędziego śledczego, w jednem z zachodnich miast Państwa. Syn pułkownika Pawła von Szarlow, szeroko niegdyś słynącego z pięknej swej powierzchowności, niezrównanej jazdy konnej, galanteryi dla dam i dobrodusznych, wesołych instynktów, które skłaniały go do rozrzucania tak uczuć jak pieniędzy na wszystkie wiatry świata, Aleksy wydawał się tym, którzy znali świetnego niegdyś huzara, wielce podobnym do swego ojca i zarazem zupełnie do niego niepodobnym. Ta sama rasa, ta sama krew, ale inne czasy i inny sposób życia.

Odziedziczył on po ojcu swym wzrost wysoki, lekko zarumienioną białość twarzy, źrenice błękitne i złotawo rude włosy, a znad czoła gęstą i długą falą w tył spływające, a krótkim zarostem okalające ściągłe policzki. Ale ktokolwiek pamiętał silnego, muskularnego, w ćwiczeniach wojskowych i wesołem życiu szeroko rozrosłego pułkownika, ten przyznać musiał, że długi szereg lat, spędzony wśród mgieł i wyziewów wielkiego miasta, na szkolnych i uniwersyteckich ławach, nad książkami i piórem, w sposób szczególny zwęził i zwątlił postać jego syna. Tam było panowanie żelaznych muskułów i wartkiej, gorącej krwi, tu wzięły przewagę gorączkowo pracowite czynności mózgu i nerwów. Młody ten człowiek rósł i dojrzewał w atmosferze przesyconej pierwiastkami współczesnych namiętności i idei świata, które na twarzy jego wycisnęły piętno surowości, a w źrenicach roznieciły płomień budzonych przez się zapałów. Z zarysu i poruszeń delikatnych warg jego, z groźnego niekiedy zsuwania się brwi, z ponurej prawie błyskawicy, która często i na długo zapalając się w jego oczach, gasła potem w mgle smutnego lub miłosnego rozmarzenia, łatwo było odgadnąć chorobliwą niemal wrażliwość na wszystkie dźwięki, z których składa się olbrzymia i odwieczna pieśń ludzkich żalów i żądz, miłości i nienawiści.
Wszystkie te cechy ujawniały się wyraźnie w chwili, gdy Aleksy w małem swem mieszkaniu, z piórem w ręku, pochylał się nad dużem i znaczną ilością papierów zapełnionem biurem. Biuro to stało w głębi obszernej alkowy, zaopatrzonej w okno, a szerokiem wejściem połączonej z salonikiem, za którego dwoma oknami szemrała i turkotała ulica niewielkiego, ale dość ludnego i ruchliwego miasta.
W saloniku, skromnie, lecz nie bez pewnej wytworności urządzonym, najwięcej miejsca zajmowały książki i dzienniki; alkowę zato napełniały przedmioty, mające ścisły związek z obowiązkowemi czynnościami młodego urzędnika. W mocno zamkniętych szafach odgadnąć można było stosy zapisanych papierów, z których każdy nosił na zewnętrznej swej karcie wypisane nazwisko człowieka, którego winy prawdziwość i stopień tu właśnie ulegały badaniu i dochodzeniu. Pewna ilość takich papierów piętrzyła się także na stołach i biurku, a pomiędzy niemi widać było porozrzucane szkice rysunkowe, przez które sędzia śledczy uwyraźniał i udokładniał obrazy i szczegóły badanych miejsc i wydarzeń. Te urywki pejzażów często malowniczych, a zawsze spokojnych, te wnętrza wiejskich i miejskich mieszkań, wysuwając się zpod bibuły okrytej sztywnem, kancelaryjnem pismem, zadziwiały zrazu i pociągały oko czemś tajemniczem, czemś, czego się tu spodziewać nie było można, a co myśl i wyobraźnię pociągało daleko od tej alkowy i tego biura i tej szumiącej za oknami ulicy, ku jesiennemi badylami porosłym ogrodom, ku ścieżkom wijącym się wśród samotnego pola, ku cichym izbom, gdzie w zimowe wieczory płoną wielkie ogniska rodzinne, dzwonią dziecinne śmiechy, sucho kołaczą krośna gospodyń.
Nagle widz przypomniał sobie, że po tych ogrodach i ścieżkach chodziły występki, że te ogniska zakrwawiała zbrodnia. Ale nie same tylko te rysunki przypominały w tem miejscu podziemne i nocne dzieje. Na krzesłach i ziemi spoczywały tu przedmioty w nagromadzeniu swem bardzo dziwne. Były to grube wory, pełne ohydnych jakichś łachmanów, kawałki płótna i sukna z błotnistemi albo rdzawemi plamami, żelazne narzędzia o niepojętych kształtach, kije węzłowate i ciężkie toporki, noże, powrozy, nawet kamienie, tu i owdzie kartki brudne, grube, prawie nieczytelnem pismem okryte, tłuszczem przesiąkłe pugilaresy i notatniki, kawałki cuchnących rzemieni, potwornie stopy ludzkie naśladujące obuwia — cały arsenał poszlak, wskazówek, dowodów... Wielki smutek rzeczy, a zarazem inteligientna i gorliwa praca urzędnika sprawiedliwości napełniały tę alkowę, w której głębi, o dość wczesnej porannej godzinie, Aleksy von Szarlow, pisał list do przyjaciela.
»Stanowczo, kochany mój Sergiuszu, pokolenie nasze nie umie wspominać i z kipiącego życia teraźniejszości dystylować sobie ckliwej ale podobno subtelnej woni grobów. Gdy przyszliśmy na świat, morze wzbierało. Wielkie nowe wody zalały stare twierdze nadbrzeżne; jak okiem sięgnąć, rozum i przesąd, krzywda i przemoc, ciemności i świty, i nie wiem co jeszcze więcej, jak fale z różnych stron przypływają, rosną, pienią się, następują wzajem na siebie, uderzają się piersiami, z takim szumem i hukiem, że czując w sobie ich ruchy i głosy, przestajesz często czuć samego siebie.
»My załoga portowa, musimy biegać z miejsca na miejsce, z toporem, sondą, z kielnią, z cyrklem — tu badać głębinę otchłani, tam dopomagać zniszczeniu, gdzieindziej rozmierzać miejsca dla nowych gmachów, albo już do ścian rozpoczętych przylepiać cegiełkę, dla której uosobienia oddajemy zawsze część naszej krwi serdecznej, a czasem i nasze życie. Gdzież nam do wspominania i wygrzebywania z pamięci różowych naszych poranków! Południa nasze upalne i chmurne, a wieczory nadchodzą szybko.
»Wspominali i blaskami poranków swych bawili się ci, którym dzień cały pogodny był i wesoły, bo widzieli w co mieli wierzyć, jakich rozkazów słuchać, i mniemali, że słońce i gwiazdy obracają się dokoła nieruchomej ziemi. Myśmy nietylko dowiedzieli się, że ziemia nie jest nieruchoma, ale i zapragnęliśmy własnemi piersiami popchnąć ją do prędszego ruchu. Kto szybko biegnie i jeszcze coś ciężkiego przed sobą popycha, ten nie ogląda się za siebie. Zatraciliśmy nawet w sobie zdolność patrzania wstecz. Dlatego pogardziliśmy historyą, tą nauką, która tak szerokie miejsce zajmuje w ukształceniu narodów stagnacyjnych, ciągnących za sobą wóz olbrzymi, na którym rozsiada się, stopami swemi głowy ich gniotąc, ospały i ciężki bożek tradycyi.
»Ty wiesz najlepiej, czy i jak kocham naukę, i czego od niej spodziewam się dla świata. Ale historyi nie lubiłem nigdy. Nie lubiliśmy jej obaj: nie zajmowała nas, bo nie mówiła nam nic o teraźniejszości; gardziliśmy nią, bo nie nauczała nas jak mamy sobie radzić z teraźniejszemi naszemi bolami i dążeniami. Więc też pierwszy lepszy zachodowiec osłupiałby ze zdumienia, gdyby zajrzawszy do głowy takiego jak ja patentowanego jurysty, ujrzał całą zupełność jego nieświadomości, w rzeczach tyczących się dziejów przeszłych własnej nawet jego ojczyzny.
»Ale ja i własnej swojej historyi nie znam, nie lubię, nie wspominam. Co mi z niej? co światu z niej? Teraźniejszość i przyszłość, czyli przyszłość zaszczepiana na pniu teraźniejszości, to dla mnie wszystko o co dbam, co może mię zajmować, cieszyć, udręczać. Tymto usposobieniom przypisuję zupełną obojętność i brak wszelkich wyraźnych wspomnień, z jakiemi przybyłem w strony, w których upłynęła mi część dzieciństwa. Wyobrażam sobie, coby się też działo z Pawłem von Szarlov, niezapomnianym ojczulkiem moim, gdyby go tak jak mnie w dojrzałości wieku, los przywrócił miejscom, do których u piersi swej przywiozła go była matka, a które opuścił dużym ośmioletnim chłopcem, w ślad za opuszczającym te strony, zrujnowanym i owdowiałym ojcem.
»Paweł von Szarlov, wypieszczony syn bogatej obywatelskiej rodziny, a potem świetny i wesoły huzar, znajdowałby tu na każdym kroku pełno rozczulających wspomnień; co większa, wyszukiwałby ich starannie, wyławiał z dna swej pamięci, odgrzebywał zpod każdego przydrożnego kamienia, takby ich woń subtelna i barwa jutrzenkowa wydawały się mu uroczemi. Byłoby tu co niemiara wykrzykników, westchnień, rzewnych uśmiechów. Raz w raz wybiegałyby mu na usta słowa i frazesy. Droga nieboszczka matka! mała, tu pogrzebana siostrzyczka (w tych stronach ojciec mój stracił małą siostrę; ale pozostały mu dwie inne, które szczęśliwie wyrosły, a z których jedną jest nieoceniona moja wychowawczyni i dobrodziejka, ciocia Tonia); tu biegałem! tam wyrządziłem komuś jakąś psotę! ówdzie za karę klęczałem! a tam znów siedziałem pod drzewem i jadłem doskonałe wiśnie! I ręczę, że pomimo całej szerokości swych ramion i okrywających je epoletów, pułkownik miałby często łzy w oczach. Ja nie.
»Wiem, że w tej gubernii mieliśmy spory majątek (podobno 500 dusz poddanych), kupiony przez mego dziada, czy za zasługi mu darowany; wiem, że po stracie dóbr posiadanych gdzieindziej, ojciec mój przywiózł tu swoję rodzinę, i że gdzieś, w tych stronach, blisko tego miasta, w którem przebywam obecnie, mieszkaliśmy lat kilka, poczem matka moja umarła, majątek poszedł w ślad za poprzednikami swemi, czyli rozsypał się po kieszeniach lichwiarzy i różnego gatunku wierzycieli, a myśmy wyjechali do stolicy, gdzie ojca, siostrę moję i mnie wzięła pod swą opiekę ciocia Tonia... bo byliśmy jako ptaki, które nie sieją i nie orzą, albowiem nie mają już gdzie orać i siać. Wiem o tem wszystkiem, ale nie dotyka to wcale moich uczuć.
»Jedno tylko: Odkąd tu przybyłem, częściej niż przez kilka lat ostatnich przypominam sobie ojca. W tych stronach już będąc, zażądał on dymisyi, i otrzymawszy ją, zaczął naprawdę przebywać ze swą rodziną. Wprzódy, życie wojskowe, często rozłączało go z żoną i dziećmi, które pomimo wesołego życia swego i głośnych romansowych przygód, kochał, o! i jak kochał! Opuszczenie służby wojskowej, którą lubił, dla której był jakby stworzonym, kosztowało go wiele, ale krok ten dla siebie bardzo ciężki, uczynił w celu ciągłego już przestawania z żoną, która na zdrowiu zapadać poczęła, i uratowania dla dzieci resztek znacznej niegdyś fortuny. Mniemał, że siedząc na wsi i gospodarząc, pozbędzie się kosztownych swych przyzwyczajeń, rozstanie się na zawsze z kartami, romansami i hulanką. Nie udało się, krew burzyła się jak i wprzódy. Do dyabełka i butelki zabrakło towarzyszy huzarów — znaleźli się inni.
»Ta fortuna pękła jak tamte, ale przez lat kilka ojciec często, w przestankach pomiędzy zabawami przebywał w domu, z nami, a im więcej za domem stracił i nagrzeszył, tem czulszy potem i serdeczniejszy był dla nas. Dobry był. W naturze jego było dziwne pomieszanie burzliwości i dobroci, słabości i odwagi. Na wojnie waleczny żołnierz i wódz wyborny, w życiu prywatnem, oprócz żony i dzieci nie skrzywdził nikogo; pewien jestem tego tak, jak uderzeń własnego serca, które silniejszemi stają się gdy o nim sobie długo wspominam.
»Ale ruinę majątkową, która matce naszej skróciła życie, a nas pozbawiła możności próżniaczego zbytkowania, myśmy mu przebaczyli i matka, i siostra, i ja... który nie potrzebowałem nawet przebaczać, bo na co mi wielka fortuna? Mnie wstyd nawet czasem tych miękkich stołków, na których siadam i tego cienkiego tużurka... Przebaczyliśmy wszystko temu dobremu i pięknemu człowiekowi, którego obraz, w pracy i gwarze lat uniwersyteckich zatarty nieco w mej pamięci, żywy i kochany staje teraz przede mną często i jest jedyną pamiątką przeszłości, którą lubię i z którą rozstać się nie chcę, a gdybym chciał nie mogę, bo nie ja jej szukam, ale ona we mnie mieszka i żyje...«
Tu Aleksy von Szarlow pisać przestał, i nie wypuszczając pióra z ręki, podniósł znad papieru oczy zamglone miłosnem prawie marzeniem. Rysy jego zmiękły, czoło wypogodniało, smutny trochę uśmiech złagodził zarys ust najczęściej surowych. Po chwili jednak zawstydził się snać swego rozrzewnienia i śpiesznie znowu pisać zaczął.
»Otóż i uderzyłem w strunę sentymentu. Takato już nasza natura. Rób co chcesz, krzep się przeciw mazgajstwu, twardnij w gniewie na niesprawiedliwości i nikczemności świata, — bez sentymentu obejść się nie możesz i choć kiedyniekiedy stawać się musisz gołębiem gruchającym nad czemkolwiek lub do kogokolwiek. Nie zawsze ja jednak myślę o tym kochanym człowieku, który przed dziesięciu już laty położył się w mogile. Przybywając w te strony, żywiej go sobie przypomniałem; nic więcej. Wiele, wiele jest innych rzeczy, o których tu myśleć mi przyszło.
»Im więcej pociąg, którym jechałem, zbliżał się ku temu miastu, tem chciwiej i nieustanniej patrzałem przez okno wagonu na mijane pola, dwory i wsie. Otóż i kraj ten, z którego naturą i mieszkańcami zapoznałem się tak dokładnie, dzięki dzielnym publicystom naszym! Otóż ja mam przed sobą, tę ziemię, która rodziła przez wieki ponure ziele niewoli! Otóż, na polach i drogach, w wagonach i na drogowych stacyach, widzę tych ludzi, którzy przez wieki rozłamywali się na dwa przepaścią rozdzielone z sobą odłamy społeczne: panów i niewolników! Nie potrafię ci opisać wszystkich uczuć, które we mnie powstały, mieszały się, wrzały.
»Były to te same uczucia nienawiści i pogardy dla ciemiężców a nieskończonej litości dla uciemiężonych, którycheśmy prawie wszyscy doświadczali za uniwersyteckich i nawet wcześniejszych jeszcze, bo gimnazyalnych czasów, przy czytaniu broszur lub dziennikarskich artykułów, opisujących te strony i ich ohydne stosunki społeczne. Ale te uczucia potęgowały się teraz we mnie przez to, że własnemi, żywemi oczami patrzałem na tych ludzi. Wrzałem, powiadam ci, Sergiuszu, że czułem sam, jak widok każdego wykwintnego paltota i każdej białej ręki tutejszych królewiąt, rozniecał mi w źrenicach pożar nienawiści. Każda zato chłopska siermięga, każda dłoń w pracy zgrubiała, każdy grzbiet zgięty od dźwiganych brzemion, napełniał mię współczuciem tak dojmującem, że bolało mię ono daleko głębiej i nieznośniej, niż kiedykolwiek zaznany ból osobisty.
»Kilka miesięcy, które już tu przebyłem, nie zmieniły i nie umniejszyły tych usposobień moich. Owszem, na widok tutejszego ludu, pogrążonego w ciemnocie i grubiańskich nałogach, czuję wciąż wzrastające oburzenie przeciw tym, którzy przez długie wieki byli sprawcami jego niedoli. To oburzenie, pomimo mojej woli i wiedzy wybucha mi w spojrzeniu, ruchach, głosie, ilekroć wypadek, albo służbowe moje czynności wprowadzają mię z nimi w stosunek bezpośredni. Gdy patrzę na nich, do głowy mojej sama przez się, niewywoływana uderza myśl, że są to synowie tych, którzy miliony istot ludzkich skąpali w morzu cierpień i upodlenia. A mnóstwo widuję i takich, którzy jeszcze sami pełnili czynność zaciskania obroży na szyjach upokorzonych, ogłupionych, z bolu zdrętwiałych. Nienawidzę ich.
»Całą siłą myślenia i uczucia mego godzę się z tą grupą naszych publicystów, którzy żądają jak najśpieszniejszego zaniknięcia tej jadowitej rośliny, tu i owdzie jeszcze na tym gruncie przetrwałej. Tylko, muszę ci powiedzieć, że motywy tego żądania u nich są inne, a u mnie inne. Pomiędzy-plemienną nienawiść potępiam jako jeden z najgłupszych i najszkodliwszych zabytków przeszłości, i zdaje mi się, że jestem od niej całkiem wolnym. Kosmopolityzm, niewyłączający miłości dla ojczystego kraju i obowiązku służenia mu wedle możności, posiada we mnie szczerego hołdownika i wyznawcę. Ale szeroka i wiekowemi cierpieniami nabrzmiała fala demokratyzmu uderzyła mi w pierś wtedy jeszcze, gdym był pacholęciem, i sączyła się do wnętrza mego, ze wszystkiemi wrażeniami młodości, z każdem światłem, które w mój rozum wnikało. Tak jak całe pokolenie moje, kocham maluczkich i krzywdzonych, a nienawidzę pysznych i krzywdzicieli.
»Może i miłość ta, i nienawiść tem gorętsze są we mnie i bezwzględniejsze, że w żyłach moich płynie namiętna krew Pawła von Szarlov. Przekazał mi on w dziedzictwie zdolność do wielkich szałów, tylko gdy u niego sprowadzały one burze krwi i zmysłów, u mnie, wzbierają w nawałnicę myśli i altruistycznych wzruszeń. Może zresztą inna jeszcze istnieje przyczyna mojej czarnej niechęci dla tych zpomiędzy mieszkańców tego kraju, którzy do niedawna jeszcze byli absolutnymi i, o! jakże bezwzględnymi władcami milionów swoich współbraci. Wyobrażam sobie, że żadne na świecie spojrzenie, z tak straszną nienawiścią i pogardą nie spoczęłoby na ciemiężącym Helotach Lacedemończyka, jak spojrzenie rzymskiego Spartakusa. A wiesz dlaczego Spartakus uczułby najmocniej i cierpienia Heloty i nikczemność jego władcy?... Ale pocóż szukać przyczyn dla uczuć tak sprawiedliwych, i wygrzebywać motywy pojęć, nam wszystkim, ludziom dzisiejszym, tak dobrze znanych?
»Motywy, pobudki, okoliczności łagodzące winy, lub je obciążające, posiadają niezmierną wagę w dziejach występków i zboczeń jednostek. Lecz zbiorowe sprawy niechaj sobie szczęśliwie pod skalpel analizy biorą społeczeństwa wystygłe, spróchniałe, niewiele już popraw bytu swego mogące się spodziewać od przeszłości. Tak też one czynią, i grzęzną, grzęzną po uszy w swem tradycyjnem błocie, powstanie jego subtelnie tłómacząc, a dzieło czyszczenia i osuszania swych gruntów odkładając na potem, na kiedyś, kiedy się rzecz wedle ich zleniwiałego rozumu dosyć już wyjaśni. My, młodzi, świeżo przybywający na arenę cywilizacyjnych prac i walk, niecierpliwsi jesteśmy, rzutniejsi. Świeże nasze siły, domagają się jak najprędszego użycia, niesterane namiętności przygłuszają często głos samego rozumu. U nas, gdy idzie o sprawy zbiorowe, złe jest złem, dobre dobrem, krzywda krzywdą i krzywdziciel krzywdzicielem, jakichkolwiek tłómaczeń i usprawiedliwień dostarczyćby mu mogły wszystkie etnograficzne, historyczne i psychologiczne dociekania.
»Pamiętasz, Sergiuszu, tego naszego młodego filozofa Anglika, który, gdyśmy jeszcze przechodzili drugi i trzeci kurs prawa, nie wiem już jakim sposobem, popadł w nasze koleżeńskie najserdeczniejsze kółko? Pamiętasz ten głos flegmatyczny i suchy, który z precyzyą kamieni padających w burzliwy potok, w najgorętsze nasze rozprawy rzucał zawsze jednostajne słowa: — »Determinizm, moi drodzy, determinizm! co czynicie z teoryą deterministyczną?« — Cali w ogniu i pocie rozpraw, pełnemi usty rzucając na cztery strony potępienia i wyroki, z pewnem zdziwieniem zawsze oglądaliśmy się na sztywną postać i białą, rozważną twarz naszego Edwarda. A on, w jednej czwartej zaledwie otwierając usta, śmieszną i świszczącą mieszaniną dwóch języków, swego i naszego, wciąż prawił: »Szukajcie przyczyn, my dear friends, szukajcie wpływów! człowiek jest sumą działających na niego wpływów. Determinizm my dear friends, determinizm! szukajcie determinizmu który wypadł wam z głowy, jeżeli był w niej kiedy «.
»Naczytał się swoich Buckle’ów, Mill’ów, Spencer’ów i mniemał na dobre, że te, zresztą bardzo szanowe głowy, natura wytworzyła dla położenia ostatecznego kresu rozwojowi myśli ludzkiej. Zachodowiec! W prawdziwie angielskiej zarozumiałości swej nigdy uwierzyć nie chciał w to, cośmy mu nieraz powtarzali, że przybywa na świat siła nowa, świeża, i przynosi z sobą świeże zdolności, nowe twory.
»Tę siłę, Sergiuszu, ja czuję w sobie zdwojoną, potrojoną, odkąd tu jestem. Nie chcę szukać przyczyn i wpływów, ani tracić czasu na zagłębianie się w teoryach. Na ostrzu miecza umieszczam spór pomiędzy dobrem i złem, sprawiedliwością i krzywdą, trucicielami i tymi, których przez wieki trucizną pojono z pełnego i nigdy niewyczerpującego się kielicha. Niechaj to plemię zginie, nie dlatego, że jest plemieniem tem a nie innem, ale dlatego, że w niem upostacia się jeden z najgłupszych przesądów, jedna z najsroższych ran i ze wszystkich pewnie najohydniejsza zbrodnia przeszłości.
»Jako urzędnik, nie chcę ku celowi temu posługiwać się żadnemi środkami. Sprawiedliwości jednostkowej mieszać nie będę ze sprawiedliwością zbiorową. Czynić tego nie mogę, a gdybym nawet mógł, nie pozwoliłoby mi na to sumienie moje. Ale, jako człowiekowi, pozostaje mi życie prywatne ze wszystkiemi jego stosunkami, wpływami, z całą jego minimalną choćby pracą nad przedsięwziętem dziełem. Tem dziełem mojem, ukochanem, wszystkich sił moich wzywającem, będzie pocieszanie i podnoszenie tak długo krzywdzonych i maluczkich, a umartwianie i niszczenie pysznych i krzywdzicieli, chociażby zadawanie krzywd nie było już, ku wielkiemu ich smutkowi, w ich możności.
»I nie wiem, co mi większą rozkosz sprawić może, czy w upośledzonym i zbydlęconym dotąd człowieku powitać równego mi ludzkiemi przymiotami brata, czy na głowie jego wiekowego gnębiciela postawić mszczącą jego krzywdy stopę. Bo jeżeli ucisk wszelki, sam przez się, jest dla ciebie jak dla mnie rzeczą ohydną, to pojęty jako wymiar sprawiedliwości......«
W tej chwili otworzyły się drzwi przedpokoju, do saloniku wszedł człowiek w ubraniu urzędnika policyi niskiego stopnia. Z postawą wyprostowaną, zbliżywszy się do wejścia alkowy, oznajmił:
— Obwinionego przywiodłem.
Aleksy podniósł znad papieru twarz okrytą wyrazem szczerej egzaltacyi, z jaką wywnętrzał się przed przyjacielem ze swych poglądów i uczuć, ujrzawszy policyanta wyprostował się, przeciągnął dłoń po czole, jak ktoś chcący co prędzej wrócić od przedmiotów oderwanego myślenia ku rzeczywistości, spojrzał na zegarek, który wskazywał godzinę 10-tą przed południem, i krótko odrzekł:
— Wprowadź!
Po chwili w tych samych drzwiach, któremi wchodził policyant, ukazała się postać ludzka tak szczególna, że na jej widok sędzia śledczy pochylił się nad swem biurem i utkwił w nią wzrok pełny zdziwienia zmieszanego z badawczością.
Był to człowiek, który może posiadał niegdyś formy i wygląd przeciętnego człowieka, ale teraz wydawał się raczej mętnem ich przypomnieniem. Szczupły, bo chudy i skurczony, niski, bo zgarbione plecy jego zarysowywały prawie kształt półobręczy, twarz miał okrągłą i malutką, z nosem znikającym wśród gąbkowatych policzków, z malutkiemi oczkami, błędnie i trwożnie błyskającemi zpod brwi wypukłych i białych, rzadkim włosem zjeżonych. Białe, rzadkie włosy okrywały niekształtnie rozwiniętą i prawie śpiczastą tylną część jego czaszki, od czoła zaś, głowa jego przykro świeciła żółtą nagością, wśród której ze smutnym komizmem sterczały gdzieniegdzie kępki siwego włosa. Wiek jego łatwo określić było można. Nie mógł mieć lat mniej jak siedemdziesiąt. Trudniej byłoby z pierwszego wejrzenia odgadnąć, czy niewiastą był on lub mężczyzną. Tak zwane wiejskie baby często miewają takie same twarze i włosy i ubierają się w takie same do stóp sięgające, w pasie powrozem z konopi przewiązane siermięgi, jak ta, zpod której wysuwały się wielkie, płaskie, łachmanami owinięte i płytkiemi trzewikami po podłodze klapiące nogi oskarżonego.
— Szczególny przestępca! — zcicha do siebie rzekł sędzia śledczy. I nagle z żywem poruszeniem zawołał:
— Co to? co robisz? Policyant, podnieść go!
Obwiniony, przed wejściem do alkowy, ujrzawszy biurko z piętrzącemi się papierami i siedzącego za niem urzędnika, padł na klęczki, pochylił aż ku ziemi swoję nagą, bezkształtną głowę, i tak jak to ludzie czynią niekiedy w kościele, z żarliwością pełną nabożeństwa i trwogi począł całować podłogę. Policyant żwawo przyskoczywszy przywiódł mizerne jego ciało do postawy stojącej, i niby dziecię wiodąc go za ramię, postawił przed biurem, naprzeciw wpatrującego się w niego wciąż urzędnika, potem zcicha odszedł. Sędzia i obwiniony pozostali sam na sam.
— Jak się nazywasz? — zapytał urzędnik.
Wyraz twarzy obwinionego byłby w tej chwili ciekawem dla psychologa połączeniem zgnębienia i ostrożności, trwogi i żądzy wniknięcia do głębi istoty sędziego. Małe jego oczki to podnosiły się na cieniem nieco okrytą twarz tego ostatniego, to bojaźliwe, na podobieństwo umykających przed ogarami zająców, rzucały się w różne strony. Bezbarwne i gąbkowate wargi jego drżały trochę, a małe, bo muskułów i tłuszczu pozbawione ręce, węzłowatemi i pełnemi plam i blizn palcami, mięły i kręciły końce przepasującego go sznura.
— Jak się nazywasz? — łagodząc surowe najczęściej brzmienie swego głosu, powtórnie zapytał Aleksy.
Głos cichy i jąkający się odpowiedział:
— Skomoroszka, wasza światłości, Skomoroszka.
— Imię chrzestne?
— Janko, wasza światłości, Janko.
— Stan?
Tu nastąpiła długa pauza.
— Stan twój? — powtórnie zapytał urzędnik.
Mała, chuda, ciemna ręka podniosła się ku części głowy porosłej rzadkiemi siwemi kępkami.
— Jaki stan, wasza światłości? jaki ten mój stan...?
— Ze szlachty pochodzisz, z mieszczan, czy z chłopów?
— Z chłopów, wasza światłości, chłop, chłop...
Jeszcze łagodniejszym niż wprzódy głosem sędzia śledczy ciągnął dalej swe pytania.
— Majątek jaki masz?
Obwiniony wzruszył ramionami.
— Miał niegdyś, wasza światłości, miał i ziemię, i chatę, i żywioł wszelki, ale dawno już niema, niczego niema...
— Żonę i dzieci masz?
— Żonka zmarła, a dzieci miałem, wasza światłości, miałem... dwie córki i syna, ale teraz już niema, ze wszystkiem niema.
— Czem się trudnisz?
— Ja? — ze zdziwieniem jakby wymówił obwiniony: — wasza światłość żąda wiedzieć, co ja robię? zwyczajnie dziad kościelny... pacierze mówię i żebrzę, a co ja mam robić?..
— Więc jesteś żebrakiem?
— Tak, wasza światłości, żebrakiem.
— Oddawna?
— A ot, z dziesięć lat już będzie, jak mię tknął paralusz, wstać wstałem, ale drzewa już piłować, ani jakiej takiej roboty robić ani weź już nie można było, to i pod kościoł poszedłem, Pana Boga chwalę i do dobrych ludzi rękę wyciągam, co począć?
Tu ukończyły się wstępne pytania, sędzia przez chwilę milczał i namyślać się zdawał, potem poważnym, ale jakby wahającym się głosem zaczął mówić:
— Obwiniony jesteś, Janku Skomoroszko, o okradzenie mieszkania Antoniego Mroczyńskiego przy ulicy X., w czasie, gdy w tem mieszkaniu nikt nie był obecnym, przed dwoma tygodniami w niedzielę, w czasie odprawiających się w kościołach nabożeństw i na rynkach targów, wskutek których ulica X. była zupełnie pustą. Czy przyznajesz się do winy?
Teraz zgarbione ramiona Skomoroszki z całą energią, do jakiej były jeszcze zdolne, podniosły się w górę, i śpiesznie, tracąc prawie oddech, zaszeptał:
— Nie, wasza światłości, dalibóg nie, jak zbawienia duszy pragnę, jak chcę żeby Najświętsza Panienka ulitowała się nad duszą moją, tak nie kradłem... Jak chcę światłość niebieską oglądać, tak nie kradł, nigdy nic nie kradł... W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętgo Amen, Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech, ratuj mię niewinnego, prześladowanego, o ciężkie grzechy obwinionego, nieszczęśliwego człowieka!
Rzutami źrenic, przypominającemi w zygzak uciekające zające, więcej jeszcze niż wprzódy skurczony, zmalały, ściśniętą pięścią uderzał on w zapadłe swe piersi, żegnał się, w niskich szybkich pokłonach zginał się aż do pasa.
Sędzia śledczy po krótkim namyśle wyciągnął rękę ku pobliskiemu sprzętowi, i wziąwszy z niego złoty pierścionek, ukazał go oskarżonemu.
— Przedmiot ten — rzekł — odebrano ci wtedy, gdyś go próbował sprzedać na rynku. Należy on właśnie do rzeczy skradzionych Mroczyńskiemu. Jakim sposobem dostał się on do rąk twoich?
Oczy oskarżonego biegały i migotały, a palce ze zdwojoną szybkością kręciły końce sznura, gdy śpiesznie, śpieszniej jeszcze niż wprzódy, więcej jeszcze niż wprzódy zmieszanym i szepleniącym głosem odpowiedział:
— Jak pięć ranek krwawiących się było na ciałku Pana naszego Jezusa Chrystusa, tak mnie ten pierścionek pan jakiś darował, czy ja wiem kto? jakiś nieznajomy pan, taki piękny, w takim sobie bogatym paltocie, przechodził trotuarem, i jak go zacząłem prosić o wspomożenie, wziął i ten pierścionek na rękę mi rzucił... ot jakby ziarnka grochu rzucił, musi być bogaty... Żeby mnie tak jak Panu Jezusowi na krzyżu Żyd włócznią żelazną bok przebił, żeby mnie na dzygarze (zegarze) boskim godzina zbawienia nie wybiła, jeżeli ja łgę... Niech wasza światłość zlituje się nade mną i oswobodzi nieszczęśliwego, niewinnie posądzonego człowieka... Ja stary... Na starość rękę wyciągnąć przyszło, a tu jeszcze taki wstyd i niewinne orkarżenie...
Z całej siły powiekami przyciskał źrenice, które też przysłonił odwrotną stroną rąk, a z piersi jego wychodziły dźwięki do kwilenia dziecka lub piskliwego zawodzenia kobiety podobne. Widać było jednak, że nie płakał na prawdę, że we wcielonej tej nędzy w grzybiałej tej starości istniało sporo instynktów przebiegłych, przewrotnych, nabytych w życiu tak długiem, a jakiem? Któż oprócz niego mógł wiedzieć? Co pewna, to, że małe oczki jego wkrótce wybiegły zpod przysłaniających je rąk, aby szybkie i trwożne, lecz przenikliwe wejrzenie zatopić w twarzy sędziego. Lecz w tejże chwili, ręce mu wzdłuż ciała opadły, kwilenie ustało w piersiach, a twarz dziwacznie skrzywiona i wstrząsana przybrała całkiem prawie uspokojone linie. Aleksy von Szarlow, razem z fotelem na którym siedział, w ten sposób zwrócił się ku oskarżonemu, że ten w pełnem już świetle zobaczyć mógł twarz jego daleko bardziej smutną niż surową, z wyrazem ust dziwnie w tej chwili łagodnym i wejrzeniem błękitnych źrenic pełnem przyjacielskiej niemal zachęty.
— Janku Skomoroszko, lepiej na tem wyjdziesz, jeżeli nie uciekając się do kłamstw i nadaremnych szlochań, wszystko przede mną otwarcie wyznasz. Wrogiem twoim nie jestem, i sądzić cię nawet nie będę. Moją rzeczą jest tylko sprawdzić twą winę, której szczere opowiedzenie ze wszystkiemi jej okolicznościami, na los twój bardzo dobrze wpłynąć musi.
Po chwili milczenia i jakby wahania dodał jeszcze:
— Mów staruszku, mów staruszku, bez obawy. Lituję się nad twoją opłakaną starością, chcę wiedzieć prawdę, ażeby ci dopomóc.
Cicho zaś do siebie samego wymówił:
— Co za starość! Jaka nieszczęsna starość!
Dziad patrzał, słuchał i uspokajał się zupełnie; po chwili skinął głową, westchnął i rzekł:
— Niechaj już i tak będzie. Już kiedy wasza światłość taka na mnie łaskawa, to już i prawdę powiem, tak jakby księdzu na spowiedzi.
Z mnóstwem westchnień i żałosnych ruchów głowy, z błagalnie utkwionem w sędziego wejrzeniem, lecz już bez uprzednich zaklęć i sztucznie gwałtownych ruchów, dość nawet zwięźle opowiedział, że gdy dwaj nieznani mu złoczyńcy rabowali wiadome mieszkanie, on zaszedłszy na dziedziniec jako żebrak, stał się mimowolnym świadkiem dopełnionego występku. Tak przecież ukryć się nie mógł, aby niepostrzeżonym pozostać. W innej porze, byłby może przypłacił życiem swą obecność w owem miejscu, ale w dzień biały, jeden ze złoczyńców ujrzawszy go przyczajonego w kącie dziedzińca, rzucił mu tylko ten złoty pierścionek ze słowami: »Masz durniu! I milcz! milcz! jeżeli ci życie miłe, milcz!« W ten sposób kupiwszy jego milczenie, zniknęli w jakiemś wąskiem i przyciemnionem przejściu. On zaś milczał, i zdobycz swą wyniósł na sprzedaż pomiędzy ludzi, w dzień targowy zebranych na rynku.
Tym razem przenikliwe i dość już wprawne oko i ucho sędziego w mowie jego odgadło prawdę. Wina jego więc mniejszą była niżeli o tem sądzono. Jednak wyznawszy ją, żebrak znieruchomiał, spochmurniał tak, jakby ot, w tej już chwili, straszny jakiś wyrok spaść miał na pochyloną w pokorze, smutnemi kępkami siwych włosów najeżoną głowę. Von Szarlow, przez chwilę pisał coś i notował, poczem złożywszy pióro, zagłębił się w swym fotelu i splotłszy ręce znowu wzrok utkwił w postać winowajcy. Właściwie śledcza jego czynność razem z własnem wyznaniem tego ostatniego skończona już została. Ale ten sędzia był zarazem człowiekiem młodym, inteligietnym, ciekawym różnych zjawisk i losów ludzkości. Skomoroszko zaś, w tej dla niego krytycznej chwili, wystawiał obraz takiego połączenia apatyi z rozpaczą i tak absolutnego nad brzegiem mogiły sieroctwa i opuszczenia, że w żywej wyobraźni sędziego powstały może w tej chwili przypomnienia wszystkich siwowłosych starców, których widywał kiedykolwiek otoczonymi troskliwością i czcią, płynącymi ku nocy nieznanej, na łagodnych i spokojnych blaskach wieczoru ich życia. Ten kontrast mimowoli może na usta jego wywołał słowa:
— Jakimże to sposobem i jakiemi drogami doszedłeś do żebractwa, ukrywania złodziejstw i takiego nędznego końca życia?
Dziad słowa te zrozumiał wybornie, i zdziwiły go one nieco, ale więcej jeszcze rozrzewniły. Była to dla niego chwila, w której z łatwością mógł się rozrzewnić. Jednak nie zmienił swej apatycznej i bezsilnie zgarbionej, skurczonej postawy, tylko małe oczy jego, z zagłębień swych błysnęły żywiej i nieśmiało, ale z zupełnym już spokojem spoczęły na twarzy pytającego; powoli z zadumą, przyciszonym, szepleniącym głosem, zaczął mówić:
— Jakim sposobem, panoczku? Hej! dawniejsza to historya, dawniejsza! Zrządzenie widać boskie takie było, ale najwięcej złości ludzkiej, oj! złości i niesprawiedliwości wywarli ludzie na mnie tyle, ile jest wody w tym potoku, który tam, kole mojego dawniejszego sioła płynie.
Westchnął, i długo milcząc trząsł głową. Sędzia zapytał:
— I jacyżto ludzie wywarli na ciebie złość i niesprawiedliwość?
— Wiadomo — odparł dziad: — pański ja był i ziemia, na której siedział, pańska była...
Umilkł. Przecież ten, z którym rozmawiał, także był panem. Nieśmiałość powstrzymała zwierzenia, do których nastrój chwili czynił go skłonnym. Ale sędzia zapytał znowu:
— Naturalnie, zamłodu pańszczyźnianym byłeś, i złego, okrutnego pana mieć musiałeś?
W słowach tych syknęła ironia i zadźwięczała namiętna prawie chęć wczytania się w karty tego zgnębionego losu. Dziad czekał tylko zachęty.
— Ot, pan był, zwyczajnie jak pan, ni to zły, ni to dobry... czasem dobry, a czasem okrutnie zły. Nie dużo my jego znali, bo gdzieściś po świecie jeździł i gdzieściś w wielkich miastach siedział... Komisary rządzili, wekunomy, a te już, oj, bodaj im dobre nie bywało, bodaj ich dzieciom i wnukom Pan Bóg za wszystkie nasze krzywdy odpłacił!..
Im więcej ośmielał się i ożywiał, tem więcej chłopskich wyrazów i obrotów mowy z ust mu wybiegało. Same przez się, bez jego wiedzy, powstawały one z dna jego pamięci, razem z wywoływanemi ztamtąd przypomnieniami przeszłości. A ożywił się i ośmielił tak, że aż wyprostował nieco zgarbione swe plecy, głos nieco podniósł i giestami rąk, na które co chwila opadały strzępy podartych rękawów siermięgi, mowie swej wtórować zaczął.
— Ziemia była ni to zła, ni to dobra, żytnia, z kawałkiem pięknego wypasu, chleba było dość, dwa woły, koń... dzieci rosły, żonka była zwyczajnie sobie pracowita baba... na pańszczyznę chodzili, ale ot i nie narzekali na nic. Z wolą boską zgadzali się i żyli... Aż tu, na jeden raz, wszystkie biedy na człowieka spadły. Woły jednego miesiąca pozdychały, czort ich wie, co im takiego stało się; a jak woły pozdychały, trzeba było jednym koniem wszystko robić i orać, i dostawy wozić; żywioł osłabł tak, że już ledwie nogami ciągał, a cała bieda na chłopa. Wekunom, do którego nasze sioło należało, był bardzo zły. Proszę bywało: »Dajcie wołów!« a on: »Rób chamie koniem, a jeżeli on nie zdąży, żonkę do pługa przyprzęgnij...« I śmieje się, bestya, jak dyabeł z duszy człowieczej, kiedy ją w całkowitość mocy swojej weźmie. No, ale dobre jeszcze bywało kiedy śmiał się, innym razem, kiedy swojej roboty człowiek z przyczyny, że wołów nie miał, nie zrobisz, bił, katował... Oj, panoczku coto i wspominać? życie zaczęło się takie, że już i w piekle gorzej nie może być, a tu i głodne lata przyszły, i cholera żonkę zabrała, i człowiek odzinoki pozostał z trojgiem dzieci, między któremi najstarszemu synkowi piętnasty roczek szedł...
Umilkł znowu na chwilę, lecz widać było, że wnet znowu zacząłby mówić, bo raz wywołane wspomnienia wichrem zaszumiały w starej jego głowie i zapadłej piersi, ale sędzia z roziskrzonem okiem i rumieńcami, które zaczynały wybijać się na jego białe policzki, wpadł w mowę ostro wymówionem pytaniem:
— A pan twój? Cóż? Nie dopomógł ci? Nie ratował? Czy nie widywaliście go nigdy?
— Widywali panoczku, czemu nie widywali? Przyjeżdżał, to i co, że przyjeżdżał, kiedy do niego dostępu nie było? Komisary sami ze wszystkiego jemu rachunek zdawali i tak samo z ludzi, który dobry jest, a który zły, to jeszcze i poproszą, ażeby dla pańskiej powagi złych sam obić kazał...
— I rozkazywał bić? — zapytał znowu sędzia.
Dziad myślał chwilę. Widać uczuwał chęć i potrzebę wypowiedzenia szczerej prawdy. Nakoniec odpowiedział...
— Różnie bywało, bo to, paniczu, pan nasz także swoje biedy miał, pańskie biedy, bardzo dużo po świecie groszy rozrzucał, to mu ich czasem i brakowało...
Tu, coś nakształt filuternego, złośliwego uśmiechu wykrzywiło bezbarwne i bezzębne usta żebraka.
— Kiedy przyjedzie bez tej biedy, to dobry, że choć jego do rany przyłożyć. Zwołuje wtedy ludzi przed dworski ganek i pyta się sam: »A jak wam? A czy wam czego nie treba? A czy wam komisar i wekunomy krywdy nie robią?« My to wtedy milczym zawsze, jak te kamienie, bo wiemy, że pan prędko znów pojedzie sobie, a komisar temu, ktoby na niego skarżył się, chybaby już ze wszystkiem szkórę zdarł. Ale pan sam do nas podchodzi, z jednym pogada, drugiemu i hroszy da, a czasem skrypki sprowadzić każe, na stole kiełbas i ogórków postawi i mówi: »Potańcujcie sobie dzieci, pobawcie się!« I my tańcujem, a pan czasem dzieuczata łapie i także z niemi po trawie »kruciela« wywija, aż lubo patrzeć... a piękny był mężczyzna, i taki w sobie wielki i dumny, zwyczajnie pan...
Tu Aleksy von Szarlov z okiem błyskającem, przez zaciśnięte zęby wymówił:
— Bawił się ludźmi jak lalkami, w łaskawego pana grał! Głupiec!
I głośno dodał:
— No, a jak ze swoją biedą przyjedzie, jak mu pieniędzy brakuje, to co wtedy?
— Wtedy paniczu to z nami było już źle, oj, jak źle! Niechaj o tem gadają te kosteczki białe, co przed czasem schowały się pod żółty piasek mogiłek tych, co kole naszego sioła krzyżykami i jodełkami sterczą. Wtedy pan żądał, żeby jemu komisar dużo hroszy dawał, a on, kiedy ich nie miał, bo połowę już panu oddał, a połowę sam szelma ukradł, wszystko na nas chłopów walił. »Dochodów, mówi niema, bo chłopy złe, leniwe, nie robią... chłopy złe, mówi, bo pan dla nich zanadto dobry, ze wszystkiem ich rozpuścił... Srogości na nich treba, mówi, bizuna, to i dochody zaraz będą..« Pan i bez tego już w złym humorze, w okrutną złość wpada, i wtedy już piekło... Kiedy w złość wpadł, wtedy o niczem nie pamiętał, krzyczał tak, że my wszyscy jak te listki osinowe trzęśli się ze strachu: »Ja nad wami pan! krzyczał, ja z wami wszystko zdziałać mogę, co zechcę; mnie taka nad wami władza dana, zabiję, powywieszam, bydlęta!« Wieszać nikogo nie powiesił, ale siec kazał i z chaty do chaty jak psy przepędzał, lepszemu lepszą ziemię, gorszemu, nibyto za karę, gorszą dając...
Zadyszał się dziad od długiego mówienia, jękliwe westchnienia zatrzęsły jego piersią, spuścił powieki i odpoczywał chwilę.
Aleksy von Szarlov, przeciągnął rękę po czole i z cichym sykiem oburzenia wymówił do siebie:
— Tyran! Nikczemnik! Okropna historya!
Dziad z chwilowego jakby snu obudzony, opowiadał dalej:
— Raz, ot i na mnie taka dola przyszła, z przyczyny tych wołów, co pozdychały, i tego, że jednym koniem człowiek ani jak zrobić nie mógł wszystkiego, co jemu przykazane było. Przyjechał pan komisar na mnie ze skargami, a na moję gorzką niedolę panu widać wtedy hroszy brakowało, bo był okrutnie zły. »Wysiec! krzyknął, i za karę do tej chaty, co wali się, na najgorsze piaski przesiedlić!« Wysiekli. Człowiek ledwie z duszą wyszedł, a tu jeszcze każą jemu wynosić się z tej chaty, do której już przyzwyczajenia nabrał, i schodzić z tej ziemi, którą od swoich najmłodszych lat orał, a przenosić się na taką, z której tylko żółte dziewanny jak las wyrastały, a przy ździebełku owsa albo żyta jak bywało staniesz, to drugiego i okiem nie dojrzysz. Co począć? Człowiekowi i wprzódy już życie było tak zbrzydło, że patrzysz, bywało, patrzysz, na jaką wysoką gałąź, i czort do głowy swoje dyabelskie myśli nawodzi... żeby tak postronek, hej! hej! ale najbiedniejszemu robakowi niełatwo rozstawać się z tym światem. Myślał ja, myślał i wymyślił. Nogi za pas i hajda na Wołyń! Byli takie ludzie co i tę myśl podali, i potem dopomogli; uciekłem.
— Na Wołyń uciekłeś? Dla czegoż na Wołyń? — zapytał sędzia.
Dziad uśmiechnął się.
— Panicz naszych chłopskich obyczajów nie zna i chłopskiej mowy nie rozumie: ja nie na Wołyń uciekał, to tylko tak u nas mówiło się, ja nie wiem dlaczego to tak mówiło się, że kiedy jaki chłop uciekł, to mówiło się, że on na Wołyń uciekł. Ale ja i na prawdę na Wołyniu był, i gdzie ja nie był, i czego ja nie robił, i czego ja nie cierpiał! Zwyczajnie tułacz bezdomny, a jak ten zając przed psami chowający się, żeby go odkrywszy, nazad czasem, zkąd on uciekł był, nie przywiedli...
Mówił więcej teraz do samego siebie niżeli do tego, który słuchał go z brwiami ściągniętemi groźnie i srogo, z uwagą wytężoną i z oczami świecącemi palącem, bolesnem współczuciem. Głos jego stawał się coraz jękliwszym, ale mówił coraz szybcej, i byłby pewno już mówił długo, nieprzerwanie, bezkońca, gdyby mu był Aleksy von Szarlov nie przerwał pytaniem:
— I z tułaczki swej wróciłeś zapewne wtedy dopiero, gdy was wszystkich uwolniono zpod pańszczyźnianego jarzma?
— Wróciłem ja, panoczku, wróciłem w te strony jak tylko wolność nastała; ale co z tego wrócenia? Człowiek jak był tułaczem bezdomnym, tak już i został.
— Dzieci w nieobecności twej poumierały? — zcicha zapytał von Szarlov.
— Jedna córka zmarła, druga dokądściś daleko, do drugiego powiatu za mąż wyszła. Do syna ja, panoczku, przyszedł, który żywie i niedaleko naszej wioski we dworze za parobka służy.
— A mówiłeś, że nie masz dzieci?
— Niema, panoczku, ze wszystkiem niema...
— A syn, który żyje?
Dziad głową pokiwał.
— On żyje, ale jego dla mnie niema. Albo on do mnie przywykł? Albo ja jego wyhodował? Albo my razem w pole chodzili orać o bożym ranku i razem na boże skowronki oczy podnosili, albo kiedy razem nad dolą naszą zapłakali? Gorzka bieda wygnała mnie z chaty, kiedy jemu szesnasty roczek szedł, a teraz on już sam siwy, i dzieci swoje pohodował. Ani ja tych swoich wnuków rodzących się widział, ani ja na ich chrzcinach bywał, ani ja ich małych na rękach swoich nosił. Cudzy ja im, cudze mnie one. Przyszedłem, zdziwili się, zpoczątku dobrze obeszli i przyjęli, ale potem: »Idź dziadzie, na te drogi, po którycheś całe życie chodził — a u nas darmo chleba nie jedz... Ty nam choć ojciec, nie ojciec; choć dziad, nie dziad...« To i poszedłem, drzewo w mieście piłowałem, póki paralusz nie tknął, a kiedy Pan Bóg na mnie tę ciężką chorobę spuścił, to choć i wstałem z niej, do roboty już mocy w krzyżach i rękach nie było. Pod kościołem siadłem i tak już umrę sierota niebogi, bezdomny, bezdzietny i sponiewierany... Jakby ten łajdak ostatni, co całe życie tylko pił i hulał, a ja nie pił i nie hulał, tylko wywarła się na mnie wielka złość i niesprawiedliwość ludzka...
Teraz już umilkł, ręce opadły na wzdłuż ciała, a na nie opadły strzępy podartych rękawów siermięgi. Plecy jego zakreśliły już linią zupełnego półkola, a po twarzy nisko spuszczonej pociekły duże, rzadkie łzy.
Von Szarlov całą postacią swą nad biurem pochylony, pochłaniać się zdawał wzrokiem tę ludzką postać, więcej do zdeptanego robaka, niż do człowieka, podobną. Zdawało się, że tuż, tuż, wyciągnie ku niej ramiona. Nie uczynił jednak tego, tylko zdławionym od litosnego wzruszenia, a przez gniewne oburzenie wstrząsanym głosem zapytał:
— Jakże się nazywał ten pan twój, sprawca twojego szczęścia?
Dziad w łzawej zadumie swej nie dosłyszał pytania, podniósł nieco twarz i wyszeptał: — O co pytacie panoczku?
— Jak nazywał się pan twój? Chcę o tem wiedzieć, bo może, — dodał do siebie, — spotkam tu kiedy jego potomka...
Dziad odpowiedział:
— Pan nazywał się, oj, troszkę zapomniał... Aha, nazywał się fon Szarlow.
— Co? — krzyknął sędzia: — jak?
Dziad powtórzył.
— Fon Szarlow, panoczku, ot i imię jego przypomniałem sobie, Paweł fon Szarlow... pułkownikiem huzarów był...
Aleksy wyprostowany, sztywny stał twarzą zwrócony ku oknu, a plecami ku temu, z którym przed chwilą rozmawiał. Obu dłońmi przyciskał czoło, do którego buchnęła ognista fala krwi, a w piersi mu szumiały dziwne jakieś wykrzyki i jęki...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

