Poezje Wiktora Gomulickiego/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Poezje Wiktora Gomulickiego
Wydawca Księgarnia A. Gruszeckiego
Data wydania 1866
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
POEZJE
WIKTORA
GOMULICKIEGO.

I. PIEŚŃ W SŁUŻBIE ŚWIATA. — II. SZEKSPIR.

III. AMOR I PSYCHE. — IV. ŻYCIE W OBRAZACH.
V. Z KSIĘGI PRZYRODY. — VI. SUB TEGMINA
VII. KOCIA. — VIII. SŁOŃCE ZA CHMURĄ.

IX. ŻYDZI — X. INNYM I SOBIE
WARSZAWA.
NAKŁADEM KSIĘGARNI A. GRUSZECKIEGO
Nowy Świat N. 53, róg Wareckiej.
Дозволено Цензурою
Варшава, 20 Мая 1866 года.

Druk Br. Jeżyńskich (dawniej J. Ungra). Warszawa, Nowolipki N. 9.




Ah! frappe toi le coeur — c’est lá qu’est le génie![1]
Alfred de Musset.
I.
PIEŚŃ W SŁUŻBIE ŚWIATA.
DWA GŁOSY.


Stał, jak cyklop, przedemną bladym, wątłym, cichym.
Fabryczne piekło przy nas dzikim chórem grzmiało,
A metal, prągając ludzkim cieniom lichym,
Z czarnej gardzieli pieców buchał lawą białą.

Stał, jak cyklop, i mówił wstrząsając prawicą:

— Oto nasze zapasy! oto dzieła nasze!
My przed ludźmi nie kwilim, jak zranione ptaszę,
Ani ich olśniewamy rymów błyskawicą;
Purpura nas nie zdobi, ni wawrzynu liście,
Na skroń wzięliśmy tylko blade perły potu,
A pieśń nasza z żelaza, płonąca ogniście,
Grzmi, jak piorun, skandówką fabrycznego młotu.—
Gdy dla was ma przyroda tylko słodkie czary,
Tylko dźwięki płynące melodyjną strligą,
Myśmy się z nią, jak chłopy, ujęli za bary,
I w twarde jarzmo wprzągłszy, uczynili sługą.


Czy widzisz, jak pod młotem ta bezkształtna bryła
Miota się, skrami parska, groźnie, jak wąż, syczy?
Weź lutnię, ze strun dobądź pieśń pełną słodyczy,
I sprobuj, czyją zaklnie pustych dźwięków siła?..
Czemże są wasze marne z widziadłami boje
Przy walkach z tą materją bezduszną, a wściekłą?
Wy znacie tylko głupie nerwów niepokoje,
Nami wstrząsa, jak trzciną, całe ziemskie piekło.
Kiedy słońce przyszłości nad ziemią zaświeci,
Gdy wstaną męże biali z pośród czerni gminu,
Lud wytrąci wam berło, książkowi poeci!
I wawrzynem uwieńczy nas — poetów czynu!

Skończył — i wraz mu wszystkie przytaknęły młoty.

A ja rzekłem:
— Nie bluźnij ni pieśniom, ni księdze!
Bo w księgach drzemią czyny, jak w chmurach grom złoty.
A z pieśni płynie balsam na światowe nędze.
W kotle życia wrą społem metalów tysiące,
Boskość topi się z grzechem, szał dziki z nadzieją,
A wieszcze nad nim chylą czoła siwiejące,
I z wrzątku ognistego chłodne strofy leją.
Cicha cela poety pustą ci się zdaje,
A jednak, w nocnym mroku i w ogniach południa,
Tłum powietrznych postaci z gwarem ją zaludnia:

Białe pulki aniołów i szatanów zgraje.
Przed wieszczem stają widma z piersią zakrwawioną,
I topią w jego licach wzrok błyszczący łzami;
Wskazują na skroń bladą i na krwawo łono,
I jęczą: — „Sędziom duchów poskarż się za nami“!..
Upiór przed nim potrząsa ramieniem bez ciała.
I błaga, jakby groził; „Pomsty na morderce!“
A biały trup dzieweczki, co nazbyt kochała,
W milczeniu na rozdarte pokazuje serce.
Rój dziecięcych duszyczek, niby ptaków stado,
Żałośliwem kwileniem napełnia komnatę,
I suną zwolna starce, z twarzą trupio-bladą,
Na ostatnią swych złudzeń skarżąc mu się stratę.
Wieszcz rozmyśla, a przed nim ciągnie orszak chmurny,
Jak armja, co przegrała ciężką życia bitwę,
I w cichą jego dusze — rzuca, jak do urny,
Ból swój i złorzeczenia, klątwy i modlitwę.

Ty szydzisz z walk duchowych? a cóż świat porusza,
Jeśli nie wola tłumów zlana w wieszcza wolę!
Ty dzielisz pieśń od czynu? wspomnij Tyrteusza,
Za którym lud lawiną potoczył się w pole!
Bohaterów pieśń tworzy i unieśmiertelnia...
W dłonie mężów miecz wciska, laur kładzie na głowy,
I kreśli pierwszy zarys społecznej budowy,

Którą kończy powszednich pracowników kielnia.
Pieśń nie jest gołębicą, która słodko grucha
Gdy jej dobrze, a cierpiąc, równie słodko kwili —
Idzie ona do boju jako szermierz ducha,
A nigdy i przed nikim czoła nie uchyli.
Wskazujesz mi twych braci czoła uznojone?
Mówisz, że wrzący metal ciemnem piętnem plami?
Spojrzyj: na skronie wieszczów świat wcisnął koronę,
Z pod której krew żywemi spływa rubinami!
Kiedy wschodzi nad ziemią wieszczych natchnień tęcza,
Ten, który ją rozpalił, w zapomnieniu ginie —
Bo ludzkość swe proroki od wieków umęcza,
I laurom rość pozwala na grobach jedynie.
A czy wiesz, jak się umysł mroczy chmurą czarną,
I jaka chęć porywa bluźnić dzikim głosem,
Gdy człowiek w bratnie serca rzucił ducha ziarno,
I umiera, niewidząc, by strzeliło kłosem?...

Z jednej stali i pióro i młot wykuwano,
A czy z młotem, czy z lutnią noc życia kto prześni,
Z cnót jedynie zdziałanych osądzą go rano —
Więc księgom nie urągaj! nie urągaj pieśni!
Poezja — jak Bóg — jedna jest i jednakowa;
W niej wszystkich dziel potężnych kiełkują przyczyny;
I próżno-byś przepaścią dzielił czyn od słowa,
Bo w czynach tkwi poezja, a w poezji — czyny!





„GŁODNEGO NAKARMIĆ.“


I.

Lato. Nic zadrga liść w powietrzu cichem...
Park tonie w blaskach... Królewską siedzibę
Słońce królewskim ozłaca przepychem...

Czasem rybitwa tłucze stawu szybę,
I z piórek mokre strząsając djamenty,
Unosi w błękit srebrnołuską rybę.

Wiankiem kwitnących pomarańcz objęty,
Monarszy pałac drzemie, jak huryska,
Kiedy rzezaniec łaskocze ją w pięty.

Co krok, z gęstwiny biały posąg błyska;
Wenus wśród liści chowa boskie łono,
A tryton z konchy strugę wody ciska.

Wezbrane piersi oddech kwiatów chłoną,
Ciało od słońca odbiera pieszczoty,
Wzrok widzi wszystko za złotą zasłoną.

I pocóż serce truć jadem tęsknoty,
Kiedy na ziemi powabów jest tyle,
A rozkosz staje za najpierwsza cnoty?


Ci, co tu niegdyś, barwni jak motyle,
Spijali słodycz z każdego kielicha,
Czyliż mniej twardo śpią dzisiaj w mogile?

Ach! każdy szpaler, każda grota cicha,
Szepczą nam o nich miłosne powieści,
Przy których tkliwie pierś niewieścia wzdycha.

O życie, próżne i walk i boleści!
Rozkoszna drzemko wśród wachlarzów szumu!
Bańko mydlana, śliczna choć bez treści!

Cyt! — żwir zachrzęściał pod stopami tłumu...
Może to miejsc tych nadchodzą panowie
Wolterowego uczyć nas rozumu —

W połowie grecy, sarmaci w połowie,
Może przychodzą uciechy niesyci,
Raz jeszcze wypić kochanek swych zdrowie“

Nie! — to obdarci i głodni najmici!


II.

Kamienie tłukli od samego świtu,
A teraz idą. zjeść nędzny posiłek
Pod kryształową kopułą błękitu.


Odzież ich w strzępach, lica jak z mogiłek...
Siadają w cieniu, z nieruchomą twarzą,
A lipa na nich strząsa złoty pyłek.

Pożądliwością oczy ich się żarzą
Na widok rzodkwi i czarnego chleba,
Po którym liszki prążkowane łażą.

I najprzód wznoszą źrenice do nieba.
Ze łzą dziękczynną, co świadczy widomie,
Że im z tych wyżyn niczego nie trzeba;

Potem z bochenka rwą kęsy łakomie,
A jak n zwierząt podrażnionych głodem,
Pod brwią im gęstą błyska dzikie płomię...

Zjedli — i czoła studzą liści chłodem,
I skaleczałe zaplatając dłonie,
Mówią modlitwę za starca przewodem.

Modlitwa prosta — i w błękitach tonie
Razem z szeptami podeptanej trawy,
l z chórem muszek, wesołych przy zgonie.

Za chleb dziękują i za pot swój krwawy,
Za to, że życie nie wiąże ich niczem,
I że w grób mogą kłaść się bez obawy;

Że na świat patrzą kamiennem obliczem,
Że mrok bezgwiazdny dusze ich zalewa,
Że radość widmem jest dla nich zwodniczem;

I że nie wiedzą o czem słowik śpiewa,
I że na piękno brak im czułych oczu,
I że dni gorszych każdy się spodziewa..

Jeden — najbledszy — stanął na uboczu.
Głód mu w policzkach wyżłobił dwa doły;
Nie jadł, i topił wzrok w nieba przezroczu.

Czekał, czy z chlebem nic zejdą anioły -
Potem zaczerpnął w dłoń z konchy trytona,
I pił i świstał i chciał być wesoły...

Aż nagłe, twarz mu zastygła, schmurzona,
I jad0witą przeszył wzroku strzałą
Pałac i kwiaty i posągów łona —

A pod tym wzrokiem wszystko pociemniało.


III.

Gdzie wód błękitność i słońca pozłota?
Gdzie wonnych kwiatów kobierce jaskrawe?
Gdzie gąszcz, co barwą szmaragdu migota?

Mgła padła szara na błyszczącą trawę,
Staw zda się brudnym nalany ołowiem,
Tryton nie wodę wyrzuca lecz lawę.

Pałac czuć zdała trumną i pustkowiem;
Przelękły łabędź po fali ucieka,
A słońce bladym wydaje się nowiem...

Jedno spojrzenie głodnego człowieka
Zmąciło ciszę świętującej ziemi,
Gniotąc ją, nakształt trumiennego wieka.

I rozżaliła się; nad dziećmi swemi,
Którym brak tego, co ma trawka licha,
I którzy chodzą z oczyma błędnemi.

A przecie z głodu drzewo nie usycha,
Ani się skarżą nań powietrzne ptaki,
Ani wśród piasków zna go mrówka cicha.

Wszyscy od życia wzięli los jednaki,
A ziemia pomnąc o każdem z swych dziatek,
Żywi lwy dumne i nędzne robaki.

W rzekach i borach jest karmi dostatek,
Owoc na drzewie połyska soczysty,
I miód się w plastrach bieli, jak opłatek;

Na polach szumi zboża płaszcz kłosisty,
A z rykiem trzody zespala się zgodnie
Plusk ryb, wrzask ptastwa, tłustych żółwiów świsty...

Więc na człowieku tym spełniono zbrodnię,
Gdy go od uczty życia odepchnięto,
Prawo istnienia kradnąc mu niegodnie.

I jakże razi to natury święto,
Ze świętem ducha obchodzone w parze!
Jakże świat razi twarzą uśmiechniętą!

O! wznośmy pięknu wspaniałe ołtarze,
Marmur i złoto niech rzucają blaski,
Wino niech szumi w kryształowej czarze;

Skroń strójmy w róże, twarz w wesołe maski,
Myśl nasza słońcem niech będzie pojona,
A słuch zamknięty na niesforne wrzaski;

Wieżami tumów prujmy chmurom łona,
Niech posąg każdą przyozdabia niszę,
Rzeźb koronkowych niech błyszczy zasłona;

Niech nas pieśń wieszczów dopóty kołysze,
Aż każdy smutków daremnych zaniecha,
l myśl pogrąży w olimpijską ciszę;

Wesołe tylko budząc w życiu echa,
Niechaj ofiary biorą od nas wszędzie:
Miłość i rozkosz, piękno i uciecha...

Lecz wprzód — niech głodnych pośród nas nie będzie!





GDZIE PIĘKNO?


Lubię krzyk namiętności, kiedy się wyrywa
Z ust poety, namysłem niespętanych jeszcze;
Lubię słowa, co w piersiach obudzają dreszcze,
Dlatego, że je miłość zrodziła prawdziwa;
Lubię gniew tytanowy, co nie drży przed niczem,
I Helikon rozburza, Jak lichą garść ziemi;
Lubię boleść, gdy łzami przemawia krwawemi;
Lubie zapal, ze zlotem od gromów obliczem!

O wieszcze! dzieci bogów! czemu z waszej lutni
Rzadko płyną te dźwięki, co są życia echem?
Czyż nie umiecie śmiać się naturalnym śmiechem,
I naprawdę być gniewni, pragnący lub smutni?
Czemu maską aktora lica swe kryjecie?
Czemu więzicie w piersiach uczuć zapał szczery?
Rzućcie trwogę! Nikt orłu granic atmosfery,
Nikt granic możliwości nie wskaże poecie!
Koturny czas wam rozzuć, czas wam zejść ze sceny!..
Kłamstwo uczuć zostawcie zalotnej niewieście,
Bądźcie tem w waszych pieśniach, czem w życiu jesteście,
Z waszej Muzy przeczystej nie róbcie syreny.

Od noszenia barw cudzych niech was bogi strzegą!-
Dusza winna być własna, a nie pożyczona;
Pocóż myśleć myślami Danta lub Bajrona?
Bądźcie sobą! nad prawdę cóż jest piękniejszego?
Fundament waszych uczuć niech będzie z rozumu,
Na nim bóstwom poezji stawiajcie ołtarze;
Mówcie tak, jak wam mówić głos natchnienia każe;
Niech tłum do was się stroi, a nie wy do tłumu.

Jak z płomienia i dymu weselna pochodnia,
Tak się życie ze smutków składa i radości;
Więc śmiejcie się, gdy w piersiach jeszcze śmiech wam gości,
Ale lez nie zmyślajcie nigdy — bo to zbrodnia!
Miejcie zapal w marzeniach, a w czynach wytrwałość;
Niech duch wasz będzie raczej hardy, niż służalczy;
Z podniesioną przyłbicą niech z was każdy walczy;
Skalpel rzućcie! — gienjuszem ogarniajcie całość!
Poety misją łączyć wszystko istniejące; —
Stwórca promyki piękna rozproszył w przestrzeni,
Wiązkę tych niedojrzanych a bożych promieni
Wieszcz zbiera, i zapala w ich ognisku — słońce.
Czemże Homer potężny? czemże Szekspir wielki?
Lud ich czci, bo ma własne odgadują życie,

Kocha ich, bo w ich pieśniach słyszy serca bicie;
Ich muzy — to kapłanki, a nie wichrzycielki!

O Wieszcze! kwiaty ludów! bądźcie cali wonią,
Co się wciska w gmach wielki i w małą lepiankę;
Czcijcie niebo jak matkę, ziemię jak kochankę;
Szydźcie z tych, co zdyszani za oklaskiem gonią.
Pierś wasza niech uczuciem jak wulkan wybucha,
I miejcie tłum pieśniami wstrząsać natchnionemi; —
Świat z lawy wulkanicznej poznaje głąb ziemi,
Z waszych krzyków namiętnych pozna głębie ducha!





Z PADOŁU.


Wielkie miasto poezji nie sprzyja —
Chyba takiej, co pełza jak żmija,
Paszkwilami z poza węgla szczeka,
Procesyjne rozwija proporce,
Zdobi szychem pańskich trumien wieka,
Albo służy za kwiatek aktorce.

W wielkiem mieście trudno o sielankę
Malowaną miękim pędzlem Grenze’a —
Z wrażeń ono grubą sieczkę rzeza,
Rwie brutalnie cichych marzeń tkankę,
A gdy kiedy zabłyśnie w obrazie,
To ten pięknym jest tylko — przy gazie.

Lecz i tutaj, w ustronia gdzieś cichem,
Kędy ludzie przemieszkują prości,
Można z lilji spotkać się kielichem,
Z sercem pełnem anielskiej światłości,
Z duszą, w której jak w książce się czyta,
Z życiem, słodkiem jak pieśń Teokryta...

W niebie Danta Bóg mieszka u szczytu.
Lecz wśród ludzi chętniej schodzi na dół —
Tam wśród jęków, złorzeczeń i zgrzytu
Rzuca blask swój na tę burzę czarną
I boskością wywyższa ten padół —
A poeci doń wówczas się garną....





GŁOS ZELŻONEGO.


Com ja winien, że mnie słońce wschodu
Niezatartem naznaczyło piętnem?
Com ja winien, że jak ojce rodu,
Dzieckiem zmysłów muszę być namiętnem?
Com ja winien, że ze krwią dziedziczę
Chytrą duszę i śniado oblicze?

Com ja winien, że przez średnie wieki,
Poty na mnie śliną wzgardy plwano,
Aż pociekła mi krew z pod powieki,
Aż me usta zabielały pianą,
Aż w szpetnego zmieniłem się pada,
Co się czołga, zanim ranę zada?

Com ja winien, że mi dawna chwała
Świeci jasno wskroś dziejowych mroków,
Że mi lice dziwnym ogniem pała,
Kiedy czytam natchnienia proroków,
Że mi od was serce się wyrywa
Do świętego z przeszłością ogniwa?

Com ja winien, żem drzewem pustyni,
Co przywykło do żaru i blasku,
Że napróżno wysiłki kto czyni,
By me płonki utrwalić na piasku,
Żem z tych roślin, co tęskniąc za puszczą,
W obcą ziemię korzeni nie wpuszczą?


Wy, co na mnie podnosicie pięście,
Wprzód z przeznaczeń obliczcie się prawem;
Karzcie zbrodnię, odpuśćcie nieszczęście,
O zwycięstwie zamarzcie bezkrwawem —
Czyż będziecie ze skarga stawali
Przeciw słońcu, powietrzu i fali?

Warszawa 25 grudnia, 1881.





BEZ ECHA.


Kiedy się w tłumie utrę o nędzarza,
Co błędnym wzrokiem bogaczów przeraża,
Ho w nim czytają i skargę i groźbę;
Kiedy usłyszę zająkliwą prośbę,
Razem ze źrenic piorunowym błyskiem
Rzuconą miastu, co płynie mrowiskiem,
Senne, jak lwica, ludzkiej krwi opita;
Kiedy mi w mroku nad uchem zazgrzyta:
„Jeść!“ i stłumione mię jęki dobiegą —
Boga ja wówczas pytam się: — Dla czego?...
A to pytanie, strzeliwszy jak raca,
Od gwiazd odbite na ziemię powraca,
I drogę sobie torując wśród ludzi,
Opilców trzeźwi, rozkosznisiów budzi
I wznieca wrzawę, biadania i spory.
Słyszę, jak z mównic poważne doktory
O tem pytaniu gadają uczenie;
I słyszę chciwców gniewliwe warczenie,
Trwożnych o całość swej misy ze strawą;
I słyszę modły szeptane z obawą
Przed Bogiem, który wie o nich — i milczy;
I słyszę wycia i zgrzyt zębów wilczy,
I krzyk, grożący ludzkości zagładą....
Powstaje wreszcie mędrzec z twarzą bladą,
Każe niesfornym uciszyć się głosom,
Nie grozi ludziom, nie grozi niebiosom,

Lecz oskarżenie rzuca na przyrodę,
Na ogień, ziemię, powietrze i wodę...
Gniewem się wstrząsa świata karmicielka,
Ta, której miłość dla dzieci tak wielka,
Że lichej muszce nie da zginąć marnie,
I równie pilnie żywi polną darnie,
Jak i dzikiego na pustyni zwierza;
Gniewem się wstrząsa, i w niebo uderza
Głośnym, o słuszność krzyczącym protestem —
Lecz głos się żaden nie odzywa „jestem“,
Jak Mojżeszowi z ognistego krzaka;
I na świat cały pada cichość taka;
Że słychać, jak wąż pełznie polną miedzą,
I jak robaki trupów w grobach jedzą —
Więc mdleją dusze i truchleją serca....
............
A głód tymczasem nędzarza uśmierca.





CZEM SĄ PIEŚNI?


W wiośnie człowieka i w wiośnie przyrody,
Zanim się jeszcze sny miłości prześnią,
Duchy obchodzą poetyczne gody,
I świat brzmi cały — pieśnią.
W tej skowronkowej i słowiczej dobie,
Gdy rozkosz rządy odprawia nad światem,
Parom kochanków służąc ku ozdobie,
Czem jest piosenka? — Kwiatem.

Mrą wonne, róże, znikają motyle,
Skowronka w porę nie słychać poranną,
Lecz pieśń natchniona nie milknie na chwilę,
I jest dla tłumów — manną,
Gdyby nie — ona, niejeden duch młody
W nicość-by może runął martwym klocem —
Szlachetne duchów nasycając głody,
Czemże jest pieśń? — Owocem.

Często wiek cały w jednym wielkim czynie
Streszcza swą dusze, nowym mknącą torem —
Zamknięty w pieśni czyn taki nie ginie,
I jest dla innych wzorem,
Ruń młodociana okrywa mogiłę,
Z mroku zwycięzcy podnoszą się sami, —
Chowając wskrzeszeń i zapłodnień siłę,
Czem pieśni są? — Ziarnami.





Z NISKICH LOTÓW.


Nędzo domowa! ty, która tajemnie
Kradniesz rumieńce dzieciom urzędnika!
Nędzo, do której duch trudniej przywyka,
Niźli stepowy rumak do wędzidła!
Nędzo, łamiąca białe natchnień skrzydła
Artystom, słońca łaknącym daremnie!
Ogniu niszczący! bezpłodna ofiaro!
Za jakie grzechy jesteś ty nam karą?

Na to, byś mogła przestrogę nieść światu,
Hijobowego brak ci majestatu;
Ran swych przed ludźmi nie odkrywasz śmiele,
Ale je chowasz, ze wstydem, w ciemnościach;
Kosztowny łachman masz na chorem ciele,
Które wrzodami świeci z pod szkarłatu;
Wieniec jaskrawy spada ci na oczy,
Blado policzki farbując pomięte,
I jesteś czerwiem, który drzewo toczy
Od wnętrza, w rdzeniu gnieżdżąc się, jak w kościach...
Drzewo lśni długo świeżością kłamaną
I chórem ptaków modli się co rano —
Aż nagle pada, jak kosą podcięte.

Śledziłem twoje śmiertelne pochody,
Nędzo, społeczeństw jadowity grzybie!
I wiem, jak gasisz skrzydłem nietoperza
Ogniki marzeń, szczęścia i swobody;

Jak w noc bezsenną błyszczą nad wezgłowiem
Twe oczy zimne, niezmrużone, rybie;
Jak pod twem tchnieniem twarz więdnieje świeża,
I traci uśmiech pospołu ze zdrowiem;
Jak podkopujesz rodzin fundamenta,
I gnębisz dusze niepojętym lękiem:
Jak się objawiasz bladością i jękiem,
A nigdy w głośne nic przejdziesz lamenta;
Jak się zaczajasz, pełzasz, skradasz, zwijasz,
Jak obezwładniasz, a potem zabijasz...

O! są boleści przeklęte, poziome,
Które się boją słonecznego blasku,
I lica wstydu piętnują rumieńcem;
Są mroki, nigdy niewidzące brzasku.
Swoich przeznaczeń ponurych świadome
I śmierć niosące najdzielniejszym duchom;
Są bezlitosne pohańbienia serca,
W których los wężów opasuje wieńcem.
Przygniata, dusi, jednak nie uśmierca;
I jest okrutna szlachetnych Golgota,
Na której giną pospołu z łotrami,
Dlatego tylko, że ich nędza plami,
Że los poskąpił im — złota...





NA ZGLISZCZACH.


Gdyby poezją karmić można głodnych,
Ja-bym swe pieśni zmienił w kęsy chleba,
I was obdzielał, którym go potrzeba
Pilniej, niż dźwięków słodkich lecz zawodnych.

Gdyby poezją można przyodziewać,
Ja bym wciąż pieśni wysnuwał jak przędzę,
I tkał z nich odzież, i krył waszą nędzę —
Bo nagich odziać lepiej, niż im śpiewać.

Gdyby poezją można wznosić mury,
Ja duszę całą wyśpiewać-bym gotów,
By was zasłonić od słonecznych grotów
I bezlitośnych urągań natury.

Lecz pieśń ulata, a chęć w miejscu stoi..
A gdy bezsilność szydzi tak okrutnie,
To by się chciało strzaskać śpiewną lutnię.
Że niczem dla was — o biedni! o moi!

Leć jednak, pieśni! Nad świeżą ruiną,
Zjaw się nie płaczką, lecz gońcem otuchy;
Gdy ciał nie możesz, nakarm głodne duchy,
I ucz, że próżno żadne łzy nie płyną!...
............
Grodno, 10 czerwca, 1885.





Z LISTU.


Dzięki ci, panie, żeś mi tak roztropnie
Wyjaśnił mądrość społecznej budowy;
Wiem już, że rozum podpiera ją zdrowy,
Że w niej słabości niema ani śladu,
I że, jak w niebo Jakóbowe stopnie,
Tak w niej rzecz każda prowadzi do ładu.

Ład jest społeczeństw słońcem i koroną!
Błyszczy on w życiu, jak chorągiew w walce,
Świat opasuje obręczą złoconą;
I aby czynić prawom swoim zadość,
Wymierza ludziom cierpienie i radość
Równo, jak leki na aptecznej szalce.

W symfonji życia, co płynie ku niebu,
Złudzeniem tylko są fałszywe tony,
Chór ludzkich głosów bieży niezmącony,
Chociaż mu głucho wtórzy dzwon pogrzebu;
A krzyk rozpaczy i zębów zgrzytanie,
I jęk, co zbliska mrozi strachu zimnem,
Brzmią zgodną pieśnią i radosnym hymnem
Na tych wyżynach, gdzie ty stoisz, panie.

Mądrość, co ciebie swą tarczą zasiania,
O niemożliwość nigdy się nic kusi;
Sfinksowe ciebie nie dręczą pytania,
Przestajesz na tem, że co jest, być musi;

A gdy napotkasz w życiu powikłania,
Których rozumem nie przetniesz, jak nożem,
To z rezygnacją wymijasz je zdala,
Jako wymija ciężkie głazy fala.

Dzięki ci, panie. Twej nauki płomię
Gościniec szczęścia wskazało mi prosty.
Stóp na nim twarde nie kaleczą osty,
Bóstwo harmonji króluje widomie,
Niebo jest stropem, listki róż podnóżem,
A cichy pielgrzym, który po nim kroczy,
I depcze kwiatów stufarbne kobierce,
Ma błękitami napojone oczy
I w świetny kryształ zakrzepnięte serce.

Niestety! próżno-m, w ducha wysileniach.
Na ten gościniec pragnął kroki zwrócić!
Dotąd po ostrych muszę brnąć kamieniach,
Jak pies z księżycem, z losem swym się kłócić,
Straszne, a marne toczyć boje ducha,
I miotać klątwy, których nikt nic słucha;
Dotąd mi krzykiem zdają się niestrojnym
Jęki, któremi przemawia nieszczęście,
Dotąd napróżno chciałbym być spokojnym,
Widząc rozpaczą zaciśnięte pięście,
Dotąd mię bolą niespłacone winy,
Dotąd mię boli ofiarnicze życie,
I szczytu ludzkiej nie widząc drabiny,
Nie wiem czy w mroku ginie, czy w błękicie...


I już przed śmiercią nie zakończę boju,
I już przed grobem nie znajdę spokoju;
Zawsze mi twardą będzie ziemska gleba,
I fałszywemi ziemskiej pieśni tony —
Bo wiem, że aby w zgodzie niezmąconej
Żyć z przeznaczeniem bliskiem i dalekiem,
I aby nie drżeć... na to być potrzeba
Czemś mniej, czemś więcej, lecz już — nie człowiekiem!





II.
SZEKSPIR.
SZEKSPIR.


Szekspir! — Wielkie to imię, jak grom na mnie spada...
I jak na odgłos strzału sennych ptaków stada,
Tak na dźwięk tego słowa zrywają się we mnie
Stada myśli, i lecą przez żywota ciemnię...
Szekspir! — Słysze w tem słowie wszystkie głosy ziemi:

Dziką żądzę, co zgrzyta kłami tygrysiemi,
Wężowy syk zawiści, czającej się skrycie,
Psie skomlenie służalstwa, głodu wilcze wycie,
Lwi poryk szorstkiej siły, dumnej swą purpurą,
Kłótnie; szczytów z padołem, głuchą i ponurą,
Wrzask przemocy, w zwycięzkim zamknięty peanie,

Uwieńczonej miłości gołębie gruchanie,
Jęki zamierające w bezsłonecznym lochu,
Szmer modlitw i niedźwiedzie mruczenie motłochu
I gruby śmiech pijacki, nutą brzmiący twardą,
Co wszystkim nędzom życia pluje w oczy — wzgardą!

Szekspir, to bóstw pogańskich przybytek olbrzymi,
Gdzie krew pomordowanych na posadzce dymi,
A wyżej, świeże kwiaty krzepki zapach zieją;
Gdzie pieśń łączy się z jękiem, szaleństwo z nadzieją,

Gdzie szatańskie widziadła oszpecają freski,
A przez otwór w kopule widać strop niebieski.

