Nowe poezye (Tarnowski)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest Buława
Tytuł Nowe poezye
Data wydania 1872
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha i Czajkowskiego
Drukarz Zakład nar. im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

ERNESTA BUŁAWY

NOWE POEZYE.




Nowe poezye Ernesta Bulawy page001.jpg





WE LWOWIE.
W KSIĘGARNI SEYFARTHA I CZAJKOWSKIEGO.
1872.




Z drukarni zakładu nar. im. Ossolińskich,
pod zarządem dzierżawcy A. Vogla.





AGATONOWI

poświęcone.






1872.


Sto lat mija, bracia młodzi,
Jak rozdarto nam Ojczyznę –
Sto lat w kirach Polska chodzi,
Zmienia tylko, je, na bliznę
Purpurową,
Potém głową
Z aureolą Chrystusową,
Na ćwierć wieku idzie spać,
By na nowe męki wstać!...
Dziś — rozważmy — czy Ojczyzna
Któréj ciało — jedna blizna,
Słabsza, niźli przed stu laty
Kiedy ją rozdarły katy?...
Sto lat temu — słabą, starą,
Rozszarpano, wyszydzano,
Dziś — się zrasta silna wiarą,
Noc już mija! świta rano!...
Dziś — czuć może, że potężna
Duchem wielka — sercem mężna!
I bezbronna — a orężna!..
Wszelki naród po tych mękach
Byłby prochem razy sto!..
My stoimy!.. w naszych rękach

Odrodzenie! piekła drżą!..
Niech nam świadczy gwiazd korowód
Źe w tém życiu — życia dowód!..
Źe choć nas ciemiężą
To nieprzezwyciężą
Nas bramy piekielne!..
Bo co nieśmiertelne
Śmierć się tknąć nie waży
U boskich ołtarzy!..
Z szczęściem czujem że Bóg z nami,
Żeśmy — Polakami!..
Ach! w tym wieku co przeminął
Ileż cudów tyś zdziałała!..
Polsko! i twój lud by zginął?..
Sursum corda!.. Polsce chwała!..
Sursum corda! w chmury czoła!..
Harde dusze miejmy wraz!..
Dziś drży cała czerń Mongoła
Na te słowa: Postęp — czas!..
Czyż doprawdy, tak daleko
Dzień zbawienia?
Czy doprawdy trumny wieko
Tak zapadło,
Że natchnienia
Niepodźwignie go potęga?..
Czyż owładło już zwątpienia
Ich nieszczęście tak,
Że ten śnieżny ptak
Tylko grobów zna sklepienia,
— On — syn słońca i natchnienia?..

Nie spi dziejów lwia potęga!
Czy Nemezy czarna księga
Niezapisze nic prócz żalów,
Prócz słów wielkich, małych czynów,
Prócz zmarnionych krwi koralów
Pokoleniu bez wawrzynów?..
Nie! o nie mój bracie młody!
Na te orły i pogonie
Na Wawelu przyczajone.
Nie tak zamarł duch swobody
Jak się nocy zda!...
Dokąd jedno serce bije,
Polska cierpi, cierpiąc żyje!
Chrztem dla nas — jéj łza!..
Lwiego ducha! bracia młodzi!..
Już na górach wschodzą zorze!..
W sto lat Polska, po zaborze
Woła! słońce moje wschodzi
I karpackie płaczą śniegi,
Zdrowaś! morzu, woła morze!..
Drżą kurhany!.. i rzek brzegi!..
Jeszcze wiary i ofiary,
Niech urąga szatan stary!..
Grobem jemu ta idea
Którą niosą pokolenia
Skajdanione młodych ludów!..
Wolność! z piersi ich dziś spiéwa
Jako z jednéj lutni cudów!..
A niewola szuka cienia...
Złe się samo, pożre w sobie

I znów stanie na tym globie
Chrystus! w szatach męczennicy
Duch! z narodu gołębicy!..
Od żelaza — niech nam wola
Zżelaznieje!
Niech swawola,
Skuta w woli pęta dzielne
Padnie — i spruchnieje!
Runą bramy, w proch piekielne,
Naród człowiek — aż do Boga
Dłonie wolne! nieśmiertelne
Duchem wzniesie po nad wroga
I osłoni go od gromu,
Po nad progiem wolnych domu!
Gwiazdo Polski! na niebiosach!
Witaj! witaj! mi słoneczna!
Z tobą w dobrych i złych losach
Wierni idziem — boś ty — wieczna!..
W górę orły!.. słońc świtanie!
O! boskie! weselne!
W ludzkości natchnione!
Zmartwychwstanie
Ludów dzielne
Czynem — wymodlone!..






Z Trenów nad Tybrem.

TREN I.

(poświęcone Celinie).

W górach Kampanji wylęgły o Tybrze
Gdzie toczysz mętnych nurtów ciche zdroje?
Czy śnisz o wieków rozwalonéj hydrze
Płynąc pomiędzy gruzy i zwaliska...
Wspomnienia twoje
To potok łez, krwi, zbrodni i cnót — bez nazwiska!

W girlandach kwiatów między ruin brzegi
Zataczasz fale wieczne, i zmącone
A Apeninów rozłzawione śniegi
Bierzesz, jak dzieje pychy, w prawdy słońcu
Na nic — stopione!
Tak płyną, ku wieczności, Oceanów końcu!

Pod wodociągiem stanąłem wśród ciszy;
W dali grób błyszczał Cecylji Metelli,
Na via Appia Romy nikt nic słyszy,
W grocie Egeryi ptacy radę mają
Pająk w kądzieli,
Po strzaskanych kolumnach strumyki szlochają!


Jak wzrok zasięże po pustyni fali,
Gruzy się wszędzie piętrzą, prześcigają,
A wśród Campanji błyszczy Rzym w oddali,
I dzwonią trzody bez końca rozsiane —
Tam! dzwony grają
Wśród trzód stérczą posągi po pierś zakopane!

O Roma! Roma! ludów morderczyni
Bądź ty pomnikiem ludów zmartwychwstania!
O Roma! własny szkielet Ciebie wini,
Przeklęte czyny twoje po dni końce!
Z gruzów świątyni
Widzę jak tam zachodzi w krwi twéj chwały słońce!

W nocy katakumb o chwałę pytałem
Kropel co z głazów na głazy spadają
I tryumf woli w niewoli witałem!
I z via appia wziąłem u ruin złudy
Co upadają,
Kwiatek... co dziś wydały tylu wieków trudy...

O tam! na gruzach Termów Caracalli
Co są jak Romy mamuty straszliwe,
Tam kędy we łzach i perłach deptali
Gwiazdy wolności widziałem wschodzące,
I z krwi korali
Zeszło jasne milionom, Chrześciaństwa słońce...


Gdzie dom Cezarów rozdarty w okruchy
Na Colizeum[1] usiadłem w zadumie,
Już gladiatorów umilkły łańcuchy
A z pęt okruchów — wolności nasiona
Siali na dumie
I zeszła — nad ludzkością rozwarła ramiona!

W dali — na piaskach tę górę widziałem
Którą mistrz Anioł, pokrył Piotra skałę,
Sąd ostateczny na świadka wezwałem!..
O! duchu święty! gołąbku niewoli
Zejdź! Skrzydło białe
Orlicy weź!.. I powstań, z tego co nas boli!.






Oda do Woli.[2]


Córko niewoli! groźna matko czynu!
Siostro boleści! dziedziczko wawrzynu!
Niech mi się godzi palmę rzucić tobie —
Wolo! stojąca! jak posąg — na globie!...

∗             ∗

Żelazna — niema — wymowna skutkami
O dobra wolo! tyś ziarnem wszechmocy!
Co bierze człowiek i kształci wiekami —
Tyś lotnym głazem Dawidowej procy,
W którą się serce zmienia kiedy wroga
Ugodzić trzeba, od swych ojców proga!
Zła wolo!.. piekieł czarna rodzicielko!
Przeklęta w sinych kołtunach Gorgony!
Gdyś dobra — światów cicha zbawicielko
W sferach gwiazd grają czynu twego dzwony!..
I przeto stóp twych sandałami — zmije,
Że wreszcie dobra wola — złą, zabije!!!

∗             ∗

O ty kształciłaś Macedonji syna,
Korsyki dziecko twoje piersi ssało,
Tyś tą wilczycą, która Romy ciało
Karmiła nim jej krwawe słońce wstało!..

Brutusów mamko! Likurgów piastunie!..
Pod twoją stopą zniża się mórz fala —
I ty przez Alpy wiodłaś Annibala,
Z więzień wychodzisz w pożarowej łunie!
Grom twój młodzieńczych dróg ciemność rozświeca,
Iskrę genjuszu artysty roznieca — !

∗             ∗

Wolo! lwia części stworzenia rapsodu!
Ciebie utworzył twórca — nim świat stworzył
O! kształć hart ducha, mojego narodu,
Któremu szatan te pęta nałożył…
Niech od żelaza zżeleznieje — wola!..
Bracia! w niewoli na wolności straży
Stójmy — choć syta krwi ta święta rola
I czcić ją musi[3] — kto ją lżyć się waży!..
Wolo! tyś dźwignią genjuszów i czasów
O tyś mistrzynią jest — Leonidasów!
Ich konające głowy bierzesz w dłonie
Gdy Termopylów słońce w morzach tonie!..
Ty słońcem zeszłaś z Somosierry szczytu,
Gdy orzeł biały zawisł u błękitu!..

∗             ∗

Niewolą byłaś w swawoli rydwanie[4]
Gdy w sejmach Saskich krzykiwałaś Veto!
Wolą się stałaś w żelaznym Rejtanie,
Miecza Kościuszków byłaś ty podnietą!..

Ty przez świat wiodłaś boże apostoły
Legiony w puszcze — tułacze w Sybiry —
Ty matką przybądź która Polski pszczoły
W ul wolny wwiedzie, mimo piekieł zbiry!..
Patrz! strumień dziejów korytem płynący
Kaskadą runął dzisiaj w otchłań ciemną,
Patrz! nad nim tęczy znak zmartwychwstający
Choć głębia ryczy przekleństwo nademną!!
Sto lat cierpimy o wolo narodu!
Ty żyjesz! w petach[5], depczesz po niewoli,
Ty nas nieopuść! żaden ból nie boli!..
Ty bądź mistrzynią naszych mąk rapsodu

∗             ∗

Na bohatera ty usiadasz łożu
I póty szepczesz „stań się!“ „aż się stanie!“
I z dziecka staje mąż! na dziejów morzu,
Co na obłoku chwały ma posłanie!..
A ty po wieku dla strudzonej głowy
Wieńce gwiazd splatasz za wieniec cierniowy,
Ty coś uczyła go czynu-pacierza,
Czynem się modlisz zań w arce przymierza,
Jak grom Jehowy!..

∗             ∗

O! święte te Rubikony,
Co w zapale młodzieńczym
Przekraczamy za miljony,
Choć cierniami się wieńczym!..

Wolo! ty Prometejów odradzałaś serce,
Kiedy sępy negacji żarły je szydercze!...

∗             ∗

I wstały gwiazdy z chaosu —
Powstały wody i góry,
A szale naszego losu
Anioły ważą nad chmury!.. —
Dokąd ty stoisz żelazna,
Śród nas milcząca — poważna —
Dotąd podobny cud!
Dotąd nie zginął — lud!...
O wolo! stań się! stań!
Z niedoli dolą wstań!..
Zwaśnionych
Pojednawczyni!...
Zwątpionych
Gromem świątyni!
Twej — zbudź!...
Niech łódź
Ich rwie z tęsknotą Kolumba — do końca,
Aż z fal odmętu — powstanie twarz słońca!..
Tyś wrzasła trąbą trąb,
W narodu sumieniu,
I jak lew wstał —
Że szatan drgał
W zdumieniu!
I dzieci biegły w bój
Z kijem na paszcze dział,

Tyś wiodła przez krwi zdrój,
Przez góry martwych ciał!..
Ty dzisiaj w chmurny dzień
Z niedoli dźwigasz nas!..
W swych skrzydeł tulisz cień.
O zaklnij wiek — i czas!...
I samym daj się dźwignąć!
I przed ofiarą nie wzdrygnąć!..
Daj nam się w ciszy rozwinąć,
Nim przyjdzie na nowo — ginąć!...
Wolo! bądź wierna memu narodowi!
Nad którym dnieje dziejów aureola
I gdy nad tobą przemaga niewola
Wolo! wolnością objaw się ludowi!...
Bądź bezskrzydlata, choć w kształcie kobiety
I bądź jak centaur na greckiej metopie!..
Ha! bądź wulkanem na olbrzymie mety!..
Od Polski, — do Krety!..
W ognistym potopie!..

∗             ∗

Mąk dziejowych, dźwignąć krzyż!
Wolo święta! dodaj sił!..
Wolo! dzień wolności zbliż!
W tarczę słońc by grom twój bił!..

∗             ∗

Bądź wola twoja!.. o! kiedyż się stanie!..
A jednak — wola przyjdź twoja o! Panie!..

Prawdo słoneczna!.. co na dnie sumienia
Gwieździsz do końca wszelkiego stworzenia —
Wolo narodu! i wolo człowieka!..
O piramidy! Katakumb świątynie!..
O Wolo Boga! blizka choć daleka,
Co spiewasz w głosach natury od wieka,
Co głosem bożym sądzisz w białym gminie,
Co wielką dłonią objawiasz się w czynie,
Czemuś tak straszna! dziwna, w tej godzinie,
Bo w woli masz się objawić człowieka
Dobrą — w wolności kształcie —
Wszechmoc czeka!!!

∗             ∗

W on czas ty trąbą wieków ponad groby
Wolo! ognisty dziejów archaniele,
Przelecisz w wichrach nad wiekowe doby,
Zagrzmisz! że pękną grobowe gardziele!
A potem cicha, śmiejąca, z miłości
Twarzą prawdziwą,
Zdejmiesz maskę woli
I po wyrokach sądu, w aureoli
U wrót słonecznych, zasiądziesz, wieczności!
Tymczasem wolo! anielska!.. pancerna!..
Tratuj szatana! bądź mej Polsce wierna!
Córko niewoli! a matko wolności!
Nie stań się tylko, w niewoli swawolą,
Lecz z gwiazdą czoła! z rany co nie bolą,
Ogarnij światy! stop w uścisk miłości!..

∗             ∗

Wolo! żelazną ręką dzierż ty, skajdanione,
Na majestacie pewnej siebie, cichej chwały,
Dwie jędze żądzą własnej zguby spłomienione,
Dwa potwory co tobie dotąd urągały —
Jedną ręką — niewolę,
Drugą ręką — swawolę!..






Wiek żelazny.


Wśród sfer dziejowej trybuny,
    Nad tęskne głowy milionów,
Toczy się koło fortuny
    Z nicości — do Bożych tronów…

Z hukiem piorunu się toczy,
    Ona, stojąca na kole
Tęczą związane ma oczy
    Z wichrami na śmiałem czole…

Z daleka słońce jej wschodzi,
A koło jej we krwi brodzi —
    I blade w oddali gwiazdy
    Drżąc śledzą ślad dzikiej jazdy…

Rozrzuca wieńce laurowe
    W które ciernie są pokryte,
Miota płaszcze purpurowe,
    Korony wężem spowite…

Stęsknione tej ziemi dzieci
    Chwyta i cieśnie do łona
    W alabastrowe ramiona,
Wśród dziewiętnastu stuleci…


Lecz biada temu kto w ramion
    Namiętny uścisk pochwycon,
Kto marnych chwały jej znamion
    Piętnami na dziś zaszczycon —

Kto tylko jej wszystko zawdzięcza
Przejdzie mu wiosna młodzieńcza
W kwiatach… ale mu na grobie
Wiecznego wieńca w żałobie
Niezłoży furja zalotna,
Pędząca — a niepowrotna! —

Chwytałaś Państwa i ludy,
    Człowieka brałaś w objęcia,
    By potem na kształt dziecięcia
Pijanego twemi cudy

Cisnąć go w otchłań bezdenną
    Zkąd więcej niema powrotu!..
I dziką zaśmiać się hienną
    Pędząc do słońc kołowrotu…

Kiedy twe słońce zachodzi,
    To księżyc twojego czoła
Nietknie, w płaszcz nocy uchodzi
    A ludzkość biada! zawoła!..

Tyś strąconego anioła
Najstarszą córą bez czoła!
Tyś trójcą furyi Makbeta
Jak bezserdeczna kobieta…


Za tobą wichrami rwana
    Niewolnica gna wszeteczna,
Opinią — u ludzi zwana
    Pełna złud, jak skorpion wsteczna,

Co zbiera w bagnach kamienie
    Na czoła tu apostolskie,
Póki krzyża wywyższenie
    I ludu arfy Eolskie

Niech wzniosą ich w mąk wyżyny —
    A wtedy bałwochwaląca,
Jak wężów hydra pełznąca
    Kadzideł zieje im dymy!..
Ślepa na męki, ofiary,
    Co w ciszy święci sztandary,
A przy posągach płacząca!..

Fortuno! gdzie dziś twe ludy
    Persyi, Kartagi — i Romy?
Gdzie mrówcze Babelu trudy,
    Gmachów Palmyry odłomy!

I kędy dwa wielkoludy
    Aleksander olbrzym wschodu,
Napoleon olbrzym zachodu!?


∗             ∗

Raz wprzęgasz się do rydwanu
    Zwycięzcy, co chwałą piany

Urąga błyskawic panu
    I wyzywa Uragany!
Co podłą nogą despoty
    Depcze lud, idee, cnoty! —

Potem powalon przez Ciebie
    Wdeptany w cmętarz krwi, błota
A za rydwanem twym cnota
    Płacze na prawdy pogrzebie!

Lecz ciebie zepchnie z rydwanu
    Narodu mego sumienie
    I zbrodni twoich nasienie
Spadnie marnie w Oceanu
                      Głąb!..
Słońce twoje marnie zgaśnie
Kiedy prawdy trąba wrzaśnie
    Z Jerychońskich trąb!..


∗             ∗

Ja! hasłem twego sztandaru!
Przto od twego nektaru
Potruły się geniusze
Piane[6], w dziejów zawierusze!

I szatan pychy, co w dłoni
    Miał losy całej ludzkości,
    W otchłani własnej miłości
Zatopił, gdzie zatopiony! —


Gdy Cezar konał na skale
    Jak Prometeusz przykuty,
Orzeł mu biały nad fale
    Pierś targał, w krwawe wyrzuty!

Tak dziś August po Cezarze,
    Z cynizmem materyalizmu
Wzniósł toast w zatrutej czarze!
    I pełen Machiawelizmu
Sam struł się… padł na ołtarze
    Złotego cielca co stawił;
    Krzyżak bez krzyża go strawił!..

On sztandar narodowości
    Wywiesił bez wiary w ludy,
Wulkany zbudził w ciemności,
    Zalane łzami obłudy!..

Półśrodków arcykapłanie,
    Dynastyczny marzycielu!
Niechaj Ci zadość się stanie
    Ty narodów kusicielu!

Coś wskrzeszał lud do połowy
    A pół na śmierci kładł łożu,
Dziś poczuj co grom dziejowy
    Na strasznem prawdy bezdrożu…

Ty, coś dzień Sebastopolu
    Na kilka godzin utrwalił
    Lecz Europy nieocalił;

Ty coś szedł ku Kapitolu
    Swiątyniom, a stanął wryty
Na pierwszym stopniu wsteczności
    Siejący ziarna kąkolu,
Półśrodków miarą, miłości
    Zapał mierzyłeś! W błękity
Powiał najczarniejszy z dymów
Z krwawej ofiary Kaimów!..

Niech Mexyku smutne dzieje
    Gdzie zginął szlachetny człowiek,
    Przerażą blask prawdy powiek
Gdy tylu innych Judaszy
    W purpurach krwawych się śmieje
I słaby ród ludzki straszy!

Krety nieludzkie męczarnie
    Swych ofiar zakrzykną chórem;
Niech cię na zawsze przygarnie
    W milczeniu skutków ponurem
Nemezy ręka żelazna,
    Twojemi czyny posażna!..

Ty coś okłamał na nowo
    Toczący krew swą mój naród,
    Coś dmuchał w płomieni zaród
A potem dłoń Piłatową

Umył z ironią kramarza!
    Patrz! oto krwawe sztandary
    Ofiarą twojej niewiary
Świadczą u wieku ołtarza,

    Skąd wyjdą kiedyś mściciele
    Zrodzeni w ogni popiele!..
Ty wreszcie, coś wieków chwałą
Tę Francyę wieki wspaniałą,

Tę wolności posłannicę
    Co pioruny niosła w dłoni,
Zmienił w podłą zalotnicę,
Zmiękczył, skupczył, uspił całą
    Że gdy oczy z łez wyroni
Z łez tych chyba wstaną syny,
Co okupią wstydu czyny,

O! bo na szczęście naród a rząd
    Kurcyuszową otchłanią tutaj oddzielone;
Naród to życia, wolności prąd,
    Rząd — to widmo nierządu dawno spiekielnione.

