Promień/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Promień
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Data wydania 1930
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
STEFAN ŻEROMSKI
PROMIEŃ
POWIEŚĆ
WYDANIE PIĄTE
Wydawnictwo J. Mortkowicza logo2.png
WARSZAWA — MCMXXX — KRAKÓW
WYDAWNICTWO  J.  MORTKOWICZA
TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE


DRUKARNIA NAUKOWA T-WA WYDAWNICZEGO W WARSZAWIE
RYNEK STAREGO MIASTA 11





I

Zawadzając o każdy przystanek, choćby najmniejszy, pociąg zbliżył się wreszcie do stacyi Sapy, centralnego punktu zjednoczenia trzech gałęzi kolejowych. Raduski, zaznajomiony ze wszystkimi towarzyszami drogi w przedziale «niepalącym» klasy trzeciej, ilekroć wstrzymywano bieg pociągu, wysiadał dla zwiedzenia bufetów, często zaopatrzonych tylko w piwo i kiełbasy, do złudzenia imitujące postronki z węzłami, któreby primo tygodniami moczono w wodzie morskiej, a secundo miesiącami suszono na słońcu afrykańskiem. Kupował tam, co się dało, nie dla siebie zresztą, lecz dla dzieci w wagonie, dla damy w wyświechtanej salopce, dla starego jegomości, niewiadomej kondycyi, w baranach, dla dwu chłopów, zdążających do sądu w mieście, dla kucharki, wiozącej ryby w ogromnym koszu, a nawet dla żyda, prawdopodobnie trzy razy starszego od konstytucyi rzeszy prusko-niemieckiej, który budził się kiedyniekiedy, stękał i tarł swe pałąkowate plecy o poręcz ruchem do najwyższego stopnia prowincyonalnym. Głównym interlokutorem Raduskiego był pan w baranach. On to wymawiał każdorazowo imię stacyi, do której się zbliżano, wskazywał palcem, uzbrojonym w paznokieć od dawien dawna niepozbawiany ani bystrego wzrostu, ani srogiego zabarwienia — i mianował usty wsie i folwarki leżące w polu widzialnem, przytaczał nazwiska zawiadowców stacyjnych, pomocników, starszych i młodszych telegrafistów oraz właścicieli bufetów. Wszystko to czynił z niewątpliwą sumiennością, jak gdyby pragnął nagrodzić towarzysza podróży za przyniesione do wagonu piwo, butersznyty etc. i zwrócić mu co do grosza w formie ładunku erudycyi koszt, wyłożony na kupno innych przysmaków. Raduski z prawdziwym pietyzmem słuchał tych szczegółów, ale nadewszystko rozpytywał się o przestrzeń z Sapów do Łżawca. Przepowiadał sobie po kilka razy za panem w baranach nazwiska czterech stacyjek, a wymówiwszy każde z nich, dziwacznie odwracał głowę i patrzał na sufit wagonu. Inne osoby w przedziale starały się nie zostawać zbyt daleko za panem wiele mówiącym i każda z nich dorzucała jakiś szczegół już to o samych stacjach, już o przyległej prowincyi.
Tymczasem wagon, przebywając zwrotnice, zakołysał się raptownie i nim z twarzy podróżnych znikła stereotypowa obawa, czy to aby nie następuje wykolejenie, zwolna wsunął się przed peron. Drzwi otwarto z nieuniknionym trzaskiem. Ukazał się w nich konduktor chorowity, z rzadką, czarną brodą i szyją naprzód wyciągniętą. Idąc wzdłuż wagonów pod ciężarem swego niezmiernego szynela z taką forsą, jakby usiłował raz wreszcie wyrwać się z tej szaty i uciec na koniec świata, mizerak ten zawiadamiał pasażerów w sposób przez nos urzędowy, że kto jedzie do Łżawca, to niech wysiada.
— No, moi szanowni państwo, — zawołał Raduski głosem wesołym, — ja do Łżawca. Szczęśliwej podróży...
Ujął szybko swój mały skórzany kufereczek, skłonił się towarzyszom, wyskoczył i utonął w zbitym tłumie. Pociągi zbliżały się do tej stacyi i odchodziły, rozlegał się nieustanny prawie świst, brzęk dzwonków, łoskot kół, gwar ludzki... Na peronie snuły się osoby ze wszelkich warstw społecznych: od chłopów w żółtych kożuchach i od żydowinów w zatłuszczonych obficie chałatach i w butach najordynarniejszego kalibru, — aż do dżentelmenów, z wdziękiem noszących płaszcze, kołnierze i czapki bobrowe. Drzwi klasy drugiej i trzeciej pochłaniały i wydzielały na zewnątrz dwa nurty ludzkie. Wpoprzek peronu trudno było przecisnąć się między zwartą a ruchomą ciżbą. Raduski ze swym małym pakunkiem w ręce kręcił się to tu, to tam, dawał się pociągać, wprowadzać do wnętrza i na świat wydobywać. Serce jego przepełniała, niby spienione wino czarę kryształową, błogosławiona szczęśliwość, ubezwładniająca ręce i nogi. Wśród masy, która go brała ze sobą, głowę, miał co chwila przy czyjeś głowie i kimkolwiekby był ten drugi człowiek, dotykał go ramionami z miłością, słuchał jego mowy i przypatrywał mu się oczami, co niezbyt prawdziwie widzą, a przecie wszystkie szczegóły zgarniają i chłoną. Gdyby w owej minucie ktokolwiek z tych ludzi, bogaty czy biedny obdarty czy wystrojony, uczciwy czy nikczemny, zwrócił się do niego i rzekł: — Panie Janie Raduski, jestem w potrzebie, dajno setkę, czy tysiąc rubli... — uczyniłby to niezwłocznie. Ale nikt nań uwagi nie zwracał, chyba ci, do których twarz pochylał zbyt blizko.
— Ani jednej osoby, ani jednego znajomego spojrzenia... — szeptał do siebie.
Czasami w tłumie migał jakiś kontur, jakiś profil znajomy, doskonale znany i przejmował serce dreszczem śmiesznego bólu, trwogi, wstydu. Chwila mocnego skupienia uwagi rozpraszała ułudę: to nie jest tamten człowiek... Z tamtym obcowało się często, znało się go dobrze, albo cierpiało się z jego powodu jeszcze bardzo niedawno, ale w odległości trzystu mil od stacyi Sapy. I już tamto wszystko zostało nieskończenie daleko... W innej znowu chwili przesuwało się oblicze bez wątpienia w tych stronach widziane za czasów dzieciństwa, czy wczesnej młodości, ale tak przez długi szereg lat we wspomnieniu zatarte, tak zestarzałe i odmienione, że snuło się w oczach, niby dziwaczne jakieś złudzenie, niepokoiło pamięć, jak przykra chimera, wymykająca się z objęć myśli. Zagarnięty przez świeży przypływ osób, Raduski wszedł do poczekalni klasy drugiej i nie oparł się aż w najdalszym jej kącie. Była to hala wielka i bardzo wysoka. Szereg kolumn dzielił ją od drugiej, gdzie składano pakunki. Przy drzwiach głównych znajdował się duży szynkwas, zwany także bufetem. Ozdobne sklepienie tej sali pokryte było plamami wieloletniego kopciu naftowego, ściany jej zczerniały, jakby do ostatniego włókna przejęte dymem z cygar i papierosów, sprzęty umalowane jednostajną olejną farbą, nosiły ślady i znaki czegoś, niby pracy i zużycia. Raduski siadł na wyplatanej ławeczce, tobołek umieścił pod nią przy nogach i znowu zapadł w ów stan szczególny, który możnaby chyba nazwać gorączkowem marzeniem. Gwar publiki, płynącej niewyczerpaną falą, skupiał się w tamtem miejscu, zlewał w jednostajne brzmienie i pod zczerniałym sufitem cicho huczał, jak tony organów wiejskiego kościoła. To echo zgiełku wydało się podróżnemu jakgdyby melodyą chyżego biegu życia. Brzmiało w niej stanowczo coś, niby sama treść i istota wszystkiego, co się zamyka między pierwszem wzruszeniem miłosnem a ostatnim dreszczem śmierci. W owej chwili, jak na wyniosłem pograniczu, kończył się już kraj, utkany ze wspomnień, miała się przerwać zmyślona, niemateryalna rzeczywistość, latami w sercu stwarzana, miała zniknąć tamta ziemia, mieli odejść ludzie, jak widziadła senne, co nie zostawiają śladu stóp swoich ani na pierwszym śniegu zimowym, ani na mokrym piasku wybrzeża.
Zadumę jego przerwał donośny głos portyera, który, uderzywszy trzykroć energicznie w mały, ręczny dzwonek, wołał:
— W Morysow, Tarcice, Palenisko, Łżawiec...
— Cha-cha-cha... Łżawiec... — zaśmiał się Raduski zcicha, patrząc na twarz starego oficjalisty przez smugi sinego dymu, ciągnące się wpoprzek sali ku wyjściu. — Ten sam portyer, ten sam głos... Jedenaście lat nie słyszałem cię na jawie, kamracie, ale za to w marzeniu, w marzeniu...
Sala szybko pustoszała. Gdy krzyk odźwiernego zabrzmiał znowu, Raduski wyszedł. Po drodze przyjrzał się twarzy szwajcara i niby we śnie, nad wyraz prędkim, widział, jak coś obcego, młodość swą i samego siebie podczas oczekiwania w tej sali na schadzkę z pierwszą w życiu kochanką. Zadrżała w sercu dawna rozkosz, otwarła ramiona do uścisku próżni, jęknęła na podobieństwo tonu muzycznego i znowu stała się nicością. Z całego systematu, z całego świata i niebios tamtego życia nie zostało nic, taka nawet szczypta popiołu, żeby na niej mogła jedna łza spocząć. W głębi serca zdumiewając się nad ową surową różnicą dwu egzystencyi tego samego człowieka, stanu młodzieńca i stanu trzydziestokilkoletniego mężczyzny, tak odmiennych, jak byt gołębia chyżo lecącego pod chmurami odmienny jest od bytu jaja, z którego się wylągł, — a jednocześnie kombinując związek logiczny między bieżącemi zdarzeniami, podróżny nasz stanął przy wagonach. Konduktorowie chodzili zwolna tam i napowrót, mrucząc od niechcenia:
— W Morysów, Tarcice, Palenisko...
— A gdzie jest wagon dla niepalących? — zapytał grzecznie Raduski pierwszego z brzegu.
— Dla niepalących? Ij... Ano niech pan idzie naprzód. Pierwszy wagon...
Ów pierwszy wagon był nie tylko «palący», ale wszystkimi otworami swymi wydzielał dym z machorki i cygar, wonny, jakby ze spalenia kupy badylów kartoflanych w drugim tygodniu września. Na ławkach, półkach i pod ławkami mieścił się tam lud izraelski, zajęty konwersacyą niewymownie ożywioną. Raduski stał we drzwiach przez chwilę i upatrywał dla siebie jakiegokolwiek miejsca, ale go nie znalazł. Zeskoczył tedy znowu na peron i wgramolił się do innego wagonu klasy trzeciej, nie zasięgając już u konduktora informacyi. Był tam tłok jeszcze większy, aczkolwiek aryjski. Dym zresztą posiadał ten sam zapach kapuściano-kartoflany. Panowała tu jeszcze większa swoboda ruchów, niż w przedziale semickim, były zajęte nie tylko miejsca, ale nawet przejścia. Dopiero w trzecim wagonie wędrowiec trafił na wolny brzeżek ławki i tam z ochotą przysiadł. Słychać już było sygnały konduktorskie, gdy do tego wagonu obydwoma wejściami wpadła nowa gromada ludzi i zapchała go tak szczelnie, że szpilki jużby tam nie wepchnął. W przejściach między ławkami stało po pięć i sześć osób, dróżka wzdłuż wagonu była tak zaludniona, że drzwi wewnętrznych żadną miarą nie można było otworzyć. Pociąg ruszył. Nos i usta Raduskiego znajdowały się wobec rozpiętego surduta i rozpiętej kamizelki, obejmującej pokaźny brzuch jednostki, której korpus chroniła od upadku wysunięta półka. Obok siedziały dwie małe dziewczynki, dawniejsze towarzyszki podróży, siostry prawie tego samego wieku, przytulone do matki, ciotki, czy babki w salopie ze staromodnym kołnierzem. Na twarze ich, poobwiązywane chustkami padał z okna nikły blask i dał je poznać Raduskiemu.
Siedziały, jak dawniej, uroczyście wyprostowane, o ile na to zezwalały plecy, brzuchy, ręce, wspierające się na nich co chwila, jak o martwe zawiniątka i pakunki, — i wytrzeszczały oczy w podziwie, przechodzącym częstokroć w strach rzetelny. Starsza pani usiłowała chronić je od zgniecenia, zasłaniać od uderzeń licznych łokciów, ale sama wkrótce dostała wyraźne, a niby nieumyślne szturchnięcie i apostrofę, poczem dała pokój wszystkiemu. Za plecami dziewcząt, na ławce mającej wspólne oparcie, siedział jakiś pasażer w szopach bardzo wytartych i kapeluszu, t. zw. melonie. Żółtawa twarz, której barwa znajdowała się w zależności bezpośredniej od piwa «słomkowego» łączyła się tak samo z rudym kołnierzem futra, jak kształt czaszki z formą przypłaszczonego kapelusza. Odwracając nieco na bok głowę, Raduski widział biust tego sąsiada, którego głos słychać było w całym wagonie. Wśród mnóstwa anegdot starych, jak jego futro i nie większą mających wartość, które wygłaszał tonem donośnym, żeby go mogła słyszeć przynajmniej połowa osób w przedziale, rudy obywatel wtrącał od czasu do czasu:
— A ty, parchu, bierz chałat w troki, pókim dobry i nie czekaj na moją ostatnią pasyę!
— Co pan się wtrącisz w nie swój interes... — krzyczał w odpowiedzi kilkunastoletni żydek, skromnie siedzący na końcu ławki. — Co pan jesteś fagas od wyrzucania ludzi z tego wagonu?...
Właściciel spłowiałego futerału robił minę, że nie słyszy. Opowiedział z talentem najbliższym sąsiadom nowy «kawał», a ledwie go skończył, wnet szepnął przyduszonym głosem:
— Idź stąd, żydzie starozakonny, bo, mówię ci, z kwikiem wieprzowym wylecisz. A do żydowskiego wagonu, śmierdzielu!
— Mnie i tu wolno, ja mam bulet!
— Choćbyś i miał bulet, to ja ci perswaduję, jak tkliwa matka rodzonemu dziecięciu, nie siedź koło mnie, skoro cię stąd wypycham, bo w przeciwnym razie będę zmuszony tak ci dać w oko, że cię wprost z tej ławki w białej trumience wyniosą na kirkut...
— Co pan myśli, czy ja tosamo nie mam pięści na oko?
Ledwie izraelita słów tych domówił, rozległ się krzyk jego, cały tłum osób, stojących wokoło ławki, zakołysał się na nogach...
— Gwałt! — wrzasnął żydek... — gaspadin konduktorze, co to jest... rozbój, rozbójnik, rabuś!
— Milcz! — wrzasnął pan w szopach, który go przed chwilą zepchnął był z ławki.
— Co to milcz! Ty sam milcz, złodziej! — zaczął na całe gardło wrzeszczeć pokrzywdzony.
— Nie piszcz mi tu, żydzie! Czego na mnie włazisz? Prać go w ucho bez gadania! — wołało teraz kilkanaście głosów.
Udzielono mu nadto z tylu stron admonicyi pięściami pod boki, że się całkiem udobruchał i skromnie stanął w tłumie. W samym środku wagonu mieścił się okrągły piec żelazny i właśnie o tej porze bryły węgla, zatlone przy wyjeździe ze Sapów rozżarzyły się w nim na dobre. Pasażerowie siedzący i stojący bez ustanku ćmili tytuń. Zaduch, dym i brak powietrza były nie do zniesienia. Bardzo ucierpiały dwie małe sąsiadeczki Raduskiego. Jeden z pasażerów, usadowiony prawie na nich, wysunął się był cokolwiek dla zbadania czegoś, co się hałaśliwie działo z tamtej strony pieca — i małe panienki odetchnęły, ale wnet wejrzenia ich znowu sposępniały. Na przeciwległej ławce siedzieli, żywo rozprawiając, dwaj kawalerowie, z których młodszy kopcił papierosa za papierosem, a strugi dymu z nadzwyczajną równowagą umysłu puszczał prosto w twarz starszej, zapewne siedmioletniej dziewczynki. Wypalił w ten sposób jedną sztukę, drugą i sięgnął właśnie do pudełka, żeby poczęstować towarzysza, gdy starsza z dziewcząt otrząsnęła się szczególnym ruchem i zwiesiła bladą twarzyczkę. Za chwilę dostała mdłości. Raduski szybko rozepchnął gadających sąsiadów, spuścił okno i zwrócił się do wszystkich z grzeczną prośbą, żeby się na czas pewien wstrzymali od papierosów. Młodzi ludzie rzucili na niego wzrokiem zdumionym, jakby przemawiał w języku malajskim i podjęli dalszy ciąg rozmowy. Nim upłynęła chwila czasu, dziecko przyszło do siebie, a okno trzeba było zamknąć, gdyż pewien bladożółty jegomość z szerokim nosem, śpiczastą brodą i wyrazem kwaśno-wilgotnego pesymizmu na melancholijnem obliczu wołał z trzeciej ławy, że dostaje zapalenia w prawem płucu. Skoro tylko szyba podniesioną została, sąsiad z przeciwka wydobył swoje niewyczerpane pudełko, częstował towarzysza i wziął się do zapałek.
— Panie, — rzekł do niego Raduski — nie palże u licha choć chwilę! Widzisz przecie, że dziecko z tego dymu omdlewa...
Młodzieniec uśmiechnął się w sposób niezdecydowany, wstrzymał w ręce zapałkę, ale i cygaretki z ust nie wyjął.
Właśnie podówczas szedł wzdłuż wagonu nadkonduktor w towarzystwie swego asystenta — i obydwaj z chwalebną pieczołowitością zajęli się badaniem, czy każda z osób ma prawo korzystać z dymu i zaduchu w pozie, jaką jej wyznaczył srogi los na spółkę z oszczędnością akcyonaryuszów. Raduski zwrócił się do tych urzędników z żądaniem, ażeby mu wskazali przedział dla niepalących i ażeby go tam wraz z małemi sąsiadkami zaprowadzili. Okazało się, że takiego asilum w pociągu niema.
— Publika wszędzie kopci, proszę pana, cóż my na to poradzimy... — rzekł nadkonduktor, badając bilety.
— To mnie pan prowadź do klasy drugiej. Te dzieci są chore...
— W drugiej klasie tłok taki sam, a może i gorszy. Jedna rzecz, co jest, to zrobić z tego wagonu niepalący... Weźno pan, przekręć tabliczkę — zwrócił się starszy do konduktora. Wkrótce nade drzwiami widniała sentencya, zabraniająca palić. Obadwaj konduktorowie powtórzyli przepis ustnie, ale bez skutku. Katolik w szopach, który poróżnił się był niedawno z sąsiadem semitą, wstał ze swego miejsca i ostentacyjnie zapalił cygaro. To samo uczynili natychmiast dwaj młodzieńcy. Pan w szopach, obgryzając koniec swego kapustosa i naokół wypluwając włókna, rzekł:
— Dopiero był palący, już niekuraszczy... A mnie co obchodzi? Komu dym kręci w nosie, to niech rżnie do pierwszej klasy.
— Ależ kiedy pan nie chce zwrócić uwagi... — żołądkował się Raduski, — że to nie o starszych mowa, bo starszy wytrzyma, ale dziecko dostaje mdłości. Jakże można? Słyszał pan, że niema innego miejsca.
— Dziecko... mdłości. Mnie to te mdłości zawsze idą na zdrowie i tej hrabiance nie zaszkodzą...
— Cha-cha-cha... — zaśmiali się sąsiedzi. Pan Jan skompromitowany zamilkł. Wódz palaczów, pewny teraz sukursu, mierzył go wzrokiem tak wyzywająco-zaczepnym, jakby w górnych, miarodajnych sferach jego czaszki, skrytej w głębi «melona», rozbrykane piwo chlebotać się poczęło w sposób burzliwy i niebezpieczny. W samej rzeczy zwycięstwo tytuniu było coraz oczywistsze. Obok dwu młodych ludzi palących, a za plecami jegomości w rozpiętym surducie, dał się słyszeć trzask zapałki i nowa fontanna dymu skierowała się ku sufitowi...
Przy samych drzwiach stał krępy człowiek w granatowej czapce i paltocie z aksamitnym kołnierzem gorszego gatunku. Twarz jego, ruchy i sposób bycia zdradzały robotnika, czy rzemieślnika. Gawędząc z sąsiadami, wtrącał wiele wyrazów fachowych, jaskrawych i malował rzecz nadzwyczaj wyrazistymi gestami. Gdy nowy palacz zaciągnął się dymem i wypuścił go z ust pod nos siedzącym, ów ruchliwy pasażer rzucił okiem na wszystkich i rzekł kategorycznie:
— A też panowie to sobie poczynają nie jak panowie, ale nieprzymierzając, jak śwynie!...
Pan w szopach uczuł się dotkniętym i odrazu, pchając przed sobą wszystkich z zamiarem, widać, starcia z nowym anty-palaczem, groźnie mruknął:
Dzisz go! Drugi kaznodzieja! Właśnie że będziemy palili i cała rzecz, a pan stój i ujadaj!
— Ale kopć, panie! Każdy będzie trzymał swoje: pan swojego cygarusa, ja swoje słowo...
Ryży obywatel łypnął białkami raz i drugi, nie znalazłszy, widać, punktualnie w umyśle swym ciętej repliki. Nawet i w parę chwil później mruczał tylko przez zęby i wąsy grubijańskie wymysły, ale dowcipnego słowa nie urodził. Młódź, paląca za jego inicjatywą, przeszywała wprawdzie kaszkietowego złowrogiemi oczyma, ale również zatopiła swe wzburzone uczucia w pomruku nieparlamentarnym. Jan Raduski był aż nadto przyzwyczajony do wszelkiego rodzaju scen wagonowych. Zdarzało mu się widzieć, jak podochocona publika, wskutek jakiegoś przewinienia względem niej kasyera stacyi, szturmem brała dworzec, bufet, wagony, pędząc z nich na cztery wiatry wszystko, co żyło, i odbywała wojaż według swej chęci. To też wystąpienie obywatela w kaszkiecie bardzo mu przypadało do smaku, było mu tak miłe, że tego słowem opisać nie można. Z za ramienia pasażera stojącego patrzał ciągle na swego adherenta i postanowił zaznajomić się z nim niezwłocznie. Tymczasem tamten, wciąż ciskając śmiałe wejrzenie między gremium palące, przedostał się ku środkowi wagonu za piec, gdzie już oddawna umiejscowiona była jakaś heca. Dawały się stamtąd słyszeć ciągłe okrzyki, sprzeczki, groźby, przyduszone szepty i chóralne śmiechy. Raduski wstał ze swego miejsca, ustąpił je otyłemu sąsiadowi, a sam przecisnął się na środek i wyjrzał z za pleców mężczyzn pochylonych. Bawiono się tam hazardownie w szczególną grę. Wysoki i chudy młodzieniec, z miną kryminalisty trzymał w ręku długi, cienki i wąski rzemyk skórzany. W oczach wszystkich ujmował palcami prawej ręki jego dwa końce, lewą — miejsce, gdzie przypadał środek i od tego środka zwijał rzemień w ścisły rulon. Gdy zeń utworzył płaski krążek, kładł go na ławie i proponował komukolwiek, żeby cienkim drutem trafił w środek.
— Stawiasz pan fajgla, ja stawiam fajgla — i granie idzie... — mówił tonem tak andrusowskim, że Raduski zaśmiał się mimowoli. — Widzisz pan przecie, że biorę za końce paseczka, widzisz pan, że ciągnę... — gadał dalej wysmukły. — Jeśli drucik zostanie panu, skoro cały rozkręcę, między dwiema połówkami paska, rubelians pański, jeśli zaś będzie na «polu» — rubelians mój. Rozumiesz pan przecie?...
Drucik zawsze zostawał na «polu» i rzadko kiedy trafiał w «opłotki». Czasami, gdy rozwścieczony gracz domyślał się jakiegoś złodziejstwa po przepuszczeniu kilku «rubeliansów», drucik trafiał w «opłotki» i ochota do próbowania szczęścia wzmagała się znowu. Jegomość w kaszkiecie przez czas pewien ognistym wzrokiem przypatrywał się tej grze, przekrzywiając głowę z ramienia na ramię. W pewnej chwili, gdy ostatni z ryzykujących szukał po kieszeniach «fajgla» i w żadnej go znaleźć nie mógł, stronnik Raduskiego zawołał:
— Stawiam dwadzieścia kop!
— Idzie granie... — powiedział właściciel paska, wznosząc ku górze białą źrenicę. Okazało się, że nowy gracz trafił w środek i zabrał czterdzieści groszy. Nie zwlekając, postawił obiedwie czterdziestówki — i wygrał. Wówczas puścił w kurs tylko jedną i zwyciężył.
To jego szczęśliwe prowadzenie druta powitano ze wszech stron cichym szmerem. Błyszczące oczy wpijały się w ruch palców, rozchylone usta pchały je, zdawało się, namiętnym oddechem. Żywy robotnik wygrał jeszcze kilka razy, ale niespodziewanie szczęście go zdradziło. Poczytywał to za chwilowy lapsus oka, gorączkował się, stawiał coraz więcej i brnął w przegraną. Śmiech, rozlegający się dokoła jego uszu, nękał go i prowadził w pasyę coraz większą. Strugi potu lały się z jego czoła...
Raduski, schylony nad tą ławką, patrzał w twarze grających, jedną po drugiej badał ciekawym wzrokiem. Dopiero świst lokomotywy zmącił jego myśli.
— Morysów... — wymówił ktoś od niechcenia.
W istocie pociąg zatrzymał się i znaczna liczba pasażerów wysiadła z wagonu. Przez otwarte drzwi wleciały kłęby zimowego powietrza i sprawiły ulgę dziewczętom, do których Raduski wrócił znowu. Starsza z nich wciąż była żółta i miała oczy zamglone, to też pan Jan, uzyskawszy zezwolenie damy w salopie, wyprowadził omdlewającą na peron i przeszedł się z nią tam i napowrót. Dokoła stacyjki czerniał las sosnowy. Wrony z krzykiem przelatywały z drzewa na drzewo; daleko wśród lasu słyszeć się dawał łoskot siekiery. Żelazne szyny drogi za lokomotywą biegły z początku prosto, a następnie zginały się nieznacznym łukiem i niknęły między drzewami.
— Tam pojedziemy... — szepnął Raduski niby to do dziewczynki, czując, jak się w nim szarpie rozdrażniona, nie cierpiąca zwłoki żądza ujrzenia skrytego za lasem widoku. Wkrótce uderzył drugi dzwonek. Trzeba było wracać do wagonu. Miejsca tam już było nieco więcej, ale zawsze kilka osób stało pośrodku. Zaledwie pan Jan z towarzyszką zdobył na nowo jej miejsce, zjawił się we drzwiach duży tobół w kraciastej chustce, a za nim staruszka, pchająca go po schodkach i we drzwi. Głowę miała owiniętą w chustki tak szczelnie, że widać było tylko twarz pomarszczoną, wargę wysuniętą i rzadkie zęby. Za pierwszą szła druga kobiecina w wieku, chuda i równie opatulona. Skoro tylko dźwigająca tobołek stanęła przy drzwiach, zaczęła mówić nie wiadomo do kogo w sposób uroczysty, jak w chwili przesłuchania na sądzie:
— Jechalimy — wołała, głośno ciapiąc długiemi wargami — z panią Pisarkiewiczową do dom i bzdurzylimy se gadu-gadu... Aż tu stacya. Pani Pisarkiewiczowa powiada: Palenisko. A boś pani najpierwsza powiedziała!... No, jak Palenisko — my za toboły i szast z kolei na ziemię. My do miasta, niby na Palenisko, a tu niema. Stoi jakisi cudaczny budynek, przy nim obora, a dalej las, jak sadze. Jezu! zawołałam ja pierwsza, cóż to jest takiego? Stanęlimy, patrzymy się, a tu koleja pychu, pychu, pychu, pychu... poszła! Wczoraj się to zdarzyło, przed północkiem. Święta Domicelo, powiedzielimy z panią Pisarkiewiczową, a to my, widać, nie w Palenisku wysiedli... Dwa kuferki, jeden mężusiów, drugi pani Pisarkiewiczowej na bagaż nam zdać kazali w Sapach. Cóż tu będzie teraz, ludzie kochające?...
— A cóż ma być, trza się było pilnować — mruknął ktoś z kąta — mąż pogrzebaczem plecy wyłoi, to i po bólu.
Pani Pisarkiewiczowa strzeliła okiem w tamtym kierunku, a staruszce mówiącej przez ten czas długa warga ruszała się mechanicznie i szybko, jak sprężyna silnie przyciśnięta, a później wolno puszczona.
— My do naczelnika — zaczęła, skoro tylko nastręczył się czas przemawiania, — opowiadamy, jak, co, pytamy się, upraszamy — nic. Ręce rozłożył, — do jutra, mówi, panie zaczekacie, do popołudnia, a dopiero, mówi, bilety na nic, a rzeczom, mówi, nic złego się nie stanie. Rzeczom nic złego się nie stanie, a tam mężuś miał czekać z kobyłką uproszoną od Zielińskiego, bo do nasz, niby do kuźni, dziewięć, a no tak, albo ośm, albo dziewięć wiorszt... Zdębiałymy z panią Pisarkiewiczową. To fonduszu mamy na kupie niecałą czterdziestówkę, a tu mówi, bilet nowy kup — i jeszcze weź i nocuj! Zafrasowalimy się...
— Ale mężuś pogrzebaczem wypierze, to niema o czem gadać. Sprawa skończona...
Starowina przerwała opowiadanie i zawstydziła się. Blade rumieńczyki ubarwiły jej zmarszczone jagody. Wkrótce jednak przyszła do siebie i pytlowała dalej, wszelako cichszym głosem i zwracając się do najbliższych sąsiadów:
— Kupili my na noc u bufeciarzów dwa kubki herbaty i po bułce, po kajzerce. Te bułki my wdrobili do herbaty i była wieczerza, a zapłaciło się za toto ośmnaście groszy. Spać nam kazał potjer na sali między chłopiskami. Tak my ta leżeli na drewnianych ławach z tobołami pod głową. Stękania było więcej, jak czego. Teraz my do wagonu, ale co ta może być z tego, to już nic nie wiem. Chyba że wyrzucą... My bez biletów jedziemy! — krzyknęła raptem z tak rozpaczliwą determinacyą, jak gdyby wyznawała publicznie, że jest morderczynią.
Pewien pasażer usunął się nieco i zrobił jej miejsce. Zaraz, wdzięcznie dygając, przysiadła, tobołek umieściła na kolanach i, splótłszy dłonie, objęła go rękami. Wypadek ten rozbił znowu fale jej elokwencyi. Wargi tylko pracowały bezdźwięcznie. Czasami padał z nich projekt jakiegoś zdania:
— Nie wiem nawet, co tu z nami może być takiego...
Ruch wagonu, atmosfera ciepło-duszna i spoczynek w trakcie wzruszeń — wnet uśpiły babinę. Oczy jej coraz bardziej zasłaniało bielmo, wargi ruszały się coraz wolniej, głowa szła w różne strony. Towarzyszka niedoli, pani Pisarkiewiczowa, stała niedaleko w grupie mężczyzn głośno rozprawiających i, wpatrzona w okno posępnie, ze ściśniętemi usty, milczała. Gdy bezwładnie opadnięta dolna warga wskazała, że jejmość wymowna śpi na dobre, Raduski wszczął tajemnicze konszachty ze starszą panienką, którą przedtem oprowadzał po peronie stacyi Morysów. Dziewczynka rzucała pytające wejrzenie to na swą opiekunkę, to na Raduskiego, na śpiącą obok pasażerkę, wreszcie na prawą dłoń swoją, w której coś trzymała. Twarz jej naprzemiany płonęła i bladła, szeroko rozwarte oczy wyrażały głęboki niepokój. Za chwilę wszystko to w niej jakby przycichło. Zsunąwszy się na ziemię, dziewczynka ta zbliżyła się nieznacznie do śpiącej, stanęła bokiem i, nie podnosząc rąk, wsunęła jej między splecione dłonie papierową trzyrublówkę. Wykonała to tak zręcznie, że nikt z obecnych nie zauważył tej operacyi, a staruszka w dalszym ciągu spała bez odmawiania sobie nawet kowalsko-mazowieckich melodyi chrapickiego. Obiedwie siostry przytuliły się teraz do siebie i strzygły oczyma, śledząc każdy oddech, każdy ruch śpiącej. Kiedy niekiedy jedna z nich trzęsła się na znak, że ta «pani» już się budzi. Wtedy druga uciszała ją nakazującem podnoszeniem brwi i mową oczu...
Raduski wyszedł cichaczem z wagonu, stanął na jego platformie, wsparł się łokciami o gruby pręt żelaznej balustrady i patrzał w krajobraz. Naokół stały otwarte, płaskie pola. Śniegi leżały tam jeszcze głębokie, ale już zestarzałe i jakby zniszczone. Zaspy porozrzucane przez dawne burze, zmiękłe do głębi w odwilżach, wystygłe w mrozach, jak daleko wzrok sięgał, zasmucały widok nieruchomemi formami. Ostre grzbiety skib roli, jesienią uprawionej, widać już było gdzieniegdzie. Dzikie wichry lutego zdarły z nich nietylko śnieg, ale rozbiły i zdmuchnęły grudy piachu. Na całym obszarze skorupy śniegowej leżały po wierzchu żółtawo-bure płaty i smugi, z kształtu przypominające jakby ułamane i zardzewiałe groty dzid tytanicznych, któremiby w ciągu nocy zimowych walczyły ze sobą płanetniki wichrem porwane. W dali, w dali szarej, bez cienia błękitu, tkwiły topole, ze mgły ledwo wydzielone, jak obdarte pióra, idące alejami dokądś, na kraj świata. Bliżej, stały w polach tu i owdzie małe zagajniki brzozowe, albo samotne i napół uschnięte dzikie gruszki.
Czarno-sine wystrzępione, pierzaste kłębiące się chmury mknęły na niebie w poświstach ostrego wiatru. Niekiedy przelatywał obłok czarniejszy, niż inne, wlokąc za sobą przez martwe pola cień swój żałobny. Kiedyindziej, licho wie skąd, leciały krople deszczu nieliczne, rzadkie, dziwnie chłodne. Krople te cięły w twarz, niby grad, a do szyb wagonu przystawały w formie ostrych kryształków i długo się na nich szkliły. Czasami wśród zwałów chmur odsłaniał się nieforemny strzępek śmiertelnie bladego błękitu i prędko ginął z przed oczu. Raz tylko wyłamał się z pomiędzy obłoków i spadł na ziemię jasny promień słońca. W postaci wielkiej białej plamy gnał wśród równin, ścigany przez gęste cienie, roztrącał matowe, przygasłe, zatrzymane w chmurach, jakby chorowite światło dzienne. Leciał po śniegach, po martwych skibach, po przeziębłych i zeschłych szkieletach krzewin, po badylach i źdźbłach, śpiących w letargu, nie znajdując miejsca, niby gołębica Noego, gdzieby wytchnąć i żywej ziemi, którąby mógł ogarnąć i ukochać miłosnem światłem swojem, z niczego rodzącem wiekuiste życie.
W ślad za tym promieniem szły oczy Raduskiego w kraj, w poprzek onej dalekiej, dalekiej strony, a spragniona dusza nasycała się żywiącym blaskiem, jak pierwsza lepsza obumarła bylina wśród wygonu...
Pociąg minął Tarcice i zatrzymał się w Palenisku. Była to najbliższa stacya od Niemrawego, wioszczyny, gdzie Jan Raduski urodził się, chował, gdzie żyli długie lata i gdzie pomarli jego rodzice. Za biedną, brudną, pełną żydów mieściną, która leżała z drugiej strony plantu na pochyłem zboczu wzgórka, widać było drogę wysadzoną wielkiemi drzewami. Daleko, pod pierwszym lasem od tego traktu zbaczała «polska», jednotorowa droga, prowadząca ku Niemrawemu. Raduski stanął wśród peronu i wytężył wzrok w swoją stronę. Tamtędy właśnie jechały ze wzgórza sanie chłopskie, zaprzężone w jedną szkapinę, truchtem biegnącą z prawej strony dyszla. Chłop w kożuchu i «wściekłej», baraniej czapie siedział na przodku między kłonicami.
— Choćbym też zabrał się i pojechał, albo i poszedł... Może to chłop z Niemrawego... — myślał Raduski. Działo się z nim coś dziwnego. Wyraźnie, jak tylko można, czuł w płucach swoje powietrze, a w sercu ból owej nierozerwalnej żyły, jaką człowiek zrośnięty jest z mogiłami. Oczy jego poznawały zarysy mgłą przesłoniętych lasów, jak się poznaje i wita dawno niewidziane twarze osób kochanych. Bardzo daleko, już jakby w chmurach deszczowych, wzrok jego dosięgnął jednej smugi wysuniętej, którą zdawał się wciągać w szarą próżnię tuman zalewający widnokrąg. Gdy pociąg ruszył, Raduski stanął przy drzwiach między rozmawiającymi. Słyszał, że obudzona babka znowu prawi głośno, chwytał uchem ton, nawet sens jej mowy, ale nie był w stanie zająć tem myśli, w której jak dźwięk najczarowniejszy, słaniało się przezwisko dopiero co widzianego lasu: Bukowa knieja, Bukowa knieja...
