Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/053

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    «Numerowy» wykręcił się i zwolna przymknął drzwi za sobą w sposób, który świetnego rezultatu nie obiecywał. Raduski dokończył ubierania się, siadł na małej kanapce i czekał. Upłynął kwadrans jeden i drugi, a chłopca nie było widać. Dopiero na odgłos dzwonka zjawił się z miną zafrasowaną i oświadczył, że ze śniadania nic nie będzie.
    — Pan w kościele, pani tosamo, ani kucharza, ani Franciszkowej, lokaje się porozłaziły. W kuchni ognia całkiem niema. Proszę łaski pana — święto.
    — Prawda i to jest. No a może ty wiesz, gdzieby tu w mieście można co zjeść; bo jak w tym sposobie ze trzy dni u was będę świętował, to, uważasz radca, kopyta wyciągnę. Nie wiesz o takiem?
    — W mieście? E... w mieście to ja nie wiem... Ja tu dopiero dwa miesiące.
    — Dwa miesiące. No a starszego numerowego niema tutaj u was?
    — Jest starszy, Walenty, ale poszli tosamo do kościoła.
    — A może jest jaki inny, ktoby mię objaśnił?
    — Chybaby pan potjer, co jeździ na kolej, ale to nie jego dzieło.
    — A on tutejszy, dawno tu już mieszka?
    — Chyba, że dawno.
    — Stary, młody?
    — O, już w latach.
    — A to go proś do mnie. Powiedz, że mam pilny interes. Nie będzie żałował fatygi. Idźże i powiedz, że go do siebie proszę na momencik.
    Służący wyszedł, a po upływie chwili czasu stu-