Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/157

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    podwórko, na brudne schody, z cicha przycisnął klamkę i wszedł do kuchni. Starsza służąca spała jak zabita głośno chrapiąc na swem wysokiem łóżku. Nie obudziła się wcale, gdy Raduski mijał szybko duszną izbę i wchodził do stancyi, gdzie Elżbietka sypiała z młodszą, niańką. Obiedwie twardo spały, aczkolwiek słońce prażyło ich głowy pierwszym, rzęsistym snopem światła. Drzwi do pokoju pani Marty, dawniej sypialni doktora, były zamknięte, więc Raduski, ująwszy ręką klamkę, długo ją z lekka naciskał, wahając się, czy nie obudzi chorej, gdy wejdzie tak wcześnie. Drzwi z cichutkim szelestem ustąpiły i pan Jan stanął za progiem. W pierwszej chwili cofnął się instynktowym ruchem, sądząc, że przychodzi nie w porę, ale wnet skoczył w osłupieniu i ze zgiętym grzbietem schylił się, a raczej zawisł nad łóżkiem. Leżał przed nim na wznak trup wdowy. Zwłoki zawisły w pętlicy ze sznura od portyery, którego dwa końce samobójczyni przywiązała była do klamki w środku okna. Łóżko było pchnięte nogami, widać w sekundzie rzucenia się w próżnię, a stężałe ciało, kolanami zaczepione o krawędź tkwiło prawie poziomo. Szyja była dwa razy okręcona sznurem. Ręce w agonii stargały koszulę na piersiach, a potem rozbiegły się martwe, zwisły ku ziemi i zastygły w powietrzu. Raduski nachylił twarz do strasznego oblicza, zajrzał w wywalone oczy, które, zdawało się, pękną lada chwila. Wargi jego złożyły się do dzikiego wrzasku o pomoc, ale raptem jakieś gorzkie zachłyśnięcie ścisnęło mu gardziel, jak ów zielony stryczek, na który patrzał w tej chwili. Z całej siły starał się rozumnie odpowiedzieć sobie — co to jest —