Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/071

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    We łbie mi siedziały idee żakowskie, skrupuły, przeszkody, względy, sympatye i antypatye. To też miałem na kupie kilkadziesiąt rubli dochodu rocznego. Wlazłem w długi po kostki. Rozpacz mi się łba czepiała... Ale Bóg strzegł. Na dependzie i przez czas własnej praktyki zbadałem dostatecznie palestrantów i oświeciłem się cokolwieczek. Zacząłem ja, uważasz, inaczej rzecz prowadzić. Postanowiłem zrobić dwa kroki naprzód, a mianowicie: sypnąć od razu groszem między agentów — to raz, — a drugie — brać sprawy, jakie tylko są na placu. Dictumfactum. Wtedy właśnie trafiła mi się dosyć śliska historyjka kryminalna. Pewien żydek miał nieszczęście przyspieszyć zbyt wyraźnie zgon swego wspólnika... Głośna heca... możeś nawet słyszał. Dowody były bardzo, bardzo skaczące do ślepiów. Przylazła do mnie żona tego Dreihafta, zaczęła molestować... Wziąłem ja tę sprawę. Wpatrywałem się w nią uważnie, ze wszystkich boków — i jakiem ci, braciszku, wyrżnął mowę w okręgowym, tak tego bestyę całkiem uwolniono. Absolutnie uwolniono! Od tej pory drzwi się nie zamykają...
    Raduski siedział uśmiechnięty, od niechcenia rysując palcem zagadkowe litery w cienkim pyle na powierzchni stołu.
    — Prawdziwie... Ale to wpadłeś na doskonałą myśl zdobycia klienteli... — rzekł zcicha. — Dużo też rocznie zarabiasz?
    — Zarabiać zarabiam tak... po trzy, cztery do pięciu..
    — Tysięcy?
    — No, przecie nie kopiejek.