Dla niego człowiek, kołem otoczony bratniem,
Nie jest w łańcuchu stworzeń ogniwem ostatniem;
I przed nim i poza nim widzi całe światy...
Zbadał duszę przyrody, która się przez kwiaty
Objawia, i przez blaski i przez lotne wonie;
Zna przyczynę rumieńca, którym zorza płonie,
Wie dlaczego ma księżyc trupio blade lica
I co na krepie nocy pisze błyskawica;
I wierzy, nauczony złotym ziemi wiekiem,
Że współczucia nić wiąże przyrodę z człowiekiem.
Słyszycie? Gdy grzmi burza ponad Lira głową,
Orkan rzuca złym córkom klątwę piorunowa,
Wicher nad dolą starca żali się i plącze,
A gromy rozświecają mu ścieszki tułacze..
W noc weselną Romea, i świat tchnie weselem,
Erotyczny dreszcz wstrząsa i kwiatem i zielem,
A słowik ze skowronkiem, jako dwaj lutniści,
Na chwałę oblubieńców śpiewają wśród liści...
Noc mordu na Dunkanie jakże jest odmienną!
Ziemia cała zapada w odrętwiałość senną,
Dech wstrzymuje i mruży gwiazd przelękłe oczy;
Nad zamkiem krwawy opar kłębi się i mruczy,
We mgle wiedźmy szczekają, puhacz krzyczy: biada! —
I pacierze za zmarłych świerszcz w kominie gada...

Ziemia mu nie wystarcza — on i wyżej sięga,
Za łańcuchem, co stwórcę ze stworzeniem sprzęga,
I gdzie nic nie dostrzega wzrok pełznący nisko,
On duchów bezcielesnych widzi rojowisko.
Bożek snów, królujący widziadeł czeredzie.
Staje przed nim w noc letnią i rozmowy wiedzie
Długie, lotne i nikłe, jak pajęcza siatka;
Tytanja opłakuje śmierć leśnego kwiatka,
Nad którym macierzyńską straż jej poruczono;
Psotny Puk czarodziejską nakrywa zasłoną
Oczy głupców i szydzi z ich głupstwa okrutnie;
To znów słychać Ariela słodkobrzmiącą lutnię,
Którą wyciem Kaliban przedrzeźnia potworny;
Roje wiedźm i czarownic płodzi zmierzch wieczorny,
I każdą pustkę mroczną widmami zaludnia,
Których nigdy nie widzą źrenice południa;
Zbrodnia ludzka nie ginie z krwi wymytym śladem,
Lecz z pod ziemi widziadłem dobywa się bladem,
Odsłania krwawe łono, i sycząc jak żmija
Nożami groźnych spojrzeń mordercę, przebija..
Szekspirze! gwiazdo ludów! mistrzu ponad mistrze!
Twórczości twojej źródła muszą być najczystsze.
Bo początek swój biorą tam, zkąd życie tryska;
Nie krępują ich ściany ciasnego łożyska,

Ani je brzeg zamknięty zmienia w zgniłe bagno;
Płyną równo a szumnie i napoić pragną
Wszystkie niwy i wszystkie życiowe pustynie.
I nigdy głos twój gromki bez echa nie zginie,
Boś w nim zamknął cudownie to, co w ludzkiej doli
Po wszystkie dni jednako bolało i boli;
Bo dusza twa nie była, tak jak nasze, chora,
Lecz miała szklaną gładkość i ciszę jeziora,
I czy na nią chmur całun, czy też słońce padło,
Powtarzała kształt każdy wiernie jak zwierciadło —
A Bóg, co sztucznych kwiatów nie rzuca na niwę,
Nieśmiertelność dal tylko temu, co — prawdziwe!

Czyś ty jest synem Anglji — nie, tyś dzieckiem świata!
Gienjusz twój poza metę plemienną wylata,
Rodowe samolubstwo myśli twych nie łudzi,
I nie ziomków nam swoich malujesz, lecz — ludzi.
Nieinaczej Bóg czyni. On człowieka stwarza
Człowiekiem, i nie kładzie ni piętna zbrodniarza,
Ni korony świętego na dziecięcia czole;
Daje mu skrzydła myśli, daje wolną wolę,
Roztacza przed nim zmienną panoramę ziemi,
I mówi: Kochaj wszystkich i cierp ze wszystkiemil!

Tkacz barwne tylko nitki wybiera do wzoru,
Lecz tyś wśród nitek życia nie czynił wyboru.
Brałeś, co życie niosło, cnotę razem z grzechem,
I wszystkiego, co ludzkie, śpiewnem byłeś echem.
Innym cząstka wystarcza, tyś ogarniał całość;
I nigdy nie przywiodła cię grzeszna zuchwałość
Do tego, by poprawiać boskie stwórcy dzieła...
Poprawiać! — skąd wśród ludzi pycha się ta wzięła?
Spłodził ją chyba pigmej nieznoszący blasku,
Gdy zapragnął tytanom stać się równym — z wrzasku,
Lub dobył ją szaleniec, w marzeniu pijanem,
Z tej siły, którą człowiek nazywa szatanem,
A która gmach społeczny podmywa jak fala,
I coraz bardziej ludzkość od Boga oddala!

O mędrkowie! Gdy prawo natury was gniewa.
Zmieńcie je — lecz wprzód każcie lwu, niech słodko śpiewa,
Zmuście groźny ocean, by szemrał łagodnie,
Z ludzkich pojęć wykreślcie rozpacz, gwałt i zbrodnię,
Dziecinnym powijakiem zacieśnijcie ducha,
Sprawcie, niech namiętności wulkan nie wybucha,

Lecz się sączy, jak ocet ze spękanej beczki,
Z orłów zróbcie turkawki, z szakalów owieczki,
A krew, co wrzącą ławą pali piersi młode,
Przemieńcie na różaną lub święconą wodę!






III.
AMOR I PSYCHE.
NON OMNIA VANITAS.


Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Na grubym tomie Magnusa Alberta
(Uczonych bredni wiekopomna sterta!)
Usiadło dziewczę — nie dość może skromne,
Jak na kapłankę zimnokrwistej Westy,
Lecz nimfom równe w izdebce studenta,
Co rzadko chrzęsty spódniczek pamięta,
A częściej — myszy zgłodniałych szelesty...

Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Dziewczę kwitnęło młodością i zdrowiem,
A księga, ciężka łaciny ołowiem,
Co miała wieki wykarmiać potomne,
Sama pokarmem stała się robactwa...
I jak grzyb była przy tym świeżym kwiecie,
I przy tej róży była jako śmiecie —
Pająków pełna, kurzu i dziwactwa.

Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Jasny perkalik z wyrudziałą skórą
Walkę kontrastów toczyły ponurą,
Niby dwiech potęg symbole niezłomne:
Życia i śmierci, młodości i grobu.
Dziewczę się śmiało, księga była głucha;
A tę krwi bujność i ten cmentarz ducha
Zespolić razem nie było sposobu!


Nie! tego nigdy nie zapomnę!
Ów Wielki Albert, w swej todze z łaciny,
Żakiem się zdawał pod suknią dziewczyny...
Jej zaś źrenice błyszczące, ogromne,
Mówiły (czemu głęboko ja wierzę):
Iż za lat trzysta i z naszej mądrości
Tylko zbutwiałe pozostaną kości —
Dziewcząt zaś lica zawsze będą świeże!






NA KANONJI.


Mieszkałem wówczas na Kanonji,
W sąsiedztwie nieba;
Słuchałem zbliska sfer harmonji
I czciłem Feba.
Żyć mnie uczyła uśmiechnięta
Pieśń Horacego;
Kochałem książki i dziewczęta —
Cóż w tem zdrożnego?

Choć poemata moje pierwsze
Brano pod placki,
Co noc pisałem wściekle wiersze
A la Słowacki;
I zamiast ślęczeć bez wytchnienia
Nad Corpus juris,
Sławiłem uśmiech i spojrzenia
Warszawskich hurys.

Raz mię opętał wzrok sąsiadki
Miłosnem lichem,
(Bo Amor stawia swoje siatki
Nawet pod strychem);
Lecz miłość rzadko dla poetów
Przynosi szkodę —
Palnąłem wtenczas sześć sonetów
I jedną odę.


Życie, wśród marzeń, biegło cicho,
Niby idylla;
Snów mi nie truła serca pychą
Żadna Marylla;
A chociaż pieśniom wtórowało
Miauczenie kotów,
Do śpiewu przecie, jedząc mało,
Wciąż byłem gotów.

Obok mnie, liczną chował dziatwę
Szewc kuternoga;
I do pułapu wznosił dratwę,
A głos do Boga;
Bez przerwy walcząc z nędzy biesem,
Szył w dzień i w nocy:
Ten szewc mnie uczył przed Smilesem
Samopomocy.

Drugi mój sąsiad był artystą
Na klarynecie;
Urywał nieczysto, a pił czystą,
Jak to na świecie!
Co noc mordował bez litości
Włoski „karnawał“ —
Ten znów, talentów znikomości
Przykład mi dawał.

Trzeci, szczęśliwy ze swobody,
(Był emerytem),
Wypijał dziesięć szklanek wody
Zaraz ze świtem:

Zielone nosił okulary
A czarny plaster,
Chował kanarków cztery pary
I palił knaster.

Dość było figlów i pustoty
W tem kółku naszem,
I nieraz śmiechów huczne grzmoty
Trzęsły poddaszem;
Śmiał się artysta z emerytem
A szewc z poetą —
Tak się jednoczą, różne bytem,
Cienie nad Letą...






CZARY.

Zdaje mi się, że złociściej
Palą się latarnie
Że posągi pośród liści
Mrugają figlarnie;

Zdaje mi się, że pojazdy
Do rytmu turkoczą,
Że nie świece, ale gwiazdy
W ulicach migoczą;

Zdaje mi się, że tęczowo
Lśnią kamienic ściany,
Że mozajką marmurową
Chodnik wykładany;

Zdaje mi się, że przechodnie
W uśmiech stroją twarze,
Że ich serca biją zgodnie,
Jak młotki w zegarze;

Zdaje mi się, że krzewiną
Wstrząsa nimfa płocha;
Że z ogrodów szepty płyną:
Kocham, kochasz, kocha;


Zdaje mi się, że w lazurze
Mkną anielic wianki,
Że mnie wabią oczy duże
Z za każdej firanki...

— „Na Minerwę! na Darwina!
Bracie, ty majaczysz!
Napiłeś się pewnie wina,
Lub paliłeś haszysz“...

Tak! co złudzeń mych przyczyną
Zgadliście najprościej:
Odurzyło mnie dziś wino...
Wiosny i młodości!






ANIELSKIÉJ.


Miałaś uśmiech dziecięcia, spojrzenie Madonny,
W licach blaski, nad czołem włosów jasne zwoje;
Przeszłaś — i jak za słońcem helijotrop wonny,
Tak za tobą się oczy obróciły moje.

Byłaś piękną, jak Ewa, marząca w Edenie,
Promienną, jak cheruby na obrazach Giotta,
Trwożną jak pierwsza miłość, czystą, jak westchnienie,
Świętą, jak zakonnicy za niebem tęsknota.

Odgadłem, że rankami śpiewasz, a o zmroku
Z tym, co w piersi twej mieszka, cichą masz rozmowę;
Że serce w czystych marzeń zanurzasz obłoku,
Że cię sny nawiedzają białe i różowe:

Że trucizna zwątpienia obcą ci jest zgoła,
Że myśli twych nie szarpie sfinksowe „dlaczego?“
Że masz wiarę ascety i świętość anioła,
Że cię skrzydła serafów od upadku strzegą...

Tak różni! a duch jednak rwał mi się do ciebie,
Gwałtowny, jakby serce pragnął zabrać z łona,

I na dnie ciemnych mroków marzyłem o niebie,
Jak o źródle beduin, gdy na piaskach kona.

Przebacz mi! — Wszakże Stwórca nie zabronił głębiom
Kochać szczytów; wszak ludziom, choć grzechem skalani,
Sam się oddał; wszak białym przykazał gołębiom,
Żeby różczkę oliwną niosły do otchłani...






MUSISZ KOCHAĆ.


Próżno, śląc w niebo oczy i westchnienia,
Aniołom tęskną użalasz się mową,
Próżno, upadłszy na pierś Chrystusową,
Całujesz ręce i stopy z kamienia;
Próżno, gdy płyną kadzidła i hymny,
Chcesz z niemi sercem ulecieć wysoko;
Próżno na chmurach wieszasz błędne oko,
Próżno, płonąca, kamień ściskasz zimny! —
Ani przy modłach krótkie wniebowzięcia,
Ani cię zbawią podobłoczne loty:
Lilja w noc letnią rzuca płaszcz swój złoty,
Dziewica rzuca białe sny dziecięcia.
A taka siła w tym bożym wyroku,
Że jej przełamać nikt z ludzi nie zdoła;
Gwiazdy wprzód strąca z dziewiczego czoła,
Potem strąconym każe płonąć w oku.
I nie otwarcie walczy, lecz zdradziecko,
I kiedy schodzi, nie wstrzymać jej w locie;
Przyjście jej dusza czuje po tęsknocie,
Przez nią w człowieka olbrzymieje dziecko.

Choćbyś tytanów myśli miała dumne,
I tę moc, która śmiertelnego trwoży,
Bezsilna padniesz, kiedy wyrok boży

Każe ci wybrać: miłość albo trumnę.
Pocóż na licach ta Pallady maska?
Pocóż na sercu ten puklerz ze stali?
Jeśli pierś z drewna, namiętność ją spali,
A jeśli z głazu — roztrzaska!






W GÓRACH.


„Dokąd biegniesz, dziewczyno szalona,
Z płomieniami w czarnych oczów głębi?
Patrz! Obłoki skrywa chmur zasłona,
Na gościńcu kurzawa się kłębi.

Wiatr ci włosy potargał nad skronią,
I z białego zerwał chustkę łona —
Ja cię schowam przed burzy pogonią,
Lecz się wstrzymaj, dziewczyno szalona!

Tam, gdzie potok srebrną bryzga pianą,
W mroku jodeł mój domek się bieli,
W domku matka modli się co rano.
A co wieczór śpiewa przy kądzieli.

Słodkiej ciszy anieli tam strzegą,
I rozmarza szum wichrów daleki;
Ja cię schowam do domku białego,
Lecz bądź moją, bądź moją na wieki!”
............

„Burza przeszła, wiatr urwał w połowie
Swą pieśń, pełną złorzeczeń i żalu...
— Z gniazd do słońca wzlatują orłowie,
I mnie czas już — Bóg z tobą, góralu!


Obyś znalazł wśród ludzi anioła,
Coby kwieciem usłał twoją drogę;
Mnie gdzieindziej głos przeznaczeń woła,
I być twoją nie mogę, nie mogę!“





PIOSENKA.


Nim czar miłosny,
Nim cuda wiosny
Porzucą nas,
Kochaj, dziewczyno!
Niech płynie wino
Z pieśniami wraz!

Niech skrzą się oczy,
Zaczem je zmroczy
Mogiły cień! —
Gdy minie pora,
Z mroków wieczora
Któż zrobi dzień?

Marzenia mylą,
A życie chwilą —
Pocóż więc śnić?
Dusza i zmysły
To węzeł ścisły;
Kochać — to żyć!





GDY KOCHASZ.


Kiedyś z miljonów jednego wybrała
Na władcę duszy i na władcę ciała,
Niech on już jednym pozostanie tobie
W życiu i w grobie.

Najczulsze słowa, najmilsze uśmiechy,
I wszystkie blaski, i wszystkie pociechy
I wszystką słodycz ducha niewieściego
Ponieś dla niego.

Choć reszta świata, pod wyklęcia groźbą,
Ciągnąć cię będzie i silą i prośbą,
Ty zawsze przeważ szale pochylone
Na jego stronę.

Ile masz w sercu anielskiej światłości,
Przez którą bogom równi ludzie prości,
Zestrzel ją całą w miłosnym uścisku,
Jako w ognisku.

Ani się wahaj, chyląc szczęścia czarę,
Duszę miłemu oddać na ofiarę,
Bo zatraciwszy się, wskrześniesz z niczego
W nim i przez niego.

I nawet wówczas miej świętość anioła,
Gdy on twych darów odpłacić nie zdoła; —
Kto kocha, bardziej jest z bóstwem zbratany,
Niż kto kochany.





WNIEBOWZIĘTA.


Jej włosy, barwy złota i popiołu,
Koroną były rzeźbionemu czołu,
A razem chmurą, w której twarz jej biała
Jakiemś świetlanem widzeniem się zdała.
Rzekłbyś też — z trudem dowierzając oku —
Że cała tonie w złocistym obłoku,
I że weń wsiąknąć i rozwiać się może,
Jako gasnące na zachodzie zorze...

Taką widziały ją obce spojrzenia —
Lecz przy kochanym, którego bez drżenia
Witać, a żegnać nie mogła bez smutku
(Tak czynią kwiaty ze słońcem w ogródku)
Nieziemskie światło z czoła jej znikało,
I obłok w śliczne przemieniał się ciało,
A złote blaski zbiegały do oczu.
I już nie było w błękitnem przezroczu
Topniejącego sylfa, czy anioła,
Ani kapłanki, której bije z czoła
Zimny majestat grobu i świątyni,
Ani rusałki, co z sercami czyni
Psoty, igrając w srebrnej mgle miesiąca —
Jeno kobieta była, kochająca
Wszystkich sił treścią, wszystkich snów tęsknotą,
I całem sercem i całą istotą,
I wśród tej burzy, ubranej w promienie,
Dana miłości na całopalenie!


Rzadko ją śmieszką widział świat. Niekiedy,
Uciekłszy z koła zapustnej czeredy,
Biegła, gdzie w mrokach błękitnych ołtarza
Lampka to gaśnie, to znów się rozżarza,
I tam, nie wiedząc dlaczego i po kim,
We łzach tonęła. Czasem ją głębokim
Przejęła smutkiem cudza łza lub wina,
Albo też akord ponury pianina
O dreszcz przyprawił. Czasem, gdy z ogrodu,
Razem z falami jesiennego chłodu,
Woń zwiędłych liści weszła do komnaty,
Smutniejąc nagle i rumieńców kwiaty
Tracąc, siadała blada, marmurowa —
I nikt z niej wówczas nie wydobył słowa.

Mgła melancholji, co włóczy po świecie
Swe zimne zwoje, a czasem przygniecie
Dławiącym smutkiem jaką duszę tkliwą,
I ją dosięgła. Była nieszczęśliwą
Nieszczęściem innych. Jak pewne rośliny,
Co liściem wilgoć, swój pokarm jedyny,
Ciągną z powietrza, chłonęła tak w siebie
Smutek wszechrzeczy, rozlany po niebie,
Gwiazdach i morzu, obłokach i ziemi...

Lecz, gdy kto umiał słowy miłosnemi
Zakląć cudownie mimozę tę smętną,
Z lic jej niknęło melancholji piętno
I łono grało pełną uczuć gamą.
Dla kochanego miała rozkosz samą:

Wesołe słówka, uśmiechy cukrowe,
Pierś pełnij żaru, pełną marzeń głowę,
W ciemnościach oczu fosforyczne błyski,
Krótkie piosneczki i długie uściski...

Jej pocałunek był szczery i słodki,
I miał coś w sobie z powabu stokrotki,
Którą dziewczyna, wyjąwszy z warkocza,
Daje lubemu; moc też w nim urocza
Tkwiła, że sprawiał ciche upojenie,
I dusze w jasne ubrawszy promienie.
Budził do szczęścia, do życia, do czynu...
Jej pocałunek podobny był winu,
Co nie odurza, ale rozwesela,
I miał potęgę cudownego ziela,
Które do skarbów ukrytych prowadzi...
Całując, śmiała się ciszej i rzadziej,
I już nie była pusta ni swawolna,
I żar jej źrenic przyćmiewał się zwolna,
A dziwna świętość wchodziła na lice..

Życie w niej miało korną ofiarnicę,
Która w miłości praw przeznaczeń słucha,
I nie zabiera, lecz oddaje ducha.

W jesienne rano, suchotnicze, szare,
Umarła — życia spełniwszy ofiarę,
I cudotwórczej miłości sakrament
Wziąwszy na wieczność. Mówią, że i djament,
Gdy już blask wszystek, wszystką ducha jaśnię,
Wyleje z łona — gaśnie...





NA DZIEŃ DOBRY.


Na dzień dobry, mój gołąbku,
Ogród tobie sypie róże;
I zawiesza perły duże,
Na każdego listka rąbku;
Jako gwiazdy lśnią stokrotki,
I rozlewa zapach słodki
Lilja, siostra twoja młodsza;
Wszystkie kwiaty z hołdem śpieszą —
Lecz pomiędzy całą rzeszą,
Tyś najmilsza! tyś najsłodsza!

Na dzień dobry, mój klejnocie,
Słońce tobie zsyła skarby,
Świat w tęczowe stroi farby
I rozpala blasków krocie:
Lecz choć skraj się na murawie,
Jak stuoczne pióra pawie,
I szmaragdy i topazy —
Ty wśród wszystkich trzymasz berło,
Bo najczystszą jesteś perlą,
Boś brylantem jest bez skazy!

Na dzień dobry, mój aniele,
Ja ci duszę niosę własną,
Od poranku świateł jasną,
Uciszoną jak w kościele.

I w niej perły są i kwiaty,
I fantazji haft bogaty
I słowiczych piosnek mnóstwo;
A najwyżej, a na szczycie,
Ty — jak słońce na błękicie!
Ty — jak w świątyń mrokach bóstwo!





NAD BRZEGIEM MORZA I NIESKOŃCZONOŚCI.


W nadmorskim mieście, kupieckiem, gwarliwem,
Błądzimy, milcząc, mgłą oblani szarą;
Gmach każdy sennem zdaje nam sic dziwem,
Każdy przechodzień zdaje nam się marą.
A tam, gdzie okręt śniegi pian rozgarnia,
Nie wiemy: księżyc świeci, czy latarnia?

Jedno nam jasne: żeśmy rozkochani,
I że pierś nasza oddycha rozkoszą...
Nikt nas spojrzeniem ciekawem nie rani,
Śmiechy niczyje czaru nam nie płoszą,
I miedzy tłumem, co ślepy i głuchy,
Obcy tłumowi, błądzimy jak duchy...

Te, za mgły gazą bielejące plamy.
To wyprężone lotnych żagli płótna...
Ach! morze zgadło, że my się kochamy!
Lecz czemu jego melodja tak smutna,
I czemu białe widziadła tak straszą? —
Czy morze trwoży się radością naszą?

Błądzimy senni, jakby z ciał wyzuci,
Słuchając w cichem zmysłów upojeniu,
Jak wrzawa miasta z wrzawą fal się kłóci,

Jak parostatek ryczy w oddaleniu,
Jak skrzypią liny przy masztach i kółka,
I majtek śpiewa w chmurach jak jaskółka.

Wszystkie te głosy zewnętrznego świata
Przychodzą do nas z jakiejś wielkiej głębi;
Gwar to się zbliża, to znowu od lata,
Nakształt krążących nad chatą gołębi
I z natężenia przechodząc wciąż wpisze,
Rytmem swym śpiewnym do marzeń kołysze.

A w tych marzeniach jesteśmy ptakami,
Które na ziemie patrzają z wysoka...
Szlak swoich lotów wykreślamy sami,
Słuchając zachceń serca albo oka;
Dziś po nad chłodną Bałtyku topielą,
Jutro, gdzie orły gniazda sobie ścielą...

Mgły gęstniejącej biała, mokra fala
Zatapia domy, gasi księżyc złoty;
Lecz, im się bardziej świat od nas oddala,
Tem bliższe siebie są wasze istoty;
Chwilami, patrząc na światła, co bledną,
Zda się nam, żeśmy nie dwoje lecz jedno...

Święte złudzenie! Czyż się w niem nie mieści
Zachwyt najwyższy i siła i szczęście?
Ach! człowiek doszedł głównej bytu treści
Przez takie duchów cudowne zamęźcie;

I niech się jak chcą dni jego wypełnią,
On już szczęśliwy — bo żył życia pełnią.
............
Czy taka chwila jeszcze się powtórzy,
Wplatając złoto w dni powszednich przędzę?
O, tak! — lecz będzie to już kres podróży,
Meta, gdzie kończą się życiowe nędze,
Otchłań, zkąd wrócić już niema sposobu —
Dusz wszystkich jedność — z tamtej strony grobu.





IV.
ŻYCIE W OBRAZACH.
FRANCUZICA.


Widywałem ją w jednej cukierni,
Opuszczonej i starej, jak ona.
Przychodziła zawsze sama, w czerni,
Wypłowiałym pledem otulona,
I siadała w milczeniu, gdzie siada
Emerytów kaszlących gromada.

Kawy szklankę przynosił jej chłopiec,
Oraz świeże francuzkie dzienniki;
Układała wysoki z nich kopiec
I dobywszy z torby rogaliki,
Zawinięta w gazet prześcieradła,
Jednocześnie: czytała i jadła.

Mumja w takiej nie drzemie martwocie,
W jakiej ona spędzała wieczory;
Przyjaciela miała tylko w kocie,
Co był brudny, mrukliwy i chory,
I biegł do niej z kąta za bufetem,
Z najeżonym fantastycznie grzbietem.

Nakształt grubej, zaściankowej szlachty,
Którą laury bismarkowe kuszą,
Tylko w wielkie, polityczne płachty
Zagłębiała się wzrokiem i duszą;

A szpon myśli wszczepiwszy w artykuł,
Ani drgnęła... jakby ją kto przykuł.

Czasem notę zrobiła ołówkiem,
Czasem w gniewie przytupnęła nogą...
Nikt jej nigdy nie zaczepiał słówkiem,
Ona również nie znała nikogo —
I samotnie, od wszystkich odcięta,
Przepędzała dnie zwykłe i Święta.

Raz jej z torby na ziemie wypadła
Minjatura młodziutkiej dziewczyny...
Lecz tak chciwie czytała i jadła,
Razem z kawą łykając nowiny,
Ze zupełnie nie spostrzegła zguby —
Dziewczę było śliczne jak cheruby...

Minjaturę podniosłem ukradkiem,
By dać starej ostrożną nauczkę;
A gdym oczy nasycił tym kwiatkiem,
Rzekłem: „Pani! strzeż pilniej swa wnuczkę“...
Odwróciła się z gazet szelestem,
mruknęła: „Mousieur! to ja jestem.“

Rzekłem tylko: „Ach“ — lecz pomyślałem,
Ze się życie obchodzi niegodnie
Z pewnych niewiast i sercem i ciałem,
I że spełnia estetyczną zbrodnię,
Kiedy z kwiatów trwających przez chwilę,
Czyni suche, jałowe badyle.

Myśl mi widać wyczytała z twarzy,
Bo zgarnęła swe czarne woale,
I z westchnieniem — jak zwyczajnie starzy-
Odszepnęła „Nie dziwię się wcale,
Że pan zmianę widzisz we mnie wielką;
Ja-m trzydzieści lat — nauczycielką!“

Kiedyindziej, w wieczór wigiljowy,
Gdy na niebo wypływała “gwiazdka“,
A na ziemi chyliły się głowy...
Do cukierni wstąpiłem po ciastka,
By dzieciarnię obdarzyć — nie własną —
Wprzód, nim świeczki na choince zgasną.

Pusto było w obszernej komnacie,
Głośnej zwykle, od kasłania gości;
Każdy poszedł, przy synu lub bracie,
Spożyć ucztę rodzinnej miłości —
Tylko w kącie, samotna jak mara,
Nad gazetą kiwała się stara.

W wielkiem mieście nie było nikogo,
Coby przed nią otworzył swój światek...
Taka nędza przejęła mię trwogą,
Więc zaniosłem staruszce opłatek,
I skłoniłem się przed nią w milczeniu,
Hold oddając latom i cierpieniu.

Ona wzięła z uśmiechem ofiarę,
Mówiąc grzecznie, że ją czyn mój wzrusza...

Lecz przez oczy, przygasłe i stare,
Nie wyjrzała jej zbudzona dusza;
I poznałem, że pod obcym chłodem,
Już się sama stała prawie lodem.

Ce Gambetta quel génie, mój panie!“
Rzekła nagle, wstrząsając gazetą. —
Przytaknąłem, i na pożegnanie,
Zostawiając ją samą z Gambettą,
Chciałem dotknąć ustami jej dłoni —
Lecz wstydliwie rzekła: „Niech Bóg broni!“

Raz ostatni spotkałem ją — w trumnie.
Spała cicho na poduszce z wiórów,
Żółte czoło zmarszczywszy rozumnie;
Jakby echo gazeciarskich chórów,
Odrętwiając i duszę i ciało,
Coś o Francji w ucho jej szeptało.

Rzekł mi jeden z pachołków szpitala,
Że ją słaba podjęto z ulicy;
Że noc całą, pełna chorych sala
Spać nie mogla z winy „francuziey“,
Że śpiewała mimo śmierci kurcze,
Aż, śpiewając, usnęła — jak kurczę..

Byłem pewny, że dziatek gromada
Za tą lichą trumienką pobieży,
I tej swojej przewodniczce stada
Nie poskąpi kwiatów i pacierzy,

A pamiętna na jej miłość długą,
Raz choć zechce być swej sługi sługą.

Lecz mnie czułość młodszych serc zawiodła —
Nikt nie stanął za wozem nędzarzy;
Dziad kościelny, niosąc śmierci godła,
Zawiódł zmarłą, gdzie się śpiąc nic marzy,
I deszcz tylko, z moją łzą pospołu,
Wpadły za nią — do wspólnego dołu.

Kiedy rydel pijanego dziada
Miał zasypać czarną grobu jamę,
Wśród gałęzi błysła jasność blada,
I rzuciła dużą, złotą plamę
Na tę trumnę z szychami białemi;
A ja-m rzucił: trzy garsteczki ziemi.

I garść pierwsza, z bezdźwięcznym łoskotem,
W wielkiej Francji upadla imieniu...
Ona dzisiaj pobrzękuje złotem,
A jej dzieci giną w opuszczeniu,
I pod obce uciekają nieba,
Jakby w domu zbrakło dla nich chleba...

