Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/102

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wał się pod rozłożysty kasztan, wstąpił na ławkę z piaskowca i ukryty w czeluści swego parasola zaczął w sposób nieinteligentny gapić się na płynącą wodę. Zmysły jego ukołysane przez szmer deszczowy, trzymały się, jak pijany płotu, jedynej lokucyi: pânta rej... pânta rej...
    Wymawiał te słowa drzemiącemi wargami, nadaremnie usiłując przypomnieć sobie kto i kiedy taką mądrość sfabrykował.
    — Wszystko płynie... Pânta rej... Czekajcie no, wielebni prorocy i doktorowie! Czy to czasami nie ten kawalarz Heraklit z Efezu. To na niego patrzy!... Heraklit... Co znowu za Heraklit? Z jakiego Efezu?
    Senna myśl od tej nazwy przeniosła go do klasy drugiej czy trzeciej... Cisza, cisza, tylko w niej szemrze gwar mowy towarzyszów... Czy to deszcz bije w szyby, czy to skrzypią buty starego Greka? Gwar zamiera, ucicha... Pânta rej... Gdy tak w najlepsze filozofował w języku Sokratesa, uderzyło słuch jego głośniejsze chlupanie błota. Zwrócił głowę w kierunku bramy i zauważył, że ktoś biegnie od drzewa do drzewa, szukając schronienia. Tym nieszczęsnym zbiegiem była kobieta. Krew przodków, a może nawet własna, zakipiała w Raduskim. Skoczył z rycerska w błoto i pędem wybiegł na spotkanie uciemiężonej przez burzę. Gdy już rozciągnął nad nieszczęśliwą jej głową opiekuńczy parasol, dopiero się wstrzymała. Raduski osłupiał. Zobaczył tuż przy sobie damę niewymownie piękną. Kapelusz jej, ozdobiony ślicznym kwiatem, był w położeniu Kartaginy, kiedy los jej opłakiwał Maryusz, włosy rozplątane mokremi pasmami lepiły się do twarzy i szyi.