Padnij w pysze powalony!
    Niech się uczą dyplomaci
    Jak czas płaci, i czas traci,
Jak półśrodki toczą trony!
Ruń jako Strasburga wieża
Co czołem w prochy uderza!..

A ty fortuno spodlona
    We własne wplatasz się koło,
Gdy chwytasz do twego łona
    Tych co wytarli już czoło;


Gdy prawdy dzień zbliża
    W swych fałszów przemocy
Dziś krzyżak bez krzyża,
    Aż z Dawida procy

Runie z chwały gór
    Trupami spiętrzonych!..
Z Zygmuntowskich sfór
Oberwaniec! onych
    Zasad, z mieczem rdzawym,
    Gdzie siła przed prawem!..

Tocz się fortuny kulo, wstecz idąca,
Kołysz despotów, zasłaniaj blask słońca,
Niech się zlatują na puszczyków rady
Ty ich wśród świata kołysz maskarady,
Zatocz się w otchłań szyderstwa ze szczytu;
Z twego rydwanu pod ciszą błękitu
Zostaną straszne okruchy w nicości
Jak z mamuta — kości!

A na rydwanu twego miejscu siędzie
    Ciche narodów sumienie!..
Nić wieków przyszłych, z przeszłości wyprzędzie
    Aż zejdzie słońce, na czas i przestrzenie!






Fragment.


Pocóżbym łzami miał oblewać łoże?
Człowiek najgorsze, najbiedniejsze zwierzę,
Na całej ziemi! widzę — choć nie wierzę!
Podłości ludzkiej, cóż dorównać może?
Nad nami jasne ciemnieją już zorze —
Słońce i gromy palą się daremnie,
Człowiek się w bagna układa nikczemnie,
Głupocie ludzkiej cóż dorównać może?
Poświęceń jasnych palą się pochodnie
Krwi sprawiedliwych wypłynęło morze,
Królami ziemi są zdrady i zbrodnie,
Chytrości ludzkiej cóż dorównać może?..






Satyra
(na krój anti-horacyuszowski).


Przeklęty, kto się na ten świat narodzi
Z sercem, któremu potrzebą kochanie,
Jako człowieczej piersi oddychanie —
Kto w uczuć rwiącej, wezbranej powodzi
Płynąc, swe łono szarpie i rozdziera
Kto mrąc sto razy, z bolu nieumiera —
Kto na swem łonie piastował gadziny,
Przy czyjem łożu bezsennem godziny
Przechodzą w białych szatach tak powoli
Że klnie z nich każdą — sen piekielny woli!
I kto łzy otarł płaczącemu człeku
By mu trucizną za to odpłacono,
Kto uczuć ogniem spalił swego wieku
Młodość szlachetną, wierzącą, straconą…
Komu ojczyzny wolność taka droga
Że mu więzienia niczem wola sroga;
I ten kto dłoniom nikczemnej zazdrości
Zwierza łzy w świętej spłakane skrytości…


∗             ∗

Szczęśliwy mędrzec, co po uczuć fali
Jak cichy łabędź roztropnie żegluje,
Laur go ocienia przed słońcem co pali
I płynąc wierzchem, głębiny nurtuje
A jednak —  — ja com chwilami skamieniał
Z takim łabędziem —  —
Ja bym się niemieniał!..






Topielec.
(Ballada do muzyki).


Co to za człowiek ze smutkiem na twarzy
W blaskach księżyca wędruje po fali?
W pochmurnym płaszczu, we wieńcu korali.
Kto on? Topielec — o czem duch ten marzy?

Ciche jezioro usnęło wieczorem
I tylko łabędź krąży do koła
Ujrzał go — uszedł, dzwoni dzwon za borem,
Za utopionych… o ratunek woła —

Ktoś ty młodzieńcze, co z lirą tak spiewną
Wiejesz po fali — i chadzasz głębiną?..
Za lubą z lądu wołasz pieśnią rzewną
Chodź za mną w głębie!.. chodź za mną dziewczyno!

             Chodź luba chodź!
                         W podwodny świat
             Gdzie kwitnie zimny koralu kwiat!
             Chodź luba chodź!
             W objęcie me.
Na konch i mchów pościeli śnię...
            Tak zimno tam!
                     Ja sam o! sam!

            Chodź luba chodź!
                         W podwodny świat
             Gdzie kwitnie zimny koralu kwiat!

I białe dziewczę wyszło gdy tak spiewa
Wspaniały zamek rzuca bez żałości,
I drży jak listek co ma upaść z drzewa,
Odkąd słyszała — raz, tę pieśń miłości!...

I pieśń porywa — wlecze ją zdradziecko,
Że się w objęcie rzuca topielcowi;
Porwał ją — niesie… po falach jak dziecko,
Zimnemi usty, ust jej płomień łowi…

Włos jej zamiata falę ozłoconą
Blaskami jasnej księżyca zazdrości,
Zwiesiła głowę… w głębie zapatrzoną.
Szczęsny topielec szaleje z radości!

I pobladł księżyc — on z lutnią zwieszoną
Szedł — niosąc postać przegiętą dziewczyny,
Spią wód zwierciadła tonią rozmarzoną,
W tem dzwon zadzwonił — — zapadli w głębiny!

I pienią — piętrzą się fale jeziora
A tylko łabędź samotny do koła
Krąży — przez dreszcze liści gdzieś z za bora
Dzwon utopionych, o ratunek woła…






Piosnka zbójecka.
(do muzyki).

Dam ci ryżu! Dam ci wina
Kołysz że mi, mego syna,
Przy zbójeckiej lulaj pieśni,
Daj mu kindżał jak najwcześniej!..
Mów o Turków mu podłości
I o Greckiej mów wolności,
Ale niemów mu na trójcę
Że miał ojca skrytobójcę!..
Niemów mu na Spirydyona
Że z Kleftami ojciec skona!..

Dam ci ryżu, dam ci wina
Kołysz że mi mego syna,
I o mego dbaj mi konia
Niedaj kościom bielić błonia…
Gdy mnie porwą i powieszą
Niechaj zbójcy Cię pocieszą!..
Niepłacz, niepłacz, śniadolica,
Nie dla zbójcy gołębica,
Ludzie, zbóje mego kraju,
A ja sobie, zbój z zwyczaju...


Dam ci ryżu, dam ci wina,
Kołysz że mi mego syna,
A mój upiór przyjdzie w nocy
Na błyskawic niesion skrzydłach
W grzmiącej piekieł wiejąc mocy
Z ramionami na straszydłach…
Porwę ciebie jak za młodu,
Drżące usta twe przepalę,
Zgniotę pierś jak plaster miodu —
Dam bursztyny, dam korale —
I przyniosę ryżu, wina,
Kołysz że mi mego syna...

(W drodze z Aten do Maratonu, 1869)






Elegia do Psychy.
(W ALBUM IZABELLI ANI…)


Śnić u stóp twoich nad błękitem morza,
Czasem ustami tknąć rąbka twej szaty,
Nad przepaściami tobie zrywać kwiaty
Pierwsze, co zrosi tu wiosenna zorza…
Z tobą wschodzące wieczór witać gwiazdy
I patrzeć orłów co ciągną za gniazdy…

Czuć w twym uśmiechu, w smętności spojrzenia,
W piękności twojej, co jest nieskończona,
Żeś ty nie z tego świata… narzeczona
Innych sfer jasnych światła i natchnienia!
Niech się nade mną pochyla twa głowa,
Dla wszystkich innych — zostań marmurowa!

Gracyo bez końca! w poezyi zaklęta!
Snów mych bądź stróżem, myśli powiernicą,
O! słuchaj… jeźli dola ma przeklęta
Skończy się — statek przepadnie z kotwicą
I po nad morzem grób mój będzie cichy,
Tam! skrzydło białej niech przywieje Psychy!...


Niechaj w zadumie smętności tam spłynie
O cichej, pełnej tajemnic godzinie…
Gdy pełny księżyc wychodzi nad fale,
Chór laurów szumi na nadmorskiej skale,
U nóg twych płakać będę — gdy mnie zbudzi
Pieśń twa — wspominaj co chcesz — lecz nie ludzi!..

Liści z nadmorskich palm weź ręką białą
Aż skamienieją w koryncką kolumnę,
I pomyśl: tu spi serce co kochało…
Co może było w swej głębi za dumne…
Ale innego losu było godne…
I różą głowę schyl, nad głębie wodne —  —

Ateny 1869.





Gemma.
(Fantazya do muzyki).


Na drodze życia co wiodła bagnami
Znalazłem klejnot! z głazów, z chwastów kałem,
Wzniosłem do słońca, i obmyłem łzami,
I jak się klejnot ten zwie, zapytałem?..
Z nad Sierrów czarna nadciągnęła chmura
I na mej drodze rzekła mi natura:
Gemma!

Później na drodze życia, co bitemi
Drogami wiodła, szeroko — daleko —
Spotkałem postać z szaty jaskrawemi
Złoto jej lśniło jak na trumnie wieko,
A gdym zapytał, rzekła: Jam ci znana,
Anioł upadły, wszak byłam zwana —
Gemma!

I raz na łodzi, w pełnem morzu nocą,
W blasku miesięcznym wiózł mnie wioślarz młody,
Piał barkarolę z tęsknotą sierocą,
Żem ujrzał w falach, kształt pełen urody,
Jak śnieżny łabędź z włosem rozpuszczonym
Płynęła w blasku… pokój utopionym
Gemma!


Już barkarola ucichła i fale
Szumią jak ongi o skały zatoki,
I księżyc wschodzi z nad toni głębokiej
I arfę moją ściskam w ramion szale —
A wioślarz szepcze: pamiętasz arfiarzu?
A arfiarz szepcze: pamiętasz wioślarzu?
Gemma!...

1869.





Jaskółki.
(Piosnka do muzyki).


Nad rzeką siedzę samotny,
Za kwiatem w prąd lecą łzy,
Zdrój bieży tak niepowrotny
Jak mej młodości sny...
(przygrawka)

Lecą jaskółki wesoło!
(przygrawka)
O chłopcze! Powiedz nam
Gdy wiosna kwitnie w około
Czemuś ty smutny sam?


— Żeglujcie w wasze niebiosy

Szczęśliwe z życia krótkiego,
Pytajcie o moje losy,
Lecz nie pytajcie dla czego!
(przygrawka)






Z skowrończych psalmów.


Wiem o Panie, żem niegodzien
Zdroju wszystkich twoich łask,
Cierniów co mi dajesz co dzień,
Codzień zorzy nowej blask!...
Nowe krople rannej rosy
I błękitne słońc niebiosy…

Lecz choć jesteś pan na niebie
Nie prosiłem nic dla siebie,
Tylko o prawd twych zwycięztwa
Co po dziejów idą fali
Tym płomieniem co się pali
W głębi piersi człowieczeństwa!
Niech zwyciężą! O Hozanna!
Reszta będzie wam dodana…






Do


Czemu tak różne działań naszych skutki?
Czemu mnie miłość, a tobie złość kumem?
Czemu ja grałem, gdzieś ty stroił dudki?
Nie wiem! ja sercem — tyś działał rozumem!






Na Sfinksa
(WYGRZEBANEGO Z GRUZÓW GRECKIEJ ŚWIĄTYNI W MEGARZE).


O smutna wieków, zagadko w naturze,
Kto cię rozwiązał? kto pojął twe cele?
Tyś jest jak lampa miesiąca na chmurze
Co gaśnie… i znów rośnie w dni nie wiele!
Wyraz oblicza twego mnie przenika
Jak niegdyś — żywą pierś Megarejczyka…

Oko twe smutne, niewieście, przymknięte,
Twe usta w strasznym milczeniu zacięte,
I skrzydła twoje gotowe do lotu
Lecz nieruchome — choć orle ich pióra,
Choć godne sięgnąć do gwiazd kołowrotu
Jednak twe czoło wieńczy nocy chmura…

Sfinksie! zagadki Edypów ofiaro
Śmiejesz się w sobie, pewien twej ofiary —
Podam ci napój kipiący łez czarą,
A ty mi powiedz gdzie gwiazda mej wiary…
I weź tę czarę — a rzeknij twe słowo —
Lub spadnij w otchłań z tą klasyczną głową


I twój Egipski szyszak niech Izydzie
Powrócon będzie, w wspomnień Piramidzie!...
Twojej zagadki słowo tajemnicze
To dla mnie Polski wstającej oblicze,
Jak w twojem Grecyi geniusz nieśmiertelny,
Tak w mem Zmartwychwstań grom przeciw piekielny!...






Pięć tekstów do muzyki.

Z Maxymiliana Bern

(z niemieckiego).



I. DWIE DUSZE.


Jak dwie Eolskie arfy nasze dusze
Jednem powiewu musnięte westchnieniem,
Których ton wspólnem ozywa się brzmieniem,
Melodyą, w dzikiej wichrów zawierusze...

Gdy z jednej głosy ozwą się radośne
I druga tony wesołemi nuci,
A kiedy pierwszej westchnienie żałośne
Druga tęsknotą anielską się smuci...

Moja i twoja dusza, arfy Boże
Gdy w twoją kiedyś grom skonu uderzy,
I moja tęsknie za tobą pobieży
Z łabędzią pieśnią na wieczności morze...






II. TRZECH MUZYKANTÓW.


Zapada wieczór —  — przed jesieni stworem
Spłoszone listki ze szmerem uchodzą,
Z dalekiej drogi, w noc, dębowym borem,
Trzej muzykanci wędrowni przechodzą...

Grajkowie kroczą, znużeni pochodem,
A młody skrzypek boleścią złamany
Bo ledwie przebrzmiał dzwonów korowodem
Pogrzeb bogdanki, tak mu ukochanej...

Z starego dębu zielonej dąbrowy
Wygląda mały Jezusik drewniany,
Klęcząc kędziory, jasnej, młodzian głowy
Schyla w modlitwie za duszę kochanej...

I we trzech razem, pieśń kościelną pieją
I skrzypek pieśni przygrywa, a echo,
Niesie pielgrzymich pieśniarzy, pieśń, knieją,
Ginące wpośród borów... cicho... cicho...






III. KWIAT TAJEMNICZY.


Gdy wieczór po nad morzem ja,
Z tobą luba gaworzę,
To zawsze potem, w każdą noc
W śnie widzę, cudną — różę...

A kiedy róży ujrzę kwiat
Wracając spać do siebie,
Czemże się dzieje, luba ma,
Że we śnie widzę —  — Ciebie?..






IV. MŁODZIAN JEZIORA.


Młodzieniec dziko spogląda w fal toń
W piersi piekielne westchnienia się tłumią,
To o życiu śni, to o śmierci śni,
A fale szumią — i szumią!

Marzy o lubej, co niegdyś kochała,
A pod powieką łzy się gorzkie tłumią,
Strąca się w tonie wabiące jeziora
A fale szumią i szumią…

Dębowy krzyżyk nad brzegiem tam stoi
A gwiazdy nad nim w błękitach się tłumią,
Siwa matula pod krzyżem się modli,
A fale szumią i szumią!...






V. ZWIĘDŁY LIŚĆ.


               Od gałęzi w dal
               Z ponad drzew i fal
Listku wiejący tak w osamotnieniu
Dokądże, dokąd lecisz w utęsknieniu...
Sam nie wiem — przeto nie pytaj mnie już:
Wśród burzy runął dąb w straszliwą noc
Co moją siłą bywał wpośród burz!
Dzisiaj mną szarpie losu dzika moc...
               W górę i w dół
                  Od siół do siół,
               Wśród dzikich prób
                  Po nad wzgórek i grób!
Niestałem wichrów unoszon ramieniem
Lecę, gdzie losu porywa mnie wola,
Gdzie prędzej później róży przeznaczeniem
Pójść, kędy nawet, lauru przepaść dola...






Syn Barda.
(Ballada).


Kiedy syn Barda, pociecha jedyna
    I jego radość serdeczna
Wyrósł jak krasna a cicha kalina
    Co w blaskach buja słoneczna…

Bard dał mu wybrać śród życia zawodów
    Z wszystkich — jak były na świecie,
Pełnych znaczenia, i blasków i miodów,
    Lecz zawsze milczące dziecię

Do jego arfy wyciągnęło dłonie
    „Ja bardem chcę być po tobie!”
Wtedy bard arfę strzaskał mu o skronie
    „Lepiej w zielonym spij grobie!”

I wielkie wstało śród ludzi zgorszenie
    Co szło na barda pełne sromu, lęku,
Bard płaszcz zarzucił i zapadł w milczenie
    I poszedł — z ciałem chłopięcia na ręku…






Epigrammacik.


Wszystkie zbrodnie tego świata
Z których żmij się kołtun splata,
Mordy, zdrady i przekupstwa
Bledną — w obec samolubstwa —
Samolubstwo ich nasieniem —
Ideałem — i natchnieniem!

Samoluby — to zbrodniarze
Co bezkarnie po tej ziemi
Chodzą — trując! na ołtarze
Plwając, co są najświętszemi!..

Zbójom daliście więzienia
I szubienic drzewce, społem,
A im, złotych izb sklepienia
W których im bijecie — czołem!






DRUGI.


Sercem chciałem go tak chwycić
     Jak pies jéża chwyta,
Głupie było moje serce,
     On . . . . . . . . . . . . i kwita!






TRZECI.


Nie żartuj z sercem człowieka
Kiedy się do ciebie garnie,
Bo za to piekło cię czeka
I gorsze piekła męczarnie!

Jakkolwiek proste, znikome,
Nie żartuj!.. głos to proroczy,
Bo wąż twe serce roztoczy
I w prochu legnie zniszczone
Nogami podłych zgniecione…






Do


Jeżeliś Polski wielkiej orle dziecię,
Dasz życie za śmierć, a śmierć dasz za życie.







Do


Lud co nie umie za swą wolność zginąć,
Nie wart wolności — i nie będzie słynąć —






Wstęp do piosnek.
(arya).


Smutne moje życie,
Zanuć mi piosenkę,
Widzisz na błękicie
Tę gwiazdkę maleńkę?

Nie mam ja lirenki
By pieśni wtórować,
Zbyt samotne dźwięki
By przez świat wędrować...

Smutne moje życie,
Zanuć przed rozstaniem,
Serca mego bicie
Będzie wtórowaniem.

Smutne moje życie!
Jak struna pęknięta,
Tylko na błękicie
Ot! ta gwiazdka święta!






Więzień.
(Ballada).


Runęła krwawa tyranów potęga
Po koniec świata od ludów przeklęta,
Zdaleka więźniów wraca wolność święta,
Do ich rydwanów, sam się lud zaprzęga!
Wracają więźnie i stare i młode,
Z krzykiem radości bieżą żony, matki,
We łzach ściskają starce siwobrode
Przez lata męki ich, podrosłe dziatki!
A tylko jedna co dzień szła niewiasta
Ku bramie którą więźniów przywożono,
Z każdej ich strony wieziono do miasta
Tylko jednego nigdy — nie wieziono!
O! wszystkich, blada z radością witała
Tylko nie tego którego czekała…
I śni śród ciemnej nocy we łzach blada,
W modlitwie ręce łamie, targa włosy,
Aż oknem blady promień światła wpada,
W łańcuchach staje, z brodą — więzień bosy —
Tylko po oczu dobroci poznała
Tylko po jego uśmiechu anielskim
Tego — co niegdyś tak bardzo kochała
Nim ją pożegnał w domu rodzicielskim —

Siadł przy niej niemy — wstrzymała westchnienie
O rozkosz! czuje usta jego drżące,
Czuje łzy jego, na licu gorące,
W niebo wstępuje jej ziemskie cierpienie!..
On rzekł: to duch mój! a tam moje ciało
Pod ziemią — na sąd w łańcuchach zostało!..
A tam tak zimno! śniłem całe lata
O mej ojczyźnie pod szponami kata —
Lecz dziś jam szczęsny! bo wolna ojczyzna!
Każda mnie, każda jej bolała blizna…
Tu znikł — a ona we śnie cicho jękła
Jak biedna struna co na lutni pękła!






Strofy.


Z tęsknoty serca mego wstają pieśni!
Z moich rozpaczy rodzą się natchnienia,
A im się zdaje że to ptacy leśni
Gaworzą w blasku zachodnim promienia!

Z przekleństw co miotam, błogosławieństw kwiaty
Wstają ku niebu, całuje ich słońce!..
Z łez mych ludzkości zmartwychwstają tęcze
I męki moje w pieśni mają końce!...

Widzisz ten złoty proch łóny zachodu!..
Jak się rozszerza nad błękitów morze…
Tam kroczy ciemność! z wichrów korowodu
Lecz za nią idzie w błyskawicach — zorze!

Capri 1870.






Epigrammat.
DO…


Śmierć tych unika co wszystko stracili,
A tych dosięga co wszystko zdobyli —

Ballada.

