Verte/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


HELENA MNISZEK.
VERTE
POWIEŚĆ.
DWIE CZĘŚCI W JEDNYM TOMIE.
Helena Mniszek - Gehenna - ornament.png
1921
WIELKOPOLSKA KSIĘGARNIA NAKŁADOWA
POZNAŃ
Oskarowi Hors: Granvi: Howard.




CZĘŚĆ
I.
I

Na skraju ciemnego boru i rozległych pól, pogrążonych w sinawo-białym tumanie zimowego wieczoru, stało dwu jeźdźców na tęgich koniach. Mężczyźni mieli na sobie futrzane tołuby i kołpaki, na nogach wysokie butforty. Obaj uzbrojeni byli w strzelby i rewolwery, jeden z nich miał bagnet, drugi szablę przy boku. Stali już kwadrans, milcząc. Tylko niepokoiły się konie, dzwoniąc munsztukami i prychając. Jeden z jeźdźców poklepał szyję wierzchowca dłonią w futrzanej rękawicy i zwrócił się do towarzysza.
— Wyglądamy jak pikieta kawalerji, albo jak bandyci, zaczajeni na podróżnych.
— Masz słuszność. Górska gotowa się nas przestraszyć — odrzekł drugi młodym, dźwięcznym głosem o minorowym brzmieniu.
— Wiesz co, Tomku, zróbmy kawał i nastraszmy ją, mamy po temu wszystkie warunki.
— Dajże pokój, baba jakaś egzotyczna, rozchoruje się, ataku nerwowego dostanie i co tu z nią poczniemy
— Prawda, że to jakaś wdowa. Pocóż ona przyjeżdża do Warowni?
— Zachciało się pani naszej zimy po upałach Riviery.
— To musi być histeryczka. Jak ty ją sobie, Tomku, wyobrażasz?
— Zupełnie jej sobie nie wyobrażam, rodzice ją mało znają, wiemy tylko, że jest stryjeczną, cioteczną, czy jakąś tam siostrą ojca i że się nazywa Elża Górska z domu Burbianka.
— Elża?...
— Tak się podpisała. Ojciec mówi, że na imię jej Leontyna, dlaczego się przerobiła na Elżę, to już dla nas tajemnicą.
— Ile ona ma lat?...
— Ojciec oblicza, że pięćdziesiąt kilka.
— Phi!!. To poco my tu stoimy?...
— To prawda, marznąć dla jakiejś baby. No, ale znowu narazić ją na wilki z racji jej pięćdziesiątki — to trochę... tego...
— Mogli wszak pojechać gajowi.
— A sport. Sam chciałeś, jesteśmy ochotnikami w tej wyprawie. Melu, patrz coś się czerni w oddali, prawda?
— To kępa tarnin przy drodze. W szaro-mętnej przestrzeni zdaje się, że ten punkt sunie naprzód. Złudzenie optyczne, nic więcej. Nas tu wilki opadną, zanim się baba przywlecze, a ty się spóźnisz.
— Dokąd?...
— Masz tobie. Zapomniałeś?...
— A... a!... Uprzedziłem Karolcię, że dziś zjawię się późno.
— Zbeczy się biedactwo i będzie wyglądała brzydko z czerwonemi oczami.
— Pojadę do niej jeszcze dziś.
— Ty z nią za delikatnie postępujesz.
— Jakto, nie rozumiem?...
— No, bo z taką tam dziewczyną... ceregiele...
— Ona mnie kocha.
— To tem lepiej... i łatwiej.
— Ty tego nie pojmujesz, Melu, a to takie proste. Słyszysz... janczary, więc jednak nie myliłem się, ten punkt to sanki. Patrz...
— Prawda! Zbliżają się. Wiwat! jedzie baba. Ogromnie jestem jej ciekawy pomimo jej pięćdziesięciu lat. Zawsze trochę przywiezie z sobą tchnienia Zachodu, którego się już tak dawno nie odczuwało.
Obaj ruszyli końmi kilka kroków naprzód, do drogi, patrząc na rozbiegane czarne bachmaty, które z prychaniem i dzwonieniem uprzęży nadbiegały, jak lewiatany, waląc z góry kopytami po wyślizganym torze. Ponad czarną masą końskich spasionych ciał czerniała wielka figura stangreta w kożuchu i futrzanej czapie.
Tomasz Burba poczuł jakiś szczególny dreszcz, krew napłynęła mu do mózgu gorącą falą.
— Co u djabła! — syknął.
— Co mówisz? — spytał Mel Uniewicz, lecz Burba szarpnął koniem i wyskoczył na środek drogi.
— Stój! — krzyknął donośnym głosem.
Stangret wstrzymał kłusaki. Z sanek wychyliła się niekształtna postać okutanej w futra kobiety.
Burba zdjął czapkę i przemówił grzecznie, pochylony lekko do przybyłej.
— Jestem Tomasz Burba, a oto mój przyjaciel, Melchjor Uniewicz.
— Wielki koniuszy dworu Burbów — dodał z ukłonem przedstawiony.
— Przyjechaliśmy tu na spotkanie pani, by ją przeprowadzić przez bór, w którym zdarzają się napady wilków — dokończył Burba.
Stangret dodał uwagę od siebie.
— Dziś straszno jechać, konie czujne aż dziwno, rwą się jak odurzałe i chrapią. Gromniczna tuż, to teraz najgorzej.
— Niech się szanowna pani nie lęka — rzekł Uniewicz — mamy broń i zresztą jesteśmy tu jako jej eskorta. Nie dopuścimy do wypadku.
— Bardzo mi miło powitać panów, zdumiewam się tylko nad... temi wilkami.
Alt jej głosu wywołał nowy dreszcz u Burby i szybkie spojrzenie w jej stronę. Uniewicz natomiast zanotował milczącą uwagę: Daleka od dziewiczego sopranu — głośno zaś dodał:
— Przyjechała pani do dzikiego kraju, po Rivierze odrazu... na wilki...
— Byle nie w ich paszczę.
— Ach, szanowna pani raczy być spokojną — tacy rycerze jak my...
— Pani pozwoli — odezwał się Burba, — że siądziemy na sanki, wierzchowce pójdą na przyprzążkę.
— Proszę panów.
Usunęła się na prawą stronę, przy niej siadł Uniewicz, mówiąc z przymileniem.
— Pragnąłbym teraz ucałować rączkę czcigodnej pani, jako naszej pupilki, więc o ile rączka nie nazbyt zamufowana...
— Zanadto zamufowana — brzmiała krótka, sucha odpowiedź.
— Aaa... pardon!
I Uniewicz zagryzł usta z lekkiej irytacji. Burba tymczasem pomagał stangretowi doprzęgać konie na orczyki po bokach dyszlowej pary, czwórka w obręk rwała się naprzód, strzygąc uszami.
— Czy duży ten bór? — spytała Górska.
— Pięć wiorst drogi, przecinamy go wpoprzek, — odpowiedział Burba.
— Ach, to olbrzym!
— Toż warownieckie bory, — znowu wtrącił stangret.
— A... do Warowni daleko?..
— Dziewięć wiorst.
Rozmowa umilkła. Po krótkiej chwili wszystko już było gotowe do dalszej podróży. Tomasz Burba usiadł obok stangreta, odwrócony twarzą do Górskiej. Ruszyli.
— Obejrzałeś strzelbę, Melu? Czyś aby spuścił kurki
— Cóż znowu, jestem przytomny.
— Bywasz niekiedy roztargniony.
— Nie mam powodu być nim teraz. W obecności starej kostycznej baby — dokończył w myśli.
Milczenie przedłużało się, przerwała je wreszcie Górska, wypytując o wilki, lasy i okolicę, wciągała do rozmowy głównie Burbę.
— Czy szanowna pani długo bawiła na Rivierze? — z umyślną uniżonością pytał Uniewicz.
— Dwie zimy po kolei.
— A lato spędzała pani w Szybowie? — zagadnął Tomasz.
Długa chwila ciszy.
— Nie.
Coś jakby śmiech drgnął w jej głosie.
— Więc pani przebywała stale zagranicą? Zazdroszczę jej tego. Cóż za szczęście być ciągle w ogniskach kultury Zachodu, w świecie cywilizacji, no i wśród cudów przyrody, — egzaltował się Mel. Burba mu przerwał:
— Jeśli o to chodzi, to i Szybów jest przepiękny. Byłem tam w wieku chłopięcym z kuzynem Joachimem, który mnie zabrał ze szkół na święta wielkanocne. Ale pani przebywała wówczas na kuracji w Warszawie.
— Kto... ja?
— No... tak, więc nie miałem przyjemności jej poznać. Szybów jest z natury piękny, przytem mąż pani, ś. p. kuzyn Joachim, ogromnie podobno Szybów ucywilizował. Wspaniała rezydencja, park, budynki...
Górska zakrztusiła się suchym jakimś, nienaturalnym kaszlem.
— Masz tobie, baba astmatyczka, — mruknął Mel do siebie.
— Przeziębiła się pani, — rzekł Burba.
— Nie, to już mój kaszel... chroniczny. Starość, na to i Riviera nie pomoże.
— Szczególnie szczera niewiasta, albo ma już sześćdziesiątkę — pomyślał pan Mel, jednocześnie zaczął z przesadną elegancją:
— Obmawia się pani.
Wtem stangret zwrócił się gwałtownie z kozła.
— Wilki... paniczu!!
Burba stanął w sankach.
— Gdzie? Widzisz ich?
— Konie tulą uszy i wspierają się na zadach, stado jest blisko.
Istotnie cała czwórka zaczęła się nagle cofać, jakby w popłochu; chrapliwy głos niby ryk wydobywał się z jej nozdrzy, grzywy i ogony ponajeżane, głowy na wygiętych szyjach pochylone w dół i nastawione, strzyżące niespokojnie uszy wskazywały na niechybne niebezpieczeństwo.
— Zatnij batem, Łukaszu, i wal całym pędem. Uważaj tylko na konie i drogę, reszta nasza rzecz! — komenderował Burba.
— Czy pan widzi wilki?.. — spytała Górska.
— Jest kilka sztuk w haszczach z lewej strony, będzie ich więcej. Baczność, Melu! wysuwają się bestje...
— Widzę.
— Szablę masz pod ręką?..
— Tak.
Burba zwrócił się gorączkowo do Górskiej.
— Niech się pani przedewszystkiem nie boi. Najwyżej proszę krzyczeć, krzyczeć z całych sił.
— Ależ pani kaszle, Tomku.
— Prawda. Zatem...
— Nic nie szkodzi, będę krzyczała, jeśli to pomaga.
— Paniczu, — napadają!
— Atakują! — zawoła? jednocześnie Uniewicz i skierował fuzję w stronę gąszczów.
Z czarnych otchłani boru wysunęło się kilka śmigłych, ciemnych ciał zwierząt i w podskokach biegło ukosem wprost na sanki.
— Jezus Marja! — krzyknęła kobieta.
— Pal!! — wrzasnął Burba.
Dwa strzały zlały się prawie z sobą; jedno ciało w skurczu śmiertelnym podskoczyło w górę i upadło cicho na śniegu. Ale z lasu jęły wysuwać się nowe bestje, sunąc szybko ku jadącym.
Rozległo się przykre nad wyraz kłańcanie zębów wilczych. Kudłate, zwinne zwierzęta atakowały konie, zabiegały z boku, z tyłu sań, a wark, szczek ich groźny mroził krew w żyłach. Stangret wygiął się w pałąk i, trzymając silnie wodze czwórki, wrzeszczał nieludzkim głosem, wpatrzony tylko w konie, czujny, uważny, snać obyty z podobnymi napadami. Konie, jakkolwiek rwały szalonym cwałem po śliskim gościńcu, świszcząc i rycząc nozdrzami, były jednak przytomne; strzały Burby nie straszyły ich wcale. Z wciśniętemi w szyję głowami, z zębami wyszczerzonemu i dzikim płomieniem w ślepiach broniły instynktownie gardła. Burba strzelał niemal bez przerwy. Z niesłychaną szybkością i zręcznością nabijał fuzję i palił tak celnie, że trupy wilków padały dość gęsto na białej drodze, lub też ranne z przeraźliwym skowytem wiły się w konwulsjach. Uniewicz strzelał nieco rzadziej i mniej celnie, ale z równą furją, klął przytem jak dragon i, nabijając fuzję, darł się świdrującym dyszkantem:
— Czekasz, jucho, na kulkę Uniewicza! — Hu!.. Ha!., szelmy zatracone, bij ich!.. Pal!.. Łup!..
Górska krzyczała donośnie, jakby hukając w lesie, jednocześnie podziwiała męstwo i zimną krew Burby. Drżała jednak na całem ciele, chwilami ogarniał ją lęk paniczny, zimny oblewał ją dreszcz, gdy nowe kudłate cielska wyłaniały się z boru.
— Na Boga! My się nie obronimy, — rzucała, przejęta zgrozą chwili, i tym głośniej zaczynała hukać:
— Ho!.. Ho!.. Hu!., hu!!. Haaaaa!..
— Skąd u starej baby taki głos, — dziwił się Uniewicz.
— Pani do reszty już ochrypnie — przestrzegał ją ironicznie.
Nagle Górska zerwała się z siedzenia i runęła całą postacią naprzód, wprost w ramiona Burby. Przeraźliwy, obłędny krzyk wypadł z jej piersi.
Stary, ogromny wilk wskoczył z tej strony na sanki i szarpał jej futro. Burba powstrzymał ją jednym ramieniem, drugim zaś zrobił ruch gwałtowny i wilk, rażony kolbą strzelby w głowę, zwalił się z sań.
— Niech się pani uspokoi, — rzekł Burba, sadowiąc zdrętwiałą kobietę na siedzeniu. Lecz nie dokończył zdania, gdy kilka wilków rzuciło się z przodu na konie. Burba strzelił po linji dyszla, konie skoczyły w bok i jęły ponosić.
— Trzymaj, trzymaj!.. Pal!!.. bij!.. — ryczał Uniewicz.
Zaczęła się walka straszna, pełna trwogi i okrutnej zaciekłości. Uczynił się zamęt, słychać było kwik koni, dziki przeraźliwy charkot bestji, który zlewał się z krzykiem Górskiej, Łukasza i Uniewicza. Nieustanne strzały i piekielne skomlenie i wycie rannych wilków potęgowało grozę chwili.
Burba nie stracił głowy, czuwał nad wszystkiem, kierował obroną.
— Niech mi pan da bagnet, — zawołała Górska.
Burba podał jej broń prędkim ruchem.
— Proszę ostrożnie.
— Tomek pal!.. nowe stado!.. — wrzasnął Uniewicz.
— Piekło się na nas sprzysięgło, czy ki djabeł, naboi nie starczy, — warknął Burba wściekły.
Ze zdwojoną furją zaczął prażyć wilki, których tyle padało, że atak ich stopniowo osłabł. Już tylko pojedyńczo doskakiwały do sanek, zajadłe z najeżoną szerścią na karku i świecącemi jak latarnie ślepiami. W spienionych pyskach łyskały potężne kły, kłańcające bezustannie.
— Tych położymy, psiakrew, co do jednego!. — krzyknął Burba.
— Ja już nie mogę — jęknął Uniewicz. — Ty strzelaj, ja będę kłół.
Rzucił strzelbę, wyrwał szablę z pochwy i tuż prawie zakłół wilka, skaczącego na płozy.
— Na Uniewicza czekałeś!.. wilkołaku, poznaj jego rękę, bestjo!.. Masz!
Szabla zgrzytnęła na czaszce drugiego zwierza. Trzeci wilk ranny kulą Burby zakręcił się koło sanek i skoczył na plecy Górskiej. Ale ona teraz nie straciła przytomności. Dała w tył mocne pchnięcie bagnetem. Ostrze ugrzęzło w ciele zwierza, ranny powtórnie zwalił się na nią całem cielskiem, rwąc pazurami futro, lecz natychmiast puścił, gdyż rażony trafną kulą Burby runął, z sanek.
— Jezus Marja! — krzyknęła Górska.
— Co się pani stało?..
— Mógł mnie pan zabić, strzela pan jak Artur...
— Jak kto?..
— Ach nic... strzela pan wybornie, kula przeleciała tuż koło mej głowy.
— Celowałem przecie do wilka.
— Proszę pani, — wtrącił Uniewicz, — Tomek potrafi kolczyk wystrzelić, nie drasnąwszy ucha.
— Mel, uważaj!.. już tylko trzy. Te nasze.
Jeszcze kilka strzałów; jeden wilk rozciągnął się martwy na drodze, jeden ranny skowyczał rozpaczliwym jękiem, ostatni cofnął się do sporej gromady swych towarzyszy, biegnących w oddali po obu stronach gościńca.
— W konie teraz, w konie! — krzyknął Burba.
Odetchnął szeroko pełną piersią.
— No... szczęśliwie. Czemu, u djabła; pochodni smolnej nie zabraliśmy, blask płoszy wilki, ale atak już się nie powtórzy.
Łukasz świsnął batem i pomknęli z chyżością prawie zdwojoną.
— Doganiają nas! — krzyknęła Górska.
— Atakują na nowo, — nie ocalimy się dziś od tych bestji.
Tom, strzelaj! Niech pani krzyczy! Las rozbrzmiał nowym krzykiem, buchnęło kilka strzałów, wilki doganiały sanie, znowu złowrogie kłańcania.
— Trzeba poświęcić jednego konia z orczyka — zawołał Uniewicz, — nie obronimy się.
— Nie, nie! Za nic! — krzyknęła Górska.
— Bór zaraz się kończy; żeby na polu nie było nowych stad, tak od tych uciekniemy, pocieszał stangret.
Walka, strzelanina rozpoczęła się na nowo.
Tymczasem wypadli z boru.
Z przestrzeni rozległych, białych pól powiał na nich silny podmuch wiatru ze śniegiem i zakotłował śnieżnym pyłem, porywanym prawie z pod kopyt koni.
— Dymka się zaczyna, — źle... — mruknął Łukasz.
— Co znaczy... dymka? — spytała trwożnie Górska.
— Zawieja śnieżna.
Wilki zziajane, biegły tuż za sankami, nie ustępując pomimo strzałów z placu.
— Głodne juchy, — mówił Uniewicz, — odprowadzą nas na kolację do Warowni.
— Trzeba im jutro przysłać w nagrodę, że nas nie zjadły, kilka baranów faszerowanych strychniną, — dodał Burba, nabijając strzelbę.
Naraz stangret zawołał:
— Paniczu, coś czerni się przed nami, jakaś gromada.
— Wilki?! — przeraziła się Górska.
— Bylibyśmy zgubieni, — rzucił Uniewicz, zaniepokojony tym razem.
Burba wytężył wzrok.
— Istotnie, jakaś gromada sunie ostro wprost na nas... co to jest, Łukaszu?
— Czy ja wiem, paniczu, ćma taka wielka, że i nie dopatrzysz... Jakby, paniczu, wilki, broń Jezu! tak już po nas; trzeba boczne konie odprzęgać, a to nie poradzim.
— Rób to zaraz do djabła zamiast gadać, czasu brak! — krzyknął Uniewicz.
— Nie, nie, nie róbcie tego panowie, — błagała Górska i zaczęła się głośno modlić.
— Szczególna chęć poświęcenia własnej skóry zamiast końskiej, ja nie myślę ginąć dla miłości koni... — oświadczył Uniewicz.
— Czy pan zwarjował?..
— Uspokój się, Mel, — rzeki Burba. — Niech się pani nie trwoży, to nie wilki, to — ktoś jedzie. Tabun koni wali.
— A prawda, gromada jeźdźców. Któż to?
— Hej! Kto jedzie?!
Zamiast odpowiedzi z gromady buchnął wrzask tak potężny, że aż konie przy saniach szarpnęły się i przysiadły na zadach. Jednocześnie z okrzykiem tym wyskoczyły z zaćmy śnieżnej rozbuchane bachmaty, nad któremi wznosiły się machające ramiona jeźdźców, zbrojne w kije i strzelby. Zadęły rogi myśliwskie i cała ta burza z łomotem, tętentem i wrzaskiem minęła sanie i z impetem wpadła na ogłupiałe wilki.
— Bij!.. Łup!.. Wal!.. Rznij!.. — wołały głosy podniecone, a wtórował im Burba i Uniewicz z niemniejszym zapałem.
Burba zwrócił się do zdumionej Górskiej.
— To gajowi i dworscy z Warowni, ojciec ich widocznie wysłał na pomoc.
— Skądże wiedział o napadzie?..
— Domyślił się, to u nas częste wypadki w tej porze.
— Musi słyszeli strzały we dworze, — rzekł Łukasz.
— Ruszaj teraz żywo, już tam oni zapędzą wilki na koniec świata, nam czas do domu.
Hałas, wrzawa, krzyki i strzały oddalały się W stronę boru. Sanki pomknęły naprzód. Pędem minęli białe męty ośnieżonych pól, zaczerniał przed nimi drugi las i huczał basem w szalejącej już na drodze zadymce.
W sankach milczeli.
Zaledwo wjechali w las, gdy od drzew oderwało się znowu dwuch jeźdźców.
— Kto to? — krzyknął Burba.
— Swoi, z Warowni. Gajowi...
— Ach, to Stacho Domalewski. Czy i tu może być napad?
— My stąd przepędzili duże stado wilków, poszły na niedźwiedzi bróg, już nie wrócą, wystraszone, ale zawsze bezpieczniej. Panicze już pewno ustali od strzelania.
— Słyszeliście?!.
— Hej, taka palba, jak w bitwie, po śniegu echo niosło. Starszy pan usłyszał pierwszy i wraz nas zwołał.
Sanki minęły gajowych; konie, wyzbyte lęku, pędziły raźnym kłusem, prychając radośnie. — „Zdrów, — zdrów!” — odpowiedział im Łukasz.
— Czy tu lud mówi po polsku? — spytała Górska Burbę — bo i stangret i gajowi mają tylko akcent małorosyjski?
— Cała służba dworska i leśna to polacy i katolicy, proszę pani. Ojciec wprowadził to u siebie i utrzymuje. Wioski małorosyjskie są prawosławne i mówią swoim narzeczem — poczem rzekł swobodnie: — ale będą nam w domu radzi, konie parskają ochoczo.
— Ja tam zdrów nie jestem, ani rad, — żalił się Uniewicz. — Ręce mi odpadają od strzałów, głowa pęka, psssia...
— A pani jak się czuje po tej przeprawie? — pytał Burba pochylony ku Górskiej.
— Wybornie, rozpamiętywam przebytą emocję i podziwiam... pana.
— Czemuż nie mnie? — jęknął Uniewicz, — napsułem wilków nie mniej od Tomka.
— Ale się pan bardziej sfatygował.
— Aha, o to chodzi! Bo ja nie lubię walczyć bez zasady.
— Pocóż pan jechał?.. Nie było zasady.
— Ale była ciekawość. Jestem zresztą wierny Tomkowi, — jak żadna kobieta, więc dla towarzystwa poświęciłem siebie... i swoją strzelbą przyczyniłem się do... ocalenia pani.
— Od wilków czy od... astmy? Ha, ha!..
Uniewicz drgnął, zmieszał się; ale nie było rady — słyszała.
— Widzę, że nie tylko głos, lecz i słuch posiada pani niezwykły.
— Bajeczny, — powtórzyła.
— Hm... to szczególne.
— Zwłaszcza w moim wieku. Takie — baby wszystko już mają przytępione. Ach, jak tu pięknie! — zawołała nagle, wychylona z sanek.
— Obraziła się, jak Boga kocham, — myślał Uniewicz.
— To już Warownia... oznajmił Burba.
— Jakże tu cudownie!
Przed nimi leżała polana leśna otoczona ze wszech stron czarnym borem. Na wzgórzu, prawie pod lasem, stał wielki gmach, jakby zamczysko odwieczne, najeżone strzelnicami, z łamanym dachem. Dokoła coś jakby wał sypany i pojedynczo stojące olbrzymie wiązy. Wszystko osnute zaćmą sypiącego śniegu, tylko z wąskich, wysokich okien przebijały zmącone światła.
— Jesteśmy w domu, — rzekł Burba.
— Jaka oryginalna rezydencja. Czy to był zamek warowny?
— Tak, kiedyś, stąd pochodzi nazwa Warowni. Ale to już dawno, zostały tylko ślady z przeszłości.
— Daj pokój!.. trącicie tu wszyscy archaizmem, aż miło, — zaprzeczył Uniewicz. — Warownia to mauzoleum, w którym przyczaiło się polskie quattrocento i siedzi tu sobie bezkarnie, kpiąc z obecnego wieku i ludzi. Pani, jako przedstawicielka zachodu i nowoczesnej kultury, odniesie tu zapewne takie samo wrażenie.
— Skąd pan wie, może ja jestem także jakieś cinquecento.
— Hm, możliwe, ale już pewno z odrobiną renaissance’u, — spodziewam się.
— Wysiadamy! — zawołał Burba trochę niecierpliwie.
Sanki zatrzymały się pod olbrzymim gankiem, wspartym na wysokich filarach. Potężne drzwi otworzyły się szeroko, buchnął z nich strumień światła i ciepła. Wysoka postać w tołubie stanęła w progu, a na ganek wytoczył się ogromny kudłaty niedźwiedź. Górska, wstępując na schody, cofnęła się odruchowo, lecz Burba podał jej rękę.
— Proszę się nie bać, to nasz stary Kajtuś, wierny przyjaciel.
Niedźwiedź podszedł do przybyłej, wspiął się na tylnych łapach i, wpatrując się małemi bystremi oczkami w jej zakapturzoną twarz, liznął ją językiem po policzkach.
— Kajtuś, dość karesów!
I Burba odsunął niedźwiedzia, mruczącego przychylnie.
— Jest już pani w Warowni legalizowana. Kajtuś — to wyrok! — zaśmiał się Uniewicz.
Wtem niedźwiedź warknął złowrogo i rzucił się z boku na Górską. Krzyknęła przerażona. Ale Burba go poskromił.
— To nic, poczuł pazury wilka.
Weszli do obszernej sieni, poprzedzani przez kozaczka w liberyjnym kożuchu.




II.

