Strona:Poezje Wiktora Gomulickiego.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


HENRYKOWI SIEMIRADZKIEMU.


Jak górnik, zbrojny w lampkę, co słabo migota,
Szuka w mroku i pustce słonecznego złota,
Żeby niem uszczęśliwić kochankę lub żonę,
Tak ty, mistrzu, w stulecia wstąpiwszy minione,
Między labirynt grobów, pełnych żywej treści,
Snujesz z nich poematy chwały i boleści,
Które lauru koroną wieńcząc cię za miodu,
Mają potem bogacić skarbnicę narodu.

Rzym cię nęci ku sobie — wielki grób, którego
Aniołowie Chrystusa na kolanach strzegą,
Trwożni, by z pod kamienia nic wstał, i nad światem
Nie zagrzmiał Respubliką lub Tryumwiratem!
Rzym cię nęci — i nic dziw, bo w tem mieście słońca,
Rod opoką marmurów płynie krew gorąca,
Bo w tym grobie, w kościelne strojnym dziś kobierce,
Pulsuje po dawnemu, żywe ludzkie serce.

Słońce, gasnąc, blaskami najżywszemi strzela —
I Roma, czując duchem przyjście Zbawiciela
I śmierć, której ohydy pacierze nie zmniejszą,
Była najwyuzdańszą — lecz i najpiękniejszą...