Strona:Poezje Wiktora Gomulickiego.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


30.

Stan taki i u dziewcząt zjawia się niekiedy,
A znika zagłuszony balów pustą wrzawą;
Jeśli wszakże rodzicom dużo sprawia biedy,
I nie da się już spłoszyć strojem i zabawą,
Ślubnego trzeba wtenczas mirtu i kobierca...
Jabym taką chorobę nazwał „głodem serca.”

31.

Ottona głód ten trawił. Chudł i sypiać nie mógł,
Jak rabin się zamyślał, wzdychał jak poeta,
Werteryzm wszystkie inne uczucia w nim przemógł,
Omdlewał, gdy na niego spojrzała kobieta,
I czując jak żar pali zmysłów klatkę lichą,
Czasem palce gryzł do krwi — czasem płakał cicho...

32.

„Bzik!” mówili sąsiedzi — co zaś do sąsiadek,
To każda niewymownie była zachwycona
(Wszystkim relację zdawał stróż, naoczny świadek)
Młodością i dziwactwem sąsiada Ottona;
Jedne zwłaszcza kwiaciarkę z djamentowym wzrokiem,
Nasz bohater współczuciem przejmował głębokiem.