— Państwo kochające, — wołała stara, piastując w ręce banknot trzyrublowy — a i cóż toto może oznaczać? Zdrzemnęłam się. Widziałam we śnie barana z czarnemi rogami, a leciał na mnie tak jakby z góry Widuchowej, czy co... Budzę ja się, ruszam palicami: cosi chrupi w palicach... Ja spojrzę... Święta Domicelo z Pałąków, a i cóżby toto mogło znaczyć?...
Nikt nie zwracał uwagi na monolog starej, gdyż wszyscy prawie zabierali się do wysiadania w Łżawcu. Wstawano z ławek, ściągano z półek węzełki, pakunki, wdziewano zwierzchnie okrycia i prostowano kości.
— A więc, kochany Karolku, wesołego alleluja! — zawołał ktoś na końcu przedziału.
— Prawda — pomyślał Raduski — toż to jutro Wielkanoc. Czuł, że za uczuciami jego, niby cień za człowiekiem w słoneczne popołudnie, idzie i uwija się nieuchwytny zabobon: czy też to szczęście powrotu, to zupełne, bezwyjątkowe, zdecydowane ziszczenie marzeń lat tylu nie kryje w sobie jakiejś zemsty i kary straszliwej?...
Długi świst lokomotywy wszystko przerwał. Raduski wyjrzał przez szybę i daleko, u końca płaszczyzny zobaczył stare, znane dachy, mury, chałupy i wieże, królujące nad niemi. Pociąg rznął teraz szybko przez puste obszary, mijał drogi, wysadzone wielkiemi drzewami, podmiejskie chaty, cegielnie, nowe budy i dawne rudery. Stanął wreszcie u celu. Jakiś posługacz wziął z rąk wędrowca tłumoczek, kartę na odbiór bagażów i wyprowadził go przed dworzec. Dorożki z hałasem zajeżdżały i ruszały z miejsca, naokół snuli się tragarze w bluzach, żydzi coś proponujący... Raduski wsiadł do pierwszego z brzegu powozu i, zanim przyniesiono rzeczy, patrzał na miasto. Wzruszenia jego ustały nareszcie, czuł w sobie spokój. Dzień się miał ku zachodowi. Wiatr ucichł, a raczej odwrócił się i wiał teraz ze strony południowej, wolno dźwigając stamtąd na barkach gromadę chmur, które kryły czyste niebo. Wielkie słońce płynęło ku ziemi, tonąc w wylewie krwawego światła. Dwie, trzy zgubione przez wiatr chmurki stały w tym przestworze ognistym, jak same barwy, z niczego złożone, podobne do cudownych, niedbałych marzeń, błądzących nad otchłanią bytu, który się walką karmi, a płodzi boleść. Blask zachodu oświetlał wieżę największego z kościołów łżawieckich. Zbudowano ją, jak wieść niosła, w wieku trzynastym. Nawa i presbiteryum, do których niegdyś przypierała, uległy były pożarowi, runęły w gruzy; — na ich miejsce wzniesiono inne; — i te kilkakroć przebudowano, a stara wieża nienaruszona długie wieki wytrwała. Rudo-zielone mchy ją oblazły, czerwona dachówka, nakrywająca szczyt urwany raptownie, spłowiała, jak stara, sponiewierana czerwona czapka. Już zdala widać było ogromne głazy, tworzące nierówne boki tej wieży, z jednej strony ścięte pod kątem nadzwyczaj ostrym, z drugiej prawie okrągłe. Małe okienka — strzelnice w rozmaitych punktach czerniały na jej powierzchni. Raduski nie mógł oderwać wzroku i duszy od tego budynku. Myślał o murarzach, którzy nosili i stawiali jedne na drugich owe szare kamienie przed tyloma wiekami. Myślał o długotrwałym ich trudzie, o wysiłkach rąk, nóg, grzbietów; w prędkiem zachwyceniu widział zmordowane twarze, potem krwawym ociekające, wejrzenia ich omdlałe pod ciężarem kamienia i naczyń rzadkiego wapna, słyszał stękanie, ciche westchnienia zamknięte w piersiach, zdołał nawet wmyśleć się w wiarę ich prostą, ledwie otłuczoną, jak tamte kamienie, a tak surowo mocną, jak one. Dla wiecznego Boga dźwigali bryły na tylą wysokość, dla Niego złożyli nędzę swego bytu, krzywdę położenia, mękę ciała i ducha. To też w tych bulwach spał zaklęty talizman potu i łez owej trzody roboczej dawnego świata... Walizę ustawiono wreszcie na przedniem siedzeniu i «drynda» ruszyła ku miastu. Pierwsza ulica wjazdowa posiadała te same jamy w bruku, te same do cna zdeptane chodniki, wygięte i spróchniałe parkany. W pewnem miejscu czerwienił się nowy dom piętrowy, jeszcze nie ukończony. Dorożkarz odwiózł Raduskiego przed bramę hotelu Imperial, zaspany lokaj wprowadził go do stancyi zimnej, jak psiarnia, a ponurej i złowrogiej, niby jaskinia zbójów. Numer ten miał jeden tylko cenny przedmiot: zachlapanem swojem oknem spoglądał na basztę. Widać ją było całą w promieniach gasnącego słońca. Raduski stanął przy oknie i począł snuć dalszy ciąg swoich rozmyślań, a raczej fantastycznych marzeń o dawnym murze. Stał tam długo w przedziwnem zapomnieniu o wszystkiem innem na świecie. Oczy jego patrzały na «Starą» przez pryzmat uczuć dzieciństwa, przez perspektywę wszystkich smutków i radości, których ta ruina była świadkiem i jak gdyby sędzią. Dusza wchodziła na nowo w jakieś niewysłowione z nią powinowactwo, w zakon braterski, którego istotne znaczenie, sens i wartość schowane były w ślepej skrytce serca, zamkniętej nawet dla niespracowanej badaczki, dla owego życia wiecznego tułacza, — dla świadomości. Blaski słoneczne gasły na wyniosłych murach i znikały, jakby zstępując do grobów, w czarnej ziemi wykopanych. Dzień zwolna wlewać się począł w noc szarą.
Raduski wdział prędko swój lekki paltocik i ruszył na miasto. Ulice były puste, sklepy zamykano. Ciepłe przeciągi wiatru szły wzdłuż i wpoprzek Łżawca, topiąc do reszty śnieg zmokły, czarny, obracając bruki w topiele i bagna. Na dachach, szczytach murów, między drewnianemi budowlami, w okolicy śmietników i stajen wałęsała się para. Zewsząd leciały i płynęły strugi nie tyle wody, ile brudnej cieczy. Tam rynna, przed laty pęknięta, darzyła obfitą wilgocią ścianę przylegającą i brzydka plama z odcieniem zielonkowatym, niby głębokie rozranienie, gnoiła się na froncie starego domu. Gdzieindziej z pod urwanego tynku wyzierał znaczny plac rdzawych cegieł, jak żebra i wnętrzności awanturnika, uszkodzone w nocnej bijatyce. Raduski zaglądał w pewne dziedzińce i sionki, które, wydawało się, noc ogarnęła na wieczne władanie. Ze szczególnym pietyzmem zwiedził podwórze, gdzie onego czasu grywał w ekstrę. Brakowało tam aż do tej minuty kamieni, które wówczas wyrwano z bruku w celu oznaczenia met dla matki, rewizora i pitaków. Gdy stał na tem miejscu, zdało mu się, że w mury, okalające z trzech stron podwórze, bije dziecięcy krzyk towarzyszów i jego własny, że z drewnianej galeryi, biegnącej wokrąg dziedzińca, słychać prędkie kroki uczenic, które tam mieszkały, dwunastoletnich boginek o długich jedwabnych płowych włosach, o cudownych, lazurowych oczach, przeczystych, jak toń krynicy... Dopiero co wypełniła serce po brzegi radość na widok tych miejsc, a oto już samej rzeczywistości było mu nie dosyć, — szło dalej, w kraje wspomnienia, a stamtąd znowu dalej i dalej...
Zmrok padał i ukrył w sobie cały Łżawiec od przedmieścia do przedmieścia. W krzywych ulicach i na rynkach płonęła gdzieniegdzie latarnia, kopcąc bezustanku, jakby to stanowiło jedyną jej rozrywkę w trakcie nudnej misyi oświetlania dziur łżawieckich.
Wszystkie sklepiki, nie wyłączając żydowskich, szczelnie zamknięto, wskutek czego ulice były podobne do korytarzy w katakumbach. Świeciło się jedynie w oknach mieszkań i Raduski, wędrując w ciemności z zaułka w zaułek, widział czasem jakiś profil, albo cień kobiecy, rysujący się na szybie. Każda z tych sylwetek przykuwała jego uwagę, ciągnęła myśli do mieszkań, przejmowała serce mazgajskiem pragnieniem czułości. W mrocznych kątach włóczęga nasz potrącał od czasu do czasu jakiegoś człowieka, błagał o wybaczenie tej winy i szedł dalej. Z miejsc pryncypalnych odpłynął na przedmieście, zwane Placem Targowym. Za czasów uczniowskich, przed piętnastoma laty mieszkał był w tej okolicy. Znał tam każdą ruderę, każdą dziurę, każdy rów, znał przyległe pola, krzaki i las w sąsiedztwie. Pewien wyniosły punkt w tej stronie dawał widzieć «knieje» niemrawskie, oraz na dużej przestrzeni białą smugę szosy, do domu idącą. Raduski minął ostatni budynek i wlókł się noga za nogą. Wiedział przecie, że ani lasu, ani odległej drogi nie zobaczy, chciało mu się jednak patrzeć z owego wzniesienia ku swej ojcowiźnie, w swoją własną noc... Drzewa wiekowej, miejskiej alei skończyły się. Błotnista szosa ciągnęła stamtąd między głębokimi rowami w martwe grunta, nie ozdobiona ani jedną krzewiną. Strupieszały lód stał jeszcze na kałużach, ale już rozłaził się pod stopą. W brózdach i kanałach szeptały cicho drobne ścieki wody. Z południowej strony tchnął ciepłem dobry wietrzyk, ogrzewający nietylko ziemię, ale i biedne serce ludzkie. Raduski przeżywał istotnie rozkoszną chwilę. Wybaczył życiu wszystkie zniesione cierpienia, nie lękał się przyszłych, czuł, jak mocno spojony jest z owym dawnym uczniakiem, o którym tegoż dnia sądził, że nic z nim samym nie ma wspólnego. Rozpychała mu piersi fizyczna i duchowa satysfakcya wędrowania w ciemną noc przez głuche pola. Ileż to razy chodził tą drogą latem i zimą, niosąc w sobie zupełnie tę samą uciechę! Obecna była tylko daleko głębsza i większa. Jak nigdy czuł się na siłach do zaczęcia nowego życia, do pracy podwójnej, potrójnej, z czterykroć mocniejszym uporem miłości. Plany, dawno, całymi okresami czasu roztrząsane, w tym momencie staliły się, przeistaczały prawie w czyny, jak żelazo młotem obrobione, skoro je nareszcie cisnąć w wodę. Gdy tak szedł głęboko w sobie zatopiony, usłyszał raptem na drodze i obok wśród pola chyże kroki. Stanął i patrzał w ciemność. Wtem prędzej uczuł, niż dostrzegł przed sobą wysokiego człowieka.
— Panie, — rzekł ten człowiek — gdzież to pan idzie?
Raduski, przywykły do napaści nocnych i obrony, z brzmienia głosu poznał, że to jest mężczyzna z wielką siłą fizyczną. To też niezwłocznie prawą ręką dobył z kieszeni rewolwer z futerału, wyjął go i odwiedziony trzymał przy piersiach. Usłyszał również, że ma za plecami ludzi, którzy cicho skradają się ku niemu.
— Gdzie idę? — rzekł spokojnie, tyłem zwracając się do rowu, żeby zapewnić sobie sytuacyę obronną, — a tak ta idę... Ty, człowieku, dla czego się pytasz?
— Masz, panie, jakie pieniądze, to dej z dobrawoli — rzekł tamten cicho, zbliżając się o krok i zniżając głowę.
— A, tego chcesz! Nie chodźże bliżej ani o cal, bo ci w łeb strzelę.
— Wicek, — ozwał się inny głos z boku, — weź ino!...
W tej chwili Raduski posłyszał koło swej głowy świst pałki i uczuł w karku ból okropny. Ręka mu na chwilę tak zdrętwiała, jakby jej wcale nie miał. Drugie uderzenie wbiło mu kapelusz na czoło. Grube, skrzywione paluchy chwyciły go za gardziel. Gdy się szarpnął z całej mocy i wyrwał, złapały aksamitny kołnierz i udarły go od paltota. Wówczas całym wysiłkiem podniósł rewolwer i, celując w głowę człowieka, którego już dojrzał wśród ciemności, strzelił raz, potem drugi. Sylwetki napastników zginęły w dymie. Wnet dał się słyszeć odgłos kroków uciekających. Wszyscy przesadzili rów i, rozbijając butami miękkie zagony rwali w pola. Nim upłynęła minuta, wszystko ucichło. Pan Jan stał na miejscu, dźwigając w górę i opuszczając prawą rękę dla zbadania, czy mu jej w ramieniu nie strzaskano. Ból czuł duży, ale mógł wykonywać ruchy wszelakie. Zimne dreszcze latały mu teraz po krzyżu i straszne uniesienie zaciskało w ręce kolbę rewolwera. Szybkimi krokami, spoglądając naokół, ruszył ku miastu i prędko stanął w alei. Wiatr smutnie huczał między konarami. Idącemu wydawało się wtedy, że to był chyba sen, ale rwanie w obojczyku i zdrętwiałość w palcach mówiły o rzeczywistości aż nadto dobitnie.
Zatrzymał się pod jednem z drzew, wsparł o pień plecami... Ręce jego zwisły bezwładnie, głowa upadła na piersi. Niewymowne jakieś osłupienie, sąsiadujące z głupotą, cisnęło mu gardło, jak przed chwilą ręka złodzieja, wydusiło z piersi jęk, a z głowy myśl, płonącą mimo wiedzy i woli, podobnie, jak płynie łza z oka:
— Takżeś mię to przywitała?...
Wkrótce szedł dalej i znalazł się w ulicy przedmieścia. Nie spotykał nikogo, ale w domach czuwano jeszcze. Za parkanami i okiennicami tu i owdzie płonęły światła. Na krzywą uliczkę, prowadzącą do miasta, padały smugi blasku, oświetlając liczne koleje, wyżłobione w niemałem błocie. Obok prawej połaci domów tulił się przy murach wąziutki chodniczek z kamieni drobnych i rozkruszonych. W pewnych miejscach, nad pewnymi rynsztokami, u stóp wiadomych parkanów, wśród najtragiczniejszego bajorka, trotuarek ginął, jakby ulegając grozie przemagającej siły złego na jednego. W tych miejscach były przecież niejakie szlaki, zwykle gzygzakowate, albo tworzące zawiłe kombinacye skoków, znajomość których ogromnie ułatwiała podróż i chroniła nogi od przemoczenia. Wspominając sobie owe środki komunikacyjne, Raduski trafił na ulicę pryncypalną. Pierwszy urok, jaki wywarło nań miasto rodzinne, już zagasł. Z ciemnych przecznic, z placów odległych, uśpionych w mroku pod strażą trzech, czterech latarni wiały teraz dawne uczucia. Przypadki z czasów dzieciństwa, w ślad których szły troski, obawy, rozczarowania i zawody, wyłaziły z bram, z czarnych nor, z szyldów, napisów, kształtu domów, rysujących się w nędznem świetle. Rzeczy, które w ciągu tylu lat niebytności w Łżawcu ulegały zapomnieniu tak całkowitemu, jak męki przecierpiane podczas wyrzynania się pierwszych zębów, ożyły w imaginacyi i nakrywały sobą wszelkie nowe sprawy i wrażenia. Całe miasto otwierało się przed Raduskim nie w tej szacie uroczej, w jaką je oblekło szczęście powrotu, nie w rzeczywistej nawet swej formie, lecz jako suma dawno startych w pamięci wyobrażeń. Szedł pustemi ulicami, czując w ramieniu dotkliwy ból, a w uszach dwa strzały rewolwerowe. Przed oczyma jego rozsnuwała się w mrocznej nocy zgniła kanwa uczuć zdechłych, dawno wyrzuconych z serca i jakby cudzych. Nie wiedzieć kiedy znalazł się na drugim końcu miasta, położonym trochę wyżej. Do dwu długich ulic przyczepione tam było obszerne przedmieście Kamionka. Stanowiło ono jak gdyby małą mieścinę, mechanicznie zrośniętą z Łżawcem. Ostatnie chaty Kamionki łączyły się z wioską bez nazwy, pośrodku której sterczał folwark, wyróżniający się z grona innych folwarków tem, że właściciel jego swój własny dwór odnajmował urzędnikom łżawieckim, a gnojówkę z przed owczarni spuszczał na szosę spacerowo-wjazdową. Kamionkę zamieszkiwali przeważnie rzemieślnicy najbiedniejszego stopnia, żydzi z minimalnymi funduszami, a wreszcie wszelka bezimienna i bezklasowa hołota. W drugiej swej, przyfolwarcznej części Kamionka reprezentowała maleńki White-Chapel i słusznie była wyklinana przez osoby posiadające rzeczy do skradzenia, w szczególności zaś przez folwark, ozdobiony strumieniem gnojówki. Od szosy, przecinającej to siedlisko biedy, szły na prawo i na lewo małe, zwykle ślepe zaułki między staremi parkanami, w tyle domostw drewnianych, albo i samych chlewików. Nad gromadą rozrzuconych budowli wznosiły się dwie kamienice z czerwonej cegły i oknami swych dumnych pięter z góry oświetlały sąsiednie dachy. Tę część miasta Raduski pamiętał słabiej, niż inne, to też chętnie skierował tu kroki. Ogólną figurę miejsca, sporą liczbę szewców znał niegdyś osobiście, z widzenia i słyszenia, ale rzadko tu bywał, mieszkając na drugim biegunie Łżawca. Teraz szedł środkiem drogi, zatrzymywał się, myślał, wspominał i znowu kroczył dalej. Oto miał przed sobą jeden z błotnistych kątów, przy końcu którego stał dom drewniany z ganeczkiem, rodzaj starego dworu na niewielkim folwarku. Obok tego czerniał drugi, pogrążony w zupełnej ciemności. W pierwszym z prawej i lewej strony ganku okna błyszczały. Dwa z nich nieco większe ledwo, ledwo zabarwiała lampka nocna.
— Tu mieszkała onego czasu pani Wątracka... — myślał Raduski.
Utrzymywała się z lekcyi muzyki po złotemu godzinka... I mieszka zapewne aż do tej chwili poczciwina w dziurawych rękawiczkach, chlubiąca się tem, że raz na własne oczy widziała Moniuszkę...
Z okienka lewej strony domu kuchenna lampa, stojąca na samej futrynie, rzucała w dziedzińczyk kilka kroków blasku. Raduski zbliżył się, cicho stąpając po błocie, i zajrzał do wnętrza. Tuż przy oknie stała nad balią młoda dziewczyna, a jak się podglądaczowi w pierwszej chwili wydało, młody chłopiec. W głębi ciemnej kuchni mieścił się duży, odpowiednio brudny komin i trocha statków. Jeden kąt stancyi zajmowało sosnowe łóżczysko, przykryte jakimś czerwonym gałganem. W sąsiedztwie pieca wiaderko dnem wykręcone do góry podtrzymywało deskę do prasowania. Rozciągnięta serwetka, czy ręcznik, służyła za obrus, na którym leżały: upieczona strucla bardzo skromnych wymiarów, zwinięta kiełbasa, kilka jaj i mały serek. Wszystko to ozdobione było trzema, tu i tam wetkniętemi, gałązkami borówek. Dziewczyna przy balii miała może szesnaście, może siedmnaście lat, oblicze brzydkie z zadartym nosem i paskudnemi ustami, na głowie włosy nie czesane napewno ze dwa miesiące. Korpus jej ciała suchy, jak piszczel, bez piersi, z wydatnemi gnatami obojczyka przykryty był tylko utłuszczonym lejbikiem w jaskrawe kwiaty. Ten strój, pozbawiony rękawów, głęboko wycięty na piersiach i plecach był odsznurowany i ukazywał nagi, zapadnięty brzuch, płaską dekę piersiową, brudną szyję i długie, żylaste ręce, chude, jak u mężczyzny. Ogromne, w stosunku do przedramion, dłonie pracowicie mydliły i nurzały w czarnej wodzie brudny łachman ze zgrzebnego płótna. Raduski przybliżył się jeszcze bardziej i patrzał na tę pracę. Stara zgryzota, ze wściekłości co chwila przechodząca w szyderstwo, ruszyła się w jego piersiach.
— Kaliban z Burzy Szekspira... — szeptał bezdźwięcznie. — Półzwierzę, półczłowiek, a właściwie daleko bardziej zwierzę, niż człowiek. Marysia, czy Kasia, nasz kulturalny Haustier, przedmiot do posądzeń o kradzież, na którym robactwo ma wiekuisty serwitut. Patrzajcież! Koszulę sobie pierze, na Wielkanoc koszulę pierze... Nie ma drugiej, z pewnością nie ma drugiej, a na Wielkanocne gody któżby śmiał w czarnej koszuli? A tam leży święcone. Po siedmiu tygodniach ścisłego jejunium z solą i z olejem, dla oczyszczenia duszy z grzechów, a ciała z pokus dyabelskich...
Dziewczyna zlała tymczasem z balii brudną wodę, wchlusnęła z wiadra czystej i jeszcze raz namydliła swoją koszulę. Raduski przypatrując się jej nieruchomem okiem, rozmyślał:
— Wejdę do tej sionki, uchylę drzwi, cisnę na środek sto rubli... Albo może zastukam w okno, wywołam ją na dwór i, stojąc w ciemności, dam w rękę. Niech sobie wierzy, że to Pan Jezus zmartwychwstały, idąc po ziemi w ciemną noc temi stronami, zmiłował się nad nią...
Wyjął z kieszeni pugilares, otworzył jedną ze skrytek i szukał w niej palcami przez chwilę. Potem zamknął go prędko i odszedł z tego miejsca. W myśli jego przesunęło się w tej chwili zdanie: «Jak woda gasi pragnienie, tak jałmużna wysusza grzech» — i dziki śmiech, niby echo, zabrzmiał po niem w duszy.
— Więc to i w tej sprawie o mnie chodzi, o moje grzechy, nie o tamtego człowieka...
Wstrzymał się na chwilę i załzawionemi oczyma patrzał w jaśniejące okno. Postąpił krok w tamtą stronę i znowu się cofnął.
— Na cóż się zdało?... Uczyniłbym ją tylko winną kradzieży, tym razem znacznej. Jakże nędznem uczuciem jest litość...! Matka jałmużny, która usuwa z drogi naszej widok, dręczący czułość, a zarazem silnie podnieca subtelny egoizm ambrozyą pewności swych cnót...
Tak myśląc, szedł dalej uliczką i zbliżył się wprost do innego budynku na drugiej stronie szosy. Była to chałupa zapadnięta w ziemię. Okno jej stało na równi z błotem, do sieni zstępowało się po schodach, wyżłobionych w temże błocie. Duża izba mieściła widać kilka rodzin. W jednym kącie ktoś, mężczyzna czy kobieta, odgrodzony koniecznem przepierzeniem z desek, leżał na drewnianym szlabanie. W drugim, obok pieca, za parawanikiem z plecionych prętów, na wspólnym sienniku chrapało zapewne małżeństwo pod obdartą kołdrą watową. Przy tem ich łożu sterczała komoda z szufladami, widocznie mebel rodzinny... Pod samem oknem na stole, okrytym serwetą w różowe kwiaty, stały dwie «baby», dużo kiełbas, kiszka, salceson, butelki z wódką, chleb i placki. W głębi siedział człowiek zgrzybiały i, trzymając w lewej ręce dłutko, w prawej młotek, wykuwał litery na marmurowej tablicy pomnika. Wielką jego czaszkę, łysą jak kolano, z czoła oświetlał płomień lampki, ustawionej w środku samej płyty. Napis był długi, początkowe litery duże i grube. Raduski nie mógł odczytać tytułów zmarłego do nieśmiertelności, gdyż cały monument wierzchołkiem swoim zwrócony był w stronę okna. Starzec kuł pracowicie. Palce jego lewej ręki były mocno wytężone, jak gdyby grał na jakimś instrumencie, prawica wznosiła się i opadała stałym, równym, istotnie maszynowym ruchem. W ciszy nocnej słychać było szczęk uderzeń żelaznego młota o stalowe dłótko i ciągły, jakby płaczliwy zgrzyt kamienia. Głowa pracownika tkwiła nad płytą zupełnie bez ruchu, oczu, warg i brody jego wcale nie było widać.
Stojąc za tem oknem i słuchając szczęku, który zdawał się być podwójnie wrzaskliwym wobec bezwładności osób śpiących, Raduski myślał, jak bardzo biednym jest ten, kogo przyciśnie ów nagrobek. Śmiał się w duszy z tego świadectwa o wyniosłości między łzami, ale i współczucie zdejmowało go na samo wyobrażenie bólu, jaki cierpieć musi duch tego nędzarza, jeśli wszystko czuje i wie za światem istotną prawdę rzeczy ziemskich... Piersi jego ciała przywalą tym kamieniem, który nie jest tak ciężki, jak krople potu onego starca, jak jego przekleństwa i niezmierny ciężar wyzysku pracy jego rąk zgrzybiałych. To będzie dowód miłości synowskiej, ojcowskiej, małżeńskiej... Gdy się stamtąd odsunął i szedł środkiem drogi, uderzyły słuch jego wrzaskliwe tony harmonijki, głośne śpiewy męskie i piski kobiece. Jedna z chałup, której okna zakryto szczelnie firankami, położona na samym końcu przedmieścia, była siedliskiem owej gwarnej wesołości. Raduski rozejrzał się naokół i dostrzegł jedno tylko świecące okienko tuż przy drodze. Był to bardzo mały sklepik żydowski z żelazem. Prawie przy samych drzwiach stała tam szafka z desek, a na niej leżały gwoździe, poowijane w papier, kilkanaście kluczów, kłódek i trocha starego żelastwa. Pod oknem, na niskim, szerokim stołku garbił się mały chłopiec w barankowej czapie, reparując but z urwaną przyszwą i skoślawionym obcasem. Naprzeciwko niego, z drugiej strony maleńkiego stolika, siedział chłopak nieco starszy od szewca, w kaszkiecie i szarym zniszczonym kubraku. Bosą lewą nogę wyciągnął i oparł na stosie zdartego rzemienia, brodę podparł pięściami i patrzał na robotę szewca, który spiesznie żgał zmurszałą skórę szydłem i zawlekał dratwą.
— I brandzole całkiem wygniło... — rzekł mały żydziak — i przyszwa się rozłazi. Kiedy ja taki obcas mogę sprostować?
— Ale ty rób, nie gadaj! — rzekł chłopiec w kubraku.
— Żeby majster buł, onby może zrobił prędzej, a co ja mogę poradzić? Ty, Szymek, dlaczego nie przyszedłeś wcześniej z tym krypciem?
— Ale, wcześniej! Łatwo tobie gębą powiedzieć. Dał nam to pieniądze? O dziesiątej godzinie kazał przyjść do kantoru i to my jeszcze z pół godziny czekali.
— Ty, Szymek, dużo masz roboty w te fabryke?
— Czy dużo roboty? A żebyś ta zapróbował chociaż z dzień, z jeden, tobyś się dowiedział. Tych kuldów to, mówię ci, nawet nie czuję od walenia. W ślepie się kamyczki sypią tyle, jak mąka.
Mały szewc westchnął i rzekł po chwili, bijąc młotkiem w obcas:
— Jabym bardzo chciał tam robić, dlaczego nie? Już nie wiem, kiedy ja chodziłem po świecie...
— Cięgiem siedzisz na tym stołku? A jużci prawda, że kiedy idę, to cię widzę. Skądżeś ty, Mosiek, skąd, niby ze Łżawca, czy nie?
— Nie, ja jestem ze wsi.
— Z daleka?
— Ona się nazywa, ta wieś, Niemrawe.
Raduski przytknął twarz do szyby i usiłował zobaczyć twarz szewca, ale jej pod wielką czapką nie dojrzał.
— To się ta i ładnie nazywa, Jezus ci Marya! No, a i cóż ty ojca, matki nie masz?
— Ojca mam, ale mój ojciec... on głupi jest.
— Jakże to głupi?
— On ma głupie głowę. Lata ciągle bez koszuli, a czasem to i bez portek od wsi do wsi, na pole...
— Ehe... waryat!
— Może być waryat. Czemu nie?
— No a matka cóż robi?
— Co ona może zrobić taka matka? Trochę handluje, trochę idzie do roboty, trochę na żebry. W chałupie jest całkiem paskudna bieda. Tam tych dzieci, moje szostry i braty jest, albo ja wiem, z dziesięć...
— A ten twój majster cóż to jest twój krewny?
— Trochę krewny z moją matką. Ona jemu poprosiła bardzo ładnie, to on mię wziął do terminu. Ja już cztery lata siedzę na ten stołek. Aj, Szymek, Szymek...
— Cóż on, para, szewc jest choć i ten twój majster, a nigdy go tu niema, tylko ty, widzę, zawsze łatasz te buciory. Gdzież on się obraca na ten przykład teraz?
— Cicho, nie gadaj! Co tobie do tego, gdzie on chodzi, co tobie dyabli do tego! Ty chodzisz do swoje fabrykacye, on chodzi do swojego interesu...
— Yhy — ty głupiemu powiedz, do jakiego to on interesu chodzi. Ja niby nie wiem! Przecie wszyscy gadają, że to niby sklepik trzyma, buty łata, a czem innem się trudni.
— Cicho, durniu! Ja ciebie proszę, nie gadaj... Jakby on usłyszał, onby mi łeb obdarł ze skóry!
— Musi on cię prać tęgo, skoro się tak boisz.
Malec nie odpowiedział i w milczeniu nakładał obcas. Po chwili rzekł:
— Biednemu człowiekowi to każdy bije...
— A choćbyś i poszedł do matki, to cię tylko złoi i wygoni?
— Aj, Szymek, Szymek... — cicho westchnął żydziak i przerwał robotę. Ręce jego upadły na maleńki, wklęsły stolik, zawalony szydłami i nożami oraz brudnym, starym rzemieniem. Zsunął nieco czapkę na tył głowy. Wtedy Raduski zobaczył jego twarz piegowatą, z wargami niezmiernej grubości, jakby spuchniętemi, wybladłe policzki i oczy przedwcześnie zapadłe.
— Ale i cóż ty, Mosiek, nie robisz? Przecie się śpiesz!
— Mnie się spać chce, ja już nie mogę.
— Ale... będziesz mi ta bajał!
— Szymek, ja już nie będę robił. Ja już nie widzę nic. Mnie w oczach takie czerwone kawałki chodzą... Dla ciebie, na moje sumienie, jabym zrobił, ale nie mogę...
— Masz ci teraz! Jutro godne święto, a ten but rozpoczął i kończyć nie chce. Uu... jucho jeden, bobym cię tak strzelił w zęby, żebyś dopiero wytrzeźwiał!
— Szymek, ja tobie co powiem. Moje buty są całkiem dobre, ja ci ich na święto pożyczę. Ty majstrowi nic nie mów, to on nie zobaczy, bo ja będę siedział w chodakach.
— Ba! a wlezą?
— Co nie mają wleźć! Oni będą trochę za ciasne, ale wlezą na twoje nogi. Ale ty oddasz, na sumienie, oddasz?
— Cóż ci to nie mam oddać? Pokaż ino te buty.
— Ty w nich możesz iść do samego kościoła.
— Ale, prawda była! Pójdę do kościoła... To mi psiatreść na amen wyszło z głowy...
— Co takiego?
— No, jakże ja mam iść do kościoła w twoich butach? Przecieś ty, widzisz, żyd.
— No to co z tego, że ja żyd?
— Nie pasuje, rozumiesz? W żydowskich butach do kościoła nie pasuje. Jeszczebym oślepł w samo podniesienie, albo ta co...
— Bez co tak? Przecie nie kradzione.
— E... nie kradzione, ale jeszcze gorsze, bo żydowskie. U nas, widzisz tak: katolik to katolik, — niema gadania. Kupiłeś — to insza stacya, to już twoje, katolickie. A w żydowskich butach do kościoła... niema, niema!
— No, co to szkodzi. Na to jest sposób, ty masz teraz pieniądze, daj mi czterdzieści groszy i weź buty. My sobie oba powiemy, że to twoje, kupione. Po świętach ty mi buty odniesiesz, a ja ci oddam pieniądze. Tylko ja się boję, czy ty oddasz te buty... Szymek, ty wiesz, onby mi ze łbem obdarł...
Raduski zaśmiał się prawie na głos, gdy stamtąd odchodził. Posunął się jeszcze o kilkanaście kroków dalej. Były tam już tylko place i płoty. Z folwarku dolatywało ujadanie psów. Ból w ramieniu zbudził się znowu, niby sygnał ostrzegający. Raduski zawrócił ku miastu i szedł teraz środkiem drogi, prędko mijając sceny dopiero widziane. Na duszę jego wionęło jakby zgniłe powietrze, śmierć w sobie niosące. Przed nieruchomą źrenicą wszystko teraz rozsypywało się w znikomy proch na podobieństwo kształtów ludzkich, wykopanych w izbach Herkulanum, gdy je wzrok człowieka żywego wraz z żywem powietrzem ogarnie. W umyśle tkwiło jedno jedyne słowo przemierzłe i bolesne, mieszczące w sobie cały prawie rezultat myślenia: motłoch. Olbrzymie tłumy żydowstwa, zanurzone w niezbadanej nocy ciemnoty, na którą nigdzie niema lekarstwa, tłumy chłopstwa, nie tknięte ani jednym powiewem kultury. Przemysł fabryczny, stopudowym młotem druzgocący rzemiosło w tym celu, żeby płodami trudu obdartych tłumów zalać «rynki» bez najmniejszego pożytku dla cywilizacyi miejsca, z którego się począł... Motłoch jak był, tak jest sobą...
— Pókiż się będziesz tem zajmował, pókiż będziesz niweczył wiek swój? — ozwał się w Raduskim mięsożerny instynkt życia.
Zebrawszy do kupy wszystkie swe siły, chwycił się z nim samym za bary, ażeby mu z piersi raz wyrwać starą zgryzotę, która w niej tkwiła, jak grot włóczni Epaminondasa. Ale odrazu serce się ścisnęło, jakby nadchodził moment śmierci, a wędrowiec poczuł, że z chwilą wyrwania onego żelaza skonałby, jak Epaminondas. A nie było to przecie po Mantynei... Stanął wśród ulicy, wyciągnął leniwie ramiona i czuł, że teraz wsiąka weń ze wszech stron teadium vitae. Odejść dokądś, uciec, nie wiedzieć nic a nic, rozpłynąć się w jakiejś bezmiernej ciepłej kąpieli, spocząć w nicości na wieki, na wieki.
Szedł zwolna, noga za nogą, utykając w dziurach trotuaru. Naokół stała głucha, zupełna cisza. Wtem za murami domów, gdzieś w głębi miasta odezwał się dziwny dźwięk, przeszył powietrze i zginął aż na łonie obłoków. Po nim wyleciał drugi, trzeci... Raduski stanął jak wryty i słuchał. Samotny, wielki, odwieczny dzwon na starej wieży uderzał. O, jakże głos jego cudownym się wydawał! Nie był to sam dźwięk. Było to słowo. Raduski słyszał je uszyma i w dygocącem sercu swem, jak w cieniach nocy wołało:
— Jam jest, jam jest, jam jest...
Niby czarodziejski klucz, dźwięk ten otworzył bramy dziedzińców, niby ogień niewidzialny, zatlił światła w mieszkaniach. Chodniki zaroiły się od postaci, śpieszących co żywo. Słyszeć się dawał wesoły gwar rozmów. Biegły przeważnie służące w chustkach, wlokły się stare babiny, szli mężczyźni, głośno uderzając o kamienie wielkimi butami. Był to właśnie motłoch, White-Chapel łżawiecki. Jedna z gromadek zabrała Raduskiego ze sobą. Szedł pospołu z innymi, prędko minął ulice śródmieścia i znalazł się przed oświetlonym kościołem. Wejście główne było rozwarte. W pobliżu wielkiego ołtarza płonęły światła, a wgłębienia łuków, boczne kaplice i zakątki pełne były mroku. Zimno szło z murów i posadzki, wilgoć szkliła się na płytach i zczerniałym tynku. Gromady wiernych wciąż się zwiększały. Wszyscy prawie od samych drzwi aż do środka kościoła szli na klęczkach ku krzyżowi, który tam jeszcze leżał. Raduski usiadł w jednej z pierwszych ławek i przypatrywał się twarzom, a właściwie ich niewypowiedzianym wyrazom... Na wieży huczały dzwony. Potężna ich pieśń zwiastowała, że Chrystus zmartwychwstał. Raduski opuścił swe miejsce, wcisnął się między tłum i stanął w szeregu. Objął wzrokiem głowę, konającą dlatego, że była upojona świętemi myślami, najczystsze ręce, gwoździami przybite do drzewa za to, że się wyciągnęły przeciwko mocy żelaza, z błogosławieniem tych, którzy płaczą. Dusza dźwignęła się w nim. Prędka minuta skupienia, która była także chwilą głębokiej boleści, dała mu poznać ów zakon, że czuć znużenie i odpoczywać będzie miał prawo dopiero w takim momencie...