W wielkiej sali stołowej, z ciemnego dębu, pełnej odwiecznych portretów, jasno było od sutych lamp i palącego się ognia na olbrzymim kominie, który przypominał komin Żnicza. Całe kłody smolne buzowały się w nim rzęsistym płomieniem. Trzask i szum spalanych stosów drzewa raźnie i wesoło rozlegał się po sali. Przy kominie siedział pan Cezary Burba, zanurzony w głębokim fotelu, i palił fajkę na długim cybuchu. Włosy i bujne wąsy miał siwe zupełnie; oczy wyraziste, dawniej błękitne, dziś już jakby spłowiałe, patrzyły z zaciekawieniem na syna. Młody Burba, stojąc przed ojcem, opowiadał przeprawę z wilkami. Jego męska, wysoka, dorodna postać gięła się zręcznie w stronę starego. Obok Burby stał niski człowieczek zgarbiony, łysy, w okularach i, zacierając wciąż ręce jakby zmarznięte, wpatrywał się w opowiadającego z natężoną uwagą i potakiwał głową, często słowami.
— Tak, tak, jakbym widział bestje.
Około nakrytego stołu, razem ze starym lokajem krzątała się wiekowa już kobieta w czarnym koronkowym czepku na głowie.
— Byliście w opałach, widzę, — rzekł sympatycznym basem pan Cezary. — Dla was młodych to jeno rozrywka, ale kuzynka Górska musiała się przestraszyć.
— Pomagała nam jednak dzielnie.
— No, czyż tak?.. Strzelała?..
— Ee, nie, lecz broniła się bagnetem.
— Własnym.
— Wzięła odemnie.
— Przytem krzyczała tak wspaniale, że, zamiast niszczyć wilki, podziwiałem jej głos, — dodał Uniewicz z głębi pokoju.
Stary Burba odwrócił głowę.
— Co pan tam robi?
— Zalewam się starką i wchłaniam w siebie wędlinę, bo jestem głodny, jak stado wilków.
— Niechże podają wieczerzę, Jasióweczko! — zwrócił się do staruszki, — co tak długo pietrasicie?
— Wszak jeszcze panie nie przyszły — zaśpiewała przewlekłym akcentem zagadnięta.
— Cóż tak marudzą?.. pewno Leontyna przebiera się po podróży, zawsze była strojnisia, słynęła z tego.
— Wszak ona Elża, ojcze.
— Jąka tam Elża, Leontyna i basta!
— Nawet się przebierać nie może, bo po rzeczy na stacją posyłamy dopiero jutro.
— A prawda.
— Strasznie jestem ciekawy tej pani. Chociaż już mogą ją scharakteryzować, — rzekł Uniewicz.
— Naprzykład?
— Jest kostyczna, musi być zła i ma nadzwyczajny słuch. Nie jest też pewno urodziwa, bo tak się szczelnie woalem zasłoniła, gdy przeszła za panią Burbiną do dalszych pokojów, że nawet nie mogłem jej obejrzeć.
— Owszem, Leontyna była kiedyś przystojna, teraz już stara kobieta.
— I to pewno poważnie, bo sama się do starości przyznaje, co jest oznaką... — zaczął Uniewicz, lecz Tomasz nagle szepnął:
— Ciicho... idą panie.
Odstąpił od ojca, wyprostował się i wpatrzył w stronę, skąd dolatywały głosy. Przeszył go znowu silny jakiś prąd gorący, jak tam, w lesie, gdy ujrzał zbliżające się sanki. Twarz mu zapłonęła. Dziwny niepokój odbił się w całej jego postaci.
Spostrzegł to i Burba i Uniewicz.
— Tomku! — zawołał ojciec.
— Ha, ha, ha! — zgrzytnął szyderczy śmiech Uniewicza.
Drzwi w głębi sali otworzyły się, weszła okazała pani Urszula Burbina z wesołym uśmiechem na pełnej bladej twarzy; za nią wysoka, smukła, ciemna sylwetka przybyłej.
Oczy mężczyzn zwróciły się na nią badawczo.
— Pozwól, Cezary... — zaczęła Burbina rozbawionym tonem, gdy wtem szybko wysunęła się naprzód szczupła, zgrabna postać młodej kobiety, elegancko ubranej.
Z szelestem żywo podbiegła do starego Burby i podała mu obie ręce.
— Witam kochanego stryja, bo chyba wolno mi tak nazywać?...
Pan Cezary powstał z fotelu bezmiernie zdziwiony. Tomasz i Uniewicz stali z szeroko otwartemi oczami, bez ruchu, zdumieni.
Burba dopiero po chwili przemówił, trzymając podane sobie ręce, wpatrzony w nieznajomą.
— Ależ... z kim mam przyjemność?...
— Proszę zgadywać...
Stała przegięta nieco w tył, z odchyloną wdzięcznie głową strojną w orzechowo-złote włosy, upięte w węzeł. Ciemne oczy na jasnej twarzy śmiały się wesoło, białe zęby błyskały z rozchylonych, świeżych ust. Opięta w gładkie sukno, koloru ciemnego mahoniu, opasana złotym łańcuchem, z ramionami wyprężonemi, bo dłonie schowane były w rękach Burby, zapytała figlarnie:
— A więc kto ja jestem?..
— Chyba... córka Joachima i Leontyny z Szybowa, ale... nie słyszałem...
— Jestem wszakże z domu — Burbianka.
— A widzisz, Cezary!.. Przed chwilą i ja byłam w takim samym kłopocie. Ot, niespodzianka, — mówiła przeciągając pani Urszula.
— Kochany stryj zapomniał o Walerym Burbie, z Taraszczy.
— Walery?.. To przecie syn mego brata. Ożeniony z Renardówną.
— Jestem jego córką.
Nowe zdumienie odmalowało się na twarzy starca.
— Czyżby Elżusia? miała dziesięć lat...
— No, teraz znacznie więcej, teraz już cała Elża, nie Elżusia — zaśmiała się swobodnie i ucałowała pana Cezarego w ramię.
Uścisnął ją wzruszony, nie pozbywszy się jeszcze zdziwienia.
— No proszę. Witam cię, dziecko, całą duszą. Ale skądże znowu podpisałaś się Gorska? Zwiodłaś nas, figlarzu. Ot widzisz.
— Ani trochę. Mąż mój, Adam Górski, był bratankiem Joachima. Czyli że po raz drugi Burbianka za Gorskim. Ha!
— I także wdowa, — podchwyciła pani Urszula.
— Czy tak?.. moje dziecko. Czy tak?!.
— Tak, stryjku, od kilku lat.
— Biedactwo, taka jesteś młoda. Że też ja nie pamiętam, abym słyszał o waszym ślubie i...
— Wogóle stryjek o nas zapomniał.
Nagle żywym ruchem podała rękę Tomaszowi z twarzą pełną uśmiechów.
— Witam kuzyna a mego obrońcę, dwa razy wyratował mnie kuzyn z pazurów wilka.
— Nie wiedząc nawet, kogo ocalił, — śmiał się pan Cezary.
Tomasz nie otrzeźwiał jeszcze ze zdumienia, pochłaniał wzrokiem młodą kobietę. Gdy uczuł jej miękką, nerwową dłoń w swojej, schylił się nisko i niemal z namaszczeniem ucałował ją.
Gorska spłonęła rumieńcem. Twarz Tomasza, gdy podniósł głowę, zalana była ognistą łuną. Wszyscy spostrzegli pewną niezwykłość tego powitania i zapanowała dość długa chwila ciszy. Stary Burba ściągnął brwi trochę surowo.
— Oto drugi towarzysz podróży, pan Uniewicz.
— Ależ i my się znamy, zdążyliśmy się już nawet pokłócić na sankach.
Wesoło podała rękę Uniewiczowi, który ją tylko uścisnął bez słowa, ale bardzo głęboko się skłonił. Rodzaj tego drugiego powitania rozbroił pana Cezarego.
— Pozwól, Elżusiu, że dokończę prezentacji, — zawołał wesoło. — Oto pani Balbina Janowa Łomska, koleżanka i przyjaciółka mojej żony i naszego domu, a oto mój towarzysz broni i kompan serdeczny z czasów, kiedyśmy za ojczyznę walczyli w partyzantce, pan Dezydery Krywejko, nasz kochany sybirak, dwadzieścia pięć lat przebył na wygnaniu.
Gorska podała im rękę serdecznym, szczerym ruchem. Obrzucili ją życzliwym spojrzeniem, zjednani odrazu.
— No, tak teraz siadajmy do stołu. Urszuleczko, Jasiowo miła, każcie podawać wieczerzę, wszyscy głodni, a najwięcej pewno Elżunia.
Cezary Burba rozochocił się, uderzył w stół dłonią i zawołał wesoło:
— Cóż to, trunków nie widzę! Urszuleczko, serce, miodu nam daj, trzeba zapić godnie taką okazję, przyjazd mojej wnuczki; ty jesteś dla mnie wnuczka, uważasz duszko, wprawdzie przyłatana, ale wnuczka. Ty mnie dziadziem nazywaj.
— Owszem, jeśli wolno.
— Patrzaj, jaka dyplomatka. Ot, teraz widzę. Oczy masz zupełnie swego ojca, ciemno-zielone, czy bure?
— Kocie, dziadziu.
— Gdzież tam kocie, pfe! Szczere, wesołe i z takiemi latającemi świetlikami; te same ciemne łuki brwi, rzęsy, Panie Boże, toż konterfekt Walerego. A ojciec twój łobuz był niegdyś, pamiętasz ojca?
— Wybornie, umarł wszakże przed kilku laty zaledwo.
— Prawda, ciągle mi się zdaje, że jesteś dziesięcioletnią dziewczyną.
— A to już, stryjku, przewiała dwudziestka od tej pory.
— Cóż to znaczy, że masz niby trzydzieści lat?
— Skończonych.
— Bredzisz waćpani!
— Czy mam to uważać za komplement, czy przeciwnie?..
— Wszak smarkata jesteś.
— Cezary!.. — zgromiła go żona.
— Ach, przepraszam! No, ale cóż, toż ona moja wnuczka, choć taka światowa dama. Z kimże ty, Elżuniu, byłaś na Rivierze?
— Z wujostwem Renardami.
— Aha! No to wuj Renard pewno jak zawsze tylko grał w karty i kawę pił. Znam go z tego. A w Taraszczy kto?..
— Taraszcza oddana w dzierżawę. Tam zwykle przebywamy w lecie, nie w Szybowie, — uśmiechnęła się z wesołą przekorą do Tomasza Burby.
On drgnął. Zmieszał się nieco i odrzekł dość szorstko:
— Myślałem, że... kuzynka jest Joachimową Gorską, nie przypuszczałem takiej omyłki.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Zastanowił ją jego ton.
— Chciałeś powiedzieć: niespodzianki?, — poprawił Uniewicz. — Tak, zrobiła nam pani zupełną niespodziankę. Ale teraz do charakterystyki pani, którą sobie zanotowałem, dodać trzeba jeszcze wielki spryt. W lot pani odgadła, że bierzemy ją za kogo innego.
— Och, to nie było trudne do spostrzeżenia... ta astma... naprzykład. Ha, ha, ha!
— Właśnie! Ta fatalna astma. Mille pardon! Niech mi pani wybaczy, proszę.
— Ależ, owszem, to mnie wcale nie — rozgniewało, tylko ubawiło.
— No, no, co to było takiego?.. Zaciekawiacie nas. Mówcież, — wołał stary Burba.
Elża zwróciła się do Uniewicza.
— Czy pan pozwala?
Skłonił się, rozkładając ręce bezradnie.
— Proszę pani, już trudno. Mea culpa!..
Zaczęło się opowiadanie szczegółów z podróży; Elża mówiła żywo i barwnie, śmiała się, żartując z Uniewicza tak, że pod wpływem jej wesołości i Tomasz się rozruszał. Zapanował szczery, sympatyczny nastrój przy stole. Pan Cezary i jego żona patrzyli jak w tęczę w młodą kobietę, wreszcie stary Burba rzekł do syna:
— Jak ty ją nazywasz, Tomku? — kuzynka? — ot mi etykieta, mów jej po imieniu, Elża... czy jak chcesz. Wszak ona twoja... Panie Boże, wszak ty dla niej jakimś stryjem?
— Brawo! będę teraz nazywała stryjkiem. Taki poważny stryj poważnej bratanicy. Taki zły.
— Czemuż zły?.. No zdrowie twoje, Elżuniu!.. Tomek, pamiętaj, że Burba, gdy pije zdrowie to do dna. Cóż tak sączysz przez zęby?
Gorska wyciągnęła kieliszek do Tomasza, stuknęli się tak silnie, że odłamek szkła z jego kielicha upadł z dźwiękiem na stół; rozlał się miód złotą strugą. Błękitne, ciemne źrenice Tomka głęboko wniknęły W rozbawione oczy Elży, jakby pytająco i badawczo. Ona śmiało wytrzymała atak, bez zmrużenia powiek.
— Gdzie się tłucze, leje... — zaczął pan Cezary.
— Tam się już... coś dzieje, — dokończył Uniewicz z naciskiem.
— Przekręca pan stare przysłowie. — sucho odpaliła Elża.
— Tam się dobrze dzieje — dokończył Burba ojciec.
Rozmowa potoczyła się swobodna, pełna życia i jakaś nowa w Warowni.




III.

W kawalerskim pokoju, na górze, Uniewicz stanął przed Tomaszem, podparł się pod boki. I patrząc na niego uważnie, i spytał:
— No... i co?..
Burba założył w tył ramiona, przyjrzał się towarzyszowi również pilnie i odrzekł krótko:
— No... i nic!
— Cóż ty na to?..
— Że wykierowała cię na kpa, nic więcej.
— Tylko mnie?..
— Zdaje się, ja byłem wstrzemięźliwszy w wytykaniu jej lat, chrypki.
— Ale to sprytna bestja, jak nas wzięła! A teraz sobie ze mnie żartuje.
Jak sądzisz, Tomku, co ona o mnie myśli?..
— Że jesteś źle wychowany.
— A w tobie odczuła salonowca, prawda?..
— Nie jestem salonowcem, lecz znam się na elementarnej grzeczności.
— Doprawdy?.. zdumiewające! Sztukę tę stosujesz z powodzeniem wobec... Karolci.
Burba, który chodził po pokoju, stanął nagle.
— Melu, czego ty odemnie chcesz?..
— Nic. Dziwię się, że nie jedziesz do Karolci. Miałeś być u niej jeszcze dziś.
— Owszem, pojadę zaraz.
— Ha, ha! w nocy? To ci Słupski wskaże drzwi.
— Bądź spokojny. Dobranoc.
Burba wyszedł z pokoju.
— Tomek, zwarjowałeś! Tomek, wracaj!!
Uniewicz wybiegł na korytarz i chwycił towarzysza za ramię.
— Nie znasz się na żartach czy co u licha? Mówiłem sobie dla kpiny, a ten zaraz traktuje to na serjo.
— Czego chcesz? jadę do Karolci, bo jej obiecałem i zamiaru nie zmienię. Ty idź spać.
Szarpnął się lekko i znikł. Uniewicz wzruszył ramionami, wrócił do mieszkania zły.
— Licho mi nadało Wspominać tę dziewkę. Pojedzie teraz, bo to już taka wściekła bestja. A byłby zapomniał, ja się nie mylę — mruczał do siebie.
Nie mógł zasnąć, myślał o Gorskiej; zżymał się na nią, to znowu chwalił ją sam przed sobą, wyszukując w niej różne zalety i wady. Wreszcie wstał, ubrał się i wyszedł cicho do stróża nocnego. Spytał o Burbę.
— Panicz pojechał konno.
— W taką zadymkę?..
— A tak.
— Dokąd pojechał?..
— Na Wyręby.
— Jeszcze go wilki napadną.
— Da sobie panicz rady. Nie taki bojący.
— Głupiś! — mruknął Uniewicz.
Okutał się szczelniej w futro i ruszył do domu. Ale zobaczył na śniegu pasemko światła wypadającego z okna pokoju, który zajmowała Gorska.
— Jeszcze nie śpi, cóż ona robi?..
Zawahał się, podszedł bliżej, znowu stanął. Uśmiechnął się sam do siebie.
— Ee... świństwo...
Walczył chwilę z pokusą.
— No, wielkie rzeczy!
Prędko podsunął się tuż do okna i rzucił ciekawe spojrzenie.
Po za cienką tkaniną firanki, przez podwójne szyby majaczyła sylwetka kobieca w bieli z rozpuszczonemi włosami.
— Czesze się, — zauważył w myśli Uniewicz.
Wpatrzony w niewyraźną postać niewieścią, coraz dokładniej odróżniał jej kształty, widział ruch wzniesionych rąk i nie odchodził od okna. Nie usłyszał kroków w miękkim, puszystym śniegu.
— Mel!..
Przejmujący szept ten otrzeźwił go. Zadrżał, jak złodziej, złapany na kradzieży. Ujrzał przed sobą Tomka Burbę.
— Słuchaj... to — podłość! — warknął — tamten.
— Cicho, nie wrzeszcz!
Wtem światło zgasło.
Odsunęli się czemprędzej od okna.
— Słyszała, i teraz będzie miała piękne pojęcie o nas, — syknął Burba.
— Mógł być stróż równie dobrze.
— Stróż mi właśnie wskazał, gdzie ty jesteś.
— Dam mu jutro w pysk!
— Wstydź się, Melu.
— Tego uczucia u mnie nie wywołasz. Cóż Karolcia?
Burba milczał.
— Wcześnie wróciłeś. Nie powiodło się, widzę.
— Karolcia śpi.
— O, pfe! To znak, że spadają twoje papiery. Winszuję ci.
Weszli na górę, rozbierali się w milczeniu, nie zapalając światła. Gdy się już ułożyli do snu, Uniewicz rzekł rozwlekłym trochę przez ziewanie głosem.
— Wiesz, że jednak ta Gorska to frontowa baba. Niby nic osobliwego, bo uroda tak sobie, przystojna, świeża, — ale powabna i coś ma w sobie... je ne sais quoi. Temperamencik zdaje się... zdrowy! Prawda? Tak... tak... Ta taraszczańska jest wcale...
wcale... Burba milczał.
— Cóż ty zaniemówiłeś? Przecie Karolcia spała, więc chyba nie z jej powodu te twoje nieme rekolekcje.
Milczenie.
— Ach, Tomek, nudny jesteś. Dąsasz się, sam nie wiesz dla czego. Mam wrażenie, że, zamiast u... śpiącej Karolci, wolałbyś być na mojem miejscu, tam pod oknem. Zazdrościsz mi i dlatego zły jesteś.
— Tfu! — rozległo się w pokoju z pasją.
— No, skoroś przemówił nareszcie, to teraz — dobranoc!




IV.

Elża ocknęła się z głębokiego snu, otworzyła oczy szeroko i ciekawie spojrzała dokoła.
— Warownia! ach tak, jestem w Warowni. Podróż koleją, potem sankami, wilki, wieczór w rodzinie Burbów i oto już ranek. Szary jakiś dzień, zima, brrr...
Wyskoczyła z łóżka, stanęła w oknie.
Śnieg i śnieg, białe wały, góry śniegu. Dokoła stoi czarny bór, oszroniony sadzią mrozu. Biała pustka, biel i chłód. Elża zadrżała. Przykre nad wyraz uczucie owładnęła nią całą.
— Poco ja tu przyjechałam.
Taki lęk wpełznął do jej duszy, taki żal za słońcem, błękitem i morzem, że nagle poczuła w oczach łzy. Ze ściśniętym sercem patrzyła na białe zaspy, na głębie leśnego wału i żaliła się sama przed sobą.
— Taka pustka, jestem tu jak za chińskim murem, cóż mnie tu zaniosło?..
Ze zwieszoną głową, apatycznie wróciła do łóżka.
Wspomnienie Riviery, pożegnanej przed kilku dniami, nie dawało jej spokoju. Wszystkie obrazy, widoki stanęły przed nią jak na jawie, zdławiła ją gnębiąca tęsknota. Tu zimno, biało, pusto, a tam, słońce zalewa potokami błękitne fale morza ukochanego, góry, winnice; całuje róże krwiste, ozłaca białe wille, pałace, hotele. Życie wre, bulwary szumią wesołą rozmową tłumów, jest szeroko, przestrzennie. Ach, tam jakoś życie porywa, unosi w krainę snów i baśni. A tu — taka głusza. Cóż ja tu robię w tej puszczy?..
Żywo sięgnęła do ręcznej walizki i wydobyła z niej duży zeszyt, oprawny w krokodylą skórę. Ułożyła się wygodniej w łóżku.
Otworzyła książkę w jakiemś miejscu. Uśmiech rozjaśnił jej twarz. Zaczęła czytać.

„Miałam dziś bardzo miłą chwilę. Zrobiliśmy wycieczkę do Antibes samochodem. Artur sam kierował motorem; siedziałam z nim, a poza nami starzy Chreptowscy i młodzi państwo D’Ivonie. Cudna jazda tym ślicznym ciemno-ponsowym automobilem Artura, kierowanym jego śmiałą, pewną ręką. Ciepły wiatr śmiga po twarzy, widoki wprost bajeczne zmieniają się kalejdoskopowo, jest wrażenie, że się ma przypięte skrzydła do ramion i że zależy od siebie tylko, by z szalonego pędu po ziemi wzlecieć natychmiast w powietrze. Rozmawialiśmy z sobą mało, czułam się daleko lepiej w tym upojnym milczeniu, a zdaje się, że i on także. Jego wzrok, skierowany na mnie niekiedy z pod lekko zmrużonych powiek, działał jak narkotyk. Nie słyszałam, o czem tam za mną rozmawiają, byłam całkowicie pod urokiem... bądźmy szczerzy... Artura. W Villefranche oczekiwał nas szofer, któremu Dovencourt-Howe oddał maszynę; byliśmy w porcie. Stał na kotwicy pancernik angielski „Wellington” — przygotowany już do odpłynięcia. Zwiedzaliśmy go, za protekcją Artura, przez niego oprowadzani. Jako oficer rezerwy marynarki miał tu, wstęp wszędzie, znał przytem osobiście kapitana. Imponujące wrażenie zrobiły na mnie potężne maszyny pancernika i wewnętrzne urządzenie tego olbrzyma. Dovencourt pokazywał statek nam wszystkim, do mnie jednak zwracał się wyłącznie z typowym swoim sposobem bycia, który, poza chłodną uprzejmością, kryje coś odrębnego, co działa na otoczenie, lecz na mnie najsilniej. Wysoko, na mostku kapitana, zdarzyło się, że zostaliśmy chwilkę sami. Artur rzekł nagle matowym głosem:

— Chcę mieć wrażenie, że płyniemy gdzieś po oceanie, daleko od ludzi i nieznośnego gwaru. Ale nawet złudzenia być nie może.
— Dlaczego?.. — spytałam.
— Och no, — byłoby inaczej.
— Jakby było?..
Spojrzał na mnie z pod rzęs, tak po swojemu, trochę z góry.
— Pyta pani przez ciekawość tylko, ja zaś nie lubię ciekawości niewieściej zaspakajać.
— Niech pan wycofa słowo „tylko” i, ową „niewieścią ciekawość”.
— Więc... mam odpowiedzieć?..
— Proszę.
Czułam, że płonę.
— Chce pani tego?..
— Tak.
Patrzył na mnie badawczo.
— A zatem płynęlibyśmy nie na pancerniku, lecz na yachcie Okeanos, który pani zna, na naszym yachcie, w świat, w przestrzenie, tam gdzie pani lubi, gdzie pani chciałaby być.
— I może kiedyś będę. — ... Gdzie... chciałabym być... — westchnęłam zcicha.
— Ale ze mną, — szepnął prędko. Wołano już nas z dołu. Całe towarzystwo nadeszło. Widziałam, że pani D’Ivonie przyglądała mi się uważnie swojemi bystremi czarnemi oczami. Artur był zimny, jak zwykle: sztywny chłód jego nie zdradzał żadnych wzruszeń. Po zwiedzeniu pancernika zgromadziliśmy się na przystani. „Wellington” odpływał właśnie. Kapitan statku żegnał nas, salutując, i rozmawiał chwilę z Arturem, poczem wydał jakieś polecenie załodze. Na pokładzie ukazała się orkiestra okrętowa, złożona z kilkunastu marynarzy z ogromnemi trąbami, błyszczącemi w słońcu. Gdy pancernik, uwolniony z kotwicy, ruszył od brzega, zadęto w trąby hucznie. Dźwięk śpiżowy, tchnący jakąś grozą, rozlał się po falach szeroko, melodja poważna, dość niezwykła i majestatyczna, przytłaczała jakby swą olbrzymiością, padała na wzniesione bałwany potęgą dostojnych tonów. Kapitan stał na swym mostku z dłonią przy kaszkiecie, cała załoga również. Spojrzałam na Artura. Kapelusz trzymał, uniesiony lekko nad głową.
— Czy to hymn narodowy? — spytałam.
— To hymn marynarki.
— Grają go in gratiam pani na jej cześć — dodał D’Ivonie, stojący obok.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
— Ależ tak, — potwierdził uparty francuz, czarny i żywy jak żuk. Słyszałem, jak pan Dovencourt-Howe rozmawiał z kapitanem. Ten hymn, to owacja dla pani.
Z kolei spojrzałam pytająco w oczy Artura.
— Tak, — odrzekł krótko.
Zmierzyliśmy się wzrokiem i ja spuściłam powieki. Coś szczególnego miewa on w swych oczach, gdy tak na mnie patrzy. Nawet mu nie powiedziałam „dziękuję”, wydało mi się to zbyt szablonowem. W milczeniu obserwowałam odpływający pancernik. Jest w tem wyłączny wyraz, zdało mi się wówczas, że statek jest istotą żywą i czułą. Odsuwa się od brzegu wielki, pompatyczny, pyszny ze swych kominów i mocy, jest jakby nadęty butą, zda się być niezwalczony. Płynie dumny, wygląda wspaniale ze wzniesionym czołem; bierze zaborczo pod siebie rozkołysane fale, miażdży je żelazną piersią; z tyłu kolosalna śruba burzy wodę, aż pienisty szlak pozostaje po niej, niby olbrzymi ogon. W takiej chwili statek imponuje morzu, kpi sobie z fal, lekceważy góry bałwanów, idzie jak tytan, jak zwycięzca, przed którym morze rozpłaszcza się poddańczo. Uderza w oczy ta niewolniczość morza przy zwycięskim gmachu prącego naprzód pancernika. Jest złudzenie, że wchłonie on w siebie całą tę masę wód. Nie mogłam oderwać zachwyconych oczu od tych dwóch potęg, dążących ku sobie na spotkanie. Trąby grały jeszcze, wzmacniając wrażenie. Zwierzyłam się z niem przed Arturem. Byliśmy znowu sami, reszta towarzystwa stała opodal.
— Jaka pani wrażliwa — rzekł patrząc na mnie uważnie. — Potęga tego statku maluje się nie tylko w słowach, lecz i w oczach pani. Pani ma wyraz jakby... upojenia. Och no, chyba się nie mylę.
— Upaja mnie ta siła, a głównie hymn.
— Wspaniały! prawda? Nawet nie jest zbyt melodyjny.
— Ale potężny. Niech pan patrzy jak pancernik maleje.
Wskazałam mu statek, bezmiernie zdziwiona. Wielkość jego istotnie zmniejszyła się zdumiewająco. Coraz cichszy odgłos trąb umilkł zupełnie: statek wypływał na pełne morze. Wtem głuchy, ale wstrząsający huk rozdarł powietrze. Krzyknęłam lekko.
— To salwy z dział pancernika.
Nowe strzały zgromadziły całe towarzystwo na brzegu.
— „Wellington” żegna Villefranche po królewsku, — rzekł Chreptowski, gładząc swoje hajdamackie wąsy.
— Patrzmy teraz, — zwróciłam się do Artura.
Statek przestał grzmieć, kurzył tylko czarnemi słupami dymu i sunął naprzód zupełnie przeistoczony. Fizjonomja jego stała się całkiem odmienna; na pełnem morzu zmalał, skurczył się, wysmuklał i jakiś podkasany w sobie, pokorny śmigał po ciemnej fali, bez cienia dumy i poprzedniej pychy. Jakby go przeraziła potęga roztoczy wodnej. Teraz morze miało wygląd dyktatorski, statek zaś jak niewolnik poddawał się jego władzy, zdając swe losy na jego łaskę i niełaskę. Widok był tak plastyczny i pełen wyrazu, że Dovencourt uśmiechnął się.
— Skapitulował. Wygląda już, jak wasal przed suwerenem.
— Odniósł pan to samo wrażenie, co ja, — zawołałam z żywością.
— Czy panią to cieszy? — spytał.
— Bardzo, to dowód, że...
— Niech pani dokończy...
— Że... że pan jest subtelny w obserwacji.
— Och... pani nie to chciała powiedzieć. Per Bacco! zupełnie nie to...
— Więc, niech pan dokończy — palnęłam śmiało.
— Że się rozumiemy... i ten szczegół sprawił pani przyjemność.
— Tak, — odrzekłam z uśmiechem i zwróciłam się odrazu do Chreptowskich.
W drodze powrotnej szliśmy pieszo kawał drogi. Zboczyliśmy w jakąś dolinkę, gdzie mała ferma ugrzęzła w zieleni bluszczów, a mury zatrzęsione były pnącemi różami. Towarzystwo rozdzieliło się. Podeszłam do muru, który płonął w krwistych różyczkach. Nisko na drabince siedziało pięcioletnie „bambino” włoskie, czarne, jak mały negr, kudłate, z oczami wielkiemi i błyszczącemi niby dojrzałe wiśnie.Z trzymanej na kolanach miski wyciągał palcami długi makaron i jadł szybko, wpatrując się we mnie ciekawie. Gdy zbliżyłam się, chłopczyna widocznie przestraszony rzucił miskę i, niby wiewiórka, skoczył na drabinę, prędko, prędko wdrapał się na szczyt muru, usiadł na nim i patrzał na mnie z miną dowcipną, wyraźnie wątpiąc, abym za nim podążyła. Ubawiona, przemawiałam do chłopca, zachęcając go by zeszedł. Po chwili stanął przy mnie Artur i zaczął coś mówić do malca; żartowaliśmy z niego wspólnie. Patrząc w górę, nie zauważyłam jednak, jak Artur dwukrotnie oplótł mnie długą, wiotką pnączą róż, usianą czerwonemi gronami, koniec pnączy zaś zarzucił mi na ramię z bladym uśmiechem na ustach.
Oblałam się krwistym rumieńcem.
— Co pan robi?..
— Niech tak pozostanie. Jest pani uwieńczoną.
Pochylił sit i odciął pnącz od całości krzewów, gdy nadeszli państwo D’Ivonie.
— Cóż to za dekoracja? — spytała ona.
— Bajecznie pani w tych purpurowych gronach wygląda, — dodał on. — Jak to kobieta potrafi się ustroić, kokietka jednak z pani.
Śmiałam się ubawiona, ale Artur pospieszył z wyjaśnieniem:
— Och, wszakże to nie pani, lecz moje dzieło...
— Pana? a to ciekawe! — zawołała „Ivonka“.
Popatrzył na nią trochę ironicznie.
— Dlaczego — ciekawe?
— Bo to do pana nie podobne. Nie myślałam, że pan umie wpaść na taki pomysł.
— Czyli, że bywam niekiedy nieobliczalny.
Był znowu zimny, suchy i sztywny prawdziwie po angielsku. Takim go lubię, taki mnie porywa. Jego chłód jest dla mnie podnietą, bo dystynkcja Artura, i wykwintna rasowość postaci jego wybitniejszą się staje w tym spokoju, w tej zimnej krwi. Wsiadając do samochodu, znowu mi wskazał miejsce przy sobie. Pnącz różany zdjęłam z siebie, trzymając go jak szal na ręku, gdy wsiedliśmy, Artur rzekł z rzadką u niego żywością:
— Pojadę całą siłą motoru.
— Chce pan katastrofy?
— A pani?
— Ja zależę od pańskiego kaprysu, raczej my wszyscy.
— Pragnąłbym, aby pani siebie wyłączyła z tej liczby mnogiej.
Automobil fuknął głośno i popędził szalenie. Zaryzykowałam znowu pytanie:
— I... dokąd bym wtedy zajechała?..
— Tam, skądbym już pani nie puścił, — rzekł głuchym głosem.
Po chwili spytał:
— Nie obawia się pani tak szybkiej jazdy?
— Nie. Ufam panu.
— To dobrze, pani powinna mi ufać.
— A tamci państwo za nami?
— Ach, to pasażerowie przygodni, ja wiozę tylko panią, to mi wystarcza.