»Czy teraz Sergiuszu, kiedy ci opisałem historyą mojego Skomoroszki, zrozumiesz dlaczego, nim wziąłem się do kończenia tego listu, jak zranione zwierzę rzucałem się po mojem mieszkaniu, nie chcąc nikogo widzieć, nic słyszeć i tylko słuchając, słuchając, słuchając burzy własnych myśli, i tylko patrząc, patrząc, patrząc w obraz tego kochanego, dobrego, niezapomnianego człowieka, na który mi dziś spadła taka łzawa i krwawa mgła?.. Północ wybiła, kiedym zdołał nakoniec wrócić do rozmowy z tobą; a teraz jest już trzecia godzina ranna, noc minęła, siny świt dnia zagląda do moich okien...
»Co ja z tem teraz pocznę? Jak ja wyjdę z tych sieci, w które mię pochwyciły najdroższe pojęcia i najmilsze uczucia moje? Kto teraz na mojej głowie postawi stopę mszczącą losy Skomoroszki? Kto za winę mego ojca wyda na mnie wyrok: Zgiń! Kto w moich oczach w obliczu zmarłego będzie miał prawo rzucić wyrazy: »Głupiec i nikczemnik!« Ojciec mój, Sergiuszu, był dobry, dobry, dobry; mówię to i krzyczę sobie i tobie, mówić to i krzyczeć chciałbym całemu światu, tak to gorąco czuję, tak o tem silnie przekonany jestem. Jednak popełniał on to, co ja nazywałem zbrodnią, odkąd usta moje po raz pierwszy wymówiły wyraz ludzkiego współczucia i rozumu. Czy ludzie naprawdę bywają dwoiści? I ot, przyszło mi na myśl: czy on tylko jeden?.. Trzebaby nad tem zaprowadzić dochodzenie śledcze. O, te dochodzenia śledcze! jakie one wielkie nauki z sobą przynoszą!
»Czy ja tak zdenerwowany jestem, że jak histeryczna kobieta, hallucynacyj doświadczać zaczynam? Ot, najwyraźniej słyszę głos Edwarda, mówiący: »Determinizm, determinizm, my dear friends, co czynicie z teoryą deterministyczną?» Widzę nawet tego angielskiego w naszem koleżeńskiem kółku intruza; siedzi, ot tam, na kanapce, pali wyborne cygara i w jednej czwartej zaledwie otwierając usta, śmieszną i świszczącą mieszaniną dwóch języków, wciąż prawi: »Szukajcie przyczyn, my dear friends, szukajcie wpływów, człowiek jest sumą działających nań wpływów! Determinizm, my dear friends, determinizm!«
»Szukać przyczyn, szukać wpływów, dochodzić jakim sposobem człowiek staje się sumą okoliczności czasu, miejsca, własnego i cudzego życia, toż to jest śledztwo... Więc śledztwo czynić trzeba, nietylko w kłótniach i mordach jednostek? Śledztwa teraz tego ja pragnę i dopełnić go muszę, bo inaczej nie odnajdę nigdy straconego spokoju. Jeżeli mnie kochasz, i jeżeli kochasz swego ojca, ty, Sergiuszu, wołaj sam w ognisku, z którego rozchodzą się i na szerokie przestrzenie padają pojęcia namiętności i wyroki nasze, wołaj, proś, krzycz: Śledztwa, śledztwa! niema sądu bez śledztwa! róbcie dochodzenia śledcze wprzód nim za popełnione winy zawołacie; Zgiń! nim na naszych, albo pomarłych ojców naszych oprzecie mszczące swe stopy? Ja kochałem ojca swego i ty swego kochasz; ale jeżeli ktokolwiek, takim już stał się wrogiem sentymentów, że i tego nie ma, zostaje jakieś uczucie solidarności krwi czy honoru... Więc jakże? prawnikami przecież oba jesteśmy! Wiedzieć o tem musimy, że co nam, to i innym... Więc jakże?
»Znowu godzina upłynęła, i już nie sine świtanie, ale blask wschodzącego słońca zaróżowia szyby moich okien. Myślałem, myślałem, myślałem, ale nie tak jak wprzódy, nakształt szaleńca rzucając się po pomieszkaniu swojem i zaledwie mogąc powstrzymać się od uderzenia głową o jego ściany. Myślałem spokojnie, pozytywnie, nieruchomie w fotelu swoim, wzrok zapuszczając w nieskończoną pstrociznę ludzkich obyczajów, ustaw i kolei. I wiesz ty, bracie Sergiuszu, jakie ja po rozmyślaniach tych słowa ci nakreślę?
»Zdziwisz się, bo obaj nie mamy zwyczaju cytować ustępów z Pisma Świętego. A jednak teraz, z mocą nadzwyczajną przypomniałem sobie ustęp jeden, ten oto: »Kto z was bez grzechu, niechaj w grzesznego brata rzuci kamieniem«. Może wolisz coś zupełnie świeckiego, nie napiętnowanego pojęciem nadprzyrodzoności, której obaj zwolennikami nie jesteśmy. I owszem. Tylko trzeba żebyś wprzódy wiedział, że ludzie wydali mi się tej nocy równymi sobie, więcej jeszcze w grzechu i nieszczęściu, niż w cnotach i dostojeństwie. Dlatego myślę, że wobec wspólnych wszystkim słabości ciała i ducha, pokus, które psują, ran, które gryzą, i łez, które się leją, gdy człowiekowi idzie o wydanie nad człowiekiem sądu potępienia, dobrze jest przypomnieć sobie słowa starożytnego mędrca: Homo res sacra homini!«






TADEUSZ.
Chwedora, żona parobka Klemensa, zamiotła glinianą podłogę izby, śmiecie zgarnęła do kąta, nie myśląc wcale o wyrzucaniu ich za próg, obierzyny kartofli wsypała do cebrzyka, napełnionego pomyjami, a umieściwszy pod ławą to pożywienie, przeznaczone dla krowy, drewnianą deską zasunęła otwór pieca, w którym dwa spore garnki zawierały zgotowany już obiad dla niej i dla jej rodziny.