II

Nazajutrz Raduski przebudził się bardzo późno. Gdy skierował wzrok na szyby okien, dostrzegł, że je zmywają cienkie smugi deszczu. Zwlókł się z łóżka, ubrał i zadzwonił raz, drugi, trzeci... Dopiero po upływie kilkunastu minut ukazał się we drzwiach młody chłopiec z głową wysmarowaną sadłem czy słoniną, umyty, obleczony w czystą koszulę i strój świąteczny.
— Macie tu na dole restauracyę? — rzekł do niego Raduski.
— A jakże, mamy.
— Przynieśże mi herbaty, jaki kawałeczek mięsa, bułek, odrobinę masła...
Chłopiec patrzał na niego wyłupionemi oczyma.
— Cóż się tak martwisz, obywatelu?
— A bo, proszę łaski pana, jakże ja przyniosę herbaty i kawałeczek mięsa, kiedy storacya zamknięta?
— I czemuż to?
— No, przecie święto...
— Prawda... święto. Ale gdybyś tak spróbował, może tam będzie samowar nastawiony, tobyś i mnie po starej znajomości... Szklaneczkę herbaty — o więcej nie będę się napierał.
«Numerowy» wykręcił się i zwolna przymknął drzwi za sobą w sposób, który świetnego rezultatu nie obiecywał. Raduski dokończył ubierania się, siadł na małej kanapce i czekał. Upłynął kwadrans jeden i drugi, a chłopca nie było widać. Dopiero na odgłos dzwonka zjawił się z miną zafrasowaną i oświadczył, że ze śniadania nic nie będzie.
— Pan w kościele, pani tosamo, ani kucharza, ani Franciszkowej, lokaje się porozłaziły. W kuchni ognia całkiem niema. Proszę łaski pana — święto.
— Prawda i to jest. No a może ty wiesz, gdzieby tu w mieście można co zjeść; bo jak w tym sposobie ze trzy dni u was będę świętował, to, uważasz radca, kopyta wyciągnę. Nie wiesz o takiem?
— W mieście? E... w mieście to ja nie wiem... Ja tu dopiero dwa miesiące.
— Dwa miesiące. No a starszego numerowego niema tutaj u was?
— Jest starszy, Walenty, ale poszli tosamo do kościoła.
— A może jest jaki inny, ktoby mię objaśnił?
— Chybaby pan potjer, co jeździ na kolej, ale to nie jego dzieło.
— A on tutejszy, dawno tu już mieszka?
— Chyba, że dawno.
— Stary, młody?
— O, już w latach.
— A to go proś do mnie. Powiedz, że mam pilny interes. Nie będzie żałował fatygi. Idźże i powiedz, że go do siebie proszę na momencik.
Służący wyszedł, a po upływie chwili czasu stukano do drzwi. Wsunął się do numeru człowiek stary, szeroki w ramionach, suchy, zawiędły, z twarzą i czaszką obrosłą mocno szpakowatym i krótko przyciętym włosem.
— Pan dobrodziej sobie życzył?... — rzekł, mierząc Raduskiego iście hotelowem wejrzeniem, niby to schlebiającem, a w gruncie rzeczy tylko badawczem i taksatorskiem. Ręką trzymał się klamki, jakby na znak, że konferencya długo trwać nie powinna. Z warg jego nie schodziło zamglone oskarżenie: nawet dziś nie możesz mi dać chwili odpoczynku.
Raduski bystro i uparcie przypatrywał się twarzy starego, a wreszcie rzekł:
— Nie wiem, czy mi się zdaje, ale tak jakby pan Żołopowicz...
— Tak, jestem Hipolit Żołopowicz... do usług... — mruknął szwajcar, błyskając okiem z pod brwi nasępionej.
— Cóż pan u stu dyabłów robisz w liberyi hotelowej?
— Służę, proszę pana, za portyera.
— Bój się pan Boga, cóż to ja słyszę? Przecież pan miał w rynku ogromny sklep, jeden z największych sklepów korzennych w Łżawcu. Jak dziś pamiętam!
— Miałem sklep, — rzekł Hipolit Żołopowicz — ale go już nie mam.
— Cóż to się stało?
— Zwykła rzecz w naszym kupieckim stanie: zbankretowałem.
— Jakże, i tak zupełnie, żeś pan musiał wziąć miejsce portyera?...
— Ale... żeby tyle... Proszę pana, to miejsce ledwo, ledwo udało mi się dostać. Co się zaś tyczy bankructwa, to nie wyszedłem jeszcze na czysto. Jeszczem ludziom winien. Nie dużo tego, a przecie jest to temu, to owemu...
— Szczerze panu współczuję... — rzekł Raduski, wyciągając rękę.
Żołopowicz schylił się i nie podawał swojej, mamrocząc:
— Pan dobrodziej łaskaw... — Nie wypada, żebym... jako niby służący...
— Wstydziłbyś się pan! Byłem tylim knotem, kiedy u pana kupowało się chleb świętojański, cukier lodowaty i lukrecyę w patykach. Pan mię, naturalnie, znać nie może, ale ja z tych stron. Ojciec mój trzymał w dzierżawie niedaleko stąd folwark Niemrawe.
— Pan Raduski z Niemrawego... Ehe... Pan Raduski... Znałem, proszę pana, nieboszczyka rodzica. Pamiętam... Dawne to czasy. Brał u mnie na święta czy tę bakalię, czy cukier, czasami nawet garniec wina. A pan dobrodziej skądże do nas?
— O, ja zdaleka.
Żołopowicz patrzał na niego swemi zimnemi oczyma i milczał. W spojrzeniu jego malowała się taka ciekawość i odrobinę niechętne zdziwienie, jakby oglądał albatrosa z wyspy Borneo, fokę, czy krokodyla.
— Masz pan chęć, panie Hipolicie, to usiądź ze mną nachwilę i pogadaj. Miło mi pana widzieć... szczerze to mówię. Już tu ani w Łżawcu, ani w okolicy nikogo nie mam. Wszyscy moi pomarli, a pana z dzieciństwa pamiętam i pierwszą twarz pańską widzę znajomą z dawnych czasów. Ale, ale — jeść mi się chce siarczyście, a tu, podobno, nic kupić nie można. Możebyś mię pan oświecił, jak się dobrać do restauracyi.
— E... a to przecie pan dobrodziej nie wzgardzi przy tym dniu. Choć ja dzisiaj i portyer, ale pan dobrodziej święconem jajkiem nie wzgardzi. Czyby tu przynieść?...
— Dajże pan pokój! Choć to będzie wyglądało, żem się wprosił do pana, ale pójdę z przyjemnością. Chodźmy!
Żołopowicz poprowadził Raduskiego, zabiegając mu przy każdych drzwiach z prawej i lewej strony. Zeszli na dół, minęli sień wjazdową, dziedziniec i znaleźli się w przejściu bardzo czarnem. Stary otworzył drzwi i wprowadził swego gościa po kilku schodkach do izdebki małej i wilgotnej. Stało tam łóżko żelazne, niewielki stolik, nakryty obrusem i zastawiony święconem. Ex-kupiec postawił przed stolikiem jedyne krzesełko, usadowił Raduskiego, a sam zajął się odkorkowaniem jakiejś butelki. Pan Jan wodził wzrok po wilgotnych murach izby, patrzał przez okno, umieszczone tuż pod sufitem, na kury z cichem krakaniem defilujące za szybami. Żołopowicz lał szczodrze koniak w kieliszki, wziął w ręce talerz z jajkiem i wyrażał rozmaite pragnienia, z których połowa conajmniej tonęła w sapaniu. Raduski życzył mu wzajem wszystkiego dobrego i wnet zapytał:
— No, a teraz gadajże mi, kochany panie, jakimi sposobami zwaliło się to bankructwo.
Stary, tknięty w otwartą ranę swego serca, ruszył się prędko, nalał sobie drugi kieliszek, rzucił w gardziel zawartość jednem kiwnięciem dłoni i mówił:
— Pierwsza przyczyna to jest ta hyclowska kolej!
— Jaka?
— A dyć ta czuła kolej, łżawiecka.
— Nie rozumiem! Przecie wraz z takim środkiem transportowym wzmaga się no... życie przemysłowe...
— Życie przemysłowe... — powtórzył były kupiec, jakby się tego wyrażenia uczył napamięć. — Czy się tam ono wzmogło rzeczywiście, tego ja nie wiem, ale że my wszyscy beknęli za to baranim głosem, to jest święta prawda.
— No — ale dlaczegóż?
— Dlatego, proszę pana, że dawniej Łżawiec to była stolica na półtorej gubernii. Innego miasta nie mamy przecie. Wszystkie towary do małych mieścin szły od nas. My stawiali ceny. A nie chcesz, mówili my, to wal sam do Warszawy, prowadź frachtem towar do swojej Koziej Wólki. Ot! Wszystka szlachta, każdy człowiek, co się ubierał i jadł lepiej, z Łżawca brał but, kalto, surdut, futro, czapkę, ze Łżawca wiózł do siebie artykuł kolenialny. Pan tu był w szkołach, to pan dobrodziej musi przecie wiedzieć, że na ten przykład Drzewińska ulica to było siedlisko samych a samych szewców łżawieckich. Warsztat stał przy warsztacie, majster siedział przy majstrze, a u każdego po czterech, po sześci czeladziów. I nie potrzeba panu memu objaśniać, co to za buty ci ludzie formowali. Jak Wincenty Krupecki zrobił grube buty nieprzemakalne, to aus! Ten myśliwy mógł se dzień stać w bagnie po kolana i skarpetkę miał suchą.
— To prawda.
— A właśnie. Teraz cóż się stało? Krupecki, szewc, jeszcze Bóg wie z jakich czasów, niktby nie zgadł, co robi. Uwierzy pan dobrodziej? Pod kościołem, na żebranym chlebie. I nie można powiedzieć, żeby znowu pił ekstra... Drugi, Jan Widział, chla ordynarnie gorzałkę i siedzi na łaskawym chlebie u brata, co tu w Kamionkach ma posesyjkę. Waliszkiewicz ten się trzyma jeszcze z chłopcem, ale prawie mrze głodem.
— No — no...
— A na tej samej Drzewińskiej ulicy teraz sklep przy sklepie! Żydki, nie żydki, «warszawskie» obuwie prezentują za tylośnemi szybami. Trzewiczki, jak ulał, kamaszeczki, jak się patrzy. Tanie, śliczne. A że się we dwa tygodnie rozłażą, to cóż na to poradzić? Życie przemysłowe.
— Widzi pan, panie Żołopowicz, wielki przemysł ma to do siebie...
— To samo z krawcami. Przepraszam pana dobrodzieja, że nie słucham i sam gadam... To samo z krawcami i kuśnierzami. Tu pan dawnego człowieka nie zobaczy. Wszystko nowe, a złodziej na złodzieju!
— Ij — cóż znowu?
— Panie, szczerze mówię, że nic nie kłamię. Złodziej na złodzieju.
— No, a cóż ze sklepami korzennymi? Pan straciłeś, ale przecież tu byli rozmaici. Przypominam sobie sklep Helblinga, Barsztynowicza, panien Siepalskich...
— Proszę pana łaskawego — to jest długaśna historya. Helbling umarł, między nami mówiąc, zapił się. Ale już sztuk czasu przed śmiercią robił bokami, jak koń napalony. Skoro tylko zamknął oczy, baba jego, niby, mówię, żona, dawaj się w dwójnasób malować, a interes zwinęła i odstąpiła subjektowi starego Helblinga, Gwaździckiemu. Ten towar kolenialny prawie usunął, a za to podniósł do wielkiego stopnia wyszynk piwa i gorzały w przyległych pokoikach. Mówią, że mu setnie idzie. I pewno prawda. — Szynk to zawsze idzie. Co się tyczy Barszta, ryżego, to ten, licząc na pieniądze, jeszcze gorzej wyszedł ode mnie. Za to dzieci wyedukował fest, a teraz se siedzi u syna, u doktora w Warszawie. Z panien Siepalskich niema ani dymu, ani popiołu. To taką sztukę zrobiła z nami ta kolej, to życie przemysłowe, te filie banków. Ja wylazłem obrzydliwie. Nauki żadnej człowiek nie miał, szczerze powiedzieć. Z chłopca w knajpie wyrosłem na kupca pierwszorzędnego, a z kupca na odźwiernego. Liczyli mię na parę kroć, kiedy się ta kolej zaczęła. Otworzy się tani kredyt. Akurat mi dwie córki dorastały, synek był z klas wypędzony. Słałem toto wszystko do Warszawy na pierwsze pensye, płaciło się drogich profesorów. Tymczasem zaszedł nam wszystkim z jednego boku wielki sklep akcyjny, z drugiej strony żydki. Obrót był u mnie coraz mniejszy, boć nasze sklepiska z tym łżawieckim bonmarszem równać się przecie nie mogły. Córki zjechały z pensyów i dalej mi kołki na łbie ciesać: a mieszkanie, a meble, a fortepiany, a konie, a jakieś ta malowane obrazy. Wyznaczyłem był dawno posagi... czterdzieści tysięcy każda. Zaraz się też przystawił kawaler, niby to wielki aferzysta z Łodzi — i nabrał mię. Wydaliśmy za niego starszą, Łuckę, sypnęliśmy gotówką, a on też nie miał przecie nic pilniejszego, jak toto chlasnąć. Wziął się niby to do fundowania wielkiego interesu, ale blaga była... Ciort go ta zresztą wie, dość, że przełajdaczył wszystko i koniec. Młodsza nie zasypiała to samo gruszek w popiele. Z jej pieniędzmi już mi szło dyablo ciężko, a trzeba się było stawiać. Brałem z banku i brałem, a te nic, tylko bal za balem, do Warszawy, do Krynicy. Upodobały sobie świeże powietrze i musiałem willę stawiać. I, panie najmilszy, ja stary, com od dziesiątego roku żywota przywykł brać w łeb kuflem z ręki gościa, com własnem ciułaniem na subjektowstwie uskładał tyli fundusik, że można było sklepiczynę założyć, ogłupiałem na śmierć: powózem trzymał, foszmana w kapeluszu i w tym powozie jeździłem tutaj, w tym samym Łżawcu. Sześci lat nie wyszło, a jużem walił na dno. Jak mi zaprotestowali weksle, okazało się, żem bankrut. Zeszedł komornik... no i ocknąłem się na ulicy w jednym surducie. Żona z młodszą córką i z synem pojechała do Korbów, niby do zięcia, złapawszy co się dało, ale to... co się dało, a ja zostałem. Jeszcze są małe długi to temu, to owemu...
— O, smutna historya, — rzekł Raduski, jedząc szynkę z octem i chrzanem — bardzo smutna.
— Jak szlachta robiła takie sztuczki, to ludzie wrzeszczeli w niebogłosy: a marnotrawcy, a lekkoduchy, a tacy, a owacy! Dzisiaj, panie, kupiec, liczykrupa, co grosz od grosza zarabiał na pieprzu i na rodzynkach — to samo. Szlachcic teraz okropnie zmądrzał. Już tam on balów nie wydaje, karet nie trzyma, córek do Warszawy nie śle, jeden do drugiego na szklankę herbaty nie jeździ. A bo to tyle... — wrzasnął raptem, błyskając oczyma krwią nabiegłemi. — Człowiek w dostatku to jest, jak ta, uczciwszy uszy pańskie, sobaka. Przecie ja, panie, utrzymankę miałem tutaj, we Łżawcu. Moda taka była między nami, pierwszem kupiectwem, żeby każdy...
— No tak, to już sprawy uboczne. Wspomniałeś pan o sklepie akcyjnym. Skądże się to wzięło?
— Jak mam o tem rzec słowo, to mię tu ściska obcęgami. Sklep akcyjny... A no, wziął się u nas z niczego. Był tu taki inżynierek przy budowie kolei, pyskacz na ośm pokojów. Co ten miał w paszczęce i w tym języku, to ja nie wiem... Każdemu człowiekowi wgadał w łeb, co tylko chciał. On tu całe miasto przewrócił do góry nogami. Ile było zamożniejszych ludzi, ze wszystkimi się zmamrał i podbechtał do ufundowania sklepiku. Zrazu tam miało być tylko samo żelazo i to dla chłopów, żeby ich przecie mośki nie oszukiwały na kosach, na okuciu do woza i tak dalej. Potem przyrosła ni z tego ni z owego do żelaza — herbata, a do herbaty znowu nieduże samowarki, czajniki fajansowe, szklanki, łyżeczki. Nie opatrzyli my się, aż tu gruchnęło, że już we sklepie sprzedają mąkę i krupy. Rozpisali akcye po dwadzieścia rubli i prawie całe miasto przystąpiło do tej historyi. Dzisiaj pies kulawy nie zajdzie do innego sklepu, bo tam nie można powiedzieć, wszystko pierwszy sort, obsługi chmara i czego tylko żądasz — wszystko na miejscu. Głównego subjekta mają dyabła takiego, że żaden z naszych nie mógłby się z nim równać. No i obracają tylim kapitałem, że mi we łbie trzasło, jak tu jeden kolega cyfrę pokazał. I co się stało — nie tylko my, ale same żydy wyginęły. Był tu Berek Lanckoroński, miał sklep duży z żelazem, to musiał całkiem ze Łżawca umykać. Nie oparł się, aże gdzieś w Łosicach. Tam teraz handluje swoim towarem.
— Smutne są dzieje pańskie, drogi panie Żołopowicz, ale z drugiej strony ten sklep akcyjny nie zasługuje na potępienie...
— Nie zasługuje na te... Wie pan dobrodziej... powiem, jak przy świętym konfesyonale: żeby był stary Helbling nie umarł, toby on był tego inżynierzynę Baumana trutką zgładził. Bo to prawdziwie ten pies Bauman ukartował naszą zgubę. Helbling był mądry kupiec — ho, ho... My się wszyscy, jak barany cieszyli w trakcie wymierzania pod kolej, a ten tylko się uśmiechał dyabelskim manierem i mruczał: będziecie wy jeszcze inaczej śpiewali. No i stało się. Panie szanowny, racz pomyśleć, co to było zlecieć z tylego bogactwa aże do tej nory. Przecie u mnie tu w piersi wszystko żalem porznięte, jak nożem. Wierzy pan, że dla mnie czy tłuc się na stacyę za tym starym klekotem, czy wziąć i skoczyć do pierwszej lepszej studni, taka jedność, że to... Słowem wymówić...
— Mój panie, — rzekł Raduski, patrząc na niego przygasłymi zimnym wzrokiem, — powiedzcie mi jeszcze tę rzecz: masz też pan jaką nadzieję wybić się znowu, zrobić pieniądze, czy nie?...
— Żadnej! Oho-ho-ho... Poszło! Jakąże to nadzieję? Tak jakbym był z gębą i uszami w ziemię zakopany.
— A chciałbyś pan jeździć po tym Łżawcu karetą i trzymać aktorkę?
Stary rzucił zezem ostre spojrzenie i coś, niby rumieniec, prześlizgnęło się na czerstwej, szarej skórze jego policzków.
— Terazbym już takich rzeczy....
— Daj pan pokój! Co tam będziemy o tem gadali... Ja ze swej strony dołożę jedno słowo, chociaż ono pana wcale nie przekona. Zostaniesz taki sam, jak jesteś, tak samo zmartwiony, aż do śmierci, ale ja to powiem, bo tak, a nie inaczej rzeczy widzę. Czyś pan był szczęśliwy wtedy, jakeś pan jeździł na gumach? Nie. Pieniądz daje mnóstwo uciechy w życiu, ale też akurat tyle, a czasami więcej niż uciechy niesie ze sobą zgryzoty. Jeździć powozem, trzymać duże mieszkanie, służbę, oddawać córki na pensyę, a cytryny za podwójną cenę kosztu, to zrobi byle facet. Ale spaść z dużego lokalu na pierwszem piętrze do bardzo ciasnego w antresoli i drwić sobie z takiej maskarady, tego pierwszy lepszy kiep nie potrafi. Jeśli nędzny aktor gra w teatrze główną rolę, to wszystkich nudzi i złości — ale gdy znakomity artysta gra najpodrzędniejszą — wtedy dopiero sztuka idzie. Jesteś pan teraz w gronie ludzi pracujących, ludzi porządnych, na których świat stoi — i czego pan u dyabła masz kwękać?
— E... łatwo panu mówić... — rzekł Żołopowicz ze wzgardliwą niechęcią. — Sam pan przecie stanął w pięknym numerze, nie w antresoli, nosi pan ubiór doskonały, nie kacabaję...
— A bo my wszyscy powinniśmy mieszkać czysto i ciepło, chodzić w kortowych ubraniach, nie zaś w gałganach.
— To też to! Racya fizyka...
— Ale jakże możemy przyjść do tego, kiedy pasibrzuchy z głupoty dają bale za balami, jeżdżą karetami, dla mody utrzymują próżnujące dziewczyny i w takie oto bagna ciskają nasze pieniądze.
Portyer odął wargi, umilkł i siedział z zasępionemi brwiami.
Raduski czuł, że mówi, jakby do słupa wiorstowego. To też urwał tę gawędę, podziękował za gościnność i wyszedł. Z ulicy wrócił się jeszcze i spytał:
— Drogi panie, kto tu w Łżawcu mieszka z młodych lekarzy?
Stary wymienił parę nazwisk.
— A z adwokatów, z młodych? Niema tu czasem Koszczyckiego?
— A jakże, jest. Mieszka na Frontowej ulicy w domu Millera.
— Józef Koszczycki? Nie wie pan, Józef?
— Zdaje mi się, że Józef.
Raduski pożegnał go ruchem głowy i zamknął drzwi.



III

Wprost z hotelu «Imperial» udał się na ulicę Frontową. W drodze obejmował marzeniami lata przeżyte z Koszczyckim, — ową izbę niezapomnianą, gdzie się z Warszawą rozstał. Gdy przychodził do refleksyi, że za niedługą chwilę ma zobaczyć twarz człowieka z tamtych czasów, twarz samego Koszczyckiego, głębokie drżenie wstrząsało jego sercem. W ulicach snuły się gromady ludzi bogatych i biednych. Wszyscy mieli oblicza rozjaśnione, niektórzy bardzo wesołe, a trafiali się i może cośkolwieczek nadto figlarnie uśmiechnięci. Wiatr przycichł, deszcz ustał i ciepła, rozmarzająca, senna wiosenka błąkała się między murami.
Na ulicy Frontowej Raduski już zdala spostrzegł szyld: Józef Koszczycki, adwokat przysięgły. W sieni widać było drzwi z tym samym napisem, a obok drut zardzewiały i drewnianą rączkę dzwonka. Przed progiem leżała słomianka zdeptana, jak niedola i czarna od błota.
Raduski maszerował wielokrotnie, chwytał rączkę dzwonka, lecz za każdym razem cofał się i puszczał w defiladę po ulicy, nie mogąc wydobyć ze siebie odwagi. Bezpośrednich, towarzyskich, przyjaznych stosunków z ludźmi nie miał tak bardzo dawno, że rozpanoszyła się w jego naturze zupełna dzikość, jakiś lęk wewnętrzny wobec spojrzeń i pytań, chociażby i bardzo życzliwych. Z drugiej strony, w samotności, nie zamąconej latami przez nikogo i nic — myśli, wyobrażenia, uczucia i odruchowe afekty zrosły się w całość tak zwartą, jednolitą, tak silnie indywidualną, że właściwie nie znosiła obecności, oraz przejawów cudzych uczuć i myśli. Nad tem wszystkiem zresztą panowało nieokreślone wzruszenie, trwoga przysercowa, tłumiąca decyzyę.
Po długotrwałych marszach i kontrmarszach w pewnej okolicy trotuaru, po wyczerpaniu wszelkich momentów i kresów, naznaczonych samemu sobie, targnął wreszcie rączkę dzwonka. Cienki głosik przebrzmiał w głębi mieszkania i nikogo, widać, nie przywołał. Gdy upłynęła długa chwila czasu, Raduski zadzwonił śmielej i głośniej. Dało się słyszeć głuche stąpanie kroków, zgrzyt klucza i drzwi otworzono.
— Pan Koszczycki jest u siebie? — spytał młodej dziewczyny w lejbiku, która patrzyła na niego wytrzeszczonemi oczyma.
— Ajno, jest.
— Można się widzieć?
— Można.
Zrzucił okrycie, minął długi, wąski mroczny korytarz i wszedł do salonu. Był to wielki pokój o trzech oknach. Firanki ze ślicznie wyhaftowanym monogramem J. K., bramowane wspaniałym pluszem, zasłaniały szyby, puszczając na salon światło przyćmione. W środku siarczyście woskowanej posadzki leżał ogromny dywan i stały banalnie wykwintne meble. Stół przykryty kapą dźwigał albumy z fotografiami i lampę z pięknym kloszem. W rogach kryły się mniejsze kanapy, fotele i stoliki. Wprost okien wisiała paskudna kopia z jakiegoś ucznia Guérina, czy Poussin’a, malowidło do cna zczerniałe, z jedynie widzialną czerwoną łydką kobiecą i podpiętą grecką tuniką.
Raduski zatrzymał się przy pierwszem oknie i patrzał w sadek tuż leżący. Ziemia okryta jeszcze była suchymi liśćmi, ułamkami gałązek przez wiatr strąconych, ale już ktoś jedną rabatę rydlem był skopał. Dalej ciągnęła się wąska uliczka między grubymi pniami drzew, pełna rzadkiego błota, w którem pławiły się jeszcze rozmiękłe szczątki lodu.
Drzwi sąsiednie cicho skrzypnęły i ukazał się w nich mężczyzna blisko czterdziestoletni, wysoki, kościsty i zawiędły. Czarne włosy nad jego czołem były już przerzedzone, w ciemnej, spiczasto przyciętej brodzie plątały się gęsto białe nitki. Oczy przeszywające i jak brylanty migotliwe bystro patrzały z pod brwi zsuniętych, pięknych, prostych, jak dwie linie.
— Raduski... — rzekł pan Jan, nie ruszając się z miejsca.
— Co ja widzę? Jaś! — krzyknął Koszczycki, roztwierając ramiona. — Chłopie kochany, jak się masz! Objął go mocno i ucałował. Po chwili wziął go za ręce i wstrząsnąwszy je raz koło razu, mówił:
— Jak mi Bóg miły! To ta małpa... Właśnie kilka dni temu ktoś mi się pytał o ciebie... Zaraz... czekaj że... któż mi się to pytał o ciebie? Nie mogłem nic powiedzieć, bom i nie wiedział ani tyle. I cóż u ciebie słychać?
— A no, wracam.
— Prawda, prawda...
Cień zasępił twarz Koszczyckiego i jakby zimnem tchnął na obydwu. Przeszli do sąsiedniego gabinetu, który pełnił obowiązki kancelaryi adwokackiej. Był to pokój niewielki, ciemny. Proste biurko, dźwigające pliki papierów, stało przy ścianie. Dokoła wyciągała się długa, czarna ława. W szafie bez szyb leżały i stały książki, przykryte dość grubą opończą pyłu.
Koszczycki siadł w drewnianym fotelu przed biurkiem, gość na krześle wyściełanem. Zajrzeli sobie w oczy jeszcze raz, uśmiechnęli się do siebie... Ani jeden, ani drugi nie mógł sformułować zdania, któreby teraz pasowało. Sam tylko wzrok przybysza cieszył się widokiem kamrata z lat dziecięcych, obejmował to samo piękne czoło, wydatny, chrząstkowaty nos, ściśnięte usta i śmiałe, płomienne źrenice...
— Myślisz osiąść tutaj, w Łżawcu? — spytał wreszcie Koszczycki.
— A tak.
— Chcesz zapewne szukać jakiego zajęcia?
— Rozumie się, coś będę majstrował.
Mówiąc te słowa, Raduski patrzał w oczy kolegi z usiłowaniem odnalezienia w nich wyrazu przyjaźni z chwili powitania. Nie było go tam już, a raczej był schowany w prędkich, dziwnych błyskach.
— Jeżeli ci mam wyznać szczerze, to żałuj, żeś obrał na mieszkanie tę dziurę. Trza było niezwłocznie do Warszawy. Tu we wszystkich sferach, które ja znam, takie stosunki, że prawdziwie, z ręką na sercu, radziłbym ci wcale nie próbować. O posadę, chociażby tylą, trudno tak, że to przechodzi ludzkie wyobrażenie!
— Ja miejsca płatnego na razie nie będę szukał... — rzekł Jan. — Mam pewien fundusz, który mi pozwoli żyć tak. Właściwie zaś, myślę o jednem przedsiębiorstwie w Łżawcu...
Koszczycki oglądał swe paznogcie i milczał. Gdy podniósł oczy, Jan uczuł w sercu nieprzewidziany smutek, prawie taki sam, jak wówczas, gdy za miastem otrzymał uderzenie pałą.
— O, jeżeli masz jakiś fundusz, to tu interesa robić można... — rzekł adwokat. — Zależy, rzecz prosta, od wysokości kapitału. A ty na czemżeś, brachu, pieniądze zrobił?
— Nie zrobiłem, niestety, tylko dostałem w spuściźnie po stryju, który, może pamiętasz, gdym był w sztubie, raz mi przysyłał trzyrublówkę na miesiąc, to ją znowu za rozmaite przewinienia konfiskował. Kiedy poszedłem do uniwersytetu, ujrzał we mnie tyle win, że mnie znać nie chciał, później wyklął i wydziedziczył, a koniec końców, umierając przed trzema laty, zapisał mi całe swe dobro.
— No, a dużo tego? — zapytał ciekawie Koszczycki.
— Po sprzedaniu gruntów, rudery, gratów et caetera okazało się jakieś z górą dwadzieścia tysięcy rubli.
— E... bracie! Z takim pieniąchem to tu możesz zacząć, jaką chcesz sztukę i dorobić się... Ja w tem! Uważasz? Ja w tem! Ale... ale... chodźże, przedstawię cię żonie.
Żywo porwał się z krzesła i ciągnął gościa do wspaniałej sali. Na chwilę znikł w drzwiach sąsiedniej komnaty i wyprowadził stamtąd żonę swoją, młodą, ładną, tłustą blondynę. Była w stanie odmiennym i to ją żenowało w chwili, gdy mąż przedstawiał jej Raduskiego. Zamieniła też z tym ostatnim kilka ledwie grzecznych frazesów i pod pretekstem przyrządzenia jakiegoś barszczu wielkanocnego wysunęła się z salonu.
— Nim się podzielimy święconem jajkiem, braciszku drogi, musisz mi wygadać o sobie wszystko — od a do z — mówił Koszczycki w tonie wielce przychylnym.
— Moje życie nie jest wcale ciekawe, nie interesujące. Całą historyę można zawrzeć w trzech, czterech zdaniach, ale tyś mi winien opis twego życia. Idzie ci, chwała Bogu, dobrze?...
— Nie mogę powiedzieć, — idzie nieźle... — rzekł Koszczycki, wjeżdżając na tor właściwy teraz dopiero. — Ożeniłem się... — mówił z nieporównaną swadą ludzi, którzy kochają się w malowaniu dziejów ich żywota bez względu na to, czy one choćby w części są tak bogate i godne przytaczania, jak życie tych, którym je prezentują. — Ożeniłem się, uważasz, pięć lat temu, wziąłem za magnifiką kilka tysięcy papierów, urządziłem budę. Oto jest główna sprawa. Dziś braciszku, mam w Łżawcu tak zwaną śmierdzącą klientelę: żydów, chłopów, łapserdaków, ale za to... prawie wszystkich.
— Patrzajże!
— No, tak. Zgarnąłem z przed nosa starym ananasom, palestrze osiwiałej i ołysiałej między tymi murami — wszystko, co się dało. Kiedym tu przyjechał i, po dwu latach dependowania u boku jednego augura, porwał się na otwarcie własnej kancelaryjki za pięćset rubli Mośka Jupitera, — oni mi włazili za pazurki... Hoho... nie masz wyobrażenia, com ja z nimi przeszedł! We łbie mi siedziały idee żakowskie, skrupuły, przeszkody, względy, sympatye i antypatye. To też miałem na kupie kilkadziesiąt rubli dochodu rocznego. Wlazłem w długi po kostki. Rozpacz mi się łba czepiała... Ale Bóg strzegł. Na dependzie i przez czas własnej praktyki zbadałem dostatecznie palestrantów i oświeciłem się cokolwieczek. Zacząłem ja, uważasz, inaczej rzecz prowadzić. Postanowiłem zrobić dwa kroki naprzód, a mianowicie: sypnąć od razu groszem między agentów — to raz, — a drugie — brać sprawy, jakie tylko są na placu. Dictumfactum. Wtedy właśnie trafiła mi się dosyć śliska historyjka kryminalna. Pewien żydek miał nieszczęście przyspieszyć zbyt wyraźnie zgon swego wspólnika... Głośna heca... możeś nawet słyszał. Dowody były bardzo, bardzo skaczące do ślepiów. Przylazła do mnie żona tego Dreihafta, zaczęła molestować... Wziąłem ja tę sprawę. Wpatrywałem się w nią uważnie, ze wszystkich boków — i jakiem ci, braciszku, wyrżnął mowę w okręgowym, tak tego bestyę całkiem uwolniono. Absolutnie uwolniono! Od tej pory drzwi się nie zamykają...
Raduski siedział uśmiechnięty, od niechcenia rysując palcem zagadkowe litery w cienkim pyle na powierzchni stołu.
— Prawdziwie... Ale to wpadłeś na doskonałą myśl zdobycia klienteli... — rzekł zcicha. — Dużo też rocznie zarabiasz?
— Zarabiać zarabiam tak... po trzy, cztery do pięciu..
— Tysięcy?
— No, przecie nie kopiejek.
— Bagatela.
— Widziałeś pod banhofem duże chałupsko na ukończeniu, ceglane, dwupiętrowe? To moje, uważasz pan... Tobiebym nie radził w tem gmerać. Ambarasu po dziury w nosie, a procent będziesz z tego miał licho wie kiedy...
— Ale rozumie się! No a cóż na to wszystko palestra, osiwiała i ołysiała między murami?...
— Ba, ba! Mieliśmy z palestrą wojnę, śpiczaste wyjaśnienia, zerwanie stosunków, polepszenie stosunków... Teraz jesteśmy w stadyum cichego, acz uprzejmego kopania dołów. Naprzód, kiedym żył skrupułami i chodził ze srogą dziurą w bucie, traktowano mię z życzliwem współczuciem, jak miłego szczygiełka o ładnem upierzeniu. Po wygranej w sprawie Dreihafta, rzucili się na mnie, jak na dzikiego tygrysa, z czem kto mógł: z oszczerstwem, z plugawemi kłamstwami, ze wzgardą; z udawaniem, że na świeżem powietrzu nie dostrzegają moich ukłonów, a w salonie wyciągniętej ręki. Rozumiesz to?
— Rozumiem. Dlaczegóż nie miałbym?...
— Skoro zauważono, że u mnie pode drzwiami wystają tłumy żydów i chłopstwa, wezwano mię na «zebranie koleżeńskie».
— Na zebranie koleżeńskie?... Jednakże!
— Tak! — mówił Koszczycki, z całej siły ściskając ramię przyjaciela i wysuwając na bok dolną wargę. Oczy jego świeciły się pod zsuniętemi brwiami zimnym, nie płonącym blaskiem, jak fosfor w ciemności; złowrogi uśmiech dźwigał krótkie wąsy i odsłaniał szereg białych zębów. — Wezwano mię na zebranie... A... poszedłem! Wdziałem czarny tużur, czystą koszulę, nowy krawat, uczesałem się i poszedłem. Najstarszy z palestrantów, moczynos Skórkiewicz, zwrócił się do mnie, jako przewodniczący, uważasz? — jako przewodniczący w imieniu całego gremium, uważasz? z braterskiem napomnieniem. Prosił, w imieniu tego gremium, o zaniechanie moich praktyk i mojego sposobu działania — w imię etyki... Wiedziałem bardzo dobrze, iż owo słóweczko etyka wylezie staremu krętaczowi z gardła, żeby tam nie wiem co! Czekałem na nie. Skoro tylko dźwiękło wśród płynnego szeregu zdań wysoce moralnych, tudzież bezinteresownie dydaktycznych, z właściwą skromnością zapisałem się do głosu. Wówczas ja potrzebowałem mówić parę kilkich słowa! Jestem adwokat dobry i swojej własnej sprawy nie przegrałem, braciszku, wobec całego «gremium», za to ci ręczę. Nie mam zwyczaju mówić pod wiatr ani jednego wyrazu, o tem ty wiesz nawet z tamtych czasów, więc i tu operowałem argumencikami pewnymi, jak tabliczka mnożenia. Primo — fakty, secundo — trafność. Wywlokłem z całego gremium jednostki, indywidua, figury, za pomocą może nawet cokolwieczek ordynarnego wskazywania palcem, uprzytomniłem sławnym mecenasom sprawy, jakie to wtedy oni prowadzili, cytowałem z imienia i nazwiska środki, manipulacye, stosunki, jakimi się posługiwali. Każdy mój argument uderzał i wywoływał niewątpliwy efekt, jak cegła, zlatująca wprost na ziemię. Mecenas X. brzydzi się tem, że Mosiek Kropla sprowadza mi klienta za umówione kwantum kopiejek, ale sam nie brzydził się sobą, kiedy tyle a tyle lat temu, w sposób taki a taki, dziesięćkroć gorszy od moich, wkręcał się w łaski firmy fabrycznej Uhr Nozdrzycki et Cie przez takich a takich fagasów... I przykłady. Mecenas Y ciska na mnie kamieniami za to, że broniłem sprawy Drejhafta i mnóstwo innych w tym rodzaju. A czy też mecenas Y pamięta jeszcze sprawę a, b, c, d? I fakty, daty, szczegóły! Wszystko w zęby! Zaledwie tym porządkiem czterech zbliżyłem do światła, jużem coś ważył na sali sprawiedliwości, a w momencie przerwania tego konsylium sprawa moja wszystkim, bez różnicy wieku i zdolności oszukańczej — wydawała się białą, jak papier welinowy.
— Cha, cha, cha... — zaśmiał się Raduski.
— Swoją drogą, uważasz, walka trwa, tylko cicha, cichuteńka. Jeżeli się gryziemy, to milczkiem, jeżeli psy na sobie wieszamy, to w głębokim sekrecie i wśród bardzo ciemnej nocy. No, a gdy zrobię dużego pieniącha, wszystko to ustanie i przyjdą mi jeszcze łapę lizać. Wierz mi!
— Ależ naturalnie!
— Oto tak się prezentuje moja sprawa z wierzchu. Uważasz braciszku? Co się tyczy mnie samego, jak to mówiło się na Kruczej, «mnie samego w sobie», to i to również warte jest paru słów ścisłej definicyi. Już mi się kilkakrotnie zdarzyło, że mili ludzie, a szczególnie koledzy z budy, upatrywali we mnie strąconego anioła. Tę samą opinię czytam w twojem szyderczem spojrzeniu...
— W mojem spojrzeniu nic nie czytasz, mój stary — rzekł Raduski.
— Być może bardzo, że się mylę... A gdyby nawet tak było, chętniebym z tobą o tem pogadał. Widzisz tak... Paru z naszych kolegów, między innymi ciebie, nie mogę uprzytomnić sobie inaczej, tylko jako pewnego rodzaju posągi, biusty, wizerunki.
— Masz teraz!...
— Jest to zapewne jakiś brak mojej wyobraźni a nawet, kto ją tam wie — inteligencyi... Mnóstwo ludzi z tej samej sfery, dawnych towarzyszów rysuje się przedemną barwnie, jasno, mocno. Ten jest, bestya taki, ten owaki, ten ma taką zaletę, a taką wadę, taką nawet obskurną wadę. O was... nic nie umiem powiedzieć. Wy jesteście jacyś papierowi, płócienni, bronzowi, czy gipsowi, jacyś malowani ludzie. Wy nie macie wad, ale też dla mnie, daruj! — nie macie zalet. Człowiek zwyczajny, jest to przedewszystkiem człowiek, wieczny poszukiwacz kawałka chleba dla siebie i swych dzieci, jest to mrówka, biegająca tu i tam. Geniusz, łeb w jakiejś dziedzinie nadzwyczajnej może sobie mieć wasze papierowe przymioty, gdyż on za to produkuje tyle, że setki, tysiące nim się żywią. Ale wy nic tak znowu szczególnego nie produkujecie. Jesteście pospolici młynarze codziennego ziarna, tylko nie zwijacie się przy tej maszynie życia. Sterczycie w naszej obecności z minami Arystotelesów, Giordano Brunów, czort zresztą wie kogo... Takiego, naprzykład, Staśka Laskońca, ciebie — ja nie przedstawiam sobie inaczej, tylko z twarzą bladą, z wieńcem laurowym na skroni, ale z jakiej racyi te wieńce mają się wam należeć, nie wiem, bo przecieście i tych wierszy nie pisali... Pamiętasz, naprzykład, starego poczciwca Hezjoda? Lubiłem tego chłopa ogniście, jako, rozumiesz, kamrata, jako fujarę do bajtlu, do szachów, do sprzeczki o jaką tam... logię... Ale cóż to był, proszę cię, za człowiek? Z rady nie wiem już czyjej, zwalił się tu do powiatowego miasta, do Pałąków. No!... niema tam dużego terenu, ale jest sąd, można żyć, mając kepełe nad kołnierzykiem. Cóż się okazało? Ten kulfon brał sprawy o tyle, o ile były ten tego z etykami, ze sprawiedliwościami społecznemi... Zgadnij też, ile zarobił przez pół roku?
— Nie zgadnę.
— Rzeczywiście... to trudno. Zarobił siedemdziesiąt pięć kopiejek. Wyraźnie rubli srebrem siedemdziesiąt pięć kopiejek! No żarł ci podlissime, mieszkał podle, w dziurawych krypciach łaził; przywiązała się jakaś brzuszna historya i poszedł ze swą etyką do Abrahama na lepszy wikt i na jakie takie piwo. Oto masz: jeden papierowy...
— O Hezjodzie, jak łatwo pojmiesz, słyszałem piąte przez dziesiąte. Niech śpi w spokoju... Co do mnie, to nie należy mi się, rzecz prosta, żaden wieniec. Staśkowi zaś, a właściwie jego świętej pamięci, jego, jak mówisz, malowanemu wizerunkowi, należy się, ale cierniowy.
— Pamięci? A cóż to i ten umarł?
— Umarł, braciszku.
— Kiedyż to? bój się Boga! Nic nie wiem...
— To niema żadnej łączności z twojemi sprawami. Papierowy człowiek był, deszcze go rozmoczyły, burza go poszarpała na szmaty, a dziś niema zeń ani jednego włókienka — oto wszystko. No, gadaj dalej...
Koszczycki milczał przez chwilę. Twarz jego drgała i błądziły po niej ciemności. Wkrótce opanował się i mówił tonem, w którym czuć było pewność siebie:
— No tak, tak... Ja należę do tłumu, do szeregu ludzi pospolitych, ulepionych z tutejszej gliny, kierujących się w życiu wielce ordynarnemi, zgrzebnemi maksymami. Ale czy uwierzysz, że ja to właśnie jestem bliski tego życia, bliski jego duszy i serca? I nie tylko tyle... Ja mogę sprawić, żeby się w tem życiu działa minimalna, jedynie możliwa przemiana materyi, jakieś poprawki szelmowskiej duszy ludzkiej, niedostępne dla gołych źrenic dyletanta. Mogę, naprzykład, oddziałać, żeby jeden filister ustąpił drugiemu tam, gdzie to zrobić może bez szwanku swych interesów, a tylko nie chce; żeby jeden drugiemu darował zemstę, odpuścił zniewagę; żeby bogaty nie zdzierał ostatniej skóry z biedniejszego... Ja nie jestem od cnót, ani od cnót ogłoszonych, ani od robionych, sam się z ochotą pożywię na drugim, gdy mogę, ale czasami urządzam sobie taki deser.
— Chwała cię za to nie minie...
— Ty zaś i twoi z wielkimi wyrazami, to ci pod słowem honoru mówię, szkodzicie tylko... wyrazom, w śmiech je obracacie. Mój kochany Jasiu, czyż ty znasz ludzi, czy ty znasz świat, czy znasz życie? Widziałeś go tyle akurat, ile się, naprzykład, chwyta okiem przestrzeni w ciemną noc, przy świetle błyskawicy. Kiedy ja, po upływie dziesięciu lat wpatrywania się w to życie człowiecze, wracam wolną chwilą do wyobrażeń młodości, które ty jeszcze piastujesz, to daruj, ale mi się nawet gadać o tem nie chce! Ja przecie, braciszku, nic innego nie robię, tylko docieram do prawdy, życiowej prawdy, esencyi zdarzenia, jak było, w jakim porządku się odbywało? Nic innego nie robię, tylko wywłóczę i rozpatruję cuchnące bebechy człowieka, badam trzeźwo, bez odrobiny, bez cienia pesymizmu, bo z natury jestem sobie człowiek wesoły. Jak lekarz robi sekcyę truposza, znajduje przyczyny i powody śmierci, zwyrodnienia i zaburzenia organizmu, tak samo ja z tem życiem mrowiska ludzkiego: otwieram je i roztrząsam. A czy wiesz, jaka jest suma i ostateczny wynik moich doświadczeń?
— Nie wiem, bo i skądże mógłbym wiedzieć...
— Oto, wierz mi, natura człowieka jest zła. Co więcej — jest podła. Człowiek — jest to skrytobójca i złodziej, tchórz i krzywoprzysięzca...
— «Pełne fałszu i chytrości krokodyle plemię...»
— Nie inaczej, mój złoty! Chciej tylko, chociażby przez chwilę, wysiłkiem pociągnąwszy wolę, wspiąć się na pazury i zajrzeć bystro w bliźnich odmiennemi źrenicami, albo lepiej — wmyśleć się i wsłuchać w samego siebie, jakby to czynił obywatel z innej gminy i parafii. Czy rzeczywiście zobaczyłbyś tam aby jedną zdecydowaną cnotę w postaci czystej, aby jeden z pewników, jedną z prawd, jakie wysławiamy, nie myśląc wcale o treści słów naszych? Przypomnij sobie tych ostrowidzów, którzy śmiało badali tajemnice serca ludzkiego. Weź, naprzykład, Hamleta...
— E... Hamleta!...
— Był to wytrwały i sumienny podglądacz, jeden z tych, co to lubią włazić w krater wulkanu dla zobaczenia własnemi oczyma, jak to tam robi owa natura... No i nie możesz twierdzić, żeby taki Hamlet przychodził do refleksyi optymistycznych. Jako środek uniknięcia tego gadu, który nazywamy sercem ludzkiem, rekomenduje metodę: «umrzeć... zasnąć...» Inny badacz, nierównie zdolniejszy od królewicza Danii, Napoleon pierwszy, znał po królewsku stado ludzkie i zaczął je też gnać żelaznym kańczugiem według swojej woli.
— Ij... Czy to aby nie są jakie paradoksy?...
— To ci się tylko tak widzi, że paradoksy. Weźmy, proszę cię, takie tylko zjawisko, jak ludzką namiętność do pieniędzy. Czegóż to człowiek dla nich nie poświęci? Wskaż mi tę świętość, tę cnotę, to prawo... Przedstawię ci zresztą jeden kawał, który całą rzecz wytłumaczy. Był tu, może pamiętasz, na szosie warszawskiej farbiarz, stary Miller z Niemców, z Czechów, czy z jakichś tam dyabłów, dość, że miał gruby kapitał. Siedział tu nad rzeczką całe życie w swej nędznej budzie, gołemi kolanami świecił, a grosz do grosza ciułał. No, uważasz, bracie, sztyrbnął ten Miller. Testamentu żadnego, familii ani na lekarstwo, a w samym tylko banku warszawskim leżało gotiu ośmdziesiąt tysięcy rubli. Cóż się nie robi... Mamy tu w mieście rozmaite rybki, między innemi jest pewien pokątny doradca, istny geniusz, pan Kołpacki Hilary. Już go sądy wielokrotnie prosiły siedzieć, ale to nic. Business precz robi. Pan Hilary, pan Siapsia Kirszenbaum, oraz pan Nuchym Poniedziałek zeszli się skromnie w handelku Gwaździckiego, ucięli małą radę — i cicho sza. Zaraz następnego dnia zjawił się kuzyn nieboszczyka Millera, urzędniczek, czy kolejarz. Skądś, bestyjka, wylazł z Pabjanic, czy z Łodzi, słowem — ukazał się w żałobie. Przyjechał z wielkim płaczem oglądać jedyne pamiątki po stryjaszku. Towarzyszyli mu w tej smutnej procesyi dwaj panowie izraelici. Mecenas Hilary wcale się nie ukazywał. W stancyjce nieboszczyka stryja była trocha obskurnych gratów: łóżko żelazne, siennik, stoliczek... Bystrooki radca Kirszenbaum zaczął pilnie szukać testamentu i, wyobraź sobie, znalazł. Leżał testament, jak byk, w szufladce, między zardzewiałymi gwoździami, testament pisany po niemiecku, w którym stryj Miller caluteńki swój majątek przekazuje bratankowi Millerowi z Pabjanic, czy z Łodzi. Ano — wszyscy czterej ogromnie się ucieszyli. Pan Kołpacki urżnął się przy tej okazyi z radości i wyciął pięścią w brzuch samego Gwaździckiego. Jazda do sądu, dla formalnego stwierdzenia aktu! Wszystko zostało załatwione, jak się patrzy i młody kuzynek podniósł pieniądze, gdzie tylko jakie były. Zebrało mu się w kieszeni, uważasz, około stu tysięcy rubli... Ale cóż się wtedy nie okazuje! Mecenas Kołpacki otrzymał nagły list z Wrocławia, czy skądś tam, że w takim a takim punkcie przemieszkuje rodzona żona z dziećmi papy Millera. Ta żona grozi, że testament musi być unieważniony, że jej się wszystko należy. Pędzi, uważasz, mecenas Kołpacki do młodego Millera, który już był we właściwy sposób napoczął grajberów i przedstawia mu całą grozę sytuacyi. Młody i lekkomyślny spadkobierca traci przytomność. Wtedy mecenas podejmuje się zamazać sprawę, babę uciszyć, otumanić jej głowę wykrętami prawnymi, wyłgać słowem urzędowy akt zrzeczenia się całej schedy. Na to trzeba, oczywiście, pieniędzy. Ile? Prosta rzecz, jakieś piętnaście tysięcy rubli. Lekkomyślny młodzieniec w strachu o całość sypie fajgle na stół, pan Kołpacki zgarnia je w kabzę i grzmi niby do Monachium, czy do Wrocławia...
— Szybkim sposobem zrobił pieniącha... Co?...
— Nieobecność Kołpackiego trwała kilka miesięcy. Wówczas rozmaici krewni farbiarza zaczęli szturmować listami do panów Siapsi Kirszenbauma i Nuchyma Poniedziałka, którzy ze swej strony musieli na gwałt uciszać tych niebezpiecznych krewniaków funduszami spadkobiercy. W trakcie tego wraca z zagranicy główny mecenas i oświadcza, że baba nie zgodziła się na żadne ustępstwo, że jedzie do Łżawca z groźbami wdrożenia procesu. Z piętnastu tysięcy rubli nie została ani złamana kopiejka. Wtedy także wszyscy trzej mecenasi zaczęli straszyć ogłupiałego Millera szeptaniem, że testament rzeczywiście jest niepewny i że lepiejby było zawczasu bryknąć w jakie miejsce. W istocie też wszyscy czterej puścili się do Austrji. W Wiedniu...
— Ślicznie... ale to wszystko miało czegoś dowodzić?...
— To wszystko i następne wysoce ciekawe perypetye aż do przymknięcia trzech inspicyentów i prośby o długie siedzenie — znakomicie pokazuje, że nasz świat łżawiecki składa się mutatis mutandis z takich oto Millerów, Kirszenbaumów, Kołpackich. Marzyć, że się tchnie w te instynktowne ruchy ślepego żywiołu ludzkiego jakąś ideę, znaczyłoby według mnie, tyle, co dmuchać na morze z zamiarem powstrzymania jego przypływu. A czyż my sami nie stanowimy jego kropel? Czy nie tak samo rozwalamy obcasikami fizyognomie naszych bliźnich w gonitwie za pieniądzmi, ażeby mieć możność pielęgnowania pewnych cnót, niby kwiatów cywilizacyi? — Mówże, nie mam słuszności? W społeczeństwie dzisiejszem trza przedewszystkiem i koniecznie mieć na to, żeby można być uczciwym, nieskazitelnym, kultywować honor — podobnie jak trzeba mieć fundusze na kolekcyonowanie numizmatyki, sztychów, czy malowideł. Jeden z młodszych kandydatów do posad sądowych ujął nawet to zjawisko w aforyzm bardzo, mojem zdaniem, udatny. Rzekł mianowicie, że szlachetność myślenia i postępowania znajduje się prostej zależności od dochodów.
— Z młodych mówisz? To widzę, skłonność do ścisłych definicyi ogromnie się krzewi wśród młodzieży, wstępującej w życie!...
— Mniejsza o ironię, bo tu, braciszku, idzie właśnie o to, czego chciałem. Kto nie korzysta z czasu, żeby w chwili szczęśliwej chwycić garścią majątek, ten nie należy do szeregu ludzi rozumnych, a eo ipso godnych uwagi. Tak jest zbudowane nasze życie.
— Dlatego niby, że to orzekł kandydat do posad sądowych?
— Nie! Dlatego, że właśnie życie mówi to samo. Nic nie pomogą twoje ironiczne uśmiechy. Chcesz mi dowieść, że ja jestem mało wart dlatego, że zębami i pazurami gromadzę majątek... Ty mi teraz wytłumacz, objaśnij mi, jaką korzyść przyniosła światu śmierć Laskońca?
Raduski spojrzał na niego dzikiemi oczyma i wstał ze swego miejsca, mówiąc:
— Nic ci już nie będę tłumaczył, gdyż wychodzę... Przeproś żonę i tego...
— Ale słuchajno, fujaro, może ja ci zrobiłem przykrość?... Widzisz, ja szczerze gadałem, ja z pod serca... Zostańże, nie rób mi tej przykrości! Proszę cię... słuchajże...
Raduski uderzył go kilkakroć po ramieniu, zaśmiał się i wyszedł z mieszkania.



