Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/056

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nych czasów. Ale, ale — jeść mi się chce siarczyście, a tu, podobno, nic kupić nie można. Możebyś mię pan oświecił, jak się dobrać do restauracyi.
    — E... a to przecie pan dobrodziej nie wzgardzi przy tym dniu. Choć ja dzisiaj i portyer, ale pan dobrodziej święconem jajkiem nie wzgardzi. Czyby tu przynieść?...
    — Dajże pan pokój! Choć to będzie wyglądało, żem się wprosił do pana, ale pójdę z przyjemnością. Chodźmy!
    Żołopowicz poprowadził Raduskiego, zabiegając mu przy każdych drzwiach z prawej i lewej strony. Zeszli na dół, minęli sień wjazdową, dziedziniec i znaleźli się w przejściu bardzo czarnem. Stary otworzył drzwi i wprowadził swego gościa po kilku schodkach do izdebki małej i wilgotnej. Stało tam łóżko żelazne, niewielki stolik, nakryty obrusem i zastawiony święconem. Ex-kupiec postawił przed stolikiem jedyne krzesełko, usadowił Raduskiego, a sam zajął się odkorkowaniem jakiejś butelki. Pan Jan wodził wzrok po wilgotnych murach izby, patrzał przez okno, umieszczone tuż pod sufitem, na kury z cichem krakaniem defilujące za szybami. Żołopowicz lał szczodrze koniak w kieliszki, wziął w ręce talerz z jajkiem i wyrażał rozmaite pragnienia, z których połowa conajmniej tonęła w sapaniu. Raduski życzył mu wzajem wszystkiego dobrego i wnet zapytał:
    — No, a teraz gadajże mi, kochany panie, jakimi sposobami zwaliło się to bankructwo.
    Stary, tknięty w otwartą ranę swego serca, ruszył się prędko, nalał sobie drugi kieliszek, rzu-