W jednym z tych garnków znajdował się barszcz z boćwiny i burakowego kwasu: w drugim — krupnik jęczmienny z kartoflami, czyli, wedle zwyczaju chłopów tych okolic, jedna potrawa kwaśna, druga przaśna. Spożytemi one być miały w godzinie południowej, teraz zaś ranek był jeszcze wczesny.
Ale Chwedora wnet musiała wyjść z chaty, bo najęła się na dzień ten do pełcia dworskich ogrodów warzywnych, a mąż jej Klemens, od godziny już wpobliżu dworu orał ziemię pod zasiew jesienny.
Była to chłopka młoda, wysoka, silna, ze skórą twarzy i rąk grubą i ciemną, lecz w tej porze dnia czystą jeszcze, bo tylko co po wodę poszedłszy, umyła się pod studnią. Przez tę grubą i ciemną skórę jej policzków przebijały się silne rumieńce; z niskiem czołem, małym zadartym nosem i grubemi wargami, jako też z szerokiemi bary i dużemi płaskiemi stopy — nie była wcale piękna, lecz biły z niej zdrowie, siła i hożość. Strój jej składał się z krótkiej i pstrej spódnicy, z szarawej grubej koszuli i pasiastego szerokiego fartucha, przewiązanego kilkakrotnie stan okalającą, w domu z różnobarwnych nici utkaną, sztywną taśmą. U szyi jej błyszczał bronzowy, poświęcony medalik, a głowę okrywała chustka w czerwone kwiaty, tak z tyłu czaszki zawiązana, że nad czołem widać było dwa szerokie pasma włosów gęstych, czarnych, ale zrudziałych i bez połysku.
Gdy na czas nieobecności swej urządziła już swe gospodarstwo, pochyliła się nad stojącemi na ziemi glinianemi naczynami i z jednego z nich nalewając mleko do małego garnka, wołać zaczęła:
— Tadeusz! Tadeusz!
Trudno było zgadnąć, do kogo stosowało się to wołanie, bo napozór nikogo prócz niej w izbie nie było. Ale był to tylko pozór. Po chwili na szerokim tapczanie, służącym tu za łóżka, pod radnem, czyli wielkim kawałem szarego płótna, okrywającym siennik i sianem wypchaną poduszkę, poruszać się zaczęła żywa jakaś istota. Zrazu obecność jej zdradzały tylko szelesty poruszanego siana, oraz wzdymanie się i opadanie grubych zgięć radna.
Potem nad tapczanem i radnem wzbił się czarny rój niezliczonych brzęczących much, a zpod płótna wydobywać się zaczęły dwie małe, ciemne stopki i dwie również małe, okrągłe rączki, aż rąbek radna uchylił się całkiem i w spływającym na tapczan wąskim pasie słonecznego światła, ukazało się dziecko, którego pierwszym giestem było zatopienie obu rąk w rozczochranych włosach, a pierwszym krzykiem, wpół płaczliwym, wpół śmiejącym się:
— Mamo!
Gdyby jej był zaraz przy sobie nie zobaczył, byłby najpewniej wrzasnął płaczem na całą izbę; ponieważ jednak szła właśnie ku niemu z garnuszkiem w ręku, zdecydował się na śmiech głośny i radosny.
— Dajcie, mamo! dajcie! dajcie!
W słonecznem świetle i brzęku much, których mnóstwo na nim i nad nim latało, siedział na poduszce wypchanej sianem, utopiony w grubych zwojach radna. Czuprynka jego jasna jak len i bardzo rozczochrana, jeżyła się w strony wszelkie, oczy świeciły jak turkusy, a pływały jeszcze we mgle rozespania, usta ponsowe wierzchy warg miały czarne, jak u murzyna. Wczoraj, dla rozrywki zapewne, tłustą, lgnącą ziemią umalował sobie na czarno wargi, brodę i koniec nosa. Policzki dziwnym trafem zostały nietkniętemi i zpod ogorzelizny swej, okrągłe i pulchne, tryskały rumieńcem różowym jak zorza.
Urodził się »na Gromniczną« i miał dwa lata i dwadzieścia dwa tygodnie wieku swego. Od roku przeszło nie ssał już piersi matczynej, natomiast codziennie, jak w tej chwili, przypinał się z całej mocy do brzegu garnka, który matka przy ustach mu trzymała i pił mleko powoli, z lubością, z rozstawionemi krótkiemi palcami rąk, z wydobytym zpod radna nagiem kolanem i z głuchem postękiwaniem, objawiającem doskonałe zadowolenie i głęboko uczuwaną błogość.
Był to Tadeusz.
Wypiwszy mleko, miał widoczny zamiar zanurzyć się znowu z głową w grube fale radna, ale Chwedora krzyknęła nań, aby natychmiast wstawał, bo jeżeli nie, to wybije go dziahą.
Wprawdzie, gdy tak surowym głosem krzyczała, w siwych jej oczach migotała pieszczota, a kąty ust drgały uśmiechem; niemniej przecież Tadeusz w mgnieniu oka zsunął się z tapczana i wyskoczył na środek izby, albowiem »dziaha« była jedyną, znaną mu dotąd klęską ziemskiego żywota.
Narzędzie to przedstawiało się przecież w dość wdzięcznej postaci owej różnobarwnej i sztywnej taśmy, która po kilkakroć owijała grubą kibić jego matki; lecz gdy tylko Chwedora rozwiązywać ją i odwijać zaczynała, Tadeusz gotów był wnet uczynić wszystko, czegokolwiekby tylko odeń żądano.
Bosy tedy i w krótkiej koszuli, rozczochrany i z uczernionym końcem brody i nosa, wyskakiwał on teraz po izbie, rozpędzając dokoła siebie roje much i zabiegając wciąż przed matkę, która starannie nakrywała garnki z mlekiem i z dużego bochna krajała małą porcyą chleba. Chowając porcyą tę za koszulę, rzekła:
— Nu! chadziem, synku![1]
— Do taty? — zapytał.
— Do sadu — odpowiedziała.
Brała go z sobą zawsze do żniwa i pełcia. Cóż z nim uczynić miała? W chacie pozostawiać? Musiała przecież izbę zamknąć, a dziecko więzić trudno. Na dziedziniec folwarczny puścić go samego, aby jak piesek bez dozoru czołgał się po pokrzywach, żal jej było.
Więc zabierała go z sobą; ale o robieniu mu jakiejkolwiek toalety przy wyprowadzaniu go w świat szeroki ani pomyślała. Toaleta Tadeusza dokonywała się najregularniej w świecie, raz na tydzień, w poranek niedzielny i wtedy już nadzwyczaj energicznie, starannie, z pomocą balii pełnej wody i ogromnego grzebienia, nie bez obustronnych krzyków syna i matki, a czasem i interwencyi dziahy.
Dziś zaś był piątek, więc czystość tak koszuli jak twarzy i całego ciała Tadeusza, rozpoczynała szósty dzień swego istnienia i naprawdę już wcale nie istniała.
Nic to. Czepiając się spódnicy matczynej, biegł on przez dziedziniec folwarczny, dziwnie drepcząc małemi stopkami, aby dorównać szerokiemu krokowi matki, a wciąż po drodze ciesząc się: to kogutem, który rozgłośnie w ogniste skrzydła uderzając, przeciągle zapiał; to kotem, który na okapie strzechy łamane sztuki pokazywał, to sznurem kaczek, które ku ziemi pochylając szerokie dzioby, zwolna ciągnęły po trawie; to gołąbkiem, który frunął znad strzechy czworaku i latał nad nią w kółko, w kółko; to indyczką, ćwierkającą na indyczęta, aby szły za nią w gęsty klomb z bzu i głogów; to starym Rubinem, kundlem z ogromnym kiciastym ogonem, który przyjaźnie otarłszy się o spódnicę Chwedory, szedł za matką i dzieckiem powoli, z głową schyloną i łagodnie pozwalał dziecinnej rączce głaskać się po wełnistej, mokrej od rosy sierści.
Perlista rosa błyszczała jeszcze na krzewach i trawie folwarcznego dziedzińca, który, pomimo zamieszkujących go ptaków i zwierząt, pogrążonym był w ciszy i wyglądał pusto.
Wszyscy ludzie wyszli już ztamtąd do roboty. Szerokie wrota stodoły, stajen i obór szczelnie były pozamykane, tu i ówdzie zaledwie nad jakim kominem, wzbijał się słupem dym, złoty od słońca, albo jakaś pozostała w domu gospodyni, w progu stanąwszy, na trawę i rosę buchnęła z balii strugę pomyj czy mydlin, lub donośnie zawołała na kury, aby im rzucić wymiecioną gdzieś z kąta garść przeszłorocznego pośladu.
Na obszerne, szczelnie pozamykane budynki, na trawę zroszoną i wzdymającą się szorstkiemi krzakami łopuchu, chrzanu i ostu, na klomby z przekwitłych bzów i kwitnących głogów, na białe ścieżki, w różne kierunki śród zieleni wydeptane i otaczające dziedziniec niskie płotki, spadała olbrzymia, jednolita, złota płachta słonecznego światła, cała drgająca miryadami iskier i w głębokiej ciszy powietrza rozśpiewana głosami niewidzialnie prawie poruszających się liści i niewidzialnych śród liści ptaków i owadów.
Prędko idąc, Chwedora — ozwała się:
— Bóg miłosierny piękną pogodę daje!
Tadeusz nie odpowiedział nic na tę uwagę matki, bo nie myślał wcale o tem, że pogoda była piękną. On tylko czuł ją w sobie. Całe jego dziecinne ciało pojąc rozkoszą, wzbierała w niem ona żądzą życia i ruchu. To też, opuściwszy spodnicę matki, zaczął jak źrebię wierzgać nogami i tarzać się po trawie; gdy oddalała się nieco, zrywał się i dopędzał ją ze swą lnianą grzywą, rozwianą na cztery wiatry, z głośnym krzykiem i śmiechem, z oczyma rozpalonemi od słońca i szczęścia. Za bramą szli przez chwilę drogą wysadzaną topolami, aż stanęli oboje i spoważnieli nagle.
Na twarzy Tadeusza spoważnienie to odmalowało się przez nadzwyczajne wytrzeszczenie oczu i szerokie otworzenie się na czarno umalowanych ust. Ale twarz jego matki wyrażała pokorę i pobożność.
Stali u stóp kapliczki, złożonej z wysokiego podmurowania i wznoszącej się na podmurowaniu drewnianej niszy. U brzegu niszy, wśród bukietów ze sztucznych i świeżych kwiatów, stał posąg Najświętszej Panny, z drzewa niezgrabnie wyrzeźbiony, z jaskrawo pomalowaną twarzą, bardzo stary. Nad głową posągu połyskiwała korona z posrebrzanej blachy, a od szyi aż do stóp, spływał mu płaszcz z czerwonego aksamitu, pozłocistą taśmą dokoła oszyty.
Kapliczka ta była wysoką i w ten sposób zbudowaną, że ku drodze zwracała się profilem a otworem niszy ku dworowi, nad którym z wysokości swej panowała, na każdym niemal punkcie jego widzialną będąc.
Chwedora z pobożnie schyloną głową przeżegnała się trzy razy i coś zcicha poszeptała, potem, schyliwszy się, wzięła Tadeusza na ręce i podniosła go ku niszy.
— Bozia! — trwożnie jakoś wymówiło dziecko.
— Aha! — odpowiedziała matka, — przeżegnaj się synku.
Ale że sam jeszczeby tego uczynić nie potrafił, wzięła rękę jego w swoję i przenosząc ją ze spoconego czoła na odkrytą pierś synka, ze skruchą i prośbą w głosie mówiła:
— W imię Ojca i Syna...
Przez parę minut stali oboje ze wzrokiem utkwionym w posąg. W oczach dziecka malowała się ciekawość, połączona z zadziwieniem; na ogorzałą, ciemną twarz Chwedory, wybił się wyraz pokornej, gorącej prośby, napełnił oczy jej wzniesione w górę i głęboką zmarszczką przerznął niskie czoło.
Podnosiła wciąż dziecko wysoko, najwyżej, jak tylko mogła i nie mówiąc nic, niewyraźną może myślą błagała Najświętszą, aby je miała w swojej opiece.
Jedynem było, po kilku latach małżeństwa przyszło na świat jak anioł pokoju, bo Klemens odkąd miał syna, szanować zaczął jego matkę i nigdy już pomiędzy nimi ani kłótni nie bywało, ani nawet trwogi o przyszłość. Ojciec dla miłości dziecka zaprzysiągł, że wódki ustami nie dotknie i dotrzymał przysięgi.
Chłopi zazwyczaj kochają bardzo swe dzieci, szczególnie zaś i najbardziej synów.
Wtem, gdzieś wpobliżu, rozległ się głos męski.
— Hooo! hooo! nuże! hooo!
Wołanie to płynęło cichem, złotem powietrzem, basową, przeciągłą nutą. Chwedora oderwała wzrok od niszy i spojrzała na pole. W pobliżu płotu, rozdzielającego ogrody warzywne z polem, wysoki, silny chłop, naprzód nieco podany, szedł za pługiem ciągniętym przez parę koni i basowo, przeciągle, trochę ponuro wołał na konie:
— Hooo! hooo! nuże! hooo!
Matka i syn poznali odrazu Klemensa. Tadeusz począł wierzgać, zrywać się i wrzeszczeć.
— Do taty! do taty! do taty!
— Nie można synku! nam trzeba do sadu!
Jeszcze tych słów nie domówiła, gdy twarz dziecka, jak ziemia ulewnym deszczem zalaną została łzami. Tylko co szczęśliwy był i wesoły jak młode źrebię pośród bujnej łąki, teraz płakał ulewą łez, a wrzeszczał tak, że aż wróble na topolach przelękły się i ze strachu rozszczebiotały się przeraźliwie. Okropnie, namiętnie zachciało mu się taty. Jednak Chwedora, dla poskromienia zachcianki syna, nie udała się tym razem do argumentu dziahy. Owszem, szczęśliwy uśmiech rozwarł grube jej wargi i przycisnęła do piersi wrzeszczące i wierzgające dziecko.
Dobre już, dobre! — mówiła, — oj ty durniu maleńki! — Zawołam ja do ciebie taty, poczekaj zawołam! Niechaj do synka przyjdzie!
Stanąwszy przy płocie warzywnego ogrodu, donośnie zawołała:
— Klemens! hej Klemens!
Kilkanaście tylko zagonów dzieliło ją od orzącego chłopa, który podniósł głowę i również donośnie zawołał:
— Chwedora? a czeho choczesz? (czego chcesz).
Chadzi! — wołała, jednem ramieniem przytrzymując u piersi dziecko, a drugiem dając mężowi wzywające znaki, — chadzi tutki, chutko! (prędko) chadzi!
Konie pośród zagona zatrzymał i ciężkim, szerokim krokiem przebywszy małą przestrzeń, stanął z przeciwnej strony płotu.
Czeho? — zapytał.
Lecz Chwedora odpowiedzieć jeszcze nie zdążyła, gdy Tadeusz wyrwawszy się z jej objęcia, nogami o płot zaczepiony, rękami chwytał koszulę ojca. Akrobatyczne to ćwiczenie nie odbyło się bez sprowadzenia znacznych nieporządków w skromnej toalecie malca. Pomiędzy dwojgiem wysokich i silnych ludzi, nagie ciałko dziecinne, przez chwilę świeciło na słońcu jak posążek z pozłacanego bronzu. Klemens zdjął dziecko z płotu, wziął je w żylaste ramiona i z pochyloną nieco głową patrzał mu w twarz. Rozszczebiotany, z uradowanemi giestami, Tadeusz opowiadał ojcu, że krówka Białuśka poszła na paszę, kiedy jeszcze on spał, a kundel Rubin tak szczekał na jakiegoś żebraka, tak szczekał, że aż pan wekomon... pan wekomon... i zupełnie już nie wiedział, coby takiego powiedzieć chciał o panu ekonomie, natomiast pytać zaczął, czy go także dziś na konia posadzi, tak, jak to był uczynił »jutro«, nie! »wczoraj«, nie! ani jutro ani wczoraj, tylko »za dwa tygodnie«...
Patrząc na syna, Klemens zapytał żonę:
Czeho klikała? (czego wołałaś?)
— Ot! czego? napar się do tatka tak, że niech Pan Bóg broni! Ani mnie jego na ręku utrzymać, ani na ziemię puścić, bo sam w pole poleci. To i zawołałam, żebyś ty tu przyszedł. Co mnie z nim robić! Paskudnik taki! szałun swawolnik!
— W szkórę jemu za to, że taki... — zamruczał chłop, ale szczególnem sprzeciwieństwem z temi słowami żylaste ramię mocno cisnęło dziecię do widzialnej zza rozwartej koszuli kosmatej piersi, a wśród twarzy, kosmatej także od szorstkiego, gęstego zarostu, w szerokim, błogim uśmiechu błysnęły dwa rzędy śnieżnych zębów. Z drugiej strony płota takiż uśmiech rozsunął grube, czerwone policzki kobiece.
Mąż i żona mieli piękne, zdrowe, białe zęby. Nad dzieckiem, które pomiędzy nimi szamotało się i szczebiotało, spojrzenia ich spotkały się ze sobą przyjaźnie i wesoło. Jednakże Klemens miewał zwykle powierzchowność trochę ponurą. Zasmucało go to, że własnej ziemi nie miał i po dworach za parobka sługiwać musiał.
Miał też w przeszłośći swej nieszczęścia i grzechy, które, gdy sobie przypominał, wzdychał, albo w złość wpadał. Dużo pieniędzy stracił był na przeklętą wódkę i ze stryjecznym bratem przegrał proces o trzy morgi gruntu. Teraz przecież nikt nie domyśliłby się w nim tych ciężarów i smutków życia. Wyciągnął nad płotem ręce, żonie dziecko oddając i pod gęstym szorstkim wąsem błyskając wciąż w uśmiechu białemi zębami, gniewnie niby mówił:
— Bóg wie, poco tu przyszli oboje i jeszcze człowieka od roboty odwołują! Czy ja tu z wami cały dzień baraszkować będę? Na, masz! zabieraj sobie tego paskudnika i do roboty ruszaj!
Całus tak głośny, jak wystrzał małego pistoletu, rozległ się nad płotem, a na tłustym, ogorzałym karku malca, tuż pod jasnemi jego włosami, od energicznego przyciśnięcia ust ojcowskich powstała czerwona plama. Klemens odwrócił się zwolna i ciężko stąpając, dążył ku opuszczonemu pługowi.
W połowie drogi obejrzał się i dostrzegł jeszcze czerwoną chustkę Chwedory, migocącą w coraz gęstszej zieleni ogrodu. Tadeusza nie zobaczył, bo malec na własnych już nogach przedzierał się u boku matki przez zielska zarastające ogrodową miedzę, ale nad gąszcz zielony wzbił się i do ucha chłopa doleciał głos dziecka, cienki, przenikliwy, prawiący o czemś nieustannie i w tej letniej pogodzie wydający się nieskończoną, przenikliwą pieśnią ptaszęcą.
Rozległy i z urodzajności swej słynny ten ogród warzywny — z dwu stron swych stykał się z polem i tą drogą, przy której wznosiła się święta kapliczka, a dwoma innemi — słał się do stóp odwiecznych rozłożystych lip, które tam stały długiemi rzędami i teraz całe w pachnącym kwiecie, jakby tysiącem przytłumionych harf brzęczały rojami latających nad niemi pszczół.
Tam, gdzie przerzedziły się gałęzie lip, widać było sad owocowy, pocięty w regularne kwadraty, pełne drzew złocących się od dojrzewających owoców, porysowany w długie szeregi krzewów, czerwonych już od jagód.
Z drugiej strony, lipy rozstępowały się szeroko, i jak na dłoni widzialny odkrywał się ogród spacerowy, okryty gładkim trawnikiem i siecią krętych ścieżyn, połyskujących białemi mostkami, łączącemi brzegi wąskich kanałów, których woda tu i owdzie rzucała na trawniki nieregularne tafle kryształu. Tam, w małych, cienistych gajach, mieszały się różne odcienie zieloności różnych gatunków drzew i różne barwy okrytych kwiatami krzewów.
Nad murawą i wodą, powietrze napełniały niezliczone roje białych i blado-żółtych motyli; w głębi zaś tego pięknego miejsca stał dom jednopiętrowy, ale na podmurowaniu swem wysoki, tak biały — że w słońcu aż srebrny, z rzędem dużych pootwieranych naoścież okien i dużym gankiem, ocienionym gęstwiną pnących się i zwikłanych powojów.
Kapliczka z wysoko umieszczoną niszą i ten ganek obszerny i cienisty, znajdowały się wprost naprzeciw siebie i nad rozległą przestrzenią; patrzały na siebie przez szerokie okno, utworzone w rozerwanym szeregu lip.
Do południa brakowało już tylko jednej godziny; na warzywny ogród spadał skwar lipcowy, ciężki i palący. Niemniej kipiało tam gorące i przyśpieszone życie roślinne i ludzkie. Nad zajmującemi obszerną przestrzeń zagonami nisko rosnących warzyw, pochylało się że dwadzieścia kobiet, których głowy w jaskrawych chustkach wyglądały na słońcu jak bajecznej wielkości piwonie. Zpomiędzy rozłożystych buraków, delikatnie wyciętych liści marchwi, czołgających się łodyg ogórków, wyrywały one pokrzywy, lebiody, mokrzyce, marchewnik, psiemięty i pełno tego zielska nabierając w pasiaste fartuchy, zanosiły je w jeden z rogów ogrodu, gdzie go już wzbierała się duża góra. Wyrywanie i odnoszenie zielska odbywało się żwawo i w zupełnem prawie milczeniu, niemniej, w cieniu lip i na małem podniesieniu gruntu umieszczony nadzorca młody i rześki chłopak, noszący tytuł pana namiestnika, poczuwał się do obowiązku gromienia bab i wołania na nie o pośpiech i gorliwość.
Czynił to bez gniewu, bo i nie było zaco się gniewać; ale gdy tylko dostrzegł; że dwie głowy zbliżyły się do siebie w celu poszeptania o czemś, czy dwie ręce opadły na pasiasty fartuch, wyciągał ramię ubrane w szary płócienny rękaw i donośnie wołał:
Dzieuczata! ej! dzieuczata! (dziewczęta) nie próżnujcie! Czas darmo tracicie! Toż heto hrech! (to grzech). — Albo:
— Baby! ej, baby! Nie rozpuszczajcie języków! Czy wam nie wstyd! Pieniądze weźmiecie darmo! toż heto hrech!
Myślałby kto, że mu wiele zależało na zbawieniu dusz tych kobiet, bo wciąż je argumentem jednym do gorliwości napędzał.
Ale na te głowy, wyglądające w słońcu jak bajecznej wielkości piwonie, znać ten argument działał skutecznie, bo twarze chłopek oblewały się potem, bronzowe i do kolan obnażone ich nogi żwawo biegały po miedzach, gąszcze zielone przerzedzały się szybko i coraz więcej ciemnej ziemi ukazywało się na zagonach.
Chwedora pracowała tak jak inne, więcej może od innych, bo była niepospolicie silną i pracowitą. Kilka razy jednak, przerywała na chwilę swą pracę dla dwu przyczyn: najprzód, srebrzący się w słońcu dom, ze swym cienistym gankiem, wydawał się jej pięknością nad pięknościami i nie mogła sobie odmówić przyjemności rzucenia nań od czasu do czasu zachwyconego spojrzenia.
Przed godziną, na cienistym ganku ukazały się trzy kobiece postaci i już tam pozostały. Zoddali nie można było rozróżnić ich rysów i dojrzeć, czem były zajęte, ale w ramach splecionych z gęstwiny powojów i w jasnych swych sukniach, przypominały Chwedorze święte obrazki.
Raz, jedna z nich zbiegła po szerokich wschodach i ścinać zaczęła z wysokich krzewów jaskrawe gieorginie i drzewiaste róże. Suknia jej wydawała się złocistą, a twarz i ręce białemi, jakoby śnieg.
Lecz więcej jeszcze od tego obrazka pracę Chwedory przerywał Tadeusz.
Trzy razy już od przybycia w to miejsce wybuchał on wrzaskliwym płaczem. Chciało mu się do ojca, którego basowe wołania czasem go dolatywały, chciało mu się do matki, która wciąż z miejsca na miejsce przechodziła, wzbraniając mu za sobą włazić na zagony, i Bóg wie czego jeszcze. Było mu zbyt gorąco, czy nudno, czy go w nagie nogi pokrzywy srodze piekły. Trzeci raz już wrzeszczeć zaczynał.
Za pierwszym razem, Chwedora zaniosła mu kawał chleba i po głowie go głaskała.
— Cicho, synku, cicho! Kiedy będziesz grzeczny, tatko dziś na konika posadzi!
Pocieszony, gębę sobie chlebem zapchawszy, umilkł.
Lecz gdy po raz drugi płacz jego rozszedł się po ogrodzie, Chwedora głowę znad zagonu podniosła i krzyknęła:
— Cicho-że! bo jak dam dziahą!
Umilkł znowu.
Za trzecim razem daremnie przez kilka minut krzyczał.
Chwedora odnosiła zielsko na róg ogrodu i znajdowała się daleko, pod lipami, pan namiestnik donośnie wołał:
— Baby! ej baby! a żwawiej! Bóg jest na niebie, a wy czas marnujecie! Wszak heto hrech!
Chwedora, ażeby grzechu nie popełnić, z wysoko podkasaną spódnicą żwawo na zagon wracała, a Tadeusz, bez obietnicy konika i dziahy, tym razem pocieszył się sam. Tak dalece pocieszył się, że aż zaśmiał się na całe swe małe gardło. Rozśmieszyła go tak bardzo sikorka z żółtym brzuszkiem i błękitnemi skrzydłami, która tuż przed nim wyfrunęła z krzaczystej leszczyny i zniknęła w gęstwinie maku.
Chłopca coś za tym ptaszkiem w mak pociągnęło. Wstał z trawy i prędko, prędko pobrnął pomiędzy wysokie łodygi, gęsto rosnące i u góry kwiatami wszelkich odcieni czerwoności przyozdobione. Zaledwie kilka kroków uczynił, sikora znowu zerwała się z ziemi, zafruczała tuż przed nim i zniknęła. Zapewne wyleciała już z maku i ze znalezionym tam robaczkiem wracała do gniazda w krzaczystej leszczynie, ale on o tem nie wiedział. Zachciało mu się ją dogonić, a może tylko zobaczyć. Brnął więc dalej, łamiąc naokoło łodygi maku, ale nikt tego nie widział i nie słyszał. Był on tak małym i szelest sprawiał niewiele większy jak sikorka. Jednak, podróż stawała się coraz więcej utrudnioną.
U spodu gęstwiny, znalazły się zielska, które oplątywały drobne jego stopy.
Upadł, lecz nie krzyknął, tchu głośniejszego z siebie nie wydał, tak mu się chciało wynaleść i znowu spłoszyć sikorkę. Nie mogąc z powodu owego zielska i gęstości iść, zaczął pomiędzy niemi pełzać, a czynił to pocichu, z wytrzeszczonemi oczyma i ruchami głowy, czyniącemi go podobnym do kota, czatującego na mysz lub ptaka. Czasem z wysokich łodyg osypywały się kwiaty maku i chłodnemi, delikatnemi płatkami spadały mu na plecy i głowę. Wtedy zatrzymywał się na klęczkach i rękoma wsparty o ziemię, z otwartemi usty patrzał w górę. Sikorki nie widział, ale zato, mnóstwo czerwonych i różowych punkcików kołysało się nad nim, na tle nieba, takiem błękitnem, jakiemi były patrzące w górę jego źrenice. Nagle, gdy na kolanach i rękach pełznąc, jeszcze trochę przebył swej trudnej drogi, roztworzył się przed nim mur wysokich łodyg a ukazała się obszerna i widna przestrzeń. Zarazem ogarnęły go mocne zapachy kopru, kminu, kolendry, pietruszki i olśniła żółtość mnóstwa kwiatów, z których jedne należały do ogórków, a drugie do nasturcyi. Niewiadomo jakim sposobem, było tam nawet parę wielkich krzaków nagietek. Słowem, żółtość taka, jakiej nigdy jeszcze nie widział. Olśniony, zerwał się na równe nogi i z wyciągniętemi rękoma, biegł wprost ku nagietkom. Jak przed chwilą sikorki, tak teraz zachciało mu się nagietek. Byłby je zapewne rwał pełną garścią, ale o kilka kroków przed krzakiem stanął tak przelękniony, że do wrzaśnięcia zabrakło mu sił i czasu.
Przedmiot, który w nim taką trwogę obudził, był zarazem przedmiotem nadzwyczaj zajmującym. Składał on się z wysokiej tyki, u której wierzchołka czerniało kilka niewyraźnych łachmanów i jak strzępiaste ramiona, kołysały się dwie słomiane wiechy. Był to strach wystawiony na wróble, ale Tadeusz nie znał jeszcze tego wojennego instrumentu ogrodników. Obie piąstki, mocno ze strachu ściśnięte, przyciskając do obu policzków, stał chwilę, na kołyszące się wiechy słomiane patrzał, w widocznej niepewności, czy uciekać mu wypada, albo też szczególnemu zjawisku dłużej przyglądać się można. Zląkł się strachu najpewniej więcej od wróbli, przeciw którym wzniesionym on został i które tak się już z nim oswoiły, że wielką chmurą i z przeraźliwemi krzykami, to wznosiły się nad owijającym mnóstwo tyczek cukrowym grochem, to znowu nań opadały.
Krzyki ich były tak przeraźliwe i było ich tak wiele, że jakkolwiek Tadeusz zupełnie był oznajomionym z tym gatunkiem ptaków i nawet wiedział, że nazywają się one worobije, to jednak, ponieważ nigdy aż tyle razem ich nie widział, odwróciły one mu uwagę od wysokiej tyki ze słomianym strachem.
Caluteńki wskazujący palec jednak z rąk zatopił w otwartych ustach i patrząc na latające, krzyczące, i groch objadające wróble, zdawał się coś głęboko rozważać.
Wyraz zamyślenia okrył mu twarz, która już teraz od łez, zmieszanych z piaskiem nie miała ani jednego miejsca, któreby nie było szarem albo czarnem.
Śród tych gęstych plam i rysunków widać było tylko trochę rumieńców na policzkach, brzegi warg ponsowe i błękitne źrenice, bardzo zamyślone. Długo z ust palca nie wyjmując, dumał. Cóż? Kiedy wróble mogą latać około tego stracha, czemużby on przelecieć nie mógł? Zielone strąki grochu są bardzo smaczne. Wiedział o tem z doświadczenia, bo mu raz ojciec garść z pola przyniósł. Oho! takie rzeczy nie zapominają się nigdy! Pamiętał dobrze, jakito był smaczny ten groch. Tutaj niektóre strąki wisiały wysoko, ale niektóre zupełnie nisko. »Nie, polecę!«
I puścił się rozorami przez kopr, kmin, kolendrę, pietruszkę, ogórki, nasturcyą... Ale za dużo tu było wszystkiego, aby mógł »lecieć«. Zagony byłe pełne, a rozory wąskie i zarosłe zielskiem. Zamiast lecieć, szedł, czasem padał, czasem pełzł. Doszedł jednak i w chwili właśnie, gdy chmura wróbli z krzykiem wzbijała się nad wierzchołki tyczek, on lazł spodem, tu i owdzie zrywając zielone strąki i chciwie potem niosąc je do ust.
Zuajdował się już teraz daleko od pielących kobiet. Rozdzielała go z niemi znaczna przestrzeń i ukrywała ściana maku, gęstwina białych kminów i żółtych koprów, nakoniec cały las grochu i fasoli. Albowiem za grochem rosła fasola, także na tyczkach, tylko, że później od grochu rodząca owoce, teraz dopiero kwitła czerwono, różowo i biało. Wróbli tam nie było, bo ziarn nie było i Tadeusz także spostrzegł wkrótce, że już wyszedł z grochowego raju.
Tyle jednak zjadł strąków, że było mu dosyć, a czując jeszcze na podniebieniu słodkawy ich smak, czuł się też bardzo wesołym.
Fasola sadzoną była znacznie rzadziej niż groch, to też z łatwością i nawet podskakując przebył ten miły gaik, aż w skraju jego znalazł przestrzeń, na której już nie było warzywa żadnego. Był to skraj warzywnego ogrodu, łagodnym spadem połączony z ogrodem spacerowym i rzędem lip ocieniony. Warzywa już tu nie było... ale co tak błyszczy tam między trawą?
Błyszczała tam woda, bardzo zresztą niewiele wody. Z owych kanałów, zdobiących spacerowy ogród, przejściem jakiemś, które sama sobie wytworzyła, zbiegała tu ona do jakiejś jamy, może przez nią samę wydrążonej, może kiedyś w jakimś celu tu wykopanej. Słowem, było to nic więcej jak jama napełniona wodą. Ale na gruncie spadzistym i od bliskości kanałów wiecznie mokrym, rosły dwa wielkie krzaki kaliny, zasiał się istny las niezapominajek, skakało w trawie mnóstwo zielonych żab.
Tadeusz obie ręce niosąc do włosów, krzyknął:
— Aj! aj! niezabudki!
Znał on te kwiaty tak dobrze, jak wróble i groch. Pełno ich bowiem było w parowie, nad rzeką, gdzie często prowadziła go Chwedora, gdy szła do swojej ciotki na drugą stronę parowu, albo właziła do rzeczki, aby dokoła wystających z niej kamieni raki łowić.
Niedawno jeszcze, narwał on z pomocą matki dwa pęki niezabudek, z których jeden zanieśli potem wspólnie do kapliczki i złożyli u stóp świętego posągu, a drugi, przez kogoś ze dworu posłali tej panience, która teraz, przed cienistym gankiem, rwała i układała w bukiety róże i gieorginie.
Wiedział więc, że te śliczne kwiatki zrywać trzeba dla Bozi i dla panienki, pamiętał, że gdy ich wtedy zerwał wiele, matka go potem całą drogę do chaty na rękach niosła, co bardzo lubił.
Rzucił się więc do niezabudek i zaczął je z całej siły drobnych swych rąk, rwać, rwać... Jeden kwiatek zrywając, szeptał:
Hetyj dla Bozi! (hetyj — ten).
A drugi:
Hetyj dla panienki...
Czasem wyrwał kwiaty z korzeniami lub z całej siły mocował się z łodygą, tak była do zerwania trudną; wtedy sapał, stękał i gniewnie mruczał:
Kap ciebie licho uziało... (żeby cię licho wzięło...) Kap ciebie paralusz...
A potem znowu:
Hetyj dla panienki... hetyj dla Bozi...
Roztargnienie mu sprawiły żaby i ptaki. Pierwsze co chwilę wyskakiwały zpod czarnych, bo błotem oblepionych jego stóp i plusk w wodę! A malec patrząc na to zanosił się od śmiechu. Ptaki znowu wylatywały z kalinowych krzaków i fruwały mu tuż prawie przy uszach.
Kysz! — wołał, machając więzią niezabudek, — kysz! a kysz!
A potem znowu rwąc niezabudki:
Hetyj dla Bozi...
Wtem, stanął i radośnie krzyknął. Sikorka, znowu sikorka, ta sama pewno co tam w maku była. Och! siadła sobie teraz na kalinowej gałęzi i wraz ze śnieżnym, okrągłym kwiatem kaliny kołysze się, to w górę, to w dół pomalutku... i żółtą główką kręci...
Na ustach malca urwały się wyrazy: — »hetyj dla panienki!..« Jedną ręką trzymając pęk niezapominajek, drugą wyciągnął ku sikorce, krzyknął, pochylił się, poskoczył... Delikatne kwiaty wraz z łodygami i korzeniami swemi rozsypały się nad brzegiem jamy, woda silnie plusnęła, Tadeusz zniknął.
Nic, ani krzyku, ani jęku, ani jednego zawołania na matkę lub ojca. Czasu nie było. Mgnienie oka. Na dnie jamy, pod słupem stojącej, zielonawej wody, synek Chwedory i Klemensa leżał na wznak i nieruchomo, a na umurzaną twarz i zabłocone nogi jego kładły się długie, śliskie trawy koloru pleśni.
Ptak z żółtą główką i błękitnemi skrzydłami kołysał się na kalinowej gałęzi, to w górę, to w dół, pomalutku... zielone żaby skakały po mokrej trawie, lipy pachniały i jak tysiącem przytłumionych harf, dzwoniły brzęczeniem zlatujących na nie pszczół.
Z przeciwnej strony ogrodu, zdala dochodził głos namiestnika.
— Czy wam nie wstyd? Bójcie się Boga! to heto hrech!
Z innej strony, od pola, płynęło czasem basowe, głębokie wołanie idącego za pługiem chłopa:
— Hooo! hooo! nuże hooo!
Nad kipiącem morzem kwitnącego, miłosnego, rozśpiewanego, olśniącego życia, wznosił się z jednej strony cienisty ganek dworski, z drugiej kapliczka ze świętym posągiem.
Patrzały one na siebie przez szerokie okno rozerwanego szeregu lip. Przed gankiem, kobieta rwąca róże i gieorginie zdala świeciła licem i rękami białemi jakoby śnieg. W niszy kapliczki, korona świętego posągu jaśniała i promieniała jak zawieszona w powietrzu gwiazda świetna i nieruchoma.






GEDALI.
Na szeroką równinę wieczór letni spuszczać zaczynał ten zmierzch przezroczysty, w którym wszystko przyćmionem jest, ale widzialnem. W tym powstającym zmierzchu, ścierniska nie utraciły swej żółtej barwy i chropowatej powierzchni, drogi odcinały się od pola piaszczystą zielenią, kwitnąca gryka mętnie bielała, grusze polne przybrały kształty pękate a włoskie topole, jak śpiczaste kolumny, sterczały nad zmąconemi liniami zabudowań małego folwarku. Na jednym skraju nieba błądziły jeszcze ogniste szkarłaty zachodu; na innym zgęszczone obłoki stanęły murem, tak ciemnym, że można byłoby w nich dojrzeć upostaciowanie wstępującej na widnokrąg nocy. Powietrze było ciepłe i ciche. W cierniach odzywały się przepiórki; nad gryką, zwabiony jej białością, zaczerniał czasem nietoperz i zakreśliwszy w locie szybkie półkole, kędyś przepadał; od niedalekich pastwisk dolatywały rżenia koni i oderwane nuty pastuszej trąbki. Zresztą, zwierzęta, ptaki i owady spały; ludzi też nigdzie widać, ni słychać nie było. Istnienie ich objawiało tylko kilka złotych światełek, migocących śród zabudowań folwarku.

W zmroku i milczeniu szerokich, śpiących pól, jeden tylko człowiek szedł drogą, nad którą ze stron obu stare wierzby pochylały swe węzłowate i dziwacznie powykręcane gałęzie. Nie zmierzał ku folwarkowi; owszem, minął go i zarazem wyszedł zpod gęstych gałęzi wierzb na czyste pole. Tu ostatki świateł słonecznych, tułające się jeszcze na zachodzie nieba, ogarnęły postać jego wysoką, cienką, zgarbioną pod obarczającym mu plecy tłómokiem. Ubranie miał długie, bo aż do stóp sięgające, zgniecioną czapkę z podartym daszkiem a na nogach obuwie ciężkie, wykrzywione i białe od pyłu. W ręku trzymał kij, na którym się wspierał. Szedł bardzo powoli. Od kilku tygodni panowała w tych stronach posucha, która drogę uczyniła piaszczystą; przytem znajdowało się na niej mnóstwo kamieni. Stopy idącego uderzały o kamienie, albo grzęzły w piasku, podnosząc zarazem małe tumany krztuszącego pyłu; że zaś niosąc tłomok twarz musiał ku ziemi pochylać, chwytał kurzawę w usta i gardło a oddech jego ciężki i śpieszny szemrał i chrypiał w ciszy, głuszony czasem krzykiem przepiórki, rzucającej z ciernisk jasne, wesołe nuty. Raz, światło zachodu, nietrwałe i blade przemknęło mu po twarzy. Była ona podłużną, ciemnym zarostem otoczoną; miała białość opłatka zaprawionego woskiem, kości szczęk sterczące, usta wpółotwarte i oczy utkwione w ziemi.
Stanął, aby odpocząć, lecz wyprostować się nie mógł, bo tłomoka z pleców nie zrzucił. Stał więc zgarbiony, na kiju wsparty i tylko wzrok podniósłszy, patrzał w górę na gęstniejący płaszcz zmroku, czy przerzynający go górą pas białej mgławicy. Wtem powiała nań świeżość obficie spadłej rosy, zmieszana z rzeźwą wonią bujnej roślinności. Wyraźnie w gęstwinie jakiejś zaszumiał cichy szelest; było to jakby przemknięcie się zająca czy kota a może zatrzepotanie skrzydeł obudzonego w niskiem gnieździe ptaka. Spojrzał na pole; rośna świeżość i woń biły z łanu, okrytego gęstą zielenią grochu, w której sennie szemrało mnóstwo istot żyjących. Tu i owdzie, na puszystej powierzchni bielały jeszcze spóźnione kwiaty, ale długie, zwikłane łodygi, gniotąc się wzajem, snopami kładły się na ziemię pod ciężarem wielkich, dojrzałych strąków.
U brzegu piaszczystej drogi, człowiek zgarbiony pod ciężarem grubego tłomoka pochylił się jeszcze niżej; po chwili kij wypadł mu z ręki a obie dłonie, popchnięte jakby wolą od niego niezależną, wyciągnęły się ku zielonym łanom. Cofnął je przecież i zdawać się mogło, że wnet pójdzie dalej, lecz nogi jego jakoby w ziemię wrosły.
— Aj, aj! aj! och!
Były to westchnienia i wykrzyki żądzy. Głową w obie strony poruszył, językiem o podniebienie cmoknął, tłomok swój z pleców na drogę zrzucił i na klęczki padając, obie dłonie w gęstwinie grochu zatopił. Teraz słychać było chrzęst odłamywanych strąków i głośne chrumstanie ich w chciwych zębach. Czołgał się na klęczkach coraz dalej. Szczęki jego poruszały się szybko i ręce latały od gęstej zieloności do ust i od ust do zieloności. Strąki grochu były całe oblane rosą i trudno byłoby powiedzieć, czy łakomie pożerający je człowiek zaspokajał bardziej głód czy pragnienie. Co pewna to, że jadł i pił zarazem, więcej nawet pił niż jadł. Czoło miał spieczone skwarem dziennym i usta pełne pyłu; więc schylił się tak nisko, że całą twarz utopił w mokrej gęstwinie i — jeść przestając, zdawał się odpoczywać w cichej rozkoszy.
W tej samej chwili, niedaleko, bo o kroków kilkadziesiąt, podniósł się z ziemi człowiek inny, wsłuchiwał się i wpatrywał przez chwilę w mroczną przestrzeń, poczem rzucił się na miedzę i z podniesionym kijem, dokonawszy kilku elastycznych poskoków, klęczącego człowieka pochwycił za kołnierz ubrania. Zarazem, głos gruby, ale młody i świeży zawołał:
— A co ty tu robisz, złodzieju, rozbójniku, włóczęgo! Groch nasz depczesz i zjadasz i pewno jeszcze kieszenie nim sobie napychasz! Złapałem cię, psia ty duszo! Wstawajże! no! i chodź ze mną na sądy, bo jak cię walnę kijem, to zaraz jak koń pogalopujesz za mną!
Czy mógłby galopować, nawet pod bodźcem kija — pytanie. Ale zerwał się z ziemi bardzo prędko, od głowy do stóp trzęsąc się z przestrachu. Tak nagle schwytano go, w chwili tak błogiej! Kilkakrotnie zgiął się niskiemi, prędkiemi ukłony, ochrypłym głosem i bezładnie mówiąc:
— Oj, oj! niech mnie wielmożny panicz puści! ja do szynkarza w Szumnej na nocleg idę! Aj, aj! ten groch, tak sobie przy drodze... taki piękny groch... ja sobie tylko troszeczkę... Niech mi wielmożny panicz daruje i puści... czyto taka szkoda, czy co?
Niesłuchając go prawie, chłopak krzyczał:
— A! czy to wielka szkoda? A cóż? może nie szkoda? Może przybytek nam z tego, że takie złodzieje jak ty wszystek groch z brzegu objadają. Było (trzeba było) jeszcze kartofli naszych nakopać? Miałbyś czem bałabostę w szabas potraktować. Przez was, człowiek jak pies, na polu nocować musi, aby swojej rodzonej własności pilnować a tu jeszcze ojciec krzyczy, że nigdy żadnego złodzieja nie złapię. Ot i złapałem. Ot i złapałem. Chodź do ojca. Na sądy! Będzie tobie! popamiętasz!
Ramionami rozmachiwał szeroko i krzyczał wciąż tak głośno, aż się po polu rozlegało. Ochrypły, cichy głos wciąż znowu odpowiadał.
— Oj, oj! niech mnie wielmożny panicz puści... ja do szynkarza w Szumnej na nocleg — oj, sąd! ten groch tak sobie przy samej drodze rośnie! a na co przy drodze rośnie? ja tatkę wielmożnego panicza znam... żeby on taki szczęśliwy był, jak ja jemu życzę... żeby on drugi taki folwark kupił... żeby jemu na tem polu same złoto rodziło... żeby on, nu! sto takich pięknych synów jak panicz wyhodował.
W zmroku nie widać było wyrazu jego twarzy, ale co kilka słów zginał się niskim ukłonem a krępy chłopak, w krótkiej siermiężce, ochłonął znać z gniewu, czy z natury już nie był srogim, bo parsknął śmiechem.
— A to go błogosławi! — zawołał. — Sto synów! Piękniebym ja na tem wyszedł, gdybym miał dziewięćdziesiąt dziewięć bratów! No, nie durz się ty, duszo niechrześciańska, i idź, gdzie ci każę. Nic ty u mnie swemi błogosławieństwami nie wycyganisz! Marsz przede mną, a ja za tobą, jak sołdat za aresztantem. Do tatki na sądy! Ein, zwei, drei, marsz!
Naśladując ruchy żołnierskie, kij swój wziął do ramienia i następował na Żyda, który z trudnością i stękając, wkładał tłomok na plecy. Ośmielony wesołością tego, który go pojmał, z cichym śmiechem zaczął:
— Nu, pójdę, pójdę! a czemu ja nie mam pójść? czyto ja paniczowego tatki nie znam? czy ja nie wiem, że on biednemu Gdalu nic złego nie zrobi. Ja pana Ignaca Korejbego znał jeszcze wtedy, kiedy on w Korejbach... w swojej okolicy żył... a ot teraz to już z pięć latów, jak on sobie ten folwark kupił... Daj Boże, żeby jemu na zdrowie było! ja jego nie boję się! on miłosierny człowiek!
Jednak, w drżeniu głosu i nawet w cichym śmiechu jego czuć było, że bał się. Cóż chcecie? Zaczął iść znowu ze zgiętemi plecyma i schyloną twarzą. Oddech jego tylko stał się głośniejszym i więcej ochrypłym niż wprzódy; kilka razy zakaszlał i splunął. Karciciel jego tuż za nim postępował. Wkrótce znaleźli się obaj u wejścia do wierzbowej alei.
— Na prawo, marsz! — donośnie zakomenderował syn właściciela folwarku.
Pojmany zaśmiał się cicho i ochryple.
— Chi, chi, chi chi! jaki panicz wesoły! daj Boże zdrowie paniczowi!
— Będziesz ty mi winszował, jak ci tatko za ten groch chałat ze skóry zedrze!
— Chi, chi, chi chi!
Znowu zakaszlał i na chwilę przystanął.
— No, idźże prędzej, bo w kark palnę!
Ściśniętą pięść podniósł nad zgiętemi plecyma Żyda; nie uderzył go jednak, tylko przez czas jakiś uderzeniem groził.
W głębokim cieniu wierzb zaszemrało przeciągłe westchnienie.
— Och, och, och!