IV

W marcu i kwietniu Raduski zajmował się gorliwie utrwaleniem egzystencyi swojej gazety. Wkrótce po przyjeździe słyszał stąd i zowąd, że przed kilkoma laty wychodziła współrzędnie z Gazetą łżawiecką, organem, bez którego nie było możności uzmysłowić sobie miasta, druga kierowniczka opinii, pod bezinteresownem i skromnem zawołaniem Echa łżawieckiego, trzykroć w ciągu każdego tygodnia informująca Europę o losach gubernii, tudzież tej okolicy, a gubernię o losach wyż wzmiankowanej Europy. Na piętnaście miesięcy przed przybyciem Raduskiego Echo łżawieckie po dwuletniem wzywaniu do prenumeraty z takim skutkiem, jakby się rzecz odbywała w centrum pustyni Gobi czyli Szamo, chwiać się poczęło w posadach, zniżać do upadku, a wreszcie z właściwym hałasem runęło w grób na czas bliżej nie oznaczony. Żeby też jeden promyczek wiary w przebudzenie oświecał mogiłę tego pisma!
Tymczasem, ledwie upłynęło kilka tygodni ciszy, tak pożądliwej przez miasto, znowu, niby błyskotliwy fajerwerk, wyleciały na Łżawiec numery ze zwoływaniem jakiejś kategoryi mieszkańców, stale tytułowanych «ludźmi dobrej woli», ażeby ci «materyalnie i moralnie» et caetera et caetera. Na tem się wreszcie skończyło. «Ludzie dobrej woli» uspokoili się i odetchnęli. Ustało wzruszanie ramionami. Koncesyę piastował niejaki pan Okładzki, urzędnik jednego z biur gubernialnych, sławny w mieście z tak zwanej ostrości pióra. Ta ostrość przejawiała siłę swą głównie w trawestacyach utworów literatury romantycznej na modłę specyficznie łżawiecką, nie tyle dowcipną, ile pornograficzną, oraz w majstrowaniu cichych paszkwilów i karykatur, wysyłanych do pism humorystycznych warszawskich, w celu zgnębienia heretyków, którzy w jakikolwiek sposób obrażali czułość opinii gubernialnej.
Redaktor Echa starał się na wsze strony o «rzutkiego a głupiego» wydawcę, któryby chciał cisnąć w walkę dziennikarską z Gazetą jakąś ilość tysięcy rubli, ale o takiego nie było wówczas łatwo. Ludzie spali. Udało się, co prawda, podmówić kolegów i przyjaciół do składki na wydawnictwo. Dzięki temu Echo wstało z letargu; nie mogła taka wegetacya zbyt długo się przewlekać. Nim czytelnicy namyślili się, którą z gazet prenumerować, już Echo z braku «poparcia materyalnego i moralnego» zapadło w nowy somnambulizm.
W tym samym czasie Gazeta szła doskonale. Liczyła tysiąc z górą abonentów. Prenumerata, wynosząca pięć rubli rocznie, dawała jej pięć tysięcy rubli dochodu, a ogłoszenia pokrywały koszta bibuły i druku. Innych wypadków prawie nie było, gdyż cały zapas artykułów, przerobionych z gazet warszawskich, wklejał pracowicie w «łamy» sam redaktor, a raczej sam trzymający pierwsze nożyce, fejleton zaś wypełniały tłumaczenia powieści angielskich, na przestrzeni wiorst i mil stębnowane w kółku familijnem tegoż redaktora.
Gazeta była silnie, trzebaby powiedzieć, monstrualnie szlachecką, chociaż i zamożniejszemu mieszczaństwu nie odmawiała praw bytu i prenumeraty.
Wiadomości prowincyonalne czerpała dziewiczo z raportów, składanych w urzędzie gubernialnym, co ją zabezpieczało nie tylko od kłamstw reporterskich, ale także od zbytecznego wścibiania nosa; wypadki kościelne kreśliła bezpośrednio w przedpokoju władzy duchownej. «Tydzień polityczny» robiły nożyce, a plotki brukowe całymi koszami znosili usłużni moszterdzieje, częstokroć w nadmiernem mnóstwie, a całkiem bezpłatnie, bo tylko za cenę możności gadania, ile się zmieści.
Laury i okrągłe zyski Gazety nie dawały zdrzemnąć się redaktorowi Echa. Dzięki tej czułości, w parę dni po przyjeździe do Łżawca, Raduski zaszczycony został wizytą Okładzkiego. W pierwszej chwili wędrowiec nasz stanowczo uchylił propozycyę wskrzeszenia pisma, które i t. d. Jednakże po wyjściu ex-redaktora, ze szczególną przenikliwością wiedzącego wszystko, co się tyczyło funduszów — zaczął myśleć o tej kwestji. Następnego dnia roztrząsnął ją uważnie, ze wszech stron i wezwał publicystę do siebie. Ostre pióro stanęło w hotelu niezwłocznie i zgodziło się na wszelkie warunki, jakie mu Raduski przedstawił. Warunki te średnicowo zmieniały ton gazety. Miała ona stracić wszelką dotychczasową barwę, unikać polemiki z towarzyszką, a natomiast miała wytknąć sobie cel bytu i do tego celu zdążać bezustanku. Raduski proponował dwie rzeczy: primo, żeby gazetka była przedewszystkiem organem Łżawca i gubernii; powtóre chciał, żeby z niej uczynić informatora dla piśmiennictwa krajowego o bycie, stanie, losach, pracach i mocy produkcyjnej zakątka, którego wyrazem być miała. W rozumieniu jego gazeta w ten sposób prowadzona, a raczej na taki tor stale, a niepostrzeżenie wpychana, musiałaby z czasem przybrać charakter jakby umiejętnego wykładu o prowincyi. Miał tam być przedstawiony kolejno w dobrych opisach, któreby w fejletonie zastąpiły czcze banialuki angielskie, stan przemysłu fabrycznego i kopalń, rolnictwo w drobnej i wielkiej jego postaci, rzemiosło w miastach i na wsiach, handel wielki i drobny. Miały być podawane w formie, naprzykład, wesołych i dowcipnych wspomnień z wycieczek à la Heine opisy życia, mieszkań, dworów, chat, ruin, kościołów, cmentarzy, lasów, dróg, pól. Artykuły także musiały być pisane jasno a pięknie, żeby je wybornie zrozumiał i żeby się w nich rozkochał czytelnik. A czytelnikiem owym byłby szary, przeciętny człowieczyna «ze Łżawca», «z pode Łżawca», czy to z tamtej strony, od Sapów, czy choćby aż od samego hań Obrzydłówka. Fejleton barwny miał być z czasem zamieniony na poważny. Miał traktować o kwestyach najżywotniejszych, o kromce chleba czarnego i szczypcie soli, proponować wytwórczość rozmaitych rzeczy, dla których rynek zbytu gazetka miała poprzednio, specyalnie dla Łżawca wynaleźć i wiarogodnie opisać. Jedną z głównych rubryk miało stanowić wyjaśnienie zjawisk ekonomicznych, w sposób umiejętny i podnoszenie z naciskiem tych, które byt ekonomiczny Łżawca i całej prowincyi dźwignąć niewątpliwie mogły. Ponieważ istniała w mieście druga płachta, dająca wszelkie wiadomości brukowe i gubernialne, więc Echo winno było, według Raduskiego, mniej «łamów» przeznaczać na senzacyjne wypadki, wiadomości polityczne referować w treściwych i jasnych zdaniach, awantury zaś i bajdy tylko co ważniejsze i ciekawsze. Tym sposobem Echo łżawieckie miało stać się istotnym organem życia i wizerunkiem tego kąta kraju.
Pan Okładzki zaakceptował program, jak to mówią, z pocałowaniem ręki, a nawet z kilkakrotnem ucałowaniem obu, chętnie przyjął pensyę redaktorską, wynoszącą kilkanaście rubli miesięcznie, tudzież warunek, że utwory swoje, zarówno trawestacye, jak cięte satyry pomieszczać będzie w innych pismach.
Raduski, jako główny współpracownik Echa, musiał obejrzeć się za pomocnikiem literackim, któryby program jego wcielał w życie, gdyż sam nie miał żadnych talentów, aspiracyi i umiłowań dziennikarskich. Ex-redaktor, znawca ludzi, miejsca i stosunków, wskazał mu, dość zresztą niechętnie, pewne indywiduum urzędujące w sądzie, które, jakoby, płodziło na papierze «kawały», nie odznaczające się niczem, bo ani zadzierzystością pióra, ani dowcipem pieprznym.
Jednego z ostatnich dni kwietnia, gdy już sprawy formalne, ugoda z drukarnią, a nawet wydzierżawienie lokalu redakcyjnego załatwione zostały, Raduski udał się wprost do mieszkania młodego człowieka, który miał być główną osobą redakcyi.
Kiedy wszedł na ulicę Zasobną i myślał, jaki też ten człowiek być może, doświadczał prawdziwej trwogi. A nuż nie będzie można z nim się porozumieć, a nuż trzeba szukać kogoś w Warszawie, kogoś, co nie zna miasta i okolicy, ani stosunków, ani ludzi...
Snując niecierpliwie rozmyślania na taki temat, Raduski zatrzymał się przed posesyą pani Brenerowej. Była to miejscowość sławna, jeśli nie na całą gubernię, to z wszelką pewnością, na cały powiat. Tyłami sięgając przedmieścia, frontem zwrócony do ulicy Zasobnej, krył się w cienistych ogrodach szereg drewnianych budynków, a właściwie jeden dworek parterowy nadmiernej długości i niesłychanego kształtu. Od ulicy stał dom fundamentalny, na którym jeszcze można było wyróżnić samoistną figurę ścian i granice strzechy. Do tego pierwotnego dworku przybudowano z czasem drugi, mniejszy, tak chytrze i podstępnie, że obadwa zczepiły się węgłami, ścianami, dachem i zbutwiałością sosnowych rynien. Za drugim szedł trzeci, kilka stóp na prawo, jakby się obawiał wleźć w kałużę ścieżki, która w tem miejscu właśnie się wyginała. Dalej krzywiła się kleta do niczego niepodobna, koślawa, niska, cofnięta w tył i wlokąca za sobą dachy dwu sąsiadów. Od tego punktu domostwo znowu się bakierowało ku drodze, raptem szło w ogród i, tworząc w nim kąt prosty, urywało się w postaci murowanej kamieniczki. Naokół pachniał sad, czeremchy, zapomniane przez wszystkich, rosnące same dla siebie, dziko, bujnie, wolno i rozłożysto. Długie gałęzie zwieszały się z poza parkanu nad wąską dróżką, moknące jeszcze w rzetelnem błocie. W środku obszerniejszego podwórza, przed obórką, chlewem i drwalniami stało kilka fur chłopskich. Wyprzężone szkapięta zajadały garstki siana, rozłożone między deskami wozów, na których siedziały kobiety w chustkach i wełniakach. Trzech włościan rozmawiało z niską babiną miejską, ubraną w ogromne kalosze, wysoko ugiętą spódnicę, męskie palto z długimi rękawami, świecące się, jakby je na ten dzień wyczyszczono szuwaksem, i duży, czarny czepiec. Gdy Raduski stanął w podwórzu i zaczął wędrować z kamyka na kamyk, jejmość osaczyła go swoją uwagą, ścigała nieufnymi ruchami, a koniec końców krzyknęła głosem, w którym było daleko mniej uprzejmości, niż zakatarzenia:
— A czego to?
— Czy tu mieszka pan Grzybowicz, urzędnik? Pan Grzybowicz.
Miszka kochany pan Grzybowicz w tamtych drzwiach.
— Dziękuję pani dobrodziejce.
— Aha... Dziękuję... Grzybowicz! Możebyś mu pan powiedział, że to dziś dwudziesty szósty!
Raduski zapewnił tę niewiastę, że bezwarunkowo uwiadomi pana Grzybowicza o przemijaniu daty dwudziestego szóstego kwietnia — i wszedł do sieni wskazanej. Znalazł się w przejściu, obitem spróchniałemi deskami, a stamtąd wkroczył do kuchni. W sieni, w kuchence, w otwartej śpiżarni nie było żywego ducha, to też rezolutnie uchylił drzwi spotkane na drodze i, minąwszy trzy schody, trafił do stancyjki, jasno oświetlonej dwoma oknami. I ten pokój był pusty. Raduski zatrzymał się mimowoli. Okna były niezamknięte, a wychodziły wprost na parkan wielki, spróchniały i dziwnie smutny. O krok przed szybami stał niby nieubłagana, zazdrosna okiennica. Nad czarnym daszkiem, z którego większość gontów odpadła, rozpościerały się gałęzie drzewa jabłoni, rosnącej w ogrodzie sąsiednim.
Raduski uśmiechnął się niewiedzieć czemu do cudnej, lśniącej, soczystej jasnozielonej smugi liści, która niby pozdrowienie przyrody zaglądała do tego mieszkania. Sprzęty w pierwszej izbie były skromne nad wyraz. W drugiej widać było poręcz starej kanapy i róg stołu, zawalony plikami papierów.
Gdy Raduski postawił krok jeszcze, dał się stamtąd słyszeć okrzyk:
— Hela, to ty?
— Czy pan Grzybowicz jest w domu? — zapytał gość z bezwiednym ukłonem.
We drzwiach stanął człowiek młody, niskiego wzrostu, krępy i czupurny. Idąc ku Raduskiemu, prawą ręką wpychał machinalnym ruchem na nos binokle, a drugą osłaniał gors koszuli.
— Czy pan Grzybowicz? — zapytał przybyły.
— Tak jest.
— Nazywam się Raduski. Mam do pana interes, pewną prośbę, o której chciałbym pomówić. Czy ma pan wolną chwilę czasu?...
— O... Ależ... Natychmiast!
Mówiąc to, pan Grzybowicz cofał się szybko do drugiej stancyi i znikł w niej na czas bardzo długi. Słychać było stamtąd szelest, łoskot a nawet szczęk błyskawicznie dokonywanego stawiania pokoju w figurze wizytowej. Raduski skorzystał z tej chwili czasu, ażeby wznieść oczy ku pięknej gałęzi. Myśl jego nagle uciekła od rzeczywistości, od sprawy, z którą tu przyszedł, od wszelkich wreszcie interesów życia i zawisła nad czemś tak dalekiem, nad czemś tak nieuchwytnem i dziecinnem, jak pytanie, czy prace przyrody, czy nieobeszłe myślą czyny jej mają cel jaki, czy pracują dla kogo. Poco rośnie zielony krzew, dlaczego zagląda przez płot na człowieka, czemu tak go kochają nasze oczy?...
— Służę panu dobrodziejowi... Uprzejmie... Bardzo mi... Uprzejmie... — mówił pan Grzybowicz, odziany w surdut daleko mniej zniszczony, w krawat i kołnierzyk.
Raduski wszedł do sąsiedniego pokoju i siadł w kącie wybrzeża rozległej kanapy.
— Ma tutaj — zaczął mówić, wpatrując się badawczem okiem w twarz swego interlokutora — ma tutaj w Łżawcu powstać drugie czasopismo, Echo łżawieckie.
Echo łżawieckie?
— Ja należę do składu redakcyi, a raczej do grupy wydawców. Ponieważ słyszałem, że szanowny pan zajmuje się literaturą...
— Ja?... Ależ... Proszę pana... — mruknął pan Grzybowicz, rumieniąc się, jak dzieweczka i zwijając skrawki papieru.
— Ponieważ pan zajmuje się literaturą, chciałem prosić o współpracownictwo stałe. Moglibyśmy zaraz umówić się co do honoraryum miesięcznego.
— Miesięcznego?
— Nie potrzebowałby pan chyba opuszczać swych zajęć biurowych. Moglibyśmy naznaczyć godziny redakcyjne popołudniu i opracowywać artykuliki w tym czasie... — mówił pan Jan szybko, zły na siebie, że wyjawia całą propozycyę, nie zbadawszy człowieka.
Pan Grzybowicz mrugał prędko powiekami i wciskał co chwila swe binokle z taką zapamiętałością, jakby miał intencyę wydłubać sobie naraz obydwie gałki oczne. Po chwili dopiero rzekł głosem zmienionym:
— Panie dobrodzieju... Ja nie rozumiem... Ależ i owszem! Słyszane rzeczy!
— Czy pan pracował już w jakiej redakcyi?
— W redakcyi? Nie. Stale — nie. Zawsze paliłem się do tego, jak trociczka... Cóż, kiedy nie! Pisywałem stale na kursach do jednego pisma... tam... Ale to, proszę pana, to inne sprawy.
— Inne sprawy?... No, a później?
— Z drugiego kursu prawa wymydliło mię...
— Co pana wymydliło?
— E... nic... drobnostka... brak dochodów. Ożeniłem się. Tu człowieka wiatr zaniósł — i koniec. To jest ja pisywałem od dawna, no, ale to prywatnie.
— Niby jak to prywatnie?
— Uważa pan bez czyhania na druk. To tam literackie różne, rozmaite...
— Wiersze?
— Tj... Ale teraz ja nie waham się ręczyć, że opracowałbym z całą sumiennością, z całą sumiennością!...
Raduski zaczął objaśniać mu swój pogląd na gazetę i wyłuszczał w skróceniu projektowane artykuły. W miarę, jak mówił, twarz Grzybowicza bladła i jaśniała przedziwnie, jakby na nią blask padał. Z warg jego uśmiechało się uczucie, tak bezmierne, z oczu strzelał taki błysk namiętności, że aż w piersi Raduskiego zatlił westchnienie.
— Tym sposobem — prawił wydawca — możnaby prowincyę tutejszą prezentować krajowi, niby w dokładnem lustrze odbitą, interesy jej wiązać z interesami całego czynnego u nas ogółu, a, co jest rzecz pierwszorzędna, otwierać oczy, wskazywać niewyzyskane ugory wszelakiej pracy, wystawiać strony głupie, podłe, złe i zmuszać nie za pomocą napaści, lecz siłą argumentu — do reformy.
— Tak, tak, tak! — szeptał z cicha Grzybowicz, kiwając głową i wykonywując lewą ręką taki ruch, jakby kręcił procę. — A co się tyczy opisów, to ja gotów jestem za darmo, zupełnie za darmo! Ja to sam pragnąłem robić. Bazgrałem stąd do pism warszawskich podobne szkice życia przemysłowego i obywatelskiego ze Łżawca. Pisałem tak i owak. Próbowałem w kształcie feljetonów. Ale zazwyczaj redaktorowie odrzucali wszystko z wyjątkiem takich rzeczy, jak gradobicia, powodzie, teatry amatorskie, «zderzenia wagonów» etc. Jeżeli się nie trafił wielki pożar, bal publiczny, wybory w towarzystwie kredytowem ziemskiem, wizyta pasterska, to korespondencyi wcale nie zamieszczano. To, co pan mówił, usiłowałem w pismach popularnych. Ale i tam na nic. Pisma takie muszą mieć na oku rozległy i różnorodny teren, czytelnika z tylu prowincyi odmiennych, nie można tedy zapychać gazetki wiadomościami z jednego ustronia, traktowanemi tak szeroko. Zbierałem dane etnograficzne, pieśni, podania, legendy... Cóż z tego? Wszystko dorywczo, dorywczo... Ja mam trzydzieści pięć rubelfajgli miesięcznie. Resztę muszę dorabiać kopiowaniem papierów...
— Łaskawy panie...
Grzybowicz podniósł się z krzesełka, nieśmiało ujął rękę Raduskiego, zaczął ją śmiesznie a mocno wstrząsać i mówić:
— Teraz pan zwiastuje mi taką rzecz. Proszę pana, ja nie jestem w stanie wypowiedzieć, nie jestem w stanie wypowiedzieć...
W pierwszej stancyjce dał się słyszeć łoskot drzwi szybko roztwartych i weszła przez nie kobieta, młoda jeszcze, prawie podlotek, nieładna, w sukni starej, zniszczonej, ale bardzo sympatyczna. Wstrzymała się raptem na widok gościa i mierzyła go ciekawem, zdumionem spojrzeniem. Pan Jan wstał i złożył jej ukłon. Grzybowicz jąkając się, wymówił cichym głosem jego nazwisko, potem ustąpił żonie miejsca, a sam stojąc przy jej krześle, zaczął opisywać całą historyę propozycyi, którą mu przed chwilą zrobiono. Wykład ten urywał co moment i o czemś rozmyślał. Niespodziewanie zaczął mówić do Raduskiego:
— Żona moja jest córką tutejszego urzędnika z gubernii. Zapaliliśmy się do siebie jeszcze w sztubie. Pomagała mi, gdy byłem na kursach i gdym patrzał głodowi prosto w ślepie...
— Antoś... — szepnęła żona.
— Nic, nic... Czekajno! Byliśmy w sekrecie zaręczeni. Rodzicom jej wcale to nie smakowało, gdyż odrzuciła kilku starających się konkurentów z «pozycyą socyalną». Tymczasem trafił się konkurent z nadzwyczajną «pozycyą»: profesor gimnazyalny, młody elegant i z dobrej familii. Wtedy ją papa i mama zaczęli namawiać argumentem postronkowo-rzemiennym...
— Antoś!
— A więc do bata rodzicielskiego! W mieszkaniu było dzieci stadko, a ta sobie miłość długoletnią ze studentem!... Trza było sytuacyę ratować, uniwersytet puszczać kantem. Łatwo postanowić... Ale o miejsce w hierarchii ludzkiej nie tak łatwo! Wkręciłem się na trzydziestorublówkę i wzięliśmy ślub między ulewą łez, a grzmotami wyrzekań ojcowsko-macierzyńskich. Bieda nas zżerała nie byle jaka! W rok po urodzeniu się Władziunia (mamy syna, proszę pana, Władek się wabi), w rok po urodzeniu się... uuu!... była bryndza, tak węgierska, że dalej nie idzie...
— Tak źle nie było, mój mąż przesadza! — zaczęła mówić szybko pani Grzybowiczowa.
— Wtedy odchodziło kopiowanie papierów... huha! Gdy tylko wyzdrowiała, wnet się wzięła do tych lekcyi muzyki. Proszę pana... piętnaście kop lekcyjka, deszcz nie deszcz, zima nie zima! Musieliśmy nająć do malca służącą. W tych izbach, prawdę mówię, przeżyło się... Żona była bardzo chora, puściły się deszcze jesienne, chłody i jakieś wielkie, wielkie smutki... Ach, Boże! Dach tu przecieka, proszę pana, leje się, jak z rynny, wprost w łóżko. A ponieważ, entre nous soit dit, zalegałem cokolwieczek w opłaceniu czynszu mieszkalnego, więc nasza gospodyni słuchać nie raczyła o reperacyi dachu. Podstawialiśmy na górze wszelkie szkła i fajanse, jakie tylko były w domu. Ale nic z tego: piękny Staubbach lał się swoim trybem do łóżka. W drodze łaski gospodyni przysłała tacę na dwadzieścia cztery szklanki, zabytek familijny i klejnot wielce szanowany w tym dziedzińcu i pod tą tacą moja żona musiała leżeć całemi dniami dla osłonięcia się od kapiącej wody, i oto teraz pan proponuje...
Zwrócił się nagle do żony i objaśnił jej szczegółowo cały plan wydawnictwa. Raduski wodził oczyma po stole przywalonym aktami, stosem książek i gazet, po gratach dawnych, zniszczonych i biednych. Wtem drgnął i z niepokojem przyjrzał się pani Grzybowiczowej. Siedziała sztywnie wyprostowana i lewą ręką cisnęła do ust chustkę, której koniec gryzła mocno zębami. Czoło jej marszczyło się coraz bardziej, brwi zbliżały się jedna do drugiej. Raptem trysnęły z oczu jej łzy strugami i łkanie wydarło się z piersi. Siedziała nieruchoma, wciąż patrząc przez te łzy na Raduskiego szeroko rozwartemi źrenicami w sposób tak żałosny, tak głęboko dziękczynny, że nie mógł usiedzieć. Zerwał się na równe nogi, strzepnął palcami, zaczął sykać, machać ręką i wykonywując dzikie ukłony w kierunku różnych sprzętów mieszkania, co tchu stamtąd umknął.



