Strona:Poezje Wiktora Gomulickiego.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


FRAGMENT.


O! bezlitosna ty bywasz, naturo,
Kiedy nędzarza smagasz wichru biczem,
Zziębłemu słońce skrywasz brudną chmurą,
I czarciem mu się wykrzywiasz obliczem;
Kiedy z logiką stwiedzasz mu ponurą,
Że gdy dłoń losu zrobiła go niczem,
I kark ma w twardą wciśnięty obrożę,
To już nim każdy poniewierać może...

By serce błysło miłości skrą rzadką,
Najprzód je szczęściem zapłodnić potrzeba —
Więc cię macochą nazwie, a nie matką
Ten, komu skąpisz i słońca i chleba;
Bo Bóg straszliwą, musi być zagadką
Dla tych, co krzyczą o pomoc do nieba,
A niebo dziko dąsa się i mroczy,
I krzyczącemu pluje słotą w oczy...

Jednak, naturo, ja ciebie rozgrzeszę —
Ty jesteś krwawo znieważonym bogiem...
Dawniej narodów żyły z tobą rzesze
Jak dzieci z matką; dziś — jak wrogi z wrogiem;
Choć wiosną błyśniesz ku smutnych pociesze,
Tłum ciebie wita spojrzeniem złowrogiem —
Więc, gdy się żalem serce twe zatruło,
Czyż możesz matką być, jak dawniej, czułą!