Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/058

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — To prawda.
    — A właśnie. Teraz cóż się stało? Krupecki, szewc, jeszcze Bóg wie z jakich czasów, niktby nie zgadł, co robi. Uwierzy pan dobrodziej? Pod kościołem, na żebranym chlebie. I nie można powiedzieć, żeby znowu pił ekstra... Drugi, Jan Widział, chla ordynarnie gorzałkę i siedzi na łaskawym chlebie u brata, co tu w Kamionkach ma posesyjkę. Waliszkiewicz ten się trzyma jeszcze z chłopcem, ale prawie mrze głodem.
    — No — no...
    — A na tej samej Drzewińskiej ulicy teraz sklep przy sklepie! Żydki, nie żydki, «warszawskie» obuwie prezentują za tylośnemi szybami. Trzewiczki, jak ulał, kamaszeczki, jak się patrzy. Tanie, śliczne. A że się we dwa tygodnie rozłażą, to cóż na to poradzić? Życie przemysłowe.
    — Widzi pan, panie Żołopowicz, wielki przemysł ma to do siebie...
    — To samo z krawcami. Przepraszam pana dobrodzieja, że nie nie słucham i sam gadam... To samo z krawcami i kuśnierzami. Tu pan dawnego człowieka nie zobaczy. Wszystko nowe, a złodziej na złodzieju!
    — Ij — cóż znowu?
    — Panie, szczerze mówię, że nic nie kłamię. Złodziej na złodzieju.
    — No, a cóż ze sklepami korzennymi? Pan straciłeś, ale przecież tu byli rozmaici. Przypominam sobie sklep Helblinga, Barsztynowicza, panien Siepalskich...
    — Proszę pana łaskawego — to jest długaśna historya. Helbling umarł, między nami mówiąc, zapił się. Ale już sztuk czasu przed śmiercią robił bokami,