V

W połowie maja ukazał się pierwszy numer wznowionego Echa i wywarł niejakie wrażenia doborem artykulików. Okazało się, że Grzybowicz, szumnie zwany sekretarzem redakcyi, był dzielnym literatem. Pisał swoim własnym, wesołym stylem, zdradzającym dziennikarza, a raczej poetę gazety z daru i użyczenia losu. Numer pierwszy nie zawierał jeszcze ani śladu tego, co miały przynieść następne, a jednak uderzył ludzi czytających żywotnością swoją. Bardzo silnie interesował się nową redakcyą współzawodnik, właściciel Gazety łżawieckiej, p. Olśniony. Pewnego dnia w godzinach przedpołudniowych zjawił się u drzwi tymczasowej redakcyi i administracyi, którą stanowiły dwie ciasne izdebki Raduskiego i zaznaczył, że przychodzi opłacić prenumeratę, a także, jako stary na tutejszej glebie gazeciarz, życzyć tysięcy i tysięcy abonentów redaktorom i wydawcom nowego pisma. Raduski, jeszcze w negliżu, serdecznie powitał i usadowił na krześle redaktora Olśnionego, a sam co tchu zaczął się ubierać. Stary publicysta był mężczyzną dziwnie suchym i wysokiego wzrostu. Gęste, szpakowate włosy strzygł przy samej skórze. Na górnej wardze nosił mały wąsik, niepodkręcony do góry. Rysy twarzy miał piękne, czysto polskie, a oczy żywe, z wejrzeniem mądrem, przeszywającem i pańskiem. Gdy dłużej mówił, lewą ręką osłaniał swoją kształtną, niebieskawą, wskutek ogolenia brodę, przymrużał i roztwierał oczy, a cały korpus miarowo nachylał i cofał. Mówił wolno, z precyzyą, powagą, a stanowczo i kategorycznie. Z paru zdań jego Raduski wywnioskował, że ma przed sobą człowieka z erudycyą i oczytaniem, jakich sam nie mógł sobie w żaden sposób przyznać. Redaktor Olśniony przepraszał go kilkakrotnie za zrządzoną subjekcyę, ale tłumaczył się tem, że ma robót w swej redakcyjce tak dużo, a tylko tę chwilę czasu, z okazyi święta, wolną.. Wizyta nie trwała długo, a ucięła się jakoś na niczem, chociaż Olśniony miał coś, jak to mówią, na końcu języka. Wychodząc i ściskając w chwili rozstania dłonie Raduskiego, przymykał powieki a otwierał już usta dla wygłoszenia czegoś, a mimo to, nic nie rzekłszy, odszedł. Gdy pan Jan sam został w pokoju, doświadczył szczególnego udręczenia i niesmaku. Żal mu było gentlemena, któremu wchodził w drogę, a właściwie w prenumeratę, ale z drugiej strony spojrzenia tamtego pełne głuchej i skrytej nienawiści budziły w nim bardzo dawną i zardzewiałą energię. Pragnąc zniweczyć przykre wspomnienie, ubrał się w nowe paletko, nowy kapelusz, zawiązał jasny krawat, wziął w rękę parasol i ruszył wprost do ogrodu miejskiego. Młode liście kasztanów nie kryły jeszcze całkowicie głównej alei, formowały z niej jakby prześliczną nawę z ostrymi lukami prawdziwej piękności. Tu i tam strzelały przez jasną zieleń złote krople światła, niby owe gwiazdy, rozsiane po sklepieniu, naśladującem firmament, w starych tumach gotyckich.
W parku było mnóstwo osób. W alei głównej chodziły, wziąwszy się pod ręce, młode i starsze panny, tłumy uczniów, kawalerya i starcy. Raduski witał ukłonem w tej całej gromadzie zaledwie parę osób i to przeważnie świeżo poznanych.
Gdy oglądał mijające go twarze, dopiero co, jak wiosna rozkwitłe, gdy chwytał wstydliwe a promienne uśmiechy, spojrzenia oczu, ciskane na tego lub tamtego ósmoklasistę, gryzł mu serce szczery żal i rzeczywista zazdrość. Prostował się, jak mógł, żeby pokazać, choćby tylko samemu sobie, jako ma przecie dopiero lat trzydzieści sześć, a mimo to czuł, że już ani jeden taki płomień czystego wejrzenia serca jego nie oświeci...
Minął park i wyszedł na miasto. Na wschodniej stronie gromadziły się chmury czarne, jak żelazo i szły wolno, niby kolosalna pokrywa, gotowa lada chwila runąć i przytłuc ziemię. Kiedy niekiedy pędził stamtąd zimny wiatr, herold rzeczy straszliwych. Gdy gnał przez pola, młodziutkie pióra zbóż gięły się, migocąc, i warowały przy samej ziemi, dopóki nie odleciał ku swoim tajemniczym mocarstwom. Od czasu do czasu stare topole przy drodze zaczynały bełkotać grubymi liśćmi, ale i one cichły, jakby w strachu wyglądając na inne cuda. Pan Jan, przeszedłszy duży kawał drogi, wrócił do parku. Było tam już osób daleko mniej. Wiatr się zrywał coraz ostrzejszy, kiedy niekiedy słychać było ponury, urwany grom, jakby jęk struchlałej gleby. Krótkie błyskawice migały między pniami drzew. Pewna ilość spacerujących obsiadła tak zwane Trianon, czyli werandę cukierni ogrodowej. Pan Jan znalazł tam jeszcze miejsce przy stoliczku i, licho wie po co, wypił szklankę ohydnej kawy. Gdy na werandę wchodziły coraz nowe osoby, nie chcąc zabierać miejsca, opuścił zdobyte krzesełko, zapłacił i wyszedł. W alei nie było już prawie nikogo. Wiatr, wiatr baszybuzuk, z rykiem przelatywał aleje i ścieżki, giął do ziemi całe zarośla bzów, zgarniał na dróżkach wszystek piasek i rozdmuchiwał go słupami. Jakieś pióro kurze latało samo jedno w powietrzu. Ilekroć się zniżało, nowy podmuch ciskał je w górę. Kołysało się tak, ciążąc ku ziemi i nie mogąc jej nigdy dosięgnąć, niby płanetnik wichrem porwany. Raduskiemu przywidziało się, że gdzieś w głębi parku stoi budka «sodowego wodziarza». Tam zamierzał schronić się w razie deszczu. Liczył zresztą, jak na Zawiszę, na swój parasol. Tymczasem budki jakoś nie było widać, pomimo, że Trianon zostało daleko. Nagle sypnął deszcz okropnemi kroplami. Siarczysta ulewa, niby olbrzymi wodospad, zwaliła się na park i zalała go w mgnieniu oka. Aleja główna i dróżki boczne przemieniły się w łożyska potoków. Liście drzew ociekały wodą i bezsilnie zwisły ku ziemi, jakby się lada chwila wszystkie miały oderwać. Deszczówka płynęła strumieniami nawet po pniach wiązów i lip, zupełnie osłoniętych liśćmi, szorowała wszystkie sęki i myła skaleczenia kory. Przestwór tak dalece pełen był wody, że w odległości kilkudziesięciu kroków, za trawnikiem najbliższym krzewy i drzewa wydawały się mdło-zielonemi, a kształty ich tonęły w wilgoci. Szelest spadającej wody zagłuszył zupełnie i wchłonął w siebie wszelakie dźwięki. Raduski schował się pod rozłożysty kasztan, wstąpił na ławkę z piaskowca i ukryty w czeluści swego parasola zaczął w sposób nieinteligentny gapić się na płynącą wodę. Zmysły jego ukołysane przez szmer deszczowy, trzymały się, jak pijany płotu, jedynej lokucyi: pânta rej... pânta rej...
Wymawiał te słowa drzemiącemi wargami, nadaremnie usiłując przypomnieć sobie kto i kiedy taką mądrość sfabrykował.
— Wszystko płynie... Pânta rej... Czekajcie no, wielebni prorocy i doktorowie! Czy to czasami nie ten kawalarz Heraklit z Efezu. To na niego patrzy!... Heraklit... Co znowu za Heraklit? Z jakiego Efezu?
Senna myśl od tej nazwy przeniosła go do klasy drugiej czy trzeciej... Cisza, cisza, tylko w niej szemrze gwar mowy towarzyszów... Czy to deszcz bije w szyby, czy to skrzypią buty starego Greka? Gwar zamiera, ucicha... Pânta rej... Gdy tak w najlepsze filozofował w języku Sokratesa, uderzyło słuch jego głośniejsze chlupanie błota. Zwrócił głowę w kierunku bramy i zauważył, że ktoś biegnie od drzewa do drzewa, szukając schronienia. Tym nieszczęsnym zbiegiem była kobieta. Krew przodków, a może nawet własna, zakipiała w Raduskim. Skoczył z rycerska w błoto i pędem wybiegł na spotkanie uciemiężonej przez burzę. Gdy już rozciągnął nad nieszczęśliwą jej głową opiekuńczy parasol, dopiero się wstrzymała. Raduski osłupiał. Zobaczył tuż przy sobie damę niewymownie piękną. Kapelusz jej, ozdobiony ślicznym kwiatem, był w położeniu Kartaginy, kiedy los jej opłakiwał Maryusz, włosy rozplątane mokremi pasmami lepiły się do twarzy i szyi. Jasno-zielony stanik z wątłej, cieniutkiej materyi przemókł zupełnie, przylgnął do ramion i piersi, pokazując szczegółowo nietylko te miejsca, gdzie się urywał gorset, ale nadto haft szlaku koszuli. Z pod sukni, którą trzymała w rękach, widać było złotawe buciki o wiśniowej cholewce, wyżej kostek w szarem błocie unurzane.
Piękna pani przyjrzała się Raduskiemu przecudnemi oczyma, gdy ją parasolem zasłonił, i splatając bezsilnie ręce, rzekła:
— Widzi pan...
— Widzę, niestety! Czy pani nie zimno?
— Mniejsza o zimno!
— O, nie! Daruje pani, ale jako mężczyzna, muszę roztoczyć opiekę... Bez względu... Jako mężczyzna!... Pani wybaczy...
— Co pan zamierza robić, jako mężczyzna?...
— Zamierzam okryć panią moją peleryną.
— Ależ, panie! Za nic na świecie! Pańskie okrycie nie uchroni mnie od przeziębienia, a może nabawić posądzeń o to, że umyślnie chciałam wplątać pana w chorobę. Za nic!
— Mniejsza o posądzenie, gdy wilgoć przejmuje ostatnią niteczkę!
— Nie, nie! Dziękuję panu... Może jakoś nacichnie...
Deszcz ani myślał nacichać, lecz owszem coraz szerzej odkręcał swe krany. Raduski umieścił towarzyszkę pod drzewem i trzymał nad jej głową parasol. Oczy jego mogły nasycać się widokiem tej postaci i czerpać szczególne wrażenia. Rysy twarzy przypominały mu jakiś obraz, nie wiadomo kiedy i gdzie widziany. Oczy błękitne, zamglone patrzyły wiecznie w próżnię, jak gdyby nawet wśród tak zmiennych kolei losu nie spostrzegały towarzysza rozmowy. Czoło, prosty nos, brwi, usta, kształt brody i szyi były nad wszelki wyraz harmonijne, jakoś szczególnie urocze, składały niby przedziwny utwór, wprowadzający uczucia i myśli widza do kraju marzeń. Stojąc tak blisko, pan Jan wchłaniał nozdrzami zapach ramion, w niewidzialnej parze od zetknięcia z żywem ciałem wilgotnej sukni ulatujący wraz ze słodkim odorem perfumy; mógł niespostrzeżenie rozmarzać się widokiem ruchu piersi w osłonie mokrego stanika.
— Panie, ten deszcz nie ustaje...
— Nie, ustaje... jakoś... nie ustaje...
Raduski tyle lat nie widział kobiet subtelnych, tak dawno nie prowadził z niemi rozmowy, że w owej chwili był całkowicie zbity z tropu, wstydził się swoich słów, ruchów, swoich rąk i nóg. Spojrzenia i uczucia swoje uważał za tak haniebne, że byłby się z satysfakcyą wysłał na odwach. Kiedy przychodził do refleksyi tyle stanowczych, piękna pani spytała go bez owijania rzeczy w bawełnę:
— Pan nie mieszka w Łżawcu stale?
— Owszem, mieszkam tutaj kilka tygodni.
— Tak?
— Nazywam się Raduski... — rzekł z pośpiechem, przekładając niezdarnie rączkę parasola z prawicy do lewicy dla wykonania kapeluszem ukłonu.
— A... pan Raduski... wydawca nowego pisma... — rzekła nieznajoma, uśmiechając się z odrobiną zalotności. — Mój mąż miał przyjemność znać pana dawniej, w uniwersytecie.
— Mąż pani?
— Tak, mąż mój, Zygmunt Poziemski...
— Co do mnie, — rzekł pan Jan, mrużąc oczy — to nie przypominam sobie tego nazwiska... Zupełnie... To już tak dawno...
— Bardzo być może, bardzo, że go pan wcale nie znał. On pamięta... Mówił mi wszystko...
— A... Państwo tu dawno mieszkają w Łżawcu?...
— Pięć lat, proszę pana, pięć lat. Mąż jest lekarzem. Ach! — zawołała nagle — czy pan nie widział mojej Elżbietki? Prawda! nie zna jej pan wcale... Mały sześcioletni dzieciak z jasnymi lokami... Szła ze służącą. Właśnie miałam zamiar posłać obydwie do mieszkania, gdy ten przeklęty deszcz zaczął padać. Co tu teraz! Leje i leje...
— A gdybyśmy też spróbowali wędrować ku miastu? Czy tu stać, czy iść, to prawie wszystko jedno. Córeczka jest z pewnością na werandzie. Widziałem tam dzieci mnóstwo.
— Tak pan myśli? A więc chodźmy.
Wzięła Raduskiego pod ramię, lewą ręką uniosła suknię i, ostrożnie stając na kamieniach rynsztoka, dała się prowadzić ku bramie głównej. Zimny wiatr uderzał w deszcz z boku i smagał nim liście, krzewy i trawy to z tej, to z innej strony. W pobliżu furty ogrodowej utworzyły się całe jeziora bez upustu i grobli, któreby umożliwiły przedostanie się na trotuar kamienny. Raduski proponował swej towarzyszce, że ją tam odniesie, ale tylko na gniew jej zasłużył. Stał więc u brzegu bajora i głęboko deliberował co czynić. Pani Poziemska nie namyślała się tak długo i przebyła kałużę wbród, z wielką szkodą sukni, której, widać z umysłu, nie chciała podnosić wysoko. W ślad za nią Raduski mężnie wtargnął na chodnik marmurowy. Przyległe ulice zalane były wodą. W miejscu otwartem deszcz nietylko padał, ale prał strugami wody, jak biczem. Na szczęście w uliczce sąsiedniej dał się słyszeć leniwy turkot dorożki. Raduski zaczął ją przywoływać iście wilczym głosem i ku wielkiej radości osiągnął skutek: drynda z hałasem i trajkotem podjechała. Doktorowa wsiadła co tchu i umieściła się w rogu siedzenia. Opiekun uważał misyę swą za skończoną, uchylił kapelusza...
— Panie! — rzekła Poziemska — wehikuł zdobyliśmy wspólnemi usiłowaniami. Nie przystaję na to, żeby się pan miał z mojej winy zaziębić! Proszę...
Mówiąc tak, wskazała mu ręką miejsce obok siebie. Usiadł natychmiast i dorożka poczęła walić swemi kołami w bulwary bruku łżawieckiego. Raduski nie mógł przyjść do siebie. W pewnej chwili zbudziła się w nim raptem refleksya: trzeba korzystać z czasu! Sam na sam w zamkniętej budzie z taką niewiastą! Co czynić? A gdyby też à la Bonaparte!... Właśnie pod wpływem genialnej decyzyi wyciągnął rękę o dwa cale na bok i, przymknąwszy oczy, przebierał palcami w poszukiwaniu dłoni doktorowej, gdy, jak na złość, drynda stanęła. Piękna kobieta wyjrzała i rzekła:
— Otóż i cel...
— Co za cel?
— Nasze mieszkanie...
Raduski pomógł jej wysiąść i odprowadził zmokniętą do bramy kamienicznej. W chwili rozstania, mówiła, wpatrując się weń swemi dziwnemi oczyma:
— Mój mąż kilka miesięcy już leży w łóżku...
— Jakto?
— Kilka miesięcy choruje... Gdyby tylko mógł podziękować panu za jego dobroć... Może pan będzie łaskaw odwiedzić nas kiedy... Zygmunt, mój mąż, byłby panu bardzo, bardzo wdzięczny.
Wydawca Echa był ciągle tak zdumiony temi wszystkiemi wiadomościami, że nie mógł zoryentować się, co ma w danej chwili czynić i mówić. Pani Poziemska uśmiechnęła się do niego życzliwie i znikła w ciemnem zagłębieniu schodów. Medytował w bramie jeszcze czas pewien, potem zapłacił dorożkarzowi należność i piechotą udał się w swoją stronę. Deszcz już był ustał i rozsiewały się tylko lekkie pyły wodne. Chmury przeszły daleko i odsłoniły błękit nieba. Znalazłszy się w swem mieszkaniu, Raduski zrzucił mokre odzienie i przebrał się w garnitur wizytowy. W chwili, kiedy już w zupełności dokonał tego dzieła, siadł na krześle i myślał, co czynić dalej. Paliła się w nim jakaś gorączkowa wizya, niecierpliwość, podobna do bardzo dawnej, kiedy w dzieciństwie miał nadzieję być w teatrze i usiłował przewidzieć, odgadnąć, co tam zobaczy. Teraz owa wyostrzona ciekawość splatała się mocno z jakimś zabobonnym pewnikiem, który leżał w głębi duszy, jak mała kruszynka na źrenicy, patrzącej w daleki krajobraz. Czasami bolesne ściśnienie serca dosięgało takiego stopnia, że z niego rósł ból szczery. Oczy pani Poziemskiej patrzyły ciągle, piękne oczy, które nic nie widzą, w których nic się nie maluje... Jakże szczęśliwym ten człowiek być musi, na kogo te oczy patrzą z miłością, kogo witają i żegnają... Raduski nie pragnął już takiego szczęścia. Życie jego zostało zamknięte, a klucz dawno rzucony w niezgruntowane wody. Szczęście osobiste jest to razowy chleb, którym się karmi siła i młodość. Jego siłę pochłonął inny, jedyny romans całej młodości, romans zawodny, namiętność niewzajemna, nieszczęsna, chodząca brzegiem przepaści, górna i chmurna. Tamta wszczepiła się w krew i nerwy tak zażarcie, że prawie nie było możności przyjść z nią do ludzi tego padołu i jąć się życia ich na nowo...
Około godziny drugiej Raduski szedł z wizytą do pięknej pani. Na spotkanie gościa nikt nie wychodził, aczkolwiek służąca, która drzwi otwierała, poszła uwiadomić kogo należy o jego przybyciu. Dom był w nieładzie. Gabinet lekarski wyglądał jak sypialnia: szezlong zawalony był kupą pościeli zwiniętej od jednego razu w gruby rulon — na biurku między emblematami sztuki medycznej stała miska z wodą, gąbki, szklanki, noże, widelce. W salonie małe kanapy, etażerki, konsole, stoły, pełne były zwojów czystej waty, wałków gazy, bandażów, słoików i dużych gąsiorów z wodą. Powietrze przesycał jodoform i karbol. Raduski żałował, że przyszedł, ale nie było już czasu o tem rozmyślać. Pani Poziemska wyszła do niego w szarej, prostej sukni. Na twarzy jej nie było ani cienia wesołości, ani jednego z czarujących uśmiechów. Włosy miała zwinięte w zaniedbany węzeł. Patrząc na te włosy złociste, o barwie i połysku, jakie oglądać można w miejscu złamania płyty czystej miedzi, Raduski zapomniał o wszystkiem i marzył tylko, niby o wielkiem szczęściu, żeby się te pukle rozwiązały i żeby cała ich kaskada spadła na ramiona, plecy, aż do kolan. Doktorowa przyjęła go życzliwie, ale z pewnem roztargnieniem, niby osoba wsłuchująca się ciągle w jakieś szmery. Mówiła szeptem, zdaniami urywanemi, z wyrazem niepokoju, jak gdyby ten gość był znajomym z przed laty dwudziestu, którego wizyty nie oczekiwała nigdy w życiu. Prosiła, żeby usiadł i sama zajęła miejsce obok na fotelu. W pewnych chwilach podnosząc oczy, uśmiechała się, ale przez jakiś wielki smutek, przez głębokie zmartwienie. Uśmiechy te spływały na jej oblicze, jak pełganie wesołego światła w nocy, ciemnej i burzliwej, które jeszcze grubsze wywołuje mroki.
Do salonu wbiegła za panią Poziemską dziewczynka sześcioletnia z długimi blond włosami, rozsypanymi na jej barkach. Nie miała oczu matki. Tylko po rysach twarzy można było zgadnąć, że to infantka, Elżbietka. Wbiegła prędko, kiwnęła na matkę i rzekła:
— Zygmuś woła...
Piękna pani weszła bez szelestu do sąsiedniego pokoju i wkrótce ukazała się znowu, mówiąc:
— Panie redaktorze, czy nie zechce pan odwiedzić mego męża? Prosi uprzejmie...
Raduski wsunął się tam na palcach. Był to salon duży i prawie pusty. Okno zasłaniała zielona stora. Pod niem wprost drzwi, na środku mieściła się szeroka otomana. Tam leżał chory. Biała jego twarz, koszula i jej rękawy odcinały się żałobnemi pręgami na tle kołdry w ciemne pasy, przykrywającej całe niemal posłanie. Doktór był mężczyzną lat trzydziestu dwu, może trzech. Włosy miał krótko ucięte, zarost rzadki. Twarz jego była straszliwie wychudzona. Oczy czarne, zupełnie takie, jak u córki, bez władzy leżały w głębi sinych dołów, okrążone szerokiemi smugami. Powieki były ledwo, ledwo uchylone, zda się na to tylko, żeby się tamtędy mogła przeciskać sama rozpacz, a nieprzykryte części jabłek ocznych były suche, jak pergamin. Zaostrzony nos daleko występował z pomiędzy kości oblicza. Chude, białe, przeźroczyste dłonie złączone były palcami i leżały, jak martwe rękawiczki.
— To pan Raduski... — wyszeptał, wcale nie dźwigając głowy, gdy żona przyprowadziła gościa do łoża — poznałbym pana odrazu. Pan mnie zapewne nie pamiętasz, ale...
— Owszem, teraz sobie przypominam. Nie znałem pana z imienia, ale twarz pamiętam. Mieszkał pan ze Sworzniem, Smolna... Prawda?
— Ze Sworzniem... — szepnął doktór. Usta jego przymknęły się i wnet spadła z oka na poduszkę jedna łza...
— Możebyś nie rozmawiał Zygmuncie? — rzekła do chorego pani Poziemska głosem takiego brzmienia, że Raduski w tej minucie coś w sobie jak gdyby złamał, czy zmiażdżył.
— Będę mówił z panem Raduskim! — zaskrzeczał chory, wyszarpując z kołdry nitkę bezsilnymi palcami. — Jedyna moja frajda i ta zawadza... Precz! — syknął przez zęby, dziko błyskając oczyma.
— Może to szkodzi, doktorze? — cichym głosem wtrącił Raduski.
— A więc pan nie mów ze mną do wszystkich dyabłów!
— Ależ...
— Uciekli przecie wszyscy, gdym zaczął śmierdzieć. Co do jednego! Pies się o mnie od sześciu tygodni nie dowiedział. Uważasz pan! Kiedym stawiał wino przy obiedzie, to było współbraci, towarzyszów, ilu kto chciał!
— Zwykła kolej...
— Zwykła kolej! We wszystkiem zwykła kolej... Dawno pan tu mieszkasz?
— Parę tygodni.
— Słyszałeś pan o moim przypadku?
— Nie, nic a nic.
— Uważasz, Marta? Już o mnie zapomnieli nawet w tym parszywym Łżawcu... Nawet tu!...
— Doktorze! Ja tu jestem zupełnie obcy... Nic dziwnego, że mi się o panu rozmawiać nie zdarzyło...
— Co mi pan tam gadasz! To taka na świecie kolej... Sam przecie... Wczoraj szanowny, wzięty, głośny, a co najważniejsza wyzyskiwany, leczący za darmochę, doktór Poziemski... a dziś... upadł.. i już go niema. I to bydło, ta gawiedź, którą leczyłem bezpłatnie, do której łaziłem po nocach, już z pewnością innego nabiera i zasypuje czułościami. Usiądź no pan tutaj, wszystko panu opowiem, jak było.
— Zygmusiu... — znowu mężnie wymówiła pani Poziemska.
Doktór milczał przez chwilę ze ściągniętemi brwiami i przygryzioną wargą. Rzuciwszy na żonę jadowite spojrzenie, zaczął mówić na złość, widocznie, głośno, z wysiłkiem:
— Uważasz pan, ja tu byłem lekarzem wolno praktykującym. Miałem dochody, pracę dużą, za dużą, jak na moje siły, ale orało się, człowiek był pełen animuszu. Proszę pana... co się nie robi... Chodziłem po przedmieściu, jak zwykle, tu na Kamionkach, nie wiem, czy pan.. Wezwany nie pamiętam już przez kogo, do nędznej chałupy, poszedłem na swoją zgubę. Chałupsko stoi u samego końca przedmieścia, niedaleko folwarku, jeśli pan widziałeś tę okolicę. Siedział tam na komornem u faceta, wykuwającego pomniki...
— A... — szepnął Raduski.
— Znasz pan może tę budę?
— Nie, nie, nie...
— Otóż mieszkał tam jakiś parobek, wyrzucony ze służby. Zajmował się, jakem później doszedł, rozmaitymi przygodnymi interesami, np. obdzierał ze skóry zdechłe konie i krowy, nosił żydom wodę, czyścił miejsca ustępowe. Wszedłem, panie, i zastałem tego drania w śmierdzących gałganach. Ach, Boże! Pobieżnie, bo czasu był brak, za darmochę, rozumie się, obejrzałem świniarza i nie mogłem zrozumieć, co mu jest. Zdawało się zrazu, że to przymiot, bo miał po sobie rany z paskudnym wyglądem, o dnie gnojącem się, lepieże płaskie... Babrałem się w nim długo. Tymczasem on sobie gadał ze mną, a że był mocno zakatarzony, więc parskał co chwila prawie na twarz moją. Bajtlowaliśmy tym porządkiem dość długo, aż raptem wyznał mi ścierwo, że on koniska obciąga. Przyszła mi myśl, że to może być nosacizna, ale nie miałem czasu zajmować się tem dłużej. Zostawiłem... Chory leżał w podłym stanie i trudno było głowę sobie nim zawracać. Umyłem ręce i wyszedłem. Minęło kilka dni. Rzecz działa się w sierpniu zeszłego roku. Mieliśmy tu majówkę towarzyską, tańce w lesie, następnie wieczór u adwokata Koszczyckiego. Było to coś we cztery dni po tej wizycie. Na majówce czułem w sobie jakieś dreszczyki, jakieś coś w rękach i w nogach, alem uwagi nie zwracał. Dopiero w nocy u Koszczyckiego przy wincie zastanowiłem się, co to być może. Czyżby tyfusik? W głowę mię czasem uderzył jakiś dziwny żar, miałem duszenie w okolicy serca i nie to że bolesne, bo prędzej zabawne dławienie w mięśniach i stawach. Uważasz pan, co ja mówię? Wyszedłem wtedy, pamiętam, do sąsiedniego pokoju, chcąc zebrać myśli. Byłem we fraku, więc mię trapiło pytanie, czy mi po prostu nie zimno. Jedna z ładnych kobiet zbliżyła się do mnie i zaczęła, jak to mówią, flirtować na złość Marcie. A kiedy tak plotła mi jakieś miłe trzy po trzy, nagle mię, jak drągiem zwaliła myśl: a nuż to jest soczek z tego zgnilca? Panie, dużom później przeżył, ale nigdy i nic gorszego nad tamtą chwilę, kiedym się uśmiechał do owej damy. Rozumiesz mię pan? — zapytał, wyciągając ku Raduskiemu skurczoną rękę ze zgiętymi palcami, straszną w istocie, jak myśl, o której mówił. — No a w tydzień później wiedziałem już dokumentnie, że to jest malleus humidus, farciminosus.. nosacizna. Koledzy, eskulapia tutejsza rada w radę. Wysłano mię do Warszawy. Tam także... Dziś, panie, oto co jest...
Z trudem odsunął kołdrę i ukazał gościowi swe nogi. Lewa ręka była spuchnięta, brunatna, pokryta paskudną wysypką, jak gdyby ospą. Tu i owdzie formowały się wzdęte, ciemne abscesy. Chory przyglądał się tym swoim ranom przez chwilę, następnie odkrył piersi, a raczej grube powijaki, zakrywające widok bolesny...
— Widzisz pan, — mówił z uśmiechem, — jak to matka przyroda nagradza lekarza, tego co za byle jakie honoraryum latami dusi się wśród fetoru trupów a później przez całe życie swoje wącha, ogląda, rozpatruje, maca rękami wszelkie wrzody, rany, najwstrętniejsze choroby, smrody i kały człowiecze. Gdzie każdy parobek, każdy lokaj, ostatni sługus cofnie się ze wstrętem, tam idzie lekarz. Musi nie tylko uprzątać, ale nadto uzdrowić... Widzisz pan, jaka to jest sprawiedliwość...
— Panie Poziemski... — zaczął mówić redaktor.
— Czekajno pan, nie tak prędko! Życie się do mnie uśmiechnęło, gdym sobie tu osiadł. Elżbietka chowała się zdrowo, a teraz co, a teraz co! Marta! — wrzasnął nagle — Marta! boli, boli! Psiakrew jedna, boli, suko ty... boli, boli!...
— Gdzie koteczku, gdzie, maleńki mój?...
— Prawa, małpo... Ja ci dam!... Prawa koło patelli... Marta, Marta...
— No cicho, mój biedny, mój najbiedniejszy, mój skarbie jedyny... Cicho, cicho... Teraz jeszcze nie można przewinąć. Może ustanie, może ustanie, może... — szeptała, zapomniawszy całkiem o gościu. Wtedy dopiero Raduski zobaczył, jakie to było spojrzenie tych oczu cudownych i co znaczyła w nich mgła zadumy.
Doktor jęczał i mlaskał ustami. Po twarzy jego ściekały dwiema strugami łzy bólu. Pani Marta delikatnie przytknęła chustkę do twarzy chorego i osuszyła mu powieki.
— Możebyś ty teraz troszeczkę zasnął... — szepnęła cicho, nieulęknionym, kochającym głosem.
— Jużem ci kazał, żebyś poszła do cholery! — jęknął. — Będę rozmawiał z panem Radwańskim, czy jak tam, bo chcę odpocząć, odpocząć... Wyobraź pan sobie, miałem już tysiąc rubli uciułanych. Wszystko poszło, jak dym z papierosa. Teraz przecie nic nie zarabiam sześć miesięcy! Rozumiesz pan, co ja mówię? Oto masz pan dolę eskulapa wolno praktykującego...
— Panie Raduski, on za dużo mówi... — rzekła doktorowa, spoglądając na gościa nieśmiało. — Musimy go ubezwładnić...
— Ani mi się waż ty! Będę prał po pysku!
— Chodźmy, panie, chodźmy... — mówiła, kiwając ku choremu głową. Na wargach jej trwał nieopisany, zgubiony uśmiech, o spędzeniu którego jakby zapomniała. Gdy się znaleźli w salonie, Raduski usiadł naprzeciwko doktorowej i, mamląc zdania, począł ją rozpytywać o tryb życia. Przepraszał tak ciągle za swoją ciekawość, że nie była w stanie zrozumieć, o co mu chodzi.
— Chce pan wiedzieć, ile mam służby? Są jeszcze dwie służące. Jedna z nich pilnuje Elżbietki, gdyż ja nic już prawie o tej małej nie wiem, a kucharka gotuje, sprząta i czasami pomaga mi w doglądaniu Zygmunta. On ciągle musi kogoś mieć obok siebie.
— Kogoś?
— Tak mnie najczęściej. Słyszał pan jak hałaśliwie przypisuje mi krew, to psią, to inną. Kucharka, to rzeczywiście dobre babsko, ale długo nie może siedzieć, bo zaczyna ciskać na nią rękami, pluć...
— A lekarze, felczerzy?
Pani Poziemska uśmiechnęła się blado.
— Dawniej — mówiła — przychodził to ten, lub ów na noc, na część nocy. I teraz, owszem, ktoś sobie wspomni, ale rzadko. Pieniądze nam wyszły, a raczej prawie wyszły, każdy boi się przedewszystkiem prośby o pożyczkę.
— A czy zgodziłaby się pani, żebym ja, aczkolwiek nie lekarz i nie felczer miał prawo zaglądać tu kiedyniekiedy, przeczytać co choremu, może w nocy posiedzieć...
— Śmiałażbym zabronić? Ale co na to... Łżawiec, tutejsza cnota? Ja gorąco proszę...
Za chwilę podniosła oczy i blady rumieniec mknął przez jej twarz, niby różowy ranny obłoczek.
— Marta, Marta! — dał się słyszeć krzyk z sąsiedniego pokoju.