(Izabelli A***)


Noc pełna czaru, i blasków i woni,
Noc pełna wetchnień tajemnych natury,
Na cichem morzu fala falę goni
W mgły srebrne czoła otuliły góry…

Nad morzem smutna Greczynka spoczywa,
Palma jej szumi, a ona tak spiewa:
O! łez bym takie morze wypłakała,
Bylem się po niem do Ciebie dostała!..

Szumią mirtowe gaje ozłocone
Blaskiem miesięcznym, w dali lśnią ruiny,
Skądsić gitary dźwięki oddalone
Drżą przepadając nad morza głębiny —

Greczynka smutna na śnieżnym balkonie
Do kwiatu kolumn tuli piękne czoło,
Kwiatu pomarańcz wietrzyk miota wonie
A fala z falą pląsa tak wesoło…


Jak woń pomarańcz kwiatu jej wspomnienie,
Jak ten szum morza tajne jej westchnienie,
Ach! łez bym takich morze wypłakała,
Bylem się po nich do Ciebie dostała!...


Ateny 22 Sierpnia 1870.






Strofy.

(w Sorrento).


Niebo i morze usnęły w cichości,
Noc roztoczyła skrzydła pełne czaru!
Na góry — lasy — i morze — z wysoka
Patrzę samotny — tęskny gwiazd nektaru!

O lasy! we mgłach srebrnych wzdychające!
O morze! w dali pełne nocy głosów!
O niebo! ciche, gwiazd milionem drżące!
O duchu mój! wędrowcze dzikich losów!...

Dla czego w nocy tej cudów, natchnienia,
Dla czego w blaskach upojeń zachwytu
Nie czujesz pełni szczęścia — i zbawienia
Jasnej — jak księżyc, wędrownik błękitu?...

Czemu? czy słyszysz te głosy od morza
Jak ciężko, tęsknie, boleśnie wzdychają,
Jak gorzkie fale o skały pękają
Nim po nad niemi blask roztoczy zorza?..


To są ludzkości wołające głosy!..
Ludzkości! która cierpi — walczy — płacze —
O! w sercu mojem odczuwam jej losy,
W ranach tajemnych czuję jej rozpacze!..

Dokąd hymn jeden harmonii milionów
Nie wstanie — ziemię niebu nie zaręczy,
Dotąd szczęśliwym, żaden! z moich tonów
Choć w lutni czuję harmonię barw tęczy!...

1870 hotel des artistes.






Pieśń szatańska.
Z POEMATU „ARTUR”.


Gdziekolwiek pójdę, ślad iskrami znaczę,
Nędzą jest życie! głupstwem są rozpacze!
Śmierci! matrono! idziesz? witam! witam!
Tylko daj kielich dokończyć szampana,
Potem ci służę, i o nic nie pytam,
Będziesz gościnnie w progach powitana,
Pójdziem w daleką drogę, co gwieździsta,
Bom ja samotny jak widzisz turysta!

Gdziekolwiek pójdę, ślad iskrami znaczę,
Nędzą jest życie! głupstwem są rozpacze!
Śmierci! szymeno! z jak daleka? witam!
Tylko dopalić pozwól mi cygara...
Może tym czasem… oto jest gitara!
Potem ci służę — i o nic nie pytam!
Pójdziem w daleką drogę, co gwieździsta,
Bom ja samotny jak widzisz turysta!...

Gdziekolwiek pójdę, ślad iskrami znaczę,
Nędzą jest życie! głupstwem są rozpacze!

Jeszcze raz musnąć daj usta dziewczęcia,
Patrzaj! jam cichszy dzisiaj od dziecięcia!
Gdy zziębniesz w drodze — dam płaszcza połowę
Na twe ramiona — a wezmę go tylko
By nim twarz zakryć, gdybym bodaj chwilką
Miał jaką ludzką — znaną spotkać głowę!
Gdyby mnie w drodze kto chciał pocałować
Ty mnie wyręczysz! i będziem żartować,
I kędy pójdę, ślad iskrami znaczę,
Nędzą jest życie! głupstwem są rozpacze!

1858.






Rzeźbiarz swego ducha.
Poema.


O duszo moja! chcę być twym rzeźbiarzem —
Zrazuś ty bryłą chaotyczną, ciemną,
Pod gromkiem dłuta boleści żelazem
Jęczą okruchy: przekleństwo nademną!

Lecz zwolna bryła bierze kształt widomy
Kędy świt ducha i myśl się przebija,
Już sny dzieciństwa… młodości odłomy
W relikwie lecą — posąg się rozwija —

Zrazu o Psyche moja ukochana
Wiary pochodnią zapalę twe łono,
Byś nad zwierzęta jasna i świetlana
Czynem śród życia była rozmodloną…

Potem miłości tonami bez końca
Co z prochów stwarza świat nieskończoności,
Jak lutnię serce twe, w promieniach słońca
Nastroję, w wieczny hymn całej ludzkości…


A wtedy — woli położę posady,
By nie zwyciężył jej żaden z szatanów,
By nie wślizgnęły się tam żadne gady
Co miękcząc, sławią wsteczności bałwanów!

I zbrojna wolą, ku prawdzie ramiona
Wytęż o Psyche!.. czysta — śnieżno–łona,
A marmur twój się życiem zarumieni,
Spiące wulkany, zapalisz w przestrzeni!

„Ex alto!” będzie rdzeniem twojej jaźni,
Bez niego wszelki twór tutaj znikomy,
Wytrwałość czynu płcią!.. nie ogień z słomy
Serca podpali, by szły w życiu raźniej!..

Lecz gdy poślubisz prawdę wiekuistą
Z woli pancerzem i ogniem miłości,
Węże cię przeklną — ciebie jasną, czystą,
Że zechcesz krzyknąć, choć zmilczysz — litości!

Lecz bez cierpienia głazem byś została,
Bez niego by tu nie zmiękło twe serce,
Więc sam drżąc z bolu, dam ci je zuchwała!
Wznieś głowę hardo! głucha na szyderce…

Gdybyś ty sama cierpieć nie umiała
To byś nie znała jak cierpienie boli,
Bądź uśmiechnięta jak Minerwa biała,
Lecz wszystkie tony życia zstrój do woli!..


Z złotych koturnów proch zawiści niemo
Strząśnij, skrwawionych, cierni twych purpurą,
Jeźli nie zdołasz zapomnieć, to chmurą
Zarzuć pamięci twej otchłanie czarne! —

I iskrę zemsty skrzesz — jeźli inaczej
Nie możesz — ale zemsty: „co szlachetna!“
Tylko szlachetna, i ginąć ci raczej
Niż byś się stała splamiona — i szpetna —

Ach! nie zapomnij że ten tylko znaczył
Coś na tej ziemi — kto wrogom przebaczył,
Pomnij że ten się nad wszystko zbogacił,
Kto za złe dobrem każdemu odpłacił…

Prometeuszem przytul się do skały
Ale się ludziom nie żal na tej ziemi!..
Górom i lasom!... niechaj morskie wały
Skargom twym wtórzą tony Eolskiemi —

Pamiętaj że są święte oburzenia
Gdzie nie oburzyć się — zbrodnią i grzechem,
Złe jest pokusą — co łaknie zniszczenia,
A słowo prawdy — tylko dobra celem!..

Jeżeli geniusz promieniem Seleny
Spiącego w tobie zbudzi Endymiona,
Żałobą rykną faryzejskie Hienny,
I z nim nieszczęście przyciśniesz do łona —


Lecz bądź namiętna! i pal się do końca,
Jeżeli kochasz — to kochaj bez granic,
Szałem twych skrzydeł tam! w ideał słońca
Żegluj — prócz prawdy, wszystko tutaj za nic!..

Marny świat!.. ludzkość tak zrobiona cała
I nie dbaj o to co rzekną o tobie,
Na syki wrogów głucha bądź w żałobie!
Nie dbaj! nie warta kulfona ich chwała!..

Dziś kamieniują, jutro bałwochwalą…
I po gaśnięciu, a nie po świeceniu
Znają tu słońce — a daleką falą
Ideał sunie się w osamotnieniu!...

Łańcuch Kolumba i czarę Sokrata
Koronę cierni miej w skarbcu pamiątek,
Posąg się kończy, w fałdach jasna szata
Spada na kształty — jak życia początek…

O Psyche! kocham cię dla twej miłości,
Dla twego w sztuce bez końca wytrwania,
Posąg skończony — patrzy ku przyszłości,
Motyl na ramię zleciał… skrzydło skłania…

Lecz dłuto z słabej ręki się wysuwa
Już anioł znany, rzeźbiarza przyzywa,
Chwieje się — pada — ale Psyche czuwa
I nad nim schyla się — cudownie żywa!


Padnę o chwili kiedym skończył ciebie,
Ale o boska! ty zostaniesz ze mną,
I nieśmiertelni my po jednem niebie
Żeglarze tęskni… drży gwiazda nademną!..

Nie wiem gdzie pójdziem — lecz wiem że bez końca
My nieśmiertelni — orły! w prawdy słońca
Lećmy!... za głazem przyszłość się odsłania,
Na głazie pauza — i znak zapytania!...

Jak za łabędziem łabędź na szafirach,
Jak tęskny sokół za tęsknym sokołem,
Jak anioł słowa za pieśni aniołem!
Lećmy!… zapomnieć… o ojczyzny zbirach??!..

O nie! o Psyche moja!.. ty kwitnąć w żałobie
Wrócisz, jak biała róża na ojczyzny grobie!
A kwitnąc tylko co dzień mów: O Panie!
Kiedyż ojczyzna nasza — zmartwychwstanie?...






Na Prometeusza Celliniego. [7]


Jeden łeb taki dajcie ściąć o nieba!...
A nic mi więcej na świecie nie trzeba!..
Nie darmoś cierpiał w żywota świątyni,
Boś Perseuszem sztuki — o Cellini!






Chłopiec i róża.


Nad strumieniem kwitła róża
Świeża — cudna — uśmiechnięta,
Jeszcze jej nie tknęła burza,
Jak z anioła dłoni wzięta —
Nad strumieniem chłopiec leżał
Pusty — dziki — i samotny,
Strumień u nóg jego bieżał
Jako młodość niepowrotny...


Chłopiec.

Tyś nad głębią tuż! zwieszona,
Gdybym tonął różo wonna,
Dla ratunku nawet mego
Nie chwyciłbym kwiatka twego…
Bo bym zerwał ciebie tylko,
A utonął później chwilką. —


Róża.

Źle mój chłopcze tuszysz o mnie,
Niech mnie myśl twa lepiej wspomnie,

Zamiast kwitnąć z mą żałobą
Tonęłabym — byle z tobą!
Niech mi świadkiem słowik będzie,
Że mi tęskno zawsze, wszędzie,
Piękniej bym się uśmiechnęła,
Bylem z tobą — utonęła —  —






Róża i poeta.


Powiedz mi też co w tym złego
Że lubię motyla?
Powiedz mi czy co zdrożnego
Że się pszczoła schyla
I miód bierze mi z kielicha,
Gdy pierś wonią wzdycha?..
Czy co złego że się słońcu
Uśmiecham co rana,
A że księżyc widzi w końcu
Żem jest zapłakana…
Słowik czyni mi wyrzuty
I zawsze i wszędzie;
Co tu robić! bałamuty!
Ach! cóż z tego będzie?
Tobie co rozumiesz kwiaty,
Co do morza lutnię stroisz,
Co oczyniasz nasze światy
A sam z myślą twoją stoisz,
Tobie powiem prawdę białą
Że lubię motyla,
Pszczołę kocham wonią całą
Gdy się ku mnie schyla!..

Czyż odpędzić i odprawić
Pszczołę i motyla?
Samej w łzach się rosy pławić
I odkwitnąć gdzieś na grobie
W samotnej żałobie?..



Poeta.

Słuchaj różo krasnolica,
Jest dziewica
O to samo niespokojna
A większemi wdzięki strojna —
Jutro przyszlę ją do ciebie,
Z nią się poradź w tej potrzebie —
Bo mnie żal was — i natchnienie
Tutaj wpada w zamyślenie…






Cóż się stało — ? raz po burzy
Zeszły się dwa wdzięki,
Helenka się radzi róży,
A róża Helenki…
Uchwaliły wreszcie obie
Strzedz się w blasku nieba
Gąsienicy w każdej dobie,
Której żeru trzeba —
Co o obowiązkach gada,
A kielich podjada…

Bodaj ta się kwiatem struła
Na cierniu przekłóła…
Gąsienicą świat spodlony —
Odrzekł słowik pocieszony.. —






Panienka i ptaszę.


Leć, leć, ptaszyno! otwieram ci klatkę,
Już szczęście moje z chmurami powiało,
Ulatuj ptaszę! swobodnie i śmiało
Odzyskaj wolność, i braci i matkę —

Przy pustej klatce zostanę, ziębnące
Będę w cichości podlewała kwiatki,
Czasami dla mnie zaspiewaj na łące,
Serce me — na kształt twojej pustej klatki —

Leć! leć! o żegnaj! A gdy zejdą śniegi
I grób mój świeży porośnie fiołkami,
To powróć, powróć nad tej rzeki brzegi
I dawną piosnkę, zanuć nad — grobami.



∗             ∗

I wolne ptaszę z szczęściem uleciało,
Znikło w błękitach z wieścią o swym losie
Co wszystkim gajom dzwoniło po rosie,
A serce z klatką puste pozostało,
Ach! i już nie wiem, co się dalej stało…






Głosy wewnętrzne.
(z poematu).


Wydzwoń, wydzwoń, mnie młodzieńcze,
Bo mi ciasno w twojem sercu,
Jam latała po kobiercu
Łąk majowych, splatać wieńce,
Ja po fali gnałam kłosów
Otrząsając perły rosy
Na tymanki i na wrzosy
Z rozewianych, moich włosów —
Kiedyś spotkał mnie wśród gaju
I w swe serce zaklął śmiało.
Oddaj że mi szum ruczaju,
Fletów echo co tam grało
I gzy ptasząt — wonie, wiewy,
I natury całej spiewy…
Z sierpu dźwiękiem, Z kosy brzękiem,
Z wonią siana, Pomieszana
Z tchnieniem lipy, z dzwonu jękiem!
I komarem, Nad szuwarem,
Oddalonem fletu echem,
Kwiatów łzawych w noc oddechem,
Jękiem dzikich, smętnych czajek
Po nad moczarami…

Niezapominajek
Nad wód głębinami
W modrych oczkach z łzą,
Gdzie stęskniony, I znużony
Ległeś nieraz, a twe pieśni
Już kończyli — ptacy leśni!...
Byłam pieśnią tą!...
Więc wyspiewaj mnie! na niebie
Jam jest orłem!.. kocham ciebie!
Lecz mnie z serca niewolnicę
Wydzwoń! bo cię zbyt rozżalę!
Bo ci z serca popielnicę
Zrobię! cuda w niej zagrzebię
I korale ust twych spalę!..
Troską zionę w młode czoło
Co jaśnieje tak wesoło!..
Gdy mnie w pieśni nie wydzwonisz,
To mnie w krwawych łzach wyronisz…
Wydzwoń, wydzwoń, mnie młodzieńcze!
Perły rosy!.. kwiatów wieńce!
Oto wiosna kwitnie — spiewa,
Kocha — wierzy — i powiewa —
Woni — barw — światłami tonów —
Tem bogactwem nieprzebranem!..
Leć że w górę!.. i balsamem
Niech pieśń płynie dla milionów…
A ty śnij o twej piękności
Którą ścigasz, zawsze, wszędzie,
Ona twoją — twoją będzie,
Tylko wiary — i miłości!...






List I. Do


Są tajemnice, których nie poruszaj
Jak groby których nie odwalaj głazu! —
Są głosy serca których nie zagłuszaj —
Bo dusza twoja ogłuchnie od razu…

I będzie głucha — nawet na wspomnienia!...
I nieszczęśliwa łez twych pytać będzie,
A co odrzekną z przepaści sumienia
To niedosłyszy, głucha, zawsze, wszędzie.

I nie usłyszy nic, bo nic nie zdoła,
Aż słuch jej trąba powróci anioła
Co wszelkie sprawy — na wieczność powoła…






List II. Do **


Paliłoś się serce — paliło,
Jak lampa kościelna,
I tyle uczuć w tobie się święciło,
Lecz ludzkość — bezczelna!

Piersi!.. jak wulkan gorzałaś
Nim świat cię rozwalił,
Płonęłaś ofiarą,
I wszelkie bole zwycięsko przetrwałaś —
Lecz świat cię wypalił
Jak cygaro!






List III.


Twa dusza jasna, to arfa anioła
Co tonów boskich modlitwą oddycha,
Co cierpi ludzi cierpieniem, i cicha
A blask spokoju jest gwiazdą jej czoła!

Twa dusza — lilią co Bogarodzica
Ujęła w rękę tratując szatana!..
Ona niebieską wonią wciąż wezbrana
I przyszłych światów tyś oblubienica —

Twa dusza czysta, łez pełna krynica
Co u najwyższej góry bije szczytów!..
Jest rozkochanych zwierciadłem błękitów!..
Twa dusza! wniebolotna gołębica!..

Modlitwą jedną twe cierniste życie,
Ofiarą jedną twe serce się pali,
Nieś je do końca, o ty boskie dziécie
A — przez cię, wiele w świecie się ocali!..


Twa dusza lampą — pod krzyżem płonącą,
Co twarz smętności pełną zbawiciela
Oświecić zdolna… pocieszyć płaczącą
Wiecznie smutnego, twarz — pocieszyciela!..






Dumanie.


Błądzę nad morzem, o porannej zorzy,
I szumią fale mgłami otulone,
Jak dzikie serce szczęściem upojone,
A duch obrazy pełne cudów tworzy…
I tęsknie drżące wyciągam ramiona
I patrzę w gwiazdy co gasną na niebie
I chciałbym przepaść i zapomnieć siebie
I znów — miliony przycisnąć do łona…
Co mi jest? gdzieś daleko słyszę arf wołania,
To z uczuć najstraszniejsze — potrzeba kochania!



Nocą las usnął — dęby cicho stoją
I leśny strumień na kamyk z kamyka
Cicho coś szepcze — błędnego ognika
Blaski gdzieś widzę — i nad głową moją
Co w niezabudek łzawej się pościeli
Układa — księżyc tą nocą majową
Rozsnuwa blaski… mgły pląsają w bieli…
Słów — ni łez nie mam — słyszę w ciszy arf wołania,
To z uczuć najstraszniejsze — potrzeba kochania!..


Cichym wieczorem siedzę w mej komnacie
Twarz w dłoniach kryjąc, przed siebie poglądam,
I nic od świata, od ludzi nie żądam
Prócz zapomnienia… jednak się oglądam
W przeszłość z tęsknotą, a w przyszłość z obawą,
Siebiem zapomniał, marne żegnam dymy
Które ścigałem gdy laur szumiał sławą!..
Jak w Oceanie, w arfie spią olbrzymy
Na mnie wołają dziko! piekło się odsłania,
To z uczuć najstraszniejsze — potrzeba kochania!..



Jak ptak wędrowny nad lądy i morza
Wędruję tęsknie, a cel mój bez granic,
Jak smętna gwiazda, którą kocha zorza
A której miłość nie zdała się na nic
Bo niknie rankiem, a rodzi się — nocą!..
I obojętny z tą pieśnią sierocą,
Z rozdartem sercem i duszą ponurą,
Z wątpieniem wiecznem, i odziany chmurą
Z piekieł słyszę anielskich arf zdala wołania,
Sęp uczuć najstraszniejszy, potrzeba kochania!
Neapol 1870.






Dwa wspomnienia.


I. DWOJE ICH BYŁO.


Z nad Ilmy, wspomnień budzę dawne czasy,
Ilmo! płyń sobie między ciche lasy…
Dwoje ich było — on, posąg ruchomy
A jego rytmy jak kolumny Romy
W pieśni korynckich liści granitowe
Wieńczone, rosły w burzach — Olimpowe!..
On był jak wulkan śniegiem posrebrzany,
Kwiatem Europy całej zasypany…
Kiedym do niego z mą pieśnią się zbliżył,
Jak ptak z błękitu w dolinę się zniżył,
I zdało mi się że mnie z fortepianem
Niosła gdzieś chmura gromów! i niebiosa
Się rozsunęły chórem arf wezbranym,
Że mi niebieska w duszę spada rosa,
Że wszystkie bole — i wszystkie miłości
Spowiadam, z dźwiękiem zbiorowej ludzkości…
Kaskado tonów! tyś mi echem znanem!...