∗             ∗
W folwarku Ignacego Korejby, dom mieszkalny niewielki, szary, słomą pokryty, rozdzielony był sienią na dwie połowy, z których w jednej mieściła się czeladź wraz z ptastwem domowem, druga była mieszkaniem właściciela folwarku i jego rodziny.

Roboty dzienne przed chwilą dopiero ukończono. W izbie czeladnej, przy wielkiem ognisku gotowano wieczerzę dla parobków, pastuchów i dziewcząt służebnych. Słychać było gwar grubych głosów męskich, rubaszne śmiechy kobiece, czasem wesołe poszczekiwanie psa i przeraźliwe gdakanie kur, które blask ognia i głosy ludzkie obudziły w ciemnych podpieckach. Z drugiej strony sieni, izbę obszerną, mającą podłogę z desek, ściany czysto wybielone i nieco odymiony sufit, oświecał także ogień, palący się jednak nie w wielkiem piecowisku, jak w izbie czeladnej, ale w głębokim i rozłożystym kominie. Gotowało się coś przy nim w sporym garnku, jaskrawy blask ognia padał na wiszące po ścianach święte obrazki, na czerwone ławy, stoły i stołki, na zalegające kąt izby wielkie krosna tkackie i przez drzwi otwarte, zaglądając do sąsiedniego pokoju, niewyraźnie ukazywał zarysy porządnie usłanych łóżek, żelazem okutych skrzyń, worów, wypchanych wełną czy mąką, wiszących na ścianie koszów, kobiałek, motków i także świętych obrazków. Izba tamta służyła widocznie za sypialnię i skarbiec, ta, za jadalnię a poczęści także i kuchnię.
Ignacy Korejba przed kwadransem dopiero wrócił z pola, gdzie wraz z parobkami swymi napełniał wozy zżętym jęczmieniem i teraz z powodu gorąca surdut z siebie zdjąwszy, w płóciennej kamizelce po wierzch koszuli siedział za stołem, na którym pachniał bochen razowego chleba, stały talerze fajansowe i leżały cynowe łyżki. Niski był, krępy, z szerokiemi plecyma, twarzą okrągłą jak księżyc w pełni i głową zjeżoną siwiejącemi, krótko ostrzyżonemi włosami. Aż do wiśniowej barwy ogorzała skóra twarzy i karku jego, czoło pełne zmarszczek i ręce grube, z palcami w dziwne węzły, świadczyły, że mały lecz żyzny ten folwark nie przyszedł mu darmo, lecz został przezeń wydobyty z morza krwawego potu i mnóstwa nakazywanych sobie niedostatków i przecierpianych utrapień. Wszystko to przecież nie przeszkadzało temu, że teraz, z całej postaci tego zaściankowego szlachcica biły niepospolita siła i kwitnące zdrowie a twarz tryskała wyrazem rubasznej wesołości i szczerego zadowolenia z siebie i wszystkiego, co zdobyć potrafił.
Wcale inaczej wyglądał siedzący tuż przy stole, wysoki i chudy ekonom z Szumnej, człek lat średnich, wysoki, muskularny, na długich nogach, z twarzą długą i ciemną, przebiegłemi oczyma i ostrym krzakiem czarnych wąsów nad chytremi usty. Miał on na sobie czarny surdut i czerwony krawat pod szyję. Wiadomo było wszystkim, że był bardzo dumnym, drwiącym ze wszystkich a podobno też i zręcznym człowiekiem. Dziś, wracając z sąsiedniej wioski, gdzie robotników zamawiał, tłustego konika do płotu przywiązał i wstąpił do Korejbów na pogadankę sąsiedzką i świeże kartofle, które właśnie gotowały się na ogniu. Jednak z gospodarzem domu wiodąc rozmowę o żniwach, wciąż przebiegłemi oczyma zerkał na młodziutką Korejbiankę, która, jakkolwiek miała lat dopiero piętnaście, częstych już gości do ojcowskiej chaty sprowadzała. Ten jednak nie był jej snać miłym. Niewysoka i jeszcze niedorosła dziewczynka, w perkalowej sukience, która nie zakrywała ani bosych stóp, ani ogorzałej jej szyi, stała wpobliżu ognia i profilem do konkurenta zwrócona, palcem wodziła po chropowatej powierzchni komina. Odblask ognia złocił jej twarz, przypominającą okrągłe, rumiane jabłuszka, przeglądał się w siwych źrenicach i rozżarzał czerwoność wstążeczki, opasującej jej włosy koloru złota, luźnie na plecy spuszczone. W tym odblasku, doglądając garnka i nie mieszając się do rozmowy mężczyzn, stała matka rodziny; wysoka, koścista, z czołem tak samo jak u jej męża zmarszczonem i tak samo grubemi rękami, nie tak przecież jak on silna i zdrowa, owszem, może trochę chora, może zahukana, gapowata, wciąż usta otwierająca. Długie lata przepracowała w domu i na polu, wiele dzieci zrodziła, pielęgnowała i grzebała na parafialnym cmentarzu. Troje tylko wyrosło jej zdrowo: ta oto rumiana dziewczynka, palcem po szorstkiej powierzchni komina wodząca i dwaj synowie.
O synach w tej chwili rozmawiał z sąsiadem Ignacy Korejba. Miał on ciężkie swoje zgryzoty. Oto Stefek, który teraz pilnuje na polu kartofli i grochu, na świętego Piotra i Pawła dwadzieścia lat skończył. Za rok do wojska! A jak on bez tego syna na gospodarstwie zostanie? Starzeje już, ciężko mu będzie. I na tak długo! Bo kiedy Stefan był dzieckiem, nie wiodło się im jeszcze tak dobrze, jak teraz. Więc czytać i pisać uczył się tylko w domu i żadnej lgoty (ulgi) nie ma. Na sześć lat pójdzie w sołdaty. Ani go może potem oczy nasze nie zobaczą... Wszak i wojna zaskoczyć może... a tu tymczasem prawej ręki ojcu zabraknie...
Korejbina zwróciła się twarzą do ognia i rękawem koszuli po oczach sobie przesunęła. Zaś ekonom z Szumnej, teścia swego in spe z przymileniem zapytał:
— No — a Janek? Ten już do wojska nie pójdzie, jak szkoły skończy?
Na okrągłą i czerwoną twarz Korejby, jakby promień słońca spłynął.
— Janek — panie dobrodzieju! oho! i on pójdzie, pewnie pójdzie... tylko, że nie na sołdata, ale na adwokata... cha, cha, cha! Zdolna błaznota, że niech Pan Bóg broni i do książek, jak Żyd do biblii! »Ja tatku, powiada, jak szkoły skończę, do uniwersytetu pojadę!« »Jedź synku, mówię, ucz się, królem będziesz«. A on: »Nie królem tatku, ale adwokatem!« Niechaj będzie i tak! Niechaj choć jeden Korejba na ludzi wyjdzie. Chwała Bogu! stać mi teraz na edukacyą syna... Stefek jej nie dostał, co robić? Inne czasy były. Zato, jeżeli szczęśliwie służbę wojskową skończy, więcej ziemi dostanie... po sprawiedliwości... ja żadnego z moich dzieci krzywdzić nie chcę i wszystkie troje równiuteńko obdzielę... równiuteńko... a mnie i dziewczyna to także rodzone dziecko, a jakże! tyle będzie miała co i bracia... ot.
Dziwnym fizyologicznym objawem, czerwieniące się wśród czarnych włosów uszy ekonoma z Szumnej, poruszyły się bardzo widocznie w chwili, gdy Korejba rozprawiał o zamiarze równego podzielenia majątku swego pomiędzy wszystkie swe dzieci. Latające jego oczy zapłynęły masłem i miodem i zwróciły się ku stojącej u komina dziewczynce. Najzupełniej nagle i niespodziewanie, głosem tak grubym i podniesionym, że aż Korejba szeroko oczy wytrzeszczył, zawołał:
— Budzę panią, panno Jadwigo!
Był to niezmiernie zręczny sposób zawiązania rozmowy z młodziutką bogdanką. Ale, zamiast jak wypadało, odpowiedzieć wzajemnem pytaniem: »w jakim kolorze?« bogdanka zerwała się jak strzała, przebiegła izbę i wybiec z niej miała, gdy nagle w drzwiach rozległo się głuche stuknięcie i zaraz potem dwa wybuchy dźwięcznego śmiechu! Stuknięcie pochodziło z nagłego spotkania się z sobą dwu młodych głów a było tak silnem, że aż rozległo się po izbie. Nic to. Dziewczyna, trzymając się ręką za skroń śmiała się tak, że aż od śmiechu zataczała się po izbie i głośno śmiał się także szesnastoletni chłopak, który w płóciennej bluzie i ze strzelbą na plecach wbiegł do izby, a jedną ręką zrywając z głowy czapeczkę, zdobną w srebrny znak szkolny, drugą rzucił na stół dwa zabite ptaki. Za nim wpadł i po izbie z radosnem skomleniem wić się zaczął pies nieduży, trochę wyżeł, daleko więcej kundel, zabłocony tak, że trudno było rozpoznać kolor jego sierści. Z ubrania chłopca poznać można było, że wracał z myśliwskiej wycieczki, obuwie miał zabłocone, całą odzież przesiąkłą wilgocią mokrych łąk. Twarz jak u siostry okrągłą i drobną, tylko znacznie mizerniejszą, oblewał mu pot kroplisty i rozpromieniał wyraz tryumfu. Pierwszyto raz w wakacyjnej porze, ojciec pozwolił mu zdjąć ze ściany swą strzelbę i iść z nią na polowanie.
I oto teraz zabił dwa bekasy! Dla gieniusza rodziny poruszyło się wszystko, co w izbie żyło. Korejba w grubych swych dłoniach macał i ściskał przyniesione ptaki.
— Dubelty, panie dobrodzieju, tłuste, jak masłem oblane, patrzcieno, jak ta błaznota strzelać umie!.. cha, cha, cha!
I śmiał się na całe gardło, a ekonom z Szumnej wtórował mu swym basowym głosem, dopytując się Janka na jakich łąkach polował, doradzając inne, ofiarując psa swego, prawdziwego, »słowo honorowego człowieka«, prawdziwego wyżła — pontera.
Korejbina zdejmowała synowi strzelbę z ramion i fartuchem mu pot z twarzy ocierała. Jadwinia niezupełnie jeszcze śmiech utuliwszy, rzuciła się do stojącego w ogniu garnka. Młodziutki myśliwy wyszedł z domu zaraz po południu i głodnym być musiał. Wnet na stole zjawiły się talerze z kwaśnem mlekiem i ogromna misa dymiących się, zaskwarzoną słoniną oblanych kartofli. Hej! zrobiło się tam bardzo wesoło i jasno. Ogień na kominie wciąż buchał szerokim płomieniem a Korejbina jeszcze i świeczkę w mosiężnym lichtarzu postawiła na stole. Na intencyą gościa, z szafy wydobyte cynowe łyżki połyskiwały jak srebro i dzwoniły o fajansowe talerze, czerpiąc z nich mleko, okryte warstwą różowej śmietany. Korejba w ręce sąsiada pił wiśniówkę domowego wyrobu; Korejbina, z szerokim uśmiechem na kościstej i gapiowatej twarzy, dolewała i dokładała jedzenia gościowi i dzieciom, ekonom z Szumnej, ręką ze złotym pierścionkiem ocierając co chwila zsiadłe mleko ze sterczących wąsów, miodowe spojrzenia rzucał na Jadwisię, która, rozweselona i udobruchana, klęcząc na ławie a połową ciała leżąc na stole, jadła z jednego talerza z bratem, bosemi piętami wybijała o brzeg ławki wesołe takty i zdecydowała się nawet, z chmurną trochę figlarnością, odpowiadać na zaczepki niemiłego konkurenta.
— Panna Jadwiga czegościś zła dzisiaj.
— Ja wcale nie zła, tylko się tak panu Tomkiewiczowi zdaje.
— A czy panna Jadwiga wie, że złość piękności szkodzi...
— To niech się pan Tomkiewicz nigdy nie gniewa, boby zeszpetniał...
— Czyto ja mam sobie w ten sposób rozumieć, że w oczach pani jestem teraz pięknym?..
Wszyscy obecni, zajadając, śmieli się i tylko Janek, na koncepty siostry i Tomkiewicza wcale nie zważając, ani na chwilę nie przestawał opowiadać o swem dzisiejszem polowaniu. Dźwięczny, cienki, wpółdziecinny jeszcze głos jego, nieustannie górował nad wszystkiemi innemi głosami. Jadł, giestykulował i gadał. Najwięcej mowę swą zwracał do ojca, którego policzki wydęte były od pożeranych kartofli a oczy błyszczały od gorąca i zadowolenia.
— Patrzę ja, tatku!.. Trezor stoi... waruj! — krzyczę. — Stoi jak mur! Fuzyą do oka... idę... Pójdź dalej! — mówię. — Trezor idzie dalej! pójdź dalej! dubelt foor! pif, paf! upadł...
Trezor, słysząc swe imię, biegał dokoła stołu, radośnie skomląc; dano mu talerz kwaśnego mleka.
— Cha, cha, cha cha! — na całą izbę śmiał się Korejba — jak ta błaznota do wszystkiego staje! I do książki i do fuzyjki... Tylko mi się kiedy nie postrzel, smarkaczu...
W tej chwili otworzyły się drzwi od sieni i, ręką czyjąś popchnięty, do izby wpadł człowiek w długiej, podartej, u piersi rozwartej odzieży, w obuwiu wykrzywionem i białem od pyłu, z tłomokiem na plecach, z kijem i czapką w ręku. Popchnięto go tak silnie, czy też sam był tak słabym, że od progu zatoczył się jak pijany i stanął dopiero wtedy, gdy dłonią oparł się o ścianę. Stanął pomiędzy drzwiami a kominem, w cieniu nieco i zgarbiony pod swym ciężarem, głowę na złote światło ognia wysunął. Ta postać chuda, łachmanami okryta, chyląca się w niskim ukłonie, z ciężarem na plecach, kijem w ręku, włosami rozrzuconemi i twarzą, sterczącą szczękowemi kośćmi a obleczoną skórą, podobną do żółtawego opłatka, — w tej, wesoło oświetlonej izbie, wśród tych zdrowych, ogorzałych twarzy, ciał bogatych w kości i tłuszcz, śmiechów rubasznych i skromnych dostatków, ukazała się, jakby nagle z ziemi wyrastający duch cierpienia.
— W imię Ojca i Syna... — niosąc rękę do czoła, zaczęła Korejbina.
— Wszelki duch Pana Boga chwali! — z drwiącym śmiechem krzyknął Tomkiewicz.
— Jezus, Marya! — jęknęła Jadwisia i oczy schowała za plecy brata, który łyżkę na talerz opuścił i swawolą rozogniony, wzrok swój wlepił w oczy przybyłego, zapadłe, błyszczące, olśnione i przerażone.
Ku stołowi szerokim krokiem zbliżył się krępy i silny chłopak, w krótkiej siermiężce i wysokich bótach. Był to żyjący portret ojca. Tak kiedyś pewno wyglądał stary Korejba. Błękitne oczy młodzieńca błyszczały, czoło białością swą odcinało się od ogorzałych policzków; włosy miał jasno-złote jak u siostry, a ręce zgrubiałe od pracy na roli, jak u obojga rodziców. Niedbale skinął głową ekonomowi z Szumnej i stanął przed ojcem.
— Złodzieja, tatku, przyprowadziłem... groch nasz żarł, aż mu za uszami trzeszczało a może też i w kieszenie nabrał. Niech tam tatko robi sobie sąd nad nim! ja swoje zrobiłem.
Jeszcze nie skończył mówić, gdy mu matka wepchnęła w ręce talerz pełen kartofli i skwarek, a Ignacy Korejba podniósłszy się nieco z ławy, pięścią w stół stuknął tak silnie, że aż podskoczyły na nim talerze i łyżki. Na niskiem i nawskróś zbróżdżonem czole starego rolnika, żyły nabrzmiały jak błękitne sznurki, oczy mu zapłonęły, policzki zaszły ciemną purpurą. W tem mgnieniu oka dostrzec można było, że gdy rozgniewał się, mógł być strasznym.
— A psie przeklęty! będziesz ty mnie moję krwawicę marnował!
Krzyk ten podobnym był do ryku lwa, tak jak sarkanie Stefana przypominało mruczenie młodego niedźwiadka. Zapychając usta kartoflami i szeroko giestykulując, wyrzekał on przed Tomkiewiczem na złodziejów, w różny sposób grabiących ich dobro. Choć wzbogaceni, ojciec i syn nie przestali własnemi rękami orać, siać, kosić; bronili więc swej krwawicy, jak wilki ciężko zdobytego łupu. Nagle przecież stary Korejba przestał krzyczeć i jak ludzie z osłabionym wzrokiem, dłonią sobie oczy przysłaniając, wpatrzył się w pojmanego.
— Coto? — zapytał — Gedali, czy co? Czy ty Gedali z Wołpy? No, gadajże! czyś oniemiał?
Zapytywany kilka razy poruszył ustami i po kilku sekundach zaledwie, znowu kłaniając się nisko, wybełkotał:
— Gedali! wielmożny panie! Ja... Gedali z Wołpy... ten sam, do którego wielmożny pan kiedyś po sól i żelaztwo zajeżdżał... ten sam, który tę brykę miał i parę tych pięknych koniów... coto pan wie... oj!...
Ochłonął nieco z przestrachu i głową żałośnie wstrząsał. Korejba dobrze go snać sobie przypominał, bo sapiąc opuścił się znowu na ławę i z gniewem jeszcze, ale znacznie już mniejszym sarknął.
— Ślicznieś się wykierował na złodzieja, co po cudzych polach chodzi i kradnie...
Żyd chudą ręką uderzył się w piersi.
— Wielmożny panie! ja nie kradł, żeby mnie nieszczęście spotkało, jeżeli ja kradł! żeby ja jutrzejszego dnia nie doczekał...
— A cóżeś robił? — W jednem ręku trzymając talerz a drugą w pięść ścisnąwszy, przyskoczył do niego Stefan; — a cóżeś to robiłi niedowiarku, kiedym cię tam przy grochu schwytał? he?
— Nu! przepraszam!.. niech wielmożny panicz nie gniewa się... ja tego grochu nie kradł...
— Cóżeś robił? — ze wzmagającym się znowu gniewem krzyknął Korejba.
Tomkiewicz, który na Żyda spoglądał z przygnębiającą wzgardą, zażartował:
— On pewno patrzył, czy w tym grochu ruble czasem nie rosną...
Żyd cicho wymówił:
— Ja jego jadł... to prawda...
Korejba wybuchnął znowu.
— A cóżto ty sobie myślisz, że ja groch sieję dlatego, aby każdy włóczęga objadał się nim podostatkiem. Poczekaj... nie daruję... musisz zapłacić, albo cię do mirowego (sędziego pokoju) zaciągnę...
Żyd znowu pokłonił się nisko.
— Oj, — jęknął — niech wielmożnemu panu sto lat życia i zdrowia będzie, kiedy wielmożny Gedalu daruje... ja do Szumnej na nocleg szedł i ten groch spotkał... On przy drodze rośnie! a czemu on przy samej drodze rośnie! Aj! wiele ja tam zjadł! troszeczkę...
Tomkiewicz, który widocznie dowcipem swym olśnić chciał ulubioną, figlarnie na Jadwinię zerknął i z grubym śmiechem zawołał:
— To wam, Żydzie, słowo honorowego człowieka, wasza religia wiele kraść nie pozwala, ale troszeczkę pozwala, co?
Żyd dziwnie jakoś oczyma ku mówiącemu błysnął i ze szczelnie zaciśniętemi usty milczał chwilę. Potem, w ziemię patrząc, odrzekł:
— Naco tu religia? Ona nikomu kraść nie pozwala.
I jeszcze ciszej kończył.
— Ja był głodny...
— Kiedyś był głodny, trzeba było prosić, ale nie bez pozwolenia brać... — zaczął Korejba, lecz Tomkiewicz, akcent żydowski naśladując, mowę mu przerwał.
— A jeżeli ten groch był trefny, to co teraz będzie?
Żółte wargi Gedalego poruszyły się niespokojnie; Tomkiewicz dotknął snać tym razem draźliwiej strony jego sumienia. W ziemię patrząc i zwiędłe czoło swe, pod opadającą na nie gęstwiną siwiejących włosów marszcząc, dumał. Nagle wyprostował się o tyle, o ile tylko dozwalał na to tłoczący mu plecy tłomok, giestem rozpaczliwego postanowienia szeroko rozłożył ręce, twarz ku sufitowi zwrócił i po raz pierwszy, odkąd tu wszedł, głos nieco podnosząc, zawołał:
— Aj, aj! żeby sam rabin koło tego grochu chodził, toby go trochę zjadł: taki groch!
W wykrzyku tym było tyle zapału, którym głodny żołądek przejął się dla pięknego grochu, że nikt z obecnych nie zaśmiał się, ale owszem, stary Korejba i obaj jego synowie trochę pochmurnieli. Jeden Tomkiewicz miał widoczną ochotę strzelić znowu dowcipem, ale powstrzymał się, bo zauważył, że ulubiona jego zsunęła się z ławki i u komina stanąwszy, dużemi swojemi, siwemi oczyma ciekawie i poważnie na Żyda patrzyła.
— Patrzcieno, — po chwili ozwał się gospodarz domu, — toś ty tak zbiedniał, Gdalku! Jużem cię chyba z dziesięć lat nie widział, ale gdym często jeszcze bywał w Wołpie, pamiętam, że miałeś się wcale dobrze...
— Zbiedniałem, panie, ze wszystkiem zbiedniałem...
Tomkiewicz wytrzymać już nie mógł.
— A żeby tak ślepy gołego okradł — huknął — jak to prawda jest, że on biedny! który z nich biedny? oni wszyscy, to pijawki krwią ludzką napojone... słowo honorowego człowieka.
Gedali powolnym ruchem twarz zwrócił ku mówiącemu i patrząc nań nie rozgniewanym, ale zamyślonym i nieruchomym wzrokiem, kij z ręki wypuścił i obie ręce ku piersi podniosłszy, rozwarł okrywające ją strzępy chałatu. Pod strzępami temi ukazała się koszula tak podarta, że ciemne, chude ciało zaświeciło przez wielkie jej dziury. Jednocześnie piersią tą wstrząsnął kaszel, krótki i ochrypły, zza podartych rękawów chałata widać było nagie ramiona.
— Niechlujstwo! — mruknął Tomkiewicz i głośno na środek izby splunął.
Stojąca przy kominie Korejbina odwróciła twarz, szepcząc: »Matko Boska!« Korejba grubemi palcami zabębnił po stole, a Janek najniespodziewaniej w świecie swym cienkim, chłopięcym głosem zawołał:
— Dlaczego pan swojej torby z pleców nie zdejmie? Niech pan będzie łaskaw zdjąć z siebie tę torbę!
Tomkiewicz parskął śmiechem.
— Pan! no, pan! Cha, cha, cha, cha! Słowo honorowego człowieka, jeszcze jak żyję nie słyszałem, żeby takich łapserdaków panami tytułować. Widać, że pan Jan wielkiej już grzeczności wyuczył się w mieście.
Chłopak zaczerwienił się jak wiśnia i z dumą szesnastoletniego gimnazyasty głowę podnosząc, odrzucił:
— Może być, że pan Tomkiewicz o wielu rzeczach jeszcze nie słyszał, ale my to już dawno wiemy, że człowiek cywilizowany dla każdego grzecznym być powinien.
— Cicho Janek, cicho! — ulubieńca swego oburknął Korejba, lecz wnet łaskawie dodał:
— No, zdejm już Gdalu ten wór z pleców i wyprostuj się, kiedy panicz tak chce.
Gedali, widocznie ucieszony, począł przez ramiona i głowę zdejmować grube sznury tłomoka. Nie mógł jednak tego uczynić od razu: ręce mu drżały i zakaszlał się silnie.
— Jadwisio! pomóżże mu! — zakomenderował Janek.
Dziewczynka, która stała najbliżej Żyda, poskoczyła i w mgnieniu oka, czerwonemi i niemałemi wcale rękoma, przerzuciła mu w tył głowy splot grubego sznura! Tomkiewicz oburzył się.
— Jezus, Marya! — krzyknął — jeszcze czego nie stawało, aby panna Jadwiga około żydowskich łapserdaków rączki swoje brudziła. Co nadto, tego już, słowo honorowego człowieka, i świnie nie jedzą!
Ale Jadwisia, komenderówce brata gimnazyasty posłuszna, dla innych zuchwały języczek w rumianej buzi miała.
— Niech pan Tomkiewicz o moje ręce nie dba! Jak je zabrudzę, to i umyję, a wody u pana nie poproszę.
— Cóżto macie w tej torbie? czy po jałmużnie chodzicie? — szeroko gapiowate swe usta otwierając i głosem przewlekłym — zapytała matka rodziny.
Gedali przecząco wstrząsnął głową.
— Ja nie żebrak...
— A cóż tam jest w tej torbie?
— Ja kramarz... po dworach i okolicach szlacheckich, nu i po wsiach chłopskich chodzę i towar sprzedaję.
— Jednakowoż — z zamyśleniem zaczął Korejba — jak ty mogłeś tak zbiednieć Gdalku? Toż ja pamiętam, że żonka twoja trzymała w Wołpie kramę z solą, żelaztwem i różnemi drobiazgami a ty domek własny tam miałeś i furmaniłeś. Pamiętam, ho! pamiętam ja te czasy, kiedym jeszcze w łapciach, panie dobrodzieju, do Wołpy przyjeżdżał i do was zachodził. U żonki twojej kupowałem co mi było potrzeba; roztropna była i przystojna Żydowica, ta twoja Merka — a twoją bryką raz do strzecznego (stryjecznego) brata aż za Słonim jeździłem. Cóżto takiego stało się z tobą?
Gedali stał teraz prosto, o gzems komina oparty, zupełnie prawie już pewny, że mu się tu nic złego nie stanie. Na pytanie Korejby odpowiedział:
— Co? Ot co... Pan Bóg dopuścił. Mój dom w Wołpie spalił się.
— Szkoda! szkoda! — z widocznem współczuciem rzekł Korejba.
— I dobrze! — krzyknął Tomkiewicz. — Zjadał wilk, zjedli wilka! Albo to oni mało budynków ludzkich podpalili. W Krzewnie tej wiosny podwał wódczany podpalili, a w Palówce karczmę.
Cicho i zlekka ramionami wzruszając, Gedali odpowiedział:
— Ja nie podpalał.
— Ale bo nie mogłeś, a żebyś tylko mógł, tobyś podpalił.
— Nie podpaliłby, — zaprzeczył Korejba — ja jego kiedyś dobrze znałem. Człek był spokojny. A Merka twoja jak ma się? Czy i ona już w Wołpie kramy nie ma?
— Umarła.
— Patrzajcie! umarła! — Szeroko znowu usta otworzyła Korejbina; — a a a! taki jeszcze i nie stara była kobieta! a z czegożto ona umarła?
Żyd patrzył w ziemię.
— Ot, z czego? Pan Bóg dopuścił... nie tu wspominając, ze złej choroby...
— Znaczy, z cholery, — rzekł Korejba, a ekonom, szybko poruszając krzaczystemi wąsami, żywym ruchem zwrócił się do Żyda.
— No Żydzie! — zawołał — jak jutro przez Szumnę przechodzić będziesz, słowo honorowego człowieka, dam ci garniec świeżego grochu, tylko mi zaraz powiedz, jak nazywa się ta choroba, na którą twoja żona umarła! cha, cha, cha, cha!
Gedali niespokojnie poruszył wargami.
— Nu, nie tu wspominając, to zła choroba...
— Ale ty mnie gadaj, jak ona nazywa się?
— Jak ona nazywa się? A na co to mówić, jak ona nazywa się!
— Za nic bestya nie powie! Żeby go poćwiertować nie powie, — wybuchnął śmiechem Tomkiewicz.
— Taki już u nich głupi zabobon, — przywtórzył Stefan.
Janek czerwieniąc się znowu, sentencyonalnie i dobitnie wyrzekł:
— Jest to nieludzkość, bez żadnej potrzeby zmuszać kogoś do tego, co mu przykrość sprawia.
Widocznie zaczynał brać do serca sprawę Żyda; przytem obchodziły go losy koni, które tenże niegdyś posiadał.
— A konie? — zapytał.
— Jeden zdechł a drugi oślepł i ja jego sprzedał za piętnaście rublów.
— Ale ty cościś dużo dzieci miałeś, — zaczął Korejba; — pamiętam, że kiedym u was bywał, z pięcioro tego uwijało się około twojej Mery.
— Siedmioro... — poprawił Gedali.
— A Jezus! — jęknęła Korejbina, — siedmioro wykarmić i wyhodować, czy to żarty?
Na grubej dłoni kościsty policzek wspierając, żałośnie kołysała głowę. Ona dobrze wiedziała, co znaczy karmić i chować dzieci, w lepszym nawet bycie, a cóż dopiero w takim mizernym. W głosie jej brzmiało jakby poszanowanie dla rodzicielskich boleści i trudów, gdy łagodnie patrząc na Żyda zapytała:
— A w jakim wieku?
Powoli, to z gorzkiemi nieco, to znowu z radosnemi niemal uśmiechy opowiedział, że jedno tylko z dzieci jego było zupełnie dorosłe: córka, która po śmierci matki doglądała i chowała wszystkie inne; że z tych innych, syn jeden uczył się szewstwa, drugi uczęszczał do Talmud-tory, takiej sobie żydowskiej szkoły dla ubogich chłopców, trzeci niczego nie uczył się, bo mu Pan Bóg do niczego rozumu nie dał, czwarty zaś, Chaimek, był bardzo rozumny, ale jeszcze zupełnie mały. Co do dwóch młodszych córek, te, choć w służbę iść chciały, nie mogły, — bo nic nie umieją i żadnej siły w sobie nie mają.
— Siedzą sobie tedy w izbie i pończochy na sprzedaż robią. Jedna z nich, Małka, piętnaście lat ma i bardzo ładna, ale taka blada jak papier i nigdy nic nie mówi? Dlaczego ona nie mówi? Albo on wie! Ze smutku może, czy z biedy, bo ot, jejby trzeba jeść więcej i troszkę wesołości nabrać, a tu zkąd? W jednej izbie wszystkie ośm żyją i trzy ruble na tydzień mają, te trzy ruble, które on ze swego handlu zarabia. Całego majątku zostało mu ośmdziesiąt rubli; on za to nakupił towaru, co tydzień na szabas wraca do dzieci i przynosi im trzy ruble. Nu, jak Pan Bóg da, czasem cztery albo pięć, ale rzadko, — najczęściej trzy i wtedy bieda; ażeby dobrze sobie przeżyć, trzebaby im mieć ośm rubli na tydzień. Och! och! żeby on miał ośm rubli na tydzień, jakiebyto było szczęście dla niego i dla jego dzieci...
Mówiłby pewno dłużej, ale kaszlać zaczął. Na palcach przeszedł część izby i do kąta splunąwszy, na uprzednie miejsce powrócił. Obecni milczeli chwilę. Zdawało się, że duch litości przez izbę tę przeleciał i miękkiem skrzydłem musnął wszystkie te grube twarze.
Korejba bębnił palcami po stole i myślał, o czem? Może o czasach ubogiej swej młodości, gdy w łapciach jeszcze zachodził do domu Gdala i wesoło gawędził z żoną jego Merą. Korejbina, z policzkiem na dłoni wspartym, myślała także może o jednej ze zmarłych swych córek, która na rok przed śmiercią, tak jak teraz córka Gdala, stała się białą jak papier i milczącą jak zdławione ptaszę. Stefan siedział u okna, brodę oparł na ręku i marszcząc białe czoło, dumał; miał i on swoję zgryzotę; za rok, precz mu z tej chaty, do wojska. Więc słuchając o biedach cudzych, zasmucił się także. Jadwisia, która jeszcze żadnych smutków nie zaznała, przysiadła na ziemi i odrzuciwszy na plecy złotą grzywę włosów, z podniesioną twarzą wlepiała w Żyda siwe swe źrenice, zdziwione. Jeden Tomkiewicz, widocznie kwaśny, strzelił znowu konceptem.
— A lichożbo ci kazało, Żydzie, tyle dzieci napłodzić?
Gedali odpowiedział:
— Wiadomo... u najbiedniejszych, zawsze dzieciów najwięcej.
Tu zadzwonił znowu chłopięcy i pełen pewności siebie głos Janka:
— Niech pan siada, panie Gdalu, proszę pana siadać.
Gedali ukłonił się, ale Korejba, propozycyi syna nie podnosząc, z zamyśleniem zaczął:
— Jednakowoż, jakieto na świecie bywają wypadki. Ot, on człowiek spokojny i uczciwie pracujący przepadł, a ten szelma Mendel z Szumnej, kręciciel taki, że niech Pan Bóg broni, wzbogaca się aż strach! Słyszę, już Szumnę w dzierżawę bierze.
Tu oczy jego przybrały wyraz trochę złośliwy i zukosa na ekonoma zerknęły. Chodziły po świecie pogłoski, że Tomkiewicz z bogatym Mendlem okrutnie na niekorzyść dziedzica Szumnej szachrował. Zmieszał się też trochę ekonom, Korejba zaś powtórzył:
— Ha? czemu to tak? ten nic złego nie zrobił i w biedzie — a tamten, gałgan, bogaczem sobie jest... Ot, jak na świecie, lepszemu gorzej, gorszemu lepiej.
Gedali kilka kroków naprzód postąpił i nieśmiało zaczął:
— Przepraszam wielmożne państwo, u nas o tem jest przypowiastka.
Jadwisia uczyniła żywe poruszenie; nadzwyczajnie lubiła bajki i przypowiastki. Żyd wyprostował się i mówić zaczął:
— U nas tak napisane stoi. Kiedy Pan Bóg chciał temu światu Biblią dać, to powiedział, żeby wszystkie góry do niego przyszły. Góry, ma się rozumieć, posłuchały Pana Boga, ale te, co były wielkie, stanęły na przodzie bardzo pyszne z tego, że były wielkie i czekały, której z nich Pan Bóg Biblią da. Pan Bóg popatrzał, popatrzał i zawołał do siebie najmniejszą górę, taką małą, że ona za wielkiemi schowała się i myślała, że jej Pan Bóg i nie zobaczy. Ale Pan Bóg zawołał ją i powiedział: »Ja Biblią tobie daję, bo ty choć mała, ale więcej jesteś warta w moich oczach od tamtych wielkich. A dlaczego ty więcej warta? Dlatego, że one pysznią się, a ty nie pysznisz się i dlatego, że z nich wiele kamieni na ludzi spadało a z ciebie żaden kamień na nikogo nie spadł«. I dał Pan Bóg Biblią najmniejszej górze a jeden nasz wielki rabin — on nazywał się Ben-Jehuda — gadał, że ta przypowiastka pokazuje, że maleńki człowiek może być więcej wart od wielkiego, jeżeli on niepyszny i nikomu nie zaszkodził, a tamten pyszny i dużo złego ludziom narobił.
Dłonią o stół uderzając, stary Korejba z błyskiem oczu zawołał:
— To jest prawda! Ot, np., wiesz co, panie Tomkiewicz, kiedy mnie pan Palicki procesem dusił, aby mi niesprawiedliwie moję fortunkę odebrać, gryzłem się, panie, tak, że o mało nie chorowałem ze zgryzoty, a wszakże często myślałem sobie: choć on wielki pan, a ja chudy szlachcic łapciasty, lepszym od niego, bo on krzywdziciel i pyszny Herod, a ja nikomu wody nie zamąciłem, własną krwawicą swoją dobyłem wszystko co mam, a czasem to jeszcze, panie, komu i dopomogłem...
— Przepraszam wielmożnego pana — odezwał się Gedali — to co pan teraz powiedział, to są takie winogrony, co na kolącym krzaku rosną... ja nie wiem, jak ten krzak nazywa się, coto tak kole?
Pytającym wzrokiem wodził po wszystkich twarzach.
— Może głóg — podpowiedziała Jadwisia.
— Aha! panienka dobrze wie... glog! glog! U nas i o tem jest przypowiastka ładna.
Dziewczynka klasnęła w dłonie. Gedali przygasłym swym wzrokiem popatrzał na nią i uśmiechając się zaczął:
— Aj! jaka panienka wesoła! jakto dobrze patrzeć, kiedy kto taki wesoły! Och! żeby to moja Małka była kiedy taka wesoła! Ona te same lata ma, co panienka i tego samego rostu (wzrostu), tylko biała jak papier i nigdy nic nie gada. Jeżeli panienka chce, to ja i tę przypowiastkę opowiem... U nas tak napisane stoi: Kiedy Żydzi byli w niewoli babilońskiej, żył jeden bardzo uczony i pobożny człowiek, który nazywał się Uriel. I on był bardzo dobry, a dlatego, że był on taki dobry, to on żadnym sposobem tej niewoli przenosić nie mógł. Kiedy on widział, że Żydów bardzo krzywdzili, on tak płakał, że jemu z wielkiemi boleściami całe serce wylewało się przez oczy. I on szedł do tych, co niesprawiedliwie cierpieli i dawał im wszystko, co miał. Jednemu dawał troszkę swego rozumu, a drugiemu troszkę pieniądzów, a trzeciego tak sobie po twarzy gładził, jak matka swoje dziecko, kiedy ono chore. Ale to jemu nic nie pomagało i taki smutek jego przycisnął, że zaczął on do Pana Boga krzyczeć, żeby Pan Bóg jemu śmierć prędzej dał. Nu, Pan Bóg nie dał jemu śmierci, tylko spuścił na niego sen. Jemu przyśniło się, że on taksamo był w babilońskiej niewoli z całym narodem i że jeden z narodu przyszedł do niego i mówił: Reb-Urielu, poradź ty mnie, jak ja mam sobie w tym interesie dobrze zrobić; a on chciał radzić i nie mógł, bo język w gębie kołem mu stanął.
A drugi człowiek przyszedł i mówi: Reb-Urielu, naucz ty mego syna w świętych książkach czytać — a on chciał uczyć i nie mógł, bo sam czytać zapomniał. A trzeci człowiek przyszedł i mówił: Reb-Urielu, daj mnie co jeść — a on chciał dawać i nie mógł, bo cały jego majątek gdzieś przepadł. Aż Reb-Uriel krzyknął okropnie i obudził się i poczuł, że w głowie ma ten sam rozum co pierwiej, a cały majątek jego naokoło niego jest. Wtenczas on padł na twarz przed Panem Bogiem i modlił się: »Nie dawaj mnie jeszcze, Panie Boże, śmierci, bo choć ja bardzo nieszczęśliwy, ale ja szczęśliwy, bo mogę radościów robić tym, co smutne!... A jeden nasz wielki rabin — on nazywał się Ben-Akiba — gadał, że ta przypowiastka pokazuje, że jeżeli kto nieszczęśliwy i bardzo gryzie się, to niech on tylko dobrze naokoło siebie obejrzy się a pewno zobaczy, że na tym głogowym krzaku, w którym on siedzi, słodkie winogrona rosną.
— Patrzcie! — rzekł Korejba — jaki ty mądry Gdalu, tyle historyj na pamięć umiesz! I niczego sobie te twoje historye, dalibóg niczego, choć żydowskie. Siadajno, siadaj, teraz pogadamy sobie o tym grochu!
Ucieszony okazaną mu łaską, lecz znowu przerażony wzmianką o grochu, Gedali uśmiechał się, oczyma niespokojnie błyskał i kłaniając się razporaz, bełkotał, że niema śmiałości usiąść, że nic nie szkodzi... on sobie... tak postoi... Ale Jadwisia zerwała się z ziemi, schwyciła stołek i stawiając go obok Żyda, ze ślicznym uśmiechem szerokich, lecz rumianych ust rzekła:
— Proszę siadać! pewno już nogi od stania zabolały! Co tam, ot, proszę siadać!
To »co tam« odnosiło się do ruchu, jaki uczynił Żyd, aby pocałować tę czerwoną rączkę, która mu siedzenie podawała.
— A siadajże do licha! — rozkazująco krzyknął Korejba.
Żyd drgnął z przestrachu i w mgnieniu oka usiadł. Znalazł się teraz blisko ognia i wyraźnie widać było, że nogi i ręce mu drżały, pierś podnosiła się szybkim, chrypiącym oddechem a oczy tak zapadły, że pośród delikatnej i żółtawej skóry czoła i policzków, wyglądały jak dwie czarne, gorejące iskry.
— Ależ kiepsko wyglądasz! Lepszych od ciebie do trumny kładą — zaczął Korejba. — Chory jesteś, czy co?
— Chory wielmożny panie, chory!
Opowiedział, że już od owego spalenia się domu i śmierci żony, zaczął kaszleć i tracić siły, ale od dwóch lat coraz mu gorzej. Coś go strasznie na piersiach gniecie i już taki słaby, aż strach! Żeby on nie był chory, mógłby chodzić prędzej i zarabiać więcej, możeby nawet jaki korzystniejszy interes sobie obmyślił. Ale to taka choroba, co bardzo siły odbiera...
— Nu, niech wielmożne państwo sami zobaczą...
Chrząknął, splunął sobie na dłoń i rękę pełną krwi ku obecnym wyciągnął.
— Matko Boska — jęknęła Korejbina.
Jadwisia dłonią przysłoniła oczy. Tomkiewicz odwrócił się, splunął ze wstrętem i czapkę swą z ławy porwał, ale rzecz najdziwniejsza! pod krzaczystemi, małemi brwiami, małe i bystre oczy starego Korejby zwilgotniały. Dobrze, dobrze teraz przypominał sobie świetne czasy Gdalka, kramę jego żony, podróż, którą w budzie jego do Słonima odbywał i pożałował go bardzo. Syn ubóstwa i własnego ciężkiego dorobku, znał on zbliska wszystkie biedy i w twardem swem ciele duszę miał miękką.
— Suchoty, czy co? — półgłosem przemówił — czemu ty do licha nie leczysz się, Żydzie?
— Ja był u doktora.
— I cóż ci on powiedział?
— A co? on powiedział, żebym ja codzień mięso jadł, dużo mleka pił, mało chodził i co tydzień bańki stawiał.
Uśmiech przewinął się mu po ustach, wstrząsnął policzkami, wzniósł się aż na czoło, które zmarszczył aż po siwiejące włosy.
— Mięsa jeść i mleka pić ja nie mogę, bo to bardzo drogo kosztuje... Chodzić dużo ja muszę, bo z tego cały mój zarobek... to ja w jednem doktora posłuchałem... bańki co tydzień stawię... one tylko złotówkę kosztują... nu... złotówkę na tydzień, to ja mogę na swoję kuracyą wydać...
— Jezu! — zadziwiła się Korejbina — ale jakże wy możecie tak dużo chodzić przy takiej chorobie...
Przestał uśmiechać się i poprostu, jednem słowem, odpowiedział:
— Chodzę!
W tej chwili Jadwisia, która na kilka sekund wybiegła była do sieni, wróciła i z białym, sporym garnkiem w ręku zbliżyła się do Żyda.
— Może mleka! — rzekła, podając mu garnek.
Gedalemu oczy błysnęły chciwością. Popatrzył chwilę na garnek, napełniony żółtawem, niedawno udojonem, jeszcze ciepłem mlekiem i przecząco wstrząsając głową, rzekł:
— Dziękuję panience. Mnie tego nie można.
— Co? trefne? — ze śmiechem zawołał Tomkiewicz.
— Mnie tego nie można...
— To może choć chleba z masłem? — ozwał się Janek.
Gedali nic już nie rzekł, tylko przecząco znowu głową poruszył.
— Ot, zjedlibyście choć parę kartofli z solą, a to ze wszystkiem zesłabniecie — spoglądając w garnek, gdzie było jeszcze trochę kartofli, zaprosiła Korejbina.
Widocznie zakłopotany i twarz nieco od obecnych odwracając, Gedali odpowiedział:
— Dziękuję wielmożnemu państwu za wszystko... już ja sobie jutro u szynkarza w Szumnej podjem.
— No, żyjżeto z tymi ludźmi! — grubym basem krzyknął ekonom — kiedy oni z chrześciańskiej ręki kawałka chleba nawet nie wezmą, jakby wszystko, co nasze, zarażone im było! A! słowo honorowego człowieka! psiawiary on i niech ich dyabli porwą z ich trefami i głodnemi bachorami razem!
— To, to prawda! — potwierdził Korejba. — Ten naprzykład; jeść nie ma czego, leczyć się nie ma zaco a jeżeli dobry człowiek chce go trochę pożywić, to mu tam jakieś zabobony skorzystać z tego, panie, nie pozwalają. Przez to człowiek do nich, żeby jak litował się, serce straci...
Gedali słuchał uważnie, głowę schylił pokornie i ciężko westchnął. Gdy po chwili twarz podniósł, była ona okrytą wyrazem głębokiej rozwagi. Roztropność i nawet przenikliwość odmalowały się w nieśmiałem dotąd jego spojrzeniu. Zwykłym sobie, trochę ochrypłym i przyciszonym głosem zaczął:
— To jest prawda, co wielmożni panowie sobie mówią. Jest na świecie tyle nieszczęścia, wiele piasku w wielkiem more (morzu). Jedno nieszczęście idzie od biedy, drugie od choroby, trzecie od kłótni a czwarte od tego, że człowiek rozumu nie ma. Ale tak zawsze na świecie nie będzie. Przyjdzie taki czas, że wszystko będzie dobrze. A od kogo ten czas przyjdzie? U nas i o tem piękna przypowiastka jest.
Wyprostował się, dłonie na kolanach złożył i twarz podniósł nieco. Widocznie spływało nań błogie natchnienie. Może przypowieść, którą miał opowiadać, była mu ze wszystkich najulubieńszą; może ciepło ognia i łaskawość ludzka, rozgrzały mu ciało i duszę.
— U nas tak napisane stoi. W starem mieście Jeszurum, na wysokiem krześle siedział w wielkiej szkole, wielki rabin Mojżesz Ben-Majmon a naokoło niego siedziało sto, może tysiąc a może dziesięć tysiąców jego uczniów. On do nich gadał po arabsku i po grecku i różnie; bo to był taki rabin, który do żadnego narodu nienawiściów nie miał i gdzie tylko rozum znalazł, kłaniał się jemu tak samo, jak żeby to był żydowski rozum. Kiedy on gadać przestał, wstał ze stołka najlepszy jego uczeń, który nazywał się Ben-Jehuda i powiedział: »Rabbi, ja w Biblii jednej rzeczy nie rozumiem! Może ty mnie co takiego powiesz, że ja ją zrozumiem«. A czego ty nie rozumiesz? — zapytał się Ben-Majmon. — A Ben-Jehuda odpowiedział: »Ja tego nie rozumiem, kto to te anioły, co śnili się naszemu przedku (przodkowi) Jakóba, że oni po drabinie do nieba chodzili i znów na ziemię powracali?« Ben-Majmon pomyślał i zaczął tak gadać: »Te anioły, to wielkie ludzie, co robią się bardzo doskonałe i mądre, znaczy, coraz wyżej idą w górę. Im trudno w górę iść, ale oni idą, bo siły już takie mają i takie wielkie chęci, żeby tam dojść, zkąd im będzie można dużo słodkości i światłości nabrać. Niech oni nazywają się proroki, albo uczone, albo miłosierdnego serca, albo wielkiego głosu, ale oni wszyscy — to te anioły, co po drabinie chodzą do nieba«. Tak gadał Ben-Majmon; ale Ben-Jehuda jeszcze kontent nie był i pytał się: »A dlaczego rabbi, oni to w górę idą, to w dół? Kiedy oni tak żądają być w górze, czemu oni tam nie zostają, ale znowu nazad na ziemię zstępują?« Ben-Majmon białemi włosami jak lew potrząsnął i odpowiedział: »Żeby oni zostawali się w górze i na ziemię już nie powracali, toby oni nie byli anioły! Ale oni w górze nabierają dużo słodkości i światłości i powracają na doł, żeby te skarby po ziemi siać. A gdzie oni ziemię usieją, tam ona lepsze zboże rodzi, któtnie z niej nie wyrastają, ale spokojność wyrasta i ludzie mniej płaczą, a więcej cieszą się. Ot, poco oni na ziemię powracają, choć im powracać trudno i dlatego, Ben-Jehudo, oni są anioły«. Ben-Majmon przestał gadać, a Reb-Jehuda i wszyscy co tam byli, cieszyli się, dziękowali jemu za to, że im taką piękną obietnicę dał. Ben-Majmon zapytał: »Jaką ja wam dał obietnicę?« A Reb-Jehuda odpowiedział: »Te anioły, Rabbi, kiedyś tak zrobią, że na świecie nie będzie ani głodu, ani kłótni, ani takich co głupi, ani takich co płaczą i w sercu swoim krzyczą, że im bardzo źle!«
Snać nietylko Ben-Jehuda z Jeszurum, ale i późny potomek jego, Gedali z Wołpy, cieszył się bardzo obietnicą, zawartą w słowach Rabbi-Majmona. Uderzające zaszły w nim zmiany. Stopy swe w wykrzywionych i opylonych botach silnie o podłogę wsparł, wzamian, ramiona, z których opadały podarte rękawy, podnosił nieco w górę. I twarz ku sufitowi podniósł, tak, że broda spiczasta i prawie zupełnie siwa, sterczała nad jego szyją obnażoną i cienką, jak srebrzyste skrzydło. Ruchomy blask ognia spadał mu na czoło, odkrywając na niem niezliczone brózdy i zmarszczki, lecz z oczu rozgorzałych i zachwyconego uśmiechu tryskała słodycz mistycznej ekstazy...
Nagle tę obnażoną i cienką szyję objęło ramię sprężyste i młode, rumiane usta, schylając się nad tem zbróżdżonem czołem, wycisnęły na niem głośny pocałunek. Był to Janek, który od stołu powstawszy i powoli zbliżając się ku kominowi, z błyszczącemi oczyma i niezmierną uwagą słuchał przypowieści Żyda a teraz, stanąwszy przy nim, ruchem może bezwiednym, dziecinnym jeszcze, objął mu szyję i pocałował go w czoło. Wnet potem odszedł i plecami o róg komina wsparty, stał tam z pochyloną głową, zarumieniony, zmieszany, milczący. Coś widocznie w chłopcu tym zawrzało. Czy wielka litość nad tym nędznym człekiem, który z takim zapałem o zbawcach świata roił? Czy uwielbienie dla ludzi-aniołów? Czy paląca nadzieja, że on sam kiedyś takim aniołem zostanie?..
Przez drzwi od sieni ukazała się głowa kobieca, w czerwonej chustce na rudych włosach i poszeptała chwilę z Jadwisią, która spostrzełgszy ją, wesoło ku drzwiom poskoczyła
— Tatku! dziewczęta i parobki chcą towary kramarza zobaczyć. Czy można?
— Możeby i można, ależ kiedy ty pewno bardzo tego nie chcesz? — zażartował stary Korejba.
Ręce opuściła na suknię i błagającym wzrokiem na ojca patrzyła. Bardzo jej się chciało zobaczyć towary kramarza.
— Czy masz męskie kamizelki? — budząc się z zamyślenia i wstając od okna zapytał Stefan.
— Otwieraj, Żydzie, tłomok swój, kiedy panna Jadwiga tak chce — huknął Tomkiewicz.
O! nie trzeba było prosić go o to. Żwawy, jakby mu połowy lat i bied ubyło, sprężysty, jakby nigdy nie chorował, zerwał się ze stołka i przysiadł na ziemię, drżącemi od radości rękoma sznury worka rozwiązując. Co za szczęście! Przyszedł tu pojmany jak złodziej; mniemał, że wyszturchanym i złajanym a może i do sądu zawleczonym zostanie, a tu, nietylko że, trochę pokrzyczawszy, siedzieć go proszono i poludzku z nim rozmawiano, ale jeszcze i towary mu pokazać rozkazują... Może sprzeda, zarobi... Dziś środa, pojutrze do dzieci wracać trzeba... a tu jeszcze rubel do tygodniowych trzech brakuje. Zarobku! zarobku! na chleb i bańki dla niego, na chleb, kartofle i jakietakie łachmany dla dzieci!
Mistyk, rojący o przyszłym raju ziemskim, bezwiedny poeta, z pamięcią pełną starych przypowieści, wynędzniały suchotnik, z apatyczną rezygnacyą noszący po świecie swój głód i swoje łachmany — zniknęli, a na ich miejsce zjawił się kramarz wiejski, usłużny, żwawy, z biegającemi od twarzy do twarzy oczyma, z latającym w ustach językiem.
— Kamizelki męskie? a jakże! mam! czemu ja mam ich nie mieć? Panience może wstążeczki błękitnej? a paniczowi spinek do rękawów? Igły mam, szpilki, guziki, chustki różne, bardzo pięknych perkalów, złotne (złote) pierścionki, naparstki, nici, tasiemki... korunki... — Nawet drżenie nóg i chrypienie w piersi kędyś mu przepadły.
— Hej! Gdalku! — wpół seryo a wpół żartem zawołał Korejba — a cóż będzie z tym grochem, coś mi go zjadł? ha? może o tem pogadamy?
O! teraz już Gedali nie bał się naprawdę! Elastycznym krokiem i tylko dysząc głośno, przyskoczył do samego stołu, a kłaniając się nisko przed gospodarzem domu, z filuternym uśmiechem zaczął:
— Przepraszam wielmożnego pana, u nas i na to przypowiastka jest.
Król Salomon miał wielkie bogactwa — mówił dalej Gedali — a Joze, pastuch, był bardzo biedny. Raz ten Joze przyszedł w szabas do pałacu króla, obejrzał się, czy nikt nie widzi, i wziął ze stołu kawałek kugla. Ale jeden przyjaciel króla zobaczył jego, jak on kawałek kugla brał, i przyprowadził go do Salomona, a Salomon...
Tu Korejba, który patrząc na ruchliwą i pełną umizgów twarz Żyda, aż za boki brał się ze śmiechu, zawołał:
— Ho, ho! Gdalku, tę przypowieść to już sam komponujesz; ja to z twojej miny widzę... to u was napisane nie stoi... Ale w twojej głowie tak stoi: król Salomon Jozego za kawał kugla nie oćwiczył, ale dał mu jeszcze mąki na łokszynę, prawda, co?
— Prawda, wielmożny panie!
— No, to niech już sobie będę dziś królem Salomonem; niech moje przejdzie... dla starej znajomości z tobą. Nic ci złego za ten groch nie zrobię, a jesienną porą, jak będę miał okazyą do Wołpy, pół beczki kartofli dla dzieci twoich przyszlę.
Żyd rzucił się do ręki mówiącego i całując ją z wielkiej radości, niewyraźnie bełkotał:
— Żeby wielmożny pan był taki szczęśliwy, jak ja panu życzę! Żeby pan sobie drugi taki folwark kupił! Żeby pan, nu, sto jeszcze takich pięknych synów i córkę, jak te panicze i te panienka, wychował...
Korejbina na całą izbę wybuchnęła śmiechem z ostatniego życzenia Żyda.
— A bodaj cię, Żydzie! A bodaj cię! Oto plecie! Chory taki, a jeszcze język jak pytel!
Ale i ona, naśmiawszy się, poszła oglądać towary. Przy stole zostali tylko Korejba i Tomkiewicz i niebawem zaczęli rozmawiać o nowej oborze, którą Korejba jesieni tej budować zamierzał. Sprzeczali się trochę, ponieważ Tomkiewicz doradzał sąsiadowi deskami pokrywać oborę, zaś stary rolnik obstawał za dachem ze słomy. Ale Bóg wie, czy ta obora stanie jeszcze w tym roku. Kosztować dużo będzie, a on przecie nie kapitalista. Ziemi ma piękny kawał, to prawda, ale gotówki niewiele a urodzaj w tym roku nie najlepszy; przytem, na przyszłą wiosnę Stefka do wojska umundurować trzeba... Westchnął głośno.
Przed kominem gwarno było i tłumnie. Aby lepiej widzieć towary, dołożono na komin drzewa; ogień buchał ogromny i olśniewający. Gorąco zrobiło się w izbie, jak w piekle, ale nikt na to nie zważał. Wszyscy tam byli przyzwyczajeni do wszystkiego. Dwaj młodzi parobcy, dwie dziewki i stara gospodyni wsunęli się pocichu i z rodziną pana domu utworzyli jednę, zaciekawioną i rozweseloną grupę. Pośrodku, nad mnóstwem kolorowych lub połyskujących drobiazgów, siedział na ziemi Gedali, ożywiony, ruchliwy, zwracający się na wszystkie strony, rozwijający jaskrawe perkale i chustki, w dwóch palcach poruszający przed ogniem mosiężne naparstki, stalowe guziki, srebrne pierścionki. Jadwisia i Janek siedzieli także na ziemi, grzebiąc w towarach, wybierając to i owo, szczebiocząc; Korejbina i Stefan stali za kramarzem, rozpościerając i oglądając kamizelki męskie i kobiece chustki; parobcy i dziewki wychylali przed ogień szerokie bary i swe tłuste czerwone twarze; stara gospodyni nawet, twarz swą skurczoną, bezzębną i szeroko roześmianą, zwieszała nad głowami Jadwisi i Janka, szepleniącym głosem wołając o dwa łokcie perkalu na fartuch. Gedali nie był już w tej chwili w najmniejszym stopniu mistykiem, ani poetą. Za chustki, których istotna cena była złotówka, żądał groszy pięćdziesiąt; za trzygroszowy naparstek wołał o dziesiątkę, sznur lichych paciorek cenił takjakby to były bursztyny, albo korale.
Na te propozycye wybuchały cienkie albo grube śmiechy, powstawały sarkania i nieskończone targi. Stefan gniewał się i krzyczeć zaczynał, Korejbina przewlekle jęczała: »Bój się Boga, Gdalu, bójże się Boga!« Ktoś błagalnym głosem prosił o odstąpienie dziesiątki na cenie pierścionka. Janek wołał: »Gdalku, masz sobie za piłkę 40-ci groszy, tyle, ile chciałeś!« Trezor nawet wylazł z kąta, wmieszał się pomiędzy ludzi i poszczekując, wyciągając się, wciąż odpędzany, wciąż zabłoconemi łapy próbował po towarach chodzić. Aż nad całym tym gwarem wzbił się srebrny głosik Jadwisi.
— Panie Tomkiewicz, proszę co kupić u biednego Gdalka!
Złośliwe to było wezwanie. Wróble na dachach świergotały, że nie było w okolicy większego skąpca od ekonoma z Szumnej. Jednak, rozmiłowany w dziewczynie i jej posagu, konkurent zerwał się z ławy, czarny jego surdut rozepchnął siwe siermięgi parobków a długa twarz i sterczące wąsy schyliły się nad leżącemi na ziemi towarami. Ręką wielką i szczerozłotym pierścieniem błyszczącą, grzebał wśród drobiazgów, szukając, wybierając... Chciał przypodobać się ulubionej, spełnić jej rozkaz i po długich wahaniach kupił sobie kościane spinki do rękawów, za całą złotówkę. Gdy na długich swych nogach odchodził ku stołowi, Jadwisia brata łokciem w bok trąciła.
— Dureń! — sarknęła zcicha.
— Paskudny człowiek — odmruknął Janek; — nie pozwolę zanic, abyś szła za niego!

∗             ∗

Noc była ciemna i tylko w górze jaśniejąca niezliczonemi gwiazdami, kiedy Gedali z bramy folwarku znowu na pole wychodził. Wnet za bramą powitał go krzyk polnych świerszczów. W trawie przydrożnej i zielskach ugoru świerkały one wielkim chórem, ostro, przenikliwie i tak prędko, tak śpiesznie, jakby im pilno było wyśpiewać swoje pieśń i przed północą umilknąć. Na drodze, pod rozłożystemi wierzbami, było zupełnie czarno: po szerogich polach mały wiatr szumiał cicho i monotonnie. U stodoły, która tuż za bramą ciągnęła się niskim cieniem, stała wysmukła i nieruchoma topola. Żyd przyszedł do topoli, zdjął z pleców tłomok i przez chwilę szepcząc, rachował zarobek dzisiejszego wieczora. Sprzedał niemało, zarobił prawie pół rubla i był bardzo kontent. Tylko było mu zimno i jeść chciał. Nic to. Jutro ogrzeje się na słońcu i podje sobie u szynkarza w Szumnej. Przestał rachować i spojrzał na gwiazdy. Pod nieruchomą topolą, ramiona wzniósł w górę i mówił wieczorną modlitwę.
— Dziękuję ci, Panie świata, żeś naród mój wybrał pomiędzy wszystkiemi narody!
Kaszel nim wstrząsnął; pod koszulą z wielkiemi dziurami, po ciele wychudłem i ciemnem przebiegły dreszcze.
— Dziękuję Ci, Panie świata, że stworzyłeś mnie tak, jak sam chciałeś!
W kilka minut potem leżał nawznak, z głową na tłomoku, z rękami opadłemi na mokrą trawę. Zdaleka, z pola, dochodziło gwizdanie Stefana, który stróżował znowu nad kartoflami i grochem. W czarnej ciemności wierzbowej alei, zatętniały kopyta konia, na którym Tomkiewicz do domu odjeżdżał i wdali umilkły. Folwark był pogrążony w śnie. Daleko gdzieś grała trąbka pastusza. Świerszcze śpiewać przestały.
Gedali nie spał. Myślał może o niespodzianym dzisiejszym zarobku, który był winną jagodą na jego głogowym krzaku. A może, pomiędzy gwiazdzistem niebem a bezsennemi jego oczyma, gorączka suchotnika zawiesiła ludzi-aniołów, którzy szli w górę i zstępowali na dół, aby siać słodkość i światłość na ziemi, na której kiedyś nie będzie już ani biedy, ani kłótni, ani takich co płaczą i w sercu swem krzyczą, że im bardzo źle...






W ZIMOWY WIECZÓR.
Wieczór był niepóźny, ale bardzo ciemny; na niebie, usłanem chmurami, nie świeciła ani jedna gwiazda, wiatr posuwiście hasał, wirującemi słupy wzbijał się w górę, gamami szumów, jęków, gwizdań śpiewał w głębokiej kotlinie, na której dnie leżał równy, szeroki szlak zamarzłej rzeki. Rzeka, wąskie jej wybrzeża, wysokie ściany kotliny majaczyły w grubych ciemnościach mętną białością okrywającego je śniegu. Z jednej strony, na górze, panowała zupełna pustka, tu i owdzie tylko przerywana czarnemi, cienkiemi liniami drzew, z drugiej strony, wyżej jeszcze, wiejskie domostwa kreśliły na tle ciemości łańcuch grubych, czarniejszych niż ona punktów. Połyskiwały też one rzędem drobnych świateł, podobnych do czerwonawych, mrógających oczu.

Zdaleka, nisko, nad samym szlakiem rzeki posuwała się postać zupełnie samotnego człowieka. Na tle mdławej białości śniegu wydawała się ona cienką linią, szybko przerzynającą grube, ale mniej od niej czarne ciemności.
Wznoszące się ze stron obu wysokie ściany kotliny, zmniejszały jej rozmiary; możnaby myśleć, że jest to nieskończona małość, płynąca po morzu nieskończonej wielkości. Wielkie morza nocy i samotności rozlewały się wkoło niej; zbałwanione, szumiące wichry zdawały się nieść ją po szerokiem, dzikiem, ponurem łonie natury, wobec której sił, gróźb i ogromu była ona kroplą, okruchem, ziarnem piasku, źdźbłem trawy, upadłem na dno przepaści...
Jednak, pomimo pozorów nadawanych mu przez otoczenie, człowiek idący po dnie przepaści silnym być musiał, bo jak zręczny i wyćwiczony pływak porze wzburzone wody, tak on szybko, niezachwianie, w linii prostej prół posuwiste fale i wirujące słupy wichrów. To co go otaczało — jakkolwiek czarne, dzikie i bezludne — nie czyniło kroku jego powolnym, ni trwożnym. Wzamian coś go z tyłu popychało, gnało, parło coraz dalej, coraz gwałtowniej. Ku czemu? Ku jakiemuś może punktowi wybawienia czy schronienia, widzialnemu tylko jego oczom, ciemnością i uderzeniami wichrów oślepianym; a może i tym oczom nawet nieznanemu i tylko ognistemi zgłoskami wypisującemu na tle nocy naglący krzyk: Naprzód! naprzód! byle dalej!
Szedł prędko, równo, w linii niezachwianie prostej, cicho jak widmo, sunące po mniej czarnych niż ono ciemnościach; czasem tylko u stóp jego rozlegało się krótkie, metaliczne stuknięcie kija o wystający zpod śniegu kamień wybrzeża.
Wtem stanął, jak wryty stanął i głowę podniósł ku rozciągniętemu na górze łańcuchowi czarnych punktów, czerwonawemi światełkami mrógających. Na łańcuch ten widocznie patrzył, a w pogwizdy wichru, który zpod stóp jego wybuchnął wirującym słupem, wmieszał się okrzyk ludzki, zdziwienia pełen, z jednego tylko, lecz przeciągłego dźwięku złożony:
— A!
Zadziwił się. Kilka minut patrzył w górę i raz jeszcze, ale już cichszy i krótszy wykrzyk rzucił pomiędzy dwa nieskończenie długie jęki wichru:
— A!
Potem szedł znowu dalej, lecz znacznie powolniej niż przedtem.
Po ruchach jego głowy poznać można było, że z usilnem wytężeniem wzroku spoglądał na rzekę, na szczyt przeciwległej ściany, pusty i tylko rzadkiemi liniami cienkich drzew majaczący, na mdławo bielejące zagłębienia i garby tej wyniosłości, u której stóp postępował zwolna, coraz wolniej.
... Niegdyś, niegdyś w błękicie i złocie letniego dnia, nad tą rzeką schylała się młoda jeszcze chłopka, w pstrej spódnicy do wysokości kolan podniesionej, z pralnikiem, którym silna jej ręka rozgłośnie uderzała o szare płótna, przykryte płynnym kryształem wody. Tuż za nią, z łozinowego kosza, osłoniętego czerwoną chustą, wydobywało się na świat boży małe, pyzate, lnianowłose dziecię i ciekawemi, chciwemi świata oczami patrzyło na błękity i złoto dnia letniego, na usiany kamieniami piasek wybrzeża, na płynne kryształy wody i schyloną nad niemi, białym pralnikiem szare płótna uderzającą, na silnych i nagich nogach, jak na potężnej podstawie opartą matkę...
Znowu stanął. Tam, gdzie na górze ostatniem ze wszystkich światełkiem mrógał ostatni czarny i nieco od innych grubszy punkt łańcucha, od dołu wspinać się zaczynała droga szeroka, po mniej stromej niż gdzieindziej spadzistości sunąca coraz wyżej. Z jednej jej strony stały w ciemnościach i zcicha szumiały sosny, z drugiej wiły się kręte, niewyraźne cienie płotków, na których, niby na poręczy wschodów bogacza, śnieg rozesłał puszyste poduszki.
Stanął, na drogę pnącą się w górę wytężonym zapewne wzrokiem patrzył i znowu w szum wichru, lecącego po ściętych teraz kryształach rzeki, wmieszał się okrzyk ludzkiego głosu, pełen zdziwienia:
— A!
Długo stał w początku drogi. Wahał się, czy z samym sobą walczył? Kijem silnie uderzył o kamień, rękę do głowy podniósł i wnet ją wzdłuż ciała opuścił.
Zwolna, coraz wolniej iść zaczął drogą, wspinającą się po spadzistej górze, coraz wyżej...
...Niegdyś, niegdyś drogą tą na tę górę wchodził chłop wysoki i silny, białą koszulą świecąc w jesiennej mgle, bose stopy zatapiając w piasku, a na plecach niosąc sieć, przez której szerokie oka połyskiwały srebrne łuski i różowe skrzela rybie. A za nim wyrostek bosonogi, z hardo odrzuconą głową, z zawieszoną na ramię wyższą od niego wędą, biegł jak młode źrebię, grzywę rozwiewając, podskakując ku braciom, którzy ciekawie wyglądali zza płota, dzieje połowu opowiadając tak rozgłośnie i tryumfująco, że głos jego daleko rozlegał się po wsi i pomiędzy rzadkie sosny wpadając, rozbijał się nad mogiłami w tysiąc śpiewnych, wesołych dzwonków...
Wszedł pomiędzy sosny i kilka razy potknął się o mogiły, niskiemi krzakami otoczone, śniegiem przysypane i tuż przy ziemi niskiemi krzyżami sterczące. Jak olbrzym domki liliputów, szerokiemi kroki przestępował mogiły i krzaki, kierując się ku czemuś, co czerniało pośrodku wiejskiego cmentarza, znacznie wyższe od krzaków a niższe od drzew, które teraz pod dotknięciem wiatru głośno zaszumiały i ciszej, przeciągle westchnęły.
Stanął i zbliska patrzył na ściany cmentarnej kapliczki, na drzwi jej próchniejące, wykrzywione, jednak zamknięte. W westchnienia drzew, zwolna poruszających w ciemnościach wachlarze swych gałęzi, wmieszał się dźwięk ludzkiego głosu, do westchnienia podobny:
— A!
Rękami uczynił parę żywych poruszeń, coś metalowego zadzwoniło mu w palcach i chwilę dzwoniło przy drzwiach, aż otworzyły się one i ukazały głąb kapliczki czarną w górze dwoma małemi oknami, jak mgławo srebrnemi plamami świecącą. Wszedł i na chwilę zupełnie zlał się z czarną ciemnością, ale wkrótce u wysokości jego piersi błysnął ognik latarki, który przecież najcieńszej nitki światła na niego nie rzucił. Była to latarka kryta, mała; światło jej wąskim i chwiejnym strumieniem wymykające się zza małej szyby, blaszanem półkolem z trzech stron osłoniętej, odwrócił od siebie, a skierował ku niskiemu ogrodzeniu, za którem u ściany, na wielkich plamach pleśni, mętnie zamajaczyły linie rozpiętego na krzyżu Chrystusa. Z wielkiego, drewnianego, prostaczą ręką wyrzeźbionego krucyfiksu, wąski i chwiejny strumyk światła przesunął się nieco dalej i oświecił obraz, na który Bóg Ojciec w falującej, szkarłatnej szacie dłoń trzymał na białawym globie, Bóg Syn w spłowiałych szafirach dwa palce wznosił w górę, a Bóg Duch św. białym gołębiem z rozpiętemi skrzydły, ulatywał aż pod czerwoną ramę obrazu.
Znowu strumyk światła zakołysał się w czarnej przestrzeni i upadł na wielką, grubą szmatę papieru, bez ram wiszącą u wystającej deski ściany. Tam św. Jerzy z rozwiniętym nad głową proporcem pędził na koniu, malowanym w białe i czarne pręgi, a w chwiejnym strumieniu światła postać ludzka, kształty zwierzęce i linie proporca ukazując się, to znikając, tu wydłużając się, tam skracając, tworzyły całokształt dziwny, naturze nieznany, do apokaliptycznych potworów albo rycerzy podobny. Dokoła kapliczki przeciągłej, rozpaczniej westchnęły drzewa, wiatr z jękiem wpadł przez szczeliny okien i zaszamotał starą kartą, która wzdęła się i, jak skrzydło ptasie, z szelestem uniosła się w górę. Zdawać się mogło, że apokaliptyczny rycerz zrywa się z miejsca, na którem go przykuto i z proporcem, podobnym do kosy, na koniu o lwiej grzywie, wnet w przestrzeń uleci. W jęki wiatru, przez szczeliny okien wlatujące, wmieszał się szept ludzki, gruby, przerażony:
— Jezusie miłosierny! ratuj duszę moje!
...Niegdyś, niegdyś pacholę chłopskie w świąteczną sukmankę odziane, przez matkę za rękę tu przyprowadzone, klękało u drzwi tej kapliczki i z trwogą, która walczyła z zachwytem, wznosiło błękitne, niewinne oczy na wielki krucyfiks i wymalowanego śród papierowej karty konnego rycerza z proporcem...
Latarkę zgasił. Wyszedł z kapliczki, drzwi jej pozostawił otworem i nie zatrzymując się już ani na chwilę, wysoki nawet wśród wysokich sosen, powoli znowu, krokami olbrzyma przestępował krzaki i mogiły.
Z cmentarza wszedł na drogę, szerokość jej przebył i rękę położył na wrotach pierwszej z rzędu zagrody wsi. Zanim je otworzył, wytężonym wzrokiem na chatę w głębi podwórka stojącą popatrzył i raz jeszcze przeciągle wymówił:
— A!
Głową zakołysał, jak ktoś głęboko, bez granic zdziwiony.
Wrota skrzypnęły, drobny cień psa szybko i z głośnem szczekaniem od progu chaty posunął się podwórkiem; zza okna mrógającego w ciemnościach czerwonawem światłem, słychać było głos gruby, silny, ale świeży, młodzieńczy, prędko, długo, nieprzerwanie opowiadający o czemś, opowiadający, opowiadający...