VI

Nazajutrz rano pan Jan udał się z odwiedzinami do chorego lekarza wcześniej, niż zezwalał obyczaj. Wpuszczony do mieszkania zastał je w daleko większym nieładzie, niż dnia poprzedzającego. Sala i gabinet zarzucone były mnóstwem sprzętów i mebelków, przyniesionych z innych okolic lokalu, a nawet bodaj ze składu i spiżarni. Minąwszy je, Raduski wszedł z cicha do pokoju sypialnego. Chory spał dziwnym snem, więcej przypominającym śmiertelne wyczerpanie się samych cierpień, niż szczęśliwe zapomnienie o nich. Strasznie blada i chuda twarz jego leżała na poduszce bez władzy, jak głowa trupa, doły oczne czerniały, niby jamy i tylko jęk, wydzierający się z ust otwartych razem z oddechem świadczył, że w tem ciele życie jeszcze nie ustało. Przy sofie doktora, z tej strony, w którą zwrócona była twarz jego, leżał na ziemi materac nieokryty prześcieradłem. Górny brzeg poduszki dotykał prawie brody chorego. Jasno niebieska, lekka, atłasowa kołdra leżała obok.
— Któż to śpi tutaj? — cichym szeptem spytał się Raduski służącej, która na palcach szła za nim.
— Pani, — odrzekła dziewczyna równie cicho.
— Zawsze tu sypia?
— Zawsze. Czasem to nawet nie śpi, tylko w krześle siądzie przy panu i ucisza go, jak weźmie bardzo wyklinać i krzyczeć...
— A gdzie pani?
— W ogrodzie...
Nie chcąc budzić chorego, Raduski, jak mógł najciszej, zbliżył się do zielonej firanki w oknie, uchylił ją i wyjrzał. Był tam kwadratowy wirydarzyk między starymi domami, zamknięty ze strony bardziej odkrytej grubym murem, małe więzienie dla drzew, które na swe nieszczęście tam wyrosły. Wąski trawnik, poprzecinany dróżkami żwiru zaścielał go tu i tam. Jasno-biały blask padał na jeden tylko klinik murawy i na róg starej kamienicy. Doktorowej nie było tam widać. Raduski wysunął z okna głowę i wówczas dopiero zobaczył ją, siedzącą pod cieniem dużego wiązu, tyłem do mieszkania, na starej, z odgniłemi nogami ławce drewnianej. Poręcz tej ławki zrośnięta prawie była z odziemkiem drzewa. Pani Marta siedziała bez ruchu, jakby spała. Nogi jej były wyciągnięte, ręce rozkrzyżowane na oparciu ławy, głowa w tył odrzucona, niby jakiś ciężar, jakieś brzemię dokuczliwe i bolesne...
— Śpi... — myślał Raduski. Po chwili wpatrzywszy się w twarz bystrzej, zauważył, że oczy były uchylone i obserwowały konary, liście drzew, czy ptaki, śpiewające wśród zieleni. Czoło pani Marty, odkreślone równemi brwiami od reszty twarzy ukrytej dla wzroku, widać było, niby białą, podłużną plamę słoneczną. Na jednej z rąk leżał ruchomy błysk, który czasami wahał się w prawo i w lewo, błądząc po powierzchni dłoni, to znowu zstępował na spróchniałe drewno, jakby w usiłowaniu wyważenia i dźwignięcia bezwładnych, rozstawionych palców. Takież światełko obrało sobie miejsce we włosach siedzącej, na jasnym puklu, w tyle głowy. Zdawało się, że promień słońca, wpuszczony do tego cichego miejsca przez liście, rozgarnia bujne włosy pani Marty, usiłuje rozwiązać pasma niedbale rozwinięte i roztrzepane nieco wskutek zetknięcia się z szorstką korą, jakby składał na jej głowie nieskończony pocałunek.
Wtem chory doktór jęknął znagła i, nie otwierając oczu, jął wołać żony wyrazami już to gminnymi, już pełnemi czułości. Raduski zbliżył się do jego wezgłowia i schylony mówił z cicha:
— To ja tu jestem, Raduski. Żona pańska jest w ogrodzie. Zaraz tu przyjdzie. A możebym ja panu mógł w czemkolwiek usłużyć?...
— Co mi tam pan możesz usłużyć?... — mówił doktor parskając ciągle. — Daj mi chustkę czystą. Tu leżą w szafie, na drugiej półce, od góry. Żona w ogrodzie... Wypoczywa... Żona jest od tego, żeby tutaj... Płacimy za nie, stroimy je, oddajemy im cały zarobek, a gdy którego los zwali, to taka... wypoczywa... Wiedz pan, że mam w nosie rany... Wydzielina jest krwista i cuchnąca. Uważasz, co ja mówię? Na błonie śluzowej formują się węzełki, wielkości mniej więcej ziarnka prosa. Wskutek rozpadania się tych węzłów tworzą się ranki, zwolna zbliżają ku sobie grupami, łączą i pokrywają całą błonę. Coraz większy rozwój węzłów i ciągłe ich rozpadanie się na dnie i w okolicach ran prowadzi procesy zniszczenia głębiej. Obnażają się więzy kości... Potem to martwieje, kruszy się, odrywa. Uważasz pan, co ja mówię? W wydzielinie z nosa mieszczą się zmartwiałe tkanki. Strzeż się pan... — rzekł z okropnym uśmiechem, wznosząc głowę o jaki cal nad poduszką i przez chwilę mierząc Raduskiego wzgardliwem wejrzeniem. — Strzeż się pan, z nosacizną niema żartów.
— Będę się pilnował doktorze... — mówił Raduski, podając chustkę w momencie, gdy plecy jego przenikał zimny dreszcz tchórzostwa.
— U mnie, — ciągnął chory, — proces niszczący, zapalny rozszerza się już wolno na sąsiednie błony, nie mówiąc o caluteńkiem ciele, na jamę ustną, dziąsła oczy, krtań i oskrzele. Boli mię już gardło i płuca. Uważasz pan, co ja mówię?
— A możeby doktorowi przeczytać cokolwiek? — zapytał Raduski z uśmiechem, wywołanym na usta całą mocą.
— Przeczytać? A przeczytaj pan. Cóż to niby masz zamiar?
— Może powieść jaką, wesołą? «Klub Pickwicka?»
— Wesołą powieść? Nie! daj mi pan święty spokój! Zapomnę się na trzy, cztery minuty, a gdy przyjdzie wracać do siebie!... Daj mi pan pokój!
— Może historyę, opis jakiej wyprawy?
— Co mnie to wszystko!... A zresztą czytaj pan... Masz tu ze sobą?
— Nie, właśnie myślałem, że trzebaby poszukać takiej ciekawej książki. Ja teraz wyjdę na miasto i wrócę za godzinkę. Dobrze?
— Dobrze, wróć pan... — rzekł chory, z wyrazem lodowatej drwiny, patrząc swem suchem okiem na jego buty.
Raduski oddalił się nie po to nawet, żeby szukać «właściwej» książki, lecz prędzej dla rozstrzygnięcia zagadki, która go dręczyła w obecności chorego doktora. Jak dziwnym, ciekawym, a tak do okrucieństwa niepojętym trybem łączą się z sobą wypadki i splatają uczucia ludzkie! W myślach, a raczej w wyobraźni jego stała izba, oświetlona lampką naftową, starzec z łysą czaszką i człowiek, leżący w kącie pod gałganami. Dla czegóż ja to widziałem — marzył — dlaczego znowu tu jestem u tego doktora? Co za sens, jaka logika? Pod ciężką i szczelną przykrywą racyonalistycznego myślenia roiły się, niby kłęby sprężystego gazu, niepokonane uczucia, pewniki zabobonu, trwogi, westchnienia i jakieś głupie uśmiechy. Czasami na mgnienie oka wcielały się w kształt, który możnaby określić zapomocą trwałego sylogizmu — i wnet przewiewała je idąca chwila w coś zupełnie obcego, w jakieś prawie nic, rozproszone, jak szeżoga.
Zatopiony w myślach pan Jan stanął przed księgarnią łżawiecką pana Saula Glockiego. Kiedy już otwarł drzwi i przekroczył próg, dopiero zoryentował się, że nie wie, po co przyszedł, co ma kupić, o co zapytać... Młody ryżawy subjekt z ogromnymi wąsami, zadartymi w sposób modny ku górze, co nadawało jego twarzy cechę suprasarmacką, schylił rozczesaną głowę z giestem wielkiej uprzejmości i mrużąc oczy, spytał:
— Co pan dobrodziej każe?
Raduski zarumienił się, rzucił okiem po półkach i najniespodziewaniej dla samego siebie rzekł:
— Proszę o sto arkuszy papieru listowego i pięćdziesiąt kopert.
Miał, jak to mówią, na końcu języka pytanie, jakąby książkę trzeba kupić dla osoby chorej, dla bardzo chorej, ale widok modnie uczesanego subjekta był tak daleki od treści jego myślenia, że pytanie wydało mu się wprost śmiesznem i niemożliwem. Wyliczył pieniądze za papier, oddał winne ukłony księgarzom i, wewnętrznie rozzłoszczony na siebie o to, że się dobrowolnie skazał na kupno i dźwiganie zbytecznego sprawunku, jął przyglądać się półkom z książkami. Oczy jego biegły po tytułach, umieszczonych na grzbiecie niektórych druków, ale to bezcelowe błądzenie wzmagało tylko irytacyę. Skłonił się modnym żydowinom raz jeszcze i wyszedł.
Trzymając w ręce sznurek pakietu z kopertami, szedł teraz ulicą bez jasnego pojęcia, co robić dalej. Przyszła mu do głowy myśl, żeby nająć ze dwudziestu małych łobuzów, ustroić ich w dziwaczne kostyumy, wyuczyć byle jakiej roli i odegrać teatr przed oczyma chorego — ale i ten projekt odsunął. Czuł to jedno, że musi rozradować tego człowieka za jakąbądź cenę i w jakikolwiek sposób. Wtem, rzuciwszy oczyma na jedną z wystaw sklepowych, ujrzał za szybą dwa stare, zżółkłe autografy hetmańskie, jakiś bardzo dawny pieniądz, kilka rycin...
— Prawda, toż tu siedzi stara mumja... Do niego! — zdecydował się Raduski, otwierając z trudem drzwi sklepu.
Znalazł się w dużej sali, od podłogi do sufitu zastawionej szafami, pełnemi książek. W głębi widać było drugą mniejszą salkę, również naładowaną drukiem. Prowadziły do niej dwa otwory bez drzwi, w kształcie nisz z gotyckimi łukami. W środku pierwszej stały rzędem w pewnej odległości jedna od drugiej trzy gabloty oszklone ze wszech stron, pełne autografów i starych ksiąg, poroztwieranych na pierwszej karcie. W rogu tej sali przy oknie mieściło się duże biurko, za którem siedział wiekowy jegomość w czapce i ciekawie patrzał na wchodzącego.
Raduski ukłonił mu się i z jąkaniem wyjawił cel swego przybycia.
— Chciałem — mówił — znaleźć książkę, którą mógłbym czytać człowiekowi śmiertelnie choremu...
Antykwaryusz wstał ze swego miejsca, oparł się szerokiemi dłońmi na biurze i spoglądał Raduskiemu prosto w oczy z wyrazem niby dobroci, niby ironii.
— Czyż ja wiem?... — mówił wysuwając dolną wargę. — Jeżeli to człowiek religijny... Pismo święte, Ewangielia, Żywoty świętych...
— Nie, nie...
— Nie? — spytał księgarz i ponury błysk mignął w jego szarych źrenicach.
— Uważasz pan — mówił Raduski śmiało i dumnie — jest to człowiek, który życie strawił na badaniu przyrody, na chwytaniu jej sekretów. Mogłoby go zająć coś z tej dziedziny...
Mina starego móla biblioteki złościła go, wejrzenie i skryty uśmiech podpowiadały mu ostre słowa, których jednak nie chciał wymówić. Czuł w tym zaszuszonym szczurze twardego bigota, z którym daleko prędzej można przyjść do kłótni, niż do jakiejkolwiek tranzakcyi.
— Może pan zobaczy katalog? — mruknął antykwarjusz.
— Drukowany?
— Nie stać mię na drukowany. Jest tu cały alfabetyczny, kartkowy... — mówił, prowadząc Raduskiego do skrzynki drewnianej i otwierając jej wieko.
Podłużna, wąska i płaska skrzynka rozdzielona była wewnątrz na kilkanaście jednakich przedziałów, a każdy z nich pełen był twardych stojących kartek, z szarej tektury.
— Oto A, oto B, C itd. — mówił stary. — Białe kartki to są odsyłacze z grupami miejscowości, tytułami wydawnictw zbiorowych, pseudonimami, etc.
Raduski przeglądał kartkę za kartką i odczytywał wypisane niezmiernie jasno tytuły całkowite. Nazwiska autorów mieściły się w osobnym inicyale, daty i szczegóły o druku w osobnej przegrodzie, wartość książki z boku, numer katalogu, pisany czarnym ołówkiem w specyalnej obwódce. Przeczytawszy kilkanaście kartek z litery A, parę z B, C i D, Raduski zauważył, że nic z tego nie będzie. Trzebaby czytać cały katalog. Mnóstwo imion i tytułów pociągało jego myśli w najrozmaitszych kierunkach i do przeróżnych dziedzin. Daty świadczyły, że zły pan zgromadził książki przeważnie stare, z XVI, XVII i XVIII wieku i że trafiały się wśród nich inkunabuły.
— Cóż ja tu mogę wyczytać? — pomyślał Raduski i zwrócił się do jegomości, który z głową schyloną nad samem biurem pracowicie i wolno przepisywał sążnisty początek jakiegoś odwiecznego kulfona. Antykwaryusz dostrzegł ruch jego twarzy, wstrzymał lewą ręką wędrujące okulary i zmarszczył czoło.
— Nie trafia się nic odpowiedniego, nic z zakresu chwytania przyrody na gorącym uczynku — spytał grzecznie z ledwo, ledwo dającemi się wyczuć kpinami w tonie mowy. Raduski udał, że ani słyszy, ani rozumie tego tonu i rzekł oschle:
— Trzebaby czytać pozycya za pozycyą cały pański katalog. Jest to nudne, jak flaki z olejem. Nie będę czytał.
— A może pan dobrodziej tak oto z grzbietów coś sobie upodoba?...
Mówiąc tak, wylazł z za swego biurka i szedł obok szaf, wskazując ręką książki, ale takim gestem i z taką miną, jakby wcale nie miał chęci sprzedawać którejkolwiek. Później zbliżył się do gablot i ruchem głowy wskazał druki za szkłem rozłożone. Były to przeważnie rarytasy bez kart tytułowych. Antykwaryusz spoglądał na nie z dziwnym wyrazem oczu...
— To jest — mówił — Malleus maleficarum, owoc trudów wielebnego jezuity, inkwizytora, księdza Jakóba Sprengera, wydany w Kolonii 1489 roku. Zaleca tu dla dojścia prawdy szczególnie tortury, radzi przeszkadzać wszelkimi sposobami apelacji do wyższego sądu, albowiem procedura ma na celu nie wykrycie niewinności, lecz udowodnienie zbrodni. Pierwsza część składająca się z ośmnastu rozdziałów, mówi o czarodziejstwie w ogólności, o działaniach dyabła zapomocą czarownic, o różnych sposobach szkodzenia ludziom, głównie przy współudziale akuszerek. Część druga, rozdziałów szesnaście, obejmuje środki unikania dyabłów i czarów, czyli leczenie się z uroków. Trzecia wreszcie, rozdziałów trzydzieści pięć, zawiera procedurę. Na początku były zamieszczone, jako aprobaty: bulla Innocentego VIII, papieża, dyplomat Maksymiljana I i pochlebne zdanie wydziału teologicznego w Kolonii. Rzuć no pan okiem, rzuć no pan okiem: ten wstęp ktoś później wystrzygł... Uważasz pan? Ktoś go wystrzygł! Ale my go znamy doskonale, my go umiemy na pamięć, przepisaliśmy go starannie i wkleili w miejsce właściwe... Ba! a to nic? — wołał starowina, prostując okulary i wydobywając książkę, — to nic, ten przypisek polski z wieku XVII-go, inkaustem: «Nie godzi się tem pismem parać nie tylko katolikowi, ale i kapłanowi...» Cóż pan powiesz? Nie godzi się już tem parać... Już przyszedł promień kultury i uderzył w zgniłe mroki! I ktoby to był, co pisał te słowa, ktoby to był?... — szeptał z cicha antykwaryusz, wpatrując się swym ostrym, natrętnym, drwiącym wzrokiem w stare, wyblakłe litery.
Raduski wziął z rąk jego książkę i oglądał ją, niby cacko, które się może za chwilę rozlecieć. Papier był tu i owdzie podziurawiony przez małe robaczki, zwierzchnia okładka urwana. Zostało z niej tylko drewno wewnątrz, pod spodem ucięty kawałek pergaminu z szeregiem liter tak czarnych, jakby je pracowita ręka mnicha wczoraj stawiała, — i szmat grubej skóry z wytłoczonym emblematem.
— Polska oprawa — rzekł antykwaryusz, biorąc książkę z rąk pana Jana. — Bardzo ciekawa, bardzo ciekawa... Czy pan uważasz, — rzekł nagle ze szczególnym uśmiechem, — co się w tym druku mieści, jaki to jest dokument? Kto ją tu przywiózł, kto czytał, ile to z niej wyszło tego, jak się zowie?... Potem ktoś wyciął przedmowę, a wreszcie ktoś napisał, że już... Albo ta — zawołał z nowym blaskiem w oczach — Historia Bohemiae, z wielkim koślawym, czerwonym tytułem. Pisał ją biskup Dubraw z Ołomuńca. Ulegała zupełnemu paleniu na stosie. Ten egzemplarz pochodzi ze Szwecji. Widzisz pan, przypisy szwedzkie!... Kto też i kiedy unosił ze sobą tyle książczysko, jaka miłość kryła się pod płaszczem i niosła za morze? A to, mój panie Vierzig Fragen von der Seele z 1623 r. Jakóba Bohmego, szewca filozofa. I to było palone zażarcie.
Idąc obok swych gablot, stary księgarz wskazywał z żywością rozmaite druki, przeważnie w białych skórach. Jedne z tych opraw były gładkie i piękne, jasno żółte i lśniące, inne zczerniałe i niby rdzą pokryte zamykały się na stare, zluzowane klamerki. Wszystkie te dzieła leżały w wielkim ordynku: mniejsze formaty na górnej półce, czwórki niżej, folianty nisko.
— Oto masz pan elegancką hołotę, wydaną Lugduni Batavorum, — mówił księgarz, prezentując maleńkie szesnastki polskie i obce, prześliczne, drukowane w Leydzie ze sztychowymi tytułami. — Tu są nasze, Dantisci apud Joannem Försterum cum gratia et privilegio Sacrae Regiae Majestatis Poloniae et Sueciae Fredro, Opaliński... Stary zapomniał o celu przybycia Raduskiego, wpadł w ekstazę bibliograficzną i zaczął przedstawiać swój własny, jakoby nieporównany, wzór katalogowania, umieszczania sygnatur, manifestował biegłość swą w odczytywaniu znaków, symbolów, cyfr i liter na okładzinach etc. Raduski słuchał go ze spokojem, jednem uchem chwytając, a drugiem wypuszczając te wiadomości.
— Zbiór starych książek, panie dzieju, — mówił bibularz, trzęsąc rękami — to nie księgarnia, to nie skład druków, to żywy organizm, zrozumiale przemawiający. Każda z tych książek ma swoją historyę i dla człowieka, co dłużej na nią patrzy a myśli, ma dziwny urok i wzbudza szacunek. Niech no pan zważa, ile ich to tu jest roztrząsań, dociekań, uniesień ducha, wizyi, marzeń, poetyckiego wzruszenia, napomnień, kłótni, przekleństw i błogosławieństw... A już to wszystko, cmentarz. Co kogo obchodzi płomienna satyra Jordanusa Brunona Il Candelajo, pisana w roku pańskim 1582, która przecie była jedną ze szczap, rzuconych przezeń na stos własny? Wszystko minęło i człowiek, stojąc wobec tego, może tylko rozmyślać sobie, niby Hamlet nad czaszką błazna: «Biedny Yoricku! Gdzież teraz twoje drwinki, twoje śpiewki, twoje koziołki, twoje wybuchy wesołości, które doprowadzały do ryku stół biesiadniczy? Ani jednego teraz, by wyśmiać twoje własne szczerzenie zębów z żuchwą do cna opadłą...» Oto, naprzykład, mam tutaj dwie ciekawe książeczki Tomasza Campanelli, którychbym za nic nie sprzedał. Jedna z nich nosi tytuł Civitas solis, wydano ją w Utrechcie, roku 1643. Druga Apologia pro Galileo, wydana była we Frankfurcie, w roku 1622. Tę ostatnią książkę siarczysty mnich pisał między jedną torturą a drugą. A tortury były nie byle jakie, trwały po trzydzieści pięć godzin, zrządzając ciężkie uszkodzenia ciała. Arterye i żyły pękały, a krwi płynącej z ran filozofa nie można było zatamować. Okręcono go powrozami, które wpiły się aż w kości. Zawieszono ze związanemi rękami nad ostrzem drewna, które wygryzło mu szesnastą część ciała i wytoczyło zeń dziesięć funtów krwi. Ta książka, mówił antykwaryusz, trzymając w ręce Civitas solis, przemawia do mnie, jak miecz złamany w boju, skrwawiony po rękojeść. Nie sprzedałbym jej za żadne pieniądze, za żadne pieniądze!
— A gdzieżeś ją pan kupił?
— Gdziem kupił? Tutaj, u żydka, który furę, słyszysz pan, furę takich książek zgarnął za trzy ruble w czasie licytacyi gratów po jakimś kanoniku, zmarłym na prowincyi... Bo i dlaczego taki Campanella pisał swoją Civitas solis? Dlaczego? — wołał stary głośno, patrząc Raduskiemu w oczy. — Jakiż waryat! Tracić na zaostrzonym drągu szesnastą część ciała i dziesięć funtów krwi dlatego... No dlaczego, dlaczego? Dla iksa, który miał być dopiero po nim, czort wie kiedy, i którego nawet on nie mógł zrozumieć dostatecznie. Mój łaskawco, bronić Galileusza, uprzeć się dla satysfakcyi myślenia według własnych upodobań, dać sobie rozpruwać żyły...
Raduski siedział na stołku przy gablocie, odkładał książkę za książką i uśmiechał się pod wąsem. W pewnej chwili wlepił oczy w starego rozmówcę i przypatrzył mu się ciekawie. Jedne z drzwiczek ostatniej szafy nie dawały się otworzyć z łatwością i antykwaryusz poszedł szukać jakiegoś klucza. Stukając pantoflami, wszedł z pierwszej sali do drugiej z błyszczącą posadzką, która leżała o kilkanaście centymetrów wyżej, niż w głównej, i, zbliżywszy się do ściany, gdzie widać było tylko same półki z książkami, znikł wśród oprawnych tomów, jak gdyby się nagle zamienił w proch biblioteczny i schował w pierwszej lepszej szufladzie.
Raduski obejrzał się po sali. W ciszy, która nastała z chwilą wyjścia właściciela zbioru, słychać było z kąta wolne tik-tak ogromnego szafkowego zegara. Dźwięk ten zabawnem uczuciem przejął serce pana Jana. Z łatwością można było teraz pojąć, co tak niejasno, choć krzykliwie, opisywał stary antykwaryusz, owo uczucie przykre i dławiące, gdy się słyszy systematyczne i jednakie kroki niestrudzonego czasu wśród odwiecznych druków. Raduski trzymał na kolanach jakiś wielki tom in folio i przewracał kartę za kartą. Druk był polski. Oczy Raduskiego padły na jedną ze stronic i przylgnęły do niej. Antykwaryusz wrócił ze skrzyneczką, napełnioną pękami kluczów, i zajął się otwieraniem niesfornych drzwiczek. Gadał głośno, zwracał się do gościa, ale bez skutku. Po upływie blizko godziny Raduski wstał prędko i rzekł:
— Sprzeda mi pan tę książkę?
— Żywoty ojców świętego Hieronima? Phy... No może. Choć mi żal. To dla tego chorego?
— Co pan każe sobie zapłacić?
Antykwaryusz począł przeglądać swe spisy, notować na rozmaitych karteczkach, a koniec końców mruknął, ruszając wargami, jakby coś przeżuwał:
— To tam żywoty... Pieniędzy się za to nie bierze. Czytaj pan temu choremu... Niech wam służy.
— Ja wezmę książkę tylko za pieniądze.
— Nie dam tej książki za pieniądze!
— No to nie.
— Kładź pan tu na gablocie dziesiątkę i bierz tego Hieronima! — krzyknął stary, jakby kto z niego darł pasy.
Raduski podał mu rękę, wymienił swe nazwisko, co tamtego, zdawało się, wcale nie interesuje, umieścił na szklanej szybie szafki dziesięć groszy i wyszedł, dźwigając księgę.
— A nie zniszcz pan druku! Zawszeć to siedmnaste stulecie... — wołał antykwaryusz. Raduski słyszał głos jego, gdy już był na ulicy. Wprost ze sklepu bibularza udał się do mieszkania Poziemskich. Gdy tam przyszedł, doktorowa zajęta była brzydką operacyą przepłukiwania choremu nosa. Ledwie to skończyła i ledwie biedak złożył swą głowinę na poduszkach, w przedpokoju dał się słyszeć głos dzwonka i w parę minut później wszedł Koszczycki. Twarz miał wystraszoną i oczy biegające. Ujrzawszy Raduskiego, dźwignął brwi wysoko i zachował dyplomatyczną pozę, która mogła równie dobrze zwiastować chęć uściśnienia kolegi, jak świadczyć, że go się wcale nie zna. Raduski uśmiechnął się i podał mu rękę.
— No i jakże? — szepnął przybyły, zwracając się do pani Poziemskiej, — nie lepiej?
— Nie, nie lepiej... — odparła ruchem ust i oczu. Następnie, według swego zwyczaju, odchyliła cokolwiek w tył głowę, i z pod rzęs, z ledwie widocznym uśmieszkiem przyglądała się adwokatowi. Raduski udawał, że ma oczy spuszczone, a pilnie śledził każdy ruch mecenasa, nie mogąc zrozumieć, po co on tam przyszedł.
— A może go posądzam... — rozmyślał — może to w istocie litościwy człowiek?....
Gdy upłynęło kilkanaście minut chwycił sekret w przestrzeni, na gorącym uczynku. Koszczycki schylony nad łóżkiem chorego uwielbiał doktorową, która siedziała z drugiej strony posłania, wzrokiem pełnym głębokiej, utajonej, gwałtownej namiętności. Nie pragnął on, widać, żeby efekt jego był dostrzeżony przez samą panią Martę i z oczu jego wyglądała tylko czysta, nienasycona i nienapatrzona żądza miłości. Zbadawszy to zjawisko Raduski spuścił z oka mecenasa i zajął się doktorową. Ciekawość jego przekroczyła teraz wszelkie granice: czuł, że siła wzroku zdolnąby była wydrzeć prawdę z cieniów nocy, z dna wody, z głębi gruntu. Twarz pani Marty była zupełnie obojętna, ale czasami przesuwały się po niej zamaskowane uśmiechy, niby zimne światło, idące późną jesienią przez role smutne i pełne żałości. W chwili, kiedy oczywiście, była pewna, że Raduski patrzy w inną stronę, pani Marta uniosła rzęs i przezroczyste, jastrzębie źrenice jej spoczęły na Koszczyckim. Wnętrzności Raduskiego zadygotały, jakby go kto skrytobójczo żgnął nożem. Doktór leżał bez życia, niby kłoda. Nawet stękanie jego ucichło. Raptem począł chrząkać, prędko zamykać i otwierać usta, — i wycedził przez zęby:
— Panie... panie... pa... Raduski, miałeś czytać, miałeś coś czytać...
— Ach, prawda, przyniosłem książkę... — rzekł Raduski i rozłożył na kolanach Żywoty. — Chcesz pan posłuchać żywotów świętych? — z uśmiechem zwrócił się do chorego.
— Żywotów... Wszystko mi jedno, wszystko mi jedno. Czytajże pan... Dlaczegóż nie czytasz u dyabła?...
— Janek i żywoty świętych pańskich... — cicho wymówił Koszczycki do pani Poziemskiej. — Świat się przewraca...
Pan Jan otworzył książkę i zaczął czytać życiorys świętego Jana Pustelnika, spisany przez świętego Hieronima. Czytał, jak za prześladowania Waleryana Paweł, wyćwiczony w naukach greckich i egipskich, opuścił wielkie dobra, rodzinę, uciekł w pustynię syryjską i sto trzynaście lat przeżył w pieczarze; jak świętemu Antoniemu, który na innej puszczy dziewięćdziesiąt lat już był wytrwał, śnił się sen, ażeby iść do Pawła; czytał o spotkaniu świętych u wejścia do groty, o rozstaniu ich.
— Nudne to jest! — zawołał doktór, marszcząc się. — Nudne jest, nudne... Co mnie to może obchodzić?
— Niechno pan czeka! — z gniewem w głosie rzekł Raduski i począł czytać ciąg dalszy o tem, jak Antoni wrócił do klasztoru, spustoszonego przez Saracenów, jak znowu szedł na puszczę. Wreszcie czytał taki ustęp: «A jako już dzień rozświecił się inszy i przez trzy godziny czasu drogi zostawało, zobaczył, między aniołów hufcami i między proroków i apostołów chórami, śniegową Pawła białością świetnego, ku niebu postępującego. I zaraz na twarz padłszy, piasku na głowę swoją sypał, płacząc i narzekając mówił: czemuż mię Pawle opuszczasz? Czemuż odchodzisz niepożegnany? Tak nierychło poznany, tak prędko odchodzisz... Powiada potem błogosławiony Antoni, iż z taką prędkością ostatek drogi bieżał, iż jakoby ptak przeleciał. I słusznie. Bo wszedłszy do jaskinie, obaczył klęczące, z rozciągnionemi do góry rękoma, ciało martwe. A tak obwinąwszy i z jaskinie wyniósłszy ciało, pieśni także i psalmy według podania chrześcijańskiego prześpiewawszy, frasował się Antoni, że gracy, którąby wykopał ziemię, nie miał. A mieszając się różną umysłu burzą i sam ze sobą uważając, mówił: jeżeli do klasztoru chcę wrócić, trzy dni drogi jest, jeżeli tu zostanę, nic dalej nie pocznę. Niechże tedy umieram, jakom zasłużył, i przy Twoim padłszy, niewolniku, Chryste, niech ducha ostatniego wyleję. To gdy sobie w głowie roił, a oto dwa lwy z głębszej pustynie zbiegłszy, z rozczochranemi na karkach grzywami przylatują, których obaczywszy naprzód zląkł się, a znowu do Boga ducha podnosząc, jakoby ciche gołębie obaczył. A oni prosto do ciała błogosławionego starca przybiegłszy, zastanowili się, i przychlebiając się ogonami, przy nogach jego ulegli, głosem rycząc wielkim, tak, iż rozeznał, że płakali, ile mogli. Potem niedaleko poczęli ziemię nogami drapać i, piasek na przemiany wyrzucać, prawie na jednego człeka miejsce wykopali. I zaraz, jakoby o zapłatę za pracę mieli żądać, robiąc uszami i nachylając karku, do Antoniego poszli, ręce jego i nogi liżąc. A ów zrozumiał, że go o błogosławieństwo prosili».
Gdy Raduski czytał ostatnie wiersze, rzucił okiem na twarz chorego i wnet cisnął książkę. Poziemski o własnej sile dźwignął czaszkę, straszną, przypominającą głowę kondora, z mokrymi włosami, które oblepiły ciemię, szeroko roztworzył powieki i z nieznośną badawczością patrzał na linie druku.
— Któż to to pisał? — zapytał ostrym głosem.
— Święty Hieronim.
— Hieronim?
— Tak.
— Przecie to autorytet?
Raduski uśmiechnął się mimowoli.
— Tak... autorytet... — rzekł cicho.
Chory spuścił głowę na poduszki, zamknął oczy i szeptał do siebie:
— Umarł z wyciągniętemi do góry rękami, a lwy mu grób kopały...
Mecenas bez ruchu siedział w fotelu, z głową wspartą na ręce. Nie spuszczał oka z twarzy Raduskiego. Brwi jego były zsunięte i czoło tak zmarszczone, jakby w głębi swego mózgu szukał rozwiązania jakiejś sprawy niewymownie splątanej. Pani Marta przyglądała się choremu suchemi oczami, a wzrokiem tak zgasłym, że się wydawało, jakoby miała źrenice we łzach utopione. Milczenie zaległo pokój.
Nagle doktór wziął chrypieć i łkać. Łzy płynęły po jego twarzy wielkiemi kroplami, spadały na jasiek i wnet rozlewały się w duże, ciemne plamy.
— Oto — mówił wśród szlochów i stękań — po tylu latach dążenia do prawdy, po przebyciu morza trudu lekarskiego przyszło mi na to, że jedyną ucieczkę mojego umysłu stanowią takie brednie, takie banialuki... Oto... Trup zastygły trzymał ręce ku niebu, duszę jego aniołowie odnieśli, a lwy mu grób wykopały «przychlebiając się ogonami».
Głęboki smutek przejął serca obecnych, ale wszyscy troje siedzieli nieruchomo, czując doskonale, że są tylko besilnymi widzami, którzy nic a nic w tych sprawach nie tylko zdziałać, mówić, ale nawet sądzić nie mogą...
— Co ja pocznę, co ja pocznę, gdzie ja się obrócę, co ja będę robił! — zakrzyknął nieszczęsny, zrywając się z łóżka i targając rękami bieliznę na sobie.
Pani Marta wolno zbliżyła się do wezgłowia, uklękła przy niem i, nagiąwszy rękoma ku poduszce głowę chorego, zaczęła mu, jak zwykle obcierać chustką oczy i skrzywione usta.
— Po co ja, głupi, przyniosłem tę książkę i po co ja to czytałem?... — rozważał Raduski, brnąc myślami w jakiś zaułek swej własnej duszy, skąd nie było wyjścia i napoprzek którego stała tylko czarna głębia otwartej mogiły.