Elża Gorska zatrzasnęła książkę i upadła na poduszki. Ręce załamała nad głową.
— Poco ja tu przyjechałam, poco... poco?...
Zamyśliła się tęsknie. Postać Artura stała jej w wyobraźni taka, jak go pożegnała na dworcu w Wiedniu, dokąd ją odprowadzał, on, pamięta tę chwilę aż nazbyt dobrze. Gdy pociąg miał wyruszyć, doznała uczucia, że kończy się w tej minucie jedna epoka jej życia, a rozpoczyna druga — nieznana. Tak ją ta świadomość przejęła, że wrażenie to odbiło się na jej twarzy. Artur spojrzał na nią uważnie i rzekł:
— Pani się czegoś trwoży?..
Milczała, gdyż nie chciała przyznać, że odgadł. A Dovencourt rzekł znowu głosem matowym, stłumionym jak zwykle, gdy był czymś poruszony.
— Nie jadę z panią tylko dlatego, że jestem pewny twego powrotu. Pragnę, by powrót nastąpił jaknajprędzej. Pani zatęskni do słońca, do morza.
Zdawało jej się, że powiedział cicho: „do mnie“... lecz może podszepnęła to jej własna myśl. Pociąg ruszył, skurcz nieokreślonego bólu zdławił jej krtań, krzyknęła z głębi duszy:
— Tam coś mnie czeka!.. Przeczuwam...
— Czy on to słyszał? — Stuk hamulców, świst, wrzawa mogły zgłuszyć jej słowa. Artur szedł przy odchodzących zwolna wagonach i kłaniał się jej kapeluszem tak długo, aż utraciła go z oczu. Nie mogła się uspokoić, żal ją ogarnął i tęsknota nagła, silna. Był moment, że chciała wysiąść na pierwszej stacji i wracać do Wiednia, lecz rozsądek wziął górę, przytem była w owej minucie niemal pewną, że robi dobrze, odjeżdżając stamtąd. Tak być powinno. Trzeba raz wreszcie zdecydować się na poszarpanie tego czaru, który mnie owładnął, wydobyć się z matni jego wpływu, nie wracać więcej. Odległa Warownia wydała jej się ostoją życia, miejscem wypoczynku, gniazdem rodzinnem. Burbowie, których nie znała, ciągnęli ją ku sobie intuicyjnie i silnie, coś ją pchało do nich, w tę pustkę, do lasów, do głuchej wsi. Życie dotychczasowe wydało się jej blade i puste. Teraz nastąpi jakiś nowy akt decydujący. Im bliżej była granicy, tem milej odczuwała ciszę i spokój, płynący ku niej z mrocznych przestrzeni. Riviera, wujostwo Renardowie zacierali się w jej wyobraźni, jedynie postać Artura goniła za nią uparcie, wiążąc się z każdą jej myślą. I teraz oto Artur był przy niej, z nią, w niej.
— Wszak jeśli zechcę, powrócę, — utwierdzała się w świadomości własnej woli.
Uspokojona pozornie, szybko zaczęła się ubierać. Wkrótce weszła do sali stołowej, gdzie zastała wszystkich przy śniadaniu.
Po kawie i ożywionej rozmowie młodzi mężczyźni wyruszyli na objazd wilków, gdyż była w projekcie wielka obława. Pan Cezary zaś Wziął Elżę na indagację. Siedzieli we dwoje przed kominkiem. Młoda kobieta, zanurzona w fotelu, trochę sennie patrzyła w ogień, odpowiadając biernie na zapytania Burby.
— To nie długo chyba żyłaś z mężem, Elżuniu?...
— Cztery lata, dziadziu.
— Nie godzi się tak młodo dawać córki w małżeństwo: dzieckiem prawie będąc wyszłaś za Adama. Dzieci nie mieliście?..
— Nie.
— A czy ty, duszko... szczęśliwą byłaś?..
Elża spojrzała mu szczerze w oczy.
— Czy byłam szczęśliwą?.. Och, dziadziu, gdy owdowiałam, pomimo przerażenia, spowodowanego zetknięciem się tak bliskiem ze śmiercią, miałam uczucie, żem zmartwychwstała, że mi u ramion skrzydła wyrosły.
— Miły Boże!., a toż co?.. Takie było złe wasze pożycie?.. Czy nie kochałaś go?..
— Nie. Och, dziadziu drogi, to straszne wspomnienia, nie lubię do nich powracać, bolą mnie i ranią, to okres mego życia nad wyraz przykry.
— Jaki on był ten... Adam Gorski?
— Szlachetny i prawy, zresztą taki sobie, przeciętny.
— Wykształcony... inteligentny?..
— Średnio, dosyć zarozumiały, powolny, flegmatyczny a gwałtowny w wybuchach, uparty, trochę hipochondryk.
— Otóż to, akurat pasował do twego usposobienia. O ile cię już poznałem, to byliście jak ogień i woda.
— Eh, — odparła Gorska z niechęcią, poczem dodała:
— Bóg sam rozciął ten węzeł, jeszcze pół roku, rok a żądała bym rozwodu.
— Najświętsza Panno, — zawołała wchodząc pani Urszula. Co ty się chciałaś rozwodzić z mężem, Elżusiu?
— Siadaj, serce, proszę i nie dziw się tak, bo niema czemu, — odpowiedział pan Cezary, podsuwając żonie fotel.
— Zaczekajże, Cezary. Czy mi się przesłyszało, gdym wchodziła tu, czy ty Elżusiu mówiłaś istotnie, że miałaś się rozwodzić z Adamem Gorskim?...
— Był już ten zamiar, cioteczko, lecz Adam zmarł.
— Łaska boska, bo gdzież taka niemoralność w porządnej rodzinie.
Górska zapłonęła.
— Nie wiem, co nazywa się niemoralnością, czy życie z mężem niekochanym, czy uwolnienie się uczciwe ze wstrętnych więzów?...
— Co Bóg złączył, moje dziecko, tego człowiek nie rozłączy.
— Bardzo ładna zasada, lecz dla tych, którzy pragną być złączeni bez względu na uczucia.
— Rozwód, to dla kobiety wstyd, to hańba. Cnotliwa niewiasta o tem nie śmie pomyśleć nawet. I nigdy bym nie myślała, że ty... Elżusiu...
— Ja, ciociu, nie mam pretensji do cnoty.
— Elżusiu...
— Tak, ciociu, bo jeśli cnotę mamy w ten sposób rozumieć, że trzeba się oddawać biernie niekochanemu mężczyźnie, dlatego, że nas złączyła stuła, to nie uznaję takiej cnoty.
— Życie kobiety to poświęcenie siebie...
— Ta dajże spokój, Urszuleczko, serce, — zaśmiał się pan Cezary, — nie wszystkie kobiety mają tak dobrych mężów, jak ty, duszko, nie pochlebiając sobie, i nie wszystkie są zdolne do poświęceń.
— Powinny.
— Parafiaństwo, Urszuleczko. A to się jejmości na morały zebrało.
— Jegomość zato skłaniasz się już, widzę, ku nowym prądom. Pochwalaj takie teorje, pochwalaj, i niech Tomek to słyszy, jego przyszła żona podziękuje ci kiedyś.
Elży było przykro, ale zaśmiała się.
— Cioteczko, proszę się nie gniewać, ja nie jestem przedstawicielką żadnych nowych prądów, ani, broń Boże, teorji, ja jestem takie sobie dziwadło. Może inna kobieta byłaby szczęśliwa z Adamem Gorskim, lecz nie ja.
— Bo pewno grymasiłaś, nowoczesnym żonom wszystkiego zamało.
Elża zwiesiła głowę, nuda przesunęła się po jej wyrazistej twarzy.
— Może być, ciociu, — odrzekła biernie.
Burbina zwróciła się do niej zamaszyście.
— Dlaczego ty mnie ciotką nazywasz. Ha?..
— Bo ja wiem, tak jakoś...
— No, wszak jeśli Cezary dziadek, to ja babcia, nie odmładzaj mnie żadną tam ciocią. Mego wieku się nie wstydzę, mogłabym już dawno mieć rodzone wnuki.
— Powiedz, Elżuniu — spytał tajemniczo Burba — czy stara się kto o ciebie? Boć to niemożliwe, żebyś nie miała starających się, — dodał filuternie...
— Owszem miałam ich, ale...
— I nie tęsknisz, nie kochasz się?.. — miękko zapytała pani Urszula.
Elża nagle schyliła się do jej ręki, z rumieńcem na twarzy ucałowała ją.
— Nie, babciu droga, nie tęsknię do małżeństwa, bo miałam go dosyć.
— Wykrętnica jesteś. Patrzaj! — zaśmiał się staruszek. — Urszulka pyta, czy się kochasz, a ta skręca na małżeństwo. Już widzę po twojej minie, że tam w sercu jest jakiś zawadjaka. Co?..
— Dlaczego zawadjaka? Ha! ha, ha!..
— Tak zdaje mi się, że ślamazary tobyś już nie pokochała. Wystarczył Gorski, czy nie prawda?..
— Oj tak, dziadziu, tak.
Przytuliła się do ramienia pana Cezarego z uczuciem; drgnęło coś w jej głosie rzewnego, łzy zaszkliły w źrenicach. Burbowie spojrzeli na nią przychylnie. Stary człowiek gładził dłonią jej włosy.
— Ty jesteś dzielne, ale trochę biedne dziecko, Elżuniu. Coś ci dolega. Prawda?
— Czasem mi tak smutno, tak pusto w życiu. Ale poco ja to mówię? Weźmiecie mnie państwo za jakiegoś mazgaja.
Burba śmiał się.
— Ot, wynalazła podobieństwo, ona i mazgaj. Facecja! toż ty samo życie, Elżuniu. Boję się tylko, że u nas za nudno ci będzie; tobie trzeba słońca, wesela, zabaw, dużo ludzi.
— Nie, dziadziu, tylko słońca i ciepła, trzeba mi dużo, dużo serca.
— No, to ci obiecujemy, bo zjednałaś nas sobie... Ale powinnaś znaleźć jedno serce, które wystarczyłoby ci za wszystkie. I tak myślę, Elżuniu, że amatorów do takiej licytacji nie zabraknie.
— Tylko powinnaś teraz dobrze siebie zbadać i tego, kogo wybierasz, dodała pani Burbina, — żeby drugi raz...
— Nie myśleć o rozwodzie? — zaśmiała się młoda kobieta przekornie.
— A tak, bo Pan Bóg takich żartów z sakramentu nie lubi i nie pochwala.
Pan Cezary rozbawiony uderzył cybuchem w podłogę.
— Bodajże cię, Urszuleczko, toż chyba więcej o serce złamane chodziłoby Bogu, niż o...
— Nie bluźnij jegomość, bo już zgroza słuchać.
— No, dobrze, dobrze, dajmy spokój sakramentom, sercu i wszelkim wzniosłościom. Opowiedz nam, Elżo, o Rivierze, o krajach włoskich. Cuda tam, cuda. Byłem kiedyś za młodu w tamtych stronach, w Rzymie, a Rzym znasz?...
Elża rozweseliła się. Z ust jej popłynęły malownicze opisy natury południa, barwne obrazy, przesiąknięte słońcem, szumem morza, zapachem róż i magnolji. Jakby w panoramie, ujrzeli Burbowie Rivierę z całym jej bogactwem widoków i przepychem roślinności. Charakterystykę ludzi i tłumów, cechy zasadnicze danej miejscowości malowała Gorska z plastyką wybitną. Staruszkowie, siedząc przy kominku w odwiecznym modrzewiowym dworze, przenieśli się całkowicie wyobraźnią na południe do słońca i fal Śródziemnego morza, dokąd na skrzydłach własnej tęsknoty, młoda kobieta unosiła ich i siebie.




V.

Tomasz Burba oprowadzał Elżę po Warowni. Zwiedziła dom pełen odwiecznych zabytków, pamiątek, starych mahoni, bronzów, w którym rzeczywiście, jak słusznie zauważył Uniewicz, czaił się archaizm. Dwór ogromny, poczerniały ze starości, pokryty był dachem podwójnym, przypominającym jakiś kołpak rycerski, ciężki i zwalisty. Z dachu, po bokach, wyrastały wyższe facjatki i pięterka. Niżej zaś od stropu wybiegały ze wszystkich czterech stron małe występy, rodzaj balkonów pod daszkiem, „strzelnicami” zwane. Tomasz tłumaczył, że stąd często strzelają do wilków, gdy zwierzęta podchodzą pod sam dom, rozżarte z głodu podczas wielkich śniegów, zwabione do umyślnie rzuconego w pobliżu barana.
— Chciałabym kiedyś wziąć udział w takim polowaniu! — zawołała Elża, — to musi być ciekawe. Proszę cię, Tomku, nie zapomnij o mnie, gdy się zdarzy okazja.
Burba wesoło błysnął oczami.
— Ach, jeśli zechcesz, możesz tu polować na dziki, na łosie; wszelkiej zwierzyny mamy mnóstwo.
— Czy i Kajtuś rodem z tutejszych borów? — spytała, gładząc kudły niedźwiedzia.
— Z tych samych rejonów, ale mateczniki są w dalszych kniejach. Kajtusia sam złapałem, zabiwszy mu bezczelnie matkę; drugiego malca, jego brata, zagryzły ogary. Było to przed trzema laty. Jak on jednak przywiązał się do ciebie, Elżo...
— O, my jesteśmy w wielkiej przyjaźni z sobą.
— A jednak Kajtuś bywa wybredny, nie wszystkich lubi.
Zaciekawiły Elżę wysokie wały i fosa głęboka, resztki starożytnej warowni, miejscami już przerywane usypaną drogą lub mostem. Drogi pomiędzy wałami biegły jak w niskim, rozwartym tunelu. Na skraju jednej strony obwałowanego placu stał dwór, na drugim zaś brzegu czerniały ruiny zamczyska, nawpół już zmurszałe, rozsypujące się, lecz starannie strzeżone przez Burbów, jako wiekowa pamiątka rodzinna, przytem chluba rodu. Mury, fosa i wały — wszystko zasypane teraz było śniegiem, co bardziej jeszcze nadawało okolicy wyrazu niezwykłej tajemniczości. Wiązy potężne swym ogromem stróżowały starym ruinom i nowszym ścianom dworu, tworząc pomiędzy temi siedliskami niejako żywy i przyjacielski łącznik.
— Przepyszne są te wiązy nasze w lecie, — rzekł Tomek, — pokochasz je, Elżo, tak, jak my je kochamy.
— Hej, gdzie ja będę w lecie!..
— Jakto?.. Chcesz uciekać z Warowni?..
— Zabawnie mówisz to, Tomku. Nie ucieknę, lecz zupełnie naturalnie wyjadę w kwietniu do... Taraszczy.
— Nigdy w świecie na to nie pozwolę! nie pozwolimy! — poprawił się. — Zresztą Warownia najpiękniejsza w lecie, miałoż by wtedy ciebie tu nie być?
Spojrzała na niego zdziwiona, bo w głosie Tomasza zadźwięczała nuta żałosna i szczere zmartwienie odbiło się na jego twarzy.
— Ty nas nie opuścisz, — Elżo.
— Ależ zostanę, dokąd będę mogła, — zaśmiała się.
— Możesz zawsze, bo jesteś swobodna, nic cię nie wiąże, — chyba...
— Chyba co?..
— Może tęsknota za światem, znudzisz się w Warowni. Bo cóż, ja jestem nie zabawny, a Uniewicz...
— Zanadto zabawny, — dokończyła.
Burba roześmiał się.
— No, więc widzisz. Rodzice starzy...
— Mój drogi, twoi rodzice to okrasa Warowni.
— Masz tobie! Komplement. A po rodzicach — Kajtuś zapewne?..
Gorska śmiała się.
— A po Kajtusiu kto? jak sądzisz
— Hm. To już... Uniewicz.
— A właśnie, że ty.
Burba rozbawiony chwycił ją za ręce.
— Muszę wycałować, muszę. Za takie wyróżnienie — zaraz po Kajtusiu, należy się.
— Tomek, warjacie, rękawiczka mi pęka.
Patrzyła mu wesoło w oczy. Podobał się jej ten dzielny, męski typ o ciemno-błękitnych, marzących źrenicach na twarzy zawadjaki, trochę łobuzerski. Wysoka, zgrabna postać Burby W bekieszy, pochylona do rąk Elży, estetyczną była i rasową. Młodzieńcze czoło z pod odchylonej fokowej czapki świeciło pogodą i rzeźką brawurą. Długą chwilę patrzyli na siebie.
— Nie pojedziesz, Elżo, prawda?..
— Owszem, pojadę, ale jeszcze nie prędko, bo za dwa miesiące.
— Nie, nie, bo widzisz, ty tu jesteś jak kwiat w Warowni, a kwiat powinien kwitnąć dla tych, którym upiększa życie, to jego posłannictwo.
Dostrzegł na jej ustach lekki uśmiech.
— Co też ja mówię, wszak ty upiększać możesz życie jeszcze i innym... ludziom.
Elża milczała.
Burba nerwowo zdjął czapkę, wyprostował się, odetchnął szeroko i znowu ją włożył, wcisnął prawie na czoło.
— Pójdziemy do folwarku, nie widziałam go jeszcze, — rzekła młoda kobieta.
— Zabudowania folwarczne i ogrody są za tym laskiem, kilka stajen od dworu, mieszka tam rządca i ekonomowie. Nie wiem, czy interesuje cię gospodarstwo?..
— Co prawda, nie bardzo, ale konie szalenie lubię.
— No, to będziesz z naszych koni zadowolona.
Minęli szeroko most, bramą wjazdową murowaną i poszli ubitą drogą, pomiędzy oszronionemi ścianami sosen niebotycznych, ku czerwieniejącym się zdaleka murom folwarku. Elża opowiadała Tomaszowi swoje wrażenia z podróży, ale nie była ożywiona jak przedtem, milkła często, zapadała w zadumę. Burba ją obserwował, patrząc na nią z ukosa. Jej jasna twarz, wychylona z futrzanego kołnierza i czapeczki, była dla niego zagadką. Na ustach jej drżał uśmiech dziwny, brwi ściągały się często nad zamyślonemi oczyma, czasem przebiegła jasna łuna przez jej twarz, jakby wspomnienie niezwykle radosne, promienne.
— Coś w niej tkwi... — myślał Burba, i dziwił się, że dręczy go szczególny niepokój. Co to być może? Dlaczego taki lęk wpełznął mu do duszy?.. Dlaczego ta kobieta, nieznana mu jeszcze przed kilkoma dniami, interesuje go teraz tak bardzo, niepokoi.
Na pytania te nie umiał sobie odpowiedzieć.
Elża zaś z przyjemnością spostrzegła, że robi na nim wrażenie; pomimo to, ciesząc się z asysty dorodnego młodzieńca, odbiegała daleko stąd, hen, nad morze Śródziemne, ku kwietnym, słonecznym ogrodom, porównywała w myśli Tomasza Burbę z Arturem Dovencourt-Howe.
— Ten, to — wesoły, miły kompan, ale tamten...
Dochodząc do stajni, ujrzeli zdaleka skuloną figurę Uniewicza w obszernej lisiurze. Stał z rękoma schowanemi w rękawach i oglądał pysznego konia złoto-gniadej maści. Uniewicz klął, wymyślał na chłopca i nagle, spostrzegłszy nadchodzących, zwrócił się do nich żywo:
— Patrz, Tomek, co ta kanalja wyprawia, nie potrafi nawet konia na lince popędzać; Mustafa-Bej ciska nim jak własnym ogonem.
Burba bez słowa wziął linkę i bat z rąk stajennego, stanął prosty i sztywny, strzelił z bata raz i drugi, umiejscowił konia natychmiast i wprowadził go w tempo regularnego kłusa dokoła siebie.
— Poczuł rękę! — zawołała Elża zadowolona.
— Ba! — dopełnił zachwytu Uniewicz.
Miarowy tupot kopyt po równym zmarzniętym placu nie przerywał tempa ani na chwilę, koń wygiął szyję i z gracją, lecz posłusznie biegał wielkim kołem, prychając jeno dla dodania sobie fantazji w haniebnem poskromieniu.
Uniewicz wskazał na Tomasza.
— Piękny okaz siły, — prawda?
— Wygląda jak posąg.
— Albo, jak właściciel cyrku, tresujący dryganta.
Elża chciała się zemścić.
— Pan nie próbował tej sztuki?
— Ja, proszę pani, jestem nazbyt eteryczny, mnie taki smok przerzuciłby przez całą Warownię.
Jego szczerość podobała się Gorskiej.
— Pocóż pan wobec tego łajał fornala. Powinien pan własną słabość wybaczyć słabym.
— Tak, ale moją słabość ratuje rasa, którą posiadam, mnie wolno być słabym, jako dziecku starej, ewolucyjnej kultury, to nie jest osobiście moja wada, lecz atawistyczne dziedzictwo po zbytniej tężyźnie przodków moich. Siła fizyczna Tomka to wytwór kultury, której ewolucyjne skarlenie tknąć nie śmiało. Ale dla chama siła muskułów powinna być rzeczą całkiem naturalną. Co mu więcej pozostaje nad siłę i czego więcej od niego wymagamy? Siły i posłuszeństwa.
— Niech pan jeszcze doda: i — głupoty.
— A naturalnie, bo mądry siłacz nie będzie nigdy uległy, a już największą zaletą chłopską jest posłuszeństwo.
— Ej, panie, — narzekał pan na archaizm Warowni, ale i w panu spoczywa tęgi feudalista. Pańskie zasady trącą myszką. Taki teorje, jakie pan głosi, straciły kurs.
— Czy pani mówi tak z przekonania?
— Najzupełniejszego.
— Hm, bo pan traktuje tę sprawę doktrynersko, nie praktycznie. Nigdy się pani z kwestją tą nie spotykała oko w oko i dlatego jeszcze pani idealizuje tę klasę ludzi, wymagając dla niej nowszych ram, tymczasem oni najlepiej się czują w starych, a wyrażając się prościej — pod starym batem.
Elża patrzyła uważnie na mówiącego. Jego cienka postać, zbyt wiotka i wątła; jego welinowe, zapadłe nieco policzki i długi nos suchy; jasne oczy, błyszczące jednak dość żywo, świadczyły, że to atawistyczne dziedzictwo, o jakiem mówił, przejadło go istotnie aż do rdzenia. Mały, anemiczny wąsik i nieco wyłysiała z jasnych włosów czaszka, dopełniała obrazu tego typu młodego degenerata. Blade usta Uniewicza skrzywiły się trochę ironicznie.
— Doskonale rozumiem, co pani myśli, patrząc na mnie.
Gorska zmieszała się.
— Myślała pani, że już ja ze swoją postacią truposza nie powinienem głosić takich zasad o starych batach, nieprawdaż? Pani jest szczerą, niech pani nie ukrywa swoich myśli.
— Zaręczam panu, że nie określiłam go tak, jak pan przypuszcza, — odparła żywo.
— Więc coś w przybliżeniu, ale ja się nie obrażam, proszę pani. Jestem sobie zdechlaczek, co zawdzięczam w dużej mierze memu papie i resztę — sobie. Wiedząc, że niewiele mam z siebie do stracenia, traciłem ile wlazło i oto już jestem izolowany od mnóstwa pokus życiowych, jak wygasły samowar, nie wulkan, proszę pani, — to za nieodpowiednie określenie, — ale taki sobie aluminiowy samowar. Mam jednak zawsze wstręt do „czuhunu”. Pani wie, co to znaczy? Nie, otóż „czuhun” to podły gatunek żelaza, czyli owe chamstwo, o którem mówiliśmy. Pani ma słabostkę do chamów?..
— Nie lubię przedewszystkiem tej nazwy.
— Dla chłopów najwłaściwsza.
— Zbyt urągliwa. Z chłopami miałam niesłychanie mało styczności. W Taraszczy znam ich tylko z malowniczych strojów. W literaturze są sympatyczni i tacy jacyś żywiołowi.
— Proszę pani, w literaturze idealizuje się chłopa, najczęściej mało go znając. Biorą go ze stanowiska dawnego kmiotka, który do dzisiejszego typu chłopa zupełnie podobnym nie jest. Chłopu brak patrjotyzmu w całem tego słowa znaczeniu, miłuje on tylko własny kawał ziemi i to uczuciem pierwotnem, ponieważ jest ona jego żywicielką. Ziemia go karmi, więc ją ceni na swój sposób, ale jeśli dać mu inny dający większe zyski obszar na obczyźnie, pójdzie tam bez oglądania się wstecz.
— Czy pan mówi o tutejszych chłopach?..
— Tak, pani. No, tu istna dzicz, ale znam Królestwo; rzadko w której z tamtejszych okolic znajdzie pani odrębne natury. Gdzie jest większe uświadomienie, gęstsze szkoły, tam ludek bierze się do roboty, lepiej, gdy pracuje pod kierunkiem szlachty, gorzej, gdy słucha zagorzałych ludowców czy socjalistów, — ci chcieliby świat do góry nogami wywrócić i, miast budować, — burzą, dążąc prawie zawsze do własnej karjery.
— Tak, ma pan tutaj słuszność, znam takie wypadki. Widywałam panów ludowców w roli instruktorów kółek rolniczych i wiem, co o nich sądzić.
Uniewicz machnął ręką.
— Ach, pani, nikt ich lepiej nie zna, niż ja; byłem wszak obywatelem na Podlasiu i nawet czynny brałem udział we wszelkich zbiorowych lub indywidualnych pracach nad oświecaniem ludu. Miałem styczność często z takim jednym panem, no, nie daj Boże! Wielki partjota, a jakże! ludowiec i wywrotowiec, głośny jak rozbity dzwon — „kałakoli” wszystkim: zamożnej szlachcie obywatelskiej, bo z niej żyje. Obałamuciwszy naiwniejszych swoją ideą, ciągnie z nich dla siebie korzyści. Ale i chłopom świeci bakę, grając na ich wrażliwych strunach, brata się z nimi, pije, całuje i burzy na obywateli. Blagier przytem i chwalicholewa koncertowy. Ręczę pani za to, że ten obwieś dąży głównie do karjery i gdyby zdobył ją, wnetby zaczął sam grać rolę pana, bo to taki gatunek. Podobne indywidua trują lud, miast go krzepić. Chociaż chłopi w tamtych stronach to mądrale, poznają się często na takich farbowanych lisach.
— Mieszkał pan długo na Podlasiu?
— Większą część życia, pani.
Elża bystro spojrzała na niego. Uniewicz to zauważył.
— Pani się zapewne dziwi, że jestem tu rezydentem, co?..
— Ach, panie, niczemu się wogóle nie dziwię. — Jest pan przyjacielem Tomka, wiem o tem.
— I przyjacielem ich wszystkich, bo zacniejszych ludzi nie znam. To są już w dzisiejszych czasach unikaty. Nie jestem zależny, a gościnę u Burbów przyjąłem tak szczerze, jak mi była ofiarowaną. Dobrze mi tu w ich państwie, miewam czasem złudzenia, że jadę nie na swojej „bidce”, lecz na tęgim rumaku, jakby z warownieckiej stajni, której jestem koniuszym z własnego amatorstwa.
— A czy pracujecie tu państwo społecznie? — zagadnęła Elża.
— Eee, nie, pani, tu, na Wołyniu, lud cerkiewny nie nadaje się do kultury, jest pod wpływami popów, „uriadników” i ćmy „naczalstwa”, złożonego przeważnie z popowiczów. Lud głupi, ciemny, rozpity i leniwy. Na dwór patrzy z podełba, gdy zdaleka, z pokorą kłaniając się w pas, gdy u progu. Bydlęce instynkty i niewolniczość, przytem są chytrzy. Dwór im imponuje, zwłaszcza taka Warownia. Burbowie zresztą ogromnie są dobroczynni, mnóstwo rodzin wspomagają hojnie, obdarowują biednych, robią co mogą. Są szkoły cerkiewne, bo na inne rząd nie pozwala.
Nagle zawołał: — Niech pani patrzy: Mustafa-Bej mocuje się z Tomkiem, wziął na kieł, nie da się przyciągnąć, a Tom ani drgnie.
Burba istotnie zachował żelazną postawę, pomimo gwałtownych manewrów konia. Zmusił wreszcie zwierzę do ulegliwości i przyciągnął do siebie, głośno klepiąc jego wygiętą szyję. Koń zupełnie już poskromiony, chrapał nozdrzami przyjaźnie i muskał głową ramię swego pana.
— Odniosłeś nad nim bardzo ładne zwycięstwo, — rzekła Elża.
— Pogładź go, — zawołał Tomasz wesoło — to mój ulubieniec.
— Niech mu pani da cukru, — dodał Uniewicz, wręczając Elży cukier, wyjęty z kieszeni. — Albowiem konie i kobiety darzy się słodyczami.
— Przeciwnie — rzekł Tomasz — za zwycięstwo nad kobietą, słodyczą darzy... kobieta.
— Czy ty już dużo skosztowałeś takich słodyczy? — spytała Elża Tomka z zabawną miną.
— Nie umiem zwyciężać kobiet.
— Doprawdy?..
— Niech mu pani nie wierzy, wykręca się bestja. On leci na spódniczki, ale i spódniczki na niego...
— Fe! Wyrażenia pańskie zaprzeczają jego kulturze, — skrzywiła się młoda kobieta.
— Ależ, daję pani słowo honoru, że Tom nie może się niewiastom opędzić.
— Elżo, natrzyj uszu Melowi za mnie i nie wierz nic temu, co on papla.
— Więc nie chcesz mieć sławy zjadacza serc?
— Nie chcę, bo nie zasłużyłem na nią.
Uniewicz pochylił się do ucha Gorskiej.
— On jednego serduszka dziewczęcego nie może jakoś przełknąć, choć samo lezie mu w gardło i dlatego tak się broni.
— Zdradza pan przyjaciela, to brzydko, panie.
— Co wy tam szepczecie z sobą, moi państwo? — zawołał Burba.
— Opowiadam pani o twoich konkietach.
— No, no, nie zapędzaj się, chodźmy na obiad, rodzice już czekają.
Elżę zaciekawiła jednak wzmianka Uniewicza o owem sercu dziewczęcem, ale mając coraz więcej sympatycznych uczuć dla Tomka, przypuszczała, że jest to pewnie zwykła miłostka kawalerska, których taki Burba może liczyć na tuziny, a które w jego sferze nie wymagają zbytnich ofiar zadośćuczynienia. Odczuła tylko lekki niesmak i ukośnie, ze źle tajonym wyrzutem spojrzała na Tomka. On to spostrzegł i zmięszał się tak silnie, iż pod jakimś pozorem poszedł do budynków, pozostawiając Elżę z Uniewiczem. Gorska rzekła do towarzysza:
— Zdetonował pan Tomka niepotrzebnie.
— To. nie ja, tylko obecność pani.
— Czyż on ma się czego wstydzić?..
— Ależ bynajmniej. Tomek jest w tym stosunku czysty jak kryształ, powiem nawet za czysty. Obawiam się końca.
— Więc nie będzie zwykły w takich razach, to jest: krowa, prosiak i sto rubli?..
Uniewicz parsknął śmiechem.
— Skąd pani o tem wie?
— Wiem, — krótko odrzekła Elża, cała jednak ponsowa.
— Zabawne. Otóż, widzi pani w tym wypadku koniec taki wykluczony, tembardziej, że niema jeszcze nawet początku i to jest właśnie tragiczne.
— Nie rozumiem pana. Czyli, że to jest rzecz poważniejsza?
— I tak i nie, proszę pani.
— Ach, więc dajmy temu spokój, skoro to jakaś tajemnica. Tomku! — zawołała głośno W stronę stajni, — chodź, czekamy na ciebie!
Wesoło zagadnęła Burbę zbliżającego się i rozchmurzyła go odrazu. Uniewicz patrzył na młodą kobietę i myślał.
— Czy to zwykła próżność kobieca, czy też dotknęło ją to naprawdę?..
Szczera, wesoła twarz Elży była dla niego zagadką.

VI.

W wigilję wielkiej obławy na wilki Elża siedziała w swoim pokoju, zaczytana w pamiętniku z Riviery. Często jednak unosiła głowę z nad zeszytu i myśl jej wracała z dalekich przestrzeni do Warowni. Przymykając oczy, Elża gięła umysł swój gwałtownie, nachylając go ku rodzinie Burbów. Skupiały się wówczas jej brwi pod wpływem nakazu płynącego z duszy pod wpływem okrutnej a stanowczej woli.
— Wyrwać się stamtąd; wyrwać z tego koła czarów myśl, tęsknotę i cud wspomnień. Niech to wszystko spopieleje, niech się zapadnie w- mrok zapomnienia. Lecz czy to możliwe, abym zapomniała?..
Spuściła oczy na otwarty kajet. Zaczęła czytać:

— „Wdziękiem tchniesz cała,
Wdziękiem promieniujesz,
Wdzięk twój płynie z duszy,
Wdziękiem swym czarujesz”.

Czterowiersz ten usłyszałam z ust Artura, gdyśmy płynęli na smukłej „Tosce” po falach Śródziemnego morza. On sam wiosłował. Wyrwaliśmy się z towarzystwa, bo nikt więcej płynąć nie chciał. Dziwna rzecz, — często z wytrawnym wioślarzem bałam się wyruszać na pełne morze, lecz z Arturem czułam się zupełnie spokojną. Jego pewność siebie i zimna krew, przytem śmiałość i siła, z jaką swobodnie rozgarniał wiosłami spiętrzone bałwany, działały na mnie tak, że jechałabym z nim na koniec świata. Ufałam mu. Imponował mi. Jego ciemne, lwie źrenice, badały mnie z pod przymrużonych powiek. Jego usta ironiczne w wyrazie, trochę szatańsko skrzywione i twarz chłodna i sztywna, a taka wybitnie rasowa, o niepospolitym wyrazie, — wszystko to działało na mnie odurzająco. Byłam całkowicie pod jego wpływem. Zdaje mi się, że gdyby mi rozkazał skoczyć w wodę na dno morza, zrobiłabym to bez wahania. Cóż za szczególny objaw we mnie? Ale taki tylko mężczyzna potrafi mną zawładnąć, takiemu jedynie mogę się poddać i do takiego należeć z rozkoszą. Gdy wypowiedział ten czterowiersz, — zdrętwiałam. Artur wytrzymał mnie długo pod mocą swego wzroku, wreszcie rzekł matowym zimnym głosem:
— Ta improwizacja — to hołd dla pani...
— Nie posądzałam pana o liryzm.
— Ja sam się sobie dziwię. Wogóle odnajduję w swej istocie pewne zmiany od czasu poznania pani i zdumiewają mnie one. Per Bacco! — nie groziło mi nigdy nic podobnego. Nadzwyczajne!
— Więc obecnie grozi panu...
— Katastrofa. Hm!
— Nie trzeba, aby się pan przeistaczał.
— Dlaczego? — spytał.
— Bo zmieniłby się wtedy właściwy jego charakter.
Na twarzy Artura drgnęły lekko muskuły.
— Ale może wówczas przestałbym być — lodowcem — jak mnie pani nazywa.
— I zatraciłby pan swój typ, ja tak nie chcę!
Krótki błysk zamigotał z pod zmrużonych rzęs Artura; pochylił głowę z nikłym uśmiechem.
— Dla pani gotów jestem stać się nawet — biegunem północnym.
Zaśmiałam się wesoło.
— Ale już na — równik nie stać pana w żadnym razie?
Uśmiechnął się ubawiony.
— Hm, na równik?.. Och, no, lepiej zaniechajmy denatów nad tak krańcową zmianą atmosfery i nad tem, — kiedy by to nastąpić mogło... u mnie.
— Dlaczego? — brnęłam, — czy to temat... niebezpieczny?
— Trochę. Pani igra ze mną, pani Elżo. Ale tak nie można.
— Dlaczego?.. — powtórzyłam.
— Bo... ja nie pozwalam.
Chwilowy bunt powstał we mnie i zgasł, gdy spojrzał mi w oczy. Po dłuższem milczeniu rzekłam, patrząc mu prosto w źrenice:
— Pan jest pierwszym mężczyzną — który tak do mnie przemawia.
— Bardzo mi to pochlebia.
Zagryzłam wargi. Jego chłód zaczynał mnie nagle drażnić.
— Niech pan zawróci, nie chcę dłużej pływać.
— Jak pani każe.
Skierował łódkę W stronę brzega.
— Cóż znaczy takie nagłe ustępstwo pańskie?...
— Nie chce się pani sprzeciwiać.
— Doprawdy?.. Jakiż pan uprzejmy.
Artur milczał, tylko usta jego zarysowały się linją sarkastyczną.
On mnie lekceważy.
Jak bezpodstawnym jednak był mój wniosek, przekonałam się w kilka minut potem, gdy dobiliśmy do brzega.
Dovencourt wysiadł pierwszy i podał mi rękę. Nie sprowadził, ale prawie porwał mnie z łodzi. Gdy stanęłam na piasku, nagle, nie puszczając mnie, uchylił kapelusza skłonił się nisko i bez powodu, długo całował moją drżącą rękę. Coś gorącego było w jego oczach, zasnutych rzęsami. Mnie zaś oblał war. Żywo pobiegłam naprzód. On szedł za mną wolno, z flegmą zapalając cygaro. Ach, jak mnie ten anglik drażni i jak... porywa. Co się ze mną dzieje, na Boga, na Boga!
Tegoż dnia przedstawił mnie swojej matce, która bawi w Nicei. Wahałam się, ale prosił mnie o to, prawie nakazując. Lęk mnie ogarniał na myśl o spotkaniu tej wielkiej damy, chociaż była polką. Słyszałam od pani D’Ivonie, że bardzo kocha swego jedynaka. Pani Dovencourt-Howe siedziała w swym fotelu, na Promenade des Anglais, za nią stał nieodstępny groom, który ją wozi, gdyż lady Dovencourt cierpi na lekki paraliż nóg. Gdyśmy się zbliżali z Arturem, matka jego czytała dzienniki w cieniu wielkiego parasola. Trapiła mnie myśl, czy się jej podobam. Miałam na sobie skromny, ale elegancki kostjum ciemny i zgrabny Windhorst na głowie. Chciałam wyglądać dobrze. Podeszliśmy. Lady Dovencourt-Howe w swych czarnych etaminach i koronkach, wyglądała bardzo poważnie i surowo. Na siwych pasmach włosów spływała pajęczynowa czarna koronka; twarz blada jak z kości słoniowej i duże siwe oczy, — miały w sobie wdzięk i wybitny typ starej rasy. Gdy mnie Artur przedstawił, utkwiła w mej twarzy badawczy ale miły wzrok, poczem podała mi białą, wązką, wytworną rękę z uśmiechem.
— Przepraszam panią, że ją tak witam, lecz nogi mam słabe — rzekła bardzo uprzejmie. Wskazała mi miejsce przy sobie. Artur stał. Rozmawialiśmy chwilę o jej zdrowiu i klimacie, lecz szybko zmieniła temat, pytając o Polskę, o moje rodzinne strony i najbliższych krewnych. Zauważyłam, że chociaż delikatnie, ale wyraźnie bada mnie oczyma i widzi tylko mnie, osobę, człowieka, twarz, oczy, — nie przesuwa jak inne pospolite kobiety wzroku po szczegółach ubrania. To mnie do niej dobrze uprzedziło. Po pewnym czasie Artur odszedł do Palais de la Jeteé, by kupić bilety na jakiś koncert. Zostałyśmy same. Lady Dovencourt patrzyła na mnie uważnie, ja zaś pod tym przejmującym wzrokiem doznałam lekkiego niepokoju.
— Czego ona tak patrzy?..
Pytając spojrzałam na nią. Pochyliła się ku mnie i, kładąc swoją miękką dłoń na mojej ręce, rzekła z prostotą, cichym, słodkim głosem:
— Sądziłam, że... jesteś piękniejsza.
Uczułam żar na twarzy i jakąś wewnętrzną miłą falę ciepła. Dziwne wrażenie zdumienia z powodu tej szczerości pierwszy raz poznanej kobiety, — zawstydzenia, że zawiodłam jej nadzieje i radości... głębokiej radości, że pomimo, iż nie jestem piękną, jaką powinna być kobieta w mniemaniu tej pani, by zainteresować jej syna, to jednak... to jednak...
Prawie odruchowo, wiedziona szczególnym popędem uczucia i wdzięczności dla jego matki za tę jej szczerość kochaną, która mi tyle, tyle powiedziała, pochyliłam się nagle do jej ręki i ucałowałam ją gorąco. Staruszka drgnęła, poczułam jej serdeczny uścisk i dotyk ust do mojej skroni.
— Przepraszam cię, dziecko, za moją bezceremonjalność, jestem polką jak i ty. Bardzo się cieszę, że pani nie... obraziłam, to miły dowód, że nie jesteś próżną.
W tej chwili podszedł Artur z kimś jeszcze. Podczas ogólnej rozmowy spoglądał na mnie z pod rzęs. Znalazł sposobność, by powiedzieć:
— Ma pani zorzę promienną na twarzy...
— Bardzo mi się podobała pańska matka, — palnęłam najniedorzeczniej.
— Tak... To mię cieszy. Posiada więc moja matka taki wpływ czarujący.
— Tak, to jej wpływ.
— Muszę to zbadać głębiej.
Nie mówiliśmy o tem więcej. Jestem istotnie pod wrażeniem tej dostojnej pani. Ma niezwykle szlachetną postać i coś, co przykuwa do siebie. Jest polką a jednak wyszła za anglika i była bardzo szczęśliwą. Dovencourt mi opowiadał trochę o jej rodzinie, pochodzącej ze starego i zacnego rodu z Wielkopolski. Gdy była mowa o jej rodzinie lady Dovencourt rzekła
— Burba... to stara i dobra szlachta.
Boże... Boże... co mi w głowie.
Artur wywiera na mnie wpływ niebywały, niepokojący. Przed zabawą kwiatową w Monte-Carlo państwo D’Ivonie i jeszcze parę osób zaprosiło mnie do ukwieconego samochodu, który miał otrzymać pierwszą nagrodę. Automobil czarny w kształcie torpedy zatrzęsiony był ponsowemi gwoździkami. Tonął w gwoździkach. Panowie w czerni, panie postanowiły być w sukniach czarnych jedwabnych z pękami gwoździków purpurowych przy gorsach. Miałam szaloną ochotę być w tym samochodzie, tembardziej, że mi mówiono, iż proszonym będzie również Dovencourt. Całe towarzystwo zebrane w hotelu paryskim omawiało szczegóły zabawy. Otoczono mnie kołem, prosząc o decyzję ostateczną. Artur stał nieco dalej, rozmawiając z Verrunim, Włochem. Słysząc, że mnie przynaglają, przerwał nagle rozmowę i utkwił we mnie wzrok badawczy, pytający. Zachwiałam się w swoim postanowieniu. Poprzez głowy otaczających mnie osób, patrzałam w przymrużone oczy Artura z dreszczem niepokoju, czując, że on mi coś nakaże. Artur wolno obcinał cygaro i z twarzą zimną, sztywną jak posąg, z lekko pochyloną głową nie spuszczał ze mnie wzroku, którym mnie wprost zniewalał. Odczułam go i jak zahypnotyzowana po długiej chwili walki z sobą odmówiłam udziału w zabawie kwiatowej, chociaż perspektywa jeżdżenia pięknym, ukwieconym samochodem uśmiechała mi się bardzo. Ale nie! On mi tego zabrania, on tego nie chce, czytałam to w jego oczach. Odmowa moja wywołała zdumienie i oburzenie, widziano bowiem poprzednio mój zapał i szczerą chęć do tej zabawy.
Artur proszony o to samo, odmówił grzecznie lecz stanowczo. Odetchnęłam. Gdyśmy się znaleźli oboje w parku, spytałam go wprost.
— Dlaczego mi pan nie pozwolił na taką dla mnie przyjemność... Tak tego pragnęłam.
Na jego twarzy drgnęły muskuły, oczy spuścił na mnie, objął mnie całą tym aksamitnym wzrokiem i rzekł miękko:
— Jednak pani odmówiła.
— Bo pan mnie do tego... skłonił... Nie byłabym, w stanie w onej minucie przyjąć zaproszenia. Za nic.
Ujął moją rękę i, odwracając ją dłonią do góry, ucałował krótko, chyląc nisko głowę. Oblał mnie żar, szliśmy chwilę milcząc, poczem on rzekł matowym głosem:
— Widok pani w tym samochodzie defilującym w tłumie, w gronie tych osób, w uniformie tych pań byłby dla mnie zbyt przykrym. Jestem egoistą, więc panią izoluję dla siebie tylko. — Unosi mię duma, że mnie pani... zrozumiała.
— Czy tylko to... — spytałam nieśmiało.
A on odrzekł ciszej z naciskiem.
— Może zbyt wiele mógłbym wypowiedzieć, ale niech mnie pani zawsze jednakowo odczuwa, wówczas wątpliwości znikną. Tego pragnę.
Szliśmy długo bez słowa.
Zupełnie, zupełnie jestem przez niego opanowana.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wtem jakiś szczególny odgłos zwrócił uwagę Elży. Podniosła głowę i przez kilka chwil nasłuchiwała pilnie. Z poza okna, zda się z pod ziemi płynęło przeciągłe wycie jakby jęk żałosny.
— Co to jest?... Upiory cmentarne sabat swój odprawiają... Co to się dzieje? — spytała Elża samej siebie z przykrym dreszczem trwogi.
Usłyszała pukanie. Z okrzykiem skoczyła ku drzwiom i gwałtownie szarpnęła je. W progu stał młody Burba.
— To ty, Tomku! co się stało?
Tomek milczał, chłonąc ją wzrokiem. Elża oprzytomniała. Dopiero teraz spostrzegła, że jest w negliżu. Cofnęła się żywo w tył zawstydzona.
— Przepraszam, jestem nieubrana.
Z poza zamkniętych drzwi spytała powtórnie:
— Co się stało, Tomek?..
— Nie trwóż się... Elżo... tylko sądziłem, że jeszcze nie śpisz.
Drżący głos jego, jakiś zupełnie zmieniony, mimo trwogi, rozśmieszył ją.
— No nie śpię, ale o co chodzi?
— Słyszysz, wilki wyją, przyszedłem, aby cię ostrzec, że zaraz będziemy strzelali.
— Teraz, w nocy?...
— Ze strzelnic, więc bałem się, że cię przestraszymy. Zresztą myślałem, że nam zechcesz towarzyszyć. Wilki są pod samym domem, pożerają barana, możesz je z okna zobaczyć.
Gorską ogarnęła gorączka myśliwska.
— Ach, Tomek, zaczekajcie na mnie, zaraz przyjdę. Nie idźcie bezemnie na strzelnicę.
— Poczekam na ciebie tu.
— Dobrze, dobrze.
Zamknęła drzwi i jęła się szybko, jako tako, ubierać. Po kilku minutach zgasiła lampę i wyjrzała przez okno. Gdy oko oswoiło się z mrokiem, dostrzegła w oddali, w zaćmie śnieżnej, kilka ciemnych punktów kręcących się zajadle. Dreszcz nią wstrząsnął.
— Niebywała rzecz!
Wyszła na korytarz.
— Tomek, jesteś?..
Burba podsunął się w milczeniu i wziął ją za rękę.
— Chodźmy tędy prosto na schody; trzymaj się mnie, Elżo.
Oparła się na jego ramieniu, a on ją wiódł przez ciemny korytarz w zupełnej ciszy nocnej. Trzymał ją silnie i miękko. Elża słyszała przyśpieszone bicie jego serca i odczuła, że dzieje się z nim coś niezwykłego.
— Czego tak drżysz, Tomku, czy to tak się objawia żyłka myśliwska?..
Tomasz milczał.
— Okropnie jestem ciekawa tego polowania. Co ci jest, Tomku? nic nie odpowiadasz.
Tomasz nagle przystanął. Podsunął Elżę naprzód, ku schodom, i zawołał zdławionym głosem:
— Idź na górę, te schody cię zawiodą... na strzelnicę, ja... zaraz przyjdę.
Puścił jej rękę i szybko oddalił się.
— Tomek.
Ale Burby już nie było.
— Oszalał, — przemknęło przez myśl Elży. Wzruszyła ramionami i pobiegła na górę. Stopnie schodów, obite grubym wojłokiem, głuszyły jej kroki. Nagle owiał ją chłód i czyjaś ręka ujęła ją za ramię.
— Cicho. Czy to Elża?..
— Ach, to dziadzio?..
— Gdzież Tomek?..
— Po coś tam poszedł jeszcze.
— Marudzi, a już najwyższy czas, wilki tuż. Cicho...
Elża, wciągnięta przez starego, stanęła w rogu strzelnicy pod daszkiem, Obok niej stał Uniewicz i gajowy, Stacho Domalewski, obaj ze strzelbami, gotowemi do strzału. W drugim rogu znalazł miejsce stary Burba i sybirak, pan Krywejko. Uniewicz podał Elży lekką i zgrabną fuzję.
— Proszę, to dla pani przygotował Tomek.
Wzięła broń, radośnie zdziwiona.
— Ach, panie. Czy będę mogła strzelać?...
— O ile pani czuje się na siłach.
— Ale czy trafię do wilka?..
— Ba, to inna rzecz.
— Ciiiicho, — ostrzegał stary Burba niecierpliwie.
Umilkli. Młoda kobieta patrzyła w dal na czarny bór i ciemne żywe plamy wilków na śniegu. Zaczynała się niepokoić coraz więcej, wytężając wzrok przed siebie. Tymczasem wilki zbliżały się do domostwa, a gdy już słychać było ich wark i charkotanie, stary Burba syknął cicho ze złością:
— Tomek, błazen, nie przychodzi.
— Czemu nie strzelacie? — w samo ucho Uniewiczowi szepnęła Elża. Lecz on położył tylko palec na ustach.
Elża stwierdziła niesłychaną czujność wilków. Najbliższe z nich stanęły jak wryte, nastawiły słuchy i kręciły trójkątnemi głowami, węsząc. Oczy ich świeciły w ciemnościach, jak małe płomyki.
W tej chwili cicho wsunął się Tomek. Był bez czapki. Stanął przy Uniewiczu i w milczeniu wziął swoją strzelbę.
— Pal, Tomek, — szepnął ojciec.
— Coś ty kąpiel brał? — spytał jednocześnie Uniewicz.
Huk strzału zatrząsł, zda się, ścianami domu. Wilk najbliższy rozciągnął się na śniegu. W ślad za pierwszym strzałem huknęły trzy inne i znowu Tomek pociągnął za cyngiel. Pomiędzy czarnemi plamami martwych wilków żywe biegały we wściekłych skokach, spłoszone, ogłupiałe z przerażenia. Jeden zapędził się prawie pod sam dom.
— Ten mój! — krzyknęła Elża i wymierzyła.
Jednocześnie z nią strzelił Tomasz Burba tak, że dwa te strzały zlały się w jeden. Nieruchome cielsko na śniegu było jego rezultatem. Gdy Gorska po strzale spojrzała przed siebie, nie było już na pobojowisku ani jednego żywego wilka, — czerniło się tylko kilka trupów. Przerażone stado zwierząt w panicznej ucieczce dosięgało już lasu.
— Brawo, pani Elżo! Pyszny, śmiertelny cios, — wołał Uniewicz.
— Śmiertelny duet, niech pan powie, — sarknęła gniewna.
— Ach, więc pani zauważyła?
— Tomek wyrwał się jak Filip z konopi z tym swoim strzałem. Mógł tego wilka darować mnie.
— Toż zostaw, Elżuniu, wilk poszedłby w bór cały, a teraz, ot leży bestja.
— Mogłam go sama zabić.
— Ach, facecja, na to trzeba wprawy. No, udała się zasadzka. Zejdźno, Stachu, serce, i przelicz, ile ich tam jest, a uwolnij brytany z więzienia. Ja strzelałem tylko raz.
— A mnie strzelba spaliła na panewce, — żalił się Sybirak.
— Ja dwa razy, — rzekł Uniewicz.
— I ja dwa, — dodał Stacho, — ale najwięcej walił panicz.
— Strzelałem cztery razy, — mruknął Burba.
— I pół, — dodała Elża zła, — ja zaś tylko pół, złożona z tego całość zabiła wilka.
— Nie, wilk jest wyłącznie twój, ja spudłowałem.
— Dziękuję ci, Tomku, za twoją uprzejmość, ale trzeba dać świadectwo prawdzie. Trudno!
— A przedewszystkiem nie przyznawaj się nigdy do pudła wobec kobiety, — rzekł Uniewicz tonem mentorskim.
— Otóż właśnie, słuszna uwaga i doświadczona, — zaśmiał się stary Burba. — No, a teraz spać, mili państwo, wilki pozbieramy jutro, jeszcze nad nimi psy odprawią larum.
Zeszli razem ze strzelnicy. Gdy w korytarzu oddawali sobie dobranoc, pan Cezary, całując głowę syna, zawołał zdumiony:
— A toż co, lałeś wodę na głowę, czyś tak spotniał? Patrzajcie, jakby nurka dawał, taka mokra głowa.
Uniewicz zaś dodał:
— Odrazu to spostrzegłem i pytałem, czy brał kąpiel. A on sobie widocznie jak Kmicic wodę na łeb lał. Ale chyba nie z powodu wilków...
Tomasz milczał. Gdy podszedł do Elży, nagle chwycił jej obie ręce i gorąco, namiętnie prawie do ust przycisnął. Nikt tego nie spostrzegł. Tomek podskoczył za ojcem i Uniewiczem, Elża zaś wpadła do swego pokoju z dziwnym jakimś dreszczem. Rozebrała się szybko i położyła, nie zapalając światła. Była pod szczególnym wrażeniem, natłok myśli nie pozwalał jej zasnąć. Wzrok Tomka, gdy mu otworzyła drzwi, i późniejsze jego zachowanie się, było dla niej nazbyt wyraźne, by nie zrozumieć, co się z nim dzieje. Spostrzegła to zresztą już parokrotnie. Odkrycie to bawiło ją i wzruszało, dziś jednakże drgnęło w niej jakieś inne uczucie i zaniepokoiło ją silnie. „Jakże można, czyż to możliwe, wszak tamten jedynie istnieje i panuje”, — robiła sobie wymówki, a sumienie odpowiadało: „wszak odtrąciłaś tamtego i wspomnienie o nim zatracić chcesz, dopełnia się twój wyrok łatwiej niż przypuszczałaś, ucieczka z pod wpływu tamtego odniosła skutek”. „Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę!” — wołała strwożona. „Czemu kokietujesz Tomka?” — zapytał inny głos wewnątrz. „Czemu?” — pytała sama siebie w zdumieniu — „nie znam celowej i sztucznej kokieterji, więc jeśli robię to bezwiednie, czyż moja w tem wina?..”
Rozmowa z własnem sumieniem nie uspokoiła Elży. Przeciwnie, obrony nie znajdywała przed sobą, gdyż istotnie Tomasz podobał się jej coraz więcej. Tak różnił się od Artura, ale pomimo to był dziwnie pociągający nieprzemożną siłą kontrastu. Tamten niepokoił, drażnił, — ten oddziaływał raczej kojąco, łagodził nerwy pomimo swej buńczuczności i zawadjactwa. W tamtym przeczuwało się pod grubą powłoką lodową ogień, podsycany zwolna i umiarkowanie, — ten oddziaływał wybuchowo jak płomień, który parzy, ale jest miły i nie wzbudza lęku. Tamten porywał trochę po szatańsku, — ten unosił, jak burza. W tamtym był jakiś urok tajemniczy a potężny, czasem wzbudzający grozę, — w tym bezpośrednio przebijał czar młodej i dzielnej natury męskiej.
„Ten złoty Tomek, jest dla wszystkich zrozumiały, — Artur dla wybranych”, — myślała Elża, pełna wewnętrznej podniety.
Myśli tłoczyły się jedna za drugą, sen odleciał zupełnie. Obrazy Riviery nasuwały się plastyczne, pełne życia i kolorytu. I powoli, powoli — Warownia, Burbowie, strzelanie do wilków, zima, śniegi, bory, wszystko to malało, nikło gdzieś, zapadało, wreszcie rozwiało się zupełnie. Majaczył najdłużej Tomek Burba i jego oczy, te dziwne oczy, gdy spotkały ją w białym negliżu. Widoki jasnego brzegu panoszyły się despotycznie. Nadpływały coraz nowe, zasłaniając sobą wszystko. Tomek Burba jeszcze trwał: jego oczy i głowa, zlana wodą. Istotnie, — archaiczny, kmicicowy sposób, gaszący zapały, widocznie skuteczny, bo jakże on później celnie walił do wilków. Tomek trwa, ale oto nasuwa się wysoka rasowa postać Artura, smukła i taka wykwintnie patrycjuszowska, więc Burba nagle maleje i chwieje się, jego oczy ciemno-błękitne, takie energiczne i pełne iskier, gasną, zacierają się pod mocą magnetyczną przymrużonych źrenic tamtego. Dovencourt wypływa na falach wizji niby potężny pancernik, przed którym szybko, szybko cofa się żaglowiec — Tomek. Wreszcie zatonął zupełnie w spiętrzonych falach morza wspomnień. Wizją, tęsknotą, wyobraźnią stanęła tam wśród słońca, błękitów, kwiatów i słodkiego szumu morza. Widzi się oto na tarasach Monte-Carlo. Jest wieczór, niebo granatowe, a przezrocze, jakby czarny djament, połyskujący mnóstwem brylantowych gwiazd. Taki sam czarny djament, tylko płynny ma pod stopami. Poza nią kasyno jarzące od świateł, niby wielka czarodziejska latarnia zaczarowanej nocy. Dalej błyszczą hotele, pałace; coraz wyżej, wyżej lśnią pojedyńcze światła, ogniki lamp. Przed nią, poza płynną taflą czarnego djamentu majaczy Monaco, łyskające słabem światłem, nikle również zarysowuje się świetlna szarfa bulwaru Condamine na prawym brzegu. Latarnie oddalone gasną wobec magnackiego przepychu rakiet, tryskających z wyniosłego cypla Monaco. Jest jakaś uroczystość i dlatego puszczają cudowne te ognie. Na tarasach tłumy wyległe z sal gry kasyna, zebrane z całego wybrzeża. Stoją Chreptowscy, D’Ivonie z żoną, ale Artur i Elża są nieco odosobnieni od wszystkich, poza tłumem. Przed chwilą ona, zmęczona gwarem sal gry, uciekała na górę gmachu, do bibljoteki. Spotkała Artura już przy schodach w momencie, gdy jakiś przygodny adorator, moskal, czy gruzin o bardzo wyraźnym charakterze swej rasy, prześladujący ją wzrokiem cały dzień, spieszył za nią również do bibljoteki. Dovencourt-Howe zauważył to, a gdy dostrzegł niepokój w jej spłoszonych oczach, stanął przy niej spokojnie, zimny i sztywny jak zwykle, zamykając przejście napastnikowi, i tak wymownie spojrzał mu w oczy, że tamten, jak po policzku, cofnął się wgłąb atrium. To nieme zwycięstwo Artura uradowało ją niezmiernie. W bibljotece podziękowała mu gorąco, a on, uścisnąwszy jej dłoń, rzekł krótko:
— Chcę czuwać nad panią.
Zaraz potem zaczęło się puszczanie rakiet. Oboje wyszli na tarasy, złączywszy się z towarzystwem, lecz wkrótce jakby niechcący znowu się odsunęli. Ona była pod potężnym wrażeniem jego mocy i tajemniczego uroku, jaki posiadał. Stała przy nim blisko, on ją odgradzał od tłumu, opiekował się nią jak dzieckiem, czuła się bezpieczną, wyjątkowo spokojną i upojoną. A przed nimi działy się cuda. Z wzniesionego nad zatoką cokołu skały Monaco wykwitł nagle olbrzymi bukiet krwawo-ponsowych i purpurowych maków, wielkich, z czarnemi trzęsieniami środków. Bukiet wystrzelał pod ciemny, gwiaździsty strop nieba szalonym pędem, rozwiązywał się w powietrzu i, rozsypany, opadał pojedyńczemi kwiatami ku morzu, kapiąc gęsto karminem płatków. Zaledwo stopiły się gorące maki, gdy oto wytryska snop białych, przeczystych lilij. Kolosalne kwiaty, drżące wewnątrz swych kielichów pomarańczowo żółtym piórkiem, zwisają ciężką więzią i pojedyńczo chwieją się w powietrzu coraz niżej, niżej, aż kładą się cicho na fali, toną w jej ciemnej lawie. Za liljami wyfruwa niezliczone stado bajecznie barwnych motyli. Są ogromne o szerokich skrzydłach koloru drogich kamieni, lecą wysoko w górę, zda się szum ich słychać, lecą chmurą, wtem, — oddziela się kilka od masy i oto rozpryskują się na wszystkie strony, całe niebo osnuwają świetlną tęczą swych kolorowych skrzydeł i lot ich opada, obniża się, aż giną w falach. — Nowe więzie kwiecia wyrzuca cokół Monaco; teraz — rozchwiane, gorąco-żółte pióra chryzantemów. Wspaniałe korony kwiatów olśniewają przepychem, zdobią przez kilka sekund ciemne przestwory nocy i, posłuszne przeznaczeniu, płyną w toń morską. Coraz nowe niespodzianki pojawiają się na granatowem niebie; kwiaty, rajskie ptaki, wreszcie deszcz gwiazd złocistych, a wszystko z charakterystycznym pękaniem i trzaskiem suchym. Po rakietach, witanych oklaskami zachwyconych widzów, strzelały hen, w górę, przebijając jakby niebo, gigantyczne świece rzymskie, niesłychanie długo palące się pod obłokami i w gęstych brylantowych łzach z sykiem zanurzające się w wodzie. Elża, pierwszy raz widząc takie cuda techniki sztucznych ogni, była oczarowana. Zionący huraganem płomieni cokół skalny Monaco przerażał złudzeniem żywiołowej katastrofy pożaru, takie łuny szalały nad nim. Cichym głosem Elża wyrażała swe zachwyty Arturowi, z przedziwnie miłem uczuciem, że jest z nim i z nim razem patrzy na te zjawiska. Aż oto, zaniepokojona jego milczeniem, podniosła na niego oczy. Przeniknął ją ostry, jak iglica, bolesny dreszcz. Dovencourt spuszczoną miał lekko głowę i patrzył na nią tak, jak nigdy. Było w tym wzroku wszystko, co może wyrazić mężczyzna wybranej kobiecie; więc była przedewszystkiem — miłość i rzewność jakaś przenikająca do głębi i namiętność tytaniczna, hamowana siłą woli. Nie trzeba słów; takie nieme patrzenie mówi wszystko, co dusza chce wypowiedzieć, nie zatai nic, wyjawi całe credo istoty, zdradzi najtajniejsze uczucie. Zdrętwiała, zamarła prawie pod wrażeniem wymowy jego oczu. Stała przy nim, jak zahypnotyzowana, nie spuszczając powiek, bojąc się drgnąć, by nie uleciał czarowny urok tej chwili. Znikły dla niej łuny świetliste sztucznych ogni, zgasły rzymskie świece i trzask rakiet, sypiących kwiaty i gwiazdy, widziała tylko ciemne oczy Artura. Gdyby ją teraz pociągnął w morze, poszłaby bez wahania; gdyby ją zabijał, nie czułaby bólu i lęku. Zapanował nad nią wszechwładnie jak tyran, jak demon. Wszystko, świat, skały, morze, tarasy, tłumy zawirowały w jej umyśle huraganowym pędem, runęły w bezdeń otchłanną, nad którą stali tylko — ona i... Artur... Rozkosz, zapomnienie i szał, a potem — niech zaniknie dusza i ciało, byle się nie ocknąć, byle w tym uroku zginąć.
Dotknięcie ręki jego sparzyło ją jak rozpalony węgiel. Zadrżała. On pochylił niżej głowę i szepnął ledwie dosłyszalnie:
— Elly... pójdziemy razem... w świat.
— Dobrze, — odrzekły bezpamiętne jej usta.
Lecz w tej chwili ocknęła się. Zerwał; zerwał złotą nić czaru. Poco ją zerwał?..
— Co, co pan powiedział?.. — zapytała roztargniona. Poco ten zgrzyt?
Ścisnął jej dłoń mocno.
— Elly... pani Elżo, proszę się przebudzić. Czy ty wiesz, coś mi odpowiedziała?..
— Wiem, tylko, że coś prysło, co powinno było trwać.
— Chcę właśnie to... utrwalić.
— Nie, nie, nie można, pan wie, że... nie można.
Nowy wybuch ogni na cokole Monaco otrzeźwił ją zupełnie. Zerwała się gorączkowo, jakby do lotu, ale on ją silnie zatrzymał za rękę.
— Dokąd... pani?..
— Chodźmy stąd! — krzyknęła prawie głuchym głosem i zawołała znajomych. Artur puścił jej dłoń i wyprostował się sztywno. Podszedł D’Ivonie. Po kilku słowach o rakietach, wesoły francuz spytał:
— Co robimy z resztą wieczoru?..
— Chodźmy do kasyna, — rzekła jego żona.
— Jedźmy w góry samochodem, — sucho zaproponował Dovencourt.
— Jakto, teraz w nocy?..
— Nic nadzwyczajnego, powiozę sam.
D’Ivonie błysnął niebieskiemi białkami oczu i zrobił zdecydowany ruch ręką, poczem rzekł z naciskiem:
— „Powiozę sam”. To absolut, to już pewnik, niweczący wszelkie obawy, to twierdzenie zasadnicze, gwarantujące bezwzględne bezpieczeństwo. Dobrze mieć taką pewność siebie, opartą na uznaniu opinji.
Niezwykłą przyjemność sprawiły Elży te słowa, spojrzała na Artura; zimna maska jego nie wyrażała żadnego uczucia, był to inny człowiek, niż ten, który przed chwilą patrzył na Elżę i mówił do niej. Wtedy był — dla niej, teraz jest — dla ludzi. Jakże ją upajała ta jego znamienna odrębność.
Projekt Artura przyjęto z zapałem. Elża porozumiała się z wujostwem i w kwadrans potem byli już w samojeździe Artura. Ona siedziała obok niego, za nimi D’Ivonie z żoną, Chreptowska i Verruni, młody Włoch, literat-marzyciel. Ruszyli z pod kasyna i, minąwszy Monaco, pędzili drogą górną, zwaną „route de la vielle corniche”. W dole widniało morze, światła, osady i ludzie. Nad niemi — niebo przesiąkłe granatem nocy, zamieć gwiazd złotych i brylantowe pyły dróg mlecznych, i przestrzeń powietrzna szeroka, świeża, pełna upojnej czystości. Pędzą po skalnych drogach, — nad niemi wiatr jeno po skałach hula i świszczę, rozdrażniony pędem samochodu. Elża nie uczuwa żadnej trwogi; przecie maszynę prowadzi Artur, więc jest taka spokojna, taka szczęśliwa. Coś tam do niej mówi Chreptowska, Verruni prosi ją, by improwizowała opis tej nocy i jazdy podniebnej, bo lubił, gdy słowami malowała naturę. Jej opowiadanie nazywał „epiczno-malowniczą ilustracją”. Ale ona odpowiada im półsłówkami, zbywa ich byle czem — w uszach jej brzmią ustawicznie słowa Artura: „Elly... pójdźmy razem... w świat“ — oczy jej zatopione są ciągle w jego ciemnych, lekko przesłoniętych powiekami, źrenicach, w których wyraża wszystko to, co może wyprowadzić z równowagi umysł kobiety. A przytem siedzi tuż blisko przy nim, widzi go obok siebie, obserwuje jego rękę, opartą na kole steru, rękę, w której trzyma życie jej, własne i tych czworga, za nimi siedzących.. Jadą nad przepaściami, — jedna omyłka, jeden fałszywy kierunek i będą zgubieni. Ale ona mu ufa i nie tylko ona, bo i tamci. Ona jechałaby z nim, pod jego opieką i kierunkiem w świat tak, jak on chce.
Wspomnienie Elży zaczyna przeistaczać się z przeżytej wówczas prawdy w fantazję. Pęd automobilu staje się już nienaturalnie szybkim; to raczej — lot ptaka. Góry wznoszą się niebywale i sięgają nieba; trącane przez nie gwiazdy osypują ich deszczem złota, a oni — pędzą, lecą wzwyż, sami już, we dwoje, zapatrzeni W siebie, gdzieś poza kręgami bytu ludzkiego. Elża słyszy jeszcze szum automobilu i powiew z górskich wichrów, czuje plastycznie obecność Artura przy sobie i łowi nozdrzami woń dymu jego cygara. I słyszy wciąż jego słowa: „Elly... pójdźmy razem... w świat” i swoją odpowiedź: „dobrze”. Ale czy to jej odpowiedź?.. Głos płynie gdzieś z daleka, jakby z za gór, z poza tej granatowo-gwieździstej przestrzeni. I wszystko gdzieś się oddala, głuchnie, maleje...
Elża zasnęła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Obudził ją dziwaczny jakiś i dość brutalny odgłos. Pokrzepiona snem, oprzytomniała odrazu i usiadła na pościeli..

