Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/076

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wiek? Z rady nie wiem już czyjej, zwalił się tu do powiatowego miasta, do Pałąków. No!... niema tam dużego terenu, ale jest sąd, można żyć, mając kepełe nad kołnierzykiem. Cóż się okazało? Ten kulfon brał sprawy o tyle, o ile były ten tego z etykami, ze sprawiedliwościami społecznemi... Zgadnij też, ile zarobił przez pół roku?
    — Nie zgadnę.
    — Rzeczywiście... to trudno. Zarobił siedemdziesiąt pięć kopiejek. Wyraźnie rubli srebrem siedemdziesiąt pięć kopiejek! No żarł ci podlissime, mieszkał podle, w dziurawych krypciach łaził; przywiązała się jakaś brzuszna historya i poszedł ze swą etyką do Abrahama na lepszy wikt i na jakie takie piwo. Oto masz: jeden papierowy...
    — O Hezjodzie, jak łatwo pojmiesz, słyszałem piąte przez dziesiąte. Niech śpi w spokoju... Co do mnie, to nie należy mi się, rzecz prosta, żaden wieniec. Staśkowi zaś, a właściwie jego świętej pamięci, jego, jak mówisz, malowanemu wizerunkowi, należy się, ale cierniowy.
    — Pamięci? A cóż to i ten umarł?
    — Umarł, braciszku.
    — Kiedyż to? bój się Boga! Nic nie wiem...
    — To niema żadnej łączności z twojemi sprawami. Papierowy człowiek był, deszcze go rozmoczyły, burza go poszarpała na szmaty, a dziś niema zeń ani jednego włókienka — oto wszystko. No, gadaj dalej...
    Koszczycki milczał przez chwilę. Twarz jego drgała i błądziły po niej ciemności. Wkrótce opanował się i mówił tonem, w którym czuć było pewność siebie: