Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/062

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Lanckoroński, miał sklep duży z żelazem, to musiał całkiem ze Łżawca umykać. Nie oparł się, aże gdzieś w Łosicach. Tam teraz handluje swoim towarem.
    — Smutne są dzieje pańskie, drogi panie Żołopowicz, ale z drugiej strony ten sklep akcyjny nie zasługuje na potępienie...
    — Nie zasługuje na te... Wie pan dobrodziej... powiem, jak przy świętym konfesyonale: żeby był stary Helbling nie umarł, toby on był tego inżynierzynę Baumana trutką zgładził. Bo to prawdziwie ten pies Bauman ukartował naszą zgubę. Helbling był mądry kupiec — ho, ho... My się wszyscy, jak barany cieszyli w trakcie wymierzania pod kolej, a ten tylko się uśmiechał dyabelskim manierem i mruczał: będziecie wy jeszcze inaczej śpiewali. No i stało się. Panie szanowny, racz pomyśleć, co to było zlecieć z tylego bogactwa aże do tej nory. Przecie u mnie tu w piersi wszystko żalem porznięte, jak nożem. Wierzy pan, że dla mnie czy tłuc się na stacyę za tym starym klekotem, czy wziąć i skoczyć do pierwszej lepszej studni, taka jedność, że to... Słowem wymówić...
    — Mój panie, — rzekł Raduski, patrząc na niego przygasłymi zimnym wzrokiem, — powiedzcie mi jeszcze tę rzecz: masz też pan jaką nadzieję wybić się znowu, zrobić pieniądze, czy nie?...
    — Żadnej! Oho-ho-ho... Poszło! Jakąże to nadzieję? Tak jakbym był z gębą i uszami w ziemię zakopany.
    — A chciałbyś pan jeździć po tym Łżawcu karetą i trzymać aktorkę?
    Stary rzucił zezem ostre spojrzenie i coś, niby