— Co to jest?... Ach, rogi myśliwskie! Obława.
Zerwała się gwałtownie, zawstydzona, i skoczyła do umywalni. Gdy, ubrana już, wyszła do stołowego pokoju, zastała tam trzech mężczyzn przy śniadaniu i krzątającą się panią Burbinę. Oczy Tomasza błysnęły na jej widok. Pan Cezary zawołał wesoło:
— Ot, zuch — Elżunia! Tomek nie pozwalał dąć w rogi, bo bał się ciebie obudzić, a ona już na nogach.
— Właśnie obudziło mię granie rogów.
— A co, widzi ojciec, — z lekką wymówką rzekł Tomek.
— No, tak i cóż za bieda! Jak obława, to obława. A teraz, moja miła waćpanno, jakże humor służy, bo wczoraj na strzelnicy był wcale kwaśny?.. Tak, czy odrazu wyruszasz z nami w knieje, czy potem z babami i bigosem przyjedziesz?
— Z jakiemi babami znowu?..
— Sąsiadek parę przyjedzie do Urszulki. A koło południa przywieziecie nam bigos i starki.
— Toż chyba Elżunia niech ze mną zostanie, przystojniej, — odezwała się pani Urszula.
Elża złożyła ręce błagalnie i wdzięcznie spojrzała w oczy dziadka.
— Ja tak pragnę zobaczyć obławę. Weźcie mnie z sobą. Babcia się nie zagniewa?.. — spytała Burbinę z przymileniem. — Babciu, proszę o urlop.
Jednocześnie, przebiegając koło Tomka, rzuciła mu w ucho cichutko:
— Zlituj się, ratuj mię od tych bab.
— Masz rację! Proś ojca, — odszepnął.
Ale pan Cezary już wolał:
— No, tak i jedź z nami w bór. Urszulka tu z Jasiową, gospodynią i kuchtą dadzą sobie rady, a my — marsz do kniei.
— „Na łów, na łów, towarzyszu mój” — zaśpiewał basem stary Burba, chwycił Elżę i wycisnął na jej czole głośny pocałunek. Ona objęła go za szyję i wycałowała rzetelnie.
— Ach, ty urwisie. Patrzaj, jak całuje zgrabnie; nawet nie wiedziałem, że tak potrafisz.
— Rozbisurmani się do reszty pod twoją opieką, Cezary, — zrzędziła pani Urszula,, z kolei teraz wycałowana przez Elżę.
— Mantyczysz, serce, a uśmiechasz się i nadstawiasz policzki. Facecja! No, tak teraz, Elżuniu, Tomka pocałuj, a to on prowadzi obławę, gotów cię nie zabrać.
— I mnie się coś należy — dodał Uniewicz skromnie.
Tomek sponsowiał i nagle zbladł. Elża złożyła obu panom głęboki aż do ziemi, dworski dyg, z twarzą pełną uśmiechów.
— Niech wam to wystarczy.
Wybiegła z pokoju.
— Czysta zawierucha, — śmiał się stary Burba, lecz, spojrzawszy na syna, spoważniał.
— No, Tomek, kiń niebieskie migdały, bo wilki na nas czekają.
— Lękam się, że ich dziś niewiele padnie z fuzji Toma przy takich konjunkturach, — zauważył Uniewicz.
— A z pańskiej, panie Melu? Ha?! Ot śmiałbym się, gdyby tu... kocioł garnkowi przyganiał.
— Eee, ja jestem już trudny do osmolenia. No, panowie, jeszcze po kieliszku starki. Tobie, Tomek, radzę nie pić.
Ale młody Burba już wybiegł z pokoju.
Troje sań sunęło cicho po kopnej drodze wśród czarnego boru, bez jańczarów, nawet bez prychania wyuczonych koni. W pierwszych małych saneczkach: Tomek i Uniewicz, w drugich: Cezary Burba z Elżą i na końcu, w dużych, rębnych saniach: stary pan Krywejko i Stacho Domalewski z gajowymi. Elża rozmawiała przyciszonym głosem z dziadkiem, wypytując go o szczegóły polowania i słuchając jego myśliwskich wywodów, z wielką i nową dla siebie przyjemnością. Stary pan rozgadał się, co chwila mówił — „cicho!” — jakby do Elży i do siebie, ale rozmowę dalej prowadził. Opowiadał o polowaniach w Warowni i w odległych kniejach, przypominał różne wypadki niebezpieczeństwa. Gorska słuchała z prawdziwym zajęciem.
— Patrz Elżusiu, — oto nasz „Pyszny Bór”, — rzekł stary Burba.
Niebotyczne sosny i wyniosłe, zwiesiste, sumiaste jodły pokryte były grubą okiścią śniegu i szronu. Nadawało to im wyrazu wiekowej sędziwości. Szczególnie jodły, których zwieszone festony igliwia, oblepione były białemi błamami śniegu, miały wygląd praojców tego boru, ich królów i władców. Przepychem tchnęły gałęzie, imponujące wielkością i majestatem wysokości podchmurnej. Elża spoważniała, zacichła. Z nabożeństwem prawie rozglądała się dokoła, podziwiając kolosalne pnie, zanurzone w topieli śnieżnej. Wszędzie białe połacie śniegu, białe futra. Elża zaczęła mówić prawie szeptem:
— Niech dziadzio patrzy — bór cały w bieli zaklęty, śni biały sen. Jak tu cicho, jaki spokój otchłanny, jaki mistycyzm rozlany W naturze. Świat zatrzymał się na progu tego boru i nie ma odwagi wniknąć do jego głębin, bo tak się zasadniczo z nim różni; świat to zmysły, a w tym borze panuje duch. Tu się może odbywają tajemnicze misterja nieznane ludziom, bo tu tak czysto, a tak szeroko dla myśli. Pierwszy raz w życiu widzę taką puszczę magnacką i zdaje mi się, że ją rozumiem, ale jej jeszcze nie zgłębiam. Zbyt wielka potęga jest w tej pustoszy i boska dwoistość: wielmożność bytowania, materjalnego jakby, oraz idealny spokój niebytu, coś niby nirwana buddystów. Głusz, zamykająca w sobie całą zagadkę życia. Mam wrażenie, że bieg ludzkich myśli i natchnień skupia się w tym borze, że tu ucieka wszystko, co najlepsze w świecie, i poza jego progiem śni swój biały sen. Tu Wszystko śni i marzy. Patrz, dziadziu, na tę jodłę: Czyż można przypuszczać, że ta jodła nie myśli? Te niskie gałęzie mają w sobie godność zamyślonych matek nad losami dzieci, te ciężkie konary, to głowy obciążone zadumą i tęsknotą. Bo wszystko, dziaduniu, co żyje, to i tęskni, więc i w tym borze tęsknota istnieje i w tych konarach również. One tęsknią do szerokich prądów powietrznych, do pełni słońca, do przelotów ptasich, do gwiazd i tarczy księżyca. Ich dzieci, czyli szczyty jodeł, mają to, czego już im brakuje, mają wielki przestwór lazuru nieba i złote oblicze słońca, słyszą chrzęst piór lecących stad, szum swych czubów roznoszą w dal bezkreśną i daleko rzucają swój wzrok. A niskie konary, zakapturzone białemi puchami śniegu, słuchają tylko tego, co im mówią czuby, wchłaniają w siebie ich dreszcze i ich pragnienia i śnią w bezbrzeżnej ciszy i martwocie swój biały sen o minionej przeszłości, kiedy i same były... szczytami. Te jodły mają w sobie tęsknotę wyraźną, ale nie są smutne, są jedynie trochę ociężałe ze zbytniej wagi gałęzi, i to im nadaje taki apatyczny wygląd. Tkwi w nich energja i świadomość własnej siły i pewnik, że się jest szymś potężnem w społeczeństwie boru, że się jest wybitną jednostką. Takie przeświadczenie musi dawać szczęście — prawda dziadziu?..
Stary Burba patrzał na młodą kobietę ciekawie. Widział jej rumieńce, jej płonące podnietą oczy i — zdumiewał się.
— Czemu dziadzio patrzy na mnie tak dziwnie? — spytała niespokojnie.
— Powiedz mi, Elżuniu, czy ty nigdy wrażeń swoich nie zapisujesz?
Krwista łuna przeleciała przez jej twarz. Zanim zdołała odpowiedzieć, stary pan rzekł jeszcze:
— To nie może być, abyś ty nie pisała.
— Dlaczego, dziadziu?...
— Ot, dlaczego?... bo dużo myślisz i odczuwasz, boś wrażliwa jak rzadko kto, bo zresztą zauważyłem już parokrotnie, że umiesz słowami malować i rzeźbić. Ot te jodły bodaj, były dla mnie zwykłemi pniami, które przysypał śnieg, a teraz już mają fizjognomię taką, jaką tyś im nadała. Tak i przyznaj się, pewno mażesz bibułę?....
Elża zaśmiała się, zarzuciła staremu ręce na szyję, gorąco go całując.
— Ot mi odpowiedź? Ach, wykrętnica ty jesteś, Elżuniu. A jakże piszesz, prozą czy wierszami?
— Wierszami, trochę prozą dla siebie.
— Pewno pamiętniki?..
— Tak.
— Ot ciekawy byłbym. A drukowałaś już co?..
— Trochę, bardzo mało. Ale chciałabym dużo, dużo pisać i dobrze, tylko czyż ja potrafię?... Ej, miły Boże.
— Jak masz talent i natchnienie, tak czemuż nie! A zacznij tylko w siebie wątpić zanadto, tak i daleko zajedziesz, — do Berdyczowa, miast na Parnas.
— Wierzyć w siebie, to jeszcze gorzej.
— Trzeba pracować, moje dziecko, to najpewniejsza droga. Znasz francuskie przysłowie: le génie c’est la patience. Ot widzisz.
— Musiał je ułożyć jakiś skromny genjusz, ale genjusz i w tem cały sekret; do wszystkich się to stosować nie może, bo bez talentu i praca nic nie wskóra.
— Ty masz talent.
— Niewiadomo, dziadziu.
— No, no, mówię ci: nie oglądaj się na Berdyczów, jeśli nie chcesz w nim ugrzęznąć. Boję się tylko, że tobie za nudno w Warowni, ty do szerokiego świata stworzona, a tu głusz.
— Jest mi tu jak w raju, dziadziu, tyle nowych wrażeń.
— A ciągle myślą na Rivierze siedzisz. Ha!
Drgnęła i spojrzała na Burbę zdumiona.
— Ja? Skądże znowu?...
— A ot tak, jak o Rivierze mówisz, to się cała zmieniasz, promienie od ciebie idą. Oj ty, bałamutko, pewno tam kogo zwiodłaś i od niego uciekłaś, a teraz za nim tęsknisz.
Elża uśmiechnęła się trochę nienaturalnie, cała w ogniu rumieńca. Poczem nagle twarz jej ściągnęła się smutkiem.
— Nie, dziadziu, nikogo nie zwiodłam, — rzekła cicho.
Stary Burba przysunął wąsy do jej ucha. Szepnął:
— A... Tomka nie bałamucisz?... Hę?...
— Cóż znowu? Skądże takie przypuszczenie?!
— No, patrzajże, bo jego serce to złote, szczere, nie żadna, tam zagraniczna imitacja, to dusza — chłopak. Szczęśliwa, którą on pokocha; można go zabrać, lecz nie wolno złamać, taki już się nie sprostuje. Za wielka byłaby szkoda jego dla igraszki.
Mówił tonem poważnym, trochę surowym. Elża była dotkniętą, zwykła jej porywczość uniosła ją. Przemówiła sucho:
— Jeśli to ostrzeżenie dla mnie, dziadziu, to... zupełnie zbyteczne.
Stary nie obraził się.
— Wiem, bo cóż tam on dla ciebie, nie świetny pod żadnym względem, nie nazbyt wykształcony, jakich ty lubisz, ale i bez tego wszystkiego, to skarb dla kobiety. Ot, że chwalę własnego syna, będziesz się śmiała ze mnie, Elżuniu.
— Ani trochę, sama znam Tomka i wyjątkowo go cenię.
— Bo i ty kochane dziecko, ale z Tomkiem mam kłopot.
— Jaki?...
— At, zakochał się w jakiejś tam dziewczyninie, ona za nim szaleje i podobno, jak Uniewicz dowodzi, chcą go zawieść do ołtarza.
— To niemożliwe! — wyrwało się Gorskiej.
— Otóż to właśnie i bieda! Tomek miękki jak wosk, a ona głupiutkie biedactwo; jak go przyprze do muru, gotów ulec, a to już nie daj Boże. Tomek nie filozof, ale ono gęsiątko też nie dla niego, ani mózgiem, ani rodem, ani stanowiskiem, tylko że na licach gładka jako kwiat wiosenny. Strasznie ja się trwożę o Tomka.
Elża siedziała zamyślona z chmurą na czole i zmierzchem na pobladłej twarzy. Burba jeszcze coś mówił, lecz oto wyjechali na małą polankę, na której stało kilkoro sań i grupa myśliwych z Tomkiem na czele.
— Jesteśmy na punkcie zbornym. Zaraz hajda w las! — rzekł pan Cezary, witając sąsiadów. Poczem wszystkich przedstawił swojej wnuczce.
Obrzuciły Elżę ciekawe spojrzenia.




VII.

