Strona:Poezje Wiktora Gomulickiego.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


36.

Nożyczkami jedwabne wykrawając płatki,
W okienku ona swojem siadała z robotą.
Czasem wiła girlandę, czasem sztuczne kwiatki
Dzierzgała jak promieniem plecioneczką złotą,
Niekiedy znów, zmęczone opuściwszy ręce,
Pozwalała cichutkiej płynąć z ust piosence,

37.

A jej źrenic ognistych nieumyślne groty
Raniły marzącego w swem oknie sąsiada...
On, słuchając, ze zwykłej budził się tęsknoty,
I krwi falą twarz mu się rumieniła blada,
Wzdychał, do śpiewającej chciał lecieć powietrzem,
A potem — z licem wstawał od ścian swoich bledszem.

38.

W takich chwilach krew wszystka do serca mn biegła.
Pragnął, lecz pragnień swoich nie pojmował jasno;
Moc jakaś od wybuchu jego młodość strzegła,
Widział tylko, że gwiazdy w jego duszy gasną,
Ustępując przed słońca wielkim majestatem...
Dziecię rosło w młodzieńca. Tak na niebie, latem,