Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/059

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    jak koń napalony. Skoro tylko zamknął oczy, baba jego, niby, mówię, żona, dawaj się w dwójnasób malować, a interes zwinęła i odstąpiła subjektowi starego Helblinga, Gwaździckiemu. Ten towar kolenialny prawie usunął, a za to podniósł do wielkiego stopnia wyszynk piwa i gorzały w przyległych pokoikach. Mówią, że mu setnie idzie. I pewno prawda. — Szynk to zawsze idzie. Co się tyczy Barszta, ryżego, to ten, licząc na pieniądze, jeszcze gorzej wyszedł ode mnie. Za to dzieci wyedukował fest, a teraz se siedzi u syna, u doktora w Warszawie. Z panien Siepalskich niema ani dymu, ani popiołu. To taką sztukę zrobiła z nami ta kolej, to życie przemysłowe, te filie banków. Ja wylazłem obrzydliwie. Nauki żadnej człowiek nie miał, szczerze powiedzieć. Z chłopca w knajpie wyrosłem na kupca pierwszorzędnego, a z kupca na odźwiernego. Liczyli mię na parę kroć, kiedy się ta kolej zaczęła. Otworzy się tani kredyt. Akurat mi dwie córki dorastały, synek był z klas wypędzony. Słałem toto wszystko do Warszawy na pierwsze pensye, płaciło się drogich profesorów. Tymczasem zaszedł nam wszystkim z jednego boku wielki sklep akcyjny, z drugiej strony żydki. Obrót był u mnie coraz mniejszy, boć nasze sklepiska z tym łżawieckim bonmarszem równać się przecie nie mogły. Córki zjechały z pensyów i dalej mi kołki na łbie ciesać: a mieszkanie, a meble, a fortepiany, a konie, a jakieś ta malowane obrazy. Wyznaczyłem był dawno posagi... czterdzieści tysięcy każda. Zaraz się też przystawił kawaler, niby to wielki aferzysta z Łodzi — i nabrał mię. Wydaliśmy za niego starszą, Łuckę, sypnęliśmy gotówką, a on też nie miał przecie nic pilniejszego, jak toto chla-