Obława była w pełni. Dwadzieścia kilka strzelb, licząc z gajowymi, dokonywało spustoszenia wśród kniei, niszcząc wilki zawzięcie. Zajmowane ostępy leśne huczały grzmotem strzałów; wrzaski licznej naganki, trzask kołatek, trąby leśniczych prowadzących naganiaczy, skowyt i zajadłe szczekanie ogarów, wszystko to zlało się w piekielny harmider, który ożywił bór, do nerwów ludzkich wprowadzając dreszcz namiętny i morderczą pasję. Elża jeździła po kniejach w małych saneczkach Tomka, czasem z nim, częściej z dziadkiem. Z nimi też stawała na stanowisku, niezmiernie zainteresowana polowaniem. Drażnił się z nią Uniewicz, że po wczorajszym dublecie z Tomkiem straciła werwę do mordowania wilków, gdyż nie strzelała ani razu, poprostu nie chcąc się narażać na żarty, a będąc przekonaną, że wilka nie zabije.
Na ostatniem stanowisku przed śniadaniem stała przy Tomaszu Burbie. Wilków nie było, natomiast Elża miała sposobność przyjrzeć się dzikom, których parę stad wypłoszyła naganka. Szły ociężałym galopem, roznosząc po lesie łomot swych kolosalnych cielsk. Racicami miażdżyły gałęzie, świst i rechot wściekły wychodził z ich zajadłych ryjów. Czarne, oblepione żywicą, miały wygląd śpiżowych kul. W pewnej chwili Tomek trącił lekko Elżę i wskazał jej oczyma na prawo. Spojrzała i — cichy okrzyk wypadł z jej piersi. Pełnym cwałem biegło kilka saren. Płowe ich ciała, wyciągnięte w pędzie jak cięciwy, miały w sobie wdzięk i grację, smukłe główki wysuwały naprzód, czarną błyszczącą chrapką wietrząc powietrze, rozedrgane od krzyków.
— Tomek, czy ty strzelasz do sarn?...
— Ojej! okropnie lubię. Ale dziś nie można.
— Wiem, a ja żałowałabym. Zające bym tłukła.
— Nauczę cię strzelać, jeśli chcesz?
— Ależ bardzo chcę. Naganka wraca, niema tu wilków.
Klekotały w gąszczach drewniane kołatki; pohukiwanie, świsty i hałas zbliżającej się zgrai rósł, aż zaczerniał szereg ciemnych postaci, idących ławą, z ogromnemi kijami w rękach.
Myśliwi schodzili ze swych stanowisk.
— No, teraz na śniadanie, panowie, do leśniczówki! Niewiasty nasze już tam pewno czekają.
Tomek szepnął do Elży:
— Jedź ze mną saneczkami.
Oczy jego wyrażały prośbę gorącą i pieściwą. Zgodziła się i poszli naprzód do koni. Usadowił ją, okrył jej nogi wilczurą, sam siadł zamaszyście i wesoło zaciął konie. Pomknęli pierwsi, za nimi inne sanie. Tomek obrzucił Wzrokiem postać Elży. Była w ciemnym sukiennym kostjumie.
— Nie zimno ci w tem?.. twoja dacha została w leśniczówce.
— Jest mi aż za ciepło. Patrz, ktoś jedzie naprzeciw.
— Pewno jakiś spóźniony myśliwy. Sąsiedzi nasi wytrzeszczają na ciebie oczy. Najchciwiej przygląda ci się Olgierd Poberezki, „Dziunio”. On ci się spodoba — zobaczysz! A teraz wpadniesz pod pręgierz krytyki kobiecej.
— Ta najgorsza, — skrzywiła się.
— Bo najzłośliwsza. Nasze panie obejrzą cię od stóp do głów, bo jesteś tu nowa, więc z obowiązku muszą cię otaksować. Ale ciebie to chyba nie przestrasza?...
— Niewiele sobie robię z ludzkiej krytyki, jednak taka obserwacja nie jest miła, zwłaszcza kobieca. Wyznam ci szczerze, że wolę się znaleźć w towarzystwie stu mężczyzn, niż dziesięciu krytycznych niewiast, brrrr! to straszne.
— Ja ci wierzę. Z naszych pań najkrytyczniej będzie na ciebie patrzyła panna Emilja Gozdecka, dziewica zaawansowana w latka, z pretensją do wiosennej naiwności i wielkiej urody.
— Złośliwy jesteś. Patrz! mijamy się z kimś, kto to?...
Tomek spojrzał i uchylił czapki w milczeniu. Elża ujrzała młodziutką śliczną twarz dziewczęcą, wychyloną ciekawie z siwego baranka kołnierza i czapeczki. Ogromne niebieskie oczy, jak chabry, spłoszone i żałosne utkwiły badawczo, z przestrachem w twarzy Elży, Tomasza i znowu Elży. Źrenice błysnęły łzami i znikły w przelocie.
Elża rzuciła wzrokiem na Tomka: był zmieszany i czerwony, jak szkarłat. Odgadłszy natychmiast, kto jechał, nie chciała pytać; jednakże w obawie, by on się nie domyślił, iż ona wie o wszystkiem, spytała obojętnie:
— Czy to z sąsiedztwa?..
— Nie, to... córka leśniczego.
— Śliczna panna.
Tomek milczał.
Elża chciała mówić dużo i nie mogła; zwarzyło ją to spotkanie i to spojrzenie przerażone, prawie płaczące, niebieskich oczu młodziutkiej dziewczyny. Gorska była zgnębiona i nie mogła się przymusić do utraconego humoru. Ale Tomasz szybko odzyskał równowagę i zajrzał jej w oczy.
— Co ci jest, Elżo? Może jesteś zmęczona?...
— Czem?.. Zdaje ci się, nic mi nie jest.
— Bo... tak ucichłaś.
— Padła na nas wspólnie epidemja milczenia, albo ja zaraziłam się od ciebie.
— Niedobra jesteś, zawsze ze mnie kpisz. Oto leśniczówka!
Zdaleka, wśród lasu nieco rzadszego, widać było domek niewielki, na bronzowo umalowany, z niskim gankiem i gołębnikiem na dachu. Opodal ganku stało parę sań i cugowe konie z Warowni. Tomek zaciął batem swego karego Atamana.
— Trzeba zajechać z szykiem. Patrz, na ganku stoją panie i widzą nas.
Elża poprawiła na głowie czarny aksamitny kołpaczek z białem piórkiem i zawołała znowu wesoło:
— Zrób co, żeby je odrazu zgorszyć, mój kochany.
— Ale co?.. Wjadę na ganek, dobrze?
— Dajże pokój, warjacie. Mamę przestraszysz. Co robisz?!....
Burba umiejętnemi poruszeniami lejców podjudził konia tak, że ogier pędził jak smok prawie na tylnych nogach; dostawszy jeszcze kilka ćwiknięć bata, rozhukał się i w szalonych susach rzucił się wprost na ganek. Zanim się kto zorjentował, koń, niby czarna chmura, runął jak burza na schody. Panie z krzykiem rozbiegły się na boki i do sieni, a koń z wściekłym łomotem stanął na płaszczyźnie ganku, umiejscowiony gwałtownie przez Burbę, zziajany, z ogniem w oczach i rozdętemi chrapami. Saneczki zawisły na schodach. Elża rozbawiona, roześmiana, wyskoczyła na stopnie ganku, zniesiona jedną ręką Tomka.
— A słowo stało się ciałem — krzyknęły niewieście głosy.
Burba machnął czapką na powitanie i cofnął ogiera w tył. Załomotały znowu kopyta, lecz koń, trzymany silnie na wodzy, zsunął się gładko ze stopni. Wówczas Tomek zrobił zręczny, elegancki zawrót i oddał go w ręce stangretów. Sam wbiegł na ganek, gdzie Elża witała panie, przedstawiana przez Burbinę.
— Cóżeś ty, szałapucie, zrobił najlepszego?... — napadła na niego matka. — Chyba was koń ponosił i nie utrzymałeś go, czy co?...
— Broń Boże! Nie chciałem tylko, żeby Elża zamoczyła buciki w tym mokrym śniegu i wysadziłem ją na ganku. Jeśli przestraszyłem panie, — przepraszam.
Zaczął wesoło witać kobiety, które patrzyły na niego i Elżę w zdumieniu. Wrażenie całego zajścia spotęgowały jeszcze słowa Tomasza. Elża była przedmiotem powszechnej uwagi. Humor jej i tryskająca z zarumienionej twarzy radość, przytem jej swoboda i łatwość obycia, trochę zdetonowały młodsze panie. Szczególnie panna Emilja Gozdecka była niemile dotknięta i zaskoczona zjawieniem się Elży, w dodatku tak oryginalnem. Wiedziała o jej obecności, ale cały ten wypadek, postać Elży i słowa Burby zmieszały i rozgniewały pannę. Nie potrafiła nawet tego ukryć. Elży podała końce palców z wyraźnym dąsem na twarzy, ułożonej konwencjonalnie. Elża odczuła niechęć jej, lecz niezbyt ją to dotknęło. Nadjechali mężczyźni. Pani Urszula z drugą starszą sąsiadką jęły na wyścigi opowiadać o warjactwie Tomasza.
Pan Cezary zatarł ręce.
— Zuch Tomek! Moja krew! Prawdziwy z niego Burba! No, a to przecie Burbianka, moje panie, nic dziwnego, swój swego znalazł.
Panna Emilja uczuła się zranioną.
— Po tym jednym fakcie poznałbym Toma na końcu świata, — rzekł Uniewicz. Gdyby pani Elża chciała wysiąść na dachu, wjechałby na dach bez gadania.
— Czy to dla Tomka pochlebne, czy nie?.. — spytała Gorska.
— Pochlebstwo to przedewszystkiem dotyczy pani, — odrzekł Uniewicz z ukłonem.
— Charmée.
Panna Emilja była dobitą.
Podczas śniadania Elża pomagała Burbinie w częstowaniu gości, poczem usadowiona pomiędzy Uniewiczem i Tomkiem, obserwowała towarzystwo, bawiąc się wybornie zręcznemi uwagami pana Mela. Było parę pań starszych o czcigodnym i szczerym wyglądzie, wzbudzających odrazu sympatję, ubranych z prostotą i ze smakiem. Paliły papierosy, lecz to nie raziło. Parę młodszych mężatek, z naleciałościami bardziej światowemi, było już w innym typie, ale charakteryzowała je ta sama przewlekłość mowy i szczery nierobiony wdzięk i jakiś ciepły ton całego obejścia, nadawał im charakteru ujmująco-sympatycznego. Elża była mile usposobiona i czuła się wybornie w tem towarzystwie. Tylko panna Gozdecka i druga jakaś mumja podobna do niej drażniły Gorską zbyt obcesowem przyglądaniem się. Panna Emilja uczesana kunsztownie z sztucznym turbanem rudych loków na głowie, z szafirowemi oczyma, które stanowiły jej dumę, wystrojona i wymuszenie wesoła, była pospolitym typem panny na wydaniu, zmęczonej już wszelkiemi manewrami w tym celu odbywanemi, pokaźnym szeregiem karnawałów i wojażów do różnych wód. Grała rolę bardzo dystyngowanej, o ile można arystokratki, z odpowiednio ułożoną figurą, dumnie wzniesioną głową i zastygłym grymasem w kątach ust. Oczy jej promieniały wobec mężczyzn z rozpaczliwym wysiłkiem kokieterji. Uniewicz po śniadaniu upatrzył chwilę i rzekł do Elży:
— Panna Emilja dziobie panią oczyma, nie podobała jej się pani najwyraźniej — Helas! Panna już po trzecim dzwonku, pozostał już tylko — alarmowy...
— Ach, panie Melu!
— Daję pani słowo, że to już bliska klapa.
— No, chyba nie we własnem przekonaniu.
— Tem gorzej. Ostatnie czary skierowane są na Tomka, a tu raptem: pani z nim, on przy pani i... i t. d. Sama widzi, że akcje bajecznie zagrożone.
Spostrzegłszy cień na twarzy Elży, Uniewicz zawrócił na miejscu.
— A ta druga jak się pani podoba?...
— Istna mumja, coś z kwakierki i coś z mentorki, jakaś ślamazara.
— To siostra cioteczna Gozdeckiej, mężatka i obecnie jej opiek...unka... na naszym kresowym gruncie. Cnotliwa wielce niewiasta, do tego stopnia, że jej nawet Bóg oszczędził wszelkich pokus, wiodących do grzechu, i z tego powodu jest niezwykle surowa co do zachowania reguł moralności. Sama, nie doświadczywszy żadnych burz, ani nawet burzek namiętnych, prócz emocji zaręczyn, Veni Creator i jego... lojalnych następstw z bardzo limfatycznym małżonkiem, poprostu piętnuje i plwa na wszystko, co choć na włos wykracza z ramek kodeksu towarzyskiego i surowo moralnych obwarowań. Katon w spódnicy.
— Straszna! — wykrzyknęła Elża. — Wybryk Tomka z tym gankiem pobudzić ją może do rekolekcji. A ja zginęłam w jej oczach.
Podszedł Tomasz. Wtajemniczony w temat rozmowy, szepnął do Elży:
— Ostatnia kampanja Gozdeckiej na nasze kresy zakończy się, jak wszystkie...
— Nosem na kwintę, — rzucił Uniewicz.
— Porażką, — poprawił Tomek.
— Więc te panie nie są tutejsze?
— Pochodzą z Królestwa; do Poberezkich przyjechały tylko na szeroki połów kresowiaka, z dużemi włókami, intratami, pałacami... w marzeniu...
— Bodaj nawet dworem a la Warownia, — wtrącił Mel.
— A tak i Warownia wystarczy, bo już koroniarze jakoś...
— Odstrychnęli, — podchwycił Uniewicz. — Potem, jak stąd wrócą do Królestwa, pod zakład — pana Emilja przerobi się na kresowiankę; to znowu jest ponętną wędką na koroniarzy, bo nasuwa również złote wizje włók, lasów...
— Cicho... Poberezki idzie do nas.
Zbliżył się mężczyzna pięćdziesięciokilkoletni, średniego wzrostu, szczupły, przygarbiony, w okularach na dużych błękitnych oczach. Wąsy, jak dwa rudawo-siwe pukle, grube u osady, cieniutkie na końcach, zwisały ku surdutowi, bez fantazji, niedbale. Głowę mocno łysawą wyciągnął ciekawie naprzód, jak gdyby dochodziły go niepokojące wieści. Przemówił uprzejmie do Elży śpiewnym tonem:
— Nawet i nie słyszałem, że sąsiad Burba ma tak foremną wnuczkę, bo ojca pani, Walerego, znałem jeszcze kawalerem.
— Dawne to już czasy, panie, — uśmiechnęła się Elża.
— Nie tak to i dawne, ale czas ptakiem leci. Któż słyszał, chować się gdzieś po zagranicznych kątach, zamiast siedzieć na swojej ziemicy. Ot i dlatego pani nie znamy. Trochę to i wstyd.
— Przed zamążpójściem i po owdowieniu mieszkałam stale w Taraszczy, dopiero od paru lat spędzałam z wujostwem zimę na Rivierze.
— No to się już pani zaraziła tamtą kulturą, — trząsł rozstawionemi palcami prawej dłoni, lewą ręką gładził wiechy swych wąsów.
— Widzi pan, że nie, skoro przyjechałam w zimie na Wołyń.
— Ach, hołubko, to nęci, już wiem; jeździłem dawniej dużo, Rivierę znam i już mnie zaczynała ciągnąć, byłem troszkę poczuł spęcznienie kieszeni, tak zaraz fałajt... już i mnie tu niema. Morze, góry, rojne miasta, porty, ach, pani. Krutyło, krutyło, taj zakrutyło w hołowie. Alem sobie powiedział: — a ty kudyy? A tobie co do cudzego, jak masz swoje? Wernyś, rybeńko, a to pohybnesz. — Pani rozumie po małorosyjsku? — spytał nagle.
— Ależ wybornie, — zaśmiała się ubawiona mimiką i zapałem Poberezkiego.
— No to i dobrze. Jakem sobie powiedział: „wernyś!“, takem się wziął krótko przy pysku do roboty na swojej ziemi, wpatrzyłem się w swoją magnifikę i dzieci i ani nosa mego nie widziała już Riviera. Czasem się pojedzie do Prus po bydełko, czasem do Krakowa, po babskie sprawuneczki, ale dalej i... ne dumaju. Gazety od tego są, żeby wiedzieć, co się na szerokim świecie dzieje. Syna już także strzegę od tej wabnej zalotnicy, podróży, bo bestja wabna. A mego syna pani poznała?.. — spytał odmiennym tonem.
— Owszem, był mi przedstawiony.
— Olgierdek to dobry sobie chłopak, porządny, dzielny, tylko moje baby lakierują go trochę na modnego franta, nawet go przezwały „Dziuniem“ jakby jeszcze był w pieluszkach! Ale z kobietami to już nie mnie wojować.
Zaczął się rozwodzić szeroko nad swoim domem i rodziną, co Elżę trochę nudziło.
Przed ponownym wyjazdem do kniei, Elża, namawiana przez Tomka by mu towarzyszyć w dalszym ciągu, stoczyła z sobą krótką walkę i oznajmiła bez wahania:
— Nie, teraz pojadę z paniami do Warowni, wierz mi, że tak lepiej.
— Ależ, zanudzisz się do wieczora.
— Ee!... nie, ja się z naszemi paniami nie znudzę, one są bardzo miłe. A pannę Gozdecką... zostawię dla ciebie.
— Dziękuję za zaszczyt.
Rozjechali się; Elża wróciła do Warowni. Zjednała sobie tem uznanie pani Urszuli i była ze wszystkiemi paniami na najlepszej stopie. Wspólna właściwa im szczerość i łatwość bycia doprowadziła do zupełnej między niemi swobody. Tylko z Gozdecką i jej siostrą Elża była sztywna i wobec nich wyraźnie szarżowała, chcąc je coraz więcej gorszyć sobą. Po podwieczorku panie zebrały się w pokoju Elży, oglądając albumy z Riviery i miast, które znała, zaciekawione zarzucały ją pytaniami. Musiała im szczegółowo opisywać zwiedzone miejscowości, przytem rozbawiła się, gdyż wkrótce nastrój zapanował wesoły, niezwykle miły. Sąsiadki Burbów zapraszały Elżę do siebie, wyrażając zadowolenie, że przybyła do ich okolicy. Na kominku trzaskał ogień, wesoły rozgwar cieszył panią Burbinę, którą zachowanie się Elży zjednało do niej ostatecznie. Rozochocona, wyciągała z szaf i apteczek wszystkie słodycze i konserwy; pani Jasiowa Łomska przyniosła miód i wino owocowe do popijania.
— Nie wiedziałam, że z babci taki cukiernik, — śmiała się Elża. — Częstowana przez babcię, myślałam, że to wszystko kupne.
— Ot, powiedziała. Oj, detyno. A cóż to ja, nie gospodyni jestem?.. Fe! wstydź się, Elżuniu — serce. To kiedy tak, muszę ci pokazać swoje śpiżarnie. Nie powstydzę się ich, zobaczysz.
— Ach, to pani jeszcze nie zna śpiżarni Warownieckiej?. Toż to zgroza! — zawołała jedna ze starszych pań. — Pani Urszula mogłaby urządzać wystawę swoich przetworów i arcydzieł.
— Domyślam się już, że to ósmy cud świata ta śpiżarnia i dlatego ją zwiedzę.
— A pani nie jest gospodynią?... Przecie pani była żoną obywatela ziemskiego, — z uśmiechem słodko-kwaśnym przemówiła siostra Gozdeckiej, pani Cielińska, wlepiając w Gorską bezbarwne, cielęce oczy.
Elża zaśmiała się.
— Czy to żona ziemianina musi być koniecznie gospodynią?... Ja nią nie byłam, przyznaję się do tego śmiało, i nigdy gospodynią nie zostanę, bo nie mam do tego zamiłowania.
— A do czego pani ma zamiłowanie?... Co pani robi?...
Elża przytrzymała wzrokiem atakującą cnotę! Uśmiechy zadrgały na jej twarzy.
— Bąki zbijam po świecie.
Wszystkie panie zaśmiały się, nawet pani Urszula, tylko mumja zacięła usta, a Gozdecka ironicznie się skrzywiła.
Nadjechali mężczyźni z polowania, wioząc duże trofea. Wilków padło kilkadziesiąt sztuk. Ułożono je w klamrę przed dworem, a gajowi grali nad niemi larum na trąbach. Obiad i cały wieczór przeszedł niezwykle wesoło; kilku starszych panów i pań grało w karty, reszta bawiła się, jak kto umiał, przy fortepianie, przy warcabach, nawet tańczono trochę.
Tomasz Burba, przetańczywszy raz konwencjonalnie z Gozdecką i z paru paniami, nie odstępował Gorskiej, z nią tańczył, z nią rozmawiał. Walcując w takt staroświeckiego walca pani Burbiny niezwykle harmonijnie i marząco, rzekł do ucha Elży:
— Jak ty lekko tańczysz, chciałbym tak z tobą teraz przemknąć tę ścianę domu i przez śniegi popędzić gdzieś za lasy, daleko, daleko w świat...
— „Elly... pójdźmy razem w świat...” — zatrzepotało wspomnienie jaskółczem skrzydłem.
Elża zadrżała, lecz opamiętała się natychmiast, tembardziej, że poczuła silniejszy uścisk Tomka. Opanowało ją szczególne uczucie porywu do Tomka i gniewu na niego. Drugie zwyciężyło.
— I cóżby było z tej naszej wyprawy... w świat? — spytała sucho.
— Wirowałbym tak z tobą do... — nieskończoności... odrzekł oszołomiony.
— To za długo... ja bym została tam w świecie, gdzie na mnie czekają, a ty byś wrócił do Warowni, bo tu twój byt i czyn i... tu także na ciebie... czekają.
Tomek zatrząsł się. Chmurnie popatrzył na nią i spytał prawie ostro:
— Kto na ciebie tam czeka?., i kto tu... na mnie?..
— Kto na mnie, to... mniejsza, a na ciebie...
Elża zawahała się, jednak coś ją skusiło:
— Oczy błękitne, jak niebo — rzekła.
Burba szarpnął się, niby ugodzony szpadą. Zbladł i, posadziwszy Elżę na krześle, usiadł przy niej.
— Kto ci... to powiedział, że... — zaczął, lecz urwał, gdyż podszedł do niego stary służący, Piotr.
Pochylił mu się do ucha, ale szepnął tak głośno, że Gorska usłyszała:
— Paniczu, posłaniec z Wyrębów czeka z listem; mówi, że bardzo pilny.
Burba poczerwieniał.
— Cóż tam znowu?...
— Podobno bardzo pilny.
Tomek przeprosił Elżę i wyszedł. Nie wracał długo. Zaniepokojona wyszła z salonu i zaraz w korytarzu, wiodącym do kredensu, spotkała Uniewicza. Czytał list mrucząc głośno.
— Panie, co się stało?...
— Hm, co?... Nie wiem, czy mogę mówić?
— Niech pan mówi! — rzekła stanowczo.
— Karolcia Słupska zachorowała.
Elży zrobiło się dziwnie przykro.
— Czy to ta... z niebieskiemi oczyma?
— Tak. Pani ją widziała?
— Spotkaliśmy ją, jadąc z Tomkiem na śniadanie.
Uniewicz strzepnął palcami.
— A, to teraz jestem w domu. Niebożątko dostało pewno spazmów, zwykłe panieńskie fochy.
— Czy Tomasz tam pojechał?
— Wezwali go na gwałt, stary kutwa Stupski prosi, by posłać po doktora. Mądry to jest dziad... O! mądry.
— Panie, czy Tomek pojechał na Wyręby? — pytała Elża powtórnie w nerwowem podnieceniu.
Uniewicz patrzał na nią badawczo.
— Pojechał, — rzekł z naciskiem.
— Dziękuję panu i... proszę... proszę pana... bardzo...
Wahanie jej nie uszło uwagi Uniewicza.
— Czem mogę służyć, proszę mówić śmiało.
— Niech pan nie wspomina Tomkowi o naszej rozmowie. Proszę mi dać słowo.
— Słowo honoru, — rzekł pan Mel z powagą
— Dziękuję.
Podała mu rękę, którą ucałował serdecznie. Elża wróciła do salonu, blada i zmieniona. Nie chcąc więcej tańczyć, wyręczyła babkę przy fortepianie. Z początku grała mazura z taką pasją i werwą, że poruszyła całą salę. Protestowano przeciw jej usunięciu się z koła tańczących, lecz nie ustąpiła. Jej gra rozbrzmiewała hucznie, pełna szału, wrzawy, ale utrzymana w tempie, porywającem do tańca.
Wyrażał się — w tej muzyce cały bunt jej istoty, temperament i walka, jaka w niej wrzała. Oczyma duszy goniła Tomka: przez białą przestrzeń, w zaśnieżonym lesie — pędzącego małemi saneczkami do... tamtej dziewczyny. Czarny Ataman gna jak wichura, a Tomasz ma serce ściśnięte bólem, że... Karolcia chora. Jej oczy błękitne przerażone, za łzawą powieką. „Panieńskie fochy”, — dlaczego to Uniewicz powiedział?... Ach tak, bo Karolcia zmartwiła się, ujrzawszy Tomasza, zajętego rozmową z nią, z Elżą. Zgryzła się i dostała spazmów, ha, ha, ha! Niewiniątko! A Tomek tam do niej pędzi; nie, już pewno tam jest, trzyma w ramionach rozpłakaną Karolcię, swoją umiłowaną, ha, ha! A Słupski „kutwa, mądry dziad”, czuwa i prosi o doktora.
Mazur rozszalał się na dobre, stracił tempo i wkrótce przeszedł w huczne warjacje, fugi, scherza, — aż zaczął szlochać i konać w nokturnie Chopina. Nikt już dawno nie tańczył; wszyscy patrzyli na grającą, z początku w zdumieniu, potem wsłuchani w łkające tony nokturna, który w końcu wpadł nagle w burzliwą uwerturą. Jakby buńczuki zaszumiały na sali. Elża grała dla siebie. Znikł dla niej salon i ludzie. Uniewicz, obserwujący ją z daleka, czytał w jej skupionej twarzy jak w książce; gdy jednak dostrzegł w jej rysach drgania nerwowe, przestraszył się, że wybuchnie płaczem. Podszedł do niej biisko.
— Pani Elżo, — usłyszała cichy głos.
Podniosła na niego oczy już pełne łez. Pytała w milczeniu.
— Gramy z panią mazura na cztery ręce. Niech tańczą!
Nogą przysunął sobie krzesło, usiadł i zaczął w wiolinie grać tego samego mazura, którego przedtem grała sama. Elża zdusiła w sobie łzy i bez słowa zaczęła akompanjować, wdzięczna Uniewiczowi za jego manewr.
— Wszystkie pary! — rzucił na salę Uniewicz.
Tańce zerwały się na nowo, ale w grupach siedzących komentowano różnie zapomnienie się Gorskiej. Jedni chwalili jej muzykę, inni z Gozdecką i Cielińską na czele krytykowali złośliwie ten wyskok nietaktu towarzyskiego. Szczegół, że Tomasz Burba nie pokazywał się w salonie, dawał temat do złośliwych szeptów. Coś z tych uwag dobiegło do uszu pana Cezarego. — Zbadawszy, że Tomka istotnie brak, przywołał do siebie Piotra.
— Gdzie panicz? — spytał groźnie.
Stary sługa zawahał się.
— Mów prawdę, błaźnie!
Piotr niewiele był młodszy od pana Cezarego, ale obyty z tym epitetem.
— Panicz pojechał na Wyręby, wezwany listem leśniczego...
— Co się tam stało?..
— Leśniczanka zachorowała...
— Djabli! — zaklął stary — trzeba było listu nie oddawać.
— Mówili, że bardzo pilny, posłali po doktora.
— Kto posłał?
— Panicz.
— Proś do mnie pana Uniewicza.
— Pan Uniewicz gra z młodszą panią.
— Aaa... prawda. Więc proś panią starszą.
Stary Burba chodził szerokiemi krokami po gabinecie z rękoma założonemi w tył i pykał z cybucha, gdy weszła pani Urszula.
— Co powiesz, Cezary?...
Burba stanął przed żoną z marsem na czole.
— Wiesz jejmość, gdzie Tomek?...
— W imię ojca i syna, a toż co?... Gdzież ma być?...
— Na Wyrębach, u Słupskiej.
— Ta... pleciesz, kochany.
Burba był podrażniony.
— Ten chłopak szaleje. Goście, dom pełen ludzi, noc, a on sobie do tej dziewczyny jedzie, bo chora, słyszałaś, serce, chora! Ot, awantura! Leśniczanka zachorowała, a Burba w dyrdy do niej, rzucając wszystko i w nocy. Sądny dzień! Wzywają sobie jego już jak zięcia. Hę?.. Słyszane rzeczy. Słupski Burbę, listem w nocy, bo córeczka zachorowała. A, błazny! A Burba leci na wezwanie jak smarkacz. Pfuj! błazen jeden!
— Nie gniewaj się Cezary, a może ona i bardzo chora, ta Karolcia?
— Cóż, może mu syna rodzi? Ha! Facecja!
— Fe, Cezary, obraza boska! ta i cóż wygadujesz.
— Dość mam tego wszystkiego. Już ja mu za to natrę uszu.
— Komu?...
— A no gagatkowi jejmości.
Chodził, sapiąc z gniewu, i znowu stanął.
— Trzeba go ożenić. Chłop ma skończonych trzydzieści dwa lata i nie żonaty. Wstyd dla Burby. Dlatego to i humory biją mu do łba. Leśniczanki się zachciało. Wiesz co jejmość, mam dla niego żonę.
— A toż kogo?... Czyżby Emilję Gozdecką?... Cezary...
— Durneńka jesteś, Urszuleczko, ot co! Emilję!.. Zachciała.... Patrzajże! Podstarzała pannica w pretensjach, łowiąca nie męża, lecz fortunę jego. Nie dla Burby taki skwaśniały specjał. Dla niego byłaby w sam raz... Burbianka.
— Elżunia?...
— Przecie odgadłaś. A co myślisz, swoja krew i pokrewieństwo nie krępujące. A zresztą od czego Rzym. Co zaś masz przeciw Elży?...
— Nic przeciw niej nie mam, kochane dziecko, tylko, że... wdowa, o zawsze nie panna. Chciała się z Gorskim rozwodzić.
— Tere fere. słyszałaś przecie, jakie były powody.
— Ale ona Tomka nie zechce.
— A toż dlaczego?... Hę! Aha... co to było dzisiaj z tą j ej muzyką.... grała tak, jak nigdy dotąd, ale tak się zapomniała, ze aż warjowała na fortepjanie. Czy to nie było w związku ze zniknięciem Tomka?.. Bo oni się ku sobie mają, już ja widzę.
— A Karolcia?
Pan Cezary aż parsknął z gniewu.
— Ja mu dam Karolcię! i tak myślę, że Elża, gdyby chciała, toby mu tę Karolcię prędko wybiła z głowy.
Burbowie naradzali się długo i zgodnie nad sposobami ratowania syna od ślicznej leśniczanki.