On się przechadzał, czasem stawał tylko,
Czasem na głowie rękę mi położył
I ta godzina łysnęła mi chwilką,
Myślałem… że mi niebiosa otworzył —  —

Minęły lata — na foro Romano
Go pożegnałem, kiedy księżyc biały
Czuwał, z Westalki ciszą… i sterczały
W mgle nocy gmachy z kolumną strzaskaną
I demoniczne o! boskie okruchy
Romy, w powojów splecione łańcuchy
Srebrem promieni jasne… w ciszy stały!
„I żyć to walczyć“ — rzekł mi — „nie kwiatami
„Wieńczą się czoła z zwycięstwa znakami“ —
Potem — opuszczon szedłem w moją stronę,
Na resztę — wieczną opuszczam zasłonę!..
Dwoje ich było! ona wietrzna, mała,
Do mego okna co dzień przylatała,
Co dzień świergotem zwiastowała rano,
Wkrótce w komnacie była obeznaną,
Zlepiła gniazdko na gzymsie złoconym,
Dla niej — zostało okno otworzoném,
I co poranka latała, wracała,
Aż z pisklętami w dal pożeglowała.
Siadała w bluszczach po nad Beethowena
Popiersiem, i słuchała melodyi Szopena.
I przyszła jesień, barwą doświadczenia
Złociła drzewa — ptaszyna z młodémi
Gdzieś odleciała… z drużyną plemienia,
I ja ująłem znowu kij pielgrzymi —
Dwoje ich było — którym duszę całą
Odkryłem w pieśni — kiedy w niej wezbrało,
On orzeł niebios — ona niebios pszczółka,
Dwoje ich było: Liszt — i ta jaskółka!..






II. TO SPIEWAŁO.


Szedłem od szczątków Horacego villi
Do kolumn cichej klasycznej Sybilli,
I cascatelle z grzmotem upadały,
Na głazach, kwiatach, w puch się rozbijały
Tęczami z złotych pian — zmartwychwstawały!
Do mego Terni, ani się umyły!...
Siklawo! milsze mi twe wody były,
Gdy na Tatrzańskiej skale godzinami
Leżąc — w twe grzmoty miotałem… kwiatami!
Nadszedł myśliwy — przedał mi zwierzynę,
Dwoje to ptasząt zastrzelonych było,
Kiedym w gościnie, zaniosę gościnę,
Myślałem sobie — i będzie mu miło —
Wziął je z uśmiechem, i rzekł: to spiewało! [8]
I cicho w villi d’Este już się stało.
Na wielki balkon wyszliśmy wieczorem,
Za cyprysami zachodziło słońce,
Aż po za villą Adriana tonące
I dzwony grały od Rzymu, nieszporem
A kilka gwiazd już na błękicie drżało…
Co się jak otchłań, nad otchłanią skłaniał!
On milcząc chodził, i rzekł: to spiewało!
Mrok nocy wielki widnokrąg osłaniał —

I znów do krągłej weszliśmy komnaty,
Nim do zaczętej powrócił cantaty
Co na setnicę Bethovena tworzył,
Wzrok jeszcze rzucił na ptaki co złożył
Na fortepianie z główki uwiędłemi,
Nim je Ercole zabrał do swej chaty —
I zanim echo tonów się rozbrzmiało
Spojrzał raz jeszcze oczyma smutnemi
Na nieszczęśliwe ptaki: „to spiewało!“
I od Subiacco aż do Palestryny
Szedłem nazajutrz — ale bez zwierzyny
Już powróciłem . . . . . . . .






List do *


Jakkolwiek chaos życia się szalenie
Przewala w zdarzeń lecących lawinach,
We wszelkim kształcie jest prawdy wcielenie
I przyszłość nasza tkwi w szlachetnych czynach...
Niegdyś się cichym — wspaniałym strumieniem
Toczyły dzieje — dzisiaj, grzmią kaskadą,
Rwą świat za sobą, młodzieńczem ramieniem,
A ludzkość na nie patrzy twarzą bladą,
Ich prądem wlec się daje z przeznaczeniem.
A jednak strumień ten, jakkolwiek płynie,
Do Oceanu dąży — i w nim zginie!!






Parias a Brama.
(wywołane dłuższą rozmową na okręcie z nieznajomym).


Mówiłem: jeden cierń mi weź o Brama!
Bo za głęboka w sercu mojem rana;
Ledwieś go ujął, tak sobie obrzydłem,
Tylem — utracił w mych oczach tej chwili,
Takie ubóztwo w duchu moim kwili!
Nicość olbrzymiem niedoperza skrzydłem,
Tknęła mnie, — śmiała się natura sama;
Niemiłosiernyś! żeś wysłuchał! Brama!






Strofy.


Motylu Psychy! ścigam cię łąkami!
Z kwiatów na kwiaty uchodzisz tęczowy,
Motylu Psychy! górami! lasami!
Tam nieskończoność! nad wody! dąbrowy!...

Ścigam cię wiecznie, bez końca i końca,
Kiedy cię schwycę — życie me ustanie,
Na serca zgasłym odpocznij wulkanie,
Tam cię ogrzeje jasny promień słońca...

Nad snem bladego opuść skrzydło czoła,
Gdy księżyc spłynie — nad kolumną białą
I uśnij w róży, co ręką nieśmiałą
Sadzona, wzrośnie, cichego anioła...






Poziomka.
(Fraszka).


Jak się masz dziéwczę! o tak rannej porze
Już w lesie?.. „Zbieram poziomki po borze!..“
„Dasz mi poziomkę jedną?“
„O! dzban cały!“
O nie! poziomką — tyś! skowronku mały!






Trzy sny.

Sen I.


Tak wyraźnie widziałem,
O! nie, to nie był sen!
Przy ogniu z nim siedziałem
I widzę komin ten…

Ścisnęliśmy swe dłonie
Pierścienie dali wraz,
Jak biali ślubni bracia
I uścisk jeszcze raz…

I wiele o Hamlecie,
I o Platonie znów
Mówiliśmy, jak dziecię
On słuchał moich słów!

I o jej czarnych oczach
Mówiłem mu przez łzy,
A on o jej, błękitnych,
Szczęśliwi — byliśmy...


Wtem bije północ rdzawo,
On zerwał się, ja z nim,
Muszę iść! nie mam klucza,
Spią wszyscy w domu mym!

Nie odprowadzaj mnie dziś
Wicher deszczami gna,
Właśnie dlatego pójdę!
A jemu błysła łza…

Idziemy ulicami
Pod ramię w równy krok,
Księżyc goni chmurami
W ciemnościach ginie wzrok…

Idziem długo, bez końca,
Ulice giną mi,
Rozmawiamy ze śmiechem,
Tak się wyraźnie śni…

Biedne twoje łapięta
Jakże mocno spierzchnięte,
Schowaj je do kieszeni…
Patrz! wody lekko ścięte…

Mijamy Café Greko,
Muzyki słychać głos,
Czy grają Pifferrary?
O! biedny grajków los!..


Idziemy zaułkami
Romy znanemi, wraz,
Andrea Della Valle,
I szybko mija czas…

Przez Corso długie idziem
W milczeniu, czarny cień
Pałaców, ulicami
Się ściele — czy to sen?..

W dali nad Coliseum
Księżyc się lampą wzniósł,
I nad Santą Francescą,
Nad łukiem Tyta rósł…

Nad złoty dom Nerona
I Cezarów pałacem,
Nad łukiem Constantyna
I nad Trajana placem…

Stajemy — z okna znana
Melodya płynie w czas,
A z Trajana kolumny
Puszczyk pozdrowił nas!

I od dzikiego krzyku
Myśleliśmy że czart!
I zabrzmiał dzwon z klasztoru,
Puszczyku! kuli-ś wart!..


Idziem dalej i dalej,
Capitol staje w mgle,
Srebrny Tyber… Ripetta…
A! gdzież ty wiedziesz mnie?..

Wreszcie stajem przed bramą,
Żelazna — czarna — strach!
Za nią krzyże, posągi,
I sowa woła ach!..

On zadzwonił, i mówi:
Dobranoc drogi mój!..
To via della pace…
Dwudziesty numer mój!..

Drzwi otwarł biały szkielet,
On rękę podał mi,
Była zimna i drżąca,
I w oku miał dwie łzy…

I rzekł: to mój odźwierny
Tajemnie puścił mnie,
Bym druh twój zawsze wierny
Odwiedził, luby cię…

Puśćże i mnie odźwierny,
On głową kręci wspak,
Zatrzasnął rdzawą bramę
I nocny zapiał ptak…


O! cóż ci dać odźwierny
Żeś puścił drucha mi?
Daj na mszę za mą duszę…
I znikli jako sny —

A jam runął na ziemię
I ryknął w wielki głos,
Budzę się — kto? Signora
Rosa, z mej kawy włos

Wyciąga co przypadkiem,
Do filiżanki wpadł,
I rzekła: „Carlo przyniósł
Domino, pewnie skradł…
Wynajmuje go na bale,
O! il dolce carnavale!“ [9]






Sen II.
(z poematu Dolorez).


Śniło mi się że było rano i szarawo —
Krwawiły się już chmury, jaskółek festony
Szczebiocząc szybowały to w lewo to w prawo
W koło mej baszty, na tle zorzy chmur czerwonéj —
Wtem puk! puk! zadzwoniły okna ołowiane —
Zrywam się, senny biegnę do okna zdziwiony,
To ty byłaś Dolorez!.. włos twój rozwichrzony
I w dół zapadły oczy — bardzo zapłakane —
Twa biała koszulinka którą wiatr szamotał
Zdała się łachmanem, oddech piersią miotał,
Jak falą spadającą — i twa postać biała
Była jak wtedy ... tylko, dwoje skrzydeł miała!
Nim krzyknąłem — już rękę mą chwyciłaś z dołu,
Przez otwarte okienko-śmy się całowali,
Przybiegłam tutaj — rzekłaś ... i odjęłaś czołu
Parę muszel perłowych i bladych korali...
I szepczesz: aż z nadmorskiej ojca mego chaty
W którą tłukły bałwany na skalistym brzegu
Gdyś spał, lub arfę stroił, a morze przed laty
Wtórowało twym strónom — ztamtąd idę w biegu.
Zadyszałam się bardzo... a! czy kto nie goni?...
Jak tu cicho w tej wdowiej, jaskółczej ustroni —

Tam — w mej chacie jak dawniej, tylko że się z skały
Bardziej już pochyliła w morze ściana biała,
Że gdy fale nad ranem hucząc przybywały,
Fala przez me okienko czasem zaglądała
I budziła spłakaną, na mojej pościeli —
Stary ojciec ociemniał — i zawsze koszyki
Wyplata, ale nigdy się nie rozweseli
I wsłuchuje się w burzę albo w mewy krzyki —
Odbiegłam ojca — on tam przeklina mnie może,
Lecz nie mogłam bez ciebie już żyć — kto mu łódkę
Wiosłować będzie teraz, gdy w wieczór na morze
Przy księżycu wypływa z sieciami, kto zwrótkę
Ulubioną przy cichej nuci mandolinie?..
Ach! on tam gorzko płacze po swojej dziewczynie
I wszystkie Sierry z dali ku morzu spędzone
Nad nim się tam litują, źródłami zwilżone —
Alem nie mogła — niech mnie tu kruki rozerwą
Bylem dalej nie żyła — jak w kołyskę, w łódkę
Kładłam mego Alonza, gdy przez chwilę krótkę
Zbudził się, to twej pieśni nuciłam mu zwrótkę,
Jedną memu ojcowi a drugą dziecięciu —
I obaj zasypiali — tylko o zaśnięciu
Mnie się tam nie marzyło... perły me ze łzami
Rzuciłam w morze, potem w miasto z koralami
Głupia, biegłam przedawać, za wiązankę drzewa
By rozpalić śród chaty, w zimie, gdy tam spiewa
Wicher pogrzebowemi burzy chorałami,
A Alonzo i ojciec drżą z zimna i głodu,
Gdy drzewo spopielało, śród rannego chłodu
Dziecku, listami temi, com miała od ciebie,

Com na sobie nosiła — i nad słońce w niebie
Kochałam... Jam paliła niemi — niemowlęciu
A łzy gasiły ogień — o biada dziecięciu,
Gasło mu słabe życie — krzyknęłam Madonna!
I opadła mych włosów cała chmura wonna,
A zbawiciel w ołtarzu na krzyżu zwieszony,
Już do kolan był włosy memi otulony...
Ale mu nie pomogła kosa ostrzyżona,
Umarło —  —
I rzuciłam z kamieniem u szyi
W noc miesięczną go w jasne, ciche, złote morze,
Wypłynęłam na środek łódką — i na zorze
Wieczorne w słup patrzyłam — niema połamałam
Ręce na piersi biednej — a jak pierścień żmii
Czułam na sercu kamień!... i nie zapłakałam!...
I za dzieckiem z kamieniem w morze mandolinę
Rzuciłam — już nie dotknę jej — czemuż nie zginę —
Ruszyłam ją — za dzieckiem szalona patrzałam,
I z strun perły po falach, tony posypałam
Rzuciłam — zatonęła —  — i nie zapłakałam!!
W końcu — wróciłam — sama!!!
Ojciec na palmowym
Liściu spał, coś ty jeszcze zebrał mu i złożył,
Księżyc srebrzył mu głowę — Ocean ułożył
Się do snu jak pies u nóg jego, u rybaka!...
I zdał się jak z kamienia — przy kamieniu owym
Spać, gdzie nad głębią tyle godzin my siadali,
Gadali — i milczeli — spiewali — płakali —
I stałam nad nim — ręce tylko załamałam
I odeszłam — wróciłam — i znowum odeszła —

I spojrzałam raz jeszcze na morze i przeszła
Tak chwila — z Oceanem moim się żegnałam
I z ojcem spiącym — i na tę morską latarnię
Gdzie lampę zapalałam wbiegłam...
Krzykłam: Marnie!
O za co marnie tak mi dajesz żyć o Boże!
I jeszcze pocałunek na wiatr i na morze
Rzuciłam — i ku wyspie popatrzyłam drżąca
Za skałami dzikiemi gasła twarz miesiąca,
Z daleka grzmiało niebo i błyskawic kilka
Mignęło — tak jak szczęścia w życiu ludzkiem chwilka,
Fale niebieskie jako złoto roztopione
Budziły się — i wiatry darły mgły zasłonę,
Krzyknęłam! że nad wieżą pobudzone mewy
Dzikim wiankiem pierzchnęły tam! od skały lewéj,
Ojciec spytał czy jestem — ja kastanietami
Ozwałam się — bo mówić nie mogłam — rękami
Siwą głowę objęłam mu — spytał ponuro
Gdzie Alonzo??.. spi! rzekłam, zawsze — i milczałam,
Wreszcie już się nie pytał — i wzdychał, był chmurą
Czarną jak noc — ja nad nim cichą łzą błyskałam —
Nocą uszłam — i w drodze wichrem, nie stawałam —
Aż kiedym basztę twoją o którejś powiadał
Ujrzała, w dzikich bluszczach, to tak zapłakałam
Jak mewa, kiedy majtek gniazdo jej wykradał...
Więc dla czego się dziwisz że oczy czerwone
Mam jak królik, ja tylko gałązkę zielonę

Chciałam urwać z tej baszty zkąd na zachód słońca
Ty codzień patrzysz — i z nią żyć sama — do końca!!!
Bądź zdrów!.. Może już ojciec obudził się stary,
Trza wracać — sieci suszyć — o! moje ofiary!..
Jakże ciężkie wy, jako dwa młyńskie kamienie
Ciągniecie mnie ku ziemi ... o! słońca promienie
Zeszły już ... jakże piękna ta kraina!...
Te trzy Sierry ... pod niemi lasy i dolina —
Bądź zdrów, palma nie taka piękna jak kalina!
I gdym jej usta zamknął pocałunkiem drżącym
A twarz jej oblał łzami szlochając jak dziecko,
Roześmiała się lutni jękiem konającym,
Uderzyła skrzydłami — i uszła zdradziecko...
Nikła w toniach błękitu jak łabędź — jak pszczoła,
A wkoło się rozlegał dzwonek od kościoła
I arfa z organami gdzieś w sferach spleciona
Grała hymn —  —  —
tu sen zniknął — i pieśń nieskończona.






Sen III. (Do).


Sen to, który mnie trapił całą noc fatalnie
A śnił się estetycznie — ba! i muzykalnie ...
Orkiestrą cała ludzkość była w tej symfonji,
Samolubstwo dawało takt o rytmie dzielnym,
Chytrość imała skrzypce w szatańskiej ironji,
Czelo chciwość dzierżyła z wyrazem weselnym,
A kontrabas lenistwo imało z pilnością —
Złość biła w wielki bęben, naprzemian z zazdrością,
A flet zawiść dzierżyła, pełna kłamstwa, złudy,
W fagot dęła zmysłowość pełna cnót obłudy,
Głupota miała tam tam, a protekcya misy;
W fortepian bił fałszywie ten szubrawiec łysy,
Wirtuoz wylizany, z intryganta brudy,
Co mi przypomniał pewną mierność zapoznaną
Która mnie okłamała na mej drodze, rano...
Kiedy jeszcze wierzyłem że świat cały rajem,
Kiedy byłem poetą, studentem, mazgajem,
I nie miałem tej siły co daje trucizna ...
(Zwłaszcza kiedy cię własna otruje ojczyzna —)
Dzwonki dzierżyło kłamstwo, reklama spiewała,
Kosmopolitów zgraja małpia wtórowała,
Organy miała pełna natchnień hipokryzya,
Fiasko robiła cnota, geniusz i praca,

Efronterya furore! (przemoc ją ozłaca —)
W puzon dęła nemeza, a w klarnet kolizya...
Symfonią był interes, bogate motywa
Fugata pełne werwy, kadencya szczęśliwa,
Lecz głos tych głosów takim zawrzasnął kołtunem,
Żem się modlił za jednym! choć jednym piorunem
Coby zniweczył taką muzykę na wieki,
Ale grom był wysoko, dzień prawdy daleki,
A więc z piersi wydałem taki krzyk ogromny
Że umilkli na zawsze ohydni szyderce,
Skamienieli na pomnik hańby wiekopomny,
Lecz tym krzykiem wraz pękło moje biedne serce...






Sedan a Metz.[10]

Zwolna ty stąpasz pobojowisk błoniem
Nemezo dziejów!.. o! jakżeś straszliwa!
W zdradzie, podłości, hańbie! czyż zatoniem?
Czy dusza wieku jeszcze w ludach żywa?..
Kara za Polskę! tylekroć zwiedzioną,
Tylekroć, marnie, podle opuszczoną,
Trąba dziejowa!.. macie słuch narody?..
Kara Francyi dzisiaj się poczyna
Co najmniej winna! o! bije godzina!
Biczem płomiennym, gna pasterz swe trzody!
A jednak — my co znamy takie chwile
Francyo! za tobą na własnej mogile
Łzę jeszcze znajdziem, co za tobą prosi,
Co ziemię świętą uświęcając — rosi...
Wznieś się o Francjo, tyś nie tak mizerną
Jak im się zdaje!.. o! zaczarowana!
Złotem, miękkością okuta szatana,
O! tyś nam „miłą!“ choć nie „miłosierną!“
Gdyby dziś Polska była, naród cały
Byłby Sobieckim na polach twej chwały!
Tobie z płomiennym mieczem i kotwicą
Być Orleańską narodów dziewicą!..
Wstań Francjo, wstań! jak jeden lew!

Bij Francyo, bij! jak jeden grom!
A zagrzebany w niewoli dom
Runie twój tyran w dziejowy wiew!..
Wstań Francyo wstań! jak słońca ptak
Tam! nad Alpami! twej chwały znak!
Hej! od Piramid sygnały weź!..
A z Inwalidów orłem się wznieś!..
Wstań Francyo wstań!
W krwi morze pogrąż męztwa kotwicę,
Tyrana zrań
W samą źrenicę!...
Wstań Francyo wstań!
I dźwignij krzyż!
Tego co zniżył
Ciebie, ty zniż!..
By dzień się zbliżył
Gdzie ryknie spiż,
Zdychając u stóp ducha ludzkości
Zabity światłem — w państwie ciemności!..






Gloza.


Sława bądź słowu co czynem nie kłamie,
Sława czynowi co ma słowa ramię,
On zejdzie ziarnem na polach narodu
Częścią wielkiego przyszłości rapsodu
Co krwią pisany, rzeźbiony piorunem,
Choć zaprawiony na dzisiaj — piołunem!..






Tren nad Sequanną.


Stolico ludów! z popiołem na skroni
O labiryncie domów rozwalony!
Jak mi tu straszno! jakżem przerażony
Ja com cię widział w słonecznej koronie!..
Ulic korytem płynie ludność smutna,
Jedni zwątpieni, a inni milczący,
Inni bez planu, zemstą zgrzytający,
A razem wszystko jak Syon pokutna!..
W gruzach Tulerjów! śród przybytku pychy
Złoconych kolumn depczę harde czoła,
Posągów głowy, księżyc olśnił cichy,
Szum miasta huczy jak morze do koła!..
I łzawo toczy mętny nurt Sequanna,
Przeskakujących mostów przestrzeń długa,
Jak Nioba groźna Notre-dame stoi sama,
Kiedyż Joanna pojawi się druga!..
O Turenne! imie twe mi brzmiało wszędzie!
Bajardzie! wielki, francuzki Zawiszo!
Niech wasze duchy tych szyderstw nie słyszą!
Wróćcie gdy Francya, Berlin burzyć będzie!..
Hôtel de ville! o! posągów legionie!
Oślepłych okien szeregi płaczące,
Strzaskanych kolumn, rytmiczne ustronie!

