Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/104

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    minały mu jakiś obraz, nie wiadomo kiedy i gdzie widziany. Oczy błękitne, zamglone patrzyły wiecznie w próżnię, jak gdyby nawet wśród tak zmiennych kolei losu nie spostrzegały towarzysza rozmowy. Czoło, prosty nos, brwi, usta, kształt brody i szyi były nad wszelki wyraz harmonijne, jakoś szczególnie urocze, składały niby przedziwny utwór, wprowadzający uczucia i myśli widza do kraju marzeń. Stojąc tak blisko, pan Jan wchłaniał nozdrzami zapach ramion, w niewidzialnej parze od zetknięcia z żywem ciałem wilgotnej sukni ulatujący wraz ze słodkim odorem perfumy; mógł niespostrzeżenie rozmarzać się widokiem ruchu piersi w osłonie mokrego stanika.
    — Panie, ten deszcz nie ustaje...
    — Nie, ustaje... jakoś... nie ustaje...
    Raduski tyle lat nie widział kobiet subtelnych, tak dawno nie prowadził z niemi rozmowy, że w owej chwili był całkowicie zbity z tropu, wstydził się swoich słów, ruchów, swoich rąk i nóg. Spojrzenia i uczucia swoje uważał za tak haniebne, że byłby się z satysfakcyą wysłał na odwach. Kiedy przychodził do refleksyi tyle stanowczych, piękna pani spytała go bez owijania rzeczy w bawełnę:
    — Pan nie mieszka w Łżawcu stale?
    — Owszem, mieszkam tutaj kilka tygodni.
    — Tak?
    — Nazywam się Raduski... — rzekł z pośpiechem, przekładając niezdarnie rączkę parasola z prawicy do lewicy dla wykonania kapeluszem ukłonu.
    — A... pan Raduski... wydawca nowego pisma... — rzekła nieznajoma, uśmiechając się z odrobiną zalot-