VII

Długie, cudne dni maja przechodziły dla Raduskiego tak szybko, jak godziny. Zaledwie rozświetlał się jasny, zmoczony rosą poranek, już szła noc, prawie ciągle bezsenna, i wnet ustępowała przed nowem przyjściem słońca. Nocne czuwanie, sen pełny trwogi wprawiły redaktora w stan szczególnego oszołomienia.
Widząc ogromne znużenie, pod ciężarem którego pani Marta z nóg się waliła, zaczął ją sumiennie wyręczać w doglądaniu chorego. Siedział tam prawie dzień i noc, kiedyniekiedy wymykając się dla chwili snu, obiadu i zasięgnięcia od Grzybowicza języka o stanie gazety. Już po upływie paru tygodni stał się w rodzinie doktorskiej osobą tak niezbędną, że gdyby raptem usunął się od spełniania tych własnowolnych obowiązków, straconoby tam całkowicie w warunkach tak fatalnych możność bytowania. Pani Poziemska nie opuszczała swego stanowiska u wezgłowia męża, spała przy nim, jak dawniej, na ziemi, ale nie zajmowała się już sprawami domu i wykonawczą jedynie rolę pełniła w kuracyi. Bardzo często w czynach jej, w dźwiękach głosu, w ruchach, w wyrazie twarzy, a szczególniej w tępych spojrzeniach widać było niemoc utrudzenia, wstręt i obojętność. Męstwo umysłu, wytrzymałość serca nie zmniejszyły się w niej ani na jedną kreskę, ale ręce i nogi, uszy i oczy — ustały. Częstokroć, idąc przez pokoje z filiżanką bulionu, flaszką lekarstwa, lub termometrem w ręce, zbliżała się do jakiegoś fotelu lub krzesła, zamiast do męża, składała rzeczy niesione na pierwszym z brzegu stole i w postawie byle jakiej usypiała, a raczej tonęła w odrętwieniu sennem, krótkiem i jeszcze bardziej męczącem, z którego budził ją pierwszy szept lub westchnienie chorego.
Wszystkiem zajął się Raduski. Gdyby go kto wprost spytał, dlaczego to wszystko robi, nie umiałby odpowiedzieć, a właściwie nie byłby w możności wyrazić słowami, co go pchało do tego rodzaju czynności. Była to przedewszystkiem z pewnością jakaś miłość. Coś strasznie, nad życie swoje w całej tej historyi kochał. Ale którą osobę, czy co? Skulone ciało, ranami wstrętnemi okryte, źrenice pani Marty w próżni zatopione, czy szczebiot Elżbietki, której do ojca nie wolno było przybliżać się i dotykać? Ta głęboka miłość smutnych salonów, osłoniętych żaluzyami, podobną była niby do jakiejś siekiery. Obuch jej stanowiła tępa zemsta, nie wiedząca w kogo ugodzić. Ale częściej, daleko częściej myśli snuły się długim szeregiem, jedne za drugiemi, jak ciche siostry miłosierdzia, co, ukrywszy twarze, niestrudzenie, ze świętem bohaterstwem idą w środek łoskotu wojny, aby na polu zniszczenia zbierać straszliwe jej plony. Pod wpływem tego uczucia rzucał się do walki z chorobą i starał przemóc jej siłę. Urządził dwa razy konsylium specyalistów warszawskich i wybitniejszych miejscowych lekarzy. Przepisy i najszczegółowsze, najdrobniejsze wskazania wypełniał sam i przy współudziale doktorowej, nad wszelki wyraz gorliwym. Ale była to bitwa przegrana. Każdy dzień przynosił nowy znak porażki. Wśród mozołów gorączkowego wydzierania naturze życia doktora, w półsnach, półjawach znaki te łączyły się w dziwne kombinacye, w pewne formuły. Niebezpieczeństwo i groza wywyższały te myśli, dźwigały je na górne miejsce, skąd widać się dawał szeroki obszar ludzkiego bytu. Choroba doktora i połączone z nią okoliczności były to dla Raduskiego, nie tylko codzienne fakty, nie tylko zatrute owoce dzikości świata, ale nadto były to dlań jakby typy działania pewnych sił, gromadzące się ciągle w jego umyśle. W ciągu tego całego miesiąca zapamiętał szczególnie kilka wypadków, a raczej kilka chwil swej duszy.
Pierwsza zdarzyła się jednego dnia nad ranem, o samym brzasku, kiedy chory czuł się gorzej, niż zwykle. Pani Marta usnęła na swym materacu, jak głaz. Głośne chrapanie jej rozlegało się po całym domu. Za przymkniętem oknem słychać już było wesoły szczebiot ptaków. Raduski podniósł storę i uchylił okna tyle, że mógł słyszeć, jak z łagodnym szeptem liście na drzewach cichy wiatr głaska. Chory ocknął się i leżał nie śpiąc, z zamkniętemi oczyma.
Z nagła wyszeptał:
— Raduski...
Pan Jan, nie mogąc przyjść doń z tej strony gdzie spała doktorowa, stanął w nogach i pochylił się. Chory zwrócił na niego swoje oczy i bez słowa patrzał, patrzał, patrzał. Dreszcz zimny zaczął łazić po krzyżu Raduskiego i zjeżył mu włosy nad głową. Straszny wzrok schorzałego, zdawał się podawać z oczu do oczu tajemnice, zachwycone u ostatniego krańca bytu przez szczelinę, na tamten świat wychodzącą.
Nareszcie te oczy uśmiechnęły się dziwnie, a wargi cicho, tak bardzo cicho, że Raduski tylko po ruchu ich był w stanie rozeznać wyrazy — szepnęły:
— Liście... szeleszczą?
— Liście...
I znowu uśmiech, uśmiech nieziemski. A później z trudem wyszeptane słowo:
— Przyjacielu...
Drugą chwilę przeżył w kilka dni później, w drukarni, kiedy wśród mnóstwa listów z kilku dni, adresowanych do redakcyj, czytał jeden, najbardziej jak tylko być może osobisty. Niepodpisany autor w wyrazach bardzo uszczypliwych i prawdziwie dowcipnych znieważał go za to, że jakoby przy łożu konającego człowieka on, Raduski, śmie prowadzić nikczemny romans. Romans ów autor określał za pomocą terminów plugawych, a szczególnie jeden z tych wyrazów kilkakroć napisał. Raduski, odczytawszy kartkę, zmrużył oczy i zbladł. Wzrok jego, jak gdyby przylgnął i nie mógł się oderwać od owego haniebnego słowa. Wargi mimowoli powtarzały je, rozdzielając sylabę od sylaby, a za każdą z nich dusza łykała truciznę.
Na trzecią chwilę duszy pana Jana złożyło się wiele zdarzeń, towarzyszących ceremoniom pogrzebu doktora. Zmarł w pierwszych dniach czerwca. Za trumną szedł cały Łżawiec: chrześcijanie i żydzi, bogaci i ubodzy, dorośli i dzieci. Kiedy niezmierny kondukt przy blasku mnóstwa świec wyszedł z katedry i, niby bujna fala powodzi, wlał się w ulicę, prowadzącą ku cmentarzowi, Raduski, stojąc na wzniesieniu kościelnem, zaśmiał się z cicha. Przyszły mu na myśl słowa starego antykwaryusza, cytowane z Hamleta: «Biedny Yoricku, Yoricku!»... To stado ludzkie z pompą oddawało honory, na jakie stać je było, czemuś niewiadomemu, co przed chwilą gotowe było zaniedbać i rzeczywiście lekceważyło... Na cmentarzu Raduski umyślnie zdaleka się trzymał od trumny, grobu i pani Marty. Ta ostatnia miała opiekunów nie mało. Prowadził ją pod ramię z wielką i surową godnością najgrubszy co do objętości i najstarszy co do wieku reprezentant medycyny w Łżawcu, dr. Falanty. Z drugiej strony stał Koszczycki, dalej piękny i młody antysemita dr. Bydłower, oraz inni żonaci i bezżenni przedstawiciele fakultetów. Pani Marta rozpaczała, jak się wydało Raduskiemu, w sposób niezupełnie szczery, efektowny i banalny. W czasie mowy kaznodziei, który rozrzewniał publiczność wielokrotnem ubieraniem w klejnoty retorycznych myśli, że oto był człowiek żywy, był doktór medycyny, był małżonek, był ojciec dzieciom (kaznodzieja stale powtarzał to «ojciec dzieciom», aczkolwiek Elżbietka była jedynem dziecięciem zmarłego), a oto teraz leży martwy trup, nic więcej, tylko pewne terytoryum robactwa — pani Marta mdlała. Gdy wreszcie trumnę spuszczono na powrozach w głąb dołu, okropnie usiłowała rzucić się za nią, czemu adwokat Koszczycki z właściwą forsą przeszkodził. Pomysł owego rzucania się w grób wydał się Raduskiemu również kiedyindziej obmyślonym, jak to mówią, zrobionym szydełkową robotą. Dopiero gdy łopaty chłopów o kostropatych łbach i niegolonych gębach poczęły spychać na trumnę mokrą cuchnącą glinę, twarz wdowy nagle przybrała wyraz głupi, nieefektowny, wyraz strachu i boleści. I serce Raduskiego ów łoskot o wieko przeszył uczuciem nigdy nie doświadczonem, uczuciem wielkookiego strachu, jakiemu człowiek podlega chyba tylko topiąc się w wodzie. Władze ciała i wytężone palce nie znajdują żadnego przedmiotu twardego, nie znajdują nic, prócz żywiołu, który się złapać nie da. Wtedy także przemknął się w jego pamięci dziwny uśmiech doktora. A potem nastała obojętność.
Wróciwszy z pogrzebu, Raduski udał się do mieszkania pani Marty, ale jej tam nie znalazł. Na cały tydzień wzięła ją do siebie żona grubego lekarza. Pan Jan zajął się odświeżeniem lokalu, który przesiąkł niejako chorobą. Kazał go wietrzyć, zmienić i zreformować. Wszystko to czynił dla sprawienia pani Marcie niespodzianki, gdyż miał zamiar sprzeciwić się temu, żeby tam dłużej mieszkała. W ciągu tych kilku dni tęsknił za nią i nie mógł sobie znaleźć miejsca. Od chwili pogrzebu widział się z nią raz tylko w parku miejskim. W krótkiej rozmowie, przy starszych wyobrazicielach familii głośnego uzdrawiacza cierpiących, zdołał zaproponować wdowie, czyby nie chciała odbyć krótkiej, jednodniowej wycieczki do miejscowości znanej mu z lat dziecinnych. Pani Marta zgodziła się w sposób nudnie-bierny, a gdy się rozstawali, patrzała mu w oczy z uśmiechem, który w nim stworzył nowe życie.
Nazajutrz, około godziny ósmej rano, pan Jan stawił się przed chwilowem schronieniem pani Marty w najętym powozie, umieścił w nim wdowę, doktorową Falantową i Elżbietkę, a sam wlazł na tak zwany kozioł. Gdy przejechali szosą z dziesięć wiorst drogi, Raduski kazał furmanowi zjechać na boczny trakt piaszczysty. Poczynała się tam okolica pagórkowata, zarośnięta na wielkich obszarach jałowcem. Przed oczyma jadących wznosiły się znaczne, nieco powydłużane wzgórza, obleczone w ciemne lasy, z głębi których szarzały tu i owdzie osypiska głazów. Wehikuł sunął wolno po drodze, uginając się jednostajnie. Sprychy kół zabierały na się całe warstwy piasku, który sypał się ciągle z cichym szelestem. Śliczne, wesołe słońce stało nad krajem i, ciągnąc z zarośli jałowcowych mocną woń żywicy, rozlewało ją w powietrzu. Za wyższymi krzakami, na sinych cieniach, przecinających koleiny drogi, stała jeszcze rosa. Gdzieniegdzie, po żółtem tle piasku, niby plamy na skórze pantery, widać było siwo-szare kępy wrzosów. Srokosze zawodziły w gąszczach swe jednostajne pieśni, z lasu kiedyniekiedy dawał się słyszeć krzyk ostrożnej kraski. Wolno jadąc u podnóża, wycieczkowicze okrążyli jeden z pagórków bez wkraczania do lasu i znaleźli się w zakręcie wąwozu, który łagodnie schylał się ku jakimś wodom, błyszczącym daleko, daleko. I tam rosły jałowce na litym, do środka ziemi sięgającym piachu. Tylko w środku doliny, nad strumieniem, stały małe, karłowate olszynki długiem pasmem szarozielonem. Wyżej, po wzgórzach czerniały sosny. W tem głuchoniemem zagłębieniu było tak cicho, tak pusto, tak nieruchomo i tak jakoś po swojemu, że wszyscy prawie jednocześnie zakrzyknęli:
— Tu wysiadamy!
Elżbietka pierwsza skoczyła na ziemię i wnet poczęła chichotać, gdy buciki jej nurzały się w głębiach ciepłego piasku. Śmiech jej cudownie brzmiał między dużemi krzakami jałowca. Raduski zaprowadził ją do nadbrzeżnych olszynek. Gdy rozsunęli ciemnozielone liście, ujrzeli wodę. W miejscu, gdzie z cichem szemraniem ocieniony kępami soczystej, zielonej trawy, po rumianych i siwych kamykach strumyczek się przelewał, Elżbietka stanęła, jak wryta. Oczy jej, ręce i usta pociągnęła ku sobie ta czysta, srebrna, migotliwa woda, prędko dokądś lecąca. Uwijały się tam bure ślize, trzepiąc bez przerwy ogonkami i pakując tępe łby pod płaskie kamienie. Wysmukłe źdźbło tymotejki, stojące nad samym brzegiem, kiwało się za każdym powiewem wiatru, rzucając na jasną wodę cień swój maleńki, niby oko srogiego sidła do chwytania tłustych ślizów. Wszyscy maszerowali jakiś czas poza olszynami aż do samotnej brzózki, która wstąpiła białym odziemkiem swoim aż w łożysko strumienia. W cieniu, rozesłanym na trawie i piasku przez jedwabnie szeleszczące, zielone sploty jej liści, wstrzymano pochód. Nietylko Elżbietka ulegała czarowi zacisznej rzeczki. Obiedwie panie śmiały się do jej wód spojrzeniem i ustami. Raduski czuł się jak w niebie. Usiłował gościom pokazać wszystkie piękności tych swoich stron, wszystkie tajemnice miejsc, których sam tyle lat nie widział. Nie obfitowały one w efekty. Widok na daleki staw, jałowce, sosny, piasek i trawa, oto wszystko. Wskazywał tedy co mógł: trznadla, wydzwaniającego swoją gminną piosenkę, a wskazywał w taki sposób, jakby to był gatunek, gnieżdżący się jedynie w okolicy Niemrawego; prowadził do leśnej dróżki i stwierdzał fakt wielkiego znaczenia, że tamtędy można wyjść na pola niemrawskie; pokazał wielkie mrowisko, które pamiętał z lat dzieciństwa i pragnął mocą argumentacyi nadaremnie objaśnić niewysłowiony i dziwnie żałosny dla niego pewnik, że to mrowisko urosło przez ten czas o tyle a tyle...
Do rodzinnego folwarku nie dojechał umyślnie, gdyż chciał ten dzień poświęcić nie sobie, lecz chorej duszy pani Marty. Chciał ją uzdrowić balsamem, w który wierzył najbardziej, otaczał ją tem, co miał najdroższego, najbardziej ukochanego w swej duszy: swojem powietrzem i słońcem, ziemią i wodą. Zgarniał oczyma widoki, o których śnił lat tyle, i przynosił je do stóp osieroconej z ciągłem błaganiem: nie płacz... Ale przyszła chwila, że nie mógł dać sobie rady. Pod pretekstem, że chce zostawić towarzyszkom możność swobodniejszego wypoczynku, odszedł sam na wzgórze, skąd widać było folwark niemrawski, zamieszkany przez pana Sapsię Jajko, byłego pachciarza. Usiadł tam na pniaku między sosnami. Czarny dach dworu lśnił w słońcu, ściany jasno bielały między wysokiemi lipami. Oto stary modrzew, oto droga wjazdowa, oto młyn i wielkie olchy, zawieszone nad stawem...
Z głębokiej zadumy wyrwało go nawoływanie. Obiedwie panie szły brzegiem strumienia. Raduski dopędził je i poprowadził pewną drogą, a raczej pewnym szlakiem wśród jałowców, którędy od lat wielu nikt nie przejeżdżał. W jednym punkcie wzgórek piaszczysty zsuwał się stromo w nizinę, gdzie wody strumienia wyżłobiły rozdół dość długi i przestronny. Całe dno jego zaścielały duże trawy, dzikie maliny i dziady. Ku wschodowi ramiona pagórków rozsuwały się i płaska, równa, daleka łąka przecudnie srebrzyła się w słońcu. Z prawej stał nad nią gaj sosnowy. Wysmukłe pnie widać było daleko z pomiędzy koron i cieniów. Tu i owdzie bieliła się w czarnozielonej głębinie jasna osika, albo lśniąca brzoza. Z lewej strony po urodzajnych, okrągłych wzgórkach, zaraz od granicy łąk ciągnął się długi i szeroki łan żyta. Było jeszcze zupełnie młode, ale już lekki wiatr przeganiał na zielonej jego powierzchni fale szaropłowe. Z dala wydawało się, że cała niwka idzie z dymem, że płynie, leci, występuje z miedz swoich, ciemnemi smugami dzielących ją od pól sąsiednich, że przelewa się w łąkę, to znowu, że nawraca i pędzi pod górę. Za żytem ciągnęły się działki owsa i role, z lekka żółtawo-zielonemi źdźbłami osłonięte.
Raduski wziął Elżbietkę na barana, gdyż trzeba było brzegiem łąki przedzierać się między zaroślami jeżyn, i prowadził obiedwie panie dalej. Wąska ścieżka, zwierzchu okryta błoną zeschłej gliny a uginająca się pod nogą, szła w łąkę. Bobrek trójlistny, goryczka ze swemi szafirowymi kwiatami, żółty łomikamień, strzępiaste goździki i bladoróżowe, gorzkie centurye stały tam między buremi kiściami dojrzewającej mietlicy. Pospolity złocień patrzał swem żółtem okiem z głębi wysokich traw w samo słońce. W małych, wilgotnych kotlinkach siedziały kępami niezapominajki, na miejscach suchych rozrastała się koniczyna.
Czasami wiatr zupełnie nacichał, jakby się przed skwarem krył pod cień brzóz i sosen. Wtedy cisza pozwalała słyszeć muzykę łąki, jej pieśń własną. Dostałe źdźbła, suche torebki i strąki pełne nasion, kiście i kieliszki kwiatowe wydawały jakiś sypki, dzwoniący szelest, który wciągał słuch, umysł i całą duszę do kraju przedziwnych marzeń. Chyże wspomnienie cofało się ku dniom dzieciństwa, najwcześniejszego dzieciństwa, mijało je i szło dalej, dalej, aż do jakiegoś niewiadomego czasu, kiedy cały byt był drzemaniem, zamykaniem i otwieraniem przez taką, czy podobną melodyę.
Oto biały, jak lilia, puszysty obłoczek nakrył słońce, niby dziecko małą rączką oczy matki, i krótka, jak westchnienie, lekka, mglista pomroka sunęła przez wzgórza, dolinę i zarośla. W pewnej chwili ważyła się kania, rzucając na trawę cień swój ruchomy. Elżbietka stanęła zdumiona i, wskazując wszystkim ów cień, pytała z niepokojem: kto to? co to za jeden? Roje much kursowały tam i napowrót z wielkiemi nowinami, kręciły się jakieś wysoko postawione muchy ze złocistemi skrzydły, pełzały z badyla na badyl boże krówki, łaziły trawojady pająki, całe zielone i z zielonemi, złowieszczo na dół obwisłemi wąsikami, wolno mknęły pszczoły i osy. Raz ukazał się obok Elżbietki bąk w aksamitnym kostyumie ze złotymi galonami. Z rykiem krążył to tu, to tam, jak lew straszliwy, czyhający, kogoby pożarł. Odgrażał się, trąbił, szedł udry na udry, aż raptem znikł bez śladu. Wówczas uwagę wszystkich skupił na swych lotnych skrzydłach motyl biały, jak płatek śniegu. Kiedyniekiedy przytulał piersi do badyla i wtedy leniwie poruszał skrzydłami, jakby się niemi wachlował.
Doktorowa Falantowa szła pierwsza, prowadząc Elżbietkę po miękkich, suchych, na wzniesieniu rozesłanych zatokach łąki. Raduski nie odstępował pani Marty, która ciągle była małomówna, rozdrażniona i ulegająca jakimś nieustannym, przykrym wzruszeniom. Mówił, jak najęty, dowcipkował, śmiał się, a chwilami wprost paplał dla rozweselenia towarzyszki. W pewnej chwili pani Marta zwolniła kroku, a gdy tym sposobem większa przestrzeń dzieliła ją i pana Jana od Falantowej rzekła cicho:
— Jeszcze nie podziękowałam panu...
— Co takiego! mnie? za co?
— Jakto za co? Gdyby nie pan...
— Ależ proszę pani! Tylko aby o tych rzeczach nie mówmy! Raz niech pani zapomni. Oto ma pani świat, życie, słońce i taką łąkę... Trzeba wyrzucić z pamięci...
— Nie tak to łatwo...
— No co, no co? — szeptał z czułością, której ukryć nie był w stanie.
Doktorowa miała oczy spuszczone, jak zwykle, ale policzki jej lekko się zabarwiły w tej chwili i cudowny uśmiech otoczył usta.
— Gdybym ja mogła zrobić dla pana choć dziesiątą część tego, co...
— Chce mię pani koniecznie wynagrodzić?
— Chciałabym panu wyrazić...
— Ja sam się nagrodzę za to wszystko — rzekł szorstko, kategorycznie prędko i nieswoim głosem.
Wzniosła na niego swe śliczne oczy, ale zanim zdołał zrozumieć ich wejrzenie, nakryła je powiekami, ruch których zdawał się mówić: tak, tak...



VIII

Echo łżawieckie nie wywierało na czytającą publiczność w pierwszych miesiącach swego bytu bardzo wielkiego wrażenia. Prenumeratorowie przybywali kiedy-niekiedy, ale zwolna. W Gazecie łżawieckiej, która pierwsze numery Echa witała z obłudną życzliwością, zjawiać się zaczęły pewne symbole w kostyumach entuzyastycznych pochwał, wskazujące palcami zalety przeciwnika, o jakie Gazeta nie kusiła się nigdy, a wreszcie pewnego dnia usiadło w szpaltach skromne, dyskretne, iście braterskie pytanie, czyby nie było «wskazanem», ażeby pismo peryodyczne w takim Łżawcu, przeznaczone, «jakby wnosić należało dla wierzących, dla chrześcijan-katolików» trzymać w duchu bardziej religijnym?... W numerze następnym tkwił już dokumentny artykuł o tem, co to jest moralność «prawdziwa», a co moralność «niezależna», czyli «bezwyznaniowa»... Grzybowicz, odczytując te pytania i admonicye, wciskał binokle i zacierał ręce, szykując się do siarczystej odpowiedzi. Raduski gasił jego animusz — i nie dał żadnej. Czuł on, że wojna tak czy inaczej wybuchnie, a rad był odwlec moment starcia na czas nieograniczony. Wkrótce potem właściciel drukarni, gdzie odbijano Echo, ni z tego, ni z owego zerwał umowę i nie chciał nadal drukować pisma, motywując ten krok dziwacznie i niezrozumiale. Na szczęście istniały w Łżawcu trzy drukarnie. Przeniesiono zaraz Echo do drugiej, ale z wielkiemi stratami, gdyż właściciele jej kazali sobie płacić prawie w dwójnasób. Nie było jednak rady i pan Jan przystał na słone warunki.
Przykrości, idące z tego tytułu, nagradzał wydawcy stosunek z Grzybowiczem. Ten ostatni był to niezrównany gazeciarz, człowiek rozkochany w bibule i farbie drukarskiej. Od chwili zagnieżdżenia się w redakcyi przekształcił się niby kameleon: ożył, nabrał w siebie i wyładował masę energii. Zbierał wiadomości miejskie pierwszy, sposobem jemu tylko wiadomym, miał najdokładniejsze sprawozdania o wszystkiem, co się działo w mieście i poza jego rogatkami, szturmem zdobywał ogłoszenia i pakował gazetę na wszystkie strony. Raduski miał sto pociech, patrząc na jego zabiegi, walki, tryumfy i klęski. W tym czasie doznał także nie małej uciechy, otrzymawszy z prowincyi kilka listów pomyślnych. Pewien młody urzędnik akcyzy wychwalał z entuzyazmem myśli Echa, a sam proponował redakcyi, czyby nie umieściła jego pracy o przemytnikach, pewnego rodzaju studyum, opartego na kilkoletnich badaniach, prowadzonych w całej rozciągłości, bo przy użyciu z jednej strony broni, a z drugiej kołków, nożów i pazurów. Praca ta miała mieć charakter nie tylko etnograficzny, ale także społeczny, miała ukazać całą tę warstwę ludzi w świetle wyraźnem i dokładnem, sine ira et studio. Drugi, niemniej pomyślny list przysłał do redakcyi pewien rządca dóbr prywatnych. Pisał on, że ma gotową do druku robotę o parobkach folwarcznych, opartą na materyale zebranym w kilku wsiach okolicznych. Referat rządcy miał jakoby dać opis całkowitego żywota parobka folwarcznego i jego rodziny. A więc miał przedstawić, ile taki robotnik zarabia, ile i jak pracuje, gdzie mieszka, co je, ile pije wódki, jaki jest stan fizyczny, moralny i umysłowy.
Bardzo szczodrze posypały się korespondencye z rozmaitych punktów gubernii. Niektóre z nich były obszerne i doskonałe. Jedna np. zawierała obraz drobnego przemysłu w małej mieścinie Pałąki, napisana była wybornie i ze znajomością rzeczy. Raduski promieniał. Nie tylko żądał od referentów ich prac, ale obstalował nowe studya, przyrzekając drukować je w całości, lub wyciągach, pewny, że te artykuły zastąpią dla czytelników odcinek z przekładami i obrócą serce mieszkańca tamtejszej okolicy do jego braci na niskim stopniu społecznym... Pisał tedy na wszystkie strony, gdy wtem nowe zdarzenie wytrąciło mu pióro z ręki. W ostatnim tygodniu czerwca zjawił się pewnego popołudnia w drukarni dr. Falanty, wywołał Raduskiego na ulicę, ujął go pod ramię i, przysiadając kolejno na swych grubych nogach, mówił:
— Przychodzę zakomunikować panu smutną nowinę, bardzo smutną nowinę... Istotnie... Mnie samego takie rzeczy... istotnie... Byłem dziś u doktorowej...
— U doktorowej Poziemskiej?
— Zgadłeś pan, u doktorowej Poziemskiej. Żona kolegi, coś, tego... Pierwsza powinność! Wezwała mię, więc idę, bez względu na to, że płatni pacyenci... Niema o czem mówić... Pierwsza powinność i skończona rzecz. Byłem, zbadałem stan chorej...
— Chorej?
— Tak. Źle jest, proszę pana. Mówię to jako przyjacielowi zmarłego. Ona jest zakażona tą nosacizną. Jest to, zdaje się, mniej ostre, ale to samo.
Twarz Raduskiego skurczyła się i przybrała jakiś psi wyraz. Stanął na trotuarze i żuł coś w wysuniętych wargach. Stopudowy rozsądek przywalił jego duszę. Serce w nim zamarło. Szedł obok doktora Falantego, z uwagą słuchając jego medycznych określeń. Wciąż myślał o tem, że należało się tego spodziewać, że to było do przewidzenia, że były pewne oczywiste wskazówki, aczkolwiek najlżejsze przypuszczenie w jego imaginacyi nigdy nie postało. Gdy wstępował na schody mieszkania doktorowej wraz z grubym medykiem, uległ silnemu złudzeniu, że słyszy przez ściany głos Poziemskiego, coś jakby jęk, coś jakby śmiech szyderczy.
Pani Marta ubrana leżała na sofie w pokoju bawialnym. Miała oczy rozbiegane, wypieki na twarzy i dzikie drgania brwi, drgania jakich Raduski nigdy nie zauważył. Skoro tylko weszli do pokoju, zapłakała rozdzierającem serce, cichem, bezsilnem łkaniem. Głowa jej opadła na skórzaną poduszkę i leżała zwieszona ku ziemi, kiedyniekiedy wznosząc się i opadając, jak u starych niewiast zatopionych w modlitwie. W płaczu tym nie było skargi, rozpaczy, ani żalu, tylko jakieś bezlitosne wypominanie długich dziejów bezprawia i krzywdy. Raduski stał obok sofy i nie ruszał się z miejsca. Był pewny, że ten głos już za życia swego raz słyszał w śpiewie brudnej, cuchnącej, chudej Indyanki, na pokaz obwożonej w szałasie wędrownego kuglarza, która w antraktach między jednym tańcem a drugim siadała na deskach, pod szkaradnie malowaną kulisą i, niańcząc zziębnięte, paskudne, chore, kaszlące niemowlę, śpiewała mu swą pieśń ojczystą, czy macierzyńską. Nie długo bawił u chorej. Na ulicy począł naradzać się z Falantym, co czynić, zaproponował zwołanie konsylium... Znakomitość łżawiecka przystała na to chętnie i zaraz tegoż dnia zebrało się w mieszkaniu pani Marty grono lekarzy. Radzili dosyć długo i, jak się później okazało, doszli zgodnie do pewnych wniosków. Pan Jan tę noc przepędził bezsennie, a cały następny dzień u wdowy, służąc jej jak szarytka. Późno wieczorem około godziny jedenastej wrócił do siebie, w ubraniu położył się na sofie i twardo zasnął. We dwie godziny później zbudził się nagle, jakby rzucony z posłania niewiadomą siłą. Noc była ciepła, księżycowa, cudowna. Przez otwarte okno płynął ze starego parku zapach narcyzów, podniecający, prawie ostry. Wszystko spało, a raczej wszystko, jak gdyby utonęło w nocy i ciszy. Ani z oddali, ani z bliska nie dochodził szmer najlżejszy. W przestworze, zalanym światłem miesięcznem, stały tu i owdzie po niebie rozwiane, blade chmurki, niby skrzydła i szaty cherubinów, co ukryci za niemi pełnią nocną służbę przede drzwiami, niewidzialnemi dla oczu śmiertelnych. Biały blask martwemi kształtami leżał na murze ogrodowym, na potłuczonym daszku z cegły, na zielonej pleśni omszałych słupów. Jak świecący ciężar ważył się bez końca na strzępiastym liściu dzikiego wina niby ulotny i sprężysty ognik wstępował do ciemnicy pod gęste liście przez szczeliny między igłami starego modrzewia. Tam w czarno-zielonej głębi chwiał się, posuwał, cofał, oglądał mokre trawy i kielichy skromnych kwiatów. Na dróżkach zasypanych piaskiem a wystawionych na zimne światło leżały urocze cienie grubych odziemków, gałęzi, prętów i liści, jakby widma drzew ściętych.
Raduski usiadł w oknie i podparł głowę rękami. Objęły go we władanie: cisza nocna i coś stokroć lepszego, niż sen, bo spokój, spokój zupełny. Bolesne szarpanie się w sobie, współczucie a nawet litość sunęła teraz przed nim, jakby zewnętrzne obrazy, wcale jego samego nie dotykające. Była to chwila wzmocnienia ducha, chwila równowagi, zdrowia i siły. Zaskorupiałe rany zdzierał bez bólu, bez czucia i zimnym wzrokiem do środka ich przenikał. Czuł, że to nie jest obca jego naturze, przemijająca reakcya, ani obłudna forma tych samych wzruszeń. Rozumiał, że wchodzi w jakiś doskonalszy zakres życia, gdzie siły jego muszą spotężnieć. Ciężył mu tylko brak ruchu, więc ubrał się, wdział letnie palto i wyszedł z domu. W pustych ulicach, gdzie rysowały się nagie granice światła białego, jak mleko, i cieniów, czarnych, jak wnętrze lochu, myślał o granicy rzeczy dobrych i złych, czynił szybkie wnioski, oparte na mnóstwie zdarzeń, przygód, cierpień i radości ze swego życia, którego w owej chwili bardzo daleką przestrzeń widział jasno, niby oblaną światłem miesięcznem. Wnioski owe nie sprawiły mu żadnej przykrości, chociaż, jak ręka złodziejska rozdzierały zasłonę miejsca świętego świętych, podobne raczej były do sennych, czułych marzeń. Tak rozmyślając, stanął przed domem, w którym na piętrze mieszkała doktorowa. Tylko jedno okno w sypialni było słabo zabarwione światłem, co wskazywało, że chora śpi spokojnie. Z ulic brukowanych zeszedł na chodnik wysypany żwirem, znalazł się w alei, a stamtąd ruszył w pole.
Daleki horyzont ginął we mgłach nocnych. Białe pasmo szosy, tak wyraźnie z bliska widzialne, wpełzało między mgły, jakby się wznosiło ku górze i ginęło. Pola zasłane zbożami lśniły się w rosach, które osrebrzało senne światło. W nizinkach, daleko, daleko pokrzykiwały derkacze, a gdzieś, zdawało się, za borami, za lasami rechotały żaby. Raduski lazł prosto na ten głos dróżką, między której dwiema koleinami szedł grzebień przykopy wysoki, trawą bujnie obrośnięty. Przed oczyma jego zmieniały się działki zbóż i forma roli, a wreszcie droga zginęła na miedzy, gdzie rosła sama prawie dziewanna i leżały stosy kamieni. Na jednej z takich kamionek usiadł, zwiesił głowę i utonął w zadumie. Wstał z tego miejsca, gdy się już dzień budził. Na wschodzie płonęła zorza, przenikając wskroś mgły, rozciągnięte daleko ponad łąki, pola i lasy. Idąc z powrotem, Raduski słyszał, jak we śnie, rozlegające się wśród jednego z łąkowych tumanów, ostrzenie kosy, gdzieindziej, tuż prawie obok drogi, wołanie przepiórki. Był dzień zupełny, gdy wkroczył do miasta. Zaszedł do siebie, umył się, zmienił przemoczone obuwie i odrazu wyruszył do mieszkania pani Poziemskiej. Pragnąc uniknąć stuku i dzwonienia u drzwi głównych, wsunął się na wąskie podwórko, na brudne schody, z cicha przycisnął klamkę i wszedł do kuchni. Starsza służąca spała jak zabita głośno chrapiąc na swem wysokiem łóżku. Nie obudziła się wcale, gdy Raduski mijał szybko duszną izbę i wchodził do stancyi, gdzie Elżbietka sypiała z młodszą, niańką. Obiedwie twardo spały, aczkolwiek słońce prażyło ich głowy pierwszym, rzęsistym snopem światła. Drzwi do pokoju pani Marty, dawniej sypialni doktora, były zamknięte, więc Raduski, ująwszy ręką klamkę, długo ją z lekka naciskał, wahając się, czy nie obudzi chorej, gdy wejdzie tak wcześnie. Drzwi z cichutkim szelestem ustąpiły i pan Jan stanął za progiem. W pierwszej chwili cofnął się instynktowym ruchem, sądząc, że przychodzi nie w porę, ale wnet skoczył w osłupieniu i ze zgiętym grzbietem schylił się, a raczej zawisł nad łóżkiem. Leżał przed nim na wznak trup wdowy. Zwłoki zawisły w pętlicy ze sznura od portyery, którego dwa końce samobójczyni przywiązała była do klamki w środku okna. Łóżko było pchnięte nogami, widać w sekundzie rzucenia się w próżnię, a stężałe ciało, kolanami zaczepione o krawędź tkwiło prawie poziomo. Szyja była dwa razy okręcona sznurem. Ręce w agonii stargały koszulę na piersiach, a potem rozbiegły się martwe, zwisły ku ziemi i zastygły w powietrzu. Raduski nachylił twarz do strasznego oblicza, zajrzał w wywalone oczy, które, zdawało się, pękną lada chwila. Wargi jego złożyły się do dzikiego wrzasku o pomoc, ale raptem jakieś gorzkie zachłyśnięcie ścisnęło mu gardziel, jak ów zielony stryczek, na który patrzał w tej chwili. Z całej siły starał się rozumnie odpowiedzieć sobie — co to jest — gdy wtem poczuł w ustach smak wstrętnego kwasu, w głowie jego rozległy się jęki mnóstwa dzwonów, ujrzał okno, wyrywające się z futryny, przez sekundę widział krawędź żelaznego łóżka, wreszcie jakąś mglistą, bezbarwną ciemność... Kiedy, po trwaniu nie wiedzieć jak długiem, ten zmrok rozpraszać się zaczął, Raduski ze zdumieniem zobaczył o dwa cale przed swemi wargami leżącą podwiązkę ze stalową spinką, mały skrawek papieru, a dalej chropowatą warstwę pyłu i drobnych śmieci na błyszczącej, froterowanej posadzce. Leżał bez ruchu, zwolna przypominając sobie wszystko. Gdy się nareszcie dźwignął, miał oczy zmrużone i jakieś niezwykłe wykrzywienie twarzy, co mu nadawało pozór jakby się z sarkazmem uśmiechał. Trzymając się żelaznej sztaby łóżka i patrząc na umarłą, zaczął myśleć, myśleć, myśleć i przychodzić do władzy nad sobą. Owiał go lodowaty chłód i śmiertelne, głuche milczenie. Tak upłynęła zapewne godzina czasu. Wówczas, nie oglądając się na trupa, wyszedł wolno do sąsiedniego pokoju. Elżbietka już się przebudziła i w koszulinie siedziała na łóżku, gadając coś do trzech lalek z wydłubanemi oczami, które obok niej leżały. Ujrzawszy Raduskiego, rzekła, wytrzeszczając ze zdumieniem oczy:
— Chudy Janek! skądeś się tu wziął? Kiedyś przyszedł? Ale cicho, cicho, nie hałasuj, bo Florka śpi. Nie można jej budzić, boby nie chciała bajek opowiadać. Widzisz, jak ona śpi...
W rzeczy samej niańka chrapała donośnie. Raduski siadł na krzesełku, przy łóżeczku małej i zaczął podawać jej trzewiki i sukienki.
— Ty mię będziesz ubierał, ty, chudy Janek? Czekaj, cicho! Nic nie mów Florce, błagam cię! Ona się przebudzi, a ja już...
I gorączkowo zaczęła sama naciągać pończochy. Raduski uczesał ją, służył przy myciu szyi, twarzy i uszu, a gdy już była gotowa zupełnie, obudził służące i rzekł:
— Pani umarła. Niech żadna tam nie waży się nic ruszać, dopóki nie przyjdzie policya. Ja biorę panienkę ze sobą.
— Bierzesz mię ze sobą, bierzesz mię ze sobą? — wołała Elżbietka, zaglądając mu w oczy.
— Biorę cię ze sobą... — rzekł, patrząc na nią z pod nawisłych powiek.



