Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/162

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    niczem zatruć, niczem ogłuszyć, ani uśpić tęsknotę do nicości, ślepe, ciężkie, bydlęce marzenie o tem, gdzie, w jaki dół samego siebie zepchnąć. W drugim tygodniu opanowała go bezsenność. Żaden środek apteczny nie mógł ubezwładnić ani na chwilę rozwścieczonej przytomności umysłu. To, co się przedtem wydawało, jako kraniec, jako kres ostatni cierpienia było tylko ruchomą granicą innych jego dziedzin. Niezmierzone obszary, całe państwa półzmroku otwierały się jedne za drugiemi, a każda noc prowadziła do krajów ciemniejszych. Człowiek wlókł się temi płaszczyznami naprzód, bez końca naprzód, ciągniony przez wątłą nadzieję, przez jakieś włókno, cienkie jak nić pajęcza.
    Czasami w tem pielgrzymstwie przed oczyma zasłoniętemi mrokiem, jak ślepotą, ukazywała się wizya błędna, zwodząca, zrobiona z nicości, a jednakże tak niewątpliwa, jak osoba, któraby szła, odwracała piękną głowę, przez chwilę patrzała smutnemi źrenicami... Mara z momentu śmierci zginęła we wspomnieniu tak zupełnie, jak gdyby na podobieństwo zwłok cielesnych bryłami ziemi zasypana została. Ta, błądząca była postaci uroczej, dawnej, jakby w dzieciństwie jeszcze wyśnionej. Nieraz zdawało się, że natychmiast wejdzie do pokoju, że jest w sąsiednim, że bezcielesną ręką ujmuje klamkę, że słychać atłasowy szelest jej pachnących sukien. Kiedyindziej dotykał zbolałych nerwów jej głos, czy westchnienie, mówiąc bez użycia dźwięku i sylab: musisz iść dalej, musisz iść dalej... Te szybkie zjawiska nie wypełniały dnia ani nocy. Snuły się tylko, jak senne kształty. Przez wszystkie godziny trwała napaść smutku pożerającego duszę, ślepego i głupiego,