A garść druga, co jękła żałośnie,
Wyręczyła nieobecne dziatki —
Bo choć ciężko przy trumnach stać wlośnie
Ze swych wieńców oddając im kwiatki,
Jednak serce dziecięce źle czyni,
Gdy się starej wypiera mistrzyni...

A garść trzecia, przesiąknięta łzami,
Padła stwierdzić naszej ziemi cnotę —
Samolubstwom ona się nie plami,
Wrogom nawet śle swe kłosy złote,
A dziś, pełniąc swych losów konieczność,
Dała starej przytułek — na wieczność!






„EL MOLE RACHMIM“...[2]


To było na podwórku żydowskiego domu,
W letni wieczór. Dostałem się tam pokryjomu.
— Wiara, zamiast jednoczyć, dzieli i oddala. —
Wśród murów poruszała się głów czarnych fala.
Żenił się Icek, waciarz, z tandeciarki córką,
A goście i ciekawi zalegli podwórko.
I miejsce było szpetne i ludzie zwyczajni.
Kilka zbudzonych gęsi gęgało przy stajni,
Na poręczach galerji pościel się wietrzyła,
Z kuchni woń ryb skwarzonych płynęła niemiła,
A w kącie, dwie akacje marły na suchoty.
Niebo od gwiazd błyszczało, jak — szabaśnik złoty;
Obłoków nie plamiła nawet chmurek wełna,
I noc była królewskiej wspaniałości pełna.
Icek stal pod szkarłatnym, starym baldachimem,
W odświętnych sukniach, światłem oblany i dymem.
Był to śniady wyrostek, pół-mąż a pół-dziecko,
Miłość u żydów chwyta człowieka zdradziecko,
Z zamkniętemi oczyma wiedzie nad otchłanie,
I w objęcia kobiety rzuca niespodzianie.

Tłum składały powszednie postacie z ulicy,
Ludzie, których się widzi w dzień na targowicy:
Tandeciarze, faktorzy, przekupnie, tragarze.
Gorączka rozpalała brodate ich twarze,
A złociło je światło woskowych hawduli,
(Świeczek, w których się płomień do płomienia tuli,
Jak w plecionym z błyskawic mieczu archanioła).
Chwilami, nakształt kłosów chyliły się czoła,
Szwargotali, lecz obrzęd nic zdał się żadnemu
„Uroczystą Śmiesznością” jako Beaumarchais’mu.

Icek zakrył twarz chustką, a jeden z gromady,
Nie kapłan, lecz człek zwykły — bardziej tylko blady,
I smutniejszy od innych — wzrokiem wodząc wkoło,
Śpiewał. Pieśń, choć weselna, nie była wesołą.
Dwu chłopców kędzierzawych wtórzyło jej krzykiem,
A tłum cały szemraniem, pół-rzewnem, pół-dzikiem.

Patrzyłem na ten obraz ciekawie lecz zimno.
Icek, choć skryty chmurą świetlaną i dymną,
I poważny na śmieciach, jako przed ołtarzem,
Był dla mnie tylko lekiem, ubogim waciarzem.
I w innych nie widziałem nic poetycznego:
Zdawali mi się ludźmi zwykłymi, co strzegą

Z równą pilnością bród swych, jak — wiary i mienia.
Próżno od blasków nowiu i od świec płomienia,
Śniade lica ich brały tajemnicze piętno:
Żaden nie nęcił twarzą natchnioną lub smętną.

Nagle, śpiew ucichł. Rzekłbyś, że rozwiał się w dali.

Otwarto z trzaskiem okna. od weselnej sali,
Kędy oblubienica, pośród niewiast grona,
Siedziała, płacząc. Chazen wzniósł nad nią ramiona —
(Chazen o skrzących oczach, z patryjarchy brodą) —
I wspomniał o jej ojcu, który umarł młodo,
I którego dziś brakło przy rodzinnem święcie...
Płacz na to powstał wielki, a on, przy lamencie,
Przy niewieścich szlochaniach i łamaniu dłoni,
Zawiódł pieśń, która nutą pogrzebową dzwoni:
El mole rachim...

Najprzód, choć łzami wezbrana,
Pieśń płynęła spokojnie, niosąc do stóp Pana
Ból serdeczny, rozwagi wstrzymywany siłą;
Tak płacze syn dorosły nad ojca mogiłą;
Potem, przesiąkłszy smutkiem, który z grobów wieje,
Traciła po iskierce wiarę i nadzieję,

Rosła w moc, i porwana zamętem boleści,
Topniała w łzach gorących i w skardze niewieściej.
Już nie jednej mogiły, lecz grobów miljona,
Stala się głośną płaczką, i z bólu szalona,
Biegła, nad cmentarzami zawodzić staremi,
Nad kośćmi Izraela, co po całej ziemi
Rozsiane są, jak piasku bezpłodnego ziarna;
I nad tem, że ta siejba będzie może marna,
I nad tem, że na grobach chwast wyrasta głuchy,
I nad tem, że skarlały słabe synów duchy,
I że ta noc niewoli tak długa, tak długa!
Już jéj nie nie więziło; rwała się, jak struga,
Kiedy po burzy, w rzekę zmieni się spienioną, —
Śpiewak miał iskry w oczach i drgające łono,
A czoło, które odkrył, w tył zsunąwszy czapkę,
Ciekło potem. — Śpiew wzruszył nawet starą babkę,
Którą paraliż trupem uczynił i skałą;
Szkło jéj źrenic, napoły martwych, zapotniało.
Wszyscy w izbie płakali, zdjęci wielkim żalem.
A kiedy chazen wspomniał świętą Jeruzalem,
Matkę, która choć zdala białą twarzą świeci,
Od wieków już umarła dla swych pierwszych dzieci;
Gdy wspomniał bezlitosne losów okrucieństwo,
Nędzę, prześladowanie, tułactwo, męczeństwo,
I szczęście, utracone na zawsze, na zawsze —
Boleść stała się żywszą, rany serca krwawsze,

Po izbie szał rozpaczy powiał tchnieniem dzikiem,
I zawrzała ogromnym, beznadziejnym krzykiem...

Słuchałem pieśni z łonem czułością wezbranem,
I ci ludzie, skarżący się głośno przed Panem,
Dumni wielką przeszłością, bólem wielkim śmieli,
Dziwnie wzrośli w mych oczach i wyszlachetnieli.

Nie widziałem już szpetnych plam na baldachimie,
Nie raził mię strój Icka, ani Icka imię,
Znikła dla mnie powszedniość z tych brodatych twarzy,
I stałem się, jak człowiek, co... na jawie marzy.

Podwórko.. Nie! to była już kwietna dolina,
Kędyś, u stóp Libanu, co się w niebo wspina
I lasem ciemnych cedrów szumi, jakby śpiewał.
Księżyc na tę dolinę zdroje srebra zlewał,
Niebo ją nakrywało kryształowym dzwonem,
Pustynia przewiewała tchnieniem rozpaloném,
A palmy ochładzały wachlarzami z liści.
Między ziemią i niebem nie było zawiści;
Twarz Jehowy patrzyła z góry uśmiechnięta,
Błogosławiąc dolinę, ludzi i jagnięta;

Tłum wiernych szeptał modły i kłaniał się Panu,
W powietrzu pływał zapach nardu i szafranu,
Strumień, jak wąż, rozwijał srebrnołuskie sploty —

A gwiazdy tak błyszczały, jak szabaśnik złoty...






STÄNDCHEN.


I.

Gdy czerwiec dyszał upałem,
I miejskie kwitnęły sady,
Przed szary domek nad Wisłą,
Szedł z katarynka włoch śniady.

Codziennie, o cichym zmroku,
Odwiedzał on to ustronie,
I grywał „Ständchen” Szuberta,
Które w serdecznych łzach tonie.

W domku, ktoś okno otwierał —
I z poza gęstej firanki,
Twarz wychylała się, blada,
Jak u Faustowej kochanki.

Księżyc, gdy ponad Warszawę
Wszedł zamyślony i biały,
We łzach się łamał srebrzystych,
Co po tej twarzy spływały.

A ręka, co później z okna
Pieniądz rzucała grajkowi,
Była niewieścia, wychudła
I w kolor przybrana wdowi.


II.

Październik mgłą zalał ziemię
I miejskie pożółkły sady —
Przed szarym domkiem nad Wisłą,
Wciąż jeszcze stawał włoch śniady.

Lecz kiedy „Ständchen” urocze
W wieczornej ciszy płakało,
Nikt nie odchylał firanki,
I twarzą nie błyskał białą.

Okno wciąż było zamknięte,
Jak drzwi kamiennej mogiły;
I tylko mirtu gałązki
Za szybą się zieleniły.

Włoch jednak przychodził co dnia,
Mocując się z zawieruchą,
I grał swą piosnkę miłosną —
A wicher wtórzył mu głucho.

Przywyknął on już do miejsca...
Przytem głos szeptał mu boży,
Że to okienko samotne
Jeszcze się kiedyś otworzy...


III.

I otworzyło się wreszcie —
A było to w listopadzie,
Gdy, z szat weselnych odarta,
Ziemia do grobu się kładzie.

Wicher trzasł z jękiem ponurym
Szarego domku ścianami,
A Wisła zdała się szeptać:
„Zmiłuj się Boże nad nami!...”

W izdebce, wśród złotych gromnic,
Leżała w trumnie dziewica,
Przy piersiach miała mirt świeży,
I bielsze od sukni lica.

„Ständchen” po raz już ostatni
Zabrzmiało nutą spłakana,
Z potrzebnym łącząc się śpiewem,
Którym umarłą żegnano.

I może wpływ to był światła...
Lecz na tej pieśni wezwanie
Zadrgały usta dziewicy,
I słodki uśmiech wszedł na nie.


IV.

O! nie dzisiejsze to dzieje!...
Dziewica miała lubego,
Skarbem był dla niej jedynym,
I żyć nie mogła bez niego.

Za miesiąc, dłonie kapłana
Miały ich związać na wieki —
Lecz młodzian, za garścią złota,
W świat musiał jechać daleki.

Gdy się żegnali ze sobą
Majowym, rozkosznym zmrokiem,
On lubej „Ständchen” Szuberta
Z uczuciem śpiewał głębokiem...

Kiedy odjechał, dziewczynę
Przygniotła udręczeń siła,
Lecz zawsze, myśląc o lubym,
Uroczą piosnkę nuciła...

I raz, gdy z pieśnią na ustach,
Sypała ptaszkom swym ziarno,
List przyniesiono jej z poczty —
A list z pieczęcią był czarną...


V.

Gdy pieśń do życia się wplecie,
Stłumić jej niema sposobu —
Drużką jest w doli, niedoli,
I nie opuszcza do grobu..

Lecz dziś, czy wiosna się śmieje,
Czy jesień pustoszy sady,
Przed szarym domkiem nad Wisłą
Już grajek nie staje śniady.






HISTORJA CODZIENNA.


Była to para niedobrana wcale...
On pieśń i gwiazdy kochał z całej siły,
A ona tylko szampana i bale;
Jednak z początku żyli doskonale —
Czemu? — ja nie wiem, jak mi honor miły!

Fałsz, kiedy zgrzytnie w cudnem cantabile,
Strasznem jest piekłem dla nerwów i ducha —
Lecz straszniejszemi rozczarowań chwile,
Kiedy wśród pary, gruchającej mile,
Nagłe dysonans, jak piorun wybucha...

A dysonansów takich było mnóstwo
W tem życiu na żart, pięknem choć zwodniczem...
On do niej najprzód mawiał: „moje bóstwo”,
Później, poznawszy jéj serca ubóstwo,
Cofnął ten tytuł i zastąpił — niczem.

I wkrótce, gwałcąc przyrodników prawo,
Jednoimienne złączyły się siły..
On poznał „Wiochnę”, marząca i łzawą,
Ona z dandysem goni za zabawą...
Czemu? — wiem teraz, jak mi humor miły!






NA BALU.


Wśród pięknych — najpiękniejsza,
Wśród strojnych — najstrojniejsza,
Uśmiech bachantki ozdabia jej usta,
I jest zarazem, jako dziecię, pusta.
We włosach, osrebrzonych białą pudru falą,
Jak gwiazdy we mgle, brylanty się palą.
Oczami przypomina Madonnę;
A jako fala z piany zgęstniałej przy brzegu,
Tak łono jej z koronek śniegu,
Wychyla się — kuszące, nagie i bezbronne.

Dla niej wirują taneczników koła;
Dla niej gawiedź salonów wesoła
Wrzaskliwie, jako ptastwo na wiosnę, świergocze;
Dla niej orkiestry tony
Raz w zamęt wpadają szalony,
To znów mdleją i ronią westchnienia urocze;
Dla niej strumienie światła płyną ze świeczników,
Dla niej bukiety są kadzielnicami,
Dla niej Rozkosz przywdziewa szatę najbogatszą...
Królową jest — i kiedy w tłumie niewolników
Wznosi czoło, którego cień żaden nie plami,
Tym, co na nią przez tęczę uwielbienia patrzą,
Z wezbranej piersi okrzyk się wyrywa:
„Jak piękna! jak szczęśliwa!“


......Tłum ciszej gwarzy,
Bo upojonym zmysłom potrzeba wytchnienia;
w wielką ptaszarnię salon się zamienia,
I słychać tylko szelest trzepoczących skrzydeł...
Nie skrzydeł, lecz wachlarzy.
Za niemi lica rozgrzane, różowe,
Podobne do Rubensa świetnych malowideł,
I oczy — piorunowe.
Na falujących łonach półumarłe kwiaty
Coraz wolniej się kołyszą;
Strumień gorącej krwi stygnie i opada,
I Rozkosz, z przesytu blada,
Wlokąc za sobą pomięte szaty,
Uchodzi przed Ciszą.

......Do królowej balu,
Co we framudze okna siadła dla ochłody,
Biesiadnik zbliża się młody,
I zimne ostrze wzroku w oczach jej zanurza.
Smutną i pełną tłumionego żalu
Musi być młodość tego biesiadnika...
W źrenicach jego wre namiętna burza,
A twarz, jak maska wyciosana z głazu,
Nieruchoma i dzika,
Na chwilę złowróżbnego nie traci wyrazu.

Gdy różę, kwiatów królowę,
Mróz lodowatym obwieje oddechem,
Róża swe listki gubi purpurowe;

Królowa balu, głośna pustym śmiechem,
Gdy na nią blady spogląda młodzieniec,
Traci szkarłatny rumieniec.

Przez chwilę wachlarz drga w jej białej dłoni
I krocie iskier miota;
Przez chwilę dawne przypomnienia goni,
W oczach jej miga błyskawica złota,
A potem mówi przez ściśnięte wargi:
„Coś przyniósł: klątwy czy skargi?“

On się nachyla ku niej blizko, blizko,
Prawie do samego ucha —
Rzekłbyś, że szmeru jej krwi wrzącej słucha,
Że śledzący wzrok topi w każdem jej pojęciu,
I odpowiada głosem tłumionej boleści,
Która w sercu ma ognisko:
„Przynoszę wieści —
Wieści o dziecięciu...”

......„Pomyśl pani,
Jak smutnym jest, i serce jak boleśnie rani
Widok kolebki — gniazda bezbronnego —
Której nie strzegą
Oczy matki — szyldwachy pilne a miłosne.
Wilczyca da się zabić, a dziecka nie rzuci;
Ptak, rozśpiewany na wiosnę,
Latem, piskląt swych strzeże zblizka i zdaleka
Chwały śpiewaczej się wyrzeka
I już więcej nie nuci;

Gdy kto nieopatrzną dłonią
Różane pączki obłamie.
Zaraz i kwiaty smutnie w dół się kłonią,
I na liście rdza pada, rychłej śmierci znamię. —
Gdy tak czuje zwierz dziki, i ptak i roślina,
Czyż wśród ludzi, co chodzą jasnym bóstwa śladem,
Powinna stawać się jadem
Miłość matczyna?

...„Jak dzwonów pogrzebnych echo,
Dotąd mi w uszach brzmi płacz niemowlęcia,
Co obcym ludziom rzucone, jak szczenię,
Gasło pod wieśniaczą strzechą,
Czekając śmierci — i wniebowzięcia.
Dotąd mam przed oczyma to smutne spojrzenie,
Czepiające się trwożnie cudzych, zimnych twarzy,
I liczko tak żółte, jak kwiat nenufarów,
I nad skroniami z włosów jedwabistych diadem,
I złocistszą od niego męczeństwa koronę,
Co blaskiem nieziemskich czarów
Świeciła nad czołem bladem.
Ach! w mogile nawet mnie obudzi
Tego jęku wspomnienie szalone,
Co z ust, które gorączka zmieniła w krwawniki,
Dobywał się błagalny, głuchy, prawie dziki,
Jak krzyk duszy za czyścową bramą, —
I wśród gromady wstrętnych, zapłaconych ludzi,
Bez skutku wołał: „Mamo! mamo!”


...„Nie byłoby Boga na niebie,
A człowiek wzrok-by musiał chować przed szakalem,
Gdyby echo tego jęku okropnego
Drogami przeczuć nie doszło do ciebie!
Może to była właśnie godzina przed balem...
Pani śmiałaś się do zwierciadła,
Śmiejąc się do samej siebie;
Nagle, twarz twoja śmiertelnie pobladła,
— Tak oto, jak blednie w tej chwili —
Serce ci skrzepło wśród łona,
Z piersi uciekło życie,
I padając, jak gromem niebieskim rażona,
Krzyknęłaś:: „Wola mnie! — czy słyszycie?”

...„Wyrwałem dziecię z otchłani,
Żeby oczętom jego przywrócić pogodę,
I od katuszy serce oswobodzić młode.
Jak bóstwu wiosny, co stąpa po różach,
Przyniosłem dziecku temu w dani
Szczątki uczuć, w żywota ocalone burzach,
I wiarę — maszt ostatni skołatanej nawy.
Lekarzom powierzyłem straż nad jego ciałem,
Sam się lekarzem jego duszy stałem.
Promyk nadziei — zwodniczy, mgławy,
Zaświecił dla mnie raz jeszcze
W tego dziecięcia spojrzeniu;
A żem długo przebywał w samotności, w cieniu,

I twarz fatalności brzydka
Śmiertelne we mnie budziła wciąż dreszcze,
Więc w obłąkaniu radosnem, pół-dzikiem,
Ze ślepą ufnością rozbitka,
Za tym, obietnic pełnym pobiegłem ognikiem.
Dokąd mnie zawiódł blady mogił goniec,
Mówić nie trzeba:
Dłoń przeznaczeń w mej twarzy wypisała trwale
Spełniony wyrok nieba,
I marzeń wszelakich koniec.
Dziecię, którego duszę cierpienie rozdarło,
Dziś już nie cierpi wcale..“

„Umarło!”

I kobieta na ziemię upadla bez ruchu...
Krzyk jej zgłuszyły orkiestry tony,
Co w nagłym wybuchu
Lawę dźwięków hulaszczych rozlały dokoła.
Młodzieniec silnemi ramiony
Objął zemdloną i wyniósł z bawialni,
Ustami wprzód dotknąwszy zimnego jej czoła,
Jak gdyby chciał ją rozgrzać — lub ostudzić siebie.
Ona zwolna oczy rozemknęła,
Podobne gwiazdom na zamglonem niebie,
Słaby rumieniec objął ją na chwilę;
I stając o własnej sile,

Jakby ją podtrzymali słudzy niewidzialni,
Spokojnym głosem szepnęła:
„Chcę się pomodlić... na dziecka mogile...“

Pstro i ruchliwe łątki salonowe,
Nakształt ptaków spłoszonego stada,
Obległy zewsząd królowę.
Pytano czy nie cierpi, i czemu tak blada?
A ona rzekła, że jej zbyt... gorąco...
Że pragnie nocnym orzeźwić się chłodem;
I za młodzieńca przewodem,
Poszła — rzucając gawiedź zdziwioną, szemrzącą...






NASTKA.


I.

Jak zakwita fijołek i róża,
Kiedy prawo natury się iści,
Tak zakwitła Nastka, córka stróża,
Odrośl drzewa odartego z liści.

Cud się spełnił w mistycznej godzinie,
Kiedy gwiazdy tajemniczo drżały;
Ą zaprawdę cud to był niemały,
Że rozwinął się kwiat — w suterynie.

II.

Ojciec Nastkę nazywał „narowną“,
Bo dziewczyna nie lubiła domu,
Czytywała książki pokryjomu
I w kompanji nie była rozmowną.

Brudny tapczan i miotła ojcowska
Miały dla niej niewiele powabu,
Nie lubiła też tłustego schabu,
Ani wódki z kroplami od Noska.

Nikt z krewniaków nie miał szczęścia do niej —
A gdy kiedyś, parobek od koni
Chciał się bliżej poznać z jej buziakiem,
Wypisała mu protest... siniakiem.


Wielkie za to miały u niej łaski:
Słodkie ciastka, piosneczki harfiarek,
Tryle, które wywodzi kanarek,
A najbardziej: jaskrawe obrazki.

W tych jedynie bywała kościołach,
W których wiszą barwne malowidła,
I kochała się w ładnych aniołach,
Co u ramion mają srebrne skrzydła...

III.

Kiedy z twarzą różową i białą
Wyszła Nastka po wodę do pompy,
Sam gospodarz, człek w pochwałach skąpy,
Rzekł: „No proszę, jak to wyładniało!...“

A do ojca zamruczał na stronie:
„Pilnuj izby, gdy córkę masz ładną,
Bo się włóczą po świecie nicponie,
To ci jeszcze dziewuchę ukradną.“

Ale stary dzień cały się kręci
Wedle ścieków i wedle meldunku —
Zkądżeby mu i siły i chęci
Do dźwigania świeżego frasunku!

Zresztą kiedyś, pociągnąwszy piwka,
Los i... szczęście zapewnił już dziecku,
Bo umyślił, leżąc na przypiecku
Że ją wyda — za stróża z przeciwka!






POGRZEB AKTORA.


Chowano go wesoło — nie dziwota!
Aktorem był, motłochu bawicielem...
Pomnę jak dziś, pogoda była złota,
Czerwiec się śmiał rozkoszą i weselem...

Aktorki szły z krochmalnych sukien szumem,
Cukierki ssąc malowanemi usty;
„Patrzcie, to ta — szeptano między tłumem —
Co role gra bohaterek rozpusty...“

Kochanek miał balowe rękawiczki,
I w stronę dam spoglądał amoroso;
Jak stado mew dreptały baletniczki,
A tragik szedł z majestatyczną grozą.

Musiał się śmiać, kto spojrzał na komika,
Co krzywił twarz, pragnąc wyglądać czule;
Wesoło też przygrywała muzyka
Marsza, co był żałobnym — na tytule.

Szedł liczny tłum, lecz tylko... zbierać wzorki;
Każdy był rad zobaczyć rzecz niezwykłą:
Aktorów w dzień oraz umyte aktorki,
Z których lic fałsz i malowidło znikło.


Krytyki głos wznosił się nieustannie,
Histrjonów ród srogą chłoszcząc oceną;
Dziwił się ktoś pewnej scenicznej pannie,
Że babki grać mogłaby po za sceną...

„Ach, patrz-no, patrz! jaki ten amant brzydki!”
Mówiła gęś, trącając swą sąsiadkę;
Sądzono też choreografa łydki,
Czuprynę lwa, salonowca krawatkę...”

Wśród śmiechu, drwin, muzyki i konceptów,
Wstrzymał się wóz przed drzwiami cmentarnemi;
Niedługo trwał chór modlitewnych szeptów,
Ozwał się śpiew – ciało rzucono ziemi.

Nie płakał nikt (prócz kilku brzóz nadgrobnych);
Reżyser klął, zwołując panów, damy,
I krzyczał w głos, już bez wzdychań żałobnych:
„Powracać czas! o siódmej zaczynamy.“

Gdym został sam, z motłochu martwym sługą,
Przyszła mi myśl, iż śmieszna to rzecz — człowiek:
I śmiałem się tak długo, ach! tak długo...
Aż gorzkie łzy pociekły mi z pod powiek.






SYN OBYWATELSKI.


Grubą miał szyję i szerokie barki,
Lecz żadnej hydry nie zdusił w kolebce;
Wykręcał tylko gniazda i fujarki,
I raz zajeździł dwa fornalskie źrebce,
Hartując siłę na przyszłe jarmarki.

W szesnastej wiośnie — o chwilo przeklęta!
Do powiatowej posłano go szkoły;
Lecz póty w listach podnosił lamenta
Na srogich belfrów i chude rosoły.
Aż mu zrobiono raz na zawsze święta.

W tym czasie Amor jął go ranić ślepy;
Stał się zgryźliwym, rzucił dubeltówkę,
Zbrzydły mu konie, stodoły i cepy.
Wreszcie zdybawszy w sadzie pokojówkę,
Przysiągł jej miłość wśród zagonów rzepy.

A że wzajemną była mu dziewczyna,
Wniósł, że go wszystkie przyjmą równie czule,
W czem krwawej sceny leżała przyczyna...
Lecz, że zawczasu z luf wyjęto kule,
Więc się skończyło na rozlewie... wina.


To go w powiecie uczyniło sławnym;
Że zaś prócz tego ten szlachcic zuchwały
Tenorem beczał, silnym acz niewprawnym,
Wszystkie więc panny w sąsiedztwie uznały,
Że jest młodzieńcem nadzwyczaj zabawnym.

Odtąd czas dzielił między polowanie,
Grę w karty, miłość i sesje z faktorem;
Wkrótce też o nim powtarzano zdanie,
Że jest szlacheckich dżentelmenów wzorem —
I żyd mu każdy mówił: „jaśnie panie“.

Gdy go rzucili i mama i tata,
(Poczciwym duszom wieczny odpoczynek!)
O własnej sile stanął pośród świata,
I dowiódł wszystkim, że szlachecki synek
Wie, jak należy spędzać młode lata.

I próżno bijograf siliłby się który —
Jego życiorys odmalować ściśle,
Wołowej na to potrzeba-by skóry,
Tak prędkim w czynach, tak dzielnym w pomyśle
Był ten młodzieniec rycerskiej natury.

On to kuligiem, przez wodę i błoto,
Grono młodzieży obwoził hulaszcze,
Przyczem panowie z zapustną ochotą
W swoich lokajów przebrali się płaszcze,
Mówiąc, że znaczne i w popiele złoto.


On to w Łowiczu, w kole młodej szlachty,
Podniósł krzyk wielki przeciwko pisarkom,
Którzy w gazetach, tak wielkich jak płachty,
Nigdy pokoju nie dając jarmarkom,
Ganią koniarstwo i żydowskie pachty.

On to raz wyrzekł na mównicy z beczek,
Że okpić żyda nie jest żadnym grzechem;
Co komuś było powodem do sprzeczek,
Ale co większość przyjęła ze śmiechem,
Krzycząc, „niech żyje nasz dzielny Jasieczek!“

On (bo inwentarz jego dzieł nie krótki)
Pół wsi przybyszom odstąpił giermańskim,
I na pniu lasek sprzedawszy młodziutki,
Chwycił się wreszcie obyczajem pańskim,
Karcianych igrzysk i pędzenia wódki.

On... ale dosyć. Kto z was epilogu
Ciekawy, niech się rozejrzy dokoła. —
W wiejskim gdzieś dworze, zobaczy przy progu
Postać, co zda się na pozór wesoła,
Lecz ile cierpi, to wiadomo Bogu...

Jeśli więc pozna, że ta postać licha
Pragnie być zawsze słodką, jak karmelek,
I jakby wszystka zamarła w niej pycha,
Pokornie korki wyciąga z butelek
I intonuje pieśni do kielicha;


Że do snu małe kołysze panięta,
Ą pannom trzyma włóczkę i bawełnę,
Że każdej chwili ma minę od święta,
Kieszenie śmiesznych dykteryjek pełne,
I dla służących niedrogie prezenta;

Że u przyjaciół dobry obiad dostać,
Jest dla niej dzisiaj marzeniem jedynem —
Jeśli to dojrzy... niech wie, że ta postać
Obywatelskim była niegdyś synem.
................
Trudno zasłudze przed losem się ostać!






WARSZAWIANKA.


Promień słońca, zapach róży,
Szampańskiego wina pianka,
Dużo ciszy, trochę burzy...
Cóż to za cud? — warszawianka!

Miara nóżki — lilipucia,
Rękawiczek numer piąty,
Wyraz twarzy pełen czucia,
A źrenice — jak dwa lonty...

Istnym kotkiem jest z figurki,
Tak się łasi... tak przegina...
A że kotek ma pazurki —
Czyż to jego jest w tem wina?...

Słyną rzymskie malowidła
I florenckie statuetki;
Paryż słynie przez swe... sidła.
A Warszawa — przez kobietki.

Ale bo też dziwne czary
Warszawiankom śle przyroda —
Niema brzydkiej, niema starej,
Każda śliczna, każda młoda!...


Przy tak trwałym wdzięków darze,
Bankrutować-by powinni
Olejkarze, perukarze
I pięknictwa mistrze inni —

Jednak (jak najmocniej wierzę,
Iż chochlików są w tem psoty
Zawsze oni w damskiej sferze
Mają dużo do roboty...

Nikt się twierdzić nie ośmieli
(Prawdy fałszu się nie zlękną)
By kto z twarzą, jak anieli,
Mógł mieć duszę nie tak piękną;

I Warszawy przeto córka,
W pierwszej kobiet stoi linji;
A podejrzeń ciemna chmurka
Nie przesłania jej opinji.

Zapytacie: czy pobożna?
Nieinaczej! Z okiem w górze
W kościołach ją widzieć można...
Kiedy śpiewa kto na chórze.

Czy rozumna? Któż zaprzeczy!
Wszakże wiedzą nawet — w Busku,
Że o każdej zgoła rzeczy
Biegle mówi... po francusku.


Czy dla biednych miłosierna?
O tak! Zawsze w karnawale,
Nawyknieniom serca wierna,
Dobroczynne zwiedza... bale.

