Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/081

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    je w kabzę i grzmi niby do Monachium, czy do Wrocławia...
    — Szybkim sposobem zrobił pieniącha... Co?...
    — Nieobecność Kołpackiego trwała kilka miesięcy. Wówczas rozmaici krewni farbiarza zaczęli szturmować listami do panów Siapsi Kirszenbauma i Nuchyma Poniedziałka, którzy ze swej strony musieli na gwałt uciszać tych niebezpiecznych krewniaków funduszami spadkobiercy. W trakcie tego wraca z zagranicy główny mecenas i oświadcza, że baba nie zgodziła się na żadne ustępstwo, że jedzie do Łżawca z groźbami wdrożenia procesu. Z piętnastu tysięcy rubli nie została ani złamana kopiejka. Wtedy także wszyscy trzej mecenasi zaczęli straszyć ogłupiałego Millera szeptaniem, że testament rzeczywiście jest niepewny i że lepiejby było zawczasu bryknąć w jakie miejsce. W istocie też wszyscy czterej puścili się do Austrji. W Wiedniu...
    — Ślicznie... ale to wszystko miało czegoś dowodzić?...
    — To wszystko i następne wysoce ciekawe perypetye aż do przymknięcia trzech inspicyentów i prośby o długie siedzenie — znakomicie pokazuje, że nasz świat łżawiecki składa się mutatis mutandis z takich oto Millerów, Kirszenbaumów, Kołpackich. Marzyć, że się tchnie w te instynktowne ruchy ślepego żywiołu ludzkiego jakąś ideę, znaczyłoby według mnie, tyle, co dmuchać na morze z zamiarem powstrzymania jego przypływu. A czyż my sami nie stanowimy jego kropel? Czy nie tak samo rozwalamy obcasikami fizyognomie naszych bliźnich w gonitwie za pieniądzmi,