Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/060

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    snąć. Wziął się niby to do fundowania wielkiego interesu, ale blaga była... Ciort go ta zresztą wie, dość, że przełajdaczył wszystko i koniec. Młodsza nie zasypiała to samo gruszek w popiele. Z jej pieniędzmi już mi szło dyablo ciężko, a trzeba się było stawiać. Brałem z banku i brałem, a te nic, tylko bal za balem, do Warszawy, do Krynicy. Upodobały sobie świeże powietrze i musiałem willę stawiać. I, panie najmilszy, ja stary, com od dziesiątego roku żywota przywykł brać w łeb kuflem z ręki gościa, com własnem ciułaniem na subjektowstwie uskładał tyli fundusik, że można było sklepiczynę założyć, ogłupiałem na śmierć: powózem trzymał, foszmana w kapeluszu i w tym powozie jeździłem tutaj, w tym samym Łżawcu. Sześci lat nie wyszło, a jużem walił na dno. Jak mi zaprotestowali weksle, okazało się, żem bankrut. Zeszedł komornik... no i ocknąłem się na ulicy w jednym surducie. Żona z młodszą córką i z synem pojechała do Korbów, niby do zięcia, złapawszy co się dało, ale to... co się dało, a ja zostałem. Jeszcze są małe długi to temu, to owemu...
    — O, smutna historya, — rzekł Raduski, jedząc szynkę z octem i chrzanem — bardzo smutna.
    — Jak szlachta robiła takie sztuczki, to ludzie wrzeszczeli w niebogłosy: a marnotrawcy, a lekkoduchy, a tacy, a owacy! Dzisiaj, panie, kupiec, liczykrupa, co grosz od grosza zarabiał na pieprzu i na rodzynkach — to samo. Szlachcic teraz okropnie zmądrzał. Już tam on balów nie wydaje, karet nie trzyma, córek do Warszawy nie śle, jeden do drugiego na szklankę herbaty nie jeździ. A bo to tyle... — wrzasnął raptem,