Była to chata starego Szymona Mikuły, który teraz w obszernej i niskiej izbie siedział na zydlu, przy ustach trzymając wielką glinianą fajkę, na krótkim cybuchu osadzoną. Miał zapewne lat przeszło sześćdziesiąt, lecz nie wyglądał wcale na jednego z tych ojców rodzin, których synowie okładają razami, lub zpod strzechy, już ich niepotrzebującej, wypędzają. Na tle odymionej ściany, o którą opierał szerokie i trochę tylko przygarbione plecy, w mdłem świetle palącej się na stole lampki z wysokim kominkiem, postać jego, w białe płótno przyodziana, zarysowywała linie potężne; grube kłęby dymu, które nieustannie z ust wypuszczał, zasłaniały to odsłaniały głowę wielką, nad czołem wyłysiałą, a z tyłu otoczoną wieńcem siwych włosów i rysy duże, ściągłe, rumianą cerą powleczone, bujnym, twardym wąsem zjeżone, oświecone dwojgiem oczu błyszczących i mądrych, które zpod gęstych i obwisłych brwi spoglądały ze spokojną energią i ostrą przenikliwością.
Ręce jego, z których jedne zasunął pod przepasującą koszulę czerwoną taśmę, a drugą fajkę przy ustach trzymał, wielkie, silne, żylaste, zdradzały przechowaną wybornie zdolność do pracy i żelazną siłę ujęcia. Łatwo było domyśleć się, że gdy ten starzec wstanie, wyprostuje się i przemówi, wszyscy tu obecni śpiesznie i pilnie spełnią wszystko, cokolwiek im spełnić rozkaże. Obecnych zaś w izbie tej było wielu, a wszyscy w tej chwili siedzieli lub stali nieruchomo, w milczeniu, w postawach takich, w jakich uwagę ich i ciekawość pochwyciło opowiadanie, którego słuchali.
Najstarszy syn Mikuły, bednarz, chłop około czterdziestoletni, rękę z heblem, którym wygładzał leżący przed nim ząb brony, oparł na ławie i ponuro opuścił twarz, tak okrytą gęstwiną czupryny i zarostu, że pośród niej, jak iskry pośród zarośli, błyskały czarne ogniste oczy. Żona jego, równa mu prawie wiekiem, stała przed kominem, na którym palący się ogień od stóp do głowy blaskiem swym oblewał kibić jej wysoką, wyprostowaną, silną, z głową dumnie w tył odrzuconą i skrzyżowanemi u piersi ramiony. Tuż za tą poważną, o pięknych rysach i energicznej postawie gospodynią chaty, w cieniu nieco, za przezroczystem kołem i wysoką prząśnicą kołowrotka, siedziała córka Mikuły, która przed chwilą przędła, ale teraz, z ręką podniesioną ku płowej kądzieli znieruchomiała, ponsowe usta rozwarła i wszystko w niej: krępa kibić i ciemne ręce, zadarty nos i rumiane policzki, błękitne oczy, a nawet rudawe włosy, po wąskiem czole rozrzucone, zdawało się być zaczarowanem w zdumieniu i przerażeniu. Przerażoną też, ale bardziej jeszcze zaciekawioną wydawała się stara, mała, szczupła babula, która przy samej ziemi, na niecce dnem do góry przewróconej siedząc, miała przed sobą sito pełne strąków fasoli. Łuszczyła je była przed chwilą i z kilku jeszcze strąkami w kościstej, żółtej ręce, głowę jakby oklejoną okrągłym czerwonym czepkiem wysuwała pod światło ognia, które dziwne rumieńce kładło na jej pomarszczone czoło i migotliwe iskry krzesało w zapadłych lecz bystro biegających oczach. Ciekawą też i zadziwioną wydawała się młodziutka, jak jutrzenka świeża, jak brzoza wysmukła, żona młodszego syna Mikuły. Na zydlu, w świetle lampki, siedziała ona naprzeciw ponurego bednarza i u piersi, okrytej granatowym kaftanem kołysała paromiesięczne dziecię. Wielki kosz z łozy, w którym spało inne niemowlę, na grubych sznurach zwisał u odymionej belki sufitu, obok szerokiego tapczana, zasłanego sianem i okrytego radnem. Dwie dziewczęce, frendzlami płowych włosów przysłonione głowy, pochylały się nad izbą ze szczytu wysokiego i rozłożystego pieca; zza szerokich pleców bednarza wychylało się płowowłose, piętnastoletnie pacholę, z kłębami sznurów na kolanach i z iglicą do wiązania więcierzy w ręku. W pełnem oświetleniu lub chwiejnych półświatłach, dwanaście tych istot ludzkich różnej płci i różnego wieku, nieruchomą grupą napełniało niską izbę, w której wiele miejsca zajmowały gospodarskie statki, rybackie narzędzia i rozłożyste krośna tkackie. Pośrodku izby stał opowiadający. Był to młodszy z dwóch synów Mikuły, trzydziestoletni, wysoki, zgrabny człowiek, którego postawa i ubiór okazywały pewność siebie, połączoną z dążeniem ku niejakiej już wytworności. Tylko co znać powrócił z drogi, bo jeszcze nie zdjął zgrabnego kożuszka, od którego czarnego baraniego kołnierza silnie odbijała rudawość jego krótko przystrzyżonej brody i świeża rumianość cery. Złote włosy z rudawym odcieniem, na tył głowy odrzucone, okazywały czoło bielsze od twarzy, śmiałe i roztropne. Trzymał jeszcze bicz, którym w podróży konie poganiał i z żywemi giestami ramion i głowy, opowiadał:
— Dalbóg prawdę mówię! Żebym zdechł jeżeli kłamię! Cały świat był dziś w miasteczku i wszyscy tak o tem gadali, że i targu żadnego nie było. Wszyscy gadają, że to jest Bąk, ten sam, coto dziesięć lat temu ze spólnikami, żeby im dobra nie było! troje ludzi zamordował...
— Żydów, zdaje się, czy co? — rękę ku włosom niosąc, mruknął ponury bednarz.
— A toż — potwierdził opowiadający — dwóch Żydów i jednę babę, co wtedy u nich nocowała, zamordowali, a całego bogactwa trzydzieści rublów u nich znaleźli. Wtenczas jego złapali i przekonali się, że to ten sam Bąk, który już przez kilka lat gdzieściś indziej w dalekich stronach dokazywał... Kramy odbijał, pieniądze chfałszował i tylko tyle, że jeszcze nie zabijał... aż tu i zabijać zaczął... aż tu i sąd nad nim zrobili, do katorgi jego osądzili i na wieczne czasy na Sybir osądzili, a on z turmy uciekł. Uciekł szelma, odzienie inne włożył i na robotnika do jakiejś chfabryki poszedł... Poszedł na robotnika do jakiejś chfabryki i był tam rok, dwa roki, trzy roki, za fałszywym paszportem był... Aż i tam jego złapali i bili za to, że uciekał, nie żart jak bili, gadają, że sto pletni szelma dostał...
— Aj! — żałośnie jęknęła młodziutka kobieta, dziecię w ramionach kołysząca.
— Aaaa! — ze zdziwienia głową zakołysała baba.
Pacholę zza pleców bednarza wyglądające, szeroko otworzyło oczy, których pogodę i niewinność zmąciła trwoga.
— Wytrzymał! Ot mój Boże! i wytrzymał! — nie zmieniając poważnej postawy i ramion nie rozplatając, zauważyła gospodyni.
— Ale! — wykrzyknął opowiadający — czort duszy jego nie wziął! W bolnicy trochę poleżał i w Sybir go pognali. Zagnali go het, aż na sam koniec świata, żeby już drugi raz nie uciekał. A on wziął i taki uciekł...
— Z katorgi uciekł? — fajkę z ust wyjmując po raz pierwszy odezwał się stary Mikuła.
— Ale tatku, z katorgi, był tam rok, dwa roki, trzy roki, aż nogi wziął za pas i hajda w świat! Słyszę, po calutkiem cesarstwie pisma rozesłali. Do gubernatorów i do policmejstrów i do stanowych i do wołostnych kancelaryj pisma rozesłali, że mówią taki a taki z katorgi uciekł, że mówią, szukać jego i łapać wszystkim kto tylko żyje przykazuje się... Słyszę, po calutkiem cesarstwie szukali, rok, dwa roki szukali, aż ot!... Kab jeho wołki zduszyły... tut znaleźli...
— Aj! — zza kołowrotka wrzasnęła Hanulka.
Gospodyni ramiona rozplotła i po raz pierwszy przestrach roztworzył nieco jej piękne i jeszcze rumiane usta.
Hdzie? — ozwał się znów Mikuła — hdzie tut znaleźli? Z durnego gadania, durniom pociecha...
— Dalbóg tatku! — niezadowoleniem ojca żywo dotknięty, szeroko ramieniem i batem rozmachując, wykrzyknął opowiadający. — Żeby mnie choroba ruszyła, jeżeli łgę! Tut znaleźli... o dwie mile od nas siedział... w chfabryce znów robotnikiem był, za fałszywym paszportem znów był... Ot i fałszywy paszport poznali, ot już i łapać mieli, a on nie dureń, wziął i znów uciekł... psia jego krew... jaki mądry! cha, cha, cha, cha!
Sam jeden śmiał się, inni milczeli, a Mikuła brwi ściągając, zapytał:
— A nie breszesz Aleksy? A nie wymyślił, żeby baby straszyć?... A próbował kiedy baćka zwodzić? A?
Teraz, młody chłop, strwożone nieco spojrzenie zrazu na ojca rzuciwszy, z obrazą w głosie odpowiedział:
— Jeżeli ja łgę, to i pisarz łże. Od pisarza ja najwięcej i nasłuchał się o tej hawanturze, bo do kancelaryi pismo przyszło, że on tu tylko co był i znów przepadł... to musi jeszcze daleko nie zaszedł, to żeby jego szukać i łapać... takie pismo przyszło...
— Może i chfotografią do kancelaryi przysłali? — zapytał bednarz.
Aleksy z pogardą ręką machnął.
— Z takich jak on chfotografii nie rysują... z innych rysują... Ale pisarz mówił, że pismo przyszło... Szukajcie, mówi, jeżeli Boga kochacie, szukajcie, a to, mówi, całemu światu wielka bieda będzie... Rozboje będą, mówi, złodziejstwa, grabieże będą... to i to będzie... A jak jego kto złapie, to zaraz do turmy odstawim, mówi... Już teraz, mówi, nie sto pletni jak wprzódy, ale dwieście jemu wsadzą zato, że drugi raz uciekał... w kajdany mocne, żelazne okują i na calutkie już życie do katorgi zaprzęgną... ot jak!
Nikt nie poruszał się i nic nie mówił. Mogło się zdawać, że przez tę spokojną, ciepłą, ludną izbę przepłynęło ponure widmo, z głową potępieńca i krwią ociekającemi plecami. Nakoniec Mikuła wyprostował się, fajką o brzeg stołu uderzył, popiół z niej otrząsając i z ręką wyciągniętą ku leżącym na stole, przez syna z jarmarku przywiezionym pieniądzom, wymówił:
— Sprawiedliwie! tak szelmom wszystkim robić trzeba. Niechaj nie dokazują, cudzego nie ruszają, niewinnej krwi nie marnują, bo tego zabronił nam Pan Bóg najwyszejszy, a wszystkim niewinnym ludziom od niesprawiedliwości i krzywdy obrona i ubezpieczenie być powinno. Hodzi! — kilka zmiętych asygnat za koszulę włożył i po wszystkich obecnych, po synach, synowych, córce i wnuczkach wodził błyszczącemi oczami, które w tej chwili przybrały wyraz surowy i twardy. Grube zmarszczki falowały mu po szerokiem czole, w całej postaci malowała się wyraźnie myśl, której jednak nie wypowiadał, że gdyby ktokolwiek z tych, na których patrzył, wstąpił na taką drogę, po jakiej szedł tamten, u samego jej początku pierwszy i nieubłagany opuściłby na niego tę wielką, żylastą z bronzu zda się wykutą swą rękę...
— Hodzi! — wymówił i po worek z tytuniem sięgał.
Wszyscy milczeli. Wiedzieli, że ilekroć stary wyraz ten wymówi, wszelkie spory i sprawy rodzinne i inne stanowczo rozstrzygniętemi zostają. Aleksy bat oparł o ścianę i do żony zbliżył się i pochylony jedną ręką po plecach ją głaskał, a palcem drugiej wodził po uśpionej twarzy i czerwoną czapką okrytej głowie niemowlęcia. Bednarz posunął heblem po nawpół wygładzonym zębie brony; kołowrotek Hanulki zaturkotał; gospodyni garnek z gorącą wodą z komina wyjmowała...
Drzwi skrzypnęły, do izby wpadł najprzód ujadając i warcząc, nasrożony, zjeżony, kudłaty kundel, a zaraz potem ozwało się przy progu wymówione pozdrowienie.
— Niech będzie pochwalony...
Głos, który je wymówił, gruby był, ochrypły i czuć w nim było przyśpieszony oddech.
— Na wieki wieków... — chórem odpowiedzieli przytomni. Mikuła z dłoni czyniąc sobie daszek nad oczami, ku drzwiom spoglądał; gospodyni oczy od ognia odwróciła; hebel bednarza i kołowrotek Hanulki umilkły znowu.
— Panie gospodarzu i pani gospodyni — mówił u progu głos gruby i ochrypły — podróżny jestem i łaski waszej proszę. Pozwólcie godzinkę w ciepłej chacie posiedzieć; ogrzeję się i dalej pójdę... długo wam nie dokuczając...
— Prosim! wejdźcie sobie i posiedźcie — odpowiedział stary.
— Czemu nie? wejdźcie, bądźcie łaskawi, i ogrzejcie się sobie — grzecznie zaprosiła gospodyni.
W szeroki pas światła od ogniska padający wszedł człowiek rosły, barczysty, lecz bardzo chudy, w ubraniu, składającem się z wysokich bótów, wsuniętych w nie spodni z grubego sukna i dość cienkiego, na jednem ramieniu szeroko rozdartego surduta. Do podróżowania w wietrzną noc zimową ubiór ten nie był stosownym; to też od chłodu może twarz jego bardzo wydłużoną i kośćmi policzków sterczącą okrywała bladość, przypominająca cienki żółtawy papier. Do zmiętej bibuły podobnem było jego czoło wysokie, powiększone jeszcze małem wyłysieniem, za którem pobłyskiwały rudawe włosy. Rudawy wąs ocieniał mu wąskie usta; podłużne oczy, źrenicą tak szafirową, że zdala uwagę ta ich barwa zwrócić musiała, szybkiem, wszystko zda się odrazu widzącem spojrzeniem ogarnęły całe wnętrze izby.
— Siądźcie, bądźcie łaskawi, odpocznijcie! — od komina nie odchodząc przemówiła gospodyni. — Jasiek! — na syna zawołała — podaj panu stołek!
Nazywała go panem, bo surdut miał na sobie, a chociaż u progu przemówił tym językiem, jakim w tej chacie mówiono, znać było, że nie posługiwał się nim zwyczajnie.
Usiadł na stołku, gruby kij z żelaznem u końca okuciem pomiędzy kolanami umieścił i silnie zatarł długie, czerwone, z grubemi palcami ręce. Podniósł przytem twarz i uśmiechnął się tak, że wyglądał wpół bezmyślnie, wpół wesoło.
— Oj, zimno, zimno — zajęczał — i głodno! — dodał, ale żartobliwość z twarzy mu nie znikała. Możnaby myśleć, że skarży się żartem.
Wiater dziś taki, że nie daj Boże — zauważył Aleksy.
— Chcecie jeść? — głowę znad roboty podnosząc i ciekawie na przybyłego patrząc, zapytał bednarz.
Znowu ręce zacierać zaczął.
— Zjadłbym, pewno że zjadłbym sobie, gdybym co miał, ale na drogę zapasu nie wziąłem.
Uśmiechał się żartobliwie, na podobieństwo kpiarza, który towarzystwo zabawić i wesołością swą ująć dla siebie pragnie, ale ochrypły głos skrzypiał jak niewysmarowane koło wozu, a wzrok chciwie w głębi komina tonął.
— Dwa dni w drodze — zaczął znowu — gdzie! pamięć mi w głowie zamarzła, czy co? już dwie niedziele w drodze... Idę, taj idę, taj szukam, czego nie zgubiłem i niewiadomo tylko czy znajdę... cha, cha, cha, cha!
Mówił głośno, jeszcze głośniej śmiał się, kij wysunął się mu zpomiędzy kolan i upadł na ziemię; schylił się i podniósł go z niezmierną gibkością i szybkością ruchów. Wszyscy milczeli. Nikt tu, prócz ojca rodziny, rozkazów żadnych nie wydawał. Mikuła obojętnie na przybyłego patrzył, a potem zwolna ku starszej synowej głowę zwrócił:
— Krystyna! majesz szto iści? jeżeli masz, to gościa potrachtuj...
Tołkanica z makiem je — odpowiedziała.
Stary otoczył się kłębem dymu.
— Zdaleka? — zapytał.
Gość z wytężeniem na niego patrzył.
— Z Prus — odpowiedział.
— Pewno do jakiej chfabryki, bo najwięcej miemców do chfabryk idzie...
— Pan Miemiec? — cienkim głosem i z nadzwyczajną ciekawością zapytało piętnastoletnie chłopię.
— Ja nie Niemiec, ale z Niemiec idę... do fabryki idę, gdzie płócienka robią, bo słyszę zarobek dobry... a niedaleko ztąd, słyszę, koszary budują... może tam najmę się, bo i mularstwo znam... byle zarobić, byle żyć...
— Oj, to prawda! biednemu człowiekowi byle zarobić, byle żyć! — z głębokiem zrozumieniem potwierdziło parę głosów.
Krystyna postawiła na stole misę, pełną kartoflanej kaszy, szarej, od przymieszanego do niej maku, zastygłej i tak stwardniałej, że ją nożem krajać było trzeba. Położyła też przy misie nóż i spory kawał czarnego chleba. Kiedy chodziła po izbie, ruchy jej były poważne, twarz spokojna, a głowę ciągle dumnie trochę podnosiła. Może przewodniczące jej położenie w ludnej chacie, może zgodne pożycie z mężem i szczęśliwe macierzyństwo oblekały ją cechami powagi i osobistej godności. Była też grzeczną.
— Jedzcie, bądźcie łaskawi, — zapraszała gościa.
Długie, chude, czerwone jego ręce, pochwyciły najprzód chleb i do ust go podniosły, lecz niespokojne oczy zdawały się jeszcze czegoś szukać po stole.
— Nie gniewajcie się panie gospodarzu... ale zmarzłem jak kość... żeby można dostać kieliszeczek wódeczki... wódeczki!...
Żarłocznie chleb przeżuwając, znowu giestem wesołego kpiarza ręce zacierał.
— Czemu nie można? można! — spokojnie odrzekł gospodarz. — Krystyna, daj wódki!
Bednarz głowę znad roboty podniósł, oczy mu chciwie błysnęły. Krystyna, przyniosła butelkę i kieliszek z grubego, zielonawego szkła, który gospodarz w połowie napełnił i do ust go niosąc, ku gościowi głowę skłonił.
— Na zdrowie! — rzekł i wypił powoli, prawie po kropli.
Kiedy gość brał napełniony po brzegi kieliszek, grube palce jego drżały.
— Na szczęście! — odpowiedział i odrazu z chciwością sporą miarkę trunku w gardło sobie wlał.
Bednarz patrzył na starego i nieśmiało trochę po butelkę sięgał. Stary milczał. Bednarz więc wypił i butelkę ku bratu wyciągnął.
— Aleksy, piej!
Nie choczu, nie budu pici, żonka zabroniła! — odmówił młody chłop i na całą izbę głośnym śmiechem parsknął. — Dalibóg zabroniła! — mówił dalej, — jak przyczepiła się do mnie: nie pij Aleksy i nie pij! Kiedy mnie choć troszkę lubisz, kiedy Boga najwyszejszego boisz się, nie pij! Przysięgnij, że nie będziesz pić, przed krzyżykiem przysięgnij! Widzę ja, że nijak nie odczepię się od babskiego języka, wziąłem, taj przysiągłem i już musi rok będzie, jak wódki nie pokosztowałem.
— Może ja łgę, Jelenka, a? czy ja łgę?
Młoda kobieta w serdecznym śmiechu białe zęby ukazując, ręką po twarzy go pogładziła.
Kab ty skis, kiedy ty przez moje gadanie pić przestał?... sam wielki taki wyrósł, to i rozumu nabrał...
Baba wstała z niecek, do stołu podeszła i na butelkę patrzeć zaczęła.
Piej! — rzekł do niej stary.
Z kieliszkiem w ręku pokłoniła się wszystkim dokoła i wypiwszy, rękawem koszuli zapadłe usta otarła.
Gość wlepił w nią oczy tak, jakby rysy jej rozpoznawać usiłował. Ogromne kawały kaszy pożerał, okruchy jej z garści do gardła wsypywał, a w miarę tego jak głód zaspokajał, coraz ciekawiej i uporczywiej przypatrywał się wszystkiemu i wszystkim. Chwilami zdawało się, że czegoś lub kogoś wzrokiem szukał. Spoglądał na tapczan, potem na szczyt pieca, potem znowu na tapczan. Nagle zapytał:
— A żonka wasza, panie gospodarzu, żyje?
— Już dawno umarła... z dziesięć roków już będzie jak umarła... — zagadała baba, wypitą wódką skrzepiona i ożywiona... — tego samego lata umarła, jak mnie ze dworu odprawili... wtenczas mnie Szymon do swojej chaty przytulił; niech jemu Pan Bóg najwyszejszy zato we wszystkiem dopomoże... Krystynie w gospodarstwie dopomagaj, powiedział...
— Umarła — przerwał gość, a znieruchomiałe jego oczy tkwiły znowu w twarzy rozgadanej baby; — a wam, matko, Nastula na imię... we dworze gospodynią folwarczną byliście...
— A toż! — z uradowaniem wykrzyknęła baba.
— A zkądże wy o tem wiedzieć możecie? — zagadnął Aleksy.
Ale przybyły pytania tego nie usłyszał, czy na nie odpowiedzieć nie chciał. Po ścianach teraz oczami wodził.
— Dawnoście, panie gospodarzu, tę chatę zbudowali?
Powoli, obojętnie Mikuła odpowiedział, że chata jest starą, a tylko niedawno podniósł ją trochę, przegniłe zręby nowem drzewem zastąpił, większe okna wyciął.
— Ja też patrzę, że izba jakby niezupełnie ta co była...
— Alboż byliście tu kiedy? — zapytał bednarz.
Nie odpowiedział znowu. Jeść nie przestając, oglądał się dokoła. Na bednarza i na Aleksego długo popatrzył i nagle jakoś rzekł:
— Ot jak. Starej już niema! — A po chwili dodał. — I Jaśka niema!
— Jakiego Jaśka? — fajkę od ust odejmując i bystro na gościa patrząc, zapytał stary.
— Ot, jakiego! — zaśmiał się gość; — a toż waszego trzeciego syna, panie gospodarzu!
— Czy wy tutejsi, że tak wszystko wiecie? — zagadała Jelenka.
Musi byliście tu kiedy? — zza czerwonych powiek, wlepiając w niego spłowiało, ale ciekawe oczy, przemówiła baba.
— Widać ze wszystkiego, że wam tu być nie pierwszyzna, — ozwał się Mikuła.
Tak oblężony pytaniami, przybyły zrazu twarz ku stołowi pochylił, a potem z głuchą jakąś złością mruknął.
— No, byłem, byłem... to i co że byłem!
W mgnieniu oka jednak złość czy niecierpliwość poskromił i obojętnie mówił:
— A byłem tu... za robotnika najmowałem się wtedy, kiedy nowy dwór budowali... przy budowaniu nowego dworu pracowałem...
— Dawno to już było, może i ze dwadzieścia lat temu, — zauważył Mikuła.
— Więcej niż dwadzieścia, — poprawił gość.
— Nie żart, jak wtenczas dużo cudzych ludzi do tego budowania przychodziło... — zauważył bednarz.
— A dużo. I ja przychodził...
Stary uważnie na gościa popatrzył.
— Cościś mnie mroczy się w oczach... albo zdaje się, że was znam... albo zdaje się, że nie znam...
— Jak Boga kocham — zagadała baba — kab ja z tego miejsca nie wstała, kiedy i mnie nie tak samo... albo zdaje się, że was znam... albo zdaje się, że was nie znam... Musi wy kiedy ze mną rozmawiali, jak przy budowaniu nowego dworu byli...
Przybyły uśmiechał się i z dziwną uporczywością patrzył na jej wyschłe, pomarszczone, jak wosk żółte ręce.
— Oj, rozmawialiście ze mną, matko, — zaczął, — rozmawialiście nie raz, nie dwa i nie dziesięć razy... oj, przynosiliście mnie w tych rękach swoich chleb nasmarowany miodem albo masłem, któreście z pańskiej spiżarni pod sekretem brali... cha, cha, cha, cha! — Śmiał się głośno, z podniesioną twarzą, a oczy mu gorzały, jak dwa rozżarzone węgle.
Kab mnie dziś w nocy uduszyło, kiedy pamiętam!... Nie pamiętam... czy ja z wami rozmawiała, czy nie rozmawiała, czy wam kiedy chleb dawała, czy nie dawała, niczego nie pamiętam... tylko mnie zdaje się, że albo was znam, albo was nie znam... taki znam! taki nie znam!... a! co to takiego?
Dwie pary oczu: jedna bystra i przenikliwa, zpod siwych, obwisłych brwi spoglądająca, a druga spłowiała, od ciekawości połyskująca i żywo biegająca pod czerwonemi powiekami, wpatrywały się w przybysza, który zaniepokoił się, znowu ręce zatarł, bezmyślnie rozśmiał się i ze stołka powstawszy, szerokiemi krokami do komina poszedł. Tu, w całej wysokości swej wyprostowany, ręce za plecy założył i wzrok spuścił ku dziewczynie, która przy zbliżeniu się jego prząść przestała i w zalęknieniu czy zawstydzeniu ręce na kolana opuściła. Ze spuszczonym ku niej wzrokiem przemówił:
— A ty córka gospodarza?
Odwracając od niego twarz zarumienioną, szepnęła:
— Ale! córka.
Musi najmłodsza? Musi tobie dwudziestu lat niema...
— A niema...
— A starsza siostra, Maryśka, żyje czy umarła?
— Żyje...
— Za mąż poszła?
— Poszła...
— Gdzież ona? w tutejszej wiosce?
— W Dubrowlanach... w mężowskiej chacie siedzi...
— Aha! w mężowskiej chacie... we własnej chacie... to dobrze... Ach, ach, ach...
Jak powiew wiatru, westchnienie gwałtowne i krótkie pierś mu podniosło. Zamilkł.
Przy długim stole rozmawiano. Piętnastoletni Jasiek swawolnie przekomarzał się z babą, że potajemnie drugi kieliszek wódki wypiła, ona uderzając się pięścią w pierś krzyczała.
Breszesz jak pies! Kab mnie chwolera porwała, kiedy wypiłam!
Bednarz mówił coś do żony, zpod ściany kołowrotek biorącej, Jelenka śmiała się głośno z kłótni Jaśka i baby. Jedne tylko tam usta milczały, powoli ciągnąc dym z krótkiego cybucha i jedna para oczu, zza przezroczystego dymu, zpod siwych, obwisłych brwi ciągle, przenikliwie patrzyła na stojącego przed kominem gościa.
Wtem, nad gwarem, podniósł się donośny, pewnością siebie brzmiący głos Aleksego. Bokiem do stołu przyparty, szeroko rozłożył się on na zydlu i z głową mimowoli jakby, lecz zawsze podnoszącą się hardo, ku gościowi zawołał:
— A o Bąku nie słyszeliście tam czego, po świecie chodząc, ha?
Wszyscy umilkli, odpowiedzi ciekawi, ale i gość przez dobre pół minuty milczał. Potem spokojnie odpowiedział.
— Czemu nie słyszałem? słyszałem. Cały świat o nim tylko teraz gada.
— A gadają, nie daj Boże nikomu, żeby tak o nim ludzie gadali! — zawołał młody chłop. — A jak myślicie; złapią jego, czy nie złapią?
— Może złapią, może nie złapią... — flegmatycznie odpowiedział gość.
— Dobrze byłoby żeby złapali, a to pisarz mówił, że jak broń Boże nie złapią, wszystkim bieda będzie... rozboje, mówi, będą, grabieże będą, to i to, mówi, będzie... Coto, szelma taki, jeżeli na wolności zostanie, czy mało jeszcze biedy ludziom narobi...
Czort jego złapie, kiedy on taki mądry — wykrzyknął bednarz, którego drugi kieliszek wódki trochę rozchmurzył; — dwa razy uciekał... to i teraz uciec potrafi...
— Jużto mnie największa ciekawość, jak on mógł wtenczas, dziesięć lat temu, z turmy uciec. Już nie raz i nie dwa razy w mieście był i turmę widział... Mury takie, o, Jezu! sołdaty ze sztykami wszędzie... ptakiem trzeba być, nie człowiekiem, żeby wylecieć ztamtąd... A on wyleciał... Kab jeho... ot mądry! Ścianę zębami przegryzł, czy co?
— Ej nie, — krótko wymówił gość.
— A jakże? Bo żeby i kratę żelazną rozpiłował, toby przez okno wyskoczyć nie mógł... przez takie wysokie okno... jakby na kamienie z trzeciego piętra buchnął, toby mu odrazu dusza z ciała uciekła...
Teraz, stojący przed kominem człowiek, z rękami wciąż za plecy założonemi, swobodnie kołysać się zaczął w obie strony, zlekka przestępując z nogi na nogę. Było w tem poruszeniu się coś, co miejskiego dandysa przypominało. Z góry patrzył na przemawiającego doń młodego chłopa.
— On nie wyskakiwał przez okno, ale wyleciał... — z drwiącym uśmiechem przemówił.
— Chyba na tych skrzydłach, które mu czort przypiął, — obruszył się bednarz.
— Nie na skrzydłach on wyleciał...
— To może na wiedźmowej łopacie... — zażartował Aleksy.
Kobiety i niedorosły Jasiek zawtórzyli jego śmiechowi.
— Na parasolu, — wyrzekł gość.
Wszyscy umilkli. On kołysał się przed kominem jeszcze swobodniej i po wszystkich obecnych z góry wzrokiem wodził. Może tak fanfaroni uliczni chełpią się przed zebraną w szynku publicznością wyższym stopniem swej uczoności i biegłości w światowych sprawach.
— Głupstwo — mówił — dla niewiedzącego, to zdaje się cud, a dla wiedzącego, głupstwo! Ot jak on zrobił, ten Bąk, kiedy z turmy uciekał... — Wziął swój kij, który przedtem, tuż przy sobie w kominie był oparł i odpowiednio nim giestykulując, opowiadał.
— Wziął parasol, wielki taki parasol, rozpiął go, w dół ot tak obrócił, i razem z parasolem, ot tak hyc przez okno... Żeby bez parasola, toby na łeb na szyję zleciał i kark złamał... ale parasol spuszczał się w dół pomaleńku, pomaleńku, bo wiatr jemu prędko zlatywać nie pozwalał, aż spuścił się do samej ziemi... a Bąk tyle tylko, że jak długi wyciągnąwszy się na bruku, nosem o kamień uderzył... Z nosa krew pociekła i kości okrutnie zabolały, ale co tam! za pas nogi wziąwszy, hajda w świat! Trzy lata potem jego szukali. Parasol pod turmą zaraz znaleźli, a jego trzy lata darmo szukali... cha, cha, cha, cha!
Przy tem opowiadaniu cała jego długa, koścista twarz zajaśniała doskonałą, dziecięcą prawie wesołością. Wyglądał jak niedorosłe chłopię, które z filuterną przekorą opowiada o popełnionej psocie.
Obecni, w zdumieniu podnieśli twarze i pootwierali usta. Wśród ogólnego milczenia, głos gruby i surowy zza kłębów dymu wymówił:
— A wyż zkąd wiecie jak to było?
Hetoż prauda? zkąd wy wiecie? — zawtórzyło pytaniu parę głosów.
Jakby w natarczywości tych pytań niechętne dla siebie wyzwanie usłyszał, zuchwale głowę podjął i zpod brwi, które zbiegły się groźnie, rozpłomienionem okiem dokoła powiódł.
— A wiem! to i co że wiem! rozumnego gadanie, głupiemu dziw... Aaaa! gęby pootwierali!... zkąd wiem? — Albo to ludzie języków nie mają i nie opowiadają... opowiadali, a ja słuchał... Pfuj!
Splunął i nagle zaniepokoił się znowu, zmąconym wzrokiem dokoła rzucił, na kij swój spojrzał, ręce zatarł. Aleksy hardo w twarz mu patrzył.
— Cościś wy, panie, — zaczął — bardzo już dużo o tym Bąku wiecie. Może wy kiedy jego i widzieli?
Lekceważąco ramionami wzruszył.
— A gdzie ja jego mógł widzieć? Nie widziałem. Z Prus idę... więcej jak dwadzieścia lat w tych stronach nie byłem.
— To szkoda, bo żebyście go widzieli, tobyście nam powiedzieli jak on wygląda... Łatwiej byłoby złapać... Oj, złapałbym ja go, złapał z wielką ochotą i wprzód nimby policya dowiedziała się o nim, sambym mu kawał skóry z pleców zdarł...
— Pi, pi, taki młody a jużby ludziom skórę z pleców zdzierał! — uśmiechnął się przybyły,
— A kiedyż on rozbójnik! — zrywając się z ławy krzyknął młody i sierdzisty chłop; — sam pisarz dziś mówił: kramy odbijał, mówi, pieniądze chfałszował, a już najgorsza rzecz, mówi, że troje ludzie ze spólnikami swymi zabił... czy to bestyi takiej żałować? Oj, oj, i jakbym ze skóry łupił!... niech drugich nie ubija...
Cicho! cichocie Aleksy! Nie kryczy tak! — ciągnąc za połę rozpiętego kożucha uspokajała męża młoda żona. Bednarz ręką z heblem w powietrzu zamachnął.
Kab jemu tak dobra na świecie nie było, jak on niewinnych ludzi pogubił...
— Oj, — jęknęła Hanulka — jeszcze i teraz może rozbijać zacznie...
— Pewno że zacznie... — zagadała baba; — coto, rozbójnik taki, w krwi ludziej wykąpany...
Kab jemu kości pokruciło... Kab jego paralusz naruszył...
— Czy zacznie, czy nie zacznie, — ponuro odezwał się bednarz, — a łapać jego trzeba, bo jeszcze szajkę sobie dobierze i konie będzie kraść...
— Niedoczekanie jego! — zawołał Aleksy; — będzie on konie kradł, jak kat jemu dwieście pletni w plecy wsadzi...
— Aj, aj, — piskliwie wrzasnęła Hanulka.
— A tobież co? — obruszył się Aleksy, ale zaraz spojrzał na żonę, która całą swą szczupłą kibić naprzód podając, lamentowała także.
— Oj, oj, oj! a! a! oj, oj!
Stara Nastula wyschły policzek na dłoni oparła i głośno wzdychała:
— Bożeż mój, Boże! oj, Bożeż miłosierny...
Piętnastoletni Jasiek stał jak skamieniały, z oczami wytrzeszczonemi, aż obydwie ręce do ust przyłożył i trzęsącym się głosem zahuczał.
— Hu, hu, hu, hu!
— Ot przelękli się, że rozbójnik pletniami dostanie! — zaśmiał się Aleksy.
Przybyły nie stał już teraz w tak wyprostowanej jak wprzódy postawie. Kiedy Aleksy pierwszy raz wspomniał o pletniach, widać było jak pod cienkiem suknem podartego surduta łopatki jego poruszać się zaczęły i powoli podnosiły się w górę; kark zaś, jakby pod nagłem uderzeniem w dół opadł i broda dotknęła piersi.