Czy w marzeniu tonąc złotem
Dla artyzmu ma uznanie?
Ach! wybornie wiedzą o tem...
Włosi, szwedzi i hiszpanie.

Gdy jest matką, dzieciom może
Skąpi troski nadzwyczajnej...
Lecz od czegoż, mocny Boże,
mamzele i frajlajny?

Czasem znowu, dla odmiany,
Z panem mężem jest w rozterce —
Lecz to pewnik przecie znany,
Że fantazje miewa serce...

Jednak twardej, jak szkło, cnoty
Nigdy myśl nie skusi biedna...
Zresztą, inne ma przymioty:
Jest oględna... jest oszczędna...

Jeśli wyda pokryjomu
Setkę rubli na klejnoty,
Na obiadach za to w domu
Zaoszczędzi zaraz... złoty.


I tak wszystko w cudną całość
W tej istotce się jednoczy...
Kto zaś wątpić miałby śmiałość,
Niech jej, proszę, spojrzy w oczy.

Tam, gdzie płomień wieczny gości,
Barwy piekła albo nieba,
Znajdzie wyrok niewinności
Wypisany jak potrzeba...

I wykrzyknie całą siłą,
Gdy go przejmie wzrok niebianki:
„Jednak niema i nie było
Jak te nasze warszawianki!“






OSTATKI.


W górę kielichy!
Dzisiaj ostatni dzień szału!
Wprzód zanim surowe mnichy
Obwieszczą śmierć karnawału
I post rozpocznie się cichy —
W górę kielichy!

Z użyciem śpieszyć potrzeba,
Bo gaśnie uciech ognisko;
Daleka droga do nieba,
A do rozkoszy tak blizko!

Jutro... Lecz co nam do jutra!
Dziś bądźmy zadowolnieni;
Człowiek sam stwarza obecność,
Przyszłości nikt nie odmieni!

Wejdźmy... Salonik bezżeńca
Wszystkim, jak zajazd, otwarty;
Pełno tu wrzawy i dymu,
Na stołach wino i karty.

Gospodarz śmiechem i pieśnią
Ożywia biesiadne koło;
Wesołe ma w ustach słowa,
Lecz duszę ma niewesołą.


Chwilami troska wewnętrzna
Chmurą pokrywa mu lice —
On wówczas głośniej się śmieje,
I częściej wychyla szklenice.

Ale ta jego wesołość
Brzmi jako fałszywe struny —
Czemu? — bo dzisiaj młodzieniec
Święci ostatki.. fortuny!

Przed strojną królową balu
Korzą się młodzi i starzy;
Królowa jednych trucizną,
A drugich słodyczą darzy.

Każde jej oczów błyśnienie
Jest grotem, co w serce godzi;
U lilipucich jej nóżek
Mrą tłumnie starzy i młodzi.

A jednak w śmiechu tej pięknej,
Chwilami, jak stal coś zgrzyta —
Czy nie dość zyskała ofiar?
Czy jeszcze zwycięztw nie syta?

Jakiż to robak zdradliwy
Wśród łona tej róży gości?
Niestety! królowa balu
Święci ostatki... młodości!

Patrzcie — zgrzybiały ten dzieciak
Był światłem bożem bogaty;
Bóg dał mu złoto talentu,
On przekuł je na dukaty.

Skarb swój pod zimne niósł stopy
Fryn, co się karmią sercami,
I życie było mu całe
Gonitwą za wrażeniami.

Dziś, gdy na niego kusząco
Zerknie Kupido szyderca,
Porywa stalowe pióro
I iskry krzesać chce z serca.

Lecz serce to utraciło
Blask i wytrwałość djamentu,
I, starzec w męczarniach ducha
Święci ostatki... talentu!

Jak ten, którego upoją
Trujące haszyszu pary,
Piękniejsze nad rzeczywistość
Spostrzega przed sobą mary —


Tak mędrek, co łyknął wiedzy
I upił się nią jak winem,
Wytwory własnego mózgu
Ogłasza bóstwem jedynem.

Na rzeczy wyższe nad rozum
Rzuca szyderskie oszczerstwo,
Szał poczytuje za siłę,
A za argument — bluźnierstwo.

Puszy się, jak dumne pawie,
Przeklina porządek stary,
I święci rozpustą ducha
Pogańskie ostatki... wiary!

Wre bal w mieszczańskim salonie;
Kwiatami strojna sień cała,
Przy drzwiach lokaje w liberji —
Bo pani domu tak chciała.

Chęć jej dla męża rozkazem;
A gdy zażąda pieniędzy,
On musi wziąć ich choć z piekła,
Za cenę jutrzejszej nędzy.

Teraz, po burzy małżeńskiej,
Wyszedł na miasto półżywy,
I przyniósł na koszta balu —
Lecz kwit podpisał... fałszywy.


Wre bal w mieszczańskim salonie,
Wesołość twarze spromienia,
A biedny fałszerz obchodzi
Smutne ostatki.. sumienia!






Z DZIEJÓW DNIA.


I. ŚWIT.


Kiedy się na wsi dzień słoneczny budzi,
Wita go wrzawa i ptaków i ludzi;
Zmieszane echa płyną kwietną błonią,
W stajniach rżą konie, w kuźniach młoty dzwonią
I młyn klekocze na wartkim strumieniu...

Miasto pozdrawia jutrzenkę w milczeniu.

Nad las kominów i wieżyc gromadę,
Słońce wypływa zaspane i blade;
Do mrocznych ulic zagląda z ukosa,
I zanim złotem zaleje niebiosa,
A w chłodnych murach zbudzi ciepłe dreszcze,
Do chmur poduszki tuli się raz jeszcze...

Zwolna się Wisły roziskrzają fale,
W oknach migoczą szyby jak opale,
A miejskie ptaki, które z wolą bożą
W „kamiennym lesie“ rodzą się i mnożą,
Ze szczelin murów wychylają głowy. —
Na bruk, od zorzy porannej różowy,

Spadają srebrne i szare gołębie;
Jaskółka siada na komina zrębie,
A tłusty wróbel, śpioch i sybaryta,
Gnuśnem ćwierkaniem dzień wschodzący wita.

Miasto się budzi — i w płuca olbrzymie,
Co długo więdły w kurzawie i dymie,
Wciąga z rozkoszą świeży powiew ranku.
Rozkwita powój pnący się po ganku,
Na skwerach zgięte prostują się kwiaty,
A gąszcz ogrodów, schowana za kraty,
Wonią i chłodem napełnia powietrze.

Chwieją się szyldy na porannym wietrze,
I lekko skrzypią, jakby się skarżyły;
Z zarzecznych borów płynie zapach miły,
I do zadusznych uliczek się wciska;
W bladym półmroku, jak złote ogniska,
Palą się szyby, w skrach i błyskawicach —
I głucho w sadach, na placach, w ulicach.

U „Panny Marji“ zcicha zadzwoniono...
Kilku staruszków, z twarzą pomarszczoną,
Dąży na jutrznię, stukając laskami;
A słońce złotem i purpurą plami
Ściany kościoła, i na zimne głazy
Rzuca tęczowe, powietrzne obrazy,
Jasność swą cedząc przez gotyckie okno.
Turkoczą wozy, a na wozach mokną

W perłowej rosie kwiaty i warzywa;
Gdacze drób’ w kojcach, a w powietrzu pływa
Zmieszany zapach kopru i cebuli.

Z ciemnych zaułków, wśród których się tuli
Pod skrzydła nocy, zbrodnia i rozpusta,
Pełzną pijacy, i blade ich usta
Wszeteczną piosnką budzą echa senne.
Spojrzało na nich oko dnia promienne,
Więc się cofają i milkną, zmieszani...

Za doniczkami kwitnącej geranji,
W oknie poddasza, jasnego od blasku,
Stoi staruszek, — i ptasiego wrzasku
Głuszony chórem, dymek cmokcząc siny,
Skaczącym wróblom sypie okruszyny.
Muzyka dzwonów coraz bardziej wzrasta,
Wstrząsając mury. Idą środkiem miasta
Z ponurą twarzą robotników rzesze,
Milcząc. Gdy staną, jeden ogień krzesze
Do fajki, drugi chleb rozgryza suchy;
Ten pije wodę, tamten dla otuchy
Gorzałkę: kilku o mur wspartych drzemie.
Żaden nie patrzy na niebo, lecz w ziemię,
Żaden skrzydlatych nie zna ducha lotów...

Tymczasem miasto od słonecznych grotów
Drgające, błyska jak wąż złotołuski;
Dudnią strażackie, pełne śmiecia wózki,

Pod kruchtę baba podąża kulawa,
Z pod mioteł stróżów wznosi się kurzawa,
A człowiek chory wstaje i boleśnie
Na ruch uliczny patrzy. Jednocześnie
Gruby parobek odmyka z hałasem
Cuchnącą norę, kędy za szynkwasem
Stoi żyd rudy, jak szatan kusiciel;
I gdy w kościołach króluje Zbawiciel,
Z natchnioną twarzą, łagodnemi usty,
Tu wstrętne widmo szału i rozpusty
Głodnych nędzarzów ciągnie przez płomienie
Na wieczną hańbę i na zatracenie...

W oknie, nakrytem płócienną oponą,
Zaskrzypiał lufcik — i na bruk rzucono
Bukiet uwiędły. Poczerniałe kwiecie
Upadło ciężko w kurzawę i śmiecie,
Poczem, do ścieku popchnął je przechodzień.
W mieście, rzecz taką można widzieć co dzień;
Tu kwiat — nierzadko — co błyszczał w salonie,
Na brudny śmietnik wędruje po zgonie,
Gdzie go człek każdy potrąca ze wzgardą...
Czemuż więc głowę podnoszą tak hardo
Stołeczne, sztucznie malowane róże?
Cóż ztąd, że przyszły na ten świat w purpurze,
Z łonem kryjącem zmysłowe ponęty!
I że za niemi w rozkoszy odmęty
Idzie niejeden jako w morskie tonie? —
Ogród je zrodził, ale ściek pochłonie.
................

Stolico! hydro wieczyście łaknąca!
Kameleonie, co od barw tysiąca
Nieokreślonej nabrałaś postaci!
Czemu się duch twój powolniej bogaci,
Niż ciało? czemu w twych mrokach się lęże
Grzech, pełzający ukradkiem jak węże?
Czemu, szpetniejsza w głębi, niż po wierzchu,
Pozwalasz sowom wyfruwać o zmierzchu,
O kawał chleba bijesz się zażarcie,
W Baala wierzysz i schlebiasz Astarcie?

Zbudź się, stolico! Niech blask słońca zloty
Oczy twe z grzesznej uzdrowi ślepoty;
Skąpana w czystym lazurze obłoków
Spłosz nocne ptastwo, wylęgłe wśród mroków;
I niech dla ciebie wschód dziennej jasności
Stanie się wschodem Prawdy i Miłości!






II. ZMROK.


Znacie tę chwilę przedwieczorną, złotą,
W której na miasto melancholja pada
I serca słodką przejmuje tęsknotą?

Od pracy Wstaje robotnica biada,
Kwiatami płowe przystraja warkocze,
I drżąc, na schadzkę podąża miłosną;
A wiatr, niosący zapachy urocze
Bzów, co na skwerach zakurzonych rosną,
Figlarnie muska jej włosy i szyję...

Przycichły głośne turkoty dorożek,
I słychać zegar, co godzinę bije
Na wieży. Rzekłbyś, że milczenia bożek
Z palcem na ustach błądzi pośród tłumu.
Czasem przechodzień roztargniony staje
I wśród głośnego fal ulicznych szumu,
O wsi poczyna marzyć. Widzi gaje
Tkane zachodu nićmi różowemi,
Pługi, błyszczące w kurzawy obłoku
I z głuchym brzękiem wleczone po ziemi,
Gromady dziewczyn, które przy potoku
O chłopcach z pustym szczebioczą chichotem,
Niebieskie dymy nad strzech żółtą słomą,
Łany błyszczące roztopionem złotem
I dziatwę, bajek wieczornych łakomą...
Tymczasem woźni zamykają biura,
A gruby kupiec liczy dzienne zyski;

Włoch gra mdlejąca arję z „Trubadura“,
I rzuca spojrzeń ogniste pociski
Na rozgadane przed bramą służące.

W sadach, dreszcz dziwny wstrząsa każdem drzewem;
A smutne klony i lipy marzące,
Wieczornym ptaków rozczulone śpiewem,
Szepczą i liśćmi całują się tkliwie...

O miejskie drzewa! na kamiennej niwie
Wzrosłe i zawsze na nostalgie chore!
Próżno wy gwiazdom skarżycie się nocą,
I łzy serdeczne sączycie przez korę —
Żaden wam z duchów nie przyjdzie z pomocą!

Słońce zagasło, ostatniemi blaski
Kościelnych wieżyc ozłociwszy krzyże.
Miasto się skrywa mrokiem nakształt maski;
Do gniazd jaskółki podążają chyże,
A z nor podziemnych, niby z głębi ziemi.
Wstają i idą na połów — szakale...
Sklepy gwiazdami błysły gazowemi,
Łunę rzucając na przechodniów fale;
A ta olbrzymia ludności kaskada.
Podobna źródłom grającym wśród Tatrów,
Z szumem w kawiarnie oświetlone wpada,
Ujście znajduje we wrotach teatrów,
Lub pochłonięta czarnych sień gardzielą,
W małych strumykach odpływa i ginie.


Już na balkonach, osłonięte bielą
Julje w kwiecistej siadają gęstwinie...
Już dziwnie śmiała pod wieczoru krepą
Miłość, co głuchą pragnie być i ślepą,
Bóstwom swym składać poczyna ofiary...
Już przez zdradzieckie, Faustowe czary,
Jak gołębica we śnie rozgruchana,
Biedna Małgosia idzie w moc szatana...

Coraz to ciemniej...

Widzicie pod murem
Postać, co zda się gnana przez sumienie,
Tak prędko bieży, i w licu ponurem
Takiej ma trwogi wyraz wyżłobiony?...
Lecz poetyczne rzućcie przypuszczenia
To... mąż, co uciekł od kłótliwej żony,
A teraz idzie, gdzie się rozzielenia
Parą kasztanów dziedzińczyk niewielki;
Pragnie on na dnie kufla lub butelki
Znaleźć straconą duszy równowagę,
A że nie umiał powiedzieć apage
Złemu duchowi, przeto za powrotem
Mściwa Ksantypa wydrapie mu oczy..

Nad kolebkami krążą cichym lotem
Dobrzy gienjusze; czasem śpiew uroczy
Po nad domami zadrży i przepadnie...

Nędza zasypia w ukojeniu błogiem.


Smutny myśliciel na śpiących bezładnie
Patrzy z miłością. „Idziesz-że ty z Bogiem —
(Mówi on) grodzie swawolny lecz dobry?
Czy umiesz bywać w jałmużnie rozrzutnym?
Czy jesteś sercem bogaty i chrobry?
Czy niesiesz radość i pociechę smutnym?
O! bo nie dosyć, żeś wymiótł ulice,
Rzeźb koronkami zahaftował mury,
Gazowych świateł zatlił błyskawice,
I wieżom kazał zatrzymywać chmury...
Nie dość, że mawiasz w kościołach pacierze,
A dziadom sypiesz grosze i srebrniki,
Że ciebie Chrystus malowany strzeże
I żeś powiesił na piersiach krzyżyki, —
Potrzeba jeszcze, byś w sercu miał Boga!“

...... Ulice tymczasem,
Zalega cisza, uroczysta, błoga,
I nad latarni zapalonych lasem
Jak tryumfator wschodzi pełnia blada...
...............
Znacie tę chwilę przedwieczorną, złotą,
Kiedy na miasto melancholja pada,
I serca słodka przejmuje tęsknotą?






CHLOE.


Wśród zachodu różowych promieni,
Szła przez łąkę, śpiewając wesoło;
Zapach zboża, kwiatów i zieleni
Wonna falą opływał ją wkoło.

Miała w ręku koszyk łozinowy,
Parasolkę i świeży bławatek;
Jako ptaszę była do połowy,
Do połowy była jako kwiatek.

Biały muślin osłaniał jej ręce,
Z różowego toczone marmuru;
Zakochany w dziewiczej piosence
Słowik piersi nastrajał do wtóru.

Kapelusik ze złocistej słomy
Maską cieniu krył jej oczy duże;
Coś z nią szeptał bożek niewidomy,
Bo na licach miała ciągle róże.

Pierś, widoczna przez tkanki przezrocze,
Podnosiła miłości tęsknota;
Na ramionach leżały warkocze,
Ze szczerego uplecione złota.


Jak królowej, kłaniało się kwiecie,
Jaskier żółty i modra ostróżka —
Złą władczynią była ona przecie,
Gdyż poddanych kładła do fartuszka.

Szła przez łąkę z podniesionem czołem,
Które blasków opasywał wianek —
Patrząc na nią, zcicha wykrzyknąłem:
— Czyż powrócił złoty wiek sielanek?.






O SŁAWĘ.


Dwóch schodziło z estrady,
Drżącej echami śpiewu:
Jeden od szczęścia blady,
Drugi blady od gniewu.

Do gonitwy za chwałą
Po raz pierwszy stawali,
A wyrok dać im miało
Echo publicznej sali.

Jeden w oczach miał blaski,
Drugi duszę złamaną —
Tamten dostał oklaski,
A tego wygwizdano.

Już odtąd losów obu
Żadna siła nie zmieni;
I będą aż do grobu
Przepaścią rozdzieleni.

Zwycięzca drogę życia
Przejdzie głośny i czczony;
Z dni powszednich ukrycia
Nic wyjdzie zwyciężony.


Lecz ten czuł piekło w duszy
Tylko przez chwilę małą,
A tamten — wśród katuszy
Istność przemęczy całą...






USNĘŁY DZIECI.


Usnęły dzieci...
Pod lśniącą pałacu ścianą,
Co nie ogrzewa choć świeci,
Czekając, aż złote rano
Z za krzewów splątanych sieci
Wychyli swą twarz różaną,
Usnęły dzieci.

Przez wieczór cały,
Księżyca oblane zlotem,
Po mieście one śpiewały;
I ponad fabryk łoskotem
Ich głos dziecięcy, nieśmiały,
Anielskim wzbijał się lotem
Przez wieczór cały.

Biedni minstrele!
Serdeczna piosenka wasza
Zysków przyniosła niewiele;
Tylko dziewczyna z poddasza
Z bukietu dała wam ziele,
Więc głód was jutro zastrasza,
Biedni minstrele!


O srebrnym zmroku,
Przyszliście przed gmach bogaty,
Z pieśnią na ustach, łzą w oku...
Pałacu broniły kraty,
Przed nim, w posągów natłoku,
Miłośnie gwarzyły kwiaty
O srebrnym zmroku.

W ciemnym salonie,
Ponuro dumał graf stary,
Na rękach oparłszy skronie...
Głucho szczękały zegary,
Heliotrop lał duszne wonie,
I milcząc, snuły się mary
W ciemnym salonie.

Dzieci śpiewały,
A nieuczonej piosence
Starzec oddawał się cały;
I zwolna, po jego ręce
Łzy rozrzewnienia spływały,
Gdy mu w żebraczej sukience,
Dzieci śpiewały.

Pieśń nikła zwolna,
Jak strumień, z którego fali
Zbyt długo piła darń polna;
Graf płakał wśród mrocznej sali,
I wspomnień furja swawolna
Siekła mu serce — a w dali,
Pieśń nikła zwolna.


Usnęły dzieci
Z piosenką niedośpiewaną,
Osnuwszy w marzenia sieci
Rogacza duszę złamaną.
Może mu jutro zaświeci
Odrodzin cudowne rano?...
............
Usnęły dzieci.






OGRÓDEK NA PRZEDMIEŚCIU.


Od zachodu — wielka, biała ściana,
Od południa — złote słoneczniki,
Od północy — bluszczowa altana,
A od wschodu — czarny szczyt fabryki.

Tłum rzuciwszy i uliczne krzyki,
Miło tutaj zapach róż pić zrana,
Na murawie czytać „Bukoliki“,
Lub brać czuła Filis na kolana.

Lecz, gdy goniąc idyliczne mary,
Z miejsc tych wzlecisz w światy Wirgiljusza,
Nagle z nieba cię strąca — świst pary...

Tak gdy w czyścu zabłąkana dusza
Zbyt oddali się od miejsca kary —
Wrzask ją czartów do powrotu zmusza!






NA HUŚTAWCE.


Burza śmiechów wstrząsa cichym sadem,
Wiatr swawolnik spódniczki rozwiewa,
Skrzypią sznury i rubinów gradem
Lecą wiśnie otrzęsione z drzewa.

Z licem świeżem, choć od pudru bladem,
Jak kot zwinna, a chyża jak mewa,
Nad drzew szczyty wzlata z ptaków stadem
Tego raju mieszczańskiego Ewa.

Jutro wróci maszynkowym ruchem
W świat kupiecki, wrażeń nie łakomy,
Z łokciem w ręku, stalówką za uchem;

Lecz wertując ksiąg handlowych tomy,
Będzie mogła z dumnym wyrzec duchem:
„Wzlatywałam i ja — nad poziomy!“






ODPOCZYWA...


Lat piędziesiąt ważył pieprz i kawę —
I rwąc wszystkie serdeczne ogniwa,
Depcząc miłość, młodość i zabawę,
Zebrał miljon. Dzisiaj odpoczywa.

Jego pałac — sen zmieniony w jawę,
Jego ogród — Arkadja prawdziwa;
Kwiaty przed nim gna główki jaskrawo,
Chór słowików pierś dla niego zrywa.

Oto siedzi w swym wózku, jak w niszy;
Kurcz ma w nogach, na oczach ślepotę;
Stół odepchnął z jedzeniem — i dyszy...

Cóż więc zyskał za serca martwotę,
Za dni w mroku wleczone i ciszy? —
Do wygodnej trumny wieko złote!






ŚLEPY.


— Ach! królestwo za myśl do obrazu! —
Wołał malarz z rozpaczliwym gestem,
A nie słyszał jak z każdego głazu
Dramat ludzki huczy: oto jestem..

Miasto drgało wśród płomieni gazu,
Jak trup w ogniu, spowity azbestem,
I łańcuchów brzęk, pełen wyrazu,
Płynął wespół z jedwabiów szelestem.

Tutaj wyły płaczki pogrzebowe,
Owdzie śmieszek słyszałeś niewieści
Albo łotrów tajemniczą zmowę;

Grzmiała burza szaleństw i boleści...
A on wołał: — „O miasto jałowe!
Do obrazu brak ci nawet treści!“






NA WODZIE.


Noc i księżyc, czarodziejów dwoje,
Czynią rzekę pół-srebrną, pół szklaną;
Wiatr rozkręca i skręca mgły zwoje.
Na nadbrzeżnych łąkach pachnie siano.

W łódce siedzi kochany z kochaną,
Rozmarzeni i drżący oboje;
Przy nich matka źrenicą zaspaną
Serc dziecięcych śledzi niepokoje.

I rozmyśla o ciepłej pierzynie,
Z nieprzepartą do ponczyku chętką,
Do ponczyku mocnego, na winie...

I gdy łódka depcze falę giętką,
Stara mruczy: „Ach! jak wolno płynie!“
Młoda wzdycha: „ Ach! jak płynie prędko!“






TAJEMNICA RÓŻY.


Raz, w godzinie miłosnej tęsknoty,
Róża lilji szepnęła w sekrecie:
— Trzech dziś do mnie przychodzi w zaloty,
Krzepki młodzian, staruszek i dziecię.

I młodzieńca szorstkie są pieszczoty,
Silną ręką rwie on moje kwiecie;
Dziecko znowu, wśród bezmyślnej psoty,
Moje pączki rozdziera i gniecie.

Lecz staruszek, z włosów srebrnych wiankiem,
Jak relikwię pieści mnie tajemnie
I od słońca chroni skwarnym rankiem;

Więc głos serca uciszać daremnie:
Ten staruszek jest moim kochankiem...
Lilja rzekła: — „Rywalkę masz we mnie.“






NAZBYT LUBIŁ...


Nazbyt lubił lazzaronów życie,
Czarną kawę, bilard, Ogród saski;
Latem chłodne altany nakrycie,
Zimą teatr i zapustne maski.

Nazbyt lubił, w dni swoich rozkwicie,
Drzemać, gryząc srebrną główkę laski,
Gonić chmurki białe po błękicie,
Po asfaltach zaś — żywe obrazki.

Nazbyt lubił! — i dla tej przyczyny,
Choć mu sława z Minerwy obliczem
Powtarzała: „kocham cię jedyny...“

Choć mógł, światłem wzgardziwszy zwodniczem,
Śladem wielkich wstąpić na wyżyny,
I wybrańcem zostać — został... niczem.






BALKON.


To nie gniazdko miłosne hiszpanek,
Skąd się rankiem wpatrują w błękity,
I gdzie nocą wdziera się kochanek,
Czarnym płaszczem, jak chmurą, okryty...

To zwyczajny, pordzewiały ganek,
Do starego domostwa przybity,
Zkąd jedynie drzew uschniętych wianek
I kominów brudne widać szczyty.

Czasem jednak, gdy wśród gwiazd gromady,
Księżyc w dymach stołecznych rozpłonie,
I z kochanką siądzie młodzian blady;

Gdy się usta zbliża, splotą dłonie —
Najśliczniejsze balkony Grenady
Nikną, przy tym warszawskim balkonie..






RODZINA.


Noc. Z dwóch kranców przeciwległych miasta,
Para ludzi zdąża w jedną stronę:
Z pod rogatek wychudła niewiasta,
Z ponad Wisły chłopisko zgarbione.

By krup garstkę zdobyć i kęs ciasta,
Muszą życic pędzić rozdzielone,
I dopiero, gdy cień nocy wzrasta,
Żona męża, a mąż wita zonę.

Jednak ciężar ten ich nie zastrasza,
Bo gdy wrócą, dzieciątko różowe
Głośnym śmiechem ich smutek rozprasza.

Lecz dziś w domu znajdą wieści nowe...
Dziecię oknem wypadło z poddasza,
I na bruku roztrzaskało głowę.






WSPOMNIENIE.


Oglądałem Paryż w blaskach zorzy,
Która ziemię barwiła różowo.
Był jak olbrzym kiedy się ukorzy
I przed Panem w proch upadnie głową.

Lewjatana z paszczą piorunową
Anioł trzymał na złotej obroży;
Ciszy dzikie nie mąciło słowa,
Ani szczęki bratobójczych noży.

Równi równych cisnęli do łona,
Jak w dantejskim, rajskim wirydarzu;
Dokąd dusza wchodzi oczyszczona.

Nad głowami, niby w refektarza,
Krzyż miłosne wyciągał ramiona...
Oglądałem Paryż — na cmentarzu.






OSTATNI CYGAN.


Brudną ręką odsunął gazety,
I rzekł z gniewem: — Brednie one plotą!
Sztuka dobrą być może na wety,
Lecz żyć trzeba prawdą i prostotą.

Nad najlepszą sielankę poety,
Wieś przekładam od zbóż jarych złota,
Bo w niej tylko są dla serc podniety,
Które zdrową wzmacniają pieszczotą.

O! milcząca i wymowna razem
Wiosko, pełna drzew tęsknego szumu!
By nie kochać cię, trzeba być głazem..

Co mi książki! Co mi wrzawa tłumu!
Twoim pójdę poić się obrazem!
— Gdzie? — W szynkowni, przy butelce rumu...






PARJAS.


Z szyją zgiętą, ze spuszczonym wzrokiem,
Nakształt lisa przez świat się przekrada,
Potępiony przeznaczeń wyrokiem,
Co nań prawem dziedziczności spada.

Nigdy twarz mu nie zmienia się blada,
Obelg słucha w milczeniu głębokiem,
Ani wzdycha, ani głośno biada,
I bez szczęścia wlecze rok za rokiem.

Jakaż gwiazda wybłyska mu z chmury?
Jakież światła złocą mu niedolę,
Że ją dźwiga cichy choć ponury?

Ach! on wierzy, że się zmienią role —
I że kiedyś on stanie u góry
I plwać będzie na stojących w dole...






V.
Z KSIĘGI PRZYRODY.
BZY ZAKWITŁY...


Bzy zakwitły! — Na skrzydłach wietrzyka
Wieść radosna leci w ulic głębie.
W każdą norę i w każdy zaułek...
Rozkrzyczały ją gardła jaskółek,
Rozegrała owadów muzyka,
Rozgruchały srebrzyste gołębie.

Bzy zakwitły! — i zapachu gońce
Rozsyłają po mieście zbudzonem,
I zwiastują się niemi, jak słońce,
Mgłom salonów i mrokom poddasza,
I są lutni zmartwychwstańczej tonem,
Która wiosny zwycięztwo ogłasza.

Bzy zakwitły! — W mieszczańskim ogródku
Kędy spojrzeć: różowo i biało;
Dziewczę oka nie mruży noc całą,
Pierś ma pełną rozkosznego smutku,
I choć nie wie: dlaczego i za czem,
Wciąż wybucha to śmiechem to płaczem.

Bzy zakwitły! — Do więziennej celi
Po-przez kraty woń się wdziera słodka;
Więzień ścian swych zapytuje głucho:
Czy się jeszcze z wiosną życia spotka?
I siadają chorzy na pościeli,
A pierś błogą wzbiera im otuchą...






ZBUDŹ SIĘ I SŁUCHAJ.


Zbudź się i słuchaj: oto noc majowa
Każdy kwiat kocha, każda gwiazda marzy
Dym z niewidzialnych płynie trybularzy,
Z ust niewidzialnych płyną ciche słowa.

Każdy kwiat kocha, każda gwiazda marzy,
Między sitowiem szumi fala płowa,
Z ust niewidzialnych płyną ciche słowa —
Słyszy je młodość, nie wierzą im starzy.

Między sitowiem szumi fala płowa,
Wiatr niesie hasła archanielskich straży,
Słyszy je młodość, nie wierzą im starzy, —
Ileż sprzeczności noc w swem łonie chowa!

