Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/115

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    katnie przytknęła chustkę do twarzy chorego i osuszyła mu powieki.
    — Możebyś ty teraz troszeczkę zasnął... — szepnęła cicho, nieulęknionym, kochającym głosem.
    — Jużem ci kazał, żebyś poszła do cholery! — jęknął. — Będę rozmawiał z panem Radwańskim, czy jak tam, bo chcę odpocząć, odpocząć... Wyobraź pan sobie, miałem już tysiąc rubli uciułanych. Wszystko poszło, jak dym z papierosa. Teraz przecie nic nie zarabiam sześć miesięcy! Rozumiesz pan, co ja mówię? Oto masz pan dolę eskulapa wolno praktykującego...
    — Panie Raduski, on za dużo mówi... — rzekła doktorowa, spoglądając na gościa nieśmiało. — Musimy go ubezwładnić...
    — Ani mi się waż ty! Będę prał po pysku!
    — Chodźmy, panie, chodźmy... — mówiła, kiwając ku choremu głową. Na wargach jej trwał nieopisany, zgubiony uśmiech, o spędzeniu którego jakby zapomniała. Gdy się znaleźli w salonie, Raduski usiadł naprzeciwko doktorowej i, mamląc zdania, począł ją rozpytywać o tryb życia. Przepraszał tak ciągle za swoją ciekawość, że nie była w stanie zrozumieć, o co mu chodzi.
    — Chce pan wiedzieć, ile mam służby? Są jeszcze dwie służące. Jedna z nich pilnuje Elżbietki, gdyż ja nic już prawie o tej małej nie wiem, a kucharka gotuje, sprząta i czasami pomaga mi w doglądaniu Zygmunta. On ciągle musi kogoś mieć obok siebie.
    — Kogoś?
    — Tak mnie najczęściej. Słyszał pan jak hałaśliwie przypisuje mi krew, to psią, to inną. Kucharka,