O! góry gruzów! łzy wywołujące!..
Siadłem na głazie — a ludzie przechodni
Tak obojętnie mi odpowiadali,
Świadomi tylko byli wielkiej zbrodni,
Starzec — i młodzian, ukryci, i mali,
Starzec Inwalid, co hydry Moskwy
I dzieci Piramid wspominał ponuro,
A młodzian w bluzie, a na czole z chmurą
Uwrier — ta pszczoła Francyi!... dzień morowy
Zdał się w powietrzu chmur ołowiem gonić
I puste były Elizejskie pola,
Łuk chwały zranion, zdał się życie ronić,
A wroga jeszcze znaczona swawola!..
Nieszczęsny ludu! drę szatę! i cicho
Z tobą zapłaczę! ostrz miecze o głazy!
Na dziś upadłeś!.. odemścij sto razy
Cios ci zadany antychrysta pychą!..
Lecz dokąd nierząd, zwątpienie, niezgoda,
Cynizm i rozpacz! i piekło komuny
Co samo zgasłe zapala pioruny,
Dokąd dłoń dłoni braterstwa nie poda,
Dotąd nie wstaniesz biedna! w serce pchnięta!!!
Furjo komuny po wieki przeklęta!..
Apokalipsy potworze! w niewolę
I hańbę’ś kraj twój przedał — za swawolę!..
Nerona okiem na ognie patrzyłeś!...
I chorej matki — łoże podpaliłeś!..
O Francyo! Francyo! żałobą tych dzwonów
Pierś mi się wzdyma! płakałbym jak dziecko!
Śród ciszy pracuj! by szatana tronów

Zgruchotać węgieł kładziony zdradziecko!
O Francyo! boleść twa szarpie mi łonem!..
Gorzko mi! tyś jest jak piedestał wdowi
Vendôme kolumny —! co o chwale mówi
Czołem przez ciebie z szczytu w proch strąconem!..
O Inwalidów przybytku żałośny!
Lwie niemy! starcy z twarzą skamieniałą!
Pójdę — zamilknę — acz mój żal rozgłośny
Boby mi łez już dla Polski nie stało!..
Ale wyciągam za tobą ramiona!
O powstań Francyo, bądź błogosławiona!
Z rozdartem sercem żegnam ptak samotny,
A z pęt okruchów, posiej plon stokrotny!...






(Z przechadzek po Europie).[11][12]

LIST IV.


Haec est Italia Diis sacra.

Każesz mi pisać prozą drogi przyjacielu!
Jakby na złość ucięła mnie dziś jakaś mucha
By list ten pisać wierszem, mój dobry Kornelu,
Choć wolisz moją prozę, twa Muza niegłucha
Będzie może tym słowom, bo wspomnę obrazy
Któreśmy podziwiali obydwaj niedawno,
I zda mi się żem widział ślady ze sto razy
Kędy twój kij pielgrzymi wspierał się o głazy,
Gdzieś spoczął w laurów cieniu, i w turkus oprawną
Moją drogą Aricyę widział z uniesieniem!
Kędy fale Campanji ścielą się do morza,
Gdzie modra Adrji smuga gra z słońca promieniem!
Wodociągów szkielety tam się prześcigają
A w pustyni szczyt góry złoci jasna zorza —
Góry — którą nad Piotra opoką zesklepił
Mistrz Anioł! w niej harmonje skamieniałe grają!..
Kto u tych źródeł z dłoni własnej wody nie pił

Ten szczęśliwy! bo jeszcze, ujrzy je pierwszy raz,
I uczuje ten w duchu niewysłowion wyraz,
Jak śród tych wszystkich cudów tęskni się za Polską!
Jak dusza, wszystkich tonów jej arfą Eolską!..
Tam jej lica pięknością znikłego anioła
Widać!.. i cierń jej każdy miłościwie kole,
A dumną w obec świata rozkoszą jej bole
I głos jej z wszystkich głosów zespolenia woła!
Gdyśmy jednak wrócili na ojczyste łono,
Wspominajmy pielgrzymkę, by pielgrzymkę życia
Skrócić — niechaj się jego cierniowa korona
Plecie! aż do mogiły od chwilek powicia
Nie oddałbym jej cierni za rajskie ogrody,
Ba jednego bławatka, z moich pól swobody!..
Wędrowcze wytrzymały! wspomnę pięć obrazów
Ze stylu odrodzenia — pięć wielkich obrazów
Kędy geniusz ludzkości, w przejściach odrodzenia
Największe ducha skarby, zstroił w rytm — z kamienia!..


∗             ∗
Najprzód dwie wielkie siostry co dzwonów westchnieniem

Witają się, anielskiem wieków pozdrowieniem!
Obie z otchłani wieków i z mistrzów dumania
Jehowiczne się wzniosły — wpośród urągania!
Jedna — godna Jehowy! ta co Brunelleschi
Wzniósł ją — i „cudem” sklepił pod błękit niebieski!..

Jak modlitwa milionów nagle skamieniała
Biblijna!.. serca ludzkie w górę porywała!
Jak Kolumba — tak jego ochrzcił świat warjatem,
On — kopułą przykrywszy, zemścił się nad światem!
Druga na puszcz Campanji górą się rozległa
Jak mogiła narodu, co popiołów strzegła,
W niej serafów harmonji anioł zaklął prawo
Z pierwszej, Florenckiej rodem — własną stoi sławą,
A że anioł budował, zda się że nie zdoła
Zburzyć jej, chyba trąba drugiego anioła!...
Obie wielkie Sinaju córy, świat im za nic,
Ich wielkość boska! iście nie przygniata, ale
Rwie ducha w górę — że się podnosi zuchwale
I czuje że granica jego — niema granic!...
Brunelleschi! Bramante! Santi! Buonarotti!
Vignolo! Giulo! Lauci! Palladio! Peruzzi!
Po was każda klasyczna kolumna się smuci!
Wam ziemia swe wnętrzności otwarła w wiek złoty!..
By wasz geniusz naturę uszlachetnił sztuką!
Religią waszą piękność! natchnienie nauką!
Wasze ramię natchnienia nieśmiertelną siłą
Ziemię z niebem, zachwytu spójnią połączyło!..
Jakkolwiek ideałem mym gotycyzm będzie,
Jakkolwiek nad Helladę i zawsze i wszędzie
Typu już nienapotkam! choć mi maurytańskie
Gmachy będą muzyką najmuzykalniejszą...
Jednak ty odrodzenia dobo!.. w chrześciańskie
Cuda bogate dziecię! tyś, niemniej cudniejszą!
Chociaż z innych powstałaś, a nie sama sobą,

Masz pomysły, i polot którym nikt nie zrówna!
Córo boskiej Hellady! witaj sztuki dobą
Wielka, milczeniem wieków śpiewaczko wymowna!
Dotąd stoisz u szczytu, dokąd wstrętna blada,
W wnętrzu nie ubożejesz, i zewnętrznie przeto
Lśnić usiłujesz oczu i zmysłów podnietą,
Aż wstrętną barokizmu lunęłaś kaskadą,
Siły, prostoty, i spokoju pozbawione!..
Szamoczą się w kamieniu jak duchy strącone
I z tej walki stoczonej w wielkich mistrzów łonie
Ośle uszy wzrość śmiały — aż na Panteonie!..
I jak wielki Zamojski, niewiedząc, folgował
I puszczał nazbyt cugle szlacheckiej swawoli,
Tak Michał Anioł sam nie wiedząc, zawędrował
Ku granicom przesady, — już inni powoli
Przeszli je — co u niego dzielne — tam — potworne,
Wzniosło się — i skarlało w floresy klasztorne!
Ty mi świadcz o Palladio! ty mistrzu spokoju!..
W twojej piersi boskiego była myśl nastroju!..


∗             ∗
Drugi Pitti! gmach wzniesion teoryą cyklopów;

Czy Pelazgi tu z czasu wróciły potopów
I te głazy w nieładzie ładnym ułożyły!..
Lecz w jakąż się harmonję — jak w pieśń nastroiły!
Proste, wspaniałe, harde Pitti twoje czoło,
Znać że je Brunelleschi godziną wesołą
Założył, bo w twej grozie takeś uśmiechnięty,
Jak pieśnią Orfeusza w jeden gmach zaklęty!

A z daleka pokrewna tobie Farnesina
Tęsknotą pełną wdzięku, wiek złoty wspomina,
Gdy z więzów barbarzyństwa myśl się ludzka spina
Na szczyty nowe, wielkie, pełne odrodzenia
W imię starej Hellady i Greków natchnienia!
Lecz by myślą znowu w świat Hellady znurzyć,
Trzeba było Bizancyum, choć Helleńskie zburzyć!
Nauko wielka dziejów, choć pełna ironji,
Koniec twój wieńczy dzieło, stroi do harmonji,
W której wiek się za wiekiem dziejową koleją
Przesuwa — nad nie ciche niebiosy jaśnieją!
O Farnesino! kształtów ponętnych spiewaczko,
Poemacie w gerlandach, smutna dzisiaj płaczko!
Po tobie męzkich kształtów, kładę rozburzony
Gmach pychy!.. lecz przepyszny!.. jak Babel zniszczony!
I wtóre Coliseum [13] swemi kolumnami
Wspaniałe! choć z sklepieniem zasianem — gwiazdami!!!
To pałacu Karola gruzy granitowe
Co w dziedzińcach Alhambry, sterczą, mamutowe —
On runął — przeszli Maury, i cudzy i swoi,
A Alhambra w swej cichej chwale dotąd stoi...
Dotąd księżyc warkocze jej fontann zaplata,
Kwiat pomarańcz, brzęk gitar, cichy wiew zamiata..
O pałacu Karola! z płaskorzeźb szczątkami,
Ty świadczysz sam o sobie śród wieków wiekami —
Dziś bryzga w jasny błękit jaskółek tysiące,
Ztąd nad szczyt Alpuchary kiedy wschodzi słońce!
Twe kolumny to rytmy, co iście nie mylą,

Wielkie, nieme, tak stoją jak Dawid z Sybillą,
Że nawet prawdy fałszem dopiąć się nie godzi,
Bo z dobrego nemezą – złe się znów wyrodzi!


∗             ∗
I znów wspomnienia powiew nad Adrji falami

Myśl mą przeniósł, stanęła zachwycona cała,
Przed nią dziewiczych kolumn harmonja wspaniała
Jak z melodyi Szopena gracya skamieniała!
To dzieło Pansowina „biblioteką” zwane,
Którą pyszna Piazetta i Wenecya znane —
W gerlandach marmurowych jako panna młoda
Śnieżna — w Adryatyku błękit zapatrzona
Duma — i sama jedna — smutna jej uroda,
Bo wie że drugiej takiej niema śród miliona!
Jedna tylko Palladia [14] bazylika cudna
Z nią się równa — lecz zrównać się o! to rzecz trudna!
Bo przepełnia zachwytem, i tak rozwesela
Że o jasnej przyszłości marzyć się ośmiela!...
Ona jednym z jedynych gmachów na tej ziemi,
Co nie znają tu równych! choć nieco zalotna
Starsza siostro Logietty!.. tyś tu niepowrotna,
Jako myśl — wykonanie — tyś z nieśmiertelnemi!..
Wreszcie — cicha ustroni — o Pawji klasztorze!
Witaj śnieżna Kartuzyo! o zachodu porze,
Kiedy na twych marmurach łamią się promienie

Słońca, Italska lilio!... boskie twe przestrzenie!
Pogoda twego czoła, twych kształtów piękności
Zdają się mówić, że co w twojej się cichości
Zawrze, i w sobie całe, zupełne, spokojne,
Żyć pocznie najwyższemi tony ducha strojne —
I znajdzie — czego szukał próżno na tej ziemi,
Odda wszystko — by wszystko zdobyć! i orlemi
Pióry przebić błękitów słoneczne sklepienie!..


∗             ∗

O pozdrawiam was wszystkie pięć, pełne urody,
Do was się na duchowe przybliżyłem gody,
Wyście mi potwierdziły że samo natchnienie
Jest sumieniem artysty — na czas i przestrzenie!...

1870. Perugia.






Anakreontyk.
DO…


Kiedy nie masz ojca, matki,
Brata, druha, przyjaciela,
Kiedy tylko ściany świadki
Twego smutku czy wesela,
Kiedy wąż ci ściśnie łono
I najdroższe znienawidzisz,
Kiedy całą spotwornioną
W samolubstwie ludzkość zbrzydzisz,
Kiedy każde serca drgnienie
Młotem kuje grób swój sobie,
Kiedy srogie przeznaczenie,
Zdrowie, rozum, przeciw tobie,
Jeden środek imaj z wiarą,
Koi bole on niezmierne,
To dwa druhy co ci wierne,
Czarna kawa — i cygaro!
(Kiedy furja rozkiełznana
Lwem ognistym ryczy w tobie,
Sceny leśne graj Schumana,
A odnajdziesz pokój w sobie!)

Gdy zbyt słabe środki oba
By ból zdławić od anginy
Bardziej serce, pierś dławiący,
Jeszcze jedna w pomoc próba!
Wcisnąć w kawy głąb, dymiącej
Parę kwaśnych łez cytryny —
A nie będziesz już chorował,
Na świat się przestaniesz żalić,
I nie będziesz potrzebował
Nawet — sobie w łeb wypalić!






Oda do nieskończoności.


Puśćcie mnie! bo na miejscu nigdy nie ustoję!
Puśćcie mnie! jam jest strumień dzikiej góry łona!
Mnie z skał lecieć na skały, piorun ma korona!
Puśćcie mnie! Ja się tylko odpoczynku boję!...
Niechaj zgrzybiały karzeł pełza w mrówczym trudzie,
Ja śnię że są anioły! że są jeszcze: ludzie!..
Puśćcie mnie! Bo pozrywam te przeklęte łany
Któremim już za długo od was okiełzany!
Krępować zbrodnią, skrzydła sokolego ducha!...
Gnać naprzód, rwać się, pienić, oto życie moje!
Z krawędzi skał w otchłanie strącić się nie zlęknę
Byle tęczę dał pianom ten co grzmotu słucha!...
Sto razy jako serce potrzaskane pęknę
I sto razy znów fale jak struny nastroję,
Przed aniołem boleści w mej drodze uklęknę,
Przepłynę między kwiaty, miasta, i miast gruzy,
Pozrywam wasze tamy i przesadzę szluzy!
Tak mi rumaku z skrzydłami, bez końca
Z gwiazd na gwiazdy i z nowych słońc na nowe słońca!...
Aż wpadnę w ten Ocean! co nieba zwierciadłem
Burzą i ciszą razem jest w nieskończoności!..

Puśćcie mnie! bo jak strumień duch mój w samotności
Pędzi, woła, grzmi, płacze ku całej ludzkości —
Miłością tajemnice miłości odgadłem!
Ideał mą pogonią z jednem hasłem bratniem —
Bóg jego pierwszym słowem — a Polska ostatniem!..
Koniec mego ducha jest — w nieskończoności!...

1868.






Na wieniec.


O bracia! za tę pamiątkę wam dzięki
Liściem ocieniać będzie mnie do końca,
Pod każdym skryty jeden cierń maleńki,
Widzialny tylko rannym oczom słońca!
Wieczór ten wspomnę, w wieczór mego życia
Spowiję serce w najtkliwsze spowicia,
Pamiątko rzewna! droga! pieśnią cię zdobyłem,
Tobą chcę być pokorny! tak jak hardy byłem!.

(Lwów, 20. Listop. 187 .)






U zdroju Lety.
WIERSZ DO ELPIS MELENY.[15] [16]

Ze zdroju Lety do mego puharu
Dolej mi Muzo! to nakształt nektaru,
Zapomnę przeszłość — co urną popiołu,
Choć się z wulkanów i gromów pospołu
Rodziła z rykiem — boleści godziną,
Choć było wielką uczucia lawiną!..
Zapomnę przyjaźń z jej tęczową szatą,
Zapomnę miłość jak motyl skrzydlatą,
I wszystkiej sławy papuzie próżności,
I spopielałe ruiny wielkości,
I sny o chwale i nieśmiertelności!..
Zapomnę wszystkie imiona mych wrogów,
I tych przyjaciół z sercem połowicznem,
I połowicznych dziś domowych bogów,
I wrażeń tęczę z blaskiem tak rozlicznym,
I wszystkie węże co rodzą zawiści,
Fałsze, obłudy, zdrady, nienawiści —
Zapomnę nawet że kochałem ludzi,
Że mi wspomnienie, zapomnienie budzi —

Zapomnę nawet obojętność samą
Co stoi blada przed nicości bramą,
Zapomnę wszystkie dłoni mych uściski,
Powaby piękna i zapału błyski,
Nawet zapomnę — samo zapomnienie!
Ja com rzekł ongi: łatwe przebaczenie
Lecz zapomnienie trudne! o! zapomnę
Wszystko! i pamięć przyszłości w potomne
Bałwany czasu chciałbym rzucić z sobą
Przepaść z przyszłością własną — i żałobą!
Radbym to dobre wspominać ze łzami
Które mi człowiek uczynił!.., lecz smętnie
Czuję że niemam co!.. a więc falami
Wspomnienie złego niech spłynie namiętnie!
Zabędę wszelkich namiętności żary,
Łez drogie perły — uśmiechów oblicze,
Wszelkich rozkoszy zwodnicze nektary,
Młodzieńcze szały — modlitwy dziewicze
I natchnień pierwszych łzawe błyskawice!..
A nawet, nawet tę u Psychy łona
Lilię strojniejszą nad blask Salomona!..
Wszystko zagrzebię w falach zapomnienia,
Podepczę — rzucę w piołunów nasienia,
Ach! tylko jedno!... i u Lety zdroja
Jedno w przepaściach pamięci nie zginie,
Żeś ty w niewoli o ojczyzno moja!..
I że co święte w rzekach twoich płynie,
I że co przyszłe w twoich spi mogiłach,
Że Prometeja rozkuć — w twoich siłach!..

To jedno tylko, o Elpis Meleno!
Tobie zostawiam w pamięci wspomnienie,
Bo nieśmiertelne mej Polski istnienie
I w niem ludzkości całej — wypełnienie!..
Lete! płyń z bladą w twej fali Seleną,
Lete! szum dalej z dzikich skał na skały,
Dość — że człowieka łzy w tobie zostały!
Mnie w zapomnienia falach twych zaginąć,
Zapomnian chcę być — i z ludźmi się minąć!..
Lete! wylewam na tej samej skale
Spieniony puhar! miotam w morza fale,
Niech wszystko inne zginie w mem wspomnieniu,
Z ojczyzną w jednym gorzeć mi płomieniu!
Byłem w akordzie złotych arf miliona
Głuszonym grzmotem zwątpień i nadziei
Czuł duchem, wolne przyszłości plemiona
Co same wstając z wiekowej kolei,
Siebie podniosą! a podnosząc siebie
Boże mój! ludzkość przybliżą — do Ciebie!






Czarna róża.
(SPOWIEDŹ MORZU).

Białą ty byłaś różo mojej duszy
Dziś czarną miotam w otchłań Oceanu,
U stóp mych fala dziką falę głuszy
Wspomina tony znane życia ranu,
Uczucia drogie, razem, i przeklęte!...
Które się palą wulkanem serdecznym
I grzmią w pamięci jak wyrocznie święte
W świątyni wspomnień płoną zniczem wiecznym!
Dokąd na czole przez nas uwielbianem
Płonie ta gwiazda, której święte lśnienie
Tęczą łez naszych!... Co wraca natchnienie,
Której blask co dnia z radością witanym,
Zgina kolana, życiu przewodniczy!
Dla niej się ofiar — mąk — ni łez — nie liczy — —
Lecz kiedy gaśnie ta gwiazda na czole
I poczujemy, że była odbiciem
Tych ideałów co stwarzamy życiem
Drugich w nie strojąc jako w aureolę
By móc uklęknąć przed ich bóstwa chwałą...,
A! gdy czujemy, że świętością całą
Był ten ideał, cośmy dali tylko

Co na dnie serca tam nie spoczął chwilką,
O! wtedy pęka słoneczne sklepienie
Którem okryło ich nasze natchnienie
I z bolem, którym Tytany konały
Czujem, że wprost się wali gmach wspaniały
I dusza wdowia a kamieniejąca,
Jak czarna róża na grobach kwitnąca
Tak smutna — że się od doby do doby
Od niej już nawet, zasmucają... groby!
Od nich smętnieje i lutnia wisząca
W warkoczach wierzby o jutrzni łkająca
Czując, że uczuć tych smutne istnienie
Jest jak fal morskich znikome pierścienie
Co od przeciwnych rozpędzone brzegów
Ku sobie pędzą pełne utęsknienia,
Pełne zachwytu — szału — upojenia! —
A gdy w uścisku szalonym wezbrane
W górę się wzniosą, jak góry, z pod śniegów
Piętrzące czoła, łunami odziane
Ha! wtedy widzę w piorunowym błysku
Że się spotkały by się tu zjednoczyć
I razem skonać!.. w niebieskim uścisku! —
A potem wieki po morzach się włóczyć
O każdą skałę pękać milion razy,
Płakać gwiazdami, uśmiechać się słońcu
Kołysząc w głębi swojej — same płazy!...
I pytać tęczy, co po końców końcu?
O! wtedy życie mi otchłanią puszczy
Samotny błądzę śród szkieletów tłuszczy
A wspomnień róże czarne, smutnej doby

Kwitnieniem nawet — zasmucają groby...
I twarz ukryłem w drżące pracą dłonie
Czemuż i duszy z łzami nie wyronię! —
I czemu w końcu sucha już źrenica,
Bez łzy, choć nieraz łzę im, dłoń otarła!
Czy przeto żmija kwiat bujny przeżarła
Że łuna piekieł, miłości przyświeca? —
Piekłem miłości! byłoś serce młode!
Dziś — pęknij lutnią strzaskaną o skały
Niechaj Cię morza wspominają wały
Lecz żaden z ludzi!.., Wróć orlą swobodę....
Ty! coś mnie orłem stworzył — na męczarnie,
Niech zapomnienia ramię mnie przygarnie!...