Wiatr niesie hasła archanielskich straży,
W mroku szyderczo wyśmiewa się sowa;
Ileż sprzeczności noc w swem łonie chowa:
Kochanków szepty i gwarę zbrodniarzy!






„MAJĄ OCZY — NE WIDZĄ“...


Kiedy się budzę, słyszę tuż nad głową
Świergoczącego poza oknem ptaka;
Coś on rytmiczną skanduje mi mową,
Ale mu mistrzem musiał być ksiądz Baka,
Bo wciąż na nutę jednostajną ćwierka —
Jednak w tej nucie tkwi duszy iskierka.

Ja tę iskierkę czuję, i płomieniem
Radbym ją zrobić, by pokazać światu;
Bo mowę ptasią świat zowie złudzeniem.
Śmieje się także z wonnej mowy kwiatu —
Ale ja wierzę, iż świat racji nie ma,
I że przyroda nie jest — głuchoniema.

Wydrwił mię mędrek, gdym śmiało napisał
Że ptak się modli i że drzewo kocha...
Jam przecie tego z palca nie wysysał
Ani mi muza doradziła płocha.
Bym cudownością słuchaczów olśniewał —
To powtórzyłem, co mi ptak wyśpiewał

I co mi drzewa wyszumiały liście. —
Zdawna już duch mój ze smutkiem docieka,
Skąd tak szalone wzięły się zawiście
Między przyrody duszą i człowieka?
I czemu obie tak zaślepły w gniewie,
Że o istnieniu jednej druga nie wie?


Jest jakaś siła — nie boska lecz czarcia —
Która te dusze trzyma w oddaleniu...
A gdy je czasem przywiedzie do starcia
Ziemia się wówczas w konwulsyjnem drżeniu
Miota, i w furję przemieniona krwawą,
Zabija gromem i zagryza lawą...

Jest jakaś siła, co się ludźmi bawi,
Jak Puk przebranym za aktora chłopem —
Temu do twarzy lunetę przyprawi,
Tamtemu zegnie kark nad mikroskopem,
Obydwom zasię oczy wiąże mocno,
By, za dnia nawet, w ciemność grzęźli nocną...

Jest jakaś siła... nie nazwę tej siły,
Bo nie chcę klątwą obruszać filara,
Który świat trzyma, choć sam jest nadgniły;
Bo drżę, by na mnie nie krzyknięto: wara!
Wara od tego, co ci się zda brzydkiem,
A jest ludzkości mozolnym nabytkiem!

Nabytkiem lichym — mniemam — kiedy zwęża,
Zamiast rozszerzyć, pojęć widnokręgi;
Kiedy istoty bratnie uciemięża,
I prawdy szuka w martwych kartach księgi;
Kiedy przyrodę na cząsteczki kruszy,
A z cząstek skleić nie potrafi — duszy..






POD TOPOREM.


I.

Las drży od siekier głuchego łoskotu,
Drży rozbudzony z marzeń czarodziejskich;
Chmurami ptastwo zrywa się do lotu,
Szumiąc, jak dusze w okręgach dantejskich;
Czasem się sosna wali z hukiem grzmotu,
Czasem, zmieszane z nutą pieśni wiejskich,
Słychać skowronków modlitwy w błękicie,
Szwargot przekupniów i psa smutne wycie.

Las się na ziemi kładzie trupów wałem,
I coraz większą czyni słońcu bramę;
A jak zwycięzca z wejrzeniem zuchwałem,
Wlokąc za sobą złotą płaszcza lamę,
Pyszny, bo szczęścia upojony szałem,
Idzie, gdzie trupy witają go same, —
Tak jasność dzienna wdarła się, i płynie
Po przerzedzonej toporem gęstwinie.

O biedne drzewa! Już wam o wieczorze
Nie będzie śpiewał słowik, ani rano!
Kędyś w handlarskim, ponurym kantorze
Wyrok zagłady na was podpisano;
I zaczem kupiec wyśle was za morze,
By dać swej kiesie pełność pożądaną,

Wprzód, na wilgotnej rozłożone darni
Musicie butwieć, jak kości w grabarni!

I nikt przyszłości waszej nie odgadnie,
Bo każdą rzeczą los kapryśnie ciska;
Jedne z was człowiek przyozdobi ładnie
I będzie trumna z nich albo kołyska;
Innym smutniejsze przeznaczenie padnie:
Pożrą je głodne płomienie ogniska;
A z innych — dziwne jutra tajemnice!
Może krzyż, zrobią, może szubienicę..

Smutny jest widok cmentarnych zagonów,
Kiedy nad niemi płynie księżyc złoty,
Smutna jest wstęga błękitna wagonów,
Gdy nam zabiera najdroższe istoty,
Smutna ławeczka mała, w cieniu klonów,
Co pomni zmarłej kochanki pieszczoty,
Ale smutniejszym od nich i przeklętym
Jest obraz pustki po lesie wyciętym.

Pnie, jak nagrobki, sterczą w tej pustyni,
Ponurej ciszy żaden głos nie miesza,
Mysz i jaszczurka goście tu jedyni;
I tylko wiosną tłumna ptaków rzesza
nad tym cmentarzem wielkie gwary czyni
Szukając gniazd swych — i dalej pośpiesza,
Pragnąc odpocząć po podróżnym trudzie,
Gdzie większe bory — i gdzie lepsi ludzie!


II.

O mądre kupcy! o przebiegli Szmule!
Czy wy wierzycie w ludzi i drzew bóle?
Czy wy wierzycie, że drewniane belki
Pod toporami płacz podnoszą wielki?
Czy wy wierzycie w majestat biedaków,
Sosen miłoście i modlitwy ptaków?

A jednak, gdyby opadła pomroka
Z waszego serca i z waszego oka,
To-byście wiele cudów oglądali.

Gdy noc swe lampy królewskie zapali
I las pokryje pulą czarnej szaty,
Ktoś w nim szatańskie odprawia sabaty...
Słychać tam jęki i łkania stłumione,
Wśród gąszczy ognie błyskają czerwone;
Czasem zadźwięknie smutno róg myśliwski,
Czasem z gęstwiny wyjrzą charcie pyski,
Albo kolczate obrożami szyje;
Czasem ktoś wilczą gardzielą zawyje,
Lub wskróś gęstwiny, łamiąca się w echu,
Przeleci gama szyderczego śmiechu...

Chwilami widać wśród cichej polanki
Leśnych boginek nieruchome wianki,
Podobne mrozem skamienionej fali;
Wzrok ich spuszczony, jak próchno się pali,

Twarzy jasnością nie weseląc żadną;
Wiedza, że wkrótce pod toporem padną
Ich szmaragdowe domy i ołtarze,
Więc, kiedy nocne odprawiają straże,
Niby girlanda błędnych ogni złota —
Ani im w myśli taneczna ochota.
Chwilami widać starca, co na sośnie
Siedząc, spogląda dokoła żałośnie,
Jakby na groby patrzył, nie na drzewa...
Włosów, od trawy zieleńszych, ulewa
Na pierś mu spada rozrosłą, rycerską;
Do łona fletnię przyciska pasterską,
Ale nie budząc jej dźwięcznego ducha,
W smutnem milczeniu leśnych szmerów słucha,
I gdy wiatr z jękiem zaszumi gęstwiną,
Łez srebrne grochy po licach mu płyną..






JESIEŃ.


I ty nie jesteś z uroków odarta,
Jesienna poro smutku i niemocy,
Gdy innych ptaków kończy się już warta,
I kogut tylko krzyczy o północy;
Gdy słońce, gasnąc, w mgłach posępnych tonie
I rzuca niwom długie, żółte smugi,
A wyrobnica biada na zagonie,
Że dzień tak krótki a wieczór tak długi...
I tyś nie brzydka, szara druchno zimy,
Wiodąca z sobą melancholję dziką,
Strojna w błękitne chat wieśniaczych dymy,
I głośna rogów myśliwskich muzyką,
Gdy w zawaloną drzew trupami knieję
Ze sforą wyżłów prowadzisz szlachcica,
I grzmią dwururki i starka się leje
I płomień ognisk krwawo barwi lica...
Jednak, choć ziemia kwieciem cię okadza,
Niby kościelnym, dusznym trybularzem,
I pośród kwiatów bliska śmierć się zdradza,
I czuć cię zdala — trumną i cmentarzem.
Choć się zakrywasz hurysek zasłoną
Z babiego lata srebrnonitnej przędzy,
Ja ciebie widzę z twarzą pomarszczoną,
W żałobnym kirze, pełną mgły i nędzy...
I próżno wabisz niejedną ponętą,
Która wzrok czuły bawi i zachwyca —
Piękność twa złudna jest dla mnie przeklętą,
I przeklętemi zalotne twe lica!

Alboż nie jesteś bladym grobów gońcem,
Co wkrótce kwiaty i owoc pochłonie?
Alboż nie mówisz, skąpanem w krwi słońcem,
O łzach, rozpaczy, nicości i zgonie?
Smętny twój uśmiech, ledwie błysnął — gaśnie...
A zaraz po nim leci zawierucha,
Żywioły dzikie poczynają waśnie,
I wichry wyją i ulewa bucha...
Jakiż to orszak ciągnie w ślad za tobą,
Spowity w białe, śmiertelne całuny?
Mrok go otacza strachem i żałobą,
Księżyc zatapia w lodowate łuny...
Znam go! — swą drogę mogiłami znaczy!
A gdzie, jak żmija, przyczołga się nisko,
Sieroty dłonie tam łamią w rozpaczy,
Matki rwą włosy nad pustą kołyską...
Znam go! — psy po wsiach witają go wyciem,
A gdy się w miasto wśliźnie pokryjomu,
Pierś każda słabszem odzywa się biciem,
I głuche jęki słychać w każdym domu...
................
Jesienna poro! Bóg ci dał dwie twarze;
I jedną ubrał w słońce i uśmiechy,
A drugą zrobił straszną, jak cmentarze,
Skąpiąc jej nawet promienia pociechy.
Jedna przynęca i serce i oczy,
Bo ją poezyi złoty welon skrywa;
Drugą żałoba beznadziejna mroczy...
Jedna jest piękna, a druga — prawdziwa!






PUSTKOWIE.


Ani drzewa, na którem wiatr wygrywać umie,
Ani zdroju, co skargę w cichym kryje szumie,
Ani gwiazdy, patrzącej z poza krzewów sieci,
Ani ptaka, oo z pieśnią do kochanki leci,
Ani słońca umarłych za krepą obłoku
Nie dojrzysz tu, w półświetle jesiennego zmroku.

Ciemna, pusta równina. Gdzieniegdzie na ziemi
Głaz się bieli, chwastami zarosły dzikiemi;
Gdzieniegdzie przebiegają myszy rudowłose,
Lub wilgotna ropucha czołga się na rosę;
Gdzieniegdzie, do nocnego podobna włóczęgi,
Pełznie żmija, w brunatne malowana pręgi,
A wśród zielska, jej oko tak połyska krwawe,
Jak pierścionek z rubinem upuszczony w trawę.
Na środku, czarną masą wyrosły z poziomu,
Jak garb, sterczy w ciemnościach dom — raczej: trup domu.

Straszna jest wrzawa bitwy, na którą się składa:
Ryk armat, potężniejszy, niż ryk lwiego stada,
Trąb grobowe mruczenie, wrzask pijany ludzi,
Którym w piersiach szakalów drapieżność się budzi,

Rannych jęk, krzyk zwycięzców, i w krwawej kałuży
Konających chrapanie. Strasznym jest zgiełk burzy,
Kiedy przy deszczu świateł i gromów ulewie,
Druzgocze puszcz olbrzymy: dęby i modrzewie,
Kiedy ze skał wierzchołka gniazda orłów zrzuca,
I wyje, jakby miała psie lub wilcze płuca!
Kiedy ogniem wypala swej drogi koleje,
Oczerwienia się szalem, łzy wściekłości leje,
Niebu grozi, tytanów uniesiona pychą,
A chwilami bezsilna, mruczy i łka cicho...
O tak! straszna jest burza, konwulsja żywiołów,
Ze sforą głodnych wichrów idąca na połów!
W czarną ziemie gdy sieje ludzi białe kości,
O tak! straszną jest wojna, konwulsja ludzkości!
A jednak, nad te siły, których grozę zmniejsza
Nadzieja, złote bóstwo — stokroć jest straszniejsza,
I stokroć więcej złego wyrządza na ziemi
Cisza, — upiór z ustami wiecznie zamkniętemi!

Ciszą jest przypływ morza, gdy topi milczące
Setki ludzi i siedzib rybackich tysiące;
Ciszą jest ludzi-kretów fałszywa oświata,
Gdy miny zakopuje pod budynek świata;
Ciszą zbrodnia, nim chwyci żelazo zabójcze,
Ciszą rozpacz, nim przejdzie w myśli samobójcze,

Ciszą grób.
Dom ten w mroku, na pustej równinie,
Cichy jest.
Z piersi domu na zewnątrz nie płynie
Krzątających się ludzi szmer, tak sercu drogi;
Bez świateł jego okna i bez gwaru progi;
Wróbli sennym świergotem nie przemawia strzecha,
Nikt nie śmieje się, pieśnią nikt nie budzi echa,
Nie słychać szeptu starców, ani krzyku dzieci;
Ściany milczą, dach krokwi rusztowaniem świeci;
Drzwi wybite, podobne wykłutemu oku,
Patrzą czarnym otworem w nieskończoność mroku,
A z okien, na powietrzu rysujący koła,
Wylatuje nietoperz...
Ach! pióro nie zdoła
Odtworzyć tej zepsutej grobu atmosfery,
Jaka wisi w tych miejscach; słowa ciasne sfery
Nie pomieszczą wielkiego boleści ogromu,
Co, jak mgła z trzęsawiska, wstaje z tego domu
I kamieniem tęsknoty na serce opada.
Pióro ciemno rysuje, a słów barwa blada!

Chyba dźwięk, idealny tłómacz wyobraźni,
Co uciech obietnicą jak syrena drzaźni,
I różami zakrywa ziemskiej drogi ciernie —
Chyba dźwięk, nerwów władca, potrafiłby wiernie
Ciałem sztuki przyoblec tę marę boleści —
Lecz musiałby wprzód zabić każdy ton, co pieści,

Każdy akord, co słodkim przemawia urokiem,
I jak mniszka welonem, zasłonić się mrokiem;
Lecz musiałby wziąć w siebie wszystkie smutku głosy:
Szmer, którym na mogiłach płaczą suche wrzosy,
Głos dzwonu, co za zmarłych modli się wieczorem,
Jęk wichru, łkającego w lochach pod klasztorem,
Nutę psalmów pokutnych, rzewne łzy sieroty,
Szept więźnia, co do murów przemawia z tęsknoty,
Cyprysów szum, puszcz wielkich ponure pacierze,
Płacz dziecka, które anioł z kolan matki bierze,
I wreszcie ten chór jęków, jakim w nocnej ciszy

Ziemia mówi do Boga...

Duch mój słyszy, słyszy
Tę olbrzymią melodję, co do światów Pana
Płynie, laski prosząca i łzami zalana —
Słyszy ją, lecz powtórzyć napróżno się sili!

O Panie! czyżby dom ten, tak martwy w tej chwili
Nigdy nie znał dni jasnych, śmiechu i wesela?
Czyż zawsze był tak smutny, jak ascety cela?
Czyż zawsze był tak niemy, jak głaz na mogile?
Zaprawdę nic! I on miał szczęścia rajskie chwile,
I na niego blask siała jutrznia złotowłosa,
I nad nim gwiazd lampami płonęły niebiosa —

Bóg dał mu cząstkę siebie, bo wszystko stworzenie
U tego ojca światów w jednakiej jest cenie,
Dopóki nie pobłądzi i nie umrze w Bogu.

O! ileż razy pewnie, na tym niskim progu,
Młoda matka, w promieniach zachodniego słońca,
Z niemowlęciem u piersi stawała marząca,
Kiedy wietrzyk na skrzydłach przynosił jej z pola
Żniwiarki pieśń, żałosną, jak wieśniacza dola;
Kiedy róże w ogródku, rosą operlone,
Pochylały się w słońca gasnącego stronę,
Jakby rade mu były szepnąć: do widzenia;
Kiedy ziemia leżała w szachownicy cienia,
Który zlotem przesiane rzucały topole;
Kiedy zwolna wypływał nad ogród i pole
Księżyc, a przy nim mała, niby giermek, gwiazda
Zapalała skrę srebrną; kiedy ptak do gniazda,
Dzień do morza, a pasterz. wracał do rodziny;
Kiedy na białej ścieszce zjawiał się jedyny,
Razem mąż i kochanek, i twarz uznojoną
Uśmiechem opromieniał, witając się z żoną,
Która mu koralowe nadstawiała usta...
O! ileż razy pewnie przestrzeń ta, dziś pusta,
Napełniała się ptaków i dzieci szczebiotem;
Ileż razy ją słońce obrzucało zlotem,
Poranek mgłą, a rosa perłami drogiemi;
Ileż razy, z tej płodnej, dziś półmartwej ziemi,

Wyrastał kwiat czarowny, co przez długie chwile
Pięknością swą przywabiał pszczoły i motyle,
Ileż razy w tem miejscu dwoiła się w echu
Nuta cichych pacierzy i głośnego śmiechu!..

Wówczas dom ten, zakryty lip kwitnących wiankiem,
Człowieka i natury czułym był kochankiem,
I świętych obrazami stroił izby swojej
Wówczas po jego ścianach pięły się powoje,
A gołębie miłośnie gruchały na dachu;
Wówczas cały się kapał w rezedy zapachu
I cały się rumienił w lunach letniej zorzy;
Blasku pełny był wówczas, anielski i boży —
A dziś...

Spytaj pasterza: czemu, gdy zdaleka
Przyjdzie tu ze swoim stadem, czemprędzej ucieka,
Jakby mu w oknach pustki szkielet mignął z kosą?
Spytaj Wiochny, dziewczęcia z główką złotowłosą,
Czemu, kiedy znęcona fijołków zapachem,
Aż tu po nic zabłądzi, cofa się z przestrachem,
A twarz jej tak się mieni i serce tak bije,
Jakby na jadowitą nastąpiła żmiję?
Spytaj swego woźnicy, czemu, pełen trwogi,
Żegnając się, z pośpiechem mija dom złowrogi,

I słowami modlitwy nieszczęście odgania?
Spytaj! — Z tajemniczego ich opowiadania
Dowiesz się, że w tym domu, co mrokiem nakryty,
Ziemi świętą pierś kala, jak grzyb jadowity,
Gnieżdżą się wiedźmy z lasu, upiory z cmentarza —
Wszystko, eo noc natury z ducha nocą stwarza!

*

O muzo! gdy ten obraz kreśliłaś przedemuą,
Ból z mej piersi w westchnieniu wybiegał głębokiem
I dusza chmurą smutku zachodziła ciemną...
Bo myślałem w burzliwej uczucia rozterce
Głębie ducha badawczem rozwidniając okiem,
Że ten pusty dom — puste wyobraża serce!





ZIMA.


To zimy pałac. U powały,
Co jak baldachim świeci biały,
Wiszą djamenty i kryształy.

Dołem się puchy skrzą łabędzie,
Błyskają szklanych ścian krawędzie,
Kolumny z lodu świecą w rzędzie.

Środkiem przepływa szum uroczy,
Palą się wilków krwawe oczy,
I rzeka śniegu fale toczy.

*

Na brylantowym siedząc tronie.
Zima dziewicze chyli skronie,
A jako próchno wzrok jej płonie.

W koło niej kruki krążą stadem,
Na jej królewskim czole bladem,
Z lodowych igieł świeci djadem.

Wicher, nim gniewną wzniósłszy paszczę,
Z gór pocznie zrywać śnieżne płaszcze,
Jej zimne stopy cicho głaszcze.

*

Straszna to pani, choć zachwyca
Melancholijnym wdziękiem lica,
Z którego patrzy tajemnica;

Chociaż w pałace zmienia bory,
Drugich kamieni ma kolory,
Osrebrza noce i wieczory.

Straszna — bo kwiatom więdnąć każe,
Straszna — bo robi z pól cmentarze,
Straszna — bo z nędzą chodzi w parze.






FRAGMENT.


O! bezlitosna ty bywasz, naturo,
Kiedy nędzarza smagasz wichru biczem,
Zziębłemu słońce skrywasz brudną chmurą,
I czarciem mu się wykrzywiasz obliczem;
Kiedy z logiką stwierdzasz mu ponurą,
Że gdy dłoń losu zrobiła go niczem,
I kark ma w twardą wciśnięty obrożę,
To już nim każdy poniewierać może...

By serce błysło miłości skrą rzadką,
Najprzód je szczęściem zapłodnić potrzeba —
Więc cię macochą nazwie, a nie matką
Ten, komu skąpisz i słońca i chleba;
Bo Bóg straszliwą, musi być zagadką
Dla tych, co krzyczą o pomoc do nieba,
A niebo dziko dąsa się i mroczy,
I krzyczącemu pluje słotą w oczy...

Jednak, naturo, ja ciebie rozgrzeszę —
Ty jesteś krwawo znieważonym bogiem...
Dawniej narodów żyły z tobą rzesze
Jak dzieci z matką; dziś — jak wrogi z wrogiem;
Choć wiosną błyśniesz ku smutnych pociesze,
Tłum ciebie wita spojrzeniem złowrogiem —
Więc, gdy się żalem serce twe zatruło,
Czyż możesz matką być, jak dawniej, czułą!






GWIAZDY.


Niekiedy nazbyt ciężkiem bywa cierpień brzemię...
Serce ryje się wskazy, jak spękany djament,
I najsilniejszy czuje, dziko patrząc w ziemię,
Że porywa go czarny, niewstrzymany zamęt.

W gwiazdach wówczas, człowieku, pokładaj nadzieję!
Zważaj, jako jest wielką a cichą ich praca;
Odejdziesz pokrzepiony — bo z gwiazd spokój wieje,
Który zwichrzonym myślom równowagę wraca.






VI.
SUB TEGMINA.
I.

Książki, obrazy, koncerta, dzienniki
Ością mi w gardle stanęły i chlebie,
I zapomniawszy o fantazji niebie,
Żyć umyśliłem jako człowiek dziki.

O miasto! bez łzy pożegnałem ciebie,
Twoje teatra i twoje fabryki,
Bom czuł, że gdy mnie pozdrowią słowiki,
Nawet wspomnienie o tobie pogrzebię...

Dzisiaj marzenia oblokły się w ciało;
Leżę w drzew cieniu, o świat dbając mało,
Nademną błękit, przy mnie siana sterta..

Śpiewa mi ptastwo, śpiewają mi zdroje,
A jam swej duszy dał skrzydła — i roję:
Książki, obrazy, dzienniki, koncerta!





II.

Dzwoni skowronek i w kościołku dzwonią...
O! jakże na wsi rozkosznie jest latem,
Kiedy już lipa okryła się kwiatem,
I pszczoły brzęczą i chrząszcze się gonią!

Ptak, z dzwonkiem w parze, rozsławia przed światem
Tego, co wszystko mądrą wiedzie dłonią;
Lecz tu on nęci blaskami i wonią,
A tam — przygniata grozy majestatem.

Choć jutrznia blaski rozsiała dokoła,
Tłum spieszy szukać jej w mrokach kościoła,
Z okiem, w paciorki różańcowe wbitem.

Starucha mija mię, żółta i zgięta;
— „Ten o modlitwie — mruczy — nie pamięta“...
Kłamstwo! Ja także modlę się — zachwytem!





III.

We mgle błękitnej cała wioska pływa,
Zmieniona w senne, urocze zjawisko...
Widząc ją cichą i nieba tak bliską,
Z otuchą myślę: — Piękna więc szczęśliwa!

Tymczasem słońce, dotąd pełznąc nisko,
Wstaje, i zwolna welon mgły rozrywa;
Z ułudnych obsłon błyska wieś prawdziwa:
Nędzne obdartych chałup rumowiska...

O chłopska dolo! i ciebie wyzłaca
I wybłękitnia ciężka wieszczów praca,
Na świat siejąca bożych natchnień ziarna;

Lecz kto cię z ozdób fałszywych obnaży
Widzi, że nosisz cierpień znamię w twarzy,
I żeś jest — szpetna, żałobna i marna!





IV.

Jak cicho! Rzekłbyś, że stanęło życie,
I z wozem Febus stanął złotowłosy...
Drzemie ptak w gaju, drzemią w polu kłosy,
Zasnęła nawet chmurka na błękicie.

Jak cicho! Z listka zwisła kropla rosy,
Zaróżowiona jak niebo o świcie;
Drży, lecz nie spada na mchowe pokrycie,
Bo szmer jej inne mógłby zbudzić głosy.

Ziemia omdlała w rozkoszy nadmiarze,
Jak sybaryta przy nalanej czarze,
Gdy żadnej żądzy nie czuje już w duszy —

A ludzkie serce, co w ciągłym trwa boju,
Wówczas jedynie zasypia w spokoju,
Kiedy je piorun nieszczęścia — ogłuszy.





V.

W chłodny cień liści, co sennie szumiały,
Poszła dziś za mną rozziewana nuda,
I wątpić jąłem, czyli mi się uda
Samem marzeniem dzień wypełnić cały.

Gdybym miał książkę, to fantazji cuda
Wnetby mię kołem barwnem opasały, —
Ale mym druhem był tylko kwiat mały,
Którym się szara przystroiła gruda.

Wziąłem ten kwiatek do rąk i przed oko,
I zadumałem się nad nim głęboko —
A zmarszczka nudy zeszła z mego czoła;

W kwiatku tym lichym więcej było treści,
Niż jej księgozbiór najuczeńszy mieści,
I niż ogarnąć ludzka mądrość zdoła.





VI.

Piejcie, słowiki! szumcie, lipy stare!
Brzęcz, pszczolny roju, dokoła jabłoni!
Strumień niech raźnie po kamieniach dzwoni,
Niech harfy głosem gra sitowie szare!

I ty, mój duchu, wyjdź z dum czarnych toni,
I złóż pieśń dźwięczną na wspólną ofiarę —
Przyroda spełnia wiwatową czarę,
Więc wszystko dzisiaj do stóp jej się kłoni.

Ludzie i ptaki, i puszcza i morze.
Chór wiodą zgodny na pani tej dworze,
Co ma koronę z kwiatów cudzej pracy;

Wszystko, co żyje, od gwiazdy do drzewa,
Na cześć jej hymny bałwochwalcze śpiewa:
I pieśń trwa ciągle — mrą tylko śpiewacy...





VII.

Dusza się moja na cząstki rozkłada,
Niknąc w miłosnem z ziemią zespoleniu;
I pachnie w kwiatach, i szemrze w strumieniu,
I z pieśnią ptaków do nieba się wkrada.

I tak jej dobrze w tem odcieleśnieniu,
Że już do klatki powracać nierada —
Jak ptaszę, burzą odbite od stada,
Gdy się znów w bratniem znajdzie otoczeniu.

Zwolna się cały tracę we wszechbycie,
I snem odrębne zdaje mi się życie,
Ten szlak samotny, żałobny, tułaczy...

Wzlatam w wietrzyka subtelnym podmuchu,
Błyszczę w grze świateł, płynę w chmurek puchu —
Lekko mi, błogo — wiem, co umrzeć znaczy!





VII.
KOCIA.
KOCIA.


1.

Znam takich, co swą młodość sprzedaliby chętnie
Każdemu, jak podarte buty lub tużurek;
Znam innych, co przy serca przyśpieszonem tętnie
Wzdychają, jak ojcowie nieposażnych córek;
Znam splinników, co mdleją, gdy ich śmiech doleci,
Znam głupców, rozgniewanych, że im słońce świeci...

2.

Ja nie jestem z ich liczby. Gdy na wiosnę, ranem,
Jaskółek głośny pacierz ze snu mnie ocuci,
Gdy ptaszę jakieś polne, z pierzem malowaniem,
Za szybami, na gzemsie „oto maj” zanuci,
Gdy słońce rzeką światła wpłynie w moją celę,
Jak dziecko ja się wtenczas zrywam i weselę.

3.

Wiosna i młodość — jedno. Każda z nich otwiera
Bramy ziemskiego raju, nic nie biorąc za to.
O róże! o dziewczęta! o święta i szczera
Miłości serc dziecinnych!... Może łysy Plato
O duchów mówiąc związku bezkrwistym miał rację,
Co do mnie jednak, wolę konkretną kolację.

4.

Z szatankiem tym, co modre jak cherub ma oczy,
Usta jak krew, a zowie się słodziutko: „Mania“...
I gdy wiosna wygrywa swój koncert uroczy,
Na deser są piosenki i pocałowania,
Gdy nie słychać Tartuffe’ów wężowego świstu,
Przekładam jedną Manię nad Platonów trzystu...

5.

Wiem, że ta strofa grzeszy przeciw moralności,
A co gorsza, ma ostry zapach parodoksu...
Co tam! niech jespan krytyk zżyma się i złości,
Ja jej z miejsca nie ruszę. Wiem, że dymem koksu
Gdybym wiersze wypełnił, zyskałbym oklaski,
Lecz przekładam sen cichy nad wiwatne wrzaski.

6.

Ratuj-że mnie, Jowiszu i ty Afrodyto,
Bo spostrzegam, żem drugą powiedział herezję!
Wszak Heinego okrutnie do krzyża przybito
Za to, że śmiał rozkiełznać niemiecką poezję,
I że pozwolił muzie chodzić po ulicy
W porannym dezabilu, z fajką i w szlafmycy.

7.

Furda! Choć zadrżą białe duszyczki dewotek,
Świat nie runie, bo Atlas go trzyma, nie baba —
A zaś co do Heinego, to choć żądła plotek
Za życia go kąsały, jednak dusza słaba
Poety gorzej stokroć cierpiała po zgonie,
Kiedy Bóg ją za karę osadził... w Mironie.

8.

A mego brata w Febie niech to nie obraża,
Bo i większych od nich skarżę o to samo.
Rzadko dziś czysty kruszec spotykać się zdarza,
I najczęściej poety duch jest amalgamą:
Dowodem czarodziejska „Balladyny” lira,
Na której grał Słowacki — palcami Szekspira.

