Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/112

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    spojrzenie, zaczął mówić na złość, widocznie, głośno, z wysiłkiem:
    — Uważasz pan, ja tu byłem lekarzem wolno praktykującym. Miałem dochody, pracę dużą, za dużą, jak na moje siły, ale orało się, człowiek był pełen animuszu. Proszę pana... co się nie robi... Chodziłem po przedmieściu, jak zwykle, tu na Kamionkach, nie wiem, czy pan.. Wezwany nie pamiętam już przez kogo, do nędznej chałupy, poszedłem na swoją zgubę. Chałupsko stoi u samego końca przedmieścia, niedaleko folwarku, jeśli pan widziałeś tę okolicę. Siedział tam na komornem u faceta, wykuwającego pomniki...
    — A... — szepnął Raduski.
    — Znasz pan może tę budę?
    — Nie, nie, nie...
    — Otóż mieszkał tam jakiś parobek, wyrzucony ze służby. Zajmował się, jakem później doszedł, rozmaitymi przygodnymi interesami, np. obdzierał ze skóry zdechłe konie i krowy, nosił żydom wodę, czyścił miejsca ustępowe. Wszedłem, panie, i zastałem tego drania w śmierdzących gałganach. Ach, Boże! Pobieżnie, bo czasu był brak, za darmochę, rozumie się, obejrzałem świniarza i nie mogłem zrozumieć, co mu jest. Zdawało się zrazu, że to przymiot, bo miał po sobie rany z paskudnym wyglądem, o dnie gnojącem się, lepieże płaskie... Babrałem się w nim długo. Tymczasem on sobie gadał ze mną, a że był mocno zakatarzony, więc parskał co chwila prawie na twarz moją. Bajtlowaliśmy tym porządkiem dość długo, aż raptem wyznał mi ścierwo, że on koniska obciąga. Przyszła mi myśl, że to może być nosacizna, ale nie miałem czasu zajmować