(Parteuope 1870).[17]






Wstęp do poematu.

Kiedy na śnieżnych gruzach Akropolu
Spocząłem znużon po długiej żegludze
Patrząc po morza uciszonej smudze,
Za ideałem pełen zgrozy, bolu — —
Pierś ma wzdymała się jak fala drżąca
Mórz kołysanych, w pocałunkach słońca…

I za mną świecił Hymet pszczołobrzęki
W łun aureolach drżał Parnas świetlany
I Helikonu zbłękitnione wdzięki
Odziały Kyteron w różach odziany!...
A złote fale od stóp Salaminy
Szły rozmodlone do kolumn Eginy....

I o ich stopy konając bryzgały
Snieżnemi perły — śród oliwnych gajów;
W cichym wąwozie harmonia ruczajów —
Calirroe!... dziś, strumyk tak mały,
Nad Maratonu Pantelikon wzbity
Czoło z marmuru niósł w niebios błękity! —


Dołem sterczały korynckie kolumny
Rytmiczne! Z Zeusa olbrzymiej świątyni!...
I Lizikrata grób co sterczy dumny
Pnyx! Demostenes wymowną Cię czyni!...
W oliwnych gajach tam!! szkoła Platona!...
Więzienie Sokrata! Parnasu łóna!!...

Porwałem bryłę śnieżnego marmuru
Co w wiekach złocą słoneczne promienie,
I zawołałem z orłami do chóru
Choć krzyk mój spłoszył ich… pierzchły w przestrzenie.
O bóstwa w gruzach przez ducha stworzone!...
Raz żywe — czyście na zawsze uspione!?...

I położywszy bryłę na mem łonie
Na wznak runąłem w błękity wpatrzony
I zdało mi się, że po Partenonie
Niki Aptery płynie jęk stłumiony
Któremu chórem, smętne Homerydy!
Erechtejonu wtórzą Karjatydy!...

I w żalu, który po piękności bóstwach
Ryczał z mej lutni, kwiatek mnie pocieszył

Co drżał błękitny na marmurów mnóstwach
Żem zdziwiony ku niemu pospieszył...
O Izabello! tyś tym kwiatkiem była
Od Ciebie pocznę pieśń co jak mogiła
Achilla .............






List do B. Z.

Bratku mój ciemny i pod rosą zgięty
W błękity jasne wpatrzony,
Z łzy dziecka, z piosnki skowronka poczęty
I gwiazdce gdzieś zaślubiony....
Bratku mój ciemny, twe listki bym zrywał
I szeptał: — kocha — nie kocha —
Z twą wonią pieśni o! moje bym zwiewał
I myśl mą — kiedy nie płocha…

Ciebie nie zamknę ja w księgę pamięci
Bo byś tchnąć między kartkami się żalił
Ni na wulkanach miłości uświęci
Cię serce — bo byś mi się marnie spalił...
Ale do Ciebie przyjaźni ja pszczołę
Co rana poszlę z piosenką po miody,
One mi wrócą me chwile wesołe
Wrócą rozkosze sokolej swobody...,
Kiedyś! gdy Psyche swe skrzydła tęczowe
Rozwinie — rzuci świat jej wstrętny tyle,
Wróci całować Cię w noce majowe
Bratku, kwitnący na mojej mogile....






Z szkiców nocnych.

Zdało mi się w nocne chwile
Żem w zielonej spał mogile,
Cicho — lekko — sniłem rzewnie
W koło było mi tak spiewnie —
Prześnione i przebolałe,
Wielkie, małe, czarne, białe,
Zdało mi się w wiosny chwile
Żem w zielonej śnił mogile.
Ponademną las coś gwarzył,
Kwiaty we łzach rozmodlone,
Nademną się orzeł ważył —
Siadł — i rzekł: coś śnił — spełnione!...
W górze nad drzew konarami
Po nad puchy gajów gwarnych
Spłynął księżyc w kwefach czarnych,
Które rozdarł promieniami
I ozłocił śród błękitu,
Jak kapłanki lampa złota
Co dochodzi już do szczytu
I uderzy w świątyń wrota...

Czemu mi tak dobrze było
Pod darniową snów mogiłą
Tak anielsko — I tak sielsko
Tak dziecinnie — I niewinnie —
Ach! bo ludzi tam nie było….






List Do.


Gdy ranek życia nie był zbyt jasny
A wieczór dymią pochodnie,
Szczęściem trza nazwać i kącik własny
Gdzie można — płakać swobodnie…
Gdy zmilkną gromy, a chmurne nieba
Serce już o nic nie prosi,
Szczęściem łzę cichą nazwać potrzeba
Co w północ… ulgę przynosi —  —
Gdy nic już w głuchej duszy nie dzwoni
Jak w puszczy po życia próbie,
To bądź szczęśliwa kwitnąc w ustroniu
Jak cichy kwiatek — na grobie!






Na kwiatach śni czarnobrewa.[18]
(wiersz do muzyki).


Na kwiatach śni czarnobrewa
Anielskich czarów sny —
Nad nią gdzieś ptaszę śpiewa,
W łzach wonne kwitną bzy….
Nad nią lutnią Eola
Po nad łąki i pola
Żałośny wieje ton,
Gdzie on!? gdzie on!?

A jej się śni mazurek,
Jak z lubym idzie w tan
I dał jej pereł sznurek
Jej serca, drogi Pan…
I śni jej się w kościele
Że z lubym bierze ślub,
W koło ludzi tak wiele,
Ojcu się chyli do stóp…


Błogosławi ojciec siwy —
Skłania się matce sędziwej —
Światła — kwiaty — dzwon —
Gdzie on!? gdzie on!?
I pękł jej pereł sznurek
Skończony właśnie ślub,
Przed nią się rozwarł — grób!!!
Lecz w dali brzmi mazurek….
Babuni znany ton!
Znów niza pereł sznurek,
Gdzie on!? gdzie on!?


∗             ∗

A jemu pod dębami
Tam między ułanami
Krucy grzebią grób….
A jej brzmi z organami
Skończony właśnie ślub….
Dzwoni dzwon! gdzie on?
Gdzie on?
Leży pod dębem od gromu
Strzaskanym!
Bez druhów — matki — domu —
Nieznajomy nikomu….
Z czołem krwią zbryzganem….
Z sztandarem w ręku — dotrzymanym!!
A ojczyzna cała
Mówi: Chwała!!!






Pamięci dziennika „Świt”.


Jak gwiazda w jasnych lazurach
Z tych co się nad ranem palą,
Jak źródło ukryte w górach,
Czystą płynąłeś ty falą…
Jak lampa w ręku dziewicy
Co szła witać oblubieńca
Rozświecałeś mrok świetlicy
Ognistego wzorem wieńca...
Lecz dziewica się zdrzemała
I lampie — zagasnąć dała!


Lwów 1872.






Autorowi dramatu
Gwiazda Syberyi


O smutny piewco polskiego narodu
Nie dość poczczony dziś! tyś nieśmiertelny!
Nie arystarchów o twego rapsodu
Treść pytaj, nadto on nieskazitelny
By go sądami nie skazili — ludzie!
Ale płaczącej wczoraj całej sali
Pytaj — co w sercach swoich odczuwali!...
Ty nie wiesz sam, o twoich natchnień cudzie!
Jak ten twój starzec co nie wie, że ślepy,
Tak dramat Polski, nie wie, że widomy!...
Choć jest wyrostkiem — więc mu roztwórz sklepy
Ciemne — gdzie dotąd został nieznajomy…
Co do mnie, nie wiem jakie czyje sądy,
Lecz twoja gwiazda śród piekieł Caratu,
Zda mi się wróżyć niedalekie lądy
O ty — Kolumbie! Polskiego dramatu!...

(Lwów 14. X. 1872).





br />
Ustęp ze wstępu do powieści
„ANGIOLINA”.


Sen miałem dziki, który mnie utrudził,
Obym się po nim raczej nie obudził,
Bo nie tak czarne Solos wczoraj skały
Widziałem — zkąd mi Styxu piany grały…
Sen miałem Izo! dziwnem ja pachole!
Sen dziki — jako twe oczy sokole,
W które nim spojrzę jeszcze raz ostatni
Powiem — i dam ci dłoni uścisk bratni —
Słuchajże dziecko. . i do mnie się drżąca
Przytul — Patrz! w morze zapada twarz słońca!..
Gór Akarnanji błękitne się czoła
Zbliżają… echo Patrasu ich woda…
Ku nim Kalawryty brzęczą strumyki
Ku nim Wosticy tam pieją słowiki
Od Kalidromu Kleftów samopały
Huczą — i echa w jaskiniach skonały…
Sen miałem Izo! o nie taki rzewny
Jak ten krajobraz!... i nieco mniej spiewny,

Sen dziki Izo!... —

∗             ∗

Burza mi się śniła
Rozobrożona wichry rozpętała
Jak gdyby piekłem w niebo grzmotnąć chciała!
I łódź mą w skałę cisnąwszy —  — rozbiła! —
Ha! i przepadłem w głębinach bez końca,
Gdzie przez zieloność mórz bezdennych fali
Ledwie docisnąć mógł się promień słońca
Na moje łoże z muszel i korali…
Na złotym piasku, na mchu co usłany
Rękami Syren, byłem kołysany,
W koło mnie śnieżną gerlandą otoczą,
W ramion alabastr splątane kołują,
Długie warkocze po falach się włóczą
Zimnemi usty z pieśnią mnie całują…
Czemu nie zbudzisz się senny młodzieńcze!...
Tu mamy spiewy, perły, tany, wieńce,
Tu nasze usta jak krzewy korali,
Tu nasze konchy pieśń grają do koła…
— O! zimne usta wasze, choć różane
Mniej zimne niż tych, którzy mnie kochali…
I jedna z Syren z Hekaty płomieniem
Wzięła mnie, niesie z dzikiem uniesieniem
Na wierzch fal morskich znowu mnie wyniosła
— I była cisza nocna — w pełnem morzu! —

Księżyc grał w falach, i gwiazdy w wód łożu.
Czasem — dochodził daleki plusk wiosła….

∗             ∗

Ujrzawszy znowu niebo moje, głosy
Dziecka krzyknąłem: Przebaczcie niebiosy!!!
Słabym jak dziecko ale kochający
Przebaczcie otom w otchłanie tonący….

∗             ∗

— Jeźli przebaczysz tym, których przekląłeś
To przebaczenie i niebiosy wziąłeś!
Nie!!; nie przebacz!!! bo nadto kochałem!
Nigdy! i w sercu jak lew zaryczałem!...

∗             ∗

Wtedy Syrena w ramiona wężowe
Znów mnie ścisnęła — i zapadła w głębie;
U zimnej piersi jej złożyłem głowę
— I śniłem lat sto!!!

∗             ∗

Czemuż nie wyziębię
Serca co gore?! ...........






Z fraszek
(Z PRZYGÓD WŁÓCZĘGI)


Sniłem nad morzem, przychodziły damy
A ja leżałem jak człowiek pijany
Nie winem, — ale wdziękami natury —
I zły na ludzi, a jak noc ponury….
Przyszła Angielka, chuda, piwnoloka
I wyciągnęła długą perspektywę,
Na zachód słońca patrząca z pod oka
I wykrzywiała usta już dość krzywe….
I odwróciłem się na mem wybrzeżu
I pochowałem się w moim kołnierzu —
I przyszła Niemka, nie spojrzałem na nią,
Francuzka wietrzną przeleciała łanią,
Rzuciła frazes, którego nie czuła
I poleciała… gdzie brzękła szkatuła —
Przyszła Hiszpanka — i spojrzałem na nią
I żal mi było za moją Hiszpanią
Wspomnienia moje chórem zawołały
Grenadę, Burgos, Gnitarri wspomniały….
Ale mi brakło tam tonu jednego,
Pełnego bóstwa, tonu ojczystego…

Nadbiegła Włoszka oczyma mnie pali
Jakby węglami aż mnie…. brali —
Lecz i ta znikła po krótkim spoczynku
I zwiędłą lilię dała w upominku —
Przyszła Greczynka, choć nie taka cudna
Jak †† — ale mniej obłudna!
Lecz źle spiewała… Fides Majerbera,
Więc w sztuce Greka Fides… (niżej zera)…
Nadeszła Polka… cicha, dumająca.
Dumna, po falach tęskny wzrok wiodąca,
Z tamtemi bawić się gdy chcą zabawy,
Tę kochać tylko możesz, jeźliś prawy —
I ukrytemu zanuciła znaną
Pieśń kiedy w duszy bywało tak rano…
Tak jasno — święto! i dłoń mą ujęła
Jak dziecka… z dali łódka nadpłynęła
A głos jej głosem był arfy Eolskiej
Co wspomnień moich wtórzył głos choralny,
Wstąpiły w niebo jak dym całopalny
I odpłynęliśmy razem — do Polski!!!






Z fraszek
(do muzyki).


Jej portret spiewam… gdy na łąkach kwiaty
Czoła schylają bieżącej z uśmiechem,
Jej portret spiewam… gdy włosy i szaty
Wiatr muska gajów wiosennym oddechem —
Jej portret spiewam…. z ptaszkami poranku
Kiedy jej nucą w słońcu bez ustanku…
Jej obraz spiewam, kiedy zbyt szczęśliwa
Ma dusza, duszę jej w tęczę odziewa,
Jej portret spiewam, kiedy za nią gonię,
Kiedy ucieka w skaliste ustronie…
Kiedy ją żegnam… kiedy się spodziewam…
Kiedy całują ją… jej portret spiewam…!






Z fraszek.

(MÓJ PRZYJACIEL MÓWI DO PIĘKNEJ WŁOSZKI.)


Gdybym był perłą na twej szyjce białej
Najprzód bym ścisnął ją — i tak serdecznie
Żeby pękł sznurek… a wtedy bym śmiało
Potoczył na dół i toczył się wiecznie
Póki by miejsca i toczenia stało,
Wreszcie wzgardziwszy nawet blaskiem słońca
Pod twojem sercem zawisłbym do końca…
I tam na zwiadach czy miłujesz jeszcze
Tajemnych uczuć podsłuchałbym dreszcze
I gdybym przeczuł, że kochasz innego,
Znowu bym wrócił na sznurek jedwabny
Aż uduszoną poranka pięknego
Od sznurka, zostałby Cię on powabny…
Lecz gdybym ujrzał żeś martwa i niema,
Że tyle wdzięków na zawsze usnęło…
Wtedy by perłę to uczucie zdjęło
Na jakie słowa i w perłach słów nie ma —
I perła łzą by się stała….
Na twej mogile błyszczała
Od wschodu słońca – do zachodu słońca
I od zachodu, aż do wschodu słońca…
A więc mi lepiej, że perłą nie byłem,

I mnie i tobie dziś się lepiej przyda
Że się nie perłą, lecz chłopcem zrodziłem,
A ty bądź perłą (nie w antykach Żyda…)
Tymczasem podaj mi usta różane,
Otocz mi szyję warkoczem z hebanu
Spal mnie i ożyw! a kiedy ożyję
Precz muszę… muszę —! na łódź Oceanu!...






Z fraszek
(DO CIEKAWEJ).


Kto ten przyjaciel? nie bądź zbyt ciekawa,
Gdybyś spytała Jana z Czarnolasu
Zbyłby Cię fraszką… wszak to dawna sprawa
Że każdy przyjacielem własnym jest śród czasu —






Z fraszek Do**


Nie wierz ślepo mądrym głowom,
Nie wierz pióra gładkim słowom
Bo różnica wielka iście:
Gładko pisać, a żyć czyście. .


(Terni 1869).






Gęś i Orzeł.


Gęś.

Nieużyteczny! który bujasz wiecznie,
Tylko po chmurach uganiasz słonecznie,
Niełaska pływać jako ja po stawie,
Gęgać perory, przekpiwać żurawie,


Orzeł.

A cóż robisz ty pełna utylitaryzmu,
Rasyś pełna, a skłonna do absolutyzmu


Gęś.

Mnie strzec dziś kapitolu jak ongi te gąski
Bo odtąd zjadam w chwale przewyborne kąski,


Orzeł.

Już niema czyjem skrzydłem dziś obmiatać śmieci.


Gęś.

Z kogóż skrzydło po temu najlepsze?


Orzeł (odlatując).

Z waszeci!

(Bolonia 1869).






Z fraszek.
(VENI, VIDI. DO ††)


Bohaterką Pani miła,
Dziś tam byłem —  —
Bo: przyszedłem, zobaczyłem:
— Zwyciężyła —






Epitafium ptasznikowi.


Niech mu będzie pokój wieczny,
Krzyż niech nad nim swe ramiona
Trzyma, a promień słoneczny
Niechaj mu świeci u łona…
I nieprzetom mu przebaczył
Bym żar sypał mu na głowę
Ale by mu Pan Bóg raczył
Zmazać chwile Kaimowe.. —


(Bolonia 1869).






Achmet o Kolibrym.

(Sonet.)

Kolibry a wspomnienie — mniej różna różnica,
Kolibry, jest Sonetem w poezyach natury,
Nieco wziął z barwy tęczy, nieco z rannej chmury,
Z łąk kwiecistych, z motyla, z morza gdy rozświeca
Złote słońce zieloność cichego przestworza…
A wspomnienie?...
Ma także chmur i tęcz kolory,
Parę kwiatów z łąk drogich, gdzie ustronne bory
Wydeptane już ścieżki zarastają —  — z morza
Ma wszystkie głębie, wszystkie burze, tylko ciszy
Nie ma zwykle —  — jest jak koncha, w której słyszy


Ucho, przeszłość tęsknoty pełną, smętnie drżącą…
Wtedy chmurą wspomnienia jak kolibrych stado
Lecą na łąki duszy — a łza twarzą bladą
Płynie...
Lecz Kolibrego weź z twarzą śmiejącą…






Na drodze.


Co ci po mojem życiu robaczek zaszeptał,
Gdybym był równie silny, walkę bym rozumiał, —
Tu go człowiek szlachetny na drodze rozdeptał
I szedł dalej o cnocie rozprawiać — to umiał!
Rodzie gadów zdeptania nie wart ni litości,
Wstecznością jest twój postęp gdy zaparł miłości,
I jeźli obłąkaniem ma być poświęcenie
Nemezą za to będzie — ducha znikczemnienie!






Karton[19][20][21]

POWIEŚĆ Z OSSYANA

PRZEŁOŻYŁ

Ernest Buława.






PAMIĘCI


MIECZYSŁAWA ROMANOWSKIEGO


poświęcił


Tłumacz.


Karton.

Powieść z lat dawnych
Czynów dni ubiegłych —
Szmer fal twych Loro! tę przeszłość mi wskrzesza,
Garlmalar! — lasów twych szum mnie pociesza —
Widzisz Malwino! tam z nad błoń rozległych
Skałę, co hardo wyrasta w niebiosy,
Jak czoło w zmarszczkach lecz wyższe nad losy!
Trzech sosen grzywy u jej bioder trzmielą,
W dół się łagodna ściele połonina,
Od szczytów ryczy spienioną gardzielą
Górski zdrój — szlochem swym przeszłość wspomina,
Śród skalnych kwiatów oset się rozpina... —


∗             ∗

U góry sterczą głazy omszone
Z ziemi wytknęły głowy opylone,
Górski dzik z trwogą te miejsca omija

Bo tam białego ducha cień się wzbija —
Śród skał wąwozu tego o Malwino,
Spią męże, orły!.... które w pieśniach słyną!
Powieść dni dawnych
Czynów lat ubiegłych —
Kto tam przybywa od krain odległych
Otoczon świetnym tysiąców orszakiem?
Słońce mu drogę ściele złotym szlakiem
A od pagórków wiatr zachodniej pory
Z pod hełmu bujne rozwiewa kędziory!..
Twarz odwrócona w tej chwili, od boju
Jest jak wieczorny płomień co w pokoju
Wyjrzał nad Kony cichemi doliny.
Kto on? jeżeli nie syn Komhalowy,
Potężnych czynów król, wyniosłej głowy?....
Wesół po górach wzrok swobodny toczy,
Tysiące głosów budzi Pan uroczy:
«Już wasze łodzie, ziem dalekich syny
«Wylądowały w naszych pól krainy,
«W świetnym przybytku zasiada król świata,
«Zewsząd krzyk szczęścia ludu go dolata:
«Wzrok pałający z orlej wysokości
«Wzniósł — błysnął mieczem swych ojców świetności
«Już wasze łodzie, ziem dalekich syny
«Wylądowały w waszych pól krainy!»
Takiemi słowy usta bardów piały
Kiedy komnaty Selmy powitały, —
Tysiące ognisk gore w pośród ludu
Z dalekich krajów — noc na uczcie spływa.

