Strona:PL Stefan Żeromski - Promień.djvu/119

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    czasami wahał się w prawo i w lewo, błądząc po powierzchni dłoni, to znowu zstępował na spróchniałe drewno, jakby w usiłowaniu wyważenia i dźwignięcia bezwładnych, rozstawionych palców. Takież światełko obrało sobie miejsce we włosach siedzącej, na jasnym puklu, w tyle głowy. Zdawało się, że promień słońca, wpuszczony do tego cichego miejsca przez liście, rozgarnia bujne włosy pani Marty, usiłuje rozwiązać pasma niedbale rozwinięte i roztrzepane nieco wskutek zetknięcia się z szorstką korą, jakby składał na jej głowie nieskończony pocałunek.
    Wtem chory doktór jęknął znagła i, nie otwierając oczu, jął wołać żony wyrazami już to gminnymi, już pełnemi czułości. Raduski zbliżył się do jego wezgłowia i schylony mówił z cicha:
    — To ja tu jestem, Raduski. Żona pańska jest w ogrodzie. Zaraz tu przyjdzie. A możebym ja panu mógł w czemkolwiek usłużyć?...
    — Co mi tam pan możesz usłużyć?... — mówił doktor parskając ciągle. — Daj mi chustkę czystą. Tu leżą w szafie, na drugiej półce, od góry. Żona w ogrodzie... Wypoczywa... Żona jest od tego, żeby tutaj... Płacimy za nie, stroimy je, oddajemy im cały zarobek, a gdy którego los zwali, to taka... wypoczywa... Wiedz pan, że mam w nosie rany... Wydzielina jest krwista i cuchnąca. Uważasz, co ja mówię? Na błonie śluzowej formują się węzełki, wielkości mniej więcej ziarnka prosa. Wskutek rozpadania się tych węzłów tworzą się ranki, zwolna zbliżają ku sobie grupami, łączą i pokrywają całą błonę. Coraz większy rozwój węzłów i ciągłe ich rozpadanie się na dnie i w okolicach ran