VIII.

Burza, wisząca nad głową Tomasza, nie wybuchnęła jednak. Pan Cezary pod wpływem żony powstrzymał się od ostrych wymówek i zarzutów względem syna, zgromił go tylko za jakieś chimery i uciekanie od gości, ale bez wytknięcia zasadniczej sprawy. Wzruszyła starego twarz Tomka; był on jak struty, z pod oka z niepokojem spoglądał na Gorską, która się także zmieniła. Rozdrażnienie swoje maskowała nadrabianym humorem, lecz niedość udatnie. Unikała trochę i Burbów i Tomka. Chodziła na samotne przechadzki tylko z Kajtusiem i olbrzymim brytanem, Murmyłą. Lubiła Pyszny Bór, mając już w nim ukochane przez siebie miejsca. Tomek śledził ją wówczas i często Elża dziwiła się, gdy po nocnej śnieżycy znajdowała rano swoje dróżki odkopane ze śniegu i wygodne do przejścia. Czasem towarzyszył jej Uniewicz, wówczas rozmawiali dużo o zagranicy, o sztuce, o literaturze i podróżach. Od pana Mela dowiedziała się Elża, że Karolcia owej pamiętnej nocy dostała spazmów, bo ktoś jej tam coś nagadał, a że i sama zobaczyła ich razem na polowaniu, więc nastąpiły „zwykłe fochy panieńskie”. Że zaś stary Słupski chce kuć żelazo póki gorące, przeto wszelkich starań używa, aby osiągnąć wymarzony cel. Lecz ponieważ nawet potentatom marzenia nie zawsze się spełniają, zatem on, Mel Uniewicz, obawia się, że złote sny pana Słupskiego i panny Słupskiej zostaną w krainie swego poczęcia, bez wymarzonych horyzontów. Więcej w tej sprawie nie mówili. Często Elża jeździła do boru z panem Cezarym na upatrzonego, czasem w sąsiedztwa, lecz te były dość odległe, a śniegi pozawalały drogi, utrudniając przejazdy. Elża towarzyszyła pani Urszuli w odwiedzaniu wsi chłopskich, zasypanych śniegiem, w których Burbina wspomagała biednych, wożąc sute dary, leczyła swoimi sposobami chorych, prowadząc nieraz długie gawędy o ich biedach. Dzieciom rozdawała spencerki i czapki wełniane, robione własną ręką, na drutach. Wyprawy takie nudziły Elżę, gdyż nie czuła do zadymionych chałup i bab cuchnących żadnego upodobania, tylko litość, choć tego uczucia nie znosiła organicznie. Wolała polować z naganką lub psami w towarzystwie miejscowych mężczyzn. Tomasz i pan Mel uczyli Elżę strzelać, chodzili we troje na ślizgawkę na jeziorko wśród lasu. Gorska grywała na fortepianie, często z Uniewiczem na cztery ręce, wieczory zaś spędzali wspólnie w stołowym pokoju w kręgu olbrzymiej lampy wiszącej i przy buzującym się ogniu na potężnym kominku. Elża zwykle czytała, stary Burba pykał z cybucha, słuchając pilnie. Pani Urszula chyliła swoję poważną głowę nad robotą dla biednych. Tomek zasunięty w kąt pochłaniał Elżę wzrokiem, a pan Mel zawzięcie robił papierosy, lub wyręczał Elżę w czytaniu. U nóg Elży mruczał przez sen niedźwiedź, Kajtuś, obok rozciągniętego w cieple ognia brytana, Murmyły, w kudłatym płowym futrze. Czasem pan Cezary z żoną, ze starym rezydentem, sybirakiem, i panią Jasiową grali w marjasza lub preferansa, a młodzi sprowadzali sobie z czeladnej starego leśnika, Stacha Domalewskiego, który, kucnąwszy przed kominkiem, opowiadał im o cudach boru, o obławach dawnych na niedźwiedzie i wilki, wreszcie różne legendy, baśnie fantastyczne, których mnóstwo umiał, lub sam sobie stwarzał; były te opowiadania tak ciekawe niekiedy, że słuchano ich z przyjemnością. Elża lubiła w takich chwilach wytwarzać odpowiedni nastrój, gasiła lampę i wszyscy zbierali się w promieniu ognia, przy kominku, Tomek zaś i pan Mel grzali korzenny krupnik w kociołku. Elża podawała napój gorący obecnym, w małych czarkach. Często Stacho brzdąkał na odwiecznym teorbanie i, udając „dida”, śpiewał przez nos wołyńskie dumki! Z poza okien dolatywał przytłumiony szum boru i bliższy rozgwar wiązów, śnieg sypał w szyby i tłukła w nie wichura. Pan Cezary opowiadał swoje przeprawy z powstania 65 roku, a stary jego kolega, Krywajko, epizody z pobytu na Syberji, podczas zesłania. Burbina i pani Jasiowa wtrącały także jakieś ciekawe szczegóły dawnych wspomnień, częstując wszystkich serkami jabłecznemi i owocami w cukrze. Starzy wprowadzali do tych posiedzeń archaiczny ton i jakiś sentyment, wiejący niby z zapylonych szpargałów a szanowny; młodzi przeplatali go swoim humorem, wesołą beztroską chwili i nadziejami przyszłości. Wieczory takie lubili wszyscy niezwykle. Elża wyobraźnią przenosiła się w jakieś odległe czasy życia własnych prababek. Wzrok Tomka uparty dziwił ją, często wzruszał. Stosunek z nim był niby braterski i wesoły, ale bez dawnej szczerości, nasiąkły niepokojem, drażniącym ich oboje. Czuli, że stanęła między nimi zapora i że już tę zaporę przemóc ciężko. Odczuwali to samo i starzy Burbowie i Uniewicz. Elża częściej podczas dnia przesiadywała w swoim pokoju, gdzie „obłożona bibułą”, jak mówił pan Mel, przenosiła się w inny świat, zapominając o Warowni i Tomku. Na stalugach jej stało zaczęte płótno obrazka, malowanego z natury — widok z jej okna. Pokój swój urządziła po swojemu, biurko zapełniło się gracikami wytwornemi, z których każdy był jakąś pamiątką lub symbolem; kilka obrazków małych własnej roboty i pejzaży z Riviery, a także reprodukcje ulubionych mistrzów zdobiły ściany. Brakło jej kwiatów, tęskniła za niemi tak silnie, że zaczęła malować kwiaty z pamięci i z wzorów. Te, co były w Warowni: sztywne fikusy, dostojne jakieś rozłożyste a niewymowne rośliny — nie zadawalniały jej pragnień. Aż kiedyś spotkała ją niespodzianka: Tomek przywiózł jej z miasta cały stos różnych doniczek kwitnących i zielonych. Wdzięczna mu za to niezmiernie, umaiła gustownie pokój i zaprosiła wszystkich, aby podziwiali. Stary Burba rzekł wówczas:
— Poczekają przyjdzie wiosna, to i tej twojej Riviery nie trzeba, będziesz mogła spać na kwiatach, kiedy je tak lubisz, i to na jakich! Ha! Nie anemonki, co od anemji nawet biorą nazwę, ale kwiaty nasze, waćpanno; to przepych, to rozkosz, ot co! Facecja! A jak ci tu leśnicy naniosą konwalji, że sobie z nich materace możesz porobić.
— Niech dziadzio nie urąga na anemony, bo to bajeczne kwiaty, zwłaszcza różowe.
Tęskna zaduma padła na jej twarz. Artur ofiarowywał jej często różowe anemony.
— At, sztuka wielka! — wołał Burba, — nasze kraśne maki zakasują te twoje anemony. A jest ich tu pełno, czerwone łąki.
Zamyślenie na jej twarzy dostrzegł Tomek. Rzekł z odcieniem żalu:
— Kto tęskni za... wspomnieniem anemonów, tego nie zadowolnią — maki.
Elża poczerwieniała, a pan Cezary spojrzał na nią, na Tomka i wzruszył ramionami.
— At! jeśli o wspomnienie chodzi, to czasem i byle jaka pstrutka, mizerna kwiecina robi wrażenie. Ot ja, gdym się Urszulce oświadczył i został przyjęty, zerwałem jakieś kwitnące niebożątko z pod jej stóp i schowałem na pamiątkę, mam do dzisiejszego dnia zasuszone. Ha! że też to każdy najstateczniejszy człowiek przechodzi takie fiksacje sercowe. A pan ma co zasuszonego?... spytał nagle Uniewicza.
— Pewno cały snop, — śmiała się Elża.
— Nie, pani, mam tylko siebie, to już pamiątka wszystkich moich fiksacji.
— Słuszna i dosadna pamiątka. A ty, Tomek?... — Pan Cezary zwrócił się do syna dla równowagi.
Młody człowiek zapłonął rumieńcem i z niechęcią spojrzał na ojca. Elża nagle uprzedziła jego odpowiedź:
— On sobie zasuszy niezapominajkę z boru.
Zaległa przykra cisza.
Elża zrozumiała, że palnęła głupstwo, i zalała się ponsem. Tomkowi drżały usta, chciał coś odrzec i Wahał się. Ale już ona podała mu żywym ruchem oderwany z wazonu purpurowo-biały kwiat fuksji.
— Masz, Tomek, na początek zasusz sobie to ode mnie, zanim będą... inne od innych.
Wziął radośnie i ucałował jej rękę serdecznie, bez słowa.
— Fuksja? Oj, to kapryśny kwiat, fantastyczny, same załomy i kontrasty, trudny do zasuszenia, straci kształt i barwę, — mówił powoli Uniewicz. — Połamią się te drżące prątki, czy piórka nerwowe, co jest zdaje się cechą główną tego kwiatu.
— Zasusz go w wacie, — śmiał się pan Cezary.
— Wolałbym, żeby kwitł wolny i nie usychał — rzekł młody Burba.
— Patrzaj, jaki przemyślny, — tak niech ci cieszy oczy i kwitnie...
— Aż zniknie, — dodał pan Mel.
— Kruk waćpan jesteś! Moja pstrutka tyle lat nie zniknęła, czemuż fuksja. Ha!
— Ot, na pesymizm mi się zebrało.
— Chyba... że tak!
Tomasz i Uniewicz ciekawi byli wierszy pisanych przez Elżę, ale kryła się z niemi, nie czytając. Natomiast na prośbę dziadka, przeczytała im kilka wspomnień z Riviery, ze swego pamiętnika, takich, w których nie było nic znaczącego o Arturze. Słuchali ciekawie.
— Powinna pani pisać, — zadecydował pan Mel — ma pani zdolności narracyjne i umysł spostrzegawczy. Z tych pamiętników możnaby ułożyć szereg listów z podróży.
— O, nie! — zawołała żywo, — to tylko dla mnie.
— Wierzę, bo odczułem niedopowiedzenia, które nawet nie są dla nas, ale powtarzam, że możnaby ułożyć listy.
— Jak pojadę daleko w podróż, będę pisała listy do druku.
— A wybierasz się? — spytał stary Burba.
— Ach, dziadziu, marzę tylko o tem, śnię na jawie i we śnie.
— No, ot masz... i kiedy te projekty uskutecznisz?... Ha?...
— Na przyszłą zimę, dziadziu.
Tomasz zbladł.
— A jak cię nie puścimy z Warowni, co?... Ot, co będzie wtedy?...
— O, dziadziu, mnie nic i nikt nie zatrzyma, gdy tęsknota gna. Ja muszę być wolnym ptakiem, inaczej nie mogłabym żyć.
— Znajdzie się ktoś, co ci kaptur na głowę założy, łańcuszki na nóżki, bodaj złote, i klatkę swą zaofiaruje.
— Ja klatek nie uznaję.
Była podrażniona.
— Nawet z ukochanym? — spytał Burba także trochę zły.
Elża spuściła głowę nisko i powieki jej zadrgały. Ujrzała w wyobraźni Artura zakładającego na nią złote okowy. Jego „klatka” szeroka, przestrzenna... jak cały świat. Tylko on miałby prawo ją skuć i taka niewola byłaby czarem.
Podniosła dumie głowę.
— Z ukochanym — tak! — rzekła śmiało.
— A widzisz, buntownico jedna, i ręczę, że byłabyś wtedy nawet pokorna.
— Nie, pokorna nigdy! ale cicha, słodka i poddana.
Tomek wstał z krzesła, podszedł do okna i przyłożył płonące czoło do zimnej szyby. Uniewicz rzekł rozwlekłym tonem:
— Silne musiałyby być ręce. które by panią do tego skłoniły, tytanicznie silne, lecz... aksamitne.
— Ach, jak pan to dobrze powiedział...
— I jeszcze dodam, że i dla niego byłaby rozkosz w takim tryumfie. Bo wziąć sobie gęś albo kuropatwę i przyprawić ją w dowolnym sosie, potrafi każdy, ale...
— Takiego czorta, jak ja, — podchwyciła Elża z uśmiechem.
— A tak, takiego czorta rzucić sobie do stóp, poddanego i upojonego, to już zwycięstwo. Na to trzeba mocarza.
— Albo drugiego czorta, — rzekł pan Cezary.
— Brawo, dziadziu!
— A jeśli kto ma większe pragnienia... niż siły? — spytał nagle pan Mel.
Zaległo milczenie. Nikt nie odpowiadał, chociaż Elży cisnęło się kilka odpowiedzi na usta. Więc Uniewicz po chwili rzekł znowu, jakby do siebie:
— Wówczas najczęściej świadomość tej nierównomierności przychodzi... zapóźno.
Nikt mu nie zaprzeczył, wszyscy milczeli.
Gdy Elża otrzymywała listy z Riviery od Artura, wówczas zamknięta w swoim pokoju, długie godziny była niewidzialną, wertując listy po kilka razy. Marzyła, często łzy zaszkliły w jej oczach, lecz siłą woli umiała je ujarzmić. Pisząc do Artura zaledwo parę razy na kartach, przyznała mu się, że pisze coś z myślą drukowania i że ją ta praca pochłania; wreszcie i te zwierzenia, w krótkich listach zawarte, ustały.
„Nie wolno mi, — nie wolno!” — myślała.
A gdy zadała sobie bolesne pytanie: dlaczego nie wolno, wówczas zdawało jej się, że ktoś serce rozdziera na kawały. Bo jednak dlaczego, dlaczego?... Nikt jej tak nigdy nie porwał jak Dovencourt, nikt nigdy nie odpowiadał tak jej wymaganiom estetycznym, jak on. Przystojny, świetny pod każdym względem, wybitny umysłem i wykształceniem, zajmujący wysokie stanowisko dyplomaty i taki jakiś inny niż wszyscy, taki odrębny. Zimny, sztywny anglik, „lodowiec”, — jak go nazywano. On dla niej za wielki pan, otacza go inny świat, inna sfera. Nazywali go nieprzystępnym, niesympatycznym, pesymistą, sarkastą; jej się to właśnie w nim podobało. Zanim go poznała, już ją ta niezachęcająca o nim opinja zaciekawiła. Względem niej stał się bardzo szybko zupełnie innym, niż ogólnie względem kobiet. Spostrzegła to rychło i była dumną, szczęśliwą. Potem przyszły momenty, w których ją upajał, rozmarzał, aż wreszcie wyznał jej swe uczucia. I ona, ona je odrzuciła... choć się w niej wszystko rwało do niego z nieprzepartem... pragnieniem....Ale ona bała się istoty jego uczuć, lękała się, że to chwilowy szał, kaprys, który minie prędko, bo nie mogła uwierzyć w miłość jego dla niej. Nie była piękną, czemże go porwała? czyż to możliwe, by on ją kochał prawdziwie i chciał mieć za żonę, on, Dovencourt-Howe, ją — Elżę Gorską?...
Więc w obawie następstw, rozczarowań przyszłych, zrażona do małżeństwa w pożyciu z Gorskim, postanowiła przerwać to błędne koło czaru i obawy, niebywałego uroku i trwogi zarazem. Odmówiła Arturowi ostatecznie; podziwiając własną siłę, uciekła z Riviery, nie chciała korespondencji, nie wzięła z sobą nawet fotografji. Chciała wszystko zniszczyć, zadławić, pogrzebać. Bała się złudy i zawodu, bała się tego czaru, gdyż był zbyt silny. I teraz pisać więcej nie będzie, on zrozumie, zamilknie, skończy się piękny kilkomiesięczny sen, bo tak być powinno. Pozostanie w kraju i dla kraju, bo tu jest jej obowiązek. Nie Anglja i obcy świat, ale jej własna ojczyzna. Lecz cóż tu będzie robiła? — Praca społeczna?... jaka, na jakim gruncie?... Wszak rodzinny majątek, Taraszcza, nie do niej należy; majątek Gorskiego zabrała jego rodzina, ma tylko posag swój, cóż z nim zrobi?... jakże swe życie spożytkuje dla kraju, w czem stać się może pożyteczną?... Elża łamała ręce nad głową w chwilach takiej rozterki. Ogarniało ją straszne zwątpienie w siebie, a pragnienie jakiegoś czynu dręczyło ją okrutnie.
— Za długo już trwam pod tym znakiem zapytania, trzeba coś postanowić, coś działać! — I oto z głębi duszy, gdzieś z pod serca wydobywała się tęsknota, tragiczna prawie, oczy zachodziły lzami, a z ust gorących wybiegał krzyk:
— Ach pisać!... pisać!... pisać! Czuła, że to pragnienie jest silniejsze ponad wszystkie inne, że ono napełnia ją całą, jak musujące wino puchar, że ono rozsadza jej piersi, że przypina jej skrzydła do ramion, że jest jej żywszem marzeniem, najdroższem dobrem do osiągnięcia.
— Lecz czy zdolna jestem w tej chwili i wogóle do twórczych poczynań?
I pogrążała się w beznadziejnem kole zwątpień. Nasuwały się jej ponure wspomnienia lat małżeńskich z Gorskim, kiedy nie mogła wziąć pióra do ręki bez szyderstw z jego strony.
Ale oto ciężkie lata tej niedoli małżeńskiej z Adamem skończyły się; jest wolna, ma przed sobą otwarte pole do działań, może pisać, kształcić się, pracować.
I oto pragnienia rosną, rosną, budzi się nowe natchnienie.
Elża przypomniała sobie, jak wkrótce po owdowieniu postanowiła dowiedzieć się prawdy o pierwocinach swoich utworów drobnych i trwożnych jeszcze. Wzięła swe zeszyty i udała się do wybitnego autora polskiego, bardzo czcigodnego starca, by zasiągnąć jego rady, usłyszeć uczciwe i bezstronne zdanie i przekonać się: warto, czy nie? Czuła, że od jego miarodajnego zdania zależy wszystko, że jej marzenia mogą runąć odrazu w gruzy lub ożywić się nadzieją. Szła jak na szafot. Miłe przyjęcie, żartobliwy uśmiech z powodu jej tremy i jakiś serdeczny ton obejścia, cechujący zawsze tego wielkiego, a skromnego człowieka, usposobił ją raźniej i pobudził do odwagi. Staruszek wskazał jej krzesło przy swem biurku, a widząc, że cała drży, nalał jej z karafki szklankę wody i położył przed nią karmelki. Sam spacerował po pokoju, pytając ją o postronne rzeczy. A wreszcie, gdy na jego żądanie zostawiła zeszyty i po kilku dniach trwogi i emocji usłyszała w tym samym gabinecie, pamiętne dla niej słowa: „pracuj, dziecko, pracuj bardzo, ale pisz, bo warto”, — rzuciła się do rąk starca, całując je z wybuchem szczęścia i okrzykiem szalonej radości i uczucia.
— Entuzjastka z pani, ale to dobrze, to nie szkodzi — mówił ten drogi starzec, a jej się zdawało, że nowe widnieje przed nią życie, opromienione tęczą nadziei.
Młoda kobieta ze smutkiem potrząsnęła głową.
— Gdybyż mię tak stale ktoś pobudzał, dodawał otuchy, nadzieją krzepił, możebym dopięła swego celu, ale zwątpienie mnie truje, tak mię to zwątpienie zniechęca do dalszej pracy twórczej... Ach, Boże, Boże! Czy szczyt marzeń moich spełni się kiedy? — czy ja, czy ja?... Boże, nie karz mię za zbyt śmiałe myśli...
I znowu Dovencourt wypłynął w marzeniu.
— On by mię nie krępował, on by nie szydził z tego, co mi jest tak drogiem, to człowiek wysokiej kultury, on by mi pomocą był, natchnieniem, twórczą siłą, zachętą, — nakazem do pracy. To nie ciasny umysł Gorskiego, który w kobiecie widział tylko klucznicę, mamkę i oprzątkę domową. Artur nie broniłby mi piastować moich ideałów, on by budził i zapalał, by płonęły coraz szerzej.
— A Tomek?...
Elża zastanowiła się głęboko.
— I Tomek także, on taki uczuciowy i wrażliwy, zapaleniec i entuzjasta, większy może niż Artur... bo Artur lodowiec, zimny, sztywny anglik.
Wstrząsnął nią gorący, przenikliwy dreszcz, bo utkwiły w niej przymrużone, wymowne oczy tego „lodowca“.
— Nie, nie, nie! on nie dla mnie! Ja już tam nie wrócę, ja go już nigdy nie zobaczę.
Zaczęła rozmyślać o Tomku, lecz wspomnienie o Karolci przesuwało się uparcie, jak przykry majak.
— Ostatecznie jestem chyba więcej warta, niż ta gęś, — jątrzyła się Elża. Ładna buzia, nic więcej, czyżby Tomek mógł nawet porównywać? — A jeśli?... Ach, rywalizować z nią nie będę.
Zbudziła się w niej duma, niechęć do Tomka, raczej wmówiona, niż rzeczywista, bo młody Burba coraz silniej działał na wyobraźnię Elży, wbrew jej woli nawet i pomimo pewnego ochłodzenia ich stosunku. Młoda kobieta z energją właściwą jej naturze odsuwała od siebie uparcie wspomnienia z jasnego brzegu, nie otwierała więcej pamiętnika, nie zanurzała się w marzeniach. Listy od Artura przestały nadchodzić. Było jej dziwnie przykro, ale potrafiła wytłumaczyć sobie, że tak — lepiej. Posądzała go o jakąś nową słabostkę i z rozkoszą raniła samą siebie takiemi przypuszczeniami, chcąc w nie uwierzyć.
Tymczasem dni przechodziły w Warowni dość monotonnie. Elża oswoiła się z ciszą leśną, z wyciem wilków, lubiła wieczory przy kominku, swoje spacery i polowania z Tomkiem. Pisała przytem dużo, myślała, czytała; fortepian najczęściej był jej powiernikiem, zwierzała mu swe zapały i tęsknoty serdeczne. Stary Burba, słysząc jej muzykę, zwykł mawiać:
— Oho! Elża już za górami, za lasami, buja po świecie!
— Tak mię, dziadziu, porywa coś — wyraziła się kiedyś — więc muszę się w muzyce wypowiedzieć.
— Elżę „nosi“, — mówiono potem, słysząc jej burzliwe, namiętne warjacje, często szalejące na klawiaturze.
Pod koniec karnawału odbywały się „wieczory tańcujące“ w sąsiedztwach, gdzie były panny; Elża bawiła się tam wybornie, ciągle w asyście młodego Burby i sąsiada Poberezkiego z Chodur. podniecona gniewem panny Gozdeckiej. Śmieszyły ją te panie, łapiące Tomasza na wędkę wcale niedwuznacznie. Elża z przyjemnością obserwowała towarzystwo, zbierając ciekawe wzroki sama lub z Tomkiem i Uniewiczem, który celował dowcipem i złośliwością. Na wieczorze w ostatki w Chodurach, u Poberezkich, Gorska rzekła do Uniewicza:
— Niech pan da spokój, — nie obmawiajmy. Tutaj to razi, nie wszczepiajmy takiej trucizny towarzyskiej. Dzięki Bogu, na tutejszym gruncie niema ona powodzenia i dlatego lżej się oddycha.
— To prawda! — potwierdził Tomek, a wiesz czemu się to dzieje?... Oto u nas ludzie są szczersi, niż naprzykład w niektórych okolicach w Królestwie. Nigdzie tak ludzie na siebie wilkiem nie patrzą, jak tam właśnie.
— Masz słuszność i ogadują się nawzajem bez skrupułów. Sąsiad sąsiada zna głównie z najgorszej strony i nie zaniecha, by wady dostrzeżone opublikować mniej lub więcej głośno. Na to zaś, co dobre u sąsiada, zamyka szczelnie oczy i uszy. Przytem cóż za różniczkowanie towarzystwa. Wystarczy, aby ktoś posiadał kilka włók majątku więcej od drugiego, a już uważa się za wyższego i jak to mówią, zadziera w górę nosa. Och, jakież to niesympatyczne.
— A wie pani, kto zwykle zadziera głowę do góry? — spytał Uniewicz.
— Pyszałek — podchwycił Tomek.
— Ale dlaczego to robi?...
— Ponieważ ją ma pustą — odrzekła Elża — wszystko, co lekkie leci w powietrze, przeto i głowa takiego pana jak balonik wiecznie się unosi w górę, a z nią i nos naturalnie.
— Wybornie pani wyraziła to fizyczne prawo i moją myśl, — śmiał się pan Mel.
— Nigdzie także niema tylu pseudo-arystokratów, co wogóle u nas. Każdemu się zdaje, że jest wyższy urodzeniem od drugiego i gra rolę pana, najczęściej niesłusznie „dmie“, jak określają postronni obserwatorzy. Śmiesznym jest, gdy taki pan, który „dmie“, nie domyśla się nawet, że sąsiedzi wiedzą o nim wszystko. Począwszy od pochodzenia rodziny, skończywszy na jego własnych postępkach, o czem sądzi, że nikt ich nie świadomy i że znaczna ilość włók wystarczy, żeby go wynieść ponad innych. Tymczasem włóki, dając duże przywileje i sposobność do naginania karków małodusznym, nie osłaniają bynajmniej nikczemności w oczach tych, którym imponują.
— Tak! — zauważył Uniewicz, — prawda wówczas bywa za plecami, z boku, tylko nigdy en face.
— To właśnie dowód braku szczerości. W oczy pochlebstwo, uśmiechy, zachwyty, słodkie słówka, a za oczami — hulaj dusza! en face język trzymany na smyczy, z boku zaczyna wywijać się z oków życiowej dyplomacji, lub prostego fałszu, a za plecami już siecze bez miłosierdzia.
— Słusznie zauważyłaś, Elżuś, że u nas inaczej. Cieszę się, że to widzisz — rzekł Tomasz.
— To też dlatego powstrzymałam pana Mela i siebie od czynienia złośliwych uwag o tutejszym zebraniu. Tam mogłam krytykować, będąc krytykowaną, odpłacałam z naddatkiem, bo mię to bawiło.
— I tu może pani stosować to samo względem poszczególnych osobistości. Nie pozostaną pani dłużni napewno — uśmiechnął się Uniewicz.
— Wiem o tem i stosuję swoją wstrzemięźliwość w wyjątkowych wypadkach.
— Widzisz, ciebie tu mamy trochę za swoją, pochodzisz z Taraszczy i jesteś Burbianka, to powód, że raziły ciebie inne stosunki. Ty nasza jesteś, Elżuś, — mówił Tomek z błyskiem zapału w oczach.
Widziała w jego wzroku płomień uczucia i porywał ją tem ku sobie. Patrzyła mu jasno w oczy i może wypowiedzieliby sobie w owej minucie dużo wyznań serdecznych, gdyby nie Uniewicz, który zmącił pogodę.
— Tomek nazywa panią naszą, lecz ja się na to nie zgadzam, chociaż sam nazywałem panią z początku — taraszczańską. Nie, pani nie — nasza, pani jest bardziej egzotyczna, pani to... wyrażając się geograficznie — zachód, południe, ale nigdy... Warownia powiedzmy: nie tutejsze kresy. Pani pochodzi od nas, lecz jej siła ciężkości, to zagranica, Riviera... Anglja... Tam panią ciągnie.
Elża zadrżała i spłonęła krwawym rumieńcem. Burba patrzył na nią badawczo. Zaległo wymowne milczenie. Uniewicz spojrzał na Gorską, na Tomka i odczuł, że jest tu na trzeciego zbyteczny. Usunął się w głąb salonu, myśląc:
— Tomek zaczyna nierówną walkę, ja zaś niechcący podałem mu kopję.
Po odejściu pana Mela, Burba spytał Elżę:
— Nie przyciągnie ciebie... zagranica?... powiedz, Elżuś.
Gorska położyła mu rękę na ramieniu z uśmiechem trochę nienaturalnym.
— Grają walca, tańczmy Tomku.
Otoczył ją wpół mocno i z brawurą powiódł w tańcu na salę. Pochylił się do jej ucha:
— Dlaczego nie odpowiedziałaś mi?...
— Bo nic... nie wiem.
— Elże! — wybuchnął odsuwając się od niej.
— Tom, nie warjuj, patrzą na nas.
— Szczególnie Dziunio Poberezki... co?... pożera cię oczami jak smok.
— A, dajże mi z nim spokój!
— On cię odciągnie od... Anglji.
— Nie odciągnie nawet od... Warowni, — bądź pewien.
Tomasz drgnął, jakby iskrą elektryczną tknięty. Walc jego wpadł w tempo nierówne, zbyt szybkie. Gdy mijali orkiestrę, Burba krzyknął na całą salę.
— Mazura!
I sam ruszył z Elżą w pierwszą parę, hucznie, szumnie z niebywałą fantazją i zawadjacką jakąś werwą. Twarz mu promieniała, z oczu tryskały iskry. Przeistoczenie jego było tak nagłe i wyraźne, że spostrzegli to wszyscy. Stary Burba szepnął — do żony:
— Patrzaj, serce, na Tomka; czy on kiedy tak tańczył?.. Szaleje chłopak. Coś musiało między nimi zajść, bo i Elżunia jakaś dziwna.
— Ot imaginujesz, Cezary. Roztańczyli się i kwita, a ty zaraz Bóg wie co upatrujesz.
— A taki, daj Boże, żebym się nie mylił...
Uniewicz, patrząc na pierwszą parę, myślał:
— Czyżby już turniej skończony i pierścień zdobyty?... On zwycięski, ale ona... niewyraźna. Nie tak wygląda kobieta zdobyta i uszczęśliwiona własną kapitulacją.
Przyjrzał się wyraźniej zasnutej lekką chmurą twarzy Elży i stwierdził ostatecznie:
— Nie, to nie jest porozumienie, to jakaś omyłka.
W tej chwili podszedł do niego młody Poberezki, piękny i pewny siebie salonowy bywalec, zwany Dziuniem. Siadł wykwintnie na krześle, podciągając dwoma palcami ubranie na kolanach, poprawił wytworne szklą na nosie i, pochylony zgrabnie, rzekł do pana Mela półszeptem:
— Panie, co ja mam sądzić o tym mazurze pani Gorskiej?...
Uniewicz skierował na niego swe blade, ironiczne oczy.
— Jakto, co?... to chyba tylko, że pani Gorska tańczy go z Burbą i ładnie tańczy.
— Ależ ja ją prosiłem do pierwszego mazura.
— A no, to Burba pana uprzedził, nic więcej.
— Ależ to dla mnie afront.
— Nie przeczę. To nawet zmowa, spisek na pana, bo ten mazur powstał impetycznie, urodził się z walca jak piorun i widzi pan jak grzmi.
— Ale cóż ja mam teraz robić?
— Pogodzić się z losem.
— Pan sobie żartuje, a ja w tym mazurze z panią Elżą chciałem się upewnić w swoich zamiarach.
— W jakich mianowicie?
Poberezki podniósł dumnie głowę i spojrzał tryumfalnie na Uniewicza.
— Chcę się starać o rękę pani Gorskiej.
Śmiech drgnął na twarzy pana Mela, lecz z całą powagą odrzekł:
— Bardzo ryzykowne zamiary.
— Jakto, nie rozumiem.
— Wszelkie zamiary matrymonjalne są, panie, ryzykowne.
— Ależ, pani Elża bardzo mi się podoba. Nie znam tylko cyfry jej posagu. Panna Gozdecka mówiła mi, że biedna, stąd wnoszę, iż jest bogata; znam kobiety, zwłaszcza panny na wydaniu.
Uniewicz zaśmiał się, szczerze ubawiony. Dziunio, zadowolony ze swego dowcipu, dodał jeszcze:
— Utwierdza mię w przekonaniu, że pani Gorska bogata, fakt, że Burba kręci się koło niej wyraźnie.
Teraz Uniewicz się obraził.
— O panie, Tomek nie leci na posag, to nie leży w jego naturze.
— Nie leci, ale każdy na to pójdzie jak jest, w dodatku; pani Gorska mniej tego potrzebuje, panna Gozdecka dużo więcej, ale każdej się to przyda i ujmy nie przyniesie.
— Ogromnie pan praktyczny.
Poberezki nic nie odrzekł. Uniewicz zauważył, że pochłania wzrokiem Tomka i Elżę.
— Ładna para, — co?...
— Burba mię niepokoi. On wygląda, jakby już miał nadzieję — rzekł tragicznie.
— Hm! to możliwe!
— Ale czyżby pani Górska?... a zresztą przecie... Chodury... nie gorsze od Warowni, — szeptał Poberezki, w ten sposób wyrażając swe myśli i obawy.
Uniewicz śmiał się.
Elża, tańcząc, nie miała ani zapału Tomka, ani jego promienności w duszy. Przeciwnie, nurtował ją niepokój, gniew na siebie za niebaczne słowo, które tak podnieciło Tomka, i gniew na niego, że tak łatwo wziął je do siebie. Przez resztę wieczoru była nie w humorze, pomimo, że Tomek jej nie odstępował, rywalizując dzielnie z Poberezkim. Jednakże, gdy się już rozjeżdżano, Dziunio, czatując wytrwale, pochwycił chwilę i spytał Elżę bez przygotowania:
— Czy pani pozwoli mi bywać w Warowni? Zależy mi tylko na pani pozwoleniu.
Elża była zdenerwowana i usposobiona ironicznie.
— A nie boi się pan wilków?
Poberezki wyprostował się, obrażony i zły.
— Nie, pani, może mi grozić tylko jedno niebezpieczeństwo, ale to chcę zwalczyć.
— A, to pan odważny.
— Nie odpowiada mi pani na pytanie. Czy mogę bywać?
— Ależ owszem, panie, dopóki nie wyjadę do... Anglji.
Powiedziała to celowo, gdyż zbliżał się Burba. Ostatnie słowa Elży oniemiły Tomka.
Poberezki zdumiał także.
— Pani wyjeżdża?... tak daleko?... Nic o tem nie wiedziałem. To mię jednak nie zraża i będę w Warowni jaknajprędzej.
Skłonił się głęboko i cofnął, gdyż kilka osób otoczyło Elżę. Mijając Burbę, Poberezki wyzywająco trochę spojrzał na niego, lecz Tomek nie zauważył tego, pochłonięty tem, co słyszał.
Siadano do sań. Tomek zwrócił się do Elży, proponując wspólną podróż odkrytemi saniami, lecz ona zaprotestowała stanowczo:
— Pojadę z dziadkami, jestem zmęczona i mogłabym się przeziębić.
Lecz z pomocą Tomkowi przybył stary Burba.
— Tedy jedźcie we troje w karecie, a ja pojadę z panem Melem.
Tomek, siedząc na przednim siedzeniu, otulił nogi Elży i milczał zamyślony. Młoda kobieta, udając, że drzemie, obserwowała go z pod rzęs. Widząc smutek i ból na jego twarzy, żałowała, że go dręczy, ale szczególna jakaś zawziętość rozpanoszyła się w niej władczo, tłumiąc wszystkie lepsze odczucia dla Tomka. Jego męski, ładny profil pociągał ją, oczy wpatrzone w las, migający poza szybą okna, miały w sobie dużo głębi i zamyślenia niezwykłego. Elża nie mogła oderwać wzroku od tej twarzy, ogarniała ją rzewność i słodycz jakaś dziwna. Cichy skrzyp sań po śniegu, głuchy szum boru, nastrajały Elżę osobliwie. Raziło ją przykre chrapanie siedzącej obok niej pani Urszuli. Były momenty, że uczuwała pragnienie przygarnąć się do piersi Tomka i tak trwać cicho, spokojnie i tak jechać w tym szumie boru, w tym ośnieżonym zimowym świecie. Widok Tomka koił ją, nasuwając łagodne dobre marzenia.
Wtem zadrżała. On raptownie spojrzał na nią, złowił jej wzrok i utonął w jej źrenicach. Z zapartym oddechem patrzyła w niego przerażona, żeon to widzi. Długi czas oboje nie mogli słowa przemówić. Wreszcie Burba zerknął na śpiącą matkę i, utkwiwszy w Elży sporzenie prawie surowe, — spytał bezbarwnym głosem:
— Kto to jest... Artur?..
Elża doznała wrażenia, że ściany karety stłoczyły się na jej głowę. Imię tamtego padło między nich, jak nóż gilotyny, zabijając momentalnie urok chwili poprzedniej. Artur Dovencourt-Howe? z całą potęgą swej siły, z całą plastyką stanął w oczach Elży i zapanował nad nią jak tytan. Szatańskie, drwiące jego oczy zaćmiły jej świat, pod ich władzą powieki Elży opadły niby liście trącone wichurą. Na policzki wolno, wolno wypływał gorący rumieniec.
A Burba powtórzył pytanie.
— Kto to jest... Artur, Elżo?...
Młoda kobieta ocknęła się — z wrażenia. Zapanowała nad sobą.
— To mój znajomy z Nicei.
— Anglik?...
— Tak.
— Czemu nie patrzysz na mnie, Elżo?...
Podniosła teraz na niego oczy, pełne dumy.
— O co ci chodzi?...
— Ach, nic tylko wspomniałaś to imię, gdyśmy jechali pierwszy raz do Warowni, wówczas kiedy nas opadały wilki, rzekłaś — „strzelasz jak Artur”. — Przypominam to sobie; potem w pamiętniku, z Riviery nam czytałaś, imię to parę razy było powtórzone jakby niechcący, snać uważałaś czytając, by go unikać. Dziś znowu ta Anglja dwukrotnie.
— Badasz mię jak detektyw.
— Czy nie mam do tego prawa?
— Niezupełnie.
Tomek zbladł.
— I chcesz dlatego uciekać do Anglji
— Co znaczy: „dlatego“? Mówiłam to zresztą nie do ciebie, lecz do Poberezkiego.
— Przed wszystkimi zasłaniasz się tą Anglją. Widocznie Uniewicz miał słuszność.
Elża milczała.
— Ja zaś — źle zrozumiałem twoje słowa w walcu i... byłem szalony.
— Cóż chcesz, czarowałeś cały salon mazurem.
Burba poczerwieniał jak ogień. Gwałtownie otworzył okno.
— Co wyrabiasz, babcia się przeziębi.
Tomasz wychylił głowę i krzyknął na stangreta.
— Stój!
— Warjat jesteś, Tomek.
— Nie, ale przyślę ci tu Uniewicza, jemu możesz urągać Potrafi się odciąć.
Kareta stanęła i jednocześnie zrównały się z nią sanie.
Burba otworzył drzwiczki, wysiadł, wślad za nim wyskoczyła Elża na śnieg.
— Co się stało? — pytał pan Cezary.
— Nic, dziadziu, tylko ja wolę jechać saniami, duszno mi w karecie — zawołała Elża.
Stary Burba patrzał na nią uważnie.
— Przedtem nie, a teraz tak; tak z kimże pojedziesz?...
— To mi obojętne.
— Ot, kiedy komplement dla nas wszystkich. No, to siadajcie w trójkę na sanie, a ja idę Urszulkę kołysać, bo widzę, że śpi niebożątko i zdrowo chrapie. Pewno ciebie tem i wystraszyła. Siadajcie, bo zimno.
— Tomek niech idzie do karety, — rzekła Elża rozbawiona — bo on chce spać, a ja będę dużo mówiła z panem Melem. Dobrze, panie?...
— Jestem na rozkazy.
— No, Tomek, gdzie siadasz?... — wołał pan Cezary.
Ale Burba wskoczył już na sanie. Usiadł przy stangrecie i odebrał od niego lejce. Strzelił z bata, czwórka ruszyła tęgiego kłusa, wymijając karetę.
— Widzę z tego wszystkiego, że pani zatęskniła za moim towarzystwem, a Tomkowi chciało się powozić, — rzekł protekcjonalnie pan Mel.
— Zgadł pan w zupełności z małym dodatkiem co do Tomka, który nagle uczuł pragnienie okładania kogoś batem. Najfatalniej wyszły na tem szpaki.
— I ja, bo siedzę za Tomem, mogę dostać batem — rzekł Uniewicz. — Zaczynam się namyślać, czyby nie przesiąść do karety.
— Idź, jeśli chcesz, Elża mi wystarczy.
— Pomimo twej uprzejmości zostanę właśnie z wami dla dwu powodów; po pierwsze, że... ty mi nie wystarczasz i chcę towarzyszyć pani, a po drugie, że pani Elży groziłoby niebezpieczeństwo.
— O, panie, ja się obronić potrafię sama, jestem odważna.
— O tak! Elżę trudno poskromić, — rzekł Tomek — i nikt jej nie utemperuje.
— Owszem, jest ktoś.
— Kto by cię ujarzmił? Nie wierzę — zaśmiał się Burba nerwowo.
— Ciekawym kto?... — rozwlekle spytał Uniewicz.
— Ktoś, kto jest stąd... bardzo daleko.
Głos jej miał głęboki ton. Zaległa cisza, tylko trzaskał bat i raźno prychały pędzące cwałem konie, dzwoniąc uprzężą. Uniewicz wiedział już wszystko.




