Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/101

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Trianon, czyli werandę cukierni ogrodowej. Pan Jan znalazł tam jeszcze miejsce przy stoliczku i, licho wie po co, wypił szklankę ohydnej kawy. Gdy na werandę wchodziły coraz nowe osoby, nie chcąc zabierać miejsca, opuścił zdobyte krzesełko, zapłacił i wyszedł. W alei nie było już prawie nikogo. Wiatr, wiatr baszybuzuk, z rykiem przelatywał aleje i ścieżki, giął do ziemi całe zarośla bzów, zgarniał na dróżkach wszystek piasek i rozdmuchiwał go słupami. Jakieś pióro kurze latało samo jedno w powietrzu. Ilekroć się zniżało, nowy podmuch ciskał je w górę. Kołysało się tak, ciążąc ku ziemi i nie mogąc jej nigdy dosięgnąć, niby płanetnik wichrem porwany. Raduskiemu przywidziało się, że gdzieś w głębi parku stoi budka «sodowego wodziarza». Tam zamierzał schronić się w razie deszczu. Liczył zresztą, jak na Zawiszę, na swój parasol. Tymczasem budki jakoś nie było widać, pomimo, że Trianon zostało daleko. Nagle sypnął deszcz okropnemi kroplami. Siarczysta ulewa, niby olbrzymi wodospad, zwaliła się na park i zalała go w mgnieniu oka. Aleja główna i dróżki boczne przemieniły się w łożyska potoków. Liście drzew ociekały wodą i bezsilnie zwisły ku ziemi, jakby się lada chwila wszystkie miały oderwać. Deszczówka płynęła strumieniami nawet po pniach wiązów i lip, zupełnie osłoniętych liśćmi, szorowała wszystkie sęki i myła skaleczenia kory. Przestwór tak dalece pełen był wody, że w odległości kilkudziesięciu kroków, za trawnikiem najbliższym krzewy i drzewa wydawały się mdło-zielonemi, a kształty ich tonęły w wilgoci. Szelest spadającej wody zagłuszył zupełnie i wchłonął w siebie wszelakie dźwięki. Raduski scho-