Gdzie mój szlachetny Klessamor przebywa?
Zawołał znagła Fingal pięknowłosy —
Gdy krzyk radości ulata w niebiosy,
Kędy się Morny smutny brat podziewa?
Chmurne i tęskne przeżył dni w dolinie
Lory wrzawliwej, co weselem słynie,
Lecz patrzcie…. oto z gór schodzi samotny
Jak dzielny rumak w pędzie nieprzelotny
Gdy wpośród wichrów braci swoich pyta,
A powiew wiatru chmurną grzywę chwyta.
Błogosławieństwo chrobrej twojej duszy
O Klessamorze! Jakże dawno z Selmy?
Czy z sławą hetman nasz powraca dzielny?
Klessamor pyta, gdy go wrzawa głuszy —
Taką Komhala w rozgłośnej młodości
Bywała sława —  —  —
„Częstośmy chadzali
W kraj obcych, brzegi Karonowej fali,
A miecze syte krwi w pochwy wracały;
Król świata nie mógł cieszyć się z swej chwały.
Czemuż wspomnienia bitew nie zabyłem!
Włos mój pleśniami wieku posrebrzyłem,
Prawica moja od łuku odwykła,
Lżejszego miecza wymaga dłoń nikła!
O! gdybyż radość w piersi powróciła
Co pierwszej uczty serce napełniła,
Gdy cudzoziemca córę snieżnołoną,
Ujrzałem pierwszy raz cichą spłonioną
Moinę moją, z oczy błękitnemi
Ciemno modremi!...! —

«Powiedz nam dzieje dni twojej młodości!»
Rzekł chrobry Fingal —  —
Czoło Klessamora
Smutek jak chmura co zasępia słońce
Powleka nagle — — «Smutne śród wieczora
I nad brzegami pełne samotności
Szumiącej Lory twe dumy tęskniące;
Podziel się z nami przygodą młodości
I walk młodzieńczych — młodzieńczych miłości!
„Było to w czasach pokoju” rzekł Wielki
Klessamor „wtedy na statku wspaniałym
Do baszt Balkuty dumnych przypływałem,
I dzikie wichry wyły za żaglami,
A czarnołony okręt, piany Kluty
Przyjęły, niosąc gościnnie falami
I w Reutamira gościnie przykuty,
Trzy dni bawiłem ujrzawszy dziewicę
O! córę jego! jasną krasawicę,
Wiosenną życia mego błyskawicę!...
Święto Konch głośno wówczas obchodzono,
I dał mi córę słonecznie spłonioną!
Pierś jej falista jako piana morza
Oczy jak gwiazdy co okwefia zorza,
Włosy jej czarne jako krucze skrzydła
Duch cichy — piękny! nad tęcz malowidła!
Uczucie moje granicy nie znało,
Ze szczęścia serce pierś mi rozrywało!....


∗             ∗

„I przybył cudzy syn rozmiłowany

W Moiny wdziękach — na sali wezbrany
Spiżem głos jego, walecznemi słowy
Brzmiał — często miecza dobywał połowy —
Kędyż jest, mawiał, Komhal ukochany
Wędrowiec, dolin nasz, niezmordowany.
Czy wojsko swoje ku Balkucie sprawia,
Że tak zuchwale Klessamor się stawia?
Wodzu, odparłem z pożarami w łonie,
Własnym płomieniem duch mój tylko płonie
I bez bojaźni cienia, śród tysiąca
Stanę, choć Komhal daleko odemnie.
O cudzoziemcze! straszysz mnie daremnie
Chociem samotny, dłoń do miecza drżąca,
A miecz do dłoni drży, i błysnąć pragnie
Do twej się woli przenigdy nie nagnie!
Więc nie wspominaj daremnie Komhala,
Syna od brzegów kędy mętna fala
Krętej się Kluty wije i przemyka!
Wybuchła wściekłość mego przeciwnika,
Starły się miecze — runął w proch! bez życia.
Nad Klutą jego śmierć zbudziła wycia —  —
Tysiąc oszczepów zabłysło do koła,
Tysiąc nademną! nie ugiąłem czoła!
Przemogła przemoc. W toń Kluty skoczyłem
Na modrej fali — śnieżny żagiel zwiłem.
Przyszła nad brzegi samotna Moina,
Zapłakanemi śledząc mnie oczyma,
Z wichrami chmura szalała jej włosów,
W które tuliła cudną twarz ze łkaniem,
W dali rozpacze, łowiłem, jej głosów

I głosy wrogów grzmiące urąganiem!, .
Częstom kierował żagiel ku tej stronie,
Ale wiatr wschodni spiętrzył fali tonie
I nie ujrzałem już Balkuty, ani
Moiny, mojej ciemnookiej łani!
– Zmarła w Balkucie! —  —
— Ducha jej widziałem —  —
Gdy ciemną nocą w chmurach przelatywał,
Nad szumem Lory — wiała kształtem białym
A fałd jej szaty z światłami się spływał
Jak nów co patrzy przez mgły natłoczone,
Gdy niebo runy chmurnemi przyćmione
I w ciszy na świat lecą płatki białe
A w koło światy chmurne, oniemiałe!!
Potężny Fingal rzekł: Wznieście Bardowie
Pieśniami, chwałę nieszczęsnej Moiny!
Zaklnijcie ducha białego dziewczyny,
Niech w zbłękitnionym, na kwiatach parowie
Spłynie, z cudnemi Morwenu dziewkami
Na nasze wonne kobierce doliny
I niech odpocznie słońca promieniami!. .
Przyszłych rycerzy — chwały przeczuciami!


∗             ∗

Widziałem gród twój, Balkuto wspaniała,
W szmat gruzów szata twoja popadała,
I puste ognie w komnatach szumiały
A głosy ludu na zawsze zniemiały!
Z okna wybłyskał dziki zwierz slepiami

A z gzymsów zielska spadały wieńcami...
Strumienie Kluty w zwaliskach ruiny
Zgubiły łoże — i oset schylony
Buja w zburzonem mieszkaniu Moiny
A w domu ojca jej, cisza dokoła!.... —
Zabrzmijcie pieśnią na dom opuszczony!
Na cudzą ziemię co płakać nie zdoła!....
Oni przed nami dniem pierwej upadli
Po nich upadniem, my, co ziemią władli,
Choć nieśmiertelni chwałą swego czynu —  —
Przecz dźwigasz gmachy, dni przelotnych synu?
Dziś jeszcze z baszt twych poglądasz w doliny
Za lat nie wiele w biegu niepowrotnych
Przepędzi burza — gwizdnie nad ruiny
I po podwórzu na tarczy zbutwiałej
Rdzawo zadzwoni, wicher rozszalały!..
Niechaj z puszcz ciągną gromoskrzydłe burze,
Czy jasna dola, czy ciemna w naturze,
Niech nasza sława za życia się pleni!
Me bitwy będą w kurhanów zieleni
Pomnikiem moim, co przestoi burze!
I gmachu sławy co wzniesie me ramię,
Nie złamie piorun! ani czas nie złamie
Bo w pieśni Bardów jest pomnik mej chwały
Nad wszelkie chwały tej ziemi — wspaniały!
Brzmijcież mi pieśni! dzwońcie konchy białe,
Jeźli ty także o słońce wspaniałe
Takeś znikome, jak Fingala życie,
To nasza sława będzie tu na ziemi,
Chociaż twój promień skona na błękicie!

Taka pieśń brzmiała pod łuki wielkiemi,
Wielki ją Fingal pierśmi olbrzymiemi
Piał — i komnata, komnacie wtórzyła
A jedna arfa mu towarzyszyła
I tysiąc Bardów głowę przychylało
By każde ucho pieśń króla słyszało —
Głos jego dźwięczy brzmiał jak arfy dźwięki
Niesione skrzydłem wiosennej jutrzenki;
Twych pień w pamięci nic mi nie zagłuszy!
Lecz czemuż nie mam, mocy twojej duszy?....
Och! ty sam stoisz w obłoku twej chwały
Ojcze mój!.... Któż się z Selmy królem zrówna?
Tak noc spłynęła, w spiewach co skonały
Aż wstał poranek co cień z światłem równa!....
Wyjrzały czoła sinych gór z oddali
I uśmiechnęła się toń Oceanu
Błękitną smugą — niebieskiemu ranu,
I było widać w dali — w koło skały
Jak fale kładły się, i powstawały...
I zwolna wzniósł się tuman z fal jeziora
I białym starcem po błoni przesuwał
Olbrzymie kształty mglistego potwora
Tak nieruchome jakby snił — choć czuwał —  —
Niesiony duchem, przez wiew południowy —  —  —
Wsunął się w salę Selmy —, i rozpłynął
Się krwawym dżdżem!..
I tylko Fingalowy
Wzrok go zaoczył!... i przeczuł śmierć ludu!
Milcząc na salę wszedł — i miecz co słynął,
Miecz ojca swego, od krwawego trudu

Dawno zdrzewiały — , ujął pancerz rdzawy
Na piersi jego chrzęszczał!
Dzielni męże
Stanęli w koło, wsparci o oręże
I osłupiali wzrok Fingala krwawy
Śledzili bacznie — a w jego obliczu
Odgadli bitwę, na jego oszczepie
Bladą śmierć nieprzyjaciół! na to jedno hasło
Tysiąc tarcz pod tysiącem mieczów dziko wrzasło.
Iskrami błysła wielka Selmy sala
I szczęk oręża tak się rozbrzmiał zdala,
Że mu w dziedzińcu razem odszczeknęły
Sfory psów szarych... I rycerzy zdjęły
Dziwne przeczucia — lecz żaden ni słowa
Nie rzekł — wzrok tylko badawczy zatopił
Kędy Fingala wyrastała głowa,
W niej każdy przyszłych losów hasła tropił
I każden niemo wzniósł miecz do połowy
A po milczeniu brzmiał, głos Fingalowy;
Syny Morwenu!... nie czas konchy wasze
Napełniać trunkiem co zapienił czasze,
Nad nami chmurzy się i sunie wojna,
Już nad głowami wisi śmierć spokojna,
Siwy duch ostrzegł zbyt wcześnie Fingala —
Tam, kędy ciemnych mórz się pieni fala
Płyną przybysze od ciemnej zatoki!
Przeto nad Morwen wstał z fali głębokiej
Duch — wieszcz! na hasło posępnej przygody!
Niech dzidę wzniesie i stary i młody
Miecz niech przypasze i na wszystkich głowach

Niechaj zapłoną szyszaki świąteczne,
Niechaj pancerze zabłysną słoneczne,
Bitwa gromadzi się burzą śród dziczy
Wkrótce grom padnie, śmiech śmierci zaryczy!
I stanął dzielny wódz na wojska czele,
Jak czarna chmura nad płomieni morzem,
Co się objawia nad czarnem przestworzem
Kiedy żeglarze wróżą nawałnicę,
Z trwogą witając ciche błyskawice —
I wyszli razem na dolinę Kony
A śnieżnołonych dziewic wzrok spłoszony
Widzi ich przez łzy — jako bór ruchomy...
I klnąc pogląda na dzikie przestworze
Skąd o brzeg pędzi rozhukane morze —  —
I śnieżne piany spiętrzonych bałwanów
Łudzą ich oczy — czują śmierć młodzianów
I każda pianą fal, za żagiel wzięła
I cicha łza jej — po licu spłynęła —
I po nad morzem ranne słońce wstało
A białych żaglów stado się zbliżało,
Suną — jak białe mgły — piersią łabędzią
Już są!... lądują — pod skały krawędzią
I na ląd pierwszy wyskoczył wódz młody,
Jak młody jeleń rej szlachetnej trzody —  —
Tarcz jego złota — słońcu'ś sprzeciwiała
Króla oszczepów, pysznie, postać śmiała
Stąpa ku Selmie — a za nim tysiące —
Krwawym całunem, drogę ściele słońce!
Tu powstał Fingal — i rzekł do Ullina
Z pieśnią pokoju idź! do mieczów syna,

Powiedz mu żeśmy orłami wśród boju,
Pełne powietrze duchów naszych wrogów,
Żeśmy potężni na kształt gromkich Bogów
Lecz nie mniej sławni, co z nami w pokoju
Przy mem ognisku u spólnej biesiady
Patrzą na zbroję ojców swych na sali,
Że cudzoziemcy wraz je podziwiali
I że dalecy od zwady i zdrady
Błogosławieństwo plemionom Morwenu
Słali, siewając imieniu naszemu
Sławę jak ziarno — że drżeli przed nami
Dalecy króle z wojska swych szeregami!
I poszedł Ullin — Na oszczepie wsparty
W spoczynku Fingal stał — i błogosławił
Cudzego syna co tak dzielnie sprawił
Wojsko we zbrojach po nad brzeg rozwarty
Morza, i mówił: Jak okazałemu
Synowi morza cudnie na wojsk czele!...
Oby mu wieczne świeciło wesele!
Rzekł, lesistego, wielki król, Morwenu —
Miecz twój to promień słońc co budzi wiosnę
Oszczep twój zda się już przerastać sosnę
Co najeźona burzom się urąga!
A księżyc w pełni, co z nad gór nadciąga
Do twojego się nie umył oblicza!
Kędziory twoje niech wicher oblicza!
Ale to drzewo musi runąć ninie
A pamięć jego rozwiana zaginie.
I cudza córa ze szatą rozwianą
Przyjdzie nad morze i wieczór i rano,

I toczyć będzie wzrok po fal przestworzu
A dzieci rzekną: Mamo! tam na morzu
Błysł jakiś okręt! król Balkuty może!
Lecz łzy zapełnią matczyne źrenice
Bo chociaż czeka, czuje że czekany
Leży — Morwenu ziemią przysypany!...
Tak dumał Fingal gdy Kartona lice
Pojrzawszy Ullin, schylił miecz trzy razy
I pieśń pokoju temi piał wyrazy:
«O chodź Kartonie na ucztę Fingala!...
Zamorski gościu! lub miecz wznieś do góry —
W powietrzu wrogów naszych duchów chmury
Drżą — lecz sławniejsza jest przyjaźń Morwenu!
O patrz Kartonie! jako morza fala
Liczne te wzgórki! na nich niezliczone
Kamienie szare, siwym mchem omszone.
Patrz na to pole! one strzegą progów
Kędy spoczęły kości naszych wrogów!
Tych głazów spytaj synu fal spiętrzonych
O moc Fingala!... choć czasem omszonych!...
«Czyżem niedorósł ojców moich zbroi!?
Ty lesistego spiewaku Morwenu!
Zawołał Karton. Czy obliczu memu
Bladość zaznaczona od tej pieśni twojej?
Przecz niepokoisz liczbą tych co legli
Mojego ducha! sławne już me ramię,
Ci co jak orły sławy mojej strzegli
Znają już miecza mego krwawe znamię,
Karton nie ugnie się — chyba się złamie!!!...
Taż jako młokos przez cię postraszony

Mam Fingalowi uderzyć pokłony?
Ja?! mam ustąpić przed wojskiem Fingala,
Mnież biesiadować dziś z synem Komhala
Co ogień wpuścił pod mych ojców dachy —
I płaczem dziewic napełnił ich gmachy?
Te słupy dymu co nad mur wstawały
Pomnę, że dzieckiem mi się podobały,
Z zabawąm patrzał jak bracia pierzchali
Lecz kiedym dorósł — gruzy przemawiały!
Poranek moje pochwycił wspomnienie
A noc nizała łez moich strumienie
Spłakanych na to me upokorzenie!
Jażbym ustąpił, dziś o walki chwili
Gdy wrogów moich dzieci tuż przedemną?
Hej! oszczep w górę! niechaj mi nie kwili
Pieśń twoja Bardzie! będziemy walczyli!
I czuję siłę — co we mnie! i ze mną! —
Lud się wyroił w koło bohatera,
Co z ziemi dobył miecza, i spoziera
Jak słup ognisty!... w tem spadła w płomienie!
Zemsty — łza cicha, Balkuty wspomnienie!
Ale stłumiona podniosła się pycha
Coraz mu ducha pęta — i popycha,
Spojrzał na wzgórek gdzie nasi rycerze
W słońcu złocone wznosili puklerze
Oni mu nieśli w tej chwili — przymierze!
Wzniósł dumny oszczep — pogroził królowi!
«Mamże rzekł Fingal naprzód młodzieńcowi
Zadać cios pierwszy, a razem ostatni
Za nim się wsławi dla drużyny bratniej?

Ale Bard kiedyś przy grobie Kartona
Mógłby rzec, Fingal pokonał tysiące
Nim Kartonowi tchnienie uszło z łona?
O nie! o Bardzie na to jasne słońce
Na włos nie ujmiesz ze sławy Fingala!
Rycerze moi młodzieńca spotkają
A Fingal walce przypatrzy się zdala
Jeźli nad całą ich zwycięży zgrają
Jeźli ich zwalczy — nastąpię na niego
W całej mej sile, jak grzmiący spad Lory!...
Który z rycerzy orszaku mojego
Chce walczyć z synem mórz spienionych? Męże!
Na brzegu morza miecz mój piorunowy
Patrzcie! on dzierży swój oszczep sosnowy!
Naprzód wyskoczył Katull syn Lormana
W całej swej grozie wystąpił na czoło,
Trzydziestu młodych rycerzy w około
Z pokoleń górskich wyrosłych strumieni, —
Za nim ruszyła naprzód dzielna wiara,
Lecz oręż jego pod gromem Kartona
Upadł — i pierzchli jak trzoda spłoszona —
Runął zwalczony — a Karton śród szyków
Ubiegłych jego szukał wojowników
« O Klessamorze! ryknął król Morwenu
Gdzie twej potęgi oszczep pochowałeś
Czyż obojętnie na ten cios patrzałeś
Jak brat od Lory runął?
Biada Jemu!!!
Wstań w blasku stali o druhu Komhala,
Naucz młokosa z Balkuty co może
Ramię pokoleń — Morwenu! niech fala

Mórz imię twoje ryknie Klessamorze!»
Klessamor powstał, i siwe kędziory
Otrząsnął w blaskach stali, blacha tarczy
Już najeżona po pancerzu warczy;
On ją przytwierdził — w dumie swego męztwa
I poszedł w walkę, — na śmierć lub zwycięstwa!
Karton oparty stał na blizkiej skale
I idącemu na się rycerzowi
Przyglądał rzewnie, jego siwej chwale
Co wyglądała z każdego kędziora
Zdał błogosławić się, i sobie mówi:
«Mamże mój oszczep podnieść nań zuchwale,
Oszczep co nigdy nie chybił w mej dłoni?
Lub poczcić mirem zmierzch jego wieczora?
Jak dumny jego wzrok! jaka sędziwość!
Ach! może ongi dla Moiny tkliwość
Gorzała w sercu tem, dzielnym płomieniem?
Może — i jego niegdyś ukochała ona?
Może... wozokotczego, On!? ojcem Kartona?
Dzieją, że mieszkał nad Lory strumieniem!»
Tak dumał młody Karton, pięścią w pierś uderzył,
Gdy natarł, nań Klessamor — i oszczepem zmierzył —
Odparł go tarczą, i rzekł miłościwie:
«O siwobrody mężu! zaż nie macie
Tam młodych orłów coby natarczywie
W bój poszli na mnie, gdy się narażacie?
Czyliż nie wielbi małżonka twych czynów
Czy może płacze nad grobami synów? —
Czyżeś nie mężów mężem! co bard powie?
Gdybyś z mej ręki padł? biada mej głowie!

