Strona:Poezje Wiktora Gomulickiego.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzym padł.
Czy ze społecznem latyńczyków życiem,
Które dziś się wydaje, jako sen daleki,
I cały świat pogański zamarł już na wieki?
Czy ten byt długich wieków ma być garścią piasku,
Którą wicher rozwiewa przy słońc nowych blasku?

Niechaj na to pytanie odpowiedzą księgi
Poetów, pełne dźwięków obcej nam potęgi,
Wiecznie młode, choć kurzem pokryte wiekowym;
I cała wiedza nasza, w której szczytom nowym
Służą za wsparcie, stare jak Rzym, fundamenta;
I legenda dziejowa, poważna a święta;
I głazy, które wieśniak wyorywa wioski,
Rzeźbione i pokryte ciekawemi głoski;
I tybrowych tal szepty, i wichru spowiedzie,
Gdy w murach Kolizenm rozhowory wiedzie...
Niech na to zapytanie, które myśl podjęła,
Odpowiedzią nareszcie, twoje, mistrzu, dzieła.

Tyś odgadł ducha silą, i w formę mistrzowską
Oblokłeś te jedyną, bezwzględną i boską
Prawdę, że Dziś i Wczoraj stoją obok siebie,
Równe, jako dwie gwiazdy złączone na niebie,
I że w życiu społeczeństw jedno prawo bytu
Ma burza namiętności — i spokój zachwytu!