— Ciekawość, czy szelma wytrzyma? — mruknął bednarz.
— Ojej! i jak wytrzyma! — twierdził Aleksy; — jeszcze potem w łańcuchach na koniec świata pójdzie, a jak przyjdzie tam gdzie jemu być przykażą, to od rana do nocy młotem pod ziemią będzie walił, albo taczki ciągał...
— Oj, biednyż on, taki biedny! — westchnęła Jelenka i trzymane w ramionach niemowlę mocniej do piersi przycisnęła.
— Oj, naco jemu było na ten świat przychodzić? Naco Pan Bóg najwyszejszy na ten świat jego przysyłał? — wzdychała Nastula.
— Jaby zdaje się nie wytrzymała... wzięłabym, tajbym się utopiła... — prawiła Hanulka.
Krystyna znad statków, które myła, wyprostowała się, ramiona znowu u piersi skrzyżowała i wysoka, silna, kształtna, ciemnemi oczami w ogień patrzyła. Piękne jej usta kurczyły się trochę i zsunęły się ciemne brwi. Kiedy wszyscy umilkli, odezwała się głębokim basowym głosem:
A taki i tego kiedyściś matka na rękach swoich nosiła i kołysała...
Przybyły nagle ku niej się zwrócił. Długo na nią patrzył, aż pochylił się prawie ku samej jej twarzy i grubym, świszczącym szeptem wymówił:
— Pilnujcie wy dobrze swego synka, oj, dobrze swego Jaśka pilnujcie, żeby on nigdy takim nieszczęśliwym nie był...
Kobieta ze zdziwieniem i trochę z przestrachem głowę odgięła, ale gość prędkim ruchem zwrócił się w inną stronę izby, w tę stronę gdzie pod ścianą za stołem siedział gospodarz chaty. Mikuła milczał dotąd; zwyczajem jego znać było, że wszystkim wprzódy mówić pozwalał, a potem, zdaniem swojem spór lub rozprawę rozstrzygał i kończył. Rękę z fajką w powietrzu zawiesił i powoli, spokojnie przemówił:
— Sprawiedliwie. Nad takim i Pan Bóg najwyszejszy litować się nie przykazał. Sprawiedliwie, już nam te koniokrady, grabieżniki, chfałszowniki i inne szelmy dość nadokuczali. Czyto niewinne ludzie na to harują, żeby oni ich dobrem, a broń Boże i krwią, karmili się i poili? Niewinnym ludziom od wszelakiej krzywdy obrona i ubezpieczenie być powinny, a żeby dla takich ciężkich grzechów nijakiej kary nie było, nie możno, nijak nie możno. Hodzi.
Przybyły wpatrywał się w mówiącego i słów jego słuchał z takiem wytężeniem, tak chciwie, że aż wargi jego rozwarły się i zesztywniały rysy, a tylko powieki nad znieruchomiałemi źrenicami prędko, prędko mrógały. Stary umilkł, a on jeszcze kilka sekund patrzył, słuchał, jakby słowa jakiegoś jeszcze nie wymówionego oczekiwał. Nakoniec koścista twarz w ogniu mu stanęła, namiętny błysk strzelił ze źrenic. Ręką machnął.
Hodzi! — powtórzył i zaśmiał się krótko, ostro. — Dobrze wam, panie gospodarzu, mówić hodzi! Ale czy temu, kogo jak dziką bestyą po świecie gnają, aby dognawszy na gorzkie jabłko zbić, a potem do katorgi zapędzić, hodzi czy nie hodzi? to już on tylko w swojej duszy wie, świat, ludzi i dzień urodzenia swego przeklinając! Każdego człowieka nieszczęście spotkać może i żadna matka nie wie, kogo tam... na rękach swoich kołysze...
Przelotnie na Krystynę i na Jelenkę spojrzał, zachłysnął się, ślinę głośno przełknął, umilkł.
— Każdego nieszczęście spotkać może, — spokojnie i powoli odezwał się Mikuła, — ale taki już najgorszejszy, który drugiego człowieka ubija...
— Najgorszy, najgorszy! — powtórzył, — a wiecież wy, panie gospodarzu, że najgorszość czasem blisko, oj, jak bliziutko najlepszości leży... i żeby nie zdarzenie jakie, albo tam... różności, co ich wszystkich przeliczyć trudno, możeby zamiast tej najgorszości była najlepszość...
W gardle mu zaschło. Szerokiemi krokami ku stołowi podszedł, kieliszek wódką napełnił, jednym haustem ją przełknął i do komina wrócił.
Hodzi! — zaczął znowu, ciągle ku staremu Mikule zwrócony, — dobrze wam mówić, hodzi! A czy wy wiecie jakim sposobem ten Bąk, którego teraz jak dziką bestyą ścigają, żeby go na gorzkie jabłko zbić, pierwszy raz w biedę wpadł? Może pierwszy raz w biedę on wpadł za takie głupstwo, że i plunąć nie było na co, a bieda trzęsie tego, kto na niej jedzie... Oj, panie gospodarzu, jak trzęsie! tak, że czasem w człowieku duszę podszewką do góry przewróci! Wszelka dusza ludzka ma podszewkę, tylko, że u jednego wyjdzie ona na wierzch, a u drugiego nie wyjdzie... ot co!
Znowu podszedł ku stołowi, ale wódki już nie pił. Machinalnie wyciągnął rękę ku butelce, lecz nie dotknąwszy jej, znowu do komina wrócił. Nozdrza jego rozdymały się i poruszały, brwi podnosiły się, to opadały; natura gwałtowna, zuchwała, zgorzkniała tryskała mu z oczu ponurym ogniem, piersi podnosiła szybkim oddechem. Śmiał się jednak, przed kominem znowu stojąc.
Hodzi! — powtórzył jeszcze, jakby ten wyraz z ust starca wyszły utkwił w nim jątrzącem ostrzem. — Żeby to tym wszystkim dyabłom, które duszę ludzką targają, każdy miał moc powiedzieć hodzi! i żeby już one tak, od tego jednego słowa i uciekały! U jednego te dyabły śpią, a w drugim obudzą się i na potępienie jego prowadzą. A czy wy myślicie, panie gospodarzu, że jak dyabły duszę ludzką na potępienie prowadzą, to jej ktokolwiek wybawić się od nich pomoże? cha, cha, cha, cha! słominki nikt nie poda, żeby człowiek za nią uczepić się mógł i z jamy wyleźć. Kiedy człowiek pośliźnie się i jak świnia w gnój wpadnie, czy jest na świecie kto taki, coby zlitował się i na suche pole go wyprowadził? Ho, ho! nikt i nie obejrzy się, a jeżeli obejrzy się, to na to tylko, aby nogą popchnąć? Czasem i samemu smród obrzydnie... uciekać od niego zażąda — gdzie tam! nie pozwolą! Huż ha! Jak charty lisa gonią aż dogonią, nazad w smród zapędzą, i targają, męczą, dopóki znów do krwi kąsać nie zacznie! A co ma robić? Kiedy wojna, to wojna! Kiedy przepadać, to już wprzód dobrze najadłszy się i napiwszy, a choć i łeb cudzy roztrzaskać, to co? I tak zgubienie, i tak zgubienie... Niechajże przynajmniej wrogi popamiętają... a kto wróg? cały świat wróg, kiedy nikt ratować ani myśli... a każdy zgubić żąda...
Znowu ku stołowi, ale już ze skrzyżowanemi ramionami poszedł i trochę naprzód pochylony, Mikule w twarz spojrzał. Stary od paru minut już całą górną część swego potężnego ciała naprzód pochylił i na gościa swego tak przenikliwie patrzył, że aż ręka, trzymająca fajkę, na ławę mu opadła. Teraz oczy ich po raz pierwszy spotkały się w długiem spojrzeniu; głos gościa urwał się jak rozerwana struna. Odwrócił się, znowu przed kominem stanął, ale nozdrza poruszać się mu przestały i znacznie ciszej niż przedtem mówić zaczął:
— Czyto właśnie każdy odrazu już do głębokiej jamy wleci? Nie każdy. Może i ten Bąk nie odrazu ludzi zabijał. Ot ciekawość, jaka to jego historya? Gdzie on urodził się i w jakiemto miejscu matka jego na rękach swoich nosiła i kołysała? Musi on wtenczas jeszcze rozbójnikiem nie był, musi on po jakiejś drabinie schodził, póki zeszedł aż tam, zkąd już ani Bóg, ani dyabeł jego nie wyciągnie. Nie wiem tam, co on takiego robił, nim ludzką krew rozlał, ale słyszę jak rozlał, samego siebie zląkł się i z turmy uciekłszy do chfabryki pracować poszedł. Czy dali spokojnie pracować?... Nie dali. Złapali i znów w smród zagnali... Znów uciekł, a uciekając, jak jemu kto na drodze stanął, może i drugi raz, czy ja wiem? krew ludzką rozlał... Ale potem słyszę w chfabryce dwa lata znów spokojnie przesiedział... Bardzo już może zląkł się i siebie samego i tej kary co jego czekała... Albo to kto dowiadywał się, co on tam sobie myślał i zamierzał? Czort chyba do niego dowiadywał się... więcej nikt...
Dotąd wszyscy w milczeniu, zaciekawieni i zdziwieni, słuchali mowy jego zuchwałej i namiętnej zrazu, a teraz coraz więcej żałosnych nut przybierającej. Ale Aleksy dłużej już milczeć nie mógł.
— Ej, ej! panie! — zawołał — cościś wy już nadto bronicie rozbójników!
Gość wyprostował się znowu i młodemu chłopu w same oczy spojrzał.
— Oj, oj! — z szyderstwem w głosie i poruszeniem głowy odpowiedział; — w ciepły kożuch wlazł i kontent że mu dobrze! A nad takim, z którego i skórę zaraz zedrą, żadnego już zlitowania mieć nietrzeba? — Stary Mikuła fajkę od twarzy odjął, krzaczyste brwi zsunął i twardo, krótko, srogo wymówił:
— Nietrzeba?
Możnaby myśleć, że dwa te wyrazy gościowi w twarz rzucił i że on uderzenie ich poczuł, tak szybko całem ciałem zwrócił się ku staremu i z cichym śmiechem, parę szerokich kroków uczyniwszy, tuż przy nim usiadł.
W tej chwili drzwi izby skrzypnęły znowu, parę osób weszło i przy kominie wszczęły się rozmowy. Ale przybyły zdawał się wcale tego nie spostrzegać, na stołku tuż przy gospodarzu usiadł, szerokiemi, ale kośćmi chudych łopatek, sterczącemi zpod surduta, plecami ku izbie się zwrócił i łokciem szeroko na stole oparty, twarz swą ku twarzy starego pochylił. Blisko nich nikogo nie było: Jelenka z dzieckiem, które obudziło się i zapłakało, pod przeciwległą ścianą usiadła, Aleksy hałaśliwie wiódł rej przy kominie, bednarz u przeciwnego końca długiego stołu nożem coś około zęba brony robił. Tylko stara Nastula, w której bezzębnych ustach niepostrzeżenie dla wszystkich ze trzy czarki wódki zniknęło, pośpiesznym ruchem wsunęła się tuż prawie pod ramię przybyłego i z chciwą ciekawością ucho ku niemu pochyliła. Wkrótce też usłyszała półgłosem wymówione słowa:
— Panie gospodarzu, a co z waszym Jaśkiem słychać?
— Z jakim Jaśkiem? — szorstko odrzucił stary.
— A z trzecim waszym synem... Dwóch tu jest, a trzeciego niema... czy wy już o nim ze wszystkiem zapomnieli, panie gospodarzu?
Za plecami pytającego dłonie jakieś głośno splasnęły i babski piskliwy głos zagadał:
A kab ja wieku swego nie dożyła! Kab mnie język w kół się obrócił! Kab mnie ręce jak te gałęzie wierzby powykręcało, kiedy ja o nim zapomniała, o Jaśku moim najmilszym, o sokoliku moim biednieńkim... Toż ja jego, kiedy on na świat rodził się, od matki przyjmowała, toż ja jego na rękach swoich nie raz i nie dziesięć razy nosiła... swoich dzieci nie miała, ale jego miała i polubiła jak rodzimeńkiego synka...
Głowa baby, czerwonym czepcem oblepiona, z kosmykami białych włosów na pomarszczonem czole, z policzkami od wódki zarumienionemi, trzęsła się i w obie strony kołysała tuż nad ramieniem przybyłego, w samo prawie ucho rzucając mu gorące i wódką cuchnące oddechy. On głowę nieco w tył odgiętą na ręku opierał, z przymróżonemi oczami zawodzenia jej słuchając. Ale wkrótce przerwał je pytaniem:
— To wy, panie gospodarzu, ze wszystkiem już Jaśka nie pamiętacie? Onże wasz pierwszy był... najstarszy...
Jakby przemocą z milczenia wyrwany, stary chmurnie odrzekł:
— Czemu nie pamiętam? Pamiętam... a wyż jego dobrze znali?
— Oj, i jak dobrze! Tęgi chłopiec był z niego, roztropny, śmiały....
— Nadto już śmiały — mruknął stary, popiół z fajki wytrząsając. — A wy słyszeli co jemu wydarzyło się?
Widocznie, pomimo zachmurzenia i przenikliwych spojrzeń, które czasem na gościa rzucał, ochotę do mówienia o najstarszym synie uczuwać zaczynał. Ale stara Nastula zawiodła znowu:
— Oj, wydarzyła się jemu bieda, bieduleńka! oj, kab im Pan Bóg grzechów ich nie darował, jak oni jemu, młodzieńkiemu i durnieńkiemu wtenczas nie darowali! Zgubili oni jego, jak tego psa zmarnowali... nieboszcyca matulka jego mnie bratanicą przychodziła... a on mnie babulką nazywał...
Gość starego Mikuły zapytał:
— A cóżto jemu wydarzyło się takiego?
Stary przez pół minuty szczękami poruszał, jakby twardego coś przeżuwał. I nie chciało mu się z tym nieznajomym mówić i do mówienia ochota go brała.
— Ot — zaczął — z głupstwa poszło... może on pierwszy raz i za sprawiedliwość pokutował... Proces nam Dubrowlańcy, sąsiedzi, kab im dobra nie było, wytoczyli... nu, mnie gromada za planipotenta wybrała, ja do miasta jeździł i z hadwokatem gadał, tym znaczy, co przed sądem nas bronił. Do miasta Jaśka z sobą brałem i do hadwokata brałem, tak sobie bez przyczyny... Nadto już jego lubiłem, a kiedy czego naparł się, to i na wszystko pozwalałem... Kab mnie Pan Bóg najwyszejszy za te pobłażanie jemu nie karał...
Baba w mowę mu wpadła:
— Oj, lubili jego i hołubili wszyscy dobrzy ludzie i na wszystko jemu pozwalali, bo nadto mileńki był i łaskawy... rączki bywało na szyję zarzuci i tuli się do człowieka jak ten baranek, a oczki miał jak te wasilki w życie...
Stary na zawodzenie baby nie zważając, coraz już chętniej dawne dzieje z pamięci wywodził.
— Nie żart, jaki on był rozumny, ale nadto już zuchwały i ze wszystkiem nie taki, jak inne chłopcy... Ani u niego robota, ani zabawa nie była taka jak u wszystkich. Kiedy pracuje, to rwie jak ten koń ognisty, a kiedy hula, to tak, że i rady nie dasz. Bywało że za szyję obejmuje i całuje, mało nie udusi, a innym razem hardo postawi się i żeby tam nie wiem komu, jak osa rzuci się w oczy. Łajał ja jego dobrze, ale najwięcej pobłażał... a taki nic złego on wtenczas i nie robił... — Zamyślił się, głową trząsł. — Na zgubienie ja jego brał z sobą do miasta i do hadwokata, — prawie już gadatliwie mówił dalej. — Słuchał on co my z sobą gadali, słuchał i wracając bywało mówi: «tatku, ja tego ubiję, kto nam niesprawiedliwie ziemię zabierać przyjdzie!» Ja tylko śmieję się. Młody, taj durny, myślę. A ziemia sprawiedliwie do nas należała, ale przedawnienie zaszło i proces my przegrali, Dubrowlańcy ziemię odbierać przyszli, a my zawzięli się nie oddawać Nie oddamo i nie oddamo! Całą gromadą bywało wyjdziem i napastników tych, kab im Pan Bóg grzechów ich nie darował, przepędzamy. Dokazywali wszyscy, dokazywał i Jasiek. Nu myślę, dobrze. Kiedy wszyscy, to i niechaj i on. Aż tu na wiosnę mówią: urędnik przyjedzie i Dubrowlańcom ziemię oddawać będzie. Bieda! Z urędnikiem nie to co z chłopami. My rękami machnęli. Niechaj będzie i tak! niechaj będzie i nasza krzywda! Pan Jezus więcej cierpiał! Ale nie wszystko my, jak potrzeba było, przeliczyli. Nie przeliczyli my tych młodych, a nadto zuchwałych, co na swój rozum brali i zmowę robili... Przyjechał urędnik, jakiś wysoki i dwóch niższejszych z sobą przywiózł i dawaj po polu chodzić, temu to, a temu to przeznaczać i darowywać... A nasze chłopcy jak wypadną z kosami, taj z grabiami, taj z kijami... może dwudziestu ich było, a mój Jasiek przed wszystkimi jak jaki jenerał... Urędników przepędzili...
Baba nagle w okrutny gniew wpadła. Pięścią jednej ręki o dłoń drugiej uderzyła, krzycząc:
Kab jemu Pan Bóg nie darował, że on taki zuchwały był... Kab on wskróś ziemi przepadł, jak on siebie samego marnie zgubił...
— On już przepadł! nie przeklinajcie babulko — ku wpółpijanej babie zwracając się, sarknął przybyły i znowu pilnie starego słuchać zaczął.
A stary rozgadał się na dobre. Może i nie myślał o tem do kogo mówi; mówił, bo go ból stary, prawie zapomniany znowu za serce ugryzł, a wspomnienia o najstarszym utraconym synie mgły ubiegłych lat rozpędzały...
— Znaczy — mówił — bunt. Znaczy sprzeciwienie się władzy. Nu, do turmy ich wzięli i sąd nad nimi robili. Innych wypuścili, albo trochę tylko ukarali, a jego na trzy lata turmy osądzili... zaczynszczyk, mówią. Nu, dobrze. Trzy lata nie wiek. A jemu tylko ośmnasty roczek wtedy szedł... Niebardzo ja smucił się, że on tam trzy lata posiedzi. Rozumu, myślę, nauczy się, łagodności nauczy się...
— Nauczył się? — zapytał przybyły; — cha, cha! Cóż, czy nauczył się? A?
Stary w ziemię patrząc, wielką głową trząsł.
— A-le! nauczył się Kab hetak czorci złe dusze uczyli! Jak powrócił do domu, to i dnia spokojnego w chacie już nie było. Siądzie bywało i opowiada, jak złodzieje po nocy kraść chodzą i wszystkie zamki otwierają. «Na wszystko są sposoby, mówi, a ja wszystkie sposoby wiem» albo, mówi: «ochota to ludziom po takich chatach siedzieć: biedować i harować, kiedy na świecie tyle bogactwa jest i do niego łatwym sposobem dojść można». Ja jego kułakiem w plecy: «Ot tobie, mówię, łatwy sposób o złodziejstwie i paskudztwie niejakiem nie myśleć!» A on do mnie: «Nie biej, tatku, bo ucieknę i tyle mnie zobaczycie!» Za czapkę i do karczmy. Pić nauczył się. Wprzódy nie pił, wiadomo, dziecko, co jemu 17 latek ledwie skończyło się. A tam i tego nauczył się. Upije się, bywało, i po całej wiosce hawantury dokazuje: z parobkami bije się, dziewczęta łapie... Ja do niego dobrym sposobem: «czy tobie wstydu niema, Jaśku? czy ty Pana Boga nie boisz się?» A on w śmiech: «ej, tatku, mówi, albo ja takie rzeczy widział? albo ja o takich nasłuchał się... tam będąc? Wy głupi, w swojej wiosce siedzicie i nic nie znacie, a ja teraz uczony!» Oj, uczony on zrobił się, jak trzy lata w turmie pobył, uczony! Kab tych gubernerów, co jego tam uczyli...
Przybyły śmiał się, cichym, długim, piersiowym śmiechem. Potem, głową trząść zaczął.
— Oj, panie gospodarzu, w wiosce swojej siedzicie, ziemię rękami swemi drapiecie i nic nie znacie! Żebyście tych gubernerów zobaczyli i żebyście posłyszeli, jak oni waszego synka nauczali, toby was, panie gospodarzu, może z samego strachu paralusz naruszył... — Stary, żywym ruchem głowę podniósł i znowu z takąż uwagą jak kilka razy przedtem na przybyłego popatrzył. W głosie, jakim wymawiał on ostatnie słowa, były jakieś dźwięki, które o słuch jego ze szczególniejszą mocą uderzyły.
Sztoż heto? — wyrzekł powoli, — albo ja was kiedyściś znał, albo ja was nie znał?... czysta odura! Kto wy taki?
Ale w tej chwili przybyły zaniepokoił się i twarz odwrócił ku kominowi, dokoła którego coraz większy wszczynał się ruch i gwar. U ognia ciągle podsycanego, zamiast dwóch kołowrotków Hanulki i Krystyny, które stały tam przedtem, znalazło się pięć. Dwie dziewczyny weszły już były wprzódy i z kołowrotkami swemi po obu stronach Hanulki usiadły, a teraz, tylko co, przybyła jeszcze jedna, którą Aleksy żartami witał, a Krystyna uprzejmie zapraszała, ażeby usiadła przy niej. W chacie Mikuły rozpoczynała się zimowa, gwarna, długa wieczornica.
Przybyły, bystro na skupioną u ognia grupę ludzi popatrzył i znowu zwrócił się ku staremu. Ale Mikuła z wzrokiem w ziemię utknionym, z cybuszkiem w ustach, pogrążył się już w zwykłem sobie milczeniu. Zza dymu, ulatającego mu z ust i fajki, twarzy jego prawic widać nie było; czasem tylko głową kołysał, jakby myśl nad czemś wytężał, jakby we wnętrzu swem mocno dziwił się czemuś. Nastula zato, coraz większą ochotę do rozmawiania z nieznajomym okazywała. W sposób tajemniczy i przez nikogo niespostrzeżony, butelka z trochą jeszcze wódki na dnie znalazła się tuż przy jej łokciu. Załzawionym jej oczom przybyło blasku, wyschłym rękom żwawych i sprężystych giestów. Jak w szczypce, schwyciła w garść rękaw surduta przybyłego.
— To wy naszego Jaśka znali, — i nie zawodząc już jak wprzódy, ale prędko i cicho trzepać zaczęła, — pewno wtedy jego znali, jak przy budowaniu nowego dworu byli... Biednyż on, biedny! Nacierpiał się on, nacierpiał od rodzonego baćka, nim na wieczne czasy w świat sobie poszedł...
Oczami ku staremu Mikule rzuciła i głos zniżając, tajemniczo ciągnęła dalej:
— Bił! jak tego psa, bił własnemi rękami, kijem, czem popadło... Kab ja z tego miejsca nie wstała, kiedy łgę... Jak pierwiej pobłażał i hołubił, tak później, kiedy biedulek z turmy powrócił, bił... Za rozpowiadanie o złodziejach, i za pijaństwo, i za hultajstwo, za wszystko, bywało, bije, taj bije... «Ja jemu, mówi, te paskudztwa, które on stamtąd poprzynosił, z ciała i z duszy wybiję!» Bywało, matka do jednej ręki jemu przyczepi się, a ja do drugiej i krzyczym: «oj, nie męcz ty, Szymonie, rodzonego dziecka, grzechu na duszę nie bierz, bo jak do reszty w złość wpadnie, z chaty uciecze i duszę swoję zgubi!» A on nas, jak te bulby z rąk pootrząsa i jak zwierz tylko sapie, taj mruczy: «Będzie jemu bieda ode mnie, oj będzie kiedyściś bieda, jeżeli nie poprawi się! Ubiję, a łotrem na wieki zostać nie pozwolę!» I z drugimi synami już inaczej zaczął... I dla drugich już srogości nabrał: «Pobłażał ja starszemu, mówi, i ot na jakiego on wykierował się... młodszym już pobłażania żadnego ode mnie nie będzie». Oj, piekłoż, piekło zrobiło się wtenczas w chacie... Matka, bywało, płacze, płacze, aż w niemocy legnie, baćko jak ten zwierz rozjuszony tylko za Jaśkiem oczami wodzi, żeby go na czem złapać i karać, młodsze chłopcy, jak te zające, ze stulonemi uszami chodzą, a Jasiek nieborak cierpiał i cierpiał, jak ta trzaska wysechł, jak ta chmura zasępił się i już, zdaje się, troszkę spokojności i upamiętania przychodzić na niego zaczęło... Upokorzył się przed ojcem, upokorzył się przed rodzonym, słuchać zaczął... aż tu raptem, wziął taj uciekł... Nie wytrzymał taki i uciekł!... Może on od ręki ojcowskiej, co nad jego młodością zlitowania nie miała uciekł... Może on od naboru, znaczy, od tego, żeby go w sołdaty nie wzięli uciekł... Może jego kto taki, z kim on w turmie zaznajomił się namówił... wziął taj uciekł... i oczy nasze już jego, mileńkiego, nigdy nie widziały, i uszy nasze jego głosiku, srybnieńkiego, nigdy nie słyszały... Matka po nim płakała, i siostra płakała, Maryśka starsza, Hanuli jeszcze na świecie nie było i zdaje się po ścianach tej chaty, chatynki jego rodzonej łezki po nim ciekły... tylko baćko o nim nigdy ani zagadał, nigdy nie zlitował się, synka swego rodzonego, najstarszego nigdy nie pożałował... taki on już srogi!
Trudno byłoby powiedzieć napewno, czy przybyły słuchał lub nie słuchał, tajemniczej, to śpiewnie zawodzącej gadaniny wpół pijanej baby. Łokciem o stół oparty, na długiej kościstej ręce głowę oparł i powieki przymknął... Możnaby myśleć, że zadrzemał i że przykre mary tułały się po jego uśpionym mózgu, bo wargi jego wydęły się tak, że rudawe wąsy ostrą kępą sterczały mu pośród twarzy. Wtem, niespodzianie, ramię ku butelce wyciągnął i zbliżywszy ją do ust, resztę znajdującego się w niej trunku parą chciwemi łykami połknął. Ze stukiem butelkę na stole stawiąc, zaśmiał się i drwiąco na babę popatrzył.
— Oj, ty głupia babulo! jeżeli ani razu nie pożałował, to czemuż najstarszego wnuka Jaśkiem nazwał? A? musi kiedy najstarszy wnuk na świat przyszedł, on o najstarszym synku swoim wspominał? A?
Mikuła ocknął się z zamyślenia, fajkę nieco od ust oddalił, całem swem wielkiem ciałem pochylił się ku gościowi, a prawą rękę do czoła podniósł.
— W imię Ojca... i Syna... — zaszeptał. Ale gość powstał, stołek na którym siedział ze stukiem odsunął i szerokiemi krokami ku przeciwległej ścianie odszedłszy, w cieniu, przy karmiącej dziecko Jelence usiadł. W tej samej chwili drzwi rozwarły się i zamknęły z trzaskiem, do izby wpadła dziewczyna wysoka, barczysta, zdyszana, z ospowatą, rozognioną od szybkiego biegu twarzą i kołowrotek u progu postawiwszy, krzyknęła:
— Ratujcie! dzieuczata, kiedy Boga kochacie, ratujcie, chłopcy! iduć! — Za oknem dały się słyszeć głośne tupania, śmiechy, hukania. Ktoś po szybie zabębnił i w ścianę kijem uderzył. Dziewczyny z wizgiem, z krzykiem, ze śmiechem pozrywały się z siedzeń i ku drzwiom się rzuciły.
— O Jezu! zamykajcie drzwi! zamykajcie! nie puszczajcie! zaraz len palić i głupstwa wygadywać będą! ludzie! ratujcie! rozbójników tych nie puszczajcie!
Murem przed drzwiami stanęły, zamykający je skobel z całych sił przytrzymując. Jedna zapalone polano z komina schwyciła i z niem jak z gorejącą chorągwią w obronnej postawie stanęła; druga, wiadro pełne wody ku ziemi chyliła, trzecia zydel przyciągnęła i drzwi nim przywaliła. Potrzebą odparcia napastników przejęły się tak silnie, że naprawdę strach ich ogarnął. Głosy ich stawały się coraz piskliwsze; Hanulka czerwona od natężenia z jakiem skobel przyciskała, drżeć zaczynała. Dwie dziewczynki, z których starsza zaledwie dziesięcioletnią była, obudzone krzykiem, jak kłódki zsunęły się z wysokiego pieca i starszym dopomagając, najwięcej sprawiały hałasu. Bose ich stopy jak motyle migotały pomiędzy kraciastemi spódnicami dziewcząt, frendzle płowych włosów podnosiły się to opadały na białe koszule i od snu zaróżowione twarze. Ale najgłośniej ze wszystkich krzyczała i najszerzej suchemi lecz sprężystemi ramiony rozmachiwała stara Nastula. Przemocą wbiła się w gromadę dziewcząt i ku drzwiom się parła.
— Puszczajcie! — krzyczała, — a hetoż jaka moda, żeby chłopców na wieczernicę nie puszczać? A jakażto wieczernica, kiedy na niej chłopców niema? A zaco wy ich karzecie? a zaco wy ich nieboraków na mrozie trzymacie?
Hanulkę odepchnęła, drzwi naoścież rozwarła i w boki się wziąwszy, ku ciemnej sieni zawołała:
Chadzicie, chłopcy! Nu, chutko chadzicie!
Sienie napełniły się ciężkim tupotem; w drzwi wtłoczyło się czterech młodych parobków. Dziewczyna, polano zapalone w ręku trzymająca, na inną zawołała:
— Ulana, lej wodę! Kiedy Boga kochasz, lej!
Ogromna, ospowata Ulana wiadro ku ziemi przychyliła; woda szeroką strugą rozlała się po podłodze z gliny ubitej. Ale dla napastników nie było to żadną przeszkodą. Ze stukiem zydel przewrócili, i jeden z nich z rąk uciekającej dziewczyny wydzierał płonące polano.
— Aj! ludzie! — krzyczała; — ratujcie ludzie!
— A będziesz mówiła: lej! a będziesz do złego namawiała?
W mgnieniu oka, do pierwszej z brzegu kądzieli płomień przytknął. Len prysnął iskrami, prząśnica jak zapalona świeca zajaśniała. Wielka Ulana wybuchnęła głośnym płaczem. Płonący len do niej należał.
— Oj, żeby was Pan Bóg za moję szkodę pokarał! żeby wy...
— A będziesz lać wodę? A będziesz wodę pod nogi lać ludziom? — z płaczącą draźnili się chłopcy.
Bednarz i Aleksy w parę sekund ogień w prząśnicy rękami zgasili; Krystyna pocieszała skrzywdzoną, po nową kądziel dla niej do bokówki idąc. Pocieszyła się też natychmiast i tak jak inne za kołowrotkiem usiadła.
Nastula drzwi zamknęła, bo zimno z sieni szło do izby. Chłopcy, z których jedni byli w kożuchach, inni w siwych siermięgach, a wszyscy w ciężkich wysokich bótach, teraz dopiero przed gospodarzem domu się skłonili.
— Dobry wieczór! — chórem huknęli.
Nie odpowiedział. Czyżby zadrzemał? Wszyscy jednak wiedzieli, że stary Mikuła ospałym nie był, że długie gwarne wieczornice lubił i uprzejmie na pozdrowienie gości odpowiadał, a czasem nawet, choć rzadko, grubym śmiechem wtórzył swawolom młodzieży. Dziś milczał. Ręka z fajką u piersi mu zawisła i wszystkie fałdy wielkiego czoła w dół się osunęły, ciężką chmurą wisząc nad krzaczystemi brwiami. Spał czy dumał? gniewał się czy wspominał? Chłopcy do komina odeszli i za dziewczętami stanąwszy, papierosy zapalali, Nastula znowu na przewróconych nieckach usiadła i gadała, gadała, suchemi ramionami rozmachując; kołowrotki zaturkotały chórem, hucznie, nad ich turkotem szumne, wesołe wzniosły się rozmowy. W izbie zrobiło się bardzo gorąco i duszno.
U ściany przeciwległej tej, pod którą siedział stary Mikuła w cieniu, na zydlu, u którego końca, przy samych już prawie drzwiach stała beczułka, woń kwaszonej kapusty wydająca, toczyła się rozmowa, turkotem kołowrotków i gwarem wesołych głosów głuszona. Przybyły siedział tam obok Jelenki, która, żadnego udziału w napełniających izbę swawolach i żartach nie biorąc, karmiła, a potem na rękach kołysała swe paromiesięczne dziecko.
— Wesołe u was wieczornice — zaczął.
— A wesołe — odpowiedziała.
— Dawno wyszłaś za Aleksego?
— A już na przyszłego Piotra cztery lata będzie.
— A wieleż teraz masz lat?
Uśmiechnęła się i wstydliwie głowę pochyliła,
— Czy ja wiem? Musi na Jerzego dwadzieścia skończę...
— Phi! — gwizdnął gość — stara z ciebie kobietka. No, a dobrze ci tu żyć?
— Czemu nie dobrze? I bardzo dobrze, daj Boże kab tak do wieku było.
— Aleksy dobry, a? nie bije?
Zarumieniła się.
— Jeszcze tego nie było — nieco gniewnie sarknęła.
— A lubi?
Teraz zachichotała zcicha i zamiast odpowiedzi, niemowlę głośno w czoło pocałowała.
— Chleb w chacie zawsze jest? — zapytał jeszcze.
— Chwała Bogu, jest. Jeszcze tego nie było, żeby chleba zabrakło. Czego niema, a chleb zawsze jest.
— Bednarz pewno dużo zarabia?
— A zarabia. I mój zarabia, i baćko zarabia... jak przy gospodarstwie roboty niema, z Jaśkiem ryby w rzece łapie i w miasteczku sprzedaje, wprzódy sam jeden na ryby chodził, a teraz ze dwa już roki jak z Jaśkiem chodzi...
— Z Jaśkiem chodzi — powtórzył gość, w ziemię patrzeć zaczął i umilkł.
U komina, z turkotem kołowrotków i gwarem głosów zmieszały się chrzęsty rozkąsywanych orzechów i łuszczonych ziarn słonecznikowych. Chłopcy zza koszul wyjmowali okrągłe gniłki i częstowali niemi dziewczęta; one drożyły się, przysuwane im pod same twarze garście z przysmakiem odpychały, a potem niechcąc niby, przyjmowały, jadły i odwzajemniały się chłopcom, orzechy i ziarna na nich rzucając. Ile razy rzucony orzech ugodził kogo w czoło lub policzek, albo garść ziaren rozsypała się po czyim baranim kołnierzu, tyle razy zza kołowrotków wybuchały śmiechy. Jeden z parobków, za Hanulką wciąż stojący, najmniejszy w swawoli udział przyjmował, wciąż coś dziewczynie do ucha szepcząc. Wielka Ulana, między dziewczętami rej wiodąca, zawołała na niego, aby zagadkę jaką powiedział. Wiedzieli wszyscy, że nikt tyle i tak pięknych zagadek nie umie, co krępy Damian, z głową okrytą włosami tak czarnemi i kędzierzawemi, że zlewały się one prawie w jednę całość z czarnym baranim kołnierzem kożucha. W tej kruczej gęstwinie włosienia czerwieniły się tylko tłuste policzki i świeciły czarne błyszczące oczy.
— Kiedy zagadki, to niechaj będą zagadki — na natarczywe wezwanie dziewcząt odpowiedział, wyprostował się, na całą izbę chrząknął, więcej jeszcze policzki wydął i z jedną ręką na kłębie opartą, zaczął:

Jedu, jedu,
Ni dorohi, ni śledu,
Konia biczom pohaniaju,
Na śmierć pohladaju.

Umilkł i wszyscy milczeli. Parę kołowrotków umilkło.
— No sztoż heto? — kpiącym tonem zapytał mądry Damian.
Nikt słowa zagadki znaleść nie umiał. Dziewczęta z zakłopotaniem ku sobie zerkały, chłopcy lekceważąco i żadnej niby wagi do nierozwiązalnej im zagadki nie przywiązując, papierosy palili i końcami nóg przytupywali. Damian, drugą ręką wziął się za boki:
— A toż czółno! — wzgardliwym tonem wymówił.
— A prawda! — chórem zawołało kilka głosów i wszyscy, słowa zagadki powtarzając, zadziwili się.
— A-a-a-a! jedu, jedu, ni dorohi, ni śledu... Wiadomo, na wodzie... konia biczom pohaniaju... znaczy wiosłem wodę... a-a-a! prawda! taki to czółno!
— Czemuż ty, Damian, pocichu mnie nie powiedział, to jabym zgadła — półgłosem zagadała Hanulka.
Dobra, to ja jeszcze jednę powiem. — Znowu policzki wydął, chrząknął i zaczął:

Pełen chlewiec,
Biełych owiec,
Ozdin baran bleje.

Skończywszy nachylił się, nibyto orzech z ziemi podniósł, a Hanulce w same ucho szepnął:
— Język!
— Język! — wśród powszechnego milczenia zawołała dziewczyna.
— A-a-a-a! — zadziwili się znowu wszyscy; — prawda! niema co! prawda! Ot rozumna! Taka młodzieńka, a taka rozumna! Czy tylko tobie Damian nie powiedział? Pewno powiedział? praudu skaży!
Dziewczyna jak piwonia czerwona, kryjąc się za kądziel, błagalnie ku mądremu parobkowi oczy wznosiła.
— Nie powiedziałem! — wykrzyknął Damian — breszecie! nic nie powiedziałem. — I jakby chciał burzę nowych zapytań od siebie i ulubionej dziewczyny odpędzić, zaraz dodał:
— Chcecie? to jeszcze jednę powiem! — Filuterny uśmiech rozsuwał tłuste jego policzki, z czarnych oczu śmiech tryskał:

Maleńkaja, czarnieńkaja,
Wsiu kołodu woroczaje.

— Nu szto heto? — zapytał, garścią usta zakrywając.
Nastula w szerokim śmiechu bezzębne usta otworzyła i ramionami ku niemu zamachała:
— Oj, kab ty skis z zagadką taką! Oj, nie raz i nie dwa słyszała ja tę zagadkę! Toż to pchła!
Głosem duszonym przez garść, którą usta zakrywał, potwierdził:
— A toż pchła! — Czarne jak węgiel oczy nad wielką ręką błyszczały, śmiały się, po chichoczących dziewczętach z tryumfem spoglądały. Drugą ręką pokryjomu obejmował kibić Hanulki, granatowym kaftanem ściśniętą.
Przybyły, obok milczącej Jelenki siedząc, zagadek i towarzyszących im żartów słuchał ze szczególną pilnością i ciekawością. Dłonie na kolanach oparł i cały naprzód pochylony uśmiechać się zaczął, najprzód słabo i niewyraźnie, potem coraz szerzej i jakby rozkoszniej. Ile razy u komina wymówiono rozwiązanie jednej z zagadek, głową ruch potwierdzający czynił; komuś, ktoby na niego patrzył, zdawaćby się mogło, że wszystko co mowiono było mu dobrze znanem, tylko zapomnianem zostało i przypominało się teraz, przypominało natarczywie, rój wspomnień za sobą wiodąc. Nikt przecież w tej chwili uwagi na niego nie zwracał; wkrótce też i sam uśmiechać się przestał, na sąsiadkę znowu spojrzał.
— Czemuż ty tam nie idziesz bawić się ze wszystkimi? — zapytał.
Wraz z niemowlęciem kołysząc się to w tył, to naprzód, odpowiedziała:
— Nie chcę... niechaj sobie bawią się zdrowi!
— A mówiłaś, że dobrze ci żyć... to czegóż smutna? Musi Aleksy niedobry, a! pewno niedobry? Musi tak już w rodzie u nich, że wszyscy niedobrzy?
Z chciwą ciekawością w młodą kobietę oczy wlepił. Ona nie na niego, ale w przestrzeń patrząc i kołysać się nie przestając, odpowiedziała:
— Ej nie. I Aleksy dobry, i wszyscy dobrzy, tylko ja nadto Mikołajka mego odżałować nie mogę...
— Jakiego Mikołajka?
— A synka...
Tu cichym, ale śpiewnie zawodzącym głosem opowiadać zaczęła, że przed kilku miesiącami zmarł synek jej starszy, półtora roku mający. Takieto śliczne było dziecko. Chodził już, mówił, nie żart jaki już był rozumny. Wszyscy po nim płakali, nawet dziadek, choć taki srogi, płakał, ale potem zapomnieli, nawet ojciec rodzony zapomniał. Ona tylko nijak zapomnieć nie może. Pochyliła się nad niemowlęciem i ciszej dokończyła:
— Wiadomo, dziecko, takie maleńkie jak ta jagoda skociło się ze świata... jak ta kruszyna w ziemię wpadło...
Po okrągłym, różowym jej policzku płynęła duża łza i jak brylant błysnąwszy, na granatowy kaftan upadła.
W napełniającym izbę gwarze, opowiadanie młodej matki wydawało się delikatną, nieśmiało brzęczącą struną; łza jej upadła w śmiechy i hałasy, jak cicha kropla rosy w swawolne i szumne fale potoku. Na świeżą jak poranek zasmuconą twarz jej przybyły patrzył, patrzył szerzej niż zwykle otwartemi oczami i łzie jej przypatrywał się dopóty, dopóki nie przestała wilgotną plamką świecić na granatowem suknie kaftana. Coś widocznie dlań niezwykłego uderzyło go, zadziwiło, zbudziło w nim strunę jakąś trwożną, smętną, której dotąd nigdy może w sobie nie słyszał. Jak wicher gwałtowny i krótki westchnienie pierś jego szeroką i zapadłą podnosiło:
— Ach, ach, ach!
Wzamian, z twarzy młodej matki smutek nagle zniknął. Ożywiła się ona i oczami, ku bawiącej się u komina gromadce spoglądającemi ciekawie, wesoło błysnęła.
— Oj — wykrzyknęła — bajki gadać będzie!... Nastula bajki gadać będzie...
Szybkim ruchem zwróciła się ku gościowi.
— Posłuchajcie tylko... mojeż wy mileńkie, posłuchajcie! Ona ślicznie bajki gada, nie żart jakie śliczne...
Baba, u samej ziemi, na przewróconych nieckach siedząca, zpomiędzy dwóch kołowrotków wychylała pod światło ognia głowę w czerwonym, okrągłym czepku i mówić zaczynała. Wśród powszechnego milczenia, przy wtórze kołowrotków głos jej stary, przewlekły, szepleniący, rozchodził się po izbie:
— Było sobie trzech braci: dwóch rozumnych, a trzeci dureń. Powyrastali i żenić się im pora przyszła. Baćko ich i pyta.
— Którego z was synkowie najprzód ożenić?
Starszy mówi:
— Mnie, bo ja najstarszy.
Drugi mówi:
— I mnie, tatku, już pora.
A dureń także odzywa się:
— A i mnie już dawno byłaby pora.
— Nu — mówi baćko — idźcież wszyscy do lasu, a który najprędzej dużo jagód uzbiera, tego ja pierwszego ożenię.
Poszli oni wszyscy do lasu i tak zbierają, tak zbierają jagody, że ani wyprostują się. Aby tylko prędzej nazbierać, zbierają i zbierają. Rozumni do durnia podeszli i pytają:
— A co, durniu? czy dużo jagód zebrałeś?
— Ej — mówi dureń — już ja zaraz i do domu sobie pójdę.
Pozazdrościli rozumni durniowi, wzięli zabili go, nóż w serce wsadzili...
— Aj! — jęknęło parę kobiecych głosów.
— Nu, nu, tak zaraz wzięli i zabili! — niedowierzająco i z powagą, bajce przesadę zarzucił jeden z parobków. Baba, z wyrazem głębokiego przekonania, głową trzęsąc powtórzyła:
— Wzięli i zabili, nóż w serce wsadzili, w ziemię zakopali, piaskiem przysypali, zamiast krzyżyka, nad głową zasadzili wiśnię i poszli do domu.
Aż tu tą samą drogą jedzie pan; zobaczył wiśnię i myśli sobie:
Wyrąbię ja tę wiśnię i zrobię z niej dudkę.
Wyrąbał wisienkę, zrobił z niej dudkę, jedzie sobie i gra, a ta dudka śpiewa:

Nie graj panoczku, nie graj,
Serduszka mego nie targaj,
Mnie bracia zabili,
Nóż w serduszko wbili,
Czerepkiem oczy nakryli
Piaseczkiem zasypali,
Wisienkę zamiast krzyża zasadzili...

Dziwuje się ten pan, dziwuje się, a dudka prosi i prosi, żeby on na niej nie grał.

— Aaa! — przerwało znów parę wykrzyków zdumienia.
Taki śpiewała ta dudka, taki prosiła... nu!
Nastuli oczy, jak dwie srebrne iskry błyszczały, zwiędłe wargi jej, coraz więcej wyrazu przerażenia nabierały. Z łokciami, opartemi o kolana i rozwartemi w powietrzu rękami, prawiła dalej.
— Przyjechał ten pan do tej wioski, gdzie durniowi bracia i ojciec żyli, zaskoczyła jego nocka, przyszedł on do nich i prosi, żeby jemu przenocować pozwolili. Pozwolili jemu przenocować, odprzągł on konia, do chaty wszedł i do gospodarza mówi:
— Jechałem ja — mówi — przez taki i taki las, patrzę, aż stoi sobie wisienka, taka równa, taj wysoka. Ja tę wisienkę zrąbał i dudkę z niej zrobił. A żeby ty wiedział, jak ta dudka gra. Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby dudka tak grała. Weź stary i pograj troszkę.
Wziął ten chłop dudkę, grać na niej zaczął, a ona śpiewa:

Nie graj tatulu nie graj
Serduszka mego nie targaj,

Mnie bracia zabili,
Nóż w serce wsadzili,
Czerepkiem oczy nakryli,
Piaseczkiem przysypali,
Wisienkę zamiast krzyża zasadzili.

Zdziwił się stary i dał dudkę synom swoim, żeby oni na niej zagrali. Grają oni, a dudka śpiewa:

Nie grajcie braciszkowie, nie grajcie,
Serduszka mego nie targajcie,
Wyście to mnie zabili,
Czerepkiem oczy nakryli,
Piaseczkiem zasypali,
Wisienkę posadzili.

Wtenczas wszyscy domyślili się, że rozumni zabili durnia, na mogiłkę poszli, piasek odgarnęli i wszystko tak znaleźli, jak dudka opowiedziała.
Wtedy tych braci do kancelaryi zabrali i do turmy wsadzili.
Baba mówić przestała, a nikt nie odzywał się jeszcze, kołowrotki obracały się powoli, powoli, a z ich osłabłym turkotem mieszały się od czasu do czasu wydawane głośne westchnienia. Zdawało się, że z opowiedzianej bajki wypłynęły widma mordu i kary i niewidzialną chmurą w upalnem powietrzu tej izby zawisły. Jeden Aleksy zawsze wesoły i butny, drwiąco uśmiechał się i na ucho Damianowi szeptał:
— Ot zlękły się baby bajki! Nu, jaż im jeszcze lepszego strachu napędzę!
Wysunął się do sieni, a po dwóch minutach, z trzaskiem drzwi otwierając, na całą izbę krzyknął:
— Ratujcie ludzie! kto w Boga wierzy, ratujcie! Bąk idzie! rozbójnik Bąk idzie! ot, ot, już przyszedł! z takim wielkim ostrym nożem przyszedł! Hu, hu, hu, hu!
Dziewczęta wrzasnęły i pochowały się za kądziele; nawet Krystyna drgnęła i na dziewczynki u nóg jej siedzące trwożliwie spojrzała; Jasiek krzyknął przeraźliwie i schował się za szerokie plecy ojca. Mężczyźni, z których paru przelękło się też zrazu, wkrótce poznali się na żarcie i śmiechem huknęli. Uspokoiło to i kobiety. Poważna Krystyna w gniew wpadła.
Nie duryś Aleksy! — na mężowskiego brata krzyknęła; — ochota ludzi straszyć! Wstydź się!
Ale popłoch nie zaraz ustał. Znać wszyscy obecni dnia tego o Bąku słyszeli; parobcy z jarmarku przywieźli o nim opowiadania straszne; nasłuchały się ich kobiety. Hanulka ręką serce przyciskała.
— Bije, oj, jak bije i uspokoić się nie może! — jęczała.
Wielka Ulana kroplisty pot z czoła ocierała.
Wszystkie wyrzekały.
— Oj, kab ciebie Aleksy... żeby takiego strasznego człowieka śród nocy wspominać... jeszcze nie daj Boże czego i wywróżysz! jeszcze i naprawdę kiedy przyjdzie...
— A przyjdzie! Z takim wielkim, ostrym nożem przyjdzie! — zażartował jeszcze młody chłop.
— Aj! — krzyknęło znowu parę głosów.
Hodzi! — stanowczo wymówiła Krystyna i w silniejszy ruch kołowrotek swój puszczając, dodała; — ot, zaśpiewajmy lepiej.
Głos miała piękny, rozległy, poważny, jak cała jej postać; wiedzieli wszyscy, że choć od szesnastu już lat mężatką była, śpiewać lubiła bardzo. Równą, długą nić powoli snując z kądzieli, rozgłośnie, poważne zawiodła.

«Oj woły moje, da połowyje,
Czemuż wy nie orecie,
Oj, leta moje, leta mołodzieńkie,
Czemu wy marnie idziecie...»

Chór głosów różnych: srebrnych i czystych, piskliwych i fałszywych, zgodnie przecież podjął:

«Kab wołom moim da pasza była,
To jeny pooralib,
Kab letom moim, da rozkosz była,
To jeny pohulalib...»

Wielką, przewlekłą, wzdymającą się, to opadającą falą płynęła pieśń w dusznem powietrzu izby, kołowrotki jej wtórowały równym, ale powolnym i przyciszonym turkotem; złotawo w blaskach ognia lśniły z kądzieli snujące się nici i błyskały, czasem brzękały na piersiach dziewcząt różnobarwne sznury paciorek. Nad dziewczętami wiły się i w komin ulatywały błękitne dymy papierosów, połyskujących w cieniu jak nadpowietrzne iskry i z cienia wyglądały czerwone policzki, kudłate głowy, rozpromienione oczy parobków. Z obu stron Krystyny dwie dziewczynki przysiadły na ziemi i nagie nogi daleko pod blask ognia wysuwając, głowy okryte płowemi frendzlami na kolana matki opuściły. Czerwony czepiec Nastuli kołysał się w obie strony, aż opadł na krawędź komina. Baba usnęła.
Ale właśnie w tej chwili stary chłop samotnie i w milczeniu u ściany siedzący, powieki podniósł. Zdawaćby się mogło, że z głębin jakichś, jemu tylko znanych, fale pieśni na powierzchnię życia go wyniosły. Podniósł powieki i z osłupiałą uporczywością wpatrzył się w przeciwległy punkt izby. Przed chwilą, gdy Aleksy z hałasem drzwi otwierając huknął: Bąk idzie! rozbójnik Bąk idzie! gość obok Jelenki siedzący zatrząsł się całem ciałem i jak miną podrzucony, zerwał się z miejsca. Wprzódy bajki przez Nastulę opowiadanej słuchał z większem jeszcze wytężeniem uwagi, niż wprzódy zagadek, jak w tęczę wpatrywał się w babę, uśmiechając się, czasem oczami radośnie błyskając. Wykrzyk chłopa wyrwał go z zasłuchania i nakształt iskry elektrycznej zatrząsł całem jego rosłem, lecz chudem, wyniszczonem ciałem. Porwał się z miejsca, kij swój, który pomiędzy kolanami trzymał w ręku mocno ścisnął i ku drzwiom się rzucił. Ale prawie zaraz wybuchnął śmiech parobków, oznajmiający, że słowa Aleksego obecni za żart poczytali. Przybyły zatrzymał się i do odejścia wciąż się mając, chwilę jeszcze zmąconemi oczami po izbie wodził. Na ściany na sufit, na komin blaskiem ognia buchający patrzył i patrzył, aż wzrokiem spotkał u ściany siedzącą, nieruchomą postać starca. Powoli w dół ku ziemi opuszczać się zaczął. Za beczułką, na glinianej podłodze przysiadł, widać było, że tylko na chwilę przysiadł, kij w obu spuszczonych rękach trzymając. Całe ciało jego ukryło się za beczułką, zza której tylko stalową iskrą pobłyskiwało okucie jego kija i nad którą wznosiła się jego głowa. Na tę głowę spojrzał Mikuła powieki wznosząc i nie odrywał już od niej osłupiałych oczu. W padającym na nią z komina ukośnym szlaku światła, półcieniem otoczona, głowa ta wydawała się zawieszoną w powietrzu i uporczywie, nieruchomo na starego Mikułę patrzyła. Stary rękę do czoła podniósł i gwałtownie zaszeptał:
— W imię Ojca i Syna...
Potem ręka jego powoli w dół osuwać się zaczęła, palce, jakby władzy pozbawione, rozwierały się, sztywniały, aż fajka wysunęła się z nich i na ziemię upadła. On tego nie spostrzegł.
— Jezu Chryste! — zaszeptał znowu i cały naprzód pochylony patrzył na twarz, która z przeciwległej strony izby na niego patrzyła i coraz podobniejszą stawała się do maski tragicznej, chudej, wynędzniałej, kośćmi policzków pod zapadłemi skrońmi sterczącej, żałością niezmierną, niby wewnętrznem łkaniem wstrząsanej. Wykrzywione jej usta były silnie zwarte, a jednak przemawiała ona, wyraźnie do starego przemawiała: «Tatulu, czy poznajecie mnie? oj, tatulu, przypomnijcie sobie, jaki ja kiedyś był i zobaczcie, jaki ja teraz!»
— Jezu Chryste najmiłosierniejszy, zmiłuj się nad nami! — zaszeptał stary.
U komina przewlekle, chóralnie rozlegała się strofa pieśni:

«Wzojdzi miesiaczeńku,
Jak mlinowoje koło,
Wyjdzi dzieuczyno, serce jedynieńkie,
Perehowory do mieni słowo...»

Twarz znad beczułki wyglądająca, w powietrzu jakby zawieszona, do starego przemawiała, wyraźnie przemawiała: «Pamiętasz ty talulu, oj, czy pamiętasz ten dzionek letni, słoneczny, kiedy ty na górę wchodził, sieć z rybami na plecach niosąc, a ja za tobą bosy biegł i skakał po piasku, z radości tak krzycząc, że aż rozlegało się po wiosce i między sosny, nad mogiłki, dzwonkami leciało? Pamiętasz tatulu, oj, czy pamiętasz?...
U komina pieśń z wtórem kołowrotków wzmagała się coraz i rosła, zdawało się, że ściany chaty rozsadzała:

«Jak mnie do ciebie wyjści,
Do ciebie howoryci,
Koli ludzie śmiejutsia,
Szto mnie z toboju nie życi...»

Głowa nad beczką, w powietrzu jakby zawieszona, powoli trząść się zaczęła, powiekami ku staremu Mikule mrógając. «Nie żyć mnie z tobą tatku, nie żyć mnie w tej chacie, gdzie chleba nigdy nie brakuje i ludzie w zgodzie żyją, czasem na wesołe wieczornice schodząc się i weseląc. Przypadkiem ja tu zaszedł, sam nie wiedząc gdzie idę, byle dalej zajść i uciec od tego co mnie z tyłu goni, oj, tak goni, że aż mnie skóra na plecach cierpnie, to piecze... Przypadkiem ja tu przyszedł i nie wytrzymał, taj do chaty zaszedł, ale mnie tu nie żyć... Zaraz wstanę, taj pójdę, bo grzechów dużo na świecie popełniłem, ażeby za nie żadnej pokuty nie było, nie możno tatku... ty sam powiedział i osądził że nie możno...»
Ku trzęsącej się nad beczką głowie, głowa starego także trząść się zaczęła. Zdawało się, że odpowiada, powtarza:
— Nie możno synku, nijak nie możno!
Nagle wyprostował się stary, lecz silny Mikuła, ogromną żylastą rękę po oczach przesunął i gwałtownym szeptem zaklął:
— To i zgiń, przepadnij, kiedy taki... Pfuj, maro z tamtego świata! jaka nieczysta siła ciebie po świecie wodzi? Zgiń, przepadnij! Szerokiemi plecami do izby się zwrócił, a do ściany twarzą tak ponurą i groźną, jak gromowa chmura.
— Zgiń i przepadaj, kiedy taki — powtórzył. O chropowatą ścianę oparł wielkie, wyłysiałe, w sto fałd i zmarszczek wyrzeźbione czoło. Nic już wiedzieć nie chciał.
Izbę napełniał teraz wesoły, swawolny śpiew:

«U polu krynica,
U jej woda saczytsia,
Mołodyj mołojczyk,
Wielkij ladauczyca,
Robić on nie chocze,
Ani pracować,
Tylko pić, hulaci,
Dzieuki namawlaci».

Tym razem kobiety śpiewały same, parobcy nietylko nie wtórzyli im jak wprzódy basowemi, oderwanemi nutami, ale nawet śpiewania ich nie słuchali. Czy obrażały ich zawarte w pieśni żarty «z młodego mołojczyka?» Czy ważniejsza od śpiewów sprawa do głowy im przyszła? Skupili się w ścisłą gromadę, szeptali o czemś pomiędzy sobą, czasem urywane słowa wykrzykiwali. Nagle pieśń urwała się w połowie strofy, jak wstęga nożem przecięta; a w ciszy, która zaległa izbę, rozległ się śmiały, butny głos Aleksego:
— A paszport, panie, masz? Pokaż, panie, paszport, niechaj my wiemy kto ty taki!
Stary Mikuła znowu twarzą zwrócił się ku izbie i z wielkiemi dłońmi, o kolana opartemi siedział jak struna wyprostowany, zpod ciężkiej chmury zmarszczek na to co działo się u drzwi izby patrzący. U samych prawie drzwi izby sześciu mężczyzn otoczyło beczkę, nad którą przed kilku minutami wznosiła się sama jedna głowa przybyłego. Na czele gromadki, Aleksy w rozpiętym kożuchu, z zapalonym papierosem w ustach i głową butnie podniesioną do przybyłego przemawiał:
Inni mu wtórzyli.
— Paszport pokażcie... teraz bez paszportu nikomu nie można włóczyć się po świecie...
— Może ty Bóg wie kto — grubo i posępnie krzyknął bednarz — a my odpowiadać za to będziemy, że ciebie nie złapali...
— Może ty ten Bąk, którego za niewinną krew ludzką ścigają! — przenosząc głosem innych zawołał mądry Damian. Nie darmo nazywano go mądrym Damianem: on pierwszy przed chwilą, spojrzawszy na siedzącego za beczką gościa, nową jakby zagadkę Aleksemu i bednarzowi szepnął:
— Może to Bąk!
Zza beczki zerwał się człowiek groźny, z okiem rozbłysłem wściekłością ściganego zwierzęcia, z rozdętemi nozdrzami, ze srogiem przekleństwem na ustach. Zerwał się, kij swój żelazem okuty podniósł i szeroko nim zamachnąwszy, ku drzwiom poskoczył. Ale w mgnieniu oka parobcy za ramiona go pochwycili.
Rozległy się hałaśliwe krzyki:
— To ty taki! Zamiast paszportu kij nam pokazujesz! ho, ho! dobry ty musi ptaszek...
— Bąk, pewno Bąk... łapajcie, trzymajcie!
— Trzymajcie ludzie, kiedy Boga kochacie, nie puszczajcie!
Przerażone dziewczęta, na podobieństwo owiec, zbiły się u komina w niemą od trwogi gromadkę: wielka Ulana na piec nawet ze strachu lazła, dwie małe dziewczynki do ziemi przypadły i twarze schowały w spódnicy matki, która przed ogniem stanęła, ramiona u piersi skrzyżowała i ciemnemi, zamyślonemi oczami na odgrywającą się u drzwi scenę patrzyła. Stara Nastula tylko nie widziała i nie słyszała nic; z głową o krawędź komina opartą spała, od czasu coś przez sen pomrukując i pośpiewując.
U drzwi walczono. Chwytanego nie łatwo było pochwycić. Silny choć chudy, sprężysty, z członkami do walki znać wyćwiczonemi, wydzierał się on chwytającym go rękom, łokciami i nogami napastników uderzając. Wzmagało to ich zaciętość. Łajali i klęli. Nakoniec Aleksy pierwszy, potem bednarz, najzaciętsi lub najsilniejsi, pochwycili go tak silnie i zręcznie, że żadnego już poruszenia uczynić nie mógł.
— Postronków! — zawołali — hej baby! postronków dawajcie!
Ale Krystyna ramion nie rozplotła. Patrzyła, patrzyła, a zamyślone jej oczy zdawały się powtarzać:
Taki i tego kiedyściś matka na rękach swoich nosiła i kołysała!
Od krawędzi komina dygocący głos uśpionej baby zanucił:

«Nie grajcie braciszkowie, nie grajcie,
Serduszka mego nie targajcie...»

A zpomiędzy gromady chłopów głos pokorny, błagalny, od trwogi dygocący przemawiał:
— Puśćcie mię ludzie, jeżeli Boga w sercach macie, jeżeli zbawienia duszy żądacie, puśćcie. Ja wam nic złego nie zrobię, pójdę ztąd, zaraz pójdę, na wieczne czasy z oczu wam przepadnę, tylko puśćcie, oj, puśćcie...
Parobcy zaśmieli się szydersko, groźnie i dalej o postronki do bab wołali, ale starego Mikułę dygocący, błagalny głos, który pośród gromady parobków przemawiał, nakształt czarodziejskiej siły z ławy podniósł. Jak wysoki stanął, rękami zamachał, usta otworzył i nic nie powiedziawszy, z otwartemi usty, znowu na ławę opadł. U krawędzi komina śpiąca baba zanuciła:

«Nie graj tatulu, nie graj,
Serduszka mego nie targaj,
Braciszkowie mnie zabili...»

Aleksy do sieni, zapewne po postronki, których kobiety nie podawały, skoczył. Chwytany zaszamotał się znowu i wychylił się nieco zpomiędzy otaczających go postaci i ramion. Zmalały był, skurczony, plecy mu poruszały się i głowa wtulała w ramiona tak, jakby już skóra jego kurczyła się i drgała pod uderzeniami pletni. Struga bladości trupiej spadła mu na twarz, nieopisana męka wykrzywiła usta i miotała skórę czoła, która to podnosiła się ku złotawym włosom, to opadała ku oczom biegającym i rozrzucającym dokoła błagalne spojrzenia. Wydawał się w tej chwili zbiornikiem najsroższych cierpień świata: arcynędzarzem.
— Przypadkiem do was zaszedłem — zdyszanym głosem mówił — przypadkiem, na godzinkę, bez żadnej złej myśli... byle odpocząć... i zaraz pójdę... pójdę... nic złego nie zrobię... tylko mię puśćcie, jeżeli Boga w sercu macie... jeżeli kroplę litości... jeżeli zbawienia duszy... puśćcie... na rany Jezusa Pana... oj, ludzie!...
Krystyna teraz głośno wymówiła:
— A taki i tego kiedyściś matka na rękach swoich nosiła i kołysała...
A tuż prawie przy ziemi, senna baba śpiewnie mruczała:

«Braciszkowie mnie zabili,
Nóż w serce wsadzili...»

Hodzi! — rozległ się po izbie głos wszystkie inne przenoszący, do rozkazywania nawykły.
Hodzi! puszczajcie jego! rozstąpcie się i puszczajcie!
Mikuła wstał znowu z ławy i już na nią jak wprzódy nie opadł, ale ciężki, wielki w swem białem odzieniu, twardą taśmą przepasanem, prosty, choć z głową na pierś spuszczoną, ku środkowi izby postąpił.
— Puśćcie jego i rozstąpcie się! — powtórzył!
Po chwilowem zdumieniu i wahaniu rozstąpili się parobcy; jeden Aleksy, ze sznurami w ręku z sieni powracający, sprzeciwić się spróbował:
Heto Bąk, baćku! jak Boga kocham, Bąk!
Ponuro spojrzał nań stary.
— Milcz! — wymówił, a na stojącego przed nim ze zgarbionemi plecami człowieka wzrok pełen błyskawic podniósł:
Idzi — rzekł — idzi...
Po chwilowej przerwie dokończył:
I bolsz nie hreszy!
Ale ten nie szedł jeszcze, na starego patrzył, aż parę szerokich kroków uczynił, na ziemię runął i do wielkiej, bosej, pyłem okrytej stopy Mikuły ustami przylgnął. Łzy jak groch toczyły się po policzkach starego. Prędkim ruchem za koszulę sięgnął, w ręku mu zaszeleściły papierki, ku leżącemu nachylił się i wyprostował się natychmiast.
Bolsz nie hreszy! — powtórzył i z naleganiem, ze strachem jakby kilka razy wymówił:
Idzi... idziże... chuczej idzi...
Po sekundzie zaś, wielkie ręce splatając, dokończył szeptem:
Z Bohom!




Na dworze było ciemno, niebo chmurami usłane nie świeciło ani jedną gwiazdą, wiatr posuwiście hasał, wirującemi słupy wzbijał się w górę, gamami szumów, jęków, gwizdań śpiewał w głębokiej kotlinie, na której dnie leżał szeroki szlak zamarzłej rzeki. Nisko, nad samym szlakiem rzeki szedł znowu człowiek zupełnie samotny. Na tle mdławej białości śniegu wydawał się on cienką linią, szybko przerzynającą grube, ale mniej od niej czarne ciemności. Wznoszące się ze stron obu wysokie ściany kotliny zmniejszały jego rozmiary. Możnaby myśleć, że był on nieskończoną małością, płynącą po morzu nieskończonej wielkości. Wielkie morza nocy i samotności obejmowały go dokoła; zbałwanione, szumiące wichry zdawały się niosą go po szerokiem, dzikiem, ponurem łonie natury, wobec której sił, gróźb i ogromu był on kroplą, okruchem, ziarnem piasku, źdźbłem trawy upadłem na dno przepaści...






Przypisy

  1. Chadziem — pójdźmy, w narzeczu białoruskiem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.