I sławie mojej!»
«Nad Morwenu szczyty
Wzrosłaby synu pychy niepożytej!»
Odrzekł Klessamor «Słynąłem ja w boju
Lecz nigdy nie znał wróg mego imienia!
O synu fali! poddaj się w pokoju
A poznasz ilu kurhanów szum, głosi
Miecza mojego sławę, i imienia!
Po ilu polach wicher ją roznosi!...
«Lecz ja» rzekł Karton «nigdy mego kroku
Wstecz nie stawiłem, o oszczepów królu!
W bitwach dotrwałem, i śród skonu bolu
Witałem sławę moją w krwi obłoku
Wyciągającą ramię ku wieczności!
O! nie lekceważ lat mojej młodości
Wróć do twych braci, wyszlij twych mołojców!
«Przecz ranisz duszę mą! na prochy ojców»
Ryknął Klessamor ze łzami goryczy —
«Wszak ma prawica nie drży i dość dzielna
By dzierżyć mogła miecz, co szczerby liczy!...
Maż mi Fingala chwała nieśmiertelna
Być świadkiem hańby, mnie com go ukochał?
O! nie — nie będę na mą starość szlochał!
W górę z twą dzidą! kroku nieustąpię!
Broń się! bo krwi twej iście nie poskąpię!
Wpadli na siebie jak dwa uragany
Morskie, nad które spiętrzyła się fala!...
Do swego miecza Karton rozegrzany
Modlił się aby w walce chybiał ciosu,
On czuł piekielnie, że szyderstwem losu

Ten z którym w walce krwawej się przewala
Bywał Moiny niegdyś oblubieńcem —
Skruszył mu oszczep — wydarł miecz iskrzący
Lecz starzec w walce ostatniej z młodzieńcem
Bok jego nagi dostrzegł — ojców swych kindżału
Dobył i zadał cios śmiertelny ciału!
I dostrzegł Fingal że Klassamor pada
Zatrząsł swą zbroją — wojsko patrzy — biada!
Jak szum burz dziki co wąwozem chodzi
Przed którym łowiec w pieczary ucieka
W której za chwilę przepadnie — kto brodzi,
Tak on popędził — Karton wryty stoi,
Bokiem lunęła krew — spływa po zbroi —
Żądza mu sławy szarpnęła trzewiami
Ale twarz jego zbielała — włosami
Rozburzonemi wiał wiatr! szyszak zsunął
Się — padło ciało — ale duch — nie runął!
Fingal nad krwawym młodzieńcem miecz wstrzymał
Złóż miecz! o królu mieczów! rzekł Komhala
Syn arcydzielny, chrobrześ miecz ten imał
I jak daleko pójdzie czasów fala
Sława się twoja zaćmić tu nie zdoła!
Czyś ty Wszechwładny król? Karton zapytał
Czyś ty piorunem śmierci co dokoła
Przeraża synów ziemi?» i zazgrzytał:
«Przecz Kartonowi pytać? on strumieniem
Gór swoich! w pędzie gwałtowny do końca!
On brat niebieskich orłów — posłów słońca!»
O! gdybym z królem był walczył choć chwilę!
Miałbym w skonaniu sławy! szczęścia tyle!...

I siadłszy łowiec na moim kamieniu
Rzekłby — on walczył ze gromkim Fingalem
Lecz Karton kona nieznany w cierpieniu
Strwonił swe siły w zapasach z miernością!...»
«O nie! nie umrzesz! krwi twojej koralem
Czerwienieć będziesz się w sławie z wiecznością!»
Rzekł lesistego Morwenu z rzewnością
Król pochylony: Mam bardów bez końca!
Oni podniosą cię na tarczy słońca
I na ich pieśni ramionach twa dzielność
Powieje w wieki — w sławę — w nieśmiertelność!
Dzieci pokoleń imię twe wysławią
Pamięć twą — ducha utrwaloną mocą!
Łowiec wędrowny co spocznie na błoni
Gdy wicher gwiznie, wzniesie wzrok na skałę
Gdzie Karton upadł, cichą łzę uroni
Której nie otrze! i memu synowi
Okaże miejsce gdzie bohaterowie
Walczyli: “Rzeknie, tutaj król Balkuty
Walczył — jak siła strumieni tysiąca!
I rozjaśniała się twarz konająca
Młodzieńca – jako w zachodzie twarz słońca.
Wzrok pełen śmierci wzniósł ku Fingalowi
I miecz swój oddał Morwenu królowi,
By po Balkuty królu go zachował
Na salach swoich, czasem pożałował!!...
Umilkł szczęk broni — łzawym korowodem
Już pieśń pokoju zapiali bardowie,
Przy konającym stanęli wodzowie
I słowa jego łowili szlochając,

Głowy na silnych oszczepach wspierając
Śledzili życia w bohaterze młodym....
Powoli mówił blady syn Balkuty
I wiatrem wzdychał jego płowy włos,
Smutny i miły jak pieśń drżącej nóty —
Spadał i konał jego rzewny głos...
„Królu Morwenu w połowie mej drogi
Padam! ostatni z rodu Reutamira —
Niewiem przecz los ten zdziałały mi Bogi!
Obcy grób w cudzej skryje mnie dąbrowie,
Żałość już grodem Balkuty wyziera
A Kratma gniazdem żalu się nazowie!
Lecz tam!... —
Nad brzegiem Lory ukochanej
Tam, nad zielonym! gdzie prężę ramiona,
Wznieście mogiłę popiołom Kartona —
Tam śpią ojcowie przy fali wezbranej
Morza, co pieje o brzegi ich sławę!
Może Moiny kochanek tam łzawe
Podniesie oczy ku niebu srogiemu
Co Kartonowi zajrzało młodemu
Sławy młodzieńczej! orlego polotu,
Boby się wzniosła do słońc kołowrotu!..
I zanim orzeł na grobie zakracze
Może Moiny mąż syna opłacze!”
Jak grot te słowa w sercu Klessamora
Utkwiły — dziko padł na syna zwłoki
I z oczu łez mu lunęły potoki
Dziksze niż wiosny ma, rozmarzła pora —  —
Rycerze wkoło jakby skamieniali

Bez tchu — i wryci — jak posągi stali —  —
I martwa cisza zapadła dokoła
Że słychać w dali jak z głazów na głazy
Szarpie się Lora na spienione jazy
I szumiąc dziko na syna mórz woła!.. —
I noc zapadła nad polem żałoby
Wstał z nad Morwenu księżyc zachmurzony
A oni jeszcze śród północnej doby
Stali, i stali — jak las najeżony
Którego głowa na Gormalu wstaje
Gdy milkną burze posępnej jesieni
A dziki jeleń śród wzgórzów przestrzeni
Cicho się pasie w mgłach miesięcznej nocy.

∗             ∗

Trzy dni płakały Fingalowe kraje
Kartona co padł młodo w ducha mocy!...
A dnia czwartego ojciec siwobrody
Poszedł — w kraj śmierci, szukać gdzie syn młody?
Leżą obydwa pod dzikiemi skały
Pośród płaszczyzny, gdzie słychać mórz wały
A nad grobami ich, czuwa duch biały!..,
Często tam błądzi cichy cień Moiny —
Gdy promień słońca skona śród szczeliny
Wtedy się sunie śród cichych ciemności
Jasna — a ubiór jej, jest z cudzych włości!..
Fingal zachmurzył po Kartonie czoło,
Kazał go bardom ubóstwiać pieśniami,
A dzień jesieni oznaczać świętami!

I piano o nim często — i w około!...


∗             ∗

«Kto tam przybywa z Oceanu fali
Jak ciemna chmura z wichrami jesieni?
Wzrok jego źródłem piorunów się pali
A postać cienie wlecze po przestrzeni!
W ręce co na powietrze wyciągnięta
Drży śmierć — co go mści! na wrogach zawzięta!
Kto tam po błoniach Lory szumi z dali
Kto po tych chmurnych przesuwa krainach?
Jeźli nie mieczów król! po swych dziedzinach?...
Kędy on walczy, lud jak las upada —
Równy duchowi Morwenu — co włada!...
Ale dziś leży na błoniu samotnem
Dąb olbrzym!... wichrów siłą powalony
Runął wydarty i wykorzeniony!
Kona listkami za dniem niepowrotnym!
Kiedyż się ockniesz Balkuty wesele!
Kartonie! Kiedyż staniesz na ich czele!...
Kto tam jak chmura posępnej jesieni
Szumi — od morza gwałtownej przestrzeni?..,
Tak piały bardy! —  —
Często głos Ossyana
Z nimi się łączył — z wieczora i rana
Po nim do końca smętna dusza moja!
Bo tak młodzieńczo pękła jego zbroja!
A kędyż grób twój chrobry Klessamorze?
Kto ci z wichrami ściele zimne łoże?

Czy młody Karton zabył swojej rany?
Czy płynie z tobą po chmurach, zjednany?
Już czuję słońce!...


∗             ∗

Prowadź mnie Malwino!
Wiedź na spoczynek — może w snach przypłyną
Ku mnie ich duchy — o! tak — gdzieś daleko
Słyszę ich ciche głosy w mgłach się wleką —
Promień rozkoszą drży, z ciemności łona
Że to on! świeci nad grobem Kartona!
A ciepło jego czuję tu — w około! — [22]
O ty! co jasne w górze toczysz czoło
Krągłe jak tarcza mych ojców — o! słońce!
Zkąd płyną światła strugi nieprzebrane?
Wstajesz — pięknością bez miary odziane
W niebie się tulą drżących gwiazd gromady,
W falach zachodu przepada nów blady...
A ty samotnie błądzisz w dróg przestrzenie!
Lecz któż podzieli z tobą to błądzenie?
Runie dębów bór
Na wiszarach gór
Z wiekiem runą góry
W przestworzach natury
Oceanu fale
Spiętrzą się i runą
Ale

Ty, wiecznie jasną radujesz się łuną!..
A kiedy burza przyćmi ziemi lice,
Toczą się grzmoty, leją błyskawice
Wyjrzysz z obłoku co świat cały chmurzy
I twą pięknością śmiejesz się do burzy.
Lecz Ossyanowym o! próżno źrenicom
Uśmiechasz ty się! bo Ossyan twym licom
Przenigdy już nie spojrzy oko w oko!
Czy z wschodu wzlatasz nad ziemią wysoko,
Czy toniesz w drżącej zachodu granicy —
Bo zgasła światłość w Ossyana źrenicy!
Lecz i tyś może jak ja — i ty słońce
Początki lat twych może mają końce,
I zaśniesz kiedyś w chmur grobowym wianku
Głuche na lube odgłosy poranku
A więc się wesel siłą twej młodości
Bo gorzką, chmurną, jest dola starości
Jak ten księżyca bieg zimny, ponury.
Co się przedziera w połamane chmury
I mgły rozświeca po wzgórzach zwieszone
A od północy wichry rozpędzone
Po błoniach gwiżdżą zagnane w manowiec,
Gdy śród swej drogi drży błędny wędrowiec!

Koniec Kartona.
USTĘP Z POWIEŚCI OSSYANA

„Kalton i Kolmal

przełożył Ernest Buława.

(OPOWIADANIE OSSYANA).

Fingal z łowów powrócił — pod swych sal sklepienie
I zastał dwóch młodzieńców! przybyszów z krainy
Obcej, a byli piękni, jako dwa promienie,
W komnacie Konch, wygnania zasmucone syny,
Błagalnicy Fingala serdecznej gościny...
Król wysłuchał ich losów dzieje — i dokoła
Spojrzał. Tysiąc rycerzy wzniosło boju hasło,
Wojny z Teutą! krzyknęli, kiedy słońce gasło.
Do świtu powróciłem z gór lotem sokoła,
Szczęście walki, tak pierś mą hardo unosiło
Że oszczep drżał mi w dłoni, serce w pancerz biło
A król przed czołem wojska, rzekł do Ossyana
„Weź oszczep Fingalowy, synu mojej siły
Pójdź kędy szumi Teuty fala rozhukana
Wybaw wozokotczego Kolmara, mój miły!

Niech przed tobą twa sława jak powiew łagodny
Leci, by dusza moja, jaśniała radością
Żeś w bitwie i w pokoju syn mój nieodrodny,
Co ród ojców swą własną odnowi świetnością!...
Ossyanie mój, śród boju bywaj nawałnicą,
Lecz, dla zwyciężonego bądź mi gołębicą!
Tak wzrosła moja sława z wszelakiego czynu
Bywajże mi rycerzem Selmy, o mój synu!...
Kiedy pyszny przekracza sal moich podwoje
Gardzę nim! i nie raczy znać go oko moje!
I nad nieszczęśliwymi miecz mój nakształt słońca
Czuwa — a słabszych będzie bronił aż do końca!”
Podniesion słowy króla wdziałem wdzięczną zbroję
Przy mnie Diaran i Dargo król oszczepów stali,
Trzystu młodych przy boku mym, ruszyło z sali
I cudni cudzoziemcy dwaj, z nami na boje —
Słysząc zgiełk naszych kroków Duntalmo zuchwały
Zgromadził siłę Teuty w szyk boju — wspaniały —
I na wzgórzu swe wojsko sprawił, stał na czele,
Byli jak skały, które pioruny mściciele
Zgruchoczą — a ich drzewa obdarte, złamane
Schylą się nad doliny powodzią zalane —  —  —
Między nami szumiała
Teuta okazała
Wijąc się wężem z głazów na głazy leciała!
Do Duntalma wysłałem barda, by na błoniu
Walkę mu zapowiedział. Uśmiechnął się hardo
Urągał mi z ponurą pychą — i ze wzgardą!...
Ruchliwe jego wojsko mrowiem się mąciło
Jak chmura burz ziejąca ogniem na gór szczytach

Której każdy bok ciemność czochra na błękitach
I nad brzeg mętnej Teuty kędy wojsko było
Przyniesiono Kolmara, powrozów tysiącem
Skrępowanego, smutny był, lecz okazały
Na nas poglądał okiem od zemsty płonącem
Ale fale nas rzeki rwiącej rozdzielały. —
Przypadł podły Duntalmo z obliczem poczwary
I zhańbionym orężem przeszył bok ofiary —
Padł Kolmar — i ostatnie słyszeliśmy jęki —
W strumień rzucił się Kalton miecz u jego ręki
Wrósł w pięści, żądzą zemsty. Za nim w nurt skoczyłem
I padło pod mym mieczem Teuty pokolenie —
Noc zapadła —
Duntalmo szedł w borów przestrzenie
I na skale chciał spocząć, ale wczasem miłym
I na chwilę niespoczął — bo nim żądza wściekła
Ku Kaltonowi wrzała, gorętsza od piekła!...
Ale Kalton stał w smutku, i płakał Kolmara
Kolmara co padł młodo, zanim jego sława
Wznieść się mogła i błysnąć. I pieśń ludów stara,
Pieśń żałoby zabrzmiała, w bojach starodawna
Którą nucić kazałem, by pocieszyć brata!
Ale on nieruchomy — nieporuszon spiewem
Padł o ziem!... Zadławiła głos jego ta strata!...
Przy nim oczy Kolmali zachodziły łzami
Czuła, że ojciec, albo kochanek jej zginie
I nocą zaszła dusza nieszczęsnej dziewczynie.
Noc mijała — i cisza była nad polami,
Sen jeszcze oczy wojska przywierał znużone

A duch Kaltona ucichł — jak uspokojone
Morze wielkiej boleści!... Napół zawarł oczy
Ale słyszał szum Teuty huczącej z uboczy
I przyszedł doń zdaleka duch Kolmara blady
I wskazując swe rany nad nim się pochylił,
I szeptał: „Syn Ratmora spi, jak w dzień biesiady
Gdy brat jego tam leży — ! czy pójdziem na łowy?!.
Może ciemno-śniadego jelenia, co zmylił
Tropy psów pogonimy? Kolmar zapomniany
Nie był — aż padł śród cichej kędy spi, dąbrowy!
Aż śmierć mu zagoiła tak boleśne rany!
Blady ja śpię nad Lory śniademi skałami
Wstań Kaltonie! już ranek ściga noc światłami
Przebudzi się Duntalmo — pierwsze jego słowo
Będzie urągowiskiem nad Kolmara głową!“
I znikł w burzy — a Kalton nagle przebudzony
Kroki odchodzącego czuł — w głębi wzburzony
Zerwał się — głosem trąby co ciszę rozdarła
Zbudził nieszczęsną Kolmal. Szła w tropy rycerza
I niosła za nim oszczep śmierci; wpół umarła,
Śród nocy — trzymająca się jego puklerza…
..........
..........






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Koloseum
  2. Przypis własny Wikiźródeł Wiersz ten opublikowany był wcześniej w wydawanym we Lwowie „Dzienniku Literackim“, nr 43, str. 552-553 i nr 44 z wtorku 8 listopada 1870 r., str. 560 i 561. Treść obu publikacji jest w zasadzie zbieżna, z tym wyjątkiem, iż niniejsza wersja jest bogatsza o 16 wersów. Porównaj.
  3. Przypis własny Wikiźródeł W „Dzienniku Literackim” w tym miejscu na stronie 552 widnieje: „I czuć ją musi…”, jednak w przypisie na stronie 561 jest sprostowanie: „W poprzednim numerze zaszła pomyłka w poezji 19 w[iersz] od dołu, zamiast I czuć ją musi… czytaj: I czcić ją musi…” Potwierdza to poprawna forma „Nowych poezyach”.
  4. Przypis własny Wikiźródeł 16 wersów tekstu (tego wersu i 15 następnych) oraz rzędu asterysków brak w wersji opublikowanej w „Dzienniku Literackim”.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – pętach.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Pijane
  7. Przypis własny Wikiźródeł Wiersz ten w pierwodruku nosi tytuł: „Na Prometeusza Celliniego”, ale w żadnym spisie dzieł Celliniego nie istnieje „Prometeusz”, a treść wiersza wydaje się odnosić do florenckiej rzeźby Benvenuto Celliniego Perseusz z głową Meduzy”. Agaton Giller w „O Władysławie hr. Tarnowskim” w lwowskim tygodniku „Ruch Literacki”, nr 23 z 8 czerwca 1878 r., str. 363, akapit 2, pisze m.in. „Był on też niepospolitym znawcą malarstwa, rzeźby, architektury, sąd zaś jego o dziełach posiadał wartość powagi”; zatem ten błąd powstał albo bezwiednie przy przepisywaniu przez autora, albo w druku. Wiersz powinien więc nosić tytuł „Na Perseusza Celliniego”.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Bohater wiersza, to mówiący, nie jest wymieniony z imienia, lecz biorąc pod uwagę kontekst wiersza (komponowanie na stulecie Beethovena, wymienione w nim miejscowości) i jego połączenie kompozycyjne z wierszem poprzednim; najprawdopodobniej jest Fr. Lisztem.
  9. Przypis własny Wikiźródeł (z włosk.) O! słodki karnawał!
  10. Przypis własny Wikiźródeł Wiersz Władysława Tarnowskiego „Sedan a Metz (z osobnej całości)” napisany pod pseudonimem Ernest Buława został opublikowany także w piśmie Mrówka w roczniku 1870 na stronie 149 i 150. Jednakże obydwie publikacje różnią się nieco treścią.
  11. Trzy pierwsze prozą wyszły w Tygodniu.
  12. Przypis własny Wikiźródeł  Trzy pierwsze listy należące do cyklu „Przechadzki po Europie” ukazały się w piśmie „Tydzień Polityczny, Naukowy, Literacki i Artystyczny” wydawanym w Dreźnie przez J.I. Kraszewskiego; w roku 1871.
  13. Przypis własny Wikiźródeł Coliseum — Koloseum.
  14. w Vizency.
  15. Pseudonim, znak autorki na w. Krecie osiadłej.
  16. Przypis własny Wikiźródeł O Elpis Melenie zobacz artykuł w angielskojezycznej Wikipedii.
  17. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Partenope.
  18. Drukowany w Lwowskim „Świcie”.
  19. Przypis własny Wikiźródeł Pieśni Osjana - zbiór rzekomych średniowiecznych poematów celtyckich, za których odkrywcę podawał się osiemnastowieczny poeta szkocki James Macpherson, który był w rzeczywistości ich redaktorem na prawach współtworzenia. Zostały wydane w języku angielskim w 1760 roku (Macpherson podawał, że tłumaczył je z języka gaelickiego) i stały się bardzo popularne w całej Europie, wywierając wpływ na literaturę romantyczną.
  20. Przypis własny Wikiźródeł Tłumaczenie „Pieśni Ossjana” przez Władysława Tarnowskiego nie jest pierwszym, z pewnością wcześniejsze jest tłumaczenie Władysława hr. Ostrowskiego z 1820 r.; czy Seweryna Goszczyńskiego z roku 1832, dokonane z pomocą Józefa Tetmajera i p. Szumińskiego, a wydane w roku 1838 we Lwowie w drukarni Fr. Pillera; (przedruk w: Seweryn Goszczyński „Pisma Goszczyńskiego”, Tom II, pod redakcją Zygmunta Wasilewskiego, Lwów-Warszawa, nakładem Towarzystwa Wydawniczego, 1904, druk W. L. Anczyca i Spółki, Kraków; dostępny tutaj; tamże „Karton” – strony 47-59). Tłumaczenie Seweryna Goszczyńskiego, jakkolwiek poetyckie, nie jest jednak ułożone wierszem, są to opowiadania; za to w przeciwieństwie do tych dwóch zamieszczonych w „Nowych poezyach”, są zebrane w jednym tomie, co pozwoli zainteresowanym zorientować się w „Pieśniach Osjana”.
  21. Przypis własny Wikiźródeł  Zobacz tłumaczenie Władysława hr. Ostrowskiego z 1820 r.
  22. Następujący ustęp wyszedł w Dz. literackim lwowskim 1865.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.