Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/132

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    uśmieszkiem przyglądała się adwokatowi. Raduski udawał, że ma oczy spuszczone, a pilnie śledził każdy ruch mecenasa, nie mogąc zrozumieć, po co on tam przyszedł.
    — A może go posądzam... — rozmyślał — może to w istocie litościwy człowiek?....
    Gdy upłynęło kilkanaście minut chwycił sekret w przestrzeni, na gorącym uczynku. Koszczycki schylony nad łóżkiem chorego uwielbiał doktorową, która siedziała z drugiej strony posłania, wzrokiem pełnym głębokiej, utajonej, gwałtownej namiętności. Nie pragnął on, widać, żeby efekt jego był dostrzeżony przez samą panią Martę i z oczu jego wyglądała tylko czysta, nienasycona i nienapatrzona żądza miłości. Zbadawszy to zjawisko Raduski spuścił z oka mecenasa i zajął się doktorową. Ciekawość jego przekroczyła teraz wszelkie granice: czuł, że siła wzroku zdolnąby była wydrzeć prawdę z cieniów nocy, z dna wody, z głębi gruntu. Twarz pani Marty była zupełnie obojętna, ale czasami przesuwały się po niej zamaskowane uśmiechy, niby zimne światło, idące późną jesienią przez role smutne i pełne żałości. W chwili, kiedy oczywiście, była pewna, że Raduski patrzy w inną stronę, pani Marta uniosła rzęs i przezroczyste, jastrzębie źrenice jej spoczęły na Koszczyckim. Wnętrzności Raduskiego zadygotały, jakby go kto skrytobójczo żgnął nożem. Doktór leżał bez życia, niby kłoda. Nawet stękanie jego ucichło. Raptem począł chrząkać, prędko zamykać i otwierać usta, — i wycedził przez zęby:
    — Panie... panie... pa... Raduski, miałeś czytać, miałeś coś czytać...