Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/114

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    paskudną wysypką, jak gdyby ospą. Tu i owdzie formowały się wzdęte, ciemne abscesy. Chory przyglądał się tym swoim ranom przez chwilę, następnie odkrył piersi, a raczej grube powijaki, zakrywające widok bolesny...
    — Widzisz pan, — mówił z uśmiechem, — jak to matka przyroda nagradza lekarza, tego co za byle jakie honoraryum latami dusi się wśród fetoru trupów a później przez całe życie swoje wącha, ogląda, rozpatruje, maca rękami wszelkie wrzody, rany, najwstrętniejsze choroby, smrody i kały człowiecze. Gdzie każdy parobek, każdy lokaj, ostatni sługus cofnie się ze wstrętem, tam idzie lekarz. Musi nie tylko uprzątać, ale nadto uzdrowić... Widzisz pan, jaka to jest sprawiedliwość...
    — Panie Poziemski... — zaczął mówić redaktor.
    — Czekajno pan, nie tak prędko! Życie się do mnie uśmiechnęło, gdym sobie tu osiadł. Elżbietka chowała się zdrowo, a teraz co, a teraz co! Marta! — wrzasnął nagle — Marta! boli, boli! Psiakrew jedna, boli, suko ty... boli, boli!...
    — Gdzie koteczku, gdzie, maleńki mój?...
    — Prawa, małpo... Ja ci dam!... Prawa koło patelli... Marta, Marta...
    — No cicho, mój biedny, mój najbiedniejszy, mój skarbie jedyny... Cicho, cicho... Teraz jeszcze nie można przewinąć. Może ustanie, może ustanie, może... — szeptała, zapomniawszy całkiem o gościu. Wtedy dopiero Raduski zobaczył, jakie to było spojrzenie tych oczu cudownych i co znaczyła w nich mgła zadumy.
    Doktor jęczał i mlaskał ustami. Po twarzy jego ściekały dwiema strugami łzy bólu. Pani Marta deli-