IX.

Olbrzymie wiązy warownieckie trysnęły zielenią. Zmalały, jakby skupiły się w sobie, garnąc swe konary ciężkie i smukłe gałązki pod zielone puchy młodego listowia. Najpierw seledynowo-złota mgła omotała potężne korony wygrzewających się w słońcu drzew, lecz z każdym dniem mgła stawała się wyrazistszą, była już gazą przezroczą, prześwitującą siecią czarnych splotów gałęzi, była krepą gęsto namotanych woalów, aż wybuchnęła przepychem zieleni. Na ogromne szkielety drzew rzuciła się z szaloną namiętnością wiosennych pragnień i zgubiła je w sobie, pochłonęła, że szerokorzutne rusztowania wiązów zatraciły się pod żywiołowym, bujnym nalotem liści i kwiatów, zatonęły w ich niepowstrzymanej fali. Na mocarnych pniach piętrzyły się kopuły zielone, rozchwiane, wonne i szumiące. Wielmożność wiązów prastarych królowała teraz w Warowni, głusząc sobą dwór modrzewiowy i wiekowe ruiny. Wobec potęgi tych drzew malał, zda się, bór, okalający siedzibę Burbów, a przynajmniej schodził na plan dalszy; wiązy panowały tu wszechwładnie. Nikt ich nie podziwiał, prócz Elży.
Był wielki tydzień. Święta przypadały późno w kwietniu i cała natura nurzała się już w majowej krasie, ubarwiona zamiecią pierwszych kwiatów.
— Kobiety potraciły głowy, — żalił się stary Burba, — jedna nad ciastami, druga nad kwiatami, żadnej ani złapać.
Istotnie, we dworze panował ruch znamienny, zapowiadający gastronomiczne uciechy. Pani Urszula, niby wódz i dyktator, kierowała armią dziewek, kucharzem, gospodynią, popędzając wszystkich od świtu do nocy. Pani Jasiowa miała także swój dział. Stuk moździerzy, siekanie rozlegało się z kuchennych izb bezustannie, coraz to jakaś hoża Paraska lub Hawrośka w krasnym podkasanym samodziale wypadała z piekarni, bijąc pianę w donicy i świecąc czerwienią łydek; ta dźwigała pełne wiadra wody na „koromyśle”, tamta niosła opasłego indyka pod topór kucharza. Głos Burbiny huczał po całem domostwie, pobudzając do gorączkowej pracy, jakby Warownia spodziewała się oblężenia. Pani Urszula nie mogła zapędzić tylko Elży do roboty. Młoda kobieta zasadzona do obierania migdałów a zajęta swemi myślami, nie potrafiła zadowolić babkę.
— Taż patrzaj, serce, migdały pryskają na wszystkie strony, miast w miskę. Ta dajże spokój, kochanie, z taką robotą.
I Elża uszczęśliwiona biegła z książką pod wiązy albo w las na kwiaty.
Aż nastąpiła chwila głuchej ciszy w Warowni, wszystko jakby zamarło, umilkły głosy, nikt drzwiami nie skrzypnął. „Baby“ siedziały w piecu. Sławne ze smaku i wielkości baby pani Urszuli, więc cały dwór musiał się z tem liczyć. Pan Cezary, obyty już z taką sytuacją, ulokował się na werendzie w fotelu, w potokach słońca, okryty pledem czytał gazety, pykając z cybucha. U nóg jego, zwinięty w brunatny kłąb, spał Kajtuś niespokojnie jakoś. Wiosenne ciepło i pierwsze miodowe zapachy, płynące z boru, nasuwały mu widać czarowne marzenia swobody, bo mruczał, kręcił się i węszył głośno aromat powietrzny. W przeciwieństwie do milczenia dworu bór huczał rozgwarem ptasich głosów. Zawzięcie kukała kukułka, nic sobie nie robiąc z przestrogi pana Cezarego.
— Cicho, przekupko! czy to nie wiesz, że baby Urszulki w piecu?... skaranie boskie z tem ptaszyskiem.
Pan Mel z Sybirakiem wywędrowali do stajen, Elża zaś z kudłatym psem Murmyłą do Pysznego Boru. Szła ulubionemi przesmykami, zasłuchana w huk sosen i w potężny hejnał pełen melodji własnej duszy. Unosił ją prąd pragnień wiosennych, kipiących bujnie dokoła, czuła się zjednoczona z naturą, budzącą się do nowego życia, miała w sobie jej żywiołowe porywy, tęsknotę ukrytą poza wielką radością istnienia i nieprzepartych pragnień gorące źródło. Unosiły ją skrzydła fantazji. Grała w jej piersi muzyka natchnień nieodczuwanych nigdy; uczucia przeistaczały się w hymny pragnień, łaknące serce wołało: „przyjdź i kochaj, bo kocham, kocham!” W oczach jej płonął ogień zapału, usta krwawym żarem paliły, do nasuniętej wyobraźnią wizji wyciągnęła ramiona i z piersi jej stłumiony namiętnością krzyk wypadł:
— Tomek!
Widzi go przed sobą, on ramiona jej otworzył, oczy mu się iskrzą, usta pragną jej ust, zbliża się ku niej zaborczo, zaraz, zaraz ją porwie, uniesie.
Chwila... i wizja prysła. Dokoła pełno słońca, świeża jasna zieleń, stoją sosny proste, jodły obwisłe, bór usiany gwiazdami i pasmami światła. Drze się kukułka, zanoszą się śpiewem słowiki, życie tu wre i wszystko woła: „żyć!”
Elżę ogarnia nagle ogromna tęsknota. Podchodzi do smukłej sosny, obejmuje ją i tuli głowę rozpaloną do złoto-miedzianej kory. Łzy rzęsiste ma pod powiekami, szloch zrywa się w jej piersi, ale jednocześnie pali ją wstyd jakiś, więc, przygarnięta do sosny, zwierza jej swe marzenia i tłumaczy swój wybuch serdeczny. Tęskni za Tomkiem. Wyjechał w połowie postu daleko, na toki głuszców, na słonki, zaproszony przez krewnych, i nie wracał dotąd, choć już te polowania dawno skończyły się. Dopiero dziś przyjeżdża Tomek ukochany, ten złoty chłopak, bez którego tak pusto w Warowni. Elża skarży się sośnie, że męką były dla niej te trzy tygodnie bez Tomka. Żyła prawie samotnie, unikając Burbów, bo mówili wciąż o Tomku, raniąc jej serce; jedynie czasem lubiła towarzystwo pana Mela, który czytywał jej głośno, a ona wówczas malowała. Nieskończone spacery z Murmyłą były jej pociechą jedyną. Pisać nie mogła, mając chaos w głowie, zamęt zupełny w duszy. Przez te trzy tygodnie przeżyła jakby ciężki rok, nie wyjeżdżając z Warowni nawet w sąsiedztwo. Odmówiła ostatecznie Poberezkiemu, o czem dowiedziawszy się pan Cezary, pocałował ją w milczeniu w czoło bardzo gorąco. Tomek pisał tylko do Uniewicza, ale ten nie zdradzał przyjaciela i Elża wiedziała o Tomku tyle, że poluje w Mińszczyźnie i dobrze się bawi. W duszy jej nurtował żal do niego i do siebie, gorycz przykra zalewała jej serce, że oto Tomek nie dba o nią, a wszak wie, że miała w kwietniu wracać do Taraszczy. Wzywają ją tam wujostwo, ale tu Burbowie nie chcą słuchać o jej wyjeździe. A Warownia taka cudna w tej szacie wiosennej i zresztą... Tomek na święta powraca. Dziś go zobaczy. Jaki on jest, czy zmieniony dla niej czy ten sam — serdeczny Tomek z zimowych czasów, kiedy taki ogień miał w oczach, patrząc na nią, a tak szczerze okazywał jej swe uczucia. Wyjechał chmurny, rozżalony od czasu wieczoru w Chodurach i nie napisał do niej ani słowa.
— Tomku, Tomku, bądź dobry — błaga Elża, czując, że łzy z jej rzęs spadają gęsto i nikną w miedzianej korze sosny.
— Będę dla ciebie dobra, cicha, tylko już wracaj, bo żyć bez ciebie trudno.
Elża odczuwa w duszy jakiś zgrzyt przykry, trwa to mgnienie oka i znowu słodycz nadziei rozlewa się w jej całej istocie i znowu pragnie, tęskni za... Tomkiem. Oderwała głowę od pnia sosny, rozplotła ramiona, idzie przed siebie krokiem pewnym i rzeźkim, bo to wszakże droga, którą przyjedzie Tomek. Odruchowo poszła w tę stronę i już nie cofnęła się. Powita go pierwsza. Jakie będzie ich powitanie?... Serce Elży biło mocno, krew huczała w jej żyłach. Już, już powinien być. Słońce skłonione ku zachodowi nabierało złota i krwi w swój szczodry krąg i siało purpurowe pyły poprzez gęsty przetak igieł i liści. Elża spojrzała na zegarek.
— Powinien już być.
Wtem Murmyła stanął, zjeżył szerść i zawarczał groźnie, poczem z głośnem szczekaniem skoczył w krze i gąszcz młodej sośniny. Jakiś szelest, trzask i okrzyk pełen przestrachu. Murmyła ujadał zajadle. Elża poskoczyła żywo zaciekawiona. Wśród sosenek i brzózek stała młoda dziewczyna w szarym wełnianym żakiecie, w białym szaliku na jasnych włosach, cała ponsowa od rumieńca, z przerażeniem w błękitnych źrenicach, z drżącemi ustami. W ręku trzymała pęk żółtych kaczeńców. Karolcia Słupska! Elża poznała ją natychmiast. Długą chwilę stały naprzeciw siebie bez słowa, mierząc się wzrokiem. Twarz Elży ponsowiała, Karolci bladła. Murmyła naszczekiwał niepewnie.
Karolcia niezwykle zmieszana, bąknęła pierwsza:
— Przyszłam tu po... kaczeńce.
Elża uśmiechnęła się pobłażliwie.
— I po nic więcej? — spytała.
— Przyszłam także po... swarzybabę i barwinek do święconego.
— Idź, idź sobie po swój barwinek dokąd chcesz, byle jaknajdalej stąd, — błąkały się słowa pełne gniewu w ustach Elży.
Już chciała przeczekać, aż Karolcia odejdzie, lecz zbudziła się W niej duma. Ona będzie rywalizowała z tą dziewczyną?... Nie, nie, za nic. Krew jej uderzyła silną falą do głowy, Ogarnął ją strach, że Tomek może nadjechać i zastać je tu obie... Zgrzyt odczuty poprzednio powtórzył się i zatargał jej nerwami. Jakiś śmiech ironiczny, jakiś chichot piekielny usłyszała w sobie. Zawrzało w niej wszystko, odepchnęło od tego miejsca. Skinęła głową lekko, rzekła suchym głosem:
— Życzę pani pomyślności w zbieraniu... barwinku.
Zawołała na Murmyłę i odeszła szybko. Wzburzona, drżąca z gniewu i niewytłumaczonego uczucia żalu, bolesnej przykrości i wstydu, skierowała się w głąb boru, opuszczając leśną dróżkę. Prawie biegła, potykając się o korzenie; kłuły ją igły sosen, zapadała w mokradła, ale szła wytrwale, byle prędzej do domu, byle Tomek nie wiedział, że chciała go powitać. A wszakże Karolcia mu powie, że ona była w lesie. Może on pisał do tej dziewczyny, może to spotkanie umówione?...
Coraz silniejszy nękał ją ból na tę myśl, niechęć do Karolci rosła w nienawiść i budziła się niechęć do Tomka. On wszystkiemu winien, gdyby chciał, mógłby taką Karolcię odsunąć od siebie odrazu, widocznie upoważnia ją do tego, że ona wychodzi na spotkanie, że wie, kiedy on przyjeżdża. Taka gęś, głupia, głupia gęś! — jątrzyła się Elża. Więc on pisuje do tamtej, on jej wyznacza spotkania. Ach, Tomku! I ja... ja szłam jej śladem?...
O, wstyd, wstyd!
W miarą zbliżania się do Warowni pasja Elży coraz okrutniejszą była, ale zaczynał przemawiać rozsądek w obronie Karolci. Cóż ona winna, że go kocha, że biegnie na jego spotkanie gnana uczuciem, czy miłość ma granice i czy potrafi pęta na się zarzucić? A czy ona sama, Elża, nie biegła na drogę, którą Tomek będzie przejeżdżał. Za cóż potępiać tę śliczną dziewczynę, że kocha Tomka, złotego Tomka; taka sobie prosta leśniczanka mogła zakochać się wszakże w młodym pięknym Burbie.
Oto w tej chwili zachód słońca. Już się pewno spotkali, sielanka w lesie, stangret wolno jedzie naprzód, a oni...
Elża ujrzała Karolcię w ramionach Tomka, spłakaną ze szczęścia, z uśmiechem rzewnym w oczach jak chabry, z karminem ust wilgotnych, które podaje ukochanemu, a on je całuje, całuje.
Ta Karolcia taka śliczna, młodziutka, a ona... Elża... wdowa... rzekroczyla już trzydziestkę. Dreszcz zatrząsł ciałem młodej kobiety, ostra igła bólu przeniknęła ją nawskroś, purpurę wysyłając na policzki; myśl uparta, pełna trwogi i żalu, doprowadziła ją do szaleństwa. Zaczęła biec pędem, skacząc po kępach na mokrym gruncie, bo woda chlupała jej pod stopami. Żółciły się tu gęsto kaczeńce ogromne, jak spadłe gwiazdy i błyszczały w czerwieni zachodu złotem płatków.
— Tu przyjdź, dziewczyno, po kwiaty dla najdroższego, zamiast po barwinek, szydziła Elża ze łzami w oczach.
Zmrok zapadał, rozsnuły się lekkie mgły oparów i zarechotały żaby w bagienkach. Cisza i słodycz była w powietrzu, klekotał bocian w oddali, trylowały słowiki. Elża wybiegła na suchy grunt polany warownieckiej. Dwór stał przed nią jak na dłoni, ciemny, ogromny, z błyszczącego światłem okna płynęła cicha muzyka.
Gorska zatrzymała, się, słuchając.
Umewicz gra.
Ścisnęło się jej serce żalem jakimś, tęsknota owładnęła nią na nowo. Dom pusty, głuchy, ciemny bo Tomka niema, bo on tam z Karolcią.
— Co ja pocznę w tym pustym dworze? A może nie przyjechał wcale, może u krewnych zostanie na święta? Przyspieszyła kroku, wpadła na most nad fosą, w kołowrót i zachodziła z boku domostwa, dążąc do ganku. Za oknem łkały tony nokturnu Chopina, jakby akompanjament do gorących pocałunków i wylewały się przez półotwarte okno ciche, słodkie w ten wieczór wiosenny, upoisty, budzący miłość i szepty rozkoszne. Elża słuchała długą chwilę, poczem wspięła się na podmurówce i zajrzała w okno. Pan Mel grał zamyślony, a w fotelu ukryty prawie, siedział stary Burba, z rękoma splecionemi na piersiach, uczy wlepione miał w suficie, na twarzy głęboką zadumę. Nagle odezwał się niespokojnie:
— Pst! Czy aby Urszulka nie jedzie, dałaby panu za muzykę, a mnie za słuchanie. Wielki Piątek przecie, nie godzi się grać, ale stary ze mnie romantyk, słuchałbym tak całą noc.
Mel nie przerwał nokturnu. Elża zsunęła się z podmurówki i ze zwieszoną głową szła do ganku. Zaledwo wstąpiła na pierwszy stopień, ