Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/099

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    kręcony do góry. Rysy twarzy miał piękne, czysto polskie, a oczy żywe, z wejrzeniem mądrem, przeszywającem i pańskiem. Gdy dłużej mówił, lewą ręką osłaniał swoją kształtną, niebieskawą, wskutek ogolenia brodę, przymrużał i roztwierał oczy, a cały korpus miarowo nachylał i cofał. Mówił wolno, z precyzyą, powagą, a stanowczo i kategorycznie. Z paru zdań jego Raduski wywnioskował, że ma przed sobą człowieka z erudycyą i oczytaniem, jakich sam nie mógł sobie w żaden sposób przyznać. Redaktor Olśniony przepraszał go kilkakrotnie za zrządzoną subjekcyę, ale tłumaczył się tem, że ma robót w swej redakcyjce tak dużo, a tylko tę chwilę czasu, z okazyi święta, wolną.. Wizyta nie trwała długo, a ucięła się jakoś na niczem, chociaż Olśniony miał coś, jak to mówią, na końcu języka. Wychodząc i ściskając w chwili rozstania dłonie Raduskiego, przymykał powieki a otwierał już usta dla wygłoszenia czegoś, a mimo to, nic nie rzekłszy, odszedł. Gdy pan Jan sam został w pokoju, doświadczył szczególnego udręczenia i niesmaku. Żal mu było gentlemena, któremu wchodził w drogę, a właściwie w prenumeratę, ale z drugiej strony spojrzenia tamtego pełne głuchej i skrytej nienawiści budziły w nim bardzo dawną i zardzewiałą energię. Pragnąc zniweczyć przykre wspomnienie, ubrał się w nowe paletko, nowy kapelusz, zawiązał jasny krawat, wziął w rękę parasol i ruszył wprost do ogrodu miejskiego. Młode liście kasztanów nie kryły jeszcze całkowicie głównej alei, formowały z niej jakby prześliczną nawę z ostrymi lukami prawdziwej piękności. Tu i tam strzelały przez jasną zieleń złote krople światła, niby owe gwiazdy, rozsiane