9.

Toż Musset, kiedy mówił: „z własnej piję szklanki”
Zapominał, że Bajron napełnia ją winem,
Goete w greckim Olimpie miał swoje kochanki,
Molier Arystofana rodzonym był synem,
Nie mówiąc o „Manfredzie” bajronowem dziecku,
Które „Prometeuszem” zwało się po grecku.

10.

Trudniej o myśli nowe, niż o nowe suknie —
A ci, co dziś, wzdychając, klecą polskie rymy,
Choć który z nich, jak szampan, czemś głośniejszem puknie,
Muszą ginąć, rzuceni w te błękitne dymy,
Które z trzyramiennego wychodzą świecznika,
Jak z ablowej ofiary. — Metafora dzika,

11.

Lecz domyślny czytelnik łatwo ją zrozumie.
O ty! nad klasycyzmu wyrosła mogiłą
Trójco wieszczów, podobna trójcy wież na tumie!
Przecz do ziemi nas zginasz piorunową siłą?
— Tak się skarżą nocami, z żałosnem westchnieniem,
Drobne krzewy, nakryte wielkich dębów cieniem...

12.

Ale trzeba przystąpić do rzeczy. Zacząłem
Od wiosny, bo na licach miał ją mój bohater.
Był to dzieciak niewinny, z białem jak śnieg czołem:
Szesnaście lat i serce jak drzemiący krater.
Niedawno ze szkolnego wyfrunął mundurka,
Więc swobody używał ptasiej — i tużurka.

12.

Papierosów nie palił, i choć czytał wiele
O miłości, nie wiedział bynajmniej co miłość.
Słyszał, że trzeba mówić do lubej: „aniele!”
Że... lecz tutaj już dziwną spostrzegał zawiłość,
I czując, zapłoniony, szybkie pulsów bicie,
Powtarzał: „ach! jak wielką tajemnicą życie!”

14.

Mówiąc tak, filozofem stawał się bezwiednym,
Bo jeszcze co jest życie, nie odgadł nikt z ludzi.
Życie jak cierpień pasmo objawia się jednym,
Drugich szczęścia blademi promykami łudzi,
Lecz nikomu całego nie odkryło lica —
O tak! życie to wielka, wielka tajemnica!

15.

Jeszcze o bohaterze słówko. Przed miesiącem
Rzucił wieś, polowanie, ojców biały dworek,
Żeby z życiem Warszawy poznać się błyszczącem —
Ale jak na powierzchnię brudnej wody korek,
Tak wypływał nad wiru stołecznego męty,
Rozpusty pocałunkiem wszetecznym nietknięty.

16.

Znajomych nie miał wcale. Do przeróżnych osób
Przywiózł wprawdzie od wuja i stu ciotek listy,
Lecz w przyjaźń z nimi wchodzić, było ach! nie sposób;
Bo tych, co na karjery wiodąc go szlak mglisty,
Wysokie w społeczeństwie zajmowali stopnie,
Jak turkawka jastrzębia tak się bał okropnie.

17.

W ich szeregu był prezes żółty jak cytryna,
Mecenas do goryla podobniutki z twarzy,
Sędzia z nosem kobuzim, wreszcie pół tuzina
Protektorów: eks-radców i eks-dygnitarzy;
Wszyscy szklami błyszczący albo czaszką nagą,
Wszyscy mocno wydęci winem i powagą.

18.

Do każdego z nich chłopiec, rad ojcowskich pomny,
Chodził z listem w kieszeni i pokorą w mowie;
Dobre robił wrażenie jego układ skromny,
Rzucano mu po jednym uśmiechu i słowie;
On za uśmiech i słowo wdzięcznym być przyrzekał,
Kłaniał się — i czemprędzej do domu uciekał.

19.

Zwykle takie stosunki trwały bardzo krótko.
Raz tylko, od prezesa, co miał żółtą cerę,
Sześdziesiąt wiosen, kaszel i żonę młodziutką,
Odebrał zaproszenie (Bóg to wie, czy szczere,
Choć prezesowa przy niem miała słodką minkę)
Żeby do nich przychodził czasem „na godzinkę.”

20.

Więc bywał tam niekiedy. Wspomnę tu nawiasem,
Że prezesowa z siostrą Ottona na pensji
Żyła w ścisłej przyjaźni, lecz ochłódły z czasem
Te stosunki dla jakichś „żalów” i „pretensji”,
I że teraz, zrobiwszy rachunek z pamięcią,
Wskrześć tę przyjaźń gwałtowną zapłonęła chęcią.

21.

Otton miał w tem odegrać niebezpieczną rolę
Pośrednika, gdyż planik jej polegał na tem,
Żeby rzecz, na kobiecej dyplomacji pole
Przeniósłszy, w swych działaniach zasłaniać się bratem,
I po Ottonie, jak po telegrafu drucie,
Do serca przyjaciółki wyprawić uczucie.

22.

Może przy starym mężu więdnąca z tęsknoty
Inne jeszcze marzenia w ładnej główce snuła...
Może ziemskiego nieba błysł jej promień złoty...
Może... dość, że dla chłopca była dziwnie czuła,
I prezesowi, kiedy badał ją zdradziecko,
Mówiła wciąż, że Otton „bardzo miłe dziecko”...

23.

Powiedz mi, czytelniku, czy się dziwisz fali
Że płynie naprzód? różom że się w słońcu złocą?
Słowikom że śpiewają? ogniowi że pali?
Czy się gniewasz, że gwiazdy przyświecają nocą
A słońce dniem? czy mówisz, że jest winien kary
Piorun, gdy z pośród ludzi wybiera ofiary?

24.

Trzykroć nie! bo wiesz przecie, że ciążą nad światem
Prawa (ach! któż mi powie: szatańskie czy boże?)
Co rządzą i piorunem i gwiazdą i kwiatem,
I których ludzka siła przełamać nie może,
Prawa, co każą, wyższej posłuszne mądrości,
Orłom dążyć do słońca, sercom — do miłości.

25.

Wiesz to, a więc dla bliźnich bądź wyrozumiały,
Nie dziw się motylowi gdy całuje różę,
I choćby prezesowa w swojej piersi białej
Pod osłoną batystu kryła pragnień burze,
I choćby próg sypialni przebiegła marzeniem —
Na jej główkę maleńką nie rzucaj kamieniem.

26.

Są tacy, co z miłości szydzą — tym nic wierzcie;
Komu uczucie w piersiach zgorzkło i zwiędniało,
Ten ludzi przeklnie, Boga zaprzeczy, a wreszcie
Ukocha... psa. Pozornie inną miłość ciało,
Inną ma duch, lecz prawdą jest, że związek ścisły
Niewidzialnemi nićmi z duchem wiąże zmysły.

27.

Wyczekując, aż radców zgrzybiałe kohorty
Oplączą go więzami nudnego zajęcia,
Otton zgiełku miejskiego słodkie zwiedzał porty:
Teatr, ogród, koncerta; czasem wniebowzięcia
Miewając, gdy mu w loków złocistej obręczy
Jakiś anioł zabłysnął i zgasł, nakształt tęczy...

28.

Zwykle po takiej wizji nie mógł spać noc całą.
W myślach zamęt burzliwy, w piersi czuł płomienie,
Widmo twarzy dojrzanej jak cień go ścigało,
Chciał zapomnieć — i w głębsze zapadał marzenie. —
Trawionego tak wewnątrz niszczącem zarzewiem,
Gdyby spytać: co tobie? — odszepnąłby: nie wiem...

29.

Takich, co z czary uciech nie pili zbyt rano,
Nawiedza czasem, myśli niszczący pogodę
Smutek dziwny, którego dotąd nie nazwano
W medycynie, choć niszczy organizmy młode;
Brat cichej melancholji, co się z wiosną budzi
W sercach kobiet, poetów i nerwowych ludzi.

30.

Stan taki i u dziewcząt zjawia się niekiedy,
A znika zagłuszony balów pustą wrzawą;
Jeśli wszakże rodzicom dużo sprawia biedy,
I nie da się już spłoszyć strojem i zabawą,
Ślubnego trzeba wtenczas mirtu i kobierca...
Jabym taką chorobę nazwał „głodem serca.”

31.

Ottona głód ten trawił. Chudł i sypiać nie mógł,
Jak rabin się zamyślał, wzdychał jak poeta,
Werteryzm wszystkie inne uczucia w nim przemógł,
Omdlewał, gdy na niego spojrzała kobieta,
I czując jak żar pali zmysłów klatkę lichą,
Czasem palce gryzł do krwi — czasem płakał cicho...

32.

„Bzik!” mówili sąsiedzi — co zaś do sąsiadek,
To każda niewymownie była zachwycona
(Wszystkim relację zdawał stróż, naoczny świadek)
Młodością i dziwactwem sąsiada Ottona;
Jedne zwłaszcza kwiaciarkę z djamentowym wzrokiem,
Nasz bohater współczuciem przejmował głębokiem.

33.

Kwiaciarka była dzieckiem miłości i słońca;
Łączyła ona w sobie z pasterki prostotą
Wdzięk markizy, i idąc przez życie śmiejąca
Instynktem omijała manowce i błoto;
Matce jej świecił grudzień w życia kalendarzu,
A ojciec miał już kącik cichy na cmentarzu.

34.

To jeszcze o niej powiem, że nosek gryzetki,
Chód pliszki i „Kopciuszka“ drobną miała stopkę,
Że zajmowała z matką dwie skromne izbetki,
Że przy ustach Bóg czarną napisał jej kropkę,
Że była marzycielką czasem,czasem trzpiotką,
I że jedni ją zwali Kocią, drudzy „Kotką.”

35.

„Kotka” ta nie kochała dotąd. Nigdy nawet
Żaden kuzynek ust jej nie dotknął zuchwale,
A jej kibić dziewiczą ściskał tylko... bawet.
Znagła, pierś jej płomienne ogarnęły fale,
I burza dziwnych pragnień wybuchła wśród łona,
Gdy marzonego we snach ujrzała Ottona.

36.

Nożyczkami jedwabne wykrawając płatki,
W okienku ona swojem siadała z robotą.
Czasem wiła girlandę, czasem sztuczne kwiatki
Dzierzgała jak promieniem plecioneczką złotą,
Niekiedy znów, zmęczone opuściwszy ręce,
Pozwalała cichutkiej płynąć z ust piosence,

37.

A jej źrenic ognistych nieumyślne groty
Raniły marzącego w swem oknie sąsiada...
On, słuchając, ze zwykłej budził się tęsknoty,
I krwi falą twarz mu się rumieniła blada,
Wzdychał, do śpiewającej chciał lecieć powietrzem,
A potem — z licem wstawał od ścian swoich bledszem.

38.

W takich chwilach krew wszystka do serca mn biegła.
Pragnął, lecz pragnień swoich nie pojmował jasno;
Moc jakaś od wybuchu jego młodość strzegła,
Widział tylko, że gwiazdy w jego duszy gasną,
Ustępując przed słońca wielkim majestatem...
Dziecię rosło w młodzieńca. Tak na niebie, latem,

39.

Płoną przy sobie barwy różowa i biała:
Wschód i zachód. Rzecz można, iż miłość tych dzieci,
W przeczuciach i w niewinnym śnie zamknięta cała,
Była jak blask djamentu, co zimny choć świeci,
Lub jak nocna pieśń ptaków, co przez gąszcz złowrogą
Wołają się, a trafić do siebie nie mogą...

40.

Króciutka, a już przecie miała swe wspomnienia.
Na schodach raz, o zmroku mistycznej godzinie,
Kiedy ciemność kształt każdy fantastycznie zmienia,
A świerszczyk łzawą piosnką skarży się w kominie,
On szedł zwolna pod górę, tęskny, zamyślony,
Kiedy nagle, z przeciwnej wyfrunęła strony. —

41.

Kotka. Wąziutką drogę gęste kryły cienie...
Bieg szybki trudno było powstrzymać... niechcący
Zetknęli się i dziewczę na jedno rzęs mgnienie,
Drżąc, do piersi Ottona przypadło gorącej...
On zachwiał się, i oczy mgłą mu zaszły krwawą,
Krzyknął: ach! — ale dziewczę odskoczyło żwawo,

42.

I głośniej odkrzyknąwszy, jak wicher uciekło.
Otton w nocy rozmyślał o tej nerwów burzy,
Co mu w duszę rzuciła dziwnych myśli piekło,
I o tem, że jej włosy miały zapach róży,
I o tem, że go, biegnąc, musnęła sukienką —
A wspomnienia te rajem były mu i męką.

43.

Innym razem, z jej okna upadł mu pod nogi
Bukiecik. Czy przypadkiem, czy może umyślnie
Ten tłómacz niemych uczuć zleciał, wiedzą bogi!
Ale lica dziewczyny płonęły jak wiśnie,
I do kwiatów oczyma przypadła pilnemi,
Kiedy Otton się schylił, by je podnieść z ziemi.

44.

Potem ust jej korale rozśmiały się słodko,
Kiedy chłopiec na kwiatach pocałunek złożył,
Potem trzymaną w ręku skryła twarz robotką,
Kiedy wbiegłszy po schodach, cicho drzwi otworzył;
Wreszcie brewki ściągnęła gniewnie, gdy do matki
Podszedł, i szepnął: „Zwracam.. upuszczone... kwiatki...”

45.

Zaręczam, że się śmiejesz ładna czytelniczko,
Z dziecinnej bohatera mego naiwności,
Że myślisz: gdybym była z bajki tą księżniczką,
Co wspaniale skarbami rozrzuca miłości,
W ptaszynę się zmieniwszy taką ot, jak... Mania,
Uczyłabym go sztuki pieszczot i kochania...

46.

Gdy myślisz tak, i myśl te chcesz wcielić w uczynek,
Pośpieszaj, bo kto inny uprzedzić cię gotów...
Już bogini cypryjskiej uskrzydlony synek
Zranił serca tych dzieci ostrzem swoich grotów,
I bliski dzień już, w którym mocą wniebowzięcia
Bóg je porwie i rzuci w rozkoszy objęcia...

47.

Moc ta zestąpi na nich z góry, i snem będzie
Proroczym, albo książką, której białe karty
Powiedzą im o słodkim kochania obłędzie,
Albo kwiatów zapachem, kadzidłem Astarty,
Albo pieśnią słowika, od której drży łono
I oczy, jak djamenty, dziwnym żarem płoną..

48.

Odyby jednak zbyt późno zeszła?... gdyby losy
Stawiły między niemi mur strasznej ananke?...
Kotka zwiędłaby pewnie, jak róża bez rosy,
A Otton może inną znalazłby kochankę,
Kochankę wzdychającą do raju zamężcia,
I posiadłby z nią wszystko, wszystko... oprócz szczęścia.

49.

— Znałem dzieciaka, wiedzy trawionego głodem,
Który do lat dwudziestu w książkach więził ducha,
I jedną tylko żądzę w sercu chował młodem:
Sławnym zostać. Ten dzieciak książkę miał za druha,
Za matkę, za kochankę, za społeczność całą...
W pracy lica mu bladły, bo duch niszczył ciało.

50.

Matka, choć jej miłością nie płacił synowską,
Strwożyła się o dziecko, i wszedłszy w przymierze
Z lekarzem, wyprawiła go na wieś. O wiosko!
Komuż krew nie zagrała przy pól twoich szmerze?
Chłopiec na wsi omdlewał, tęskniąc, ale w końcu
Twarz mu zdrowiem zakwitła, jak róża na słońcu.

51.

Natura, książka ręką Boga zapisana,
Sprawiła, że się z życiem powszedniem pogodził,
I póty pił woń kwiatów, aż jednego rana,
Kiedy z ładną kuzynką po ogrodzie chodził,
I kiedy bukiet składać siedli na berżerce,
Dowiedział się zdziwiony, że ma w piersiach — serce.

52.

Z odkrycia tego romans wyrósł, jak grzyb z deszczu.
Kuzynka zapragnęła rozgrzać pierś odludka,
Lecz odludek, choć przeczuł z rozkosznego dreszczu
Miłość, nie zgadł, że władza jej, jak miraż krótka,
Znika, niezatrzymana czarem zalotności...
Jaśniej mówiąc, nie wiedział o „sztuce miłości”

53.

O sztuce, której Owid ułożył prawidła.
Ztąd zamęt. Panna bowiem, biorąc się namiętnie
Do rzeczy, na kuzynka zastawiła sidła,
A on (tak się jej zdało) przyjął obojętnie
Lep wdzięków... Biedny dzieciak nie pojmował zgoła,
Że ziemskiemi figlami łapie się anioła,

54.

Do sztucznych przeto westchnień, schadzek i serenad
Nie uciekał się, czułych nie smażąc też wierszy...
(Podobną zbrodnię karać zwykł dziewczęcy senat
Surowo, bo paragraf przestępuje pierwszy
Kodeksu miłosnego) kuzynka więc gniewna
Umyśliła zazdrością spalić tę pierś z drewna...

55.

Wkrótce potem nasz dzieciak rzucił wioskę. Praca
Poczęła zwolna płoszyć wspomnień mgłę ułudną;
Lecz nagle poczuł w ciszy, że jej obraz wraca
Do serca, że go wabi, i że mu już trudno
Bez niej żyć; przebiegł myślą drogich chwil wspominki,
Wtem — odebrał list z wieścią o ślubie kuzynki.

56.

List był gromem i strzaskał mu serce. Z tęsknoty,
Rzucił się w otchłań szalu. A ona.. przed światem
Póty kłamała szczęście, aż wpadła w suchoty...
Ten epizod dowodzi, że z miłości kwiatem
Nie trzeba nazbyt igrać, gdyż się w nim woń kryje
Która czasem uzdrowi, a czasem — zabije.

57.

O dwoistem działaniu pocisków Amora
Mógłbym dużo napisać; mam nawet gotową
Całą wiązkę porównań. — Ale wracać pora
Do powieści. Już wiecie, że nad dzieci głową
Grom wisi; że spadając, serca w popiół pali,
Że więc Otton i Kotka... Lecz czytajcie dalej.

58.

Raz, gdy niebo fijołków modrą miało barwę,
Gdy duszno było w murach, gdy śpiewały ptaki,
Otton książkę w kąt cisnął i rzekł: „Kwiatów narwę
(Dziecię wsi zawsze wzdycha do uciechy takiej)
Za miastem gdzie, na łące zielonej lub polu...
Narwę białej konwalji, dzwonków i kąkolu,

59.

Żeby niemi napoić izby mej powietrze;
A gdy będę zasypiał w falach kwietnej woni,
Przyśnią mi się lip rzędy szumiące na wietrze,
I ptaków chór, co na nich wieczorami dzwoni;
Przyśni mi się bluszczami obrośnięty ganek
I wyżeł i jeziorko i stada cyranek...

60.

Pobiegł. Warszawa była senna od gorąca;
Mieszczuchy, trawiąc obiad, drzemali przy siescie,
Kwiaty mdlały na skwerach od kurzu i słońca,
I zapach bzów kwitnących płynął w całem mieście.
W takie dnie dusza ludzka do rozkoszy skora.
Sama idzie, jak Psyche, w objęcia Amora...

61.

Otton prędko porzucił mury, i niebawem
Znalazł się w pełnej cienia i chłodu alei.
Cisza była tu wielka, tylko gdzieś nad stawem
Leniwie rechotały żaby. W epopei
Są ustępy liryczne, a tam gdzie fabryki
Wciąż dymią, są ogrody: miejskie bukoliki.

62.

W tem miejscu długim one ciągnęły się sznurem,
A każdy zdał się mówić: „smutnym być nie można!”
Ludzie kędyś się skryli, za to ptaków chórem
Odzywała się zcicha gęstwina przydrożna;
Na zamianie tej nigdy natura nie traci,
A ktoś rzekł: „Dobrze z braćmi, lecz lepiej bez braci”

63.

Hymn ptaków, żab i liści rozmarzył Ottona;
Zapomniał, że... zapomniał kiedy jadł śniadanie,
I na oczy różowa padła mu zasłona,
Przez którą wszystko widział pięknem niesłychanie,
Co mu dało tak dobry humor, że nad rowem
Usiadłszy, począł oczy niebem turkusowem,

64.

A uszy karmić wróbli fałszywą kantatą,
I wkrótce dał się cały miłemu far-nienie.
Wiatr przycichał, żab sejmy milkły, ale za to
Duch chłopca wznosił skrzydła do lotu rozpiętą
I pierś mu falowała uczuciem wezbrana...
Wtem z gąszczy ktoś zawołał głośno: „Budzę pana!”

65.

Piękną była Małgosia, kiedy ją z kościoła
Idącą, doktór Faust spotkał odmłodzony;
Piękną była z lokami u białego czoła
Zosia, gdy ją Tadeusz spłoszył na zagony;
Lecz piękniejszą nad obie dla oczu Ottona
Wydała się, w połowie z liści wychylona,

66.

Postać, którą zobaczył odwróciwszy głowę.
Stała ona za kratą ogrodu, i zwolna
Rozchylała przed sobą krzaki jaśminowe;
W kruczych włosach jej róża płoniła się polna,
A słomiany kapelusz z czoła zesunięty,
Stroił ją w aureolę, jak obrazek święty.

67.

Nie pragnę waszych myśli chwytać w sieć intrygi,
Gdyż się za dumasową nie ubiegam chwałą;
Zamiast więc z czytelnikiem rozmawiać na migi,
Prawdę przed nim wyjawię otwarcie i śmiało,
I powiem, tajemnicze rzucając półsłowa.
Że damą w kapeluszu była — prezesowa.

68.

Zkąd się wzięła za miastem, w ogrodzie z kratami?
Zapyta się niejeden i dowcip zaostrzy...
Zkąd się wzięła? Ach Boże! osądzicie sami,
Że się wzięła tam w sposób jak można najprostszy:
Była słaba i lica miała coraz bledsze,
Więc ją doktór wyprawił na świeże powietrze.

69.

Żyła tam w róż kompanji, sama jako róża.
Kiedy Otton ją ujrzał na tle krajobrazu
Czerwcowego, co w słońcu i we mgłach się nurza,
Fantastycznem zjawiskiem zdała mu się zrazu,
Więc powstawszy, „dzień dobry” szeptał jakby we śnie —
A ona rzekła z śmiechem: „Chodź pan na czereśnie!”

70.

Odmówić, znaczyłoby zostać hotentotem.
Poszedł więc — a pasterka z nimbem koło skroni
Zawiodła go w głąb sadu, gdzie przesiana zlotem
Półmroczna i jaśminu pełna dusznej woni
Rozciągała się w słońcu drzew i ziół gęstwina.
Poszedł — i od tej chwili gmatwać się poczyna

71.

Powieść moja, co dotąd szła prościutkim szlakiem.
Otton rwał rubinowy owoc, i uczenie
Rozmawiał z towarzyszką stojącą za krzakiem;
Ona zaś miała dziwne na twarzy płomienie,
I powtarzając ciągle: „ach! jak dziś gorąco”
Zasłaniała się dłonią, najwyraźniej drżącą...

72.

„Wiśnia — objaśniał Otton — zwie się po łacinie
Primus cerasus...” „Wiesz pan? — prezesowa rzekła,
Na lewo, pod kasztanem, kędy struga płynie,
Jest kącik pełen chłodu; chodźmy z tego piekła,
I usiadłszy na trawie, skosztujmy czereśni...”
Poszli. Za niemi pójdzie i muza tej pieśni.

73.

By wysłuchać i wiernie powtórzyć ich słowa
„Czyś pan gniewał się na mnie?“ „Czemu?” „Już tak dawno
Nie byłeś u nas...“ „Wszakże pani prezesowa
Wie dobrze...” „Ach, nie kończ pan; taką masz zabawną
Minę, gdy się tłómaczysz.” „Byłem raz wieczorem...”
„Dość już! wszakże pan stoisz nie przed profesorem!

74.

Powiedz mi co nowego.“ „Pogodę dziś mamy...”
„Siądź pan bliżej.“ „Już siedzę.” „Ależ bliżej jeszcze”.
„Nie chciałbym pognieść sukni.” „Teraz pogadamy...
Ale pan drżysz... co panu?” „Nie wiem, jakieś dreszcze

To ziębią mnie, to palą...” „Daj pan rękę.” „Prawą?”
„Którą chcesz.” Służę pani.” „Ach! ach! między trawą

75.

Lezie pająk szkaradny! Ach! jak ja się boję!”
„Wstańmy.” „Nie, nie wstawajmy: tak nam dobrze w cieniu!”
„Lecz suknia...” „Mniejsza o nią; ja nie dbam o stroje!
Ach, à propos.. czy wiesz pan, że i w tem schronieniu,
Odgrodzonem od świata drzew cienistych szańcem,
Króluje bóstwo zabaw z muzyką i tańcem?

76.

Jaśniej mówiąc: sąsiedzi wyprawiają bale.”
„To dla pani rozrywka.” „Nie, tylko kłopoty!”
„Wszakże taniec...” „Ach! tańca ja nie lubię wcale!
Przytem przy tualecie ileż to roboty!
Na zabawie naprzykład, co ma być we środę
Uradzono, że damy i starsze i młode

77.

Wystąpią wszystkie w kwiatach.” „To pomysł uroczy!”
„Dla siebie strój wybrałam z białych nenufarów,
Przytem suknię zieloną, jak nimf wodnych oczy.”
„Ach! pani sama nimfą będziesz wśród tych czarów!”
Pochlebca! Właśnie dzisiaj kwiaciarka z Warszawy
Ma przywieźć mi ubranie do przyszłej zabawy.

78.

Ale ja pana nudzę...” „Pani mnie czaruje!”
Doprawdy?” „Klnę się na... na... na tych włosów sploty!”
„Ach panie, panie Otton, coś mnie strasznie kłuje
Pod brodą; pewnie komar — zabij go, mój złoty!...”
„Gdzie on jest?” „Gdzie on jest?” „Niżej.” „Czy tu?”, „Nie, na gołem ciele.”
„Tu?” „Jeszcze niżej...” „Pani!...” „Co panu” „Aniele!..”

79.

W tej chwili dwa donośne rozległy się krzyki:
Bas i sopran w duecie. Zaszumiały liście
I z kępy drzew fruktowych, zziajany i dziki,
Jak bomba wypadł... prezes. „Sto djabłów zjedliście!”
Wrzasnął — i pełen w oczach gorącego piekła
Rzucił się, klnąc, na żonę — lecz żona uciekła.

80.

Został Otton — z edenu na ziemię zepchnięty...
„Młokosie! — wpadł na niego prezes — mów mi zaraz
A szczerze, bo sto kijów wsypię ci — nie w pięty...
Coś robił z moją żoną?” Piekielny ambaras
Miał chłopczyna, więc drżący i blady jak mara,
Rzekł cicho: „Chwytaliśmy oboje komara..”

81.

„Jakto? — ryknął Otello — chcesz żartować zemnie?
Ja cię!... ja ci!... ja tobie!..” ale tyle było
Komizmu w twarzy chłopca, że prezes daremnie
Usiłował wybuchnąć. Coś go rozbroiło,
I rzekł tylko: „Młokosie, precz mi z oczu!” Zaczem
Otton za wrota raju wyszedł napół z płaczem.

82.

Ale biegnąc aleją, ostygł ze wzruszenia.
W sercu miał całe niebo szczęścia i zachwytu,
Czuł, że się jego życie łamie i odmienia,
Więc wyciągnąwszy dłonie w górę, do błękitu,
Zawołał (miał szesnaście lat tylko): „O Panie,
Już znam drogę do nieba! już wiem co kochanie!”

83.

A wraz z tą apostrofą, błysnął mu przed okiem
Obraz Kotki... „Ją tylko, ją kocham jedynie!“
Zawołał — i iść począł przyśpieszonym krokiem.
Gnało go, pragnął bowiem zwiastować dziewczynie
Jak najprędzej, że odgadł już sztukę kochania...
Wtem usłyszał w alei przytłumione łkania.

84.

Na ławce, z twarzą skrytą dłońmi i woalem,
Siedziała jakaś postać; oczy zapłakane
skrzyły się jak djamenty, łono drżało żalem,
A przy nogach, na ziemi, w kurzawę wdeptane
Leżały żółte lilje i róża — sierotka...
Otton podszedł — i krzyknął: „Ach!“ To była Kotka.

85..

„Pani! panno Konstancjo!..” jął mówić — lecz ona
Rzucając w piasek resztę girlandy liljowej
Przyskoczyła do niego, groźna, zapłoniona,
I syknęła, jak żmija: „Idź do prezesowej!”
A gdy chłopiec stał milcząc, martwy niby skała,
Rzekła jeszcze: „Wiem wszystko, bom wszystko widziała!”

86.

Otton zachwiał się, szepnął: „Kocham tylko ciebie!”
I na ławkę bez czucia padł i bez oddechu. —
Gdy się ocknął, już gwiazdy płonęły na niebie,
Gąszcz ponuro szumiała, i dwoił się w echu
Szyderski śmiech puszczyka... Rozejrzał się z trwogą,
Ale przy nim i za nim, nie było nikogo...

87.

Tak dziwnie się skończyła ta miłość dziecięca,
I tak samo też dziwnie kończy się ta powieść.
Kto chce, niechaj się nad nią lituje lub znęca;
Ja powiem, że nie chciałem niczego w niej dowieść,
Jeżeli zaś myśl jaka spoczywa tu na dnie,
Nie wskażę jej — czytelnik niech ją sam odgadnie...







VIII.
SŁOŃCE ZA CHMURĄ.
ŻYCIE.


Człowiek na świat przychodzi nagi i bezbronny?
Z głową, równą rozumem kapuścianej głowie;
Wątłe są jego siły, kruche jak szkło zdrowie,
I tylko do łakomstwa i gniewu jest skłonny

Z niemowlęcej poczwarki wylęga się chłopie,
Istota niedojrzała, jak zielone jabłko;
Książkę, źródło mądrości, przeklina i kopie,
I radby, żeby życie było „ciuciubabką”.