IX

Zwłoki samobójczyni odprowadzono bez asystencyi duchowieństwa na miejsce niepoświęcone. Mały skrawek gruntu za murem cmentarza, obrosły dzikiemi chwastami, gdzie znać było kilka bezimiennych mogił przyjął ją w łono swoje. Sekcya pośmiertna stwierdziła dyagnozę doktora Falantego. Za trumną szła bardzo nieliczna gromadka osób. Między innemi Raduski dostrzegł zrujnowanego kupca Żołopowicza i starego antykwaryusza. Ten ostatni czmychał nosem i mrużył wybladłe, sowie oczy, podczas gdy cienkie wargi jego stulał uśmiech głęboko mądry. Całkowite urządzenie smutnego obrzędu było dziełem Grzybowicza, a właściwie jego żony. Sam Raduski tak bardzo upadł na duchu, że nie był w stanie zajmować się niczem. Ten prosty wypadek, jak ostra piła przeciął jednolity łańcuch jego dawnych myśli, z trudem, w ciągu długich lat samotności ogniwo po ogniwie wykuty. Niby więzień, raptem wtrącony do lochu, pan Jan zgubił wyobrażenie praktycznego świata, a to, co go ze wszech stron zamknęło zimnemi ścianami, mierzył wzrokiem nienawistnym. Na domiar złego główna klęska nie przyszła sama, lecz jak to bywa, wlokła za sobą cały orszak innych. Cztery listy bezimienne czyniły Raduskiego winowajcą śmierci doktorowej, jako uwodziciela. Biedna ofiara nie miała jakoby innego punktu wyjścia wobec tego, że całe miasto dowiedziało się o romansie, a nędzny krzywoprzysiężca o żeniaczce ani myślał. Wolał łatwą miłostkę... Raduski nie przywiązywał do tych sygnałów moralności wielkiego znaczenia, były to jednak ziarenka maku, padające na szalę czułej wagi jedno po drugiem, jedno po drugiem. Samotność późniejsza zaogniła rany i nalała w nie żrącego kwasu rozmyślań. Serce jakby umierało i ciemności niezgłębione oślepiły wzrok duszy. To, co było świętem jej namaszczeniem, wyssał wśród rozczarowania i szyderstwa, gorąca miłość pracy zgasła i przemieniła się na próżnowanie umyślne, wypełnione bezprzedmiotową nienawiścią. Każda nowa doba jątrzyła smutek i wytracała korzenie zasad, przyzwyczajeń, odruchów szlachetności. Nikt z otaczających nie miał już nad zgorzkniałym żadnego wpływu. Gazetę wydawał sam Grzybowicz; znalezieniem mieszkania, sprzedaniem mebli zmarłej doktorowej, zgodzeniem bony dla nadzoru nad Elżbietką zajmowała się pani Grzybowiczowa. W pierwszym tygodniu Raduski rzadko kiedy rozmawiał z sierotką. Zazwyczaj przebywał sam w ostatnim pokoju nowego mieszkania, gdzie chodził z kąta w kąt. Czasami mógł czytać jedyną książkę, która znalazła się w jego ręku i którą znosił, Instytucye kościelne Spencera, ale pierwszy z brzegu wyraz, jakieś uboczne wspomnienie, niby ostrze noża dotykało rany. I wnet płynęła wszystkiemi żyłami do serca zła krew melancholii, budziła w niem nie dającą się niczem zatruć, niczem ogłuszyć, ani uśpić tęsknotę do nicości, ślepe, ciężkie, bydlęce marzenie o tem, gdzie, w jaki dół samego siebie zepchnąć. W drugim tygodniu opanowała go bezsenność. Żaden środek apteczny nie mógł ubezwładnić ani na chwilę rozwścieczonej przytomności umysłu. To, co się przedtem wydawało, jako kraniec, jako kres ostatni cierpienia było tylko ruchomą granicą innych jego dziedzin. Niezmierzone obszary, całe państwa półzmroku otwierały się jedne za drugiemi, a każda noc prowadziła do krajów ciemniejszych. Człowiek wlókł się temi płaszczyznami naprzód, bez końca naprzód, ciągniony przez wątłą nadzieję, przez jakieś włókno, cienkie jak nić pajęcza.
Czasami w tem pielgrzymstwie przed oczyma zasłoniętemi mrokiem, jak ślepotą, ukazywała się wizya błędna, zwodząca, zrobiona z nicości, a jednakże tak niewątpliwa, jak osoba, któraby szła, odwracała piękną głowę, przez chwilę patrzała smutnemi źrenicami... Mara z momentu śmierci zginęła we wspomnieniu tak zupełnie, jak gdyby na podobieństwo zwłok cielesnych bryłami ziemi zasypana została. Ta, błądząca była postaci uroczej, dawnej, jakby w dzieciństwie jeszcze wyśnionej. Nieraz zdawało się, że natychmiast wejdzie do pokoju, że jest w sąsiednim, że bezcielesną ręką ujmuje klamkę, że słychać atłasowy szelest jej pachnących sukien. Kiedyindziej dotykał zbolałych nerwów jej głos, czy westchnienie, mówiąc bez użycia dźwięku i sylab: musisz iść dalej, musisz iść dalej... Te szybkie zjawiska nie wypełniały dnia ani nocy. Snuły się tylko, jak senne kształty. Przez wszystkie godziny trwała napaść smutku pożerającego duszę, ślepego i głupiego, jak wiatr, co przylata, uderza i cichnie. Owa żywiołowa siła nieujęta, nie wiedzieć skąd i dokąd lecąca, ciskała na barki Raduskiego niezmierne masy i bryły, pod ciężarem których serce czuło ucisk śmiertelny, jak gdyby agonię swoją...
Z mebli doktorowej Poziemskiej pani Grzybowiczowa nie sprzedała tylko fortepianu w nadziei, że z czasem Elżbietka będzie się uczyła muzyki. Był to instrument o głosie jeszcze zupełnie pięknym. Ustawiono go w największej sali mieszkania, gdzie sierota sypiała ze służącą. Zamknięty był na klucz i osłoniony pokrowcem z żaglowego płótna. Pewnego razu, po upływie blisko dwu tygodni od śmierci doktorowej, gdy Elżbietka była na spacerze, a pan Jan zamknięty w swojej izbie siedział nad rozłożoną książką z oczyma w dalekiej przestrzeni utkwionemi, jęknęła w pustych pokojach melodya. Pani Grzybowiczowa grała jeden z najpiękniejszych nokturnów Szopena. W pierwszej chwili dźwięki te uderzyły Raduskiego i tchnęły weń prawie rozpacz. Ale stopniowo cudowna siła muzyki wlewała do spalonego serca krople wody ożywczej. Szczególnie jeden trel, powtarzający się w tłoku bujnych akordów, zmuszał do zapomnienia. Raduski przymknął oczy i słuchał. W młodości swej, gdy przechodził z klasy siódmej do ósmej był korepetytorem słabowitego chłopca, który jechał z rodzicami na wakacye do Włoch. Wędrował z temi ludźmi z miejsca na miejsce, z miasta do miasta, z hotelu do hotelu. Rzucał tylko okiem na ludne ulice, gmachy, monumenty, muzea, widoki, ale nie skorzystał nic prawie, nie zostało mu nawet nic w pamięci. Dopiero teraz wypłynął z nicestwa jeden krajobraz. Zdawało mu się, że stoi na brzegu jeziora, wśród szosy, prowadzącej z miasteczka Bellagio w stronę Porlezzy. Tuż u stóp jego ściele się tuman, płasko rozpostarty. Nad wodami, we mgle skrytemi, leci z przeciwnego brzegu ten nokturn cudowny. Zdaje się, że po drodze tonie w głębiach fioletowych. Oto westchnął ostatni raz długo, boleśnie i zamilkł. Wówczas z otchłani wypłynął jakiś głos nieznany, jakby tytaniczny oskarżyciel wzywał na świadectwo wszystko stworzenie, jakby Prometeusz, rozpięty na łańcuchu gór, uderzał Jowisza płomiennem słowem, w środku którego leży krzywda połowy świata. I głos jego wzmagał się i ogromniał aż do pęknięcia płuc, aż do pęknięcia piersi, aż do pęknięcia serca. Wtem zamilkł w niemocy bez wymówienia ostatniego słowa. Wtedy znowu w siwych mgłach, nad czarownymi nurtami zapłakała smutna pieśń.
Muzyka nie uzdrowiła ani o jedną kreskę chorej duszy, ale same udręczenia przelała w inną formę. Rozwinęła ich ogrom, ale pozwoliła je widzieć samowiedzy. Słuchając tych dźwięków, pan Jan mógł ujmować w pewne słowa i zdania wściekłość narosłą w duszy, mierzyć myślami otchłanie, dzielące jedne dzikie zjawiska od innych i cierpieć nie tak jak przedtem, lecz za pomocą klątw i protestów. Gdy pani Grzybowiczowa przestała grać, otwarł drzwi, stanął w nich i patrzał. Podniosła na niego bojaźliwe a badawcze oczy, oczy dobrego lekarza, który raduje się na widok cięć, świadomie zadanych lancetem i znowu grać zaczęła. Łzy rzęsiste płynęły po jej twarzy, zlatywały na ręce i one to zapewne udzielały palcom mocy wywoływania czarodziejskiej melodyi. Raduski westchnął z samej głębi piersi i krótko myślał o tem, jak szczodrze, jak nadmiernie odpłaciła mu ta kobieta za przypadkowe podanie ręki. Ukłonił się jej w milczeniu i wyszedł. Wprost z mieszkania powlókł się na cmentarz. Był tam pierwszy raz od śmierci doktorowej. Na żółtą jej mogiłę wdrapały się już chwasty o cienkich, jasnozielonych łodyżkach. Stanął przy płocie, otaczającym cmentarz samobójców i roztrząsał całe życie pani Marty. Zjadliwy uśmiech błąkał się po jego wargach, gdy mówił do jej cienia:
— Ty jesteś bez nazwy, ty jesteś wzgardzona tak samo, jak ci wszyscy twoi towarzysze. Imię twoje... Niedola. To też my nie wypiszemy na kamieniu twego prawdziwego imienia, lecz te tylko słowa Leopardi’ego: «Na wzgardę mię osądziła brutalna moc, co z cienia tajnych praw na złe człowieczeństwa rządzi»...
Z tą myślą w głowie i z tym samym uśmiechem na ustach szedł ku miastu. W drodze układał plany, gdzie obstalować monument: czy jechać do Warszawy w tym celu, czy w Łżawcu szukać jakiegoś majstra kamieniarskiego. Błąkał się w jego pamięci obraz rzeźbiarza, liter kutych na płycie marmuru... Gdzie to jednak było, przed laty, czy niedawno?... Stanął wśród ścieżki i rysując kijem figury na piasku, grupował wspomnienia, dążąc od jednego do drugiego, ku zamglonemu wyobrażeniu. Wreszcie przypomniał sobie wszystko z taką dokładnością, jakby się tego dnia odbyło. Niezwłocznie, prędkim krokiem ruszył na przedmieście Kamionkę. W zamyśleniu, nie wiadomo kiedy minął miasto, boczne uliczki i znalazł się przed krzywem domostwem, gdzie w dniu przyjazdu widział starego kamieniarza. Stuk młotka rozlegał się i w owej chwili, to też Raduski wszedł do wnętrza i otwarł drzwi do izby. Chodził po niej chłopak może siedmioletni, owinięty w zniszczoną chustkę i dźwigał w niej na piersiach dwuletnie dziecko w czerwonej chłopskiej czapczynie, z twarzą umorusaną na czarno. Dziecko kwiliło z cicha, zmęczone, widać, długim krzykiem. Dziewczynka nieco mniejsza od piastuna skrobała ziemniaki i rzucała je w sagan, mrugając jak wiewiórka czerwonemi powiekami. W kącie na worku siedział starzec zupełnie łysy, którego Raduski widział przez okno. Dziad ów miał prawe oko zawiązane chustką, a do drugiego przykładał sobie płócienne szmatki umoczone w wodzie. Na jego miejscu pośrodku izby siedział przy płycie marmurowej chłopiec lat trzynastu, czy czternastu i on to wykuwał litery rysowane ołówkiem. Wejście Raduskiego spostrzegła tylko mała dziewczyna i chłopak niańczący niemowlę. Obydwoje zawiesili swe czynności i przyglądali się gościowi niedbale i w milczeniu. Dopiero po upływie chwili mały kamieniarz, tyłem do drzwi zwrócony, przypadkowo rzucił okiem na Raduskiego i, nie wypuszczając z rąk młotka ni dłutka, czekał.
— Można tu u was obstalować pomnik? — zapytał Raduski, zwracając się do starca, który odjął płatek od krwawego oka i ciekawie patrzał.
— A dlaczegóż? Można obstalować pomnik... — rzekł dziadowina.
Malec obejrzał przychodnia od stóp do głów poważnem wejrzeniem i mruknął:
— Jakiż to pan myśli pomnik stalować?
Raduski uśmiechnął się mimowoli.
— Duży nagrobek marmurowy.
— Płytę?
— Tak... chyba płytę...
— Jabym nawet i nie mógł inaczej, bo dużemu grobowcowi rady nie dam... — rzekł chłopiec.
Plunął w garść i zabrał się na chwilę do roboty.
— Płytę można obrobić... dlaczegóż...
— To już nie wy zajmujecie się tą pracą, tylko ten jegomość? — spytał Raduski łysego starca.
— On się zajmuje, bom ja oto i ślepie wyrobił.
— Dawno? Przeciem ja was tu widział parę miesięcy temu przy robocie.
— Robiło się do dnia, do ostatniego. Teraz przyszedł koniec i hola! U nasz tak: robisz, robisz, aże proch ślepie wyżre. Wtedy — hola!
— To wasz wnuczek?
— Nie, nie mój. Obcy.
— A cóż uczeń, praktykant, czy co?
— Był i przy mnie, a tera sam robi.
Mały kamieniarz bił w dłuto drewnianym młotkiem, podobnym do przeciętej kuli. Oczy jego były charakterystyczne, po kamieniarsku przymrużone, palce lewej ręki z precyzyą a z mocą trzymały stalowe dłótko. Czasami odymał wargi i nachylał głowę ruchem kaligrafów, wyprowadzających świetne litery. Kiedyniekiedy przerywał pracę i obrzucał Raduskiego spojrzeniem zimnem a uważnem. Malowała się w niem przedwczesna rozwaga na doświadczeniu oparta i nieufność człowieka dojrzałego. Pan Jan przypomniał sobie tę twarz wkrótce. Był to chłopiec, którego widział w sklepiku szewca pierwszej nocy za powrotem do Łżawca. Stanął mu w pamięci dyalog podsłuchany wówczas, umowa o buty i wykład skrupułów religijnych.
— Dawno już prowadzisz interes na siebie? — zagadnął chłopczynę, siadając naprzeciw niego.
— E... na siebie! Oba z Mateuszem pchamy pomaleńku. Oni już młotka nie biorą do garści, bo prawie do cna oślepli, to ja robię, a oni znowu mi pomagają, czy dźwignąć płytę, czy sprowadzić kamień ze Sapów. Będzie to kto gadał ze mną.
— A te dzieci czyjeż?
— To tam... moje.
— Twoje? — zawołał Raduski ze śmiechem.
— No moje. Dwóch bratów i siostra.
— A rodziców macie, panie majster.
— Nie. Matka dawno pomerła, a ojciec będzie jakoś na wiosnę.
— A cóż ojciec także był kamieniarzem?
— E... gdzie proszę łaski pana... — wmieszał się do rozmowy starzec. — Jego nieboszczyk ojciec to był prosty człowiek. Otwarcie powiedzieć: parobek. Mieszkał tu w izbie u nasz, jakem jeszcze sam robił. Pijak był bo był, ale dobre człeczysko. Sypiał tu w kącie z temi dzieciskami, kiedy mu żona umarła. Chłop nawet zdrowy i raptem go zgarnęło jakieś takie choróbsko... Kazali mu tutaj na folwarku obedrzeć kobyłę, bo to robił wszystko, co na placu, i zaraził się, czy parchami... Mówili, że to nosacizna, ale ja nie wiem, czy się taka słabość czypi, naprzykład człowieka...
— Słyszałem coś o tem... — rzekł Raduski, patrząc w twarz małego kamieniarza oczyma mgłą zasłonionemi. — To ty jesteś synem tego człowieka? Ty jesteś?... I to rodzeństwo, ta dziewczyna, chłopiec i ten mały? Ach, więc to tak jest...
— A tak. On jest synem. Jak tu mieszkali u mnie, roboty było dużo, to se ten Szymek patrzał, jak trzymać dłutko, miał do tego ciekawość. Przyjrzał się i z małości otłukał mi kamienie. Jakże podrósł, naraiłem go koledze Fijałkowskiemu ze Sapów. Ma tam duży zakład kamieniarski. Ij — nie to, co moje... Porządny zakład — jednem słowem. Ano wziął go. I nie na darmo. Byłeś tam chyba, Szymek, ze cztery lata?
— Cztery lata i siedm tygodni.
— No! Poduczył się. Byłby może i został czeladnikiem u tego Fijoła, ale cóż... Ten stary, niby ojciec jego zaniemógł na dobre — cóż ja miałem robić z berbeciami? Wygnać — jużci żal... Żywiłem toto i żywiłem, ale mówię, sam ledwo ślipiam dniem i nocą kujący. Niechże przynajmniej ten Szymek idzie do mnie na pomocnika. Wyrżnęło się list, markę my przylepili za siedem kopiejek, cisnęli my to pismo w puszkę, ano i dobrze. Ściągnął się ten chłopak. Jakże Piotr zmarł, robiliśmy obaj, aż tu i na mnie zeszło licho. To prawe oko całkiem ciemne, a i drugie ledwo, ledwo... Tyle, że mu jeszcze wyrysuję litery co piękniejsze i niby się ta buda nazywa moja, ale co robotę, to już sam pcha...
— I dużo też zarabiacie?
— Co tu można, proszę łaski pana, we Łżawcu zbudować? — rzekł stary. — Chcesz malmur, to trza płytę sprowadzić ze Sapów. Mamy to czem, albo jak? To się robi chłopu, mieszczaninowi, chudziakowi byle jakiemu. Krzyż z piaskowca ociesać, pomniczynę — to ta i tyle. Miałem tu dużą tablicę dla siostry kanonika z Kolein, stawiała na grób męża, tom nie mógł dokończyć. Teraz on toto robi, ale prędko nie nastarczy, choć ta widział i praktykował...
— A cóż z berbeciami, jakże sobie dajesz radę? — zapytał pan Jan młodego rzeźbiarza. — Tego będziesz uczył swego fachu, czy jak?
— Kto jego wie, co z nim robić?... — rzekł Szymek, rzucając na brata prędkie spojrzenie. — To uncwot!... Sam nie wiem, co z takim za rada... Ani to końca miary w tym łbie, ani jakiego rozumienia. Byle się na świat wyrwał, to go już szukaj na drugiem przedmieściu!
— A siostra? Widzę, pomaga, jak może?
— No, cóż nie ma pomagać? Jużci, choć tę warzę do ognia przystawi.
— Dasz ją w służbę?
— A któż to weźmie, proszę pana, oberwańca tylego?
— Jabym ją wziął do służby... — rzekł Raduski. — Właśnie mi trzeba takiej oto pokojówki. Mam córeczkę w tym wieku, co i ona, toby się razem... to ją będzie obsługiwała.
Mały kamieniarz wsparł wolno drżącą rękę o płytę, odgarnął z czoła włosy i mierzył wzrokiem to Raduskiego, to Mateusza, który nastawił ucho, zdjął płatki z oczu i puścił samopas dolną, wargę.
— Poradzi to tyla żaba, proszę pana, we służbie... — rzekł cicho mały. — Ona tu chodzi, patrzeć jak co uwarzyć do ciotki, do naszej, ale po pańsku nie upitrasi...
— To też ona gotować u mnie zrazu nie będzie. Zobaczymy. Chcesz, mała, iść ze mną? — zwrócił się do dziewczynki, skręcającej brzeg fartucha.
Zanim ośmieliła się spojrzeć na swego przyszłego chlebodawcę, już stary kamieniarz mówił tonem uniżonym:
— Wielmożny pan tu miszka, we Łżawcu?
— Tak, na rogu Frontowej i rynku.
— Anula, całuj pana w rękę i zbieraj się! — zawołał. — Nie masz co medytować. Rznij do ciotki niech ci ta zwiąże w węzełek, co masz i te... Całuj pana wielmożnego w rękę!
Dziewczyna chciała spełnić rozkaz, ale ją Raduski zwrócił ku drzwiom i odesłał do ciotki. Gdy poszła, umówił się z młodym rzeźbiarzem co do wynagrodzenia. Chłopiec siedział zamyślony, a gdy dziękował Raduskiemu, oczy jego sondowały twarz tego nieznajomego przybysza. I pan Jan nie mógł się dosyć nasycić widokiem oblicza małego pracownika. Patrzał, jak zwolna dziecięce czoło rozświetlał błysk szczególny, rozpalony, zdawało się, w głębi jego czaszki i wychodzący na zewnątrz. Niepowstrzymane światło zatliło się we wzroku obydwu i siadło na wargach w postaci miłego uśmiechu. Raduski myślał wtedy, jak pomóc temu chłopcu bez uciekania się do wstrętnej dlań jałmużny, ale w tej chwili sąd skryty, sam w sobie schowany, łączył się, jak woda zaskórna kroplami z rozmaitych stron płynącemi w głębokie źródło wody żywota.
— Co między mną i tym chłopcem się pali — to jest promień, o którym gadał stary antykwaryusz. To jest główny lewar istotnej cywilizacyi. «Nie godzi się parać, nie godzi się parać...» Głupi Koszczycki! Jemu się zdaje, że Laskoniec psu na budę się nie zdał, że daremnie umarł...
Gdy tak rozmyślał, płonąc ową radością, którą biblia nazywała «wielką», drzwi się otwarły, stanęło w nich i trwożnie zajrzało do wnętrza chude dziewczynisko w czerwonej szmatce na głowie, w brudnej koszuli i wytłuszczonym lejbiku. Raduski rzucił na nią okiem i pomyślał:
— Patrzajcież, i to stara znajoma. Koszula się na niej od świąt zbrudziła potężnie. — To ciotka? — zapytał głośno.
— A tak, ciotka, matki siostra... — rzekł Szymek.
— Służy u pani Wątrackiej?
— A tak. Wielmożny pan zna? — spytał stary.
— Znam trochę, coś, niecoś... No, Anula, tobołek gotowy?
— Gotowy... psze pana... — wykrztusiła cichuteńko.
— No, to w drogę. Zostańcie z Bogiem, moi państwo, a wolnym czasem może też kto z was zajdzie, żeby obaczyć, jak tam Anuli wiedzie się na służbie. O pomnik ja tu się zgłoszę... Umówię się z wami, majsterkowie, jaką to płytę, jaki napis, jaki napis...
Wyszedł stamtąd i, pogwizdując, maszerował, ulicami w towarzystwie bosej i nastraszonej dziewczyniny.



X

Od chwili przybycia Anuli do wspólnego mieszkania życie pana Jana zmieniło się cokolwiek. Melancholia stopniowo, z dnia na dzień w nim się zmniejszała wskutek mnóstwa prac umysłowych i fizycznych. Główną osią jego rozmyślań i studyów była kwestya wychowania początkowego. Czasu swej młodości zajmował się tą sprawą teoretycznie, badał ją z pilnością w szeregu innych, tak samo jak ekonomię polityczną, albo nauki przyrodnicze. Wypełniała pewne rubryki katalogu rozumowanego, więc ją oglądał dosyć prędko i w głównych rysach. Z czasem zapomniał o niej zupełnie, jakby to była luźna data z historyi Rzymian. Dopiero w epoce panowania nad sercem i mózgiem samowładnego smutku, po zjawieniu się u ogniska domowego, wskutek zbiegu wydarzeń, dwu dziewcząt jednego niemal wieku, sprawa kształcenia zaczęła go najprzód nieprzyjemnie dręczyć, zmuszać do refleksyi, a wreszcie palić i roznamiętniać. Nie było to już teoretyczne studyum, lecz jakby szereg stopni silnego wzruszenia, ujętych w pewną ścisłą formę. Do wychowania tych dwu sierotek Raduski tak się rzucił, jak człowiek bierze się do zwalczenia choroby, o istnieniu której zawiadomił go lekarz życzliwy. Dawno powzięte wiadomości o kształceniu pierwiastkowem w Anglii, Francyi, Szwecyi, Szwajcaryi przydały mu się teraz, jak szczypta wiedzy medycznej może się przydać człowiekowi, wędrującemu przez stepy, gdzie znajduje nędzarza okrytego ranami. Wziął się na nowo do czytania i wszedł w sam środek kwestyi. Główne współpracownictwo przypadło w udziale pani Grzybowiczowej. Ona to była właściwie wychowawczynią dziewcząt. Codziennie bodaj w mieszkaniu redakcyjnem toczyły się dyskusye, jaki system obrać i zastosować należy. Pani Grzybowiczowa była zdania, żeby unikać wszelkich systemów i wychowywać «na dobre kobiety»; mąż jej żądał tylko «ducha wolnomyślności»; Raduski usiłował wyłożyć główną myśl swoją, której ani jedno, ani drugie jasno nie oceniało. Pragnął on kształcić te dziewczęta na kobiety, zdobywające własną pracą nietylko utrzymanie, ale i charakter. Marzył o systemie jeszcze nieznanym, któryby rozwijał swobodnego ducha, nie wykrzywiając go, nie raniąc i nie obarczając kajdanami. Wychowanice miały, według niego, rozpoczynać naukę wzorem szwajcarskim, praktykowanym w szkołach elementarnych, czyli przyjmować wiadomości bardzo wolno, bez żadnej forsy i udręczeń. Obok tego wszakże miały wzwyczajać się do ciągłej pracy, a więc: sprzątać pokoje, robić w ogródku i w kuchni razem ze służącą, chodzić z panią Grzybowiczową do sklepów i w oczach jej kupować bułki, nabiał, mięso, nosić sprawunki itd. Każda z dziewczynek musiała w oznaczonych godzinach wystrzygać i kleić paski pocztowe na gazetę i nosić listy do skrzynek. Służąca nie miała prawa usługiwać im w niczem. Same słały swe łóżka, czyściły obuwie i sukienki, nosiły dzbanki z wodą, zamiatały mieszkanie, schody i dziedziniec.
Nim upłynęło kilka tygodni, Grzybowicz pochłonięty przez gazetę zaprzestał wtrącania się do ministeryum edukacyi. Raduski, wcieliwszy w życie swój wymyślony program, usunął się i przyglądał, jak pani Grzybowiczowa, zrozumiawszy intencye opiekuna, rzecz prowadziła. Elżbietka nie dała się odrazu nagiąć do surowego regulaminu. Kaprysy jej, płacz i krzyki, leniwe opuszczania wyznaczonych robót zatruwały Raduskiemu spokój. Ale zwolna, zwolna dawne pieszczące warunki nikły w pamięci dziecka, maleńkie radości nowego życia nabrały uroku i poczęła ciągnąć pług swego losu. Więcej zmartwień dostarczał wychowawcom charakter Anuli. Rychło spostrzeżono, że to dziecko przedmieścia umie nie tylko kłamać ale i kraść, nie tylko doskonale oszukiwać ale nawet udawać cnoty, jakich żądano. Zbadawszy te jej przymioty, pan Jan wziął się do dzieła, do studyów psychologii, do wertowania literatury, roztrząsającej występki dzieci. Siadywał w nocy, zagłębiając się coraz bardziej w swe umiejętności, a właściwie po swojemu walcząc z naturą, z jej złemi siłami, których stępianie, a jeśli się dało niweczenie, stanowiło rozkosz jego duszy. Ciągła obserwacya życia wychowanek, dziwne krążenie w świecie ich cnót, wad, przymiotów sprawiło, że coraz lepiej udoskonalał ów system i że, wespół z panią Grzybowiczową, w istocie hodował dusze i ukształcał charaktery sierotek. Chciał być wszędzie i zawsze bezstronnym, nigdy pod jakimkolwiek względem nie dawać doktorównie pierwszeństwa nad córką nędzarza, ale mimowoli serce jego miłowało Elżbietkę. Gdy patrzał, jak zamiatała podwórko, albo niosła kosz z miasta, coś się w nim przewracało, jak gdyby czuł na swej twarzy wejrzenie zgasłych oczu. Wtedy tłómaczył się przed niewidzialnym cieniem, że tak trzeba, że Elżbietka musi wyrosnąć na kobietę przyszłego czasu, uzbrojoną w środki walczenia ze zbójeckiem życiem. Ale zawsze takie rozmyślanie wtrącało go do mrocznej sztolni, którą żartobliwie nazywał podziemiami swej duszy. Wówczas szedł do drukarni, stawał przy korbie i wespół z robotnikami wprawiał w ruch maszynę przez kilka godzin z rzędu.
Trud fizyczny nie odpędzał tęsknoty, nie niweczył jej całej, ale tłukł ją niby młotem długo, i długo, aż się zwinęła i układała na swojem miejscu. Sprawa kształcenia dziewcząt poniewoli złączyła się z innemi, o których Raduski myślał, zakładając pismo. A więc występowały rozmaite kwestye czysto łżawieckie: kwestya służących, kwestya terminatorów żydowskich, dzieci błąkających się po ulicach, starców nie mogących pracować itd. W tym samym czasie zaczęły się ukazywać w Echu artykuły pod ogólnym nagłówkiem «Typy». Były to barwne zestawienia żywota np. służącej w miasteczku szwajcarskiem i w Łżawcu, losu terminatora szewckiego w Niemczech i na Kamionce, chłopca sklepowego na głębokim partykularzu we Francyi i w handelku przy ulicy Wąskiej. Artykuliki wyż wzmiankowane sprawiły efekt mniejwięcej taki, jak wetknięcie patyka w mrowisko. Tak zwane «panie» tj. matki, ciotki, i stryjenki «domów» piorunowały na wszelkich recepcyach i szydziły z «rojeń» Echa, z zachcianek, ażeby Kasie i Florki jadły i spały lepiej, niż to miało miejsce w łżawieckich karalucharniach. Panowie majstrowie podrwiwali przy kufelku z nowomodnych gazeciarzy, a panowie kupcy bez ceremonii odsyłali pismo. Ale źródłem istotnego zgorszenia był feljetonik, doradzający pannom, które już grywają walce Millöckera i mazurki Godarda tudzież oczekują na epuzerów z posadami w utęsknieniu ducha i ciała, a w utęsknieniu ciała sroższem niż ducha, żeby w chwilach wolnych od marzeń i walców myły podłogi i przynajmniej zlekka szorowały schody (srodze brudne w mieście Łżawcu), jak to czynią nawet bardzo zamożne i utalentowane Niemkinie oraz Szwajcarki. Było to, rzecz prosta, bezbożne szarpanie świętej instytucyi rodziny, obyczajów i moralności. Raduski wiedział, że nie można przenosić od jednego zamachu ciężkiej kultury, że co innego miasteczko Rüti, a co innego żydowska stolica Pałąki, ale wierzył również w dobry kącik serca człowieczego. Kiedy rozprawki pisane przez Grzybowicza wśród debatów «gremium» t. j. pana Jana i żony autora poczęły budzić dość żywe zaciekawienie w mieście i na prowincyi, kiedy ilość listów z admonicyami, z protestami, zachętą, a nawet ze zwyczajnem staropolskiem «besztaniem» zwiększała się ciągle, raptem owa druga z rzędu drukarnia zerwała kontrakt o jakąś błahostkę. Pewnego dnia Echo nie wyszło. Gazeta łżawiecka obwieściła urbi et orbi zgon tak pożytecznego czasopisma i zawinęła ten rzewny nekrolog we właściwy komentarz. Raduski rzucił się do drukarzy z propozycyami bajecznemi. Ledwo po upływie dni czterech zdołał namówić trzeciego z rzędu do zawarcia umowy. Czcionki tam były wstrętne, gazeta nie ukazywała się we właściwym terminie i ogrom trudów stanął w poprzek drogi. Mimo to wszystko sprawa szła naprzód. Począł się właśnie w odcinku druk studyum o parobkach i wywołał zainteresowanie.
Pewnego dnia stanął we drzwiach redakcyi gość niespodziewany. Był nim pan Olśniony. Miał, jak za pierwszej bytności, oczy przymknięte, na wargach uśmieszek. Zbliżył się do stołu, gdzie Elżbietka cięła opaski, złożył pocałunek na głowie tego dziecka, westchnął i usiadł. Raduski przysunął swe krzesełko i mimowoli zadał sobie pytanie, czy też lada moment nie nastąpi tak zwane starcie przekonań. Olśniony, wykwintnym ruchem ulokował na biurku swój cylinder, odpiął guziczek czarnej rękawiczki, drugi guziczek i, kiedy zaczął ściągać połyskującą skórkę z dużego palca, rzekł z uśmiechem:
— Czy też kolega domyśla się, czemu to drukarze tutejsi zrywają umowy i, jak sądzę, zrywać je będą aż...
— Domyślam się...
— Niechże kolega raczy mi wymienić tę przyczynę.
— No pocóż te formalności? Przecie to pan...
— Tak, to ja. Widzimy tedy, że zdejmuję maskę.
— Co prawda, to ja widzę tylko, że pan zdjąłeś rękawiczkę.
— Mam nadzieję, że szanowny kolega oceni tę moją szczerość i dla niej przebaczy mi winę oddziaływania na drukarzy.
— O, z całą gotowością, ale pod jednym warunkiem. Pod warunkiem, że pan nazwie mi ową siłę, dzięki której drukarnie odrzucały pewny zarobek...
Olśniony wykonał palcami prawej ręki na dłoni lewej ruch, przypominający liczenie miedziaków. Kiwał wtedy głową z uśmiechem pobłażliwości i jakby współczucia.
— Nie śmiem — rzekł Raduski — jak to pan redaktor zrozumieć zechce, sięgać do dalszych przyczyn tego postępowania, gdyż prowadziłoby to nas do szkatułki z «zasadami»...
— A jednak ja po to przyszedłem, po to przyszedłem tutaj... — wtrącił redaktor Gazety, biorąc na twarz wyraz surowości.
— W istocie? — Okazuje się, że jestem dobrym spostrzegaczem, kiedy bowiem szanowny pan redaktor ukazał się we drzwiach, myślałem niezwłocznie w głębi mego serca: oto idzie człowiek, niosący ze sobą «przekonania».
Olśniony schylił zlekka głowę i westchnął.
— Czyż pan sądzi — mówił — że tak nie jest, że ja ich nie mam? Czyż pan tak sądzi? I to na tej podstawie, że o nich dzień w dzień nie krzyczę, kwasek subtelnej ironii przenika mowę pańską. Niech pan jednakże zapyta tysiąca z górą odbiorców mojej gazety, czy ona służyła kiedy prywacie, czy uchybiła kiedy dobru ogólnemu? Niech pan zapyta, kogo pan sobie zechce z wrogów moich, czy Olśniony przez lat blisko trzydzieści nie był wiernym sługą swego społeczeństwa. Jeżeli pięciu ludzi znajdzie się w Łżawcu, czy gdziekolwiek w kraju, którzy orzekną: nie, w godzinę po takim wyroku zwijam pismo. Byłbym nikczemnikiem, gdybym stojąc na miejscu redaktora...
— Tak jest — rzekł Raduski.
— Te kilka słów stanowią pierwszy punkt interesu, którym niepokoję pana. Drugi punkt — wyłożę krótko.
— Słucham.
— Ja gotów jestem natychmiast zwrócić panu siedm tysięcy rubli, któreś od chwili rozpoczęcia tej historyi, z Echem, dodam, zbyt hojnie wyłożył.
Raduski zesmutniał, przechylił głowę na bok i, nie spuszczając oka z głowy Elżbietki, słuchał uważnie.
— Siedm tysięcy rubli jest to więcej, niż trzecia część całego kapitału po świętej pamięci stryju szanownego kolegi... — mówił siwy gazeciarz tonem trafiającym w samo sedno myśli słuchacza.
Pan Jan zwrócił swe oczy na przyszwę buta z prawej nogi Olśnionego i wolno, ledwo dostrzegalnie potakiwał.
— Od pierwszego momentu wydawnictwa upłynęło... ileż? Sześć? Nie, siedm miesięcy. Każdy miesiąc, to tysiączek rubli. Czy pan uważa? Masz kolega przed sobą dwanaście, trzynaście miesięcy, a potem? Za cóż będziemy kształcili dwie sierotki? Daruj mi, że tu na tej dłoni położę twe szlachetne serce. Przypatrz się: od dziś za rok będziesz bez grosza; prócz tego, idąc tą samą drogą wychowania dwu dziewcząt, ukochasz piękne dzieło swej pedagogii. Będziesz je musiał rozciąć, urwać, zawiesić wówczas, gdy ono stanie się kwestyą twego życia, w literalnem znaczeniu, kwestją twego życia. Roztrząśnij pan to, co mówię, bo tu każde zdanie jest prawdą, waży sto funtów!
— Przecież nie będę wydawał tysiąca rubli co miesiąc, bo tylko początki zmuszały mię do takiej forsy. Prenumerata się zwiększa wolno, ale bez przerwy.
— Mówię: pismo pańskie chcę kupić za cenę wydanych pieniędzy. Obrócisz pan ten fundusik w sposób sobie właściwy...
— Rumienię się jak płoche dziewczę wobec tak szczodrych pochwał mej cnoty...
— Jeżeli zgoda między nami zawartą nie będzie, to cóż? To musi nastąpić moje ultimatum, że to pismo wychodzić przestanie.
— Dlaczegóż to?
— Dlatego, że ja chwycę się środków silnych.
— Mianowicie?
— Pierwszy z brzegu: opłacam jak rok długi wszystkich trzech drukarzy. Daję każdemu z nich podwójny zarobek, jakiby mógł mieć u pana. Sądzisz, że to mię zrujnuje? Bynajmniej. To mi wyrwie z kieszeni kilka tysięcy rubli, ale w każdym razie mniej, niż pańska gazeta. A cóż pan zrobisz? Założysz własną drukarnię? Na to trzeba... fiufiu... lekko licząc...
Raduski zmarszczył czoło i pobladł.
— Widzi kolega... ten argument znalazł drogę do jego przekonania!
— Znalazł... tak jest, znalazł. Ten sam argument mógłby służyć w każdym sądzie za corpus delicti, jak Olśniony hodował przez lat blisko trzydzieści święte przekonania, lecz to... Uważa pan, nie koniecznie ja będę kupował drukarnię, tę nową, czwartą. Może to zrobi spółka...
Qui vivra, verra. Co do insynuacyi na moją niekorzyść... oświadczam, że środki jakimi panu zagroziłem, przekonaniom uwłaczać nie będą.
— Masz pociechę!
— Ja pańskie pismo zwalczać muszę i zwalczę w interesie pryncypiów, którym służę, i, sądź pan, kosztem ofiar wyłożonych z własnej kieszeni.
— Musi to być duża kieszeń. Pan daruje, że o tem mówię, ale skoro nie tylko moja mała portmonetka tak panu jest znaną, ale i komórki mojego serca...
— Ja rzeczywiście grosza nie pożałuję... Czyż się zapieram, że gazeta daje mi dochód, że w ciągu kilkunastu lat obfitej prenumeraty uzbierałem kapitał? Ale nie o to chodzi. Nie chodzi mi o utrzymanie dla żony i czworga dzieci, choć mi się to przecie należy, tylko, wierz pan, czy nie wierz, o zasadę. Ja tu jestem autochtonem. Ja tu jestem wyrazicielem życia, uczuć, marzeń. Ja tu znam wszystko i wszystkich, ziemię i wodę, domy i mogiły. Rozumiem tu wszystkich i mnie wszyscy. To niema o czem mówić. Tak jest. Z czemże pan przychodzisz? Z czemś...
Raduski zaczął się śmiać głośno, a później rzekł:
— Nie wyjawię panu tego, nie wyjawię nawet, czemu tak przezornie sobie poczynam.
Brwi Olśnionego drgnęły, niby wskazówki zegara, usta zacięły się na chwilę.
— Przyszedłem do pana z otwartą umową, nie sam, bo z mandatem od moich czytelników. My wszyscy nie możemy zezwolić na byt Echa pod pańską opieką. Czynimy tak w myśl bardzo mądrej zasady starożytnych principiis obsta! Niechaj to będzie odpowiedzią na śmiech pański.
— A niechaj będzie.
— Masz pan tedy do wyboru: walkę z nami, albo ustępstwo.
— Mam.
— Jesteś pan jednym z najszlachetniejszych fantastów, którym się widzi...
— Czyliż, będąc autochtonem łżawieckim, można jednocześnie mieć wiadomość o tem, co się widzi fantastom?
— Za siedm tysięcy rubli zrobisz dużo dobrego na świecie, a ja musiałbym je przeznaczyć na skrytą walkę, którą z pewnością wygram. Dlatego przyszedłem. Powiedzże pan jeszcze raz, że, gdy się uniżam, gdy znoszę pański śmiech, tchnący zniewagą, gdy staję tutaj z tymi pieniędzmi, zamiast je wydać pokryjomu dla nasycenia mojej ambicyi, jestem w sprzeczności z memi zasadami!
— Opuszcza pan wyraz — «świętemi».
— Umyślnie to robię. W zasadach dużo jest ziemskiego. Najcudniejszy, wonny kwiat korzeń ma w ziemi a żywot czerpie z gnoju.
— Niestety! niestety!
— Wymówiłeś pan to słowo w takim sensie, jak gdyby tylko moje mniemania przypominały kwiaty z korzeniami głęboko tkwiącemi w ziemi, a wszakże sam tu wspomniałeś z uciechą o szerzeniu się prenumeraty Echa.
— Tak, wspomniałem, ale...
Excusez! Gdybym chciał być równie uszczypliwym, byłbym w prawie twierdzić, że w podniosłej działalności piśmienniczej pańskiej nie małą rolę odgrywała wojna o prenumeratorów.
— Wojna? A gdzież to i kiedy wojowałem z panem?
— No tak, walki pisanej, polemicznej nie było. jeżeli kto wszczynał ją w druku, to ja, przyznaję się.
— Chwała Bogu.
— Ale czy możesz pan utrzymywać, że ja byłem w tym wypadku gorszy od pana, że nie byłem tylko bardziej szczery? Nie stanąłeś przeciwko mnie, to prawda, ale za to samym wyborem programu, samem t. zw. poruszaniem kwestyi usiłowałeś pan wzburzyć umysły prenumeratorów i ściągnąć ich do siebie. Usiłowałeś wskazać, jakich dziedzin Gazeta, wcale nie zna, owych «kwestyj» żywotnych, owej ropy na ranie. Czy mówię prawdę? Ale z ręką na sercu!
— Z ręką na sercu? Dobrze, ja panu powiem. Jak nie zaczynałem wcale walki piśmienniczej ani ustnej, tak samo z ręką na dążeniach serca mówię, że nie zacząłbym ich nigdy. Weź pan na rozum! O cóż to ja mogę polemizować z Gazetą łżawiecką? O nic. Literalnie o nic. Gdybym chciał używać pięknych określeń dla moich i pańskich «zasad», rzekłbym, że ja jestem służącym światła, a pan klucznikiem ruder i lamusów. Cóż my mamy wspólnego? O co możemy się spierać? O nic. Możemy sobie tylko nawymyślać przy zetknięciu się wzajemnem, ale tego ja nie uczynię, choćbyć mię pan prowokował jeszcze bardziej głośno.
— Ja nie prowo...
— Zaraz, zaraz! Co do przypuszczenia, że łaknę pańskiej prenumeraty i chcę nią napchać pugilares, to jeśli pan zważysz sprawę bez zaślepienia, łatwo spostrzeżesz istotny stan rzeczy. Nikt skrupulatniej odemnie we wszystkiem, zawsze i wszędzie, a główna w tak zwanych zasadach, nie szuka interesu materyalnego. To też dla mojego rozumu, jak fiksacya wygląda myśl, że ja mógłbym pana zwalczyć. Gazeta łżawiecka jest to interes. Z interesem, bronią jakiejś idei, może walczyć tylko człowiek obłąkany. Ja nim nie jestem. Gazeta łżawiecka to interes świetny, jak, naprzykład, dystrybucya w dobrym punkcie, jak karczma na rozdrożu, jak sklep, założony we właściwym czasie i miejscu. Jest to wyszynk wiadomości takich właśnie, jakich główny kontyngent czytających żąda. Czyż przedsiębiorstwo tego gatunku może nie iść? Idzie i bramy piekielne go nie zwyciężą. Mojemu pisemku szło doprawdy o coś wręcz innego. Echo nie jest wcale wyszynkiem zdarzeń i popłatnego w Łżawcu «dobra i piękna». To też pańscy księża, pańska gruba i cienka szlachta, pańscy burżuje czytać go nie będą. To jest coś tak innego...
— Ja wiem, co to jest.
Raduski zamilkł i począł wycierać rękawem jakąś plamkę na surducie.
— Więc jakże szanowny redaktorze? Daję odstępnego siedm tysięcy rubli... — cedził Olśniony, według swego zwyczaju nakrywając białą ręką o długich palcach brodę i dolną wargę.
Przez chwilę trwała cisza. Wreszcie Raduski podniósł zimne oczy na twarz gościa i, od niechcenia wskazując ręką Elżbietkę, rzekł:
— Na głowę tego dziecka zaręczam panu, że nie ustąpię ze Łżawca, nie przestanę wydawać pisma i robić, com umyślił. Mam jeszcze trochę pieniędzy. Gdy pan rozpoczniesz swe tam... intrygi, zawiążę spółkę. Na świecie i w Łżawcu nie sami tylko pańscy mandataryusze. Nie same tu rudery i mroki. To, co blask oświeci...
— Na głowę tego dziecka?... — mówił tymczasem redaktor Gazety, zwolna pochylając korpus swego ciała i uśmiechając się okrutnem szyderstwem. — Jakiż to talizman?
Krew zawrzała w Raduskim i płomieniem wionęła przez jego głowę. Cisnął w twarz starca ponure spojrzenie, jakby go między oczy ciął toporem, i mówił:
— Pan wiesz, dlaczego to dla mnie talizman! Wszakże to pan pisałeś do mnie bezimienne listy, w których twierdziłeś, że tamta kobieta...
— Ja... bezimienne listy? — rzekł z cicha Olśniony, wstając ze swego miejsca. — Ejże!
Głos jego zerwał się, a lewa ręka dygotała nerwowym ruchem. Raduski wlepił weń oczy i rzekł po upływie kilku minut badania:
— Aha... Przepraszam... Więc to nie pan... Aha...
— Co pan takiego mówisz... do mnie, jak śmiesz... do mnie...
Jan wydobył z szuflady kilka małych arkusików papieru i pierwszy z brzegu położył na stole. Redaktor wziął go w rękę, zbliżył do zmrużonych oczu i przeczytał wszystko, co tam było. Później złożył ten arkusz.
— Znasz pan może to pismo, jako wyobraziciel domów i grobów? — rzekł Raduski.
— Pisma nie znam. Ale wiem kto jest autorem.
— Któż?
— To nie moja rzecz.
— Koszczycki, który do was przyrósł? Koszczycki, co?
— A więc moja propozycya odrzucona?
Raduski przyciągnął Elżbietkę i, jakby zamiast odpowiedzi, złożył na swem sercu jej głowę. Olśniony skłonił mu się sztywnie i, skrzypiąc z cicha butami, wyszedł. Gdy się drzwi za nim przymknęły, Raduski podniósł oczy i patrzał w tamtą stronę. Minęła jedna minuta, druga, trzecia. On tak wciąż siedział z oczyma utkwionemi we drzwi, żując coś w ustach, jakby rozgryzał zębami słowo, czy zdanie, które chciał cisnąć za odchodzącym.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.