Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/156

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ska rozdzierały zasłonę miejsca świętego świętych, podobne raczej były do sennych, czułych marzeń. Tak rozmyślając, stanął przed domem, w którym na piętrze mieszkała doktorowa. Tylko jedno okno w sypialni było słabo zabarwione światłem, co wskazywało, że chora śpi spokojnie. Z ulic brukowanych zeszedł na chodnik wysypany żwirem, znalazł się w alei, a stamtąd ruszył w pole.
    Daleki horyzont ginął we mgłach nocnych. Białe pasmo szosy, tak wyraźnie z bliska widzialne, wpełzało między mgły, jakby się wznosiło ku górze i ginęło. Pola zasłane zbożami lśniły się w rosach, które osrebrzało senne światło. W nizinkach, daleko, daleko pokrzykiwały derkacze, a gdzieś, zdawało się, za borami, za lasami rechotały żaby. Raduski lazł prosto na ten głos dróżką, między której dwiema koleinami szedł grzebień przykopy wysoki, trawą bujnie obrośnięty. Przed oczyma jego zmieniały się działki zbóż i forma roli, a wreszcie droga zginęła na miedzy, gdzie rosła sama prawie dziewanna i leżały stosy kamieni. Na jednej z takich kamionek usiadł, zwiesił głowę i utonął w zadumie. Wstał z tego miejsca, gdy się już dzień budził. Na wschodzie płonęła zorza, przenikając wskroś mgły, rozciągnięte daleko ponad łąki, pola i lasy. Idąc z powrotem, Raduski słyszał, jak we śnie, rozlegające się wśród jednego z łąkowych tumanów, ostrzenie kosy, gdzieindziej, tuż prawie obok drogi, wołanie przepiórki. Był dzień zupełny, gdy wkroczył do miasta. Zaszedł do siebie, umył się, zmienił przemoczone obuwie i odrazu wyruszył do mieszkania pani Poziemskiej. Pragnąc uniknąć stuku i dzwonienia u drzwi głównych, wsunął się na wąskie