Ziarno staje się kłosem, a chłopię młodzieńcem;
Lecz cóż to jest młodzieniec? Rozhukana fala.
Chce panować, a sam jest namiętności jeńcem,
Chce gwiazd dostać, a skrzydła przy świecy opala.

Jako odlew stwardniały z wrzącego metalu,
Tak z młodzieńca mężczyznę urabiają lata,
Ten, chociaż ideały porzucił bez żalu,
Zbija nos za pieniędzmi i poklaskiem świata.

Dopiero doświadczenie, jak dłoń arcymistrza,
Doskonali człowieka długim cierpień ciągiem;
Sąd jego coraz zdrowszy, dusza coraz czystsza,
I harmonijnym wreszcie staje się posągiem;

Jak orzeł, widzi kresy i ziemi i nieba,
Myśl ma jasną, cierpieniom czoło stawia dumne,
Zbadał zagadkę bytu, i wie jak żyć trzeba.
................
Szkoda tylko, że wówczas kłaść się musi w trumnę!






NIE ODCHODŹ!


O! nie odchodź odemnie, ty, coś stała zawsze
Na straży moich marzeń, jako gwiazda złota!
Patrz! dnie coraz chmurniejsze, niebo coraz łzawsze,
I coraz więcej cierni na różach żywota...

Ja, śladem twoim idąc, byłem od kolebki,
Jako dziecię, co szaty matczynej się trzyma;
O, nie odchodź! bo duch mój tylko wtenczas krzepki,
Kiedy ty mu przyświecasz złotemi oczyma.

Mnie potrzeba twych skrzydeł szelestu cichego
I twej pieśni, co ptakiem ku gwiazdom pomyka;
Gdy odbiegniesz, sny rajskie odemnie odbiegą,
Gdy zamilkniesz, zamilknie mej duszy muzyka.

Zgadłem, że chociaż welon nie skrywa cię mniszy,
Jednak z gwarem powszednim pieśń twoja w rozterce;
Lecz zostań! czyż wśród świata nie znajdziemy w ciszy,
W której milczą instynkta, a przemawia serce?


Jam przywykł na świat patrzeć oczyma twojemi —
Gdy odejdziesz, któż będzie mówił mi o niebie?
Gdy odejdziesz, któż będzie mówił mi o ziemi?
Zostań! ja żyję tylko w tobie i dla ciebie!

Tyś jest krwią mego serca, światłem moich oczu,
Bez ciebie świat się cały powleka żałobą,
Bez ciebie gwiazdy gasną w blękitnem przezroczu...
O! nie odchodź odemnie, — lub mnie weź ze sobą!






Z ROZMYŚLAŃ O PÓŁNOCNEJ GODZINIE.
(Fragmenta).


... Niestety! niestety!
Czyż świat ten nie jest wielkiem cmentarzyskiem,
Na którem ludów próchnieją szkielety,
Przykryte z wierzchu głazami i darnią?
Czyż świat ten nic jest olbrzymią trupiarnią,
Gdzie Czas, jak szakal z zakrwawionym pyskiem,
Z ludzkiego ciała wyprawia bankiety?...

................

Trzeba koniecznie duchem stać wysoko!
Trzeba mieć zawsze obrócone oko
Na rzeczy wielkie, trwające bez zmiany!
Chociażby dolom grzmiały huragany,
Trzeba koronę gwiazd widzieć u szczytu!

................

Cóż warta wrzawa doczesnego bytu,
Huczna od śmiechów, nabrzmiała jękami?
W gmachu żywota sfinks leży przy bramie...
Ciemność za nami i ciemność przed nami...
Chwila obecna, panująca światom,
Gdy się na przeszłość i przyszłość rozłamie,
Zmienia się — w atom!


................

Choć ludzkość chorób ukarana miljonem,
Choć krwią się broczy jej przeznaczeń karta,
Chociaż niepokój szarpie wciąż jej łonem —
Żalu nie warta!
Burzą użycia pędzona zaciekłą,
Zerwała sojusz z prostoty aniołem,
Stworzyła potrzeb i żądz nowych piekło,
W proch padła czołem...
Dziś, pierś jej chorą własne miecze ranią,
Szaleństw i cudów jest ciągle łaknąca —
A Moloch stoi nad czarną otchłanią,
I w mrok ją strąca!

................

Chociaż to opacznie,
Szukamy światła w mroku. Zagadką się zacznie
Szukanie, więc się również i zagadką skończy.
Jakże mądrzej od ludzi poczyna pies gończy,
Który, gdy mu zwierz wpadnie w ciemną boru przepaść,
Już dba o to jedynie, by samemu nie paść,
I szczeknąwszy, powoli do domu nawraca.
Ale człowieka kusi Danajdowa praca,
I gdy na zwierza myśli przedsięweźmie łowy,
To gna za nim na oślep przez mroczne parowy,
Błąka się po manowcach, strachem wielkim potnie,
Wreszcie — głowę o drzewo rozbija sromotnie!


................

Próżno wygrażać ciemnościom
I łamać w rozpaczy dłonie —
Myśl zapuszczona w tę otchłań
Ledwie zabłysła — tonie.

Wezbrana, hucząca fala
Ku czarnym ujściom się toczy,
A nie dościgną jej w biegu
Nawet gienjuszów oczy.

Wszystko, co żyje i błyska:
Kwiaty, motyle, planety,
Na wzdętym grzbiecie tej fali
Mkną do nieznanej mety.

Pocóż się miotać i dręczyć,
Nieszczęścia szukać w głębinie?
Lepiej, oddawszy się fali,
Płynąć — gdzie wszystko płynie!






MYŚLEĆ TO CIERPIEĆ...


Gdy przeszłość straszy a przyszłość nie nęci,
Gdy się pustynią zda życia bezdroże,
O jedno tylko błagamy cię, Boże:
Gdyś nie dał szczęścia, nie dawaj pamięci!

Orkany milkną, stając się igraszką,
Wygasa płomień, falę pęta zima,
Ale największa siła nie zatrzyma
Kół tej machiny, co huczy pod czaszką!

Próżno białego czeka kto gołębia,
Co-by mu przyniósł spokój niepamięci —
Ilekroć razy koło się okręci,
Ostrze wspomnienia w piersiach mu zagłębia.

I w zgiełku dziennym i wśród nocnej ciszy,
Wewnętrzny potwór miota się i zgrzyta,
A tak jest ludziom praca jego skryta,
Że jej najbliższy nawet nie dosłyszy...

Koła mleć muszą ciągle, aż do śmierci
Treść wziętą z życia, z przyrody, z papieru...
Jeśli im kiedy nie dostarczysz żeru,
Własną ci dusze poszarpią na ćwierci.


I grób ich nawet ze wszystkiem nie zgłuszy...
Wśród desek trumny cicho nie zadrzemią,
Lecz będą głucho warczały pod ziemią,
Jak Wernyhory lira — pełna duszy.

I choćby człowiek, by uciec przed męką,
Zdławił tę hydrę, która mózg mu wierci —
Zagada ona jeszcze i po śmierci:
Książką, obrazem, wspomnieniem, piosenką....






PIOŁUNY.


I.

Nie mówcie mi, że to jest boża wola...
Nie mówcie mi, że się ukorzyć mam...
W mem sercu rodzi bunt każda wielka niedola,
Kołatać o nią śmiał-bym do samych nieba bram.

Nie mówcie mi, że życie — marnym kształtem,
Który przerabia śmierć na gwiazdę i na mgłę —
Ja złe nazywam złem. ja śmierć nazywam gwałtem,
I tytanowy protest Bogu ślę!




II.

Lubiłem niegdyś księżycowe noce,
Błyszczące srebra płynnego potopem,
Bo zdało mi się, że w ziemskiej pomroce
I pod obłoków kryształowym stropem
Widzę powiewne, przyjazne postacie,
Co na mnie mówią: kochanku — i bracie...

Lecz odkąd w duszy chwast smutku się pleni,
A wąż rozpaczy pierś zmartwiałą ściska,
Uciekam zdała od srebrnych promieni —
Bo w świetle, które jak miecz nagi błyska
I opromienia losów moich kartę
Dziś — tylko groby spostrzegam otwarte!




III.

Wierzyłem, że ty, Panie, nad luzkim ogrojcem
Zjawiasz się — ojcem,
I nędzarzom, dławionym czarną nieszczęść nocą
Schodzisz z pomocą;
Gdy więc duch mój omdlewał, serce kamieniało,
Wołałem śmiało:
„Światła dla mrących oczów! dla ust spiekłych wody!
Ciszy! ochłody!’“

Ale choć głową, pełną anielskich omamień,
Biłem o kamień,
Choć stałem sic robakiem od służalczej skruchy —
Ty byłeś głuchy.
Więc gdy nazbyt jest drogim u ciebie dar życia,
Pośród rozbicia,
Dziś uciszam pragnienia, i wołam: „O Panie,
Daj mi — skonanie!“




IV.

Ziemski wędrowcze, to ci wiedzieć trzeba:
Że choćbyś w drogę wyruszył o świcie,
Zaopatrzony w sakwy pełne chleba
I w lampkę wiedzy, co rozświeca życie;
Chociażbyś serce opancerzył zbroją,
Ukutą w mędrców piorunowej kuźni,
I takim duchem pierś wypełnił swoją
Który losowi urąga i bluźni;
I Choćbyś miał wiarę i świętość ascety
I gienjalnością spromienione skronie —
Zawsze z nieszczęściem spotkasz sic u mety,
I zawsze w końcu — przepaść cię pochłonie!






Z TAJEMNIC ŚMIERCI.


Jak śmierć przetwarza! — W jednej, strasznej chwili,
Która powala jak piorun — i wskrzesza,
Ludzka poczwarka bierze kształt motyli;
I przed swym równym współśmiertelnych rzesza,
Jak przed aniołem, korne czoła chy]i.

Jak śmierć wypięknia! — Kędyż są sumienia,
Których choć z wierzchu pył ziemski nie plami?...
Ale mogiła żywot opromienia,
I grzechy wówczas zdają się błędami,
A błąd się każdy w marną mgłę przemienia.

Jak śmierć podnosi! — Dopiero stał w cieniu
Ten człowiek, proch ten, co był dla cię niczem,
A dziś, jak azbest spalony w płomieniu,
Z dostojnem tobie jawi się obliczem —
I imię jego szepczesz w zalęknieniu...






DUSZE TO HARFY...


Dusze to harfy. Dłoń losu i Boga
Na każdej inne nawiązała struny.
Jedne są krzepkie i grzmią jak pioruny,
Gdy niemi targnie jaka siła wroga;
Inne, trącane zmienną życia falą,
Syczą jak węże, jak ptaki się żalą —
A są i takie, co pod nieszczęść ciosem,
Najczarowniejszym przemawiają głosem.
Ostatnie mają poeci — snycerze,
Z krwawych rubinów rzeźbiący błyskotki...
Na ich harf strunach jęk nawet jest słodki,
A rozpacz dźwięczy mięko, jak pacierze.
Gdyby nie oni, ludzkość-by w zamęcie
Harmonji światów straciła pojęcie,
I pochwycona huraganem losu
Wpadła napowrót w otchłanie chaosu...

Lecz są też harfy rozbite, niestrojne,
Co zawsze dzikim szarpią duszę zgrzytem,
Czy je los darzy słońcem i błękitem,
Czy urągliwą wiedzie z niemi wojnę —
I są od harf tych nieszczęśliwsze jeszcze,
Któremi żadne nie wstrząsną już dreszcze,
I które milczą — bo nieszczęść pioruny
Wszystkie już na nich zdruzgotały struny!






PO DNIU CZARNYM.


Czy się jeszcze moje niebo
Rozchmurzy?
Czy zabłyśnie złote słońce
Po burzy?
Czy noc głucha piosenkami
Rozbrzmieje?
Czy odnajdę zagubioną
Nadzieję?

Gdybym ja był marnem zielem
Na łące,
To-bym czekał bez obawy
Na słońce;
Gdyż wiedziałbym jak najpewniej,
Że z wiosną
Moje listki poszarpane
Odrosną...

Gdybym ja był zimną bryłą
Kamienia,
Tobym czekał na swą przyszłość
Bez drżenia,

Bo głazowi, w którym czucie
Zakrzepło,
Wiosna wraca mchy zielone
I ciepło.

Lecz, że jestem królem stworzeń,
Człowiekiem,
Nic nie widzę na tle nieba
Dalekiem,
Nic nie słyszę w rannych wiatrów
Powiewie —
I o jutrze duch mój smutny
Nic nie wie...






GORĄCZKA ŻYCIA.


Dzisiaj się żyje prędko. Dziś pędzimy
Cwałem, na oślep, jak wezbrane fale...
Dziwnie nam prędko do grobu, do zimy,
Majowe kwiaty nie nęcą nas wcale,
I wówczas zwykle tęsknimy za wiosną,
Gdy nam już w piersiach wszystkie żądze posną...

O! dziś się żyje prędko!.. lecz czy lepiej?
Człek na popasie ucztę życia zjada,
A zanim jeszcze głodną myśl pokrzepi,
Już z dzwonkiem w ręku konduktor przypada...
„Jedziemy! — czekać parowóz nie może!
Jedziemy!” — Dokąd? — Ty wiesz tylko, Boże...

O rozkosz łatwo — dzisiaj nią po kramach
Kupczą, jak wszelkim łakomym towarem;
Kto sam na siebie uczynić chce zamach,
Ten do przesytu obkarmia się czarem,
I w usta słodycz pcha dłońmi obiema...
O rozkosz łatwo... — Szczęścia za to nie ma!






JESIENIĄ.


Powiędły róże,
Zczerniało wino...
Deszczu łzy duże
Po szybach płyną.

Z lampy ogniska
Smutny blask pada;
Martwo połyska
Książek gromada.

Wkoło noc głucha,
Cicho, jak w grobie...
Żywego ducha
Nie mam przy sobie.

Myśl w przyszłość bieży
Ciemną i marną —
List przy mnie leży
Z pieczęcią czarną...






PO ŚMIERCI.


Jeżeli zmarli wnoszą ze sobą
Ostatniej chwili wspomnienie,
Muszą mieć serca okryte żałobą
Przez całe przyszłe istnienie.

Bo cóż z przeznaczeń otrzymują ręki,
Odchodząc w wieczności drogę?
Rodziny rozpacz, towarzyszów jęki,
Smutek, niepewność i trwogę...

Stwórca, być może, zaczem ich umieści
W słonecznym okręgu duchów,
Ściera z nich ślady przedśmiertnej boleści
I łzy wylane przez druhów.

Lecz sercom często drogą jest żałoba,
Swych smutków jak skarbu strzegą —
Więc cóż jutrzejsza znaczyłaby doba
Bez wspomnień dnia dzisiejszego?...






ŚWIATEŁKO W DALI.


Samotny stoję. Noc płącze rosą,
Wilgotny wietrzyk od wschodu dmucha;
Na łąkach, kwiaty ranione kosą,
Niebu wonnego oddają ducha;
Krzyk nocnych ptaków przerywa ciszę,
Chwieją się wierzby zgięte nad rzeką,
Rybackimi czółnem fala kołysze,
Słychać ligawki nutę daleką;
Dokoła ciemno — tylko się pali
Światełko w dali

Gwiaździe podobne płonącej nizko,
Chwilami gasnąc, znów sic rozżarza —
Czy to pasterzy nocne ognisko?
Czy błędny ognik, lampa cmentarza?
Wczoraj widziałem, że w tamtej stronie
Domek rybaka stoi na piasku —
Pewnie w tym domku łuczywo płonie
I przez okienko śle smugę blasku;
Pewnie jest łuną, drżącą na fali,
Światełko w dali

Świt ledwie szarzał na firmamencie,
Kiedy z sieciami rybak popłynął...
Dotąd nie wraca — może w odmęcie.
Może w uściskach syrenich zginął...

Żona go czeka, I trwożnie marzy,
Z fal nie zdejmuje pilnego wzroku...
Nagle nadzieja błysła jej w twarzy,
Bo biały żagiel dostrzegła w mroku;
Rybak się błąka, lecz go ocali
Światełko w dali.

Samotny stoję. Noc, fale, drzewa
I ten na piaskach promyczek złoty,
Wszystko mi w wiatru akordach śpiewa
Melancholijną piosnkę tęsknoty;
Myślę, że nocą życie jest całe
Dla tych, co po niem bez steru płyną,
Że tacy serca ranią o skałę,
Albo, na odmęt trafiwszy, giną —
Szczęśliwi, którym miłość rozpali
Światełko w dali!






FRAGMENT.


Wiem, że chwila nadejdzie, w której zgasną we mnie
Wspomnienia ziemskich uciech, szałów i uniesień;
W której ziemskie boleści, co trują tajemnie,
Spadną z duszy, jak liście, lecące na jesień;
W której wszystko, co miałem z ziemi i przez ziemie,
W cichym mroku nicestwa na wieki zadrzemie —
Chwila taka, że czując grobu powiew zimny,
Ludzkich twarzy zapomnę i ludzkiego głosu;
Że zgiełkliwe peany, niebosiężne hymny
Dźwiękiem będą mi pustym...

Z przeszłości chaosu
Przyjdą wówczas dwa echa, dwa białe cheruby
Budzić mnie: pacierz matki i piosenka lubéj.






TAJEMNICA.


Błądziłem w parku sam, wieczorem...
Szumiały olchy nad jeziorem,
Księżyc za listków błyszczał siatką,
Łabędzie pruły falę gładką,
W mroku nietoperz kreślił koła
I psów szczekanie biegło z sioła.

Błądziłem w parku rozmarzony...
Wiewały górą mgły welony,
W echu się dwoił tryl słowika,
Chwilami grała drzew muzyka,
Żenił się w gąszczach mrok z jasnością,
I świat był ciszą i miłością.

Siadłem pod olchą, na kamieniu...
Płonęły światła w oddaleniu,
Dym się podnosił kolumnami,
Błyszczały gwiazdy nad chatami,
Rój snów nadbiegał pocichutku, —
Siadłem pod olchą, pełen smutku.

„Gdy świat obchodzi święto wiosny,
Gdy wszystko śpiewa hymn radosny,
Gdy głaz się nawet rozpromienia —
Dlaczego człowiek, król stworzenia,

Wśród cudów błądzi sam, w żałobie?”
Tak duch mój tęskny pytał w sobie.

A drzewa parku rozszemrane,
I wiatr, co z fali zgarniał pianę,
I wieńcem dymów strojne chaty,
I gwiazd na niebie haft bogaty,
I zamyślona twarz księżyca,
Wszystko szeptało: „Tajemnica!...”






MAJOWYCH ZMROKÓW MINĄŁ SZAŁ...


Majowych zmroków
Minął szał...
Wicher z obłoków
Krasę zwiał.

Stroją się drzewa
W srebrną kiść,
Memento śpiewa
Uschły liść...

Ci, co z zachwytu
Mdleli wraz,
Gdy drżał u szczytu
Świateł las —

Ciepłych na jesień
Strzegąc gniazd,
Szydzą z uniesień,
Róż i gwiazd...






CIERPIENIE — TO BURZA...


Cierpienie to burza, co ku ziemi
Nachyla czoła dumne.
Kędy skrzydłami powieje czarnemi,
Łez i krwi biorąc połów,
Tam jednych kładzie w trumnę,
Innych przemienia w aniołów.
Pod burzy tej oddechem,
Mrze kwiatów bezsilna gromada,
I drzewo każde upada,
Słabości dotknięte grzechem.
Ale huragan napróżno w gniewie
O hołdy olbrzymów wola —
Nie ugną przed nim czoła:
Ludzie-dęby i ludzie modrzewie!

Cierpienie to płomień, co oczyszcza.
Gdzie przejdzie falą olbrzymią,
Tam sterczą ponure zgliszcza
I stosy ofiarne dymią.
Żar jego w popiół kruszy
Każdą namiętność szaloną
I każdy chwast, co w duszy
Brzydką zakwita koroną.
Lecz chociaż ogniście płoną,
Niszczące jego żary,
Nie spalą tego, co wśród zgliszczy
Niepokalanie wciąż błyszczy:
Złota gienjuszu i złota wiary!






IX.
ŻYDZI.
ŻYDZI.


Chór.

Rozproszony, jako chmura piasku,
Na atomy rozbita orkanem,
Dni swe wlecze bez szczęścia i blasku
Naród, ongi najpierwszy przed Panem.
Wszędy krótką przebywa gościną,
U cudzego grzejąc się ogniska —
Mąż nań każdy plwa pogardy śliną,
Każde dziecię kamieniem nań ciska!


Głos pierwszy.

Niechaj będzie przeklęty!
Niech go piekło pochłonie!
Najgorsze życia mety
Osiadły w jego łonie!
Pokorę nosi w twarzy,
Gdy goni za korzyścią,
Lecz oko mu się żarzy
Tajoną nienawiścią.

Strzeż się, gdy go u nogi
Ujrzysz w prochu, jak żmiję —
Gdy się pozbędzie trwogi,
Żądło ci w serce wbije!


Głos drugi.

Próżno dla niego słońce i wiosna
Zmieniają łąki w kobierce,
W dziewiczych piersiach pora miłosna
Próżno przebudza serce;
Ni skarb miłości, ni czar przyrody
Nie znęcą go swą pieszczotą —
Pieniężne tylko czuje on głody,
A słońcem dla niego — złoto!


Głos trzeci.

Ludzkość, wśród zdarzeń foli,
Ciągle się doskonali
W formach i duchu —
A on, ufny w swe prawa,
Zastygnąwszy jak lawa,
Drzemie w bezruchu.
Gdy losów burza wrząca
Ludy ze świata strąca,
Jak kwiat z ogrodów,
Nieśmiertelnym się czyni
Ten sfinks wschodniej pustyni!
Mumja narodów!


Chór.

Cóż dostatki! cóż zmysłów wygoda!
Gdy parjasem naród i sierotą!
Martwy klejnot wesela nie doda,
Nie ogrzeje, chociaż świeci, złoto.
O narodzie z oczyma łzawemi,
Co swój żywot wleczesz w poniewierce!
Choćbyś posiadł cala rozkosz ziemi,
Robak smutku będzie gryzł twe serce!


Mściciele Boga.

Chrystus ze spiekłą wargą,
Z obwisłemi ramiony,
Skarży się cichą skargą:
„Czyż nie będę pomszczony?“...

Jęk Zbawcy słyszą wierni
I świętym gniewem płoną —
„ACh! za koronę z cierni,
Ognia płaćmy koroną!“

Wyrok spełnić wypada;
Drżyjcie, izraelczyki —
Oto dla was biesiada:
Stosy, miecze i stryki!


Jak psy zabite trwogą,
Niechaj giną oprawcy! —
A uśmiechnie się błogo
Smutne oblicze Zbawcy...


Czerń średniowieczna.

Hep! hep! ławą za żydem!
Chwytaj i depcz i wal!
To zielsko dla nas wstydem,
Niech je wypleni stal!

Żyd jest ludzkości klęską,
Rodzicem jego — czart;
On wiedzę czarnoksięzką
Z Talmudu czerpie kart.

Niech zczeźnie żydów władza!
Na stos! na pień! na sznuf!
Ich to klątwa sprowadza
Pożogi, głody, mór...

Walczą milczkiem, obłudnie,
W zemście nie szczędząc sił:
W Trydencie trują studnie,
Z których lud wierny pił...


Chleb święty, ciało boże,
Kradną, by sycić gniew,
I w hostjach topią noże,
Z pod których tryska krew...

Drwią z tortur, drwią z cierpienia,
Z łamanych nóg i rąk,
Bo szatan w cień ich zmienia,
Żeby nie czuli mąk...

To zielsko dla nas wstydem,
Niech więc je wytnie stal —
Hep! hep! ławą za żydem!
Chwytaj i depcz i wal!


Szatan w habicie mnicha.

Słyszysz, trzodo nieszczęśliwa,
Swych jagniątek smutne jęki?
Wilk drapieżny je porywa,
Na stracenie i na męki.
Ślepe jego oczy
Na pogróżki nieba —
Krew niewinną toczy,
Bo mu krwi potrzeba!

Słyszysz, ludu, jęki dziatek,
Które rzeza nóż żydowski?
Pochwycone z łona matek,
Bez chrztu idą przed sąd boski.


Dla zbójcy — mało
Sprawić katusze...
Umęczył ciało,
Zabija duszę!

Pókiż będzie kraj nasz miły
Ta ofiara plamić krwawa?
Czyli nie dość ją stwierdziły:
Lwów, Sandomierz, Kraków, Rawa?
Żywą posoką
Przelana czara...
Oko za oko!
Za zbrodnię — kara!


Chór.

Łatwiej ścierpi losów urąganie,
Kto się z nędzą zbratał od kolebki —
Lecz tyś hańbą napiętnował, Panie,
Lud, co bywał i wielki i krzepki.
Choć przed rzymskim schylił się on kaskiem,
Chwały jego nieszczęście nie zmniejsza —
A im żywszym świeci przeszłość blaskiem,
Tem obecność łzawsza i czarniejsza!


Śmieszek.

Mośki, Abramki, Szmule,
Nie warci łzy ni łezki —
Lud, co jada cebule,
W sam raz do humoreski.

Nosy krzywe, garbate,
Twarze jak faunów maska,
Najlepiej odziać w szatę
Komicznego obrazka.
Wiek przesadnej idyli
Pogląd na żyda skrzywił —
Najtrafniej go cenili:
Kaniowski i Radziwił.
I dziś, niech własną wolę
I wstyd wyrzuci z łona,
Gotową znajdzie rolę:
Polskiej szlachty bufona!


Klasyk.

Próżno w formę piękną, grecką,
Chciałbym zamknąć żyda,
Zawsze, zawsze go zdradziecko
Typ semicki wyda!...
Nie wyrzeźbią zeń i mistrze
Marsa, ani Feba —
W czem świadectwo jest najczystsze,
Że nim gardzą nieba.
Ukochawszy lud Hellady
I potężną Romę,
Bóg im w licach bóstwa ślady
Zostawił widome;
Lecz żydowskie twarze, czoła,
Budzą wstręt i trwożą —
Bo nie czytasz w nich nic zgoła,
Tylko — klątwę bożą!


Fatalista.

Izraela lud krąży w bezładzie,
Jako gwiazda wypadła z orbity;
I przebiega życiowe błękity,
Innym ludom będąc na zawadzie.
Myśliciele próżno łamią głowę,
By krążenia te przywieść do mety —
Nikt obłędnej nie zmusi komety,
By obroty wzięła prawidłowe.
Słońce, błyszcząc w stałych planet rzędzie,
Swego tronu nigdy nie porzuci,
Lecz kometa, co się z prawem kłóci,
Zgodę światów zawsze wichrzyć będzie.


Chór.

Czyż twej klątwy nic cofnąć nie zdoła,
Straszny Boże z mściciela obliczem?
Ust miljonem lud o litość wola,
A przebłagać nie może cię niczem!
Świat usiały Izraela kości,
Popłynęło łez tyle, krwi tyle —
Jakiekolwiek były nieprawości,
Czas im spocząć w męczeńskiej mogile!


Poeta.

Tu jęki — tam przekleństwa. Środkiem się wyłania
Naród, naksztalt wielkiego znaku zapytania...

Sprzecznych okrzyków wrzawą zgłuszony bezładną,
W wiry te sondę myśli zapuszczam aż na dno,
Nie chcąc w świątyni Prawdy cofać się przed progiem —
Bo jej bóstwo przeczyste nad wszystko mi drogiem.
Narodzie bez ojczyzny! krzewie bez korzenia!
Ja smutki twe odgadłem, pojąłem westchnienia,
I nim zbadam, czyś słusznej poddany pokucie,
Wprzód, jak bliźni bliźniemn, niosę ci — współczucie.
Grom cię pali, gad kąsa twe stopy skrwawione,
A ty idziesz wciąż naprzód i wciąż w jedną stronę;
Jakież siły potężne kryć się w tobie muszą,
Ludu niezłomny! ludu z granitową duszą!
Gdy myśli twoje śledzę, zgnębione a rącze,
Do współczucia i podziw mimowolny łączę...

W sercach poetów zawsze rodzą się najsnadniej
Tc dwa kwiaty miłości; oni też są władni
Odwróciwszy ład świata, ból płodnym uczynić,
Uświęcić potępionych, a sędziów obwinić...
Tłum poczyna inaczej. Do jarzma wdrożony,
Silę tylko uwielbia. Bezwstydne pokłony
Bije złotu Midasów, Cezarów purpurze,
I piwa na tych, co w dole; liże tych, co w górze.

Tłum ma głupie i dzikie instynkty brytana:
Drzaźni go twarz schorzała, odzież obszarpana,
Gdy czego nie rozumie, gniewnie na to warczy
I na cidze nieszczęście rzuca jad potwarczy.
Cóż za dziw, że i tego obryzgał swym jadem,
Kto mu spokój zakłócał lirem obcem, śniadem,
Kto z trwożliwem spojrzeniem, a duszą namiętną,
Kosił w twarzy tulactwa wieczystego piętno,
I kto ludzi i bogów pozbawiony wsparcia,
Żadnego nic mógł stawiać swym katom oparcia?
Olbrzym z nóg powalony, toż dla karłów gratka!

Żyd odgadł, czem uciszyć wrzawę tego światka;
Postanowił być mocnym, a moc znalazł — w złocie.
Pragnienie siły wspólnem jest każdej istocie.
Ptak silnych szpon zazdrości lwu rudowłosemu,
Lew, na skowronka patrząc, wyrzeka: ach! czemu,
Czemu stwórca mi nic dał ptasich skrzydeł siły! —

Złote blaszki żydowi życie ocaliły.

Lecz służba u Molocha nie bywa bezkarną...
Od przeczystego złota dłoń staje się czarną,
Gdy je liczy zbyt chciwie, lub innym wydziera.
Z kapłana czystej myśli, z wieszcza, z bohatera,

Żyd zmienił się — w lichwiarza; motyl w gąsienicę.
Alchemja ludów dziwne kryje tajemnice!
Zgłodniałego tułacza do zbrodni zniewala,
A potem przeciw niemu tłumów gniew zapala,
I ręką, eo w bagniska wtrąciła go szpony,
Policzkuje go za to, że jest — obłocony...

Ja nie nazwę cię świętym, ludu Izraela;
Bop, choć często przez boleść lud się wyaniela,
Ty, pod burzami losu, w proch upadłeś czołem. —
Grzesznym jesteś człowiekiem dzisiaj, nie aniołem!
Płomień krwi, próżno chłodem ziębiony stuleci,
Przepalił pierś i zmysły twych namiętnych dzieci;
Cielesność często tłumi w nich czucia rozumne —
Żyd, umierając, złoto bierze z sobą w trumnę.

Jednak miniona wielkość i świeże cierpienia
Są nimbem, który ciebie poezją spromienia.
Próżnoby też kto przeczył ci praw do szlachectwa:
Jakże stare są twoje herbowe świadectwa!
Z edeńskiego pochodzą ogrodu i z arki;
A chociaż wzgardy brzemię zgięło dziś twe barki,
I z motłochem cię tłumów zmieszały przekleństwa,
Jeden jeszcze masz dyplom: szlachectwo męczeństwa!

Gdy duch jednego rodu, przez pokoleń stopnie,
Podnosi się, aż szczytu uzdolnienia dopnie,
Tak samo duch plemienia; — im więcej lat przeżył,
Tem silniej się dojrzałą wiedzą opancerzył,
Lotną myślą oskrzydlił, wzmógł doświadczeń mocą —
I to przed młodszych duchów broni go przemocą.

„Lecz żyd jest niewdzięcznikiem! żmiją odmrożoną,
Która swego wybawcy pragnie ugryźć łono!
Żyd nas nie kocha!.. “

Jakto? Odkądże to niwa,
Piołunem siana, kwieciem lilji się okrywa?
Odkądże się kupuje miłość — nienawiścią?
Jeśli kto się ugania za serca korzyścią,
Niechaj w sobie wprzód ducha anielskiego wzbudzi,
Z braterskim pocałunkiem niech idzie do ludzi,
Krzywdy niech im odpuści, stanie się ich sługą,
I dobro im wyświadcza wytrwale a długo —
Wówczas dopiero, jeśli ów umiłowany.
Rękę, co mu ehleh niosła, pochwyci w kajdany,
Jeśli odda policzek za pocałowanie
I z nożem przeciw swemu dobroczyńcy stanie —
Taki dopiero, wedle praw ziemi i nieba,
Żmiją jest — i jak żmiję zdeptać go potrzeba!

Jednak rachunki ludów zrównane być muszą.
Za wszystko trzeba płacić; — nie złotem to duszą,
Pracą rąk albo serca gorącym porywem,
Czasem łzą... Żyd, choć cyfer przesiąknięty wpływem,
O harmonji wzajemnych wypłat zapomina.
Tak długo jest mu matką ta płaska kraina,
Której zboże go żywi, las zrąbany grzeje,
Która dzieli z nim bóle, wspomnienia, nadzieje,
Której kwiecie kołyskę jego umaiło,
A drzewa szumieć będą nad jego mogiłą —
Tak go długo jej dzieci wykarmiała praca,
I tak wiele wziął od niej — a tak mało zwraca!

Za wszystko płacić trzeba. Więc i za pól ziarno,
Co go syci, za wodę rzek, za ziemię czarną,
W której kości swe składa po ziemskiej podróży,
I za to, że w niej znalazł cichy port po burzy,
Że świąteczne szałasy buduje z jej sosen,
Że w niej przeżył zim tyle i kwiecistych wioseu,
I że tu zrzucił z ramion Dejaniry szatę, —
Za to wszystko żyd winien ziemi te i — zapłatę.

Ale wy, których serce nie wskazówek ducha,
Jeno podszeptów ślepej nienawiści słucha;
Wy, światła gasiciele! wysłańcy ciemności,
Chcący czynić bezprawie pod hasłem prawości.

Wy, co żyda, jak zwierzę, chwytacie w obławę,
Strzeżcie się! — Krwawa siejba rodzi plony krwawe!
Istnieje sąd historji. Nemezys dziejowa,
Choć pod fałdami szaty często miecz swój chowa,
Zawsze o krzywdę ludów kiedyś się upomni. —
Uniknął jej sam sprawca — doświadczą potomni.
Strzeżcie się! — a pracując dziś na dzień jutrzejszy
I na chwilę, co cierpień wam samym umniejszy,
Gardząc fałszem i światła mając pełne łono,
Czyńcie innym, jak chcecie, żeby wam czyniono!






X.
INNYM I SOBIE.
JANOWI MATEJCE.


Naród ciebie pozdrawia, kapłanie narodu!

Gdy my, dzieci stulecia, co ma serce z lodu,
Idziemy drogą życia wątpiący i smutni,
Nie dając ucha dźwiękom poetyckiej lutni,
Ani głosowi natchnień, eo płyną z wysoka —
Ty jeden patrzysz w życie oczami proroka,
I zasłuchany w chórów archanielskich granie,
Modlisz się za nas wszystkich — mistrzu i kapłanie!

Jakże pięknych ołtarzów jesteś ofiarnikiem!
Choć przy nich wąż zniszczenia przewija się z sykiem,
Choć bluszcz, grobów kochanek, czepia się ich zrębu,
Świetniejsze są od złota, wytrwalsza od dębu!
Na szczyty, niedostępne śmiertelnemu oku,
Tyś się podniósł natchnieniem, mistrzu i proroku.
Ztamtąd śledzisz narodów źródła tajemnicze,
Bóstwom minionych czasów spoglądasz w oblicze,
Nie tajną ci jest ducha i żywiołów praca,
I wiesz, w którą się stronę prąd przeznaczeń zwraca...

A my, widząc, że stoisz w złotych blaskach zorzy,
Wołamy: bądź pozdrowion, pomazańcze boży!

Tobie elijaszową dano moc wskrzeszania,
I grób każdy przed tobą swe wnętrze odsłania.
Z prochów, które śmierć rzuca na cmentarne niwy,
Pod zaklęciem twej myśli, wstaje człowiek żywy,
W szkarłatach lub siermiędze, z mieczem albo różą.
Znasz się z ciszą pokoju i z wojenną burzą;
Gdy chcesz, brzmi surma, pleśnią wiekową pokryta,
Gdy chcesz, stal zardzawiona sypie skry i zgrzyta,
Gdy chcesz, wrą huraganem zapomniane boje,
Gdy chcesz, krwi raz przelanej znów się leją zdroje,
Gdy chcesz, to co snem było, staje się obrazem...

Tyś, mistrzu, wskrzesicielem i sędzią zarazem;
Z równem sumieniem sądzisz pachołków i króle,
Ważąc pilnie ich cnoty, słabości i bóle;
Słuchasz, co kronikarskie mówią o nich echa,
I klasztorne zacisze i wieśniacza strzecha,
Potem-jednych nagradzasz nieśmiertelną chwałą
A innych piętnem hańby lżysz na wieczność całą!

Granic orlego lotu nikt z łudzi nie wskaże, —
Więc postępuj wciąż naprzód, i dźwigaj ołtarze,
Które z przeszłości naszej ginach boży uczynią.
Naród przyjdzie się modlić przed twoją świątynią,
Jak żydzi przed murami białej Jeruzalem;
Pierś jego zadrży świętym, przepotężnym żalem,
I póki mu krwi w sercu, a łez w oczach stanie,
Będzie imię twe sławił — mistrzu i kapłanie!






HENRYKOWI SIEMIRADZKIEMU.


Jak górnik, zbrojny w lampkę, co słabo migota,
Szuka w mroku i pustce słonecznego złota,
Żeby niem uszczęśliwić kochankę lub żonę,
Tak ty, mistrzu, w stulecia wstąpiwszy minione,
Między labirynt grobów, pełnych żywej treści,
Snujesz z nich poematy chwały i boleści,
Które lauru koroną wieńcząc cię za miodu,
Mają potem bogacić skarbnicę narodu.

Rzym cię nęci ku sobie — wielki grób, którego
Aniołowie Chrystusa na kolanach strzegą,
Trwożni, by z pod kamienia nic wstał, i nad światem
Nie zagrzmiał Respubliką lub Tryumwiratem!
Rzym cię nęci — i nic dziw, bo w tem mieście słońca,
Rod opoką marmurów płynie krew gorąca,
Bo w tym grobie, w kościelne strojnym dziś kobierce,
Pulsuje po dawnemu, żywe ludzkie serce.

Słońce, gasnąc, blaskami najżywszemi strzela —
I Roma, czując duchem przyjście Zbawiciela
I śmierć, której ohydy pacierze nie zmniejszą,
Była najwyuzdańszą — lecz i najpiękniejszą...

Próżno stary Juwenal wielkim głosem woła:
„Giniecie!” — i na nagie szalejących czoła
Ciska satyr pioruny — romulowe plemię
Nie chce opamiętania, bo to ciężkie brzemię,
Pod którem człowiek gnie się, jak mul, i utyka,..

Oto w grodzie Cezarów rządzi rozkosz dzika!
Przy stołach, zastawionych godnem bogów jadłem,
Biesiadnicy, z obliczem od uciech wybladłem,
Kładą się, róż splotami uwieńczywszy głowy.
Przy każdym, do usługi wszelakiej gotowy,
Etjopczyk — istny posąg, rzeźbiony z hebanu —
Z psią pokorą spogląda w oczy swemu panu.
Sypią się kwiatów deszcze i potopy całe,
Z kadzielnic wonne dymy płyną pod powałę,
Faleniu skrzący strumień leje się bez przerwy,
Słodkie tony muzyki mile łechcą nerwy; —
W głębi, kobiet półnagich roztańczone grona
Błyskają brylantami oczów, śniegiem łona...

Każdy zmysł ma tam strawę, każdy fibr jest struną,
Na której gra namiętność. Nie Jowisz, nie Juno,
Odbierają cześć boską i libacje z wina;
Różane berło dzierży — Venus libitina.
Miłość świeci, jak słońce, każdej i każdemu;
Prócz zmysłów, tłum sceptyczny nie wierzy niczemu;

Małżeństwo jest pętami, które zerwać łatwo;
Niewolnicy trzymają opiekę nad dziatwą;
Kobiecie, która gardzi niewinności zbroją,
Dość rzec: „podobasz mi się” lub: „pięknaś, bądź moją;”
Młodzi i silni rządzą; słabym starcom biada;
Rydwan uciech gruchocze tego, kto upada;
Wieszcz chwali ducha czasu, lub idzie na kaźnię;
Horacy ma dom cichy, a Seneka... łaźnie;
Tłum nie wybiega nigdy myślą ku błękitom,
Szydzi z bogów Olimpu, a wierzy — wróżbitom;
Szaleje, bluźni, kocha, wątpi, falern pije,
I żyje barbarzyńskim żywotem, lecz — żyje!

Naprzeciw tego tłumu stanął Chrystus cichy
I zwyciężył.

Z rąk tłumu wypadły Kielichy,
Szaleństwo ustąpiło miejsca rozmysłowi,
A w szranki zapaśnicy wystąpili nowi,
Którym, by nie zbłądzili, kazał Neron dziki
Zapalać w swych ogrodach „żyjące świeczniki.”

Zwycięzcą jest ten, czyja idea zwycięża.
Chrystus, wielki bój duchów wygrał bez oręża,
I na pijanem ciele zwyciężonej Romy
Zatknął krzyż, znak poświęceń i symbol widomy
Tryumfu ofiarności ducha nad użyciem.


Rzym padł.
Czy ze społecznem latyńczyków życiem,
Które dziś się wydaje, jako sen daleki,
I cały świat pogański zamarł już na wieki?
Czy ten byt długich wieków ma być garścią piasku,
Którą wicher rozwiewa przy słońc nowych blasku?

Niechaj na to pytanie odpowiedzą księgi
Poetów, pełne dźwięków obcej nam potęgi,
Wiecznie młode, choć kurzem pokryte wiekowym;
I cała wiedza nasza, w której szczytom nowym
Służą za wsparcie, stare jak Rzym, fundamenta;
I legenda dziejowa, poważna a święta;
I głazy, które wieśniak wyorywa wioski,
Rzeźbione i pokryte ciekawemi głoski;
I tybrowych tal szepty, i wichru spowiedzie,
Gdy w murach Kolizenm rozhowory wiedzie...
Niech na to zapytanie, które myśl podjęła,
Odpowiedzią nareszcie, twoje, mistrzu, dzieła.

Tyś odgadł ducha silą, i w formę mistrzowską
Oblokłeś te jedyną, bezwzględną i boską
Prawdę, że Dziś i Wczoraj stoją obok siebie,
Równe, jako dwie gwiazdy złączone na niebie,
I że w życiu społeczeństw jedno prawo bytu
Ma burza namiętności — i spokój zachwytu!






POEZJA I CYFRY.
(Feliksowi Jezierskiemu)



Była chwila, w której o mą duszę
Dwie kochanki spór z sobą toczyły...
Jednej i dziś cześć oddawać muszę,
Ale z drugą pójdę do mogiły.
Ona dzisiaj, jako gwiazda złota,
Myślom moim świeci dniem i nocą —
Żem ją wybrał na drogę żywota,
Tyś to, mistrzu, sprawił słów swych mocą.

Czy pamiętasz hrabiów pałac stary,
Ręką losu zmieniony w uczelnie?
Ty z duchami czyniłeś tam czary,
I tam głos twój brzmiał słodko a dzielnie.
Margrabinek pudrowane główki
Z pośród fresków patrzyły w zdumieniu
Na skrzypiące w seksternach stalówki,
Na rząd ławek zatopiony w cieniu,
Na katedrę ubieloną blaskiem,
Na tablice ubieloną kredą...
A tłum chłopiąt przestraszał je wrzaskiem,
Gdy się z ławek wyroił czeredą.

Jako bursztyn po wyjęciu z morza,
Byłem wówczas do rzeźbień podatny;
I dłoń na mnie, czy ziemska czy boża,
Odciskała deseń delikatny;
A gdy serce rwało się ku górze,
Mary w ludzką oblekając postać,
Drobne chłopię w uczniowskim mundurze
Chciało ręką stropów nieba dostać.

Lecz duch, zanim kształt dla się obierze,
Buja nakształt błędnego ognika —
W równej też mię przynęcały mierze
I Poezja i Matematyka.
Dwom boginiom paliłem kadzidła,
Jak zwątpiali na pustyni żydzi;
I od jednej miałem dostać skrzydła,
A od drugiej — wzrok, co wszystko widzi.

Przez wysłańców fałszu i herezji,
Bóstw tych para została zwaśniona;
Jednak cyfry, to szkielet poezji,
A poezja, to cyfer korona.
Każdy mędrzec, dróg duchowych miernik,
Czyni cyfrę natchnień przewodnikiem —
Jakże wielkim poetą Kopernik!
Jakże wielkim Daut matematykiem!
Cyfra, gdy się zapałem rozgrzeje,
Wkracza śmiało w wieszczych marzeń światy,
Tworzy fabryk huczne epopeje,
I misterne machin poematy.

Ona, w linjach biegnących w harmonji,
Każe głazom sławić stwórcy imię;
I katedrą wystrzela w Kolonji,
I wyrasta bazyliką w Rzymie.

Lecz tych cyfer, królujących światu,
Nie wskazała nam dłoń pedagoga...
Badał drzewo — nie pokazał kwiatu,
Wznosił kościół — nie pokazał Boga.
Na tablicy, palcami krzywemi,
Ciężkich „równań“ wciąż kreślił łańcuchy,
I krępował młode serca niemi,
I zakuwał niemi młode duchy;
I to sprawił formuł swoich nudą,
Że nam zapal wystudził wśród łona,
I jałową uczynił nam grudą
Niwę, która wydała — Newtona!

Więc umysły w inną poszły stronę —
Tam, gdzie brzmiało twoje, mistrzu, słowo...
Słowo szczere, rozważne, natchnione,
Sercem cieple, hartowane głową...

Ze mgły wspomnień i zapomnień tylu
Dzisiaj jeszcze wyraźnie mi błyska:
Twarz o chmurnym, dantowym profilu,
Wzrok, co cielic błyskawice ciska,
Czoło mędrca razem i asecty,
I skroń, włosem siwiejącym biała...
Dzisiaj jeszcze szukałbym podniety
I pięknego dla marzeń swych ciała,

W ową m głosie, co płynął spokojny,
Z przestankami, jako skalne zdroje,
I malował starych Indów wojny
I odtwarzał homerowe boje,
I poezji wspaniałe brylanty
Rozsypywał słuchaczów gromadzie,
Dobywając je z kart Damajanty
I szperając za niemi w Iljadzie...

Nawet hrabin drużynie prześlicznej,
Co kleiła do snu oczy duże,
Na „Wykreślnej” i „Analitycznej” —
Twarz się śmiała na „Literaturze”...
Rozmarzone strofami Torkwata,
I pieszezonem kwileniem Petrarki,
Wspominały miłosne swe lata,
Pudrowanych Pilonów fujarki,
I prawdziwem drgać się zdały życiem,
Z murów wabne rzucając spojrzenia...
Ach, bo słowo serc kieruje biciem
Gdy posiada potęgę natchnienia!

Jako ptaszę za słodką przynętą,
Za poety pobiegłem myślami;
I schyliłem czoło przed tą świętą,
Która rządzi fantazji światami.
Przeważyła się mych losów szala,
Jednej wierny-m pozostał bogini —
I dziś cyfry wielbię tylko zdala,
A pieśń cuda z sercem mojem czyni...

Wy, co mistrzów władzą obdarzeni,
Wyruszacie na ducha podboje!
Świętym ogniem, co lica rumieni,
I miłością złoćcie słowa swoje!
Dla umysłów niech nie będzie głazem
Wasza mądrość i nauka wasza,
Lecz niech świeci i porywa razem,
Jako rydwan ognisty Eljasza.
Życiodawcze wiedzy waszej ziarno
Niech zapłodnień chowa w sobie siły-
Duchy tylko za tymi się garną,
Których kochać wprzód się nauczyły!






ZNAŁEM JEDNĄ.


Znałem jedną, której oczy szklane
Łez brylantem nigdy nie zalśniły;
A pierś miała, jako z lodu ścianę
Nietopnącą i wobec mogiły;
Gniew też tylko, milczący wymownie,
Czasem w oczach rozżarzał jej głownie.

Ta, z suchemi wieczyście oczyma,
Była dla mnie zagadką męczącą;
— Cóż — myślałem — na uwięzi trzyma
Łez jej falę na lica się rwącą?
I bart jakiż, anielsko-niewieści,
Okamienia wybuch jej boleści?

Chciałem wierzyć, że w źródle modlitwy
Taki spokój i moc taką czerpie;
Że ją wspiera wśród życiowej bitwy,
Przenajświętsza stojąca na sierpie...
Lecz nieprawda! — bo i z oczów Marji
Łzy gorące ciekły na Kalwarji.

Chciałem wierzyć, że ją nauk chłody
Wyziębiły, jak wulkan — z pozoru;
Że w niej drzemie, pod zwierzchniemu lody,
Dusza pełna światła i koloru...

Lecz nieprawda! — Bo i mędrcy, nocą,
Płaczą nieraz nad własną niemocą.

Chciałem wierzyć, że światowe peta
Jej uczuciom wybuchać nie każą,
I że musi chodzić uśmiechnięta,
Marmurowa świecąc ludziom twarzą...
Lecz nieprawda! — bo w cichej ustroni
I światowiec nad światem łzy roni.

I nie mogłem rozwikłać zagadki,
Co w kształt ludzki była obleczona;
Alem poznał, że ten posąg gładki
Nic jest Nioby ani też Memnona...
Że miłosną nie błyśnie on tęczą,
Ani struny w nim żadne zadźwięczą...

..............

Mąż, którego płomienie życiowe
Nieugiętym uczyniły spiżem,
Nosi hardo i piersi i głowę,
I nie jęczy, padając pod krzyżem;
Lecz niewiasta, najbardziej wychłódła,
Musi w oczach dwa żywe mieć źródła.

Pośród dziejów szarego przędziwa,
Jak nić srebrna, błyszczą łez strumienie;
W łzach tych ludzkość ze krwi się obmywa
I roztapia zbyt ciężkie cierpienie,

I ucieczką są te łzy dla ducha,
Bo w nich nadmiar boleści wybucha.

Płaczą matki w krwią zalanej Kamie,
A skarg echo aż do nas dolata;
Rzymski tyran pod niemi się łamie,
Z bohatera przemieniony w kata —
I przybity łez matczynych gradem,
W proch upada, z czołem hańbą bladem.

Nad Eufratem córki Izraela
Płaczą głośno, zawiesiwszy lutnie;
I chór jęków pod niebo wystrzela,
Z wierzb rozgwarem pomieszany smutnie —
A podobny szczękowi orężów,
Jest pobudką dla braci i mężów...

Łzy niewieście! życiodawcza roso!
Wyście głębin sercowych perłami!
Serafowie przed Boga was niosą,
I błagają Pana światów — łzami...
A łza często zaważy na szali,
I człowieka przed bólem ocali.

Łzy niewieście! płyńcie bujną folą
I ład czyńcie w życiowym zamęcie!
Niech się wszystkie boleści skrysztalą,
W promienistym cichej łzy djamencie,
I niech będzie ten djament nad złotem —
Najcenniejszym ludzkości klejnotem!


Niech łez źródło nigdy nie wysycha,
Bo z niem razem wyschnie źródło siły,
Bo zagaśnie wielkich czynów pycha,
Gdy wzrok niewiast zajdzie mgłą mogiły,
Gdy się zeszkli, bez czucia i blasku,
Nakształt pustyń jałowego piasku...






MARMUROWÉJ.


Lubię cię za to, żeś piękna i dumna,
Żeś nieugięta, jak grecka kolumna,
Że masz na ustach olimpijską wzgardę,
I że wysoko nosisz czoło harde.

Piękno jest cząstką boskiej wielmożności;
Tylko przelotem pośród ludzi gości;
A komu w oczach zatli złote zorze,
Taki już z tłumem łączyć się nie może.

Niechaj cię zawsze jasność opromienia,
Dla natrętników miej lica z kamienia,
Jako posągi bądź piękna a cicha,
I miej moc w sobie, co nędznych odpycha.

Lecz kiedy hołdy brać będziesz od ludzi,
Niech grzeszna pycha w tobie się nie budzi —
Boś tylko urną, której święte płomię
Ze ścian glinianych wystrzela widomie.






CZEMU?


Czemu Bóg ci dał
Uśmiech tak uroczy,
Tak anielską twarz,
Tak szatańskie oczy?
Czemu Bóg ci dał,
Powiedz, moja luba,
Tygrysicy krew,
A ciało cheruba?

Jak djamentu blask
Mienisz się zdradziecko,
Namiętnością — czart,
Marzeniami — dziecko.
Coraz inny strój
Zdobi czoło twoje:
Dzisiaj lilji kwiat,
Jutro bluszczu zwoje.

Kiedy srebrny zmrok
Na komnatę pada,
Smętnie chylisz skroń,
Zadumana, blada;
Kiedy płynie pieśń
Na powietrza fali,
Jak bachantka drżysz.
I wzrok ci się pali.


Czasem kryjesz pierś
Nieczułości zbroją,
I strumieniem łez
Twarz zalewasz moją;
Czasem z cudnych ust
Dajesz pić słodycze —
Naprzemiany: czart,
Albo Beatrycze.

I piekło i raj
W tobie się jednoczy —
Czemuż Bóg ci dał
Tak szatańskie oczy?
Czemu Bóg ci dał,
Powiedz, moja luba,
Tygrysicy krew,
A ciało cheruba?





UKOCHANI PRZEZ BOGÓW
UMIERAJĄ MŁODO[3].


Skoszonaś, biała liljo, kwitnąca przeczyście,
Wprzód zanim skwarne lato zwarzyło twe liście;
W majestacie dziewictwa i w kapłanek bieli
Wzięłaś, kędy niebiescy królują anieli.

Rzeczywistość, co serca brylantowe kruszy,
Żadnego listka złudzeń nie strząsła z twej duszy;
Na życie twoje nie padł łez gorących ołów,
I sen zaczęty z ludźmi, kończysz wśród aniołów.

Samolubne to jęki, co za tobą płyną!
Cóż, że się rychło z ziemską rozstałaś dziedziną,
Cóż, że ci zgon niewczesny lata przeciął młode,
Gdyś młodość wiekuistą posiadła w nagrodę!


Przez urnę przebłyskuje, ofiarnicze płomię.
Przez ciebie blask poezji przeświecał widomie;
Wiązka twoich promieni jest nam dziś ozdobą,
Choć urna i ognisko zagrzebane z tobą.

Czoło twoje gwiaździsta ozdabia korona,
Bo przez śmierć i przez młodość jesteś uświęcona; —
Patrząc na cię, któż z grecką nie rzeknie pogodą:
„Ukochani przez bogów umierają młodo!”






PRZEŻYTY.


Dopóki jeszcze zmienny wzrok niewieści
Rzucać cię może w otchłanie boleści,
Lub na wyżynę podnosić niebieską;
Dopóki jeszcze za niewieścią łezką
Poszedłbyś w piekło, między czartów zgrzyty —
Nic mów, żeś martwy; nie mów, żeś przeżyty.

Dopóki jeszcze w wiosenne zaranie,
Widząc cudowne ziemi zmartwychwstanie,
Czujesz, że niebo pierś wypełnia twoją;
Dopóki jeszcze zachwytem cię poją
Gwiazdy i róże, słońce i błękity —
Nie mów, żeś martwy; nie mów, żeś przeżyty.

Dopóki jeszcze zaślepienie ludzi
W sercu twem smutek i żal gniewny budzi,
I żądzę płaczu, klątw i nawracania;
Dopóki jeszcze spocząć duch się wzbrania,
I chce, jak tytan, świat dźwignąć na szczyty —
Nie mów, żeś martwy; nie mów, żeś przeżyty.

Dopóki jeszcze, tęczą świecąc zdala,
Gorączka sławy piersi twe rozpala,
I pragniesz odżyć w potomnych pamięci;
Dopóki jeszcze wawrzyn ciebie nęci,

I na grobowcu marmurowe płyty —
Nie mów, żeś martwy; nie mów, żeś przeżyty.

Licz gdy ponęty niewieściego ciała,
Słońce i miłość i postęp i chwała,
O serce twoje biją, jak o kamień;
Gdy masz dla wszystkich życiowych omamień
Źrenicę szklaną, jak biesiadnik syty —
Wówczas tyś martwy: wówczas tyś przeżyty!






ZA MOJA TRUMNĄ.


Za moją trumną niech nie idą ludzie,
Dla których pogrzeb bywa widowiskiem,
I ci, co zysków szukają w obłudzie,
l ci, co kupczą Judasza uściskiem,
I ci, co w życiu krwawili mi serce,
I ci, z którymi duch mój był w rozterce.

Za moją trumną niech się milcząc, zbierze
Huf bratnich duchów, nietłumny a szczery;
Niech zawiązane na ziemi przymierze
Sięgnie i wyżej, w zamogilne sfery,
Niech nikt, u śmierci żegnając mnie proga,
Nie płacze, wiedząc, że idę do Boga.

Za moją trunmą niechaj promień słońca,
Drżąc, pajęczyna rozsnuje się złotą;
Towarzysz w szczęściu, w niedoli obrońca,
On mnie współczuciem darzył i pieszczotą;
Po jasnym szlaku chodząc często zemną
Niechaj mi w drogę poświeci i ciemną.

Za moją trumną niech przy niewiast łonie
Zabłysną kwiaty w koronek przezroczu;
Nad dym kadzidła milsze mi róż wonie,
Nad gromnic światło, blaski skrzących oczu,
A śmiech dziecięcy, przeczysty jak diament,
Nad głupich płaczków zapłacony lament.


Za moją trumną niechaj się ukoją
Dusze kochanych, dusze kochających;
Niech fala, piersią roztrącana moją,
Obleje światłem smutnych i tęskniących;
Niech ich mój odlot od zwątpień obroni,
Bo tymże szlakiem polecą i oni.

Za moją trumną niechaj w szańcu śmierci
Zrobi się wyłom jak w fortecznym murze —
Ktoś wzrokiem ducha ten wyłom przewierci
I tajemnicę podchwyci naturze;
A potem z twarzą będzie chodził jasną,
Wiedząc, że gwiazdy nie giną, choć gasną...






PIOSNKA I KWIATEK.


— „Tyle książek! — wykrzyknęła,
Uderzając w dłonie białe —
Tyle książek u człowieka,
Co piosenki tworzy małe!

Taki warsztat kolosalny,
A tak drobne jego dzieła!...”
I ze śmiechem, parasolką,
Grube tomy liczyć jęła.

— Pani — odrzekł — racz uprzejmie
Wzrok obrócić w inną stronę;
Oto drzewko — w płaszcz je bujny
Stroją liście niezliczone.

Gąszcz ma spodem, a u szczytu
Tylko jedno wonne kwiecie...
Wspólne prawa, proszę pani,
Rządzą w duchów i drzew świecie!






RADA.


Dziecię smutne, dziecię dumne,
Ja twe myśli skryte znam...
Ty wawrzynów chcesz na trumnę,
Chcesz otwartych sławy bram.

Z gwiazd korona ciebie nęci,
Nęci czynów wielkich treść;
Pragniesz w tłumów żyć pamięci,
Mieć ich poklask, mieć ich cześć.

Lecz gorączką odurzony
Miotasz się, jak w burzy ptak
Bo na świecie dróg miljony,
A ty nic wiesz, gdzie twój szlak.

Chcesz zwyciężyć, dziecię smutne,
Nim cię śmierci zetnie sierp? —
Rzuć miotania bałamutne,
Dużo kochaj! dużo cierp!



KONIEC.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Ach! uderzyć w serce - to jest geniusz!
  2. Od słów „El mole rachmim“, (Boże pełen miłosierdzia!) zaczyna się żydowska pieśń za umarłych. Podczas obrzędu ślubnego, jeżeli jedno z narzeczonych jest sierotą, pieśń tę odśpiewuje chazen, czyli kantor.
  3. Wiersz poświęcony pamięci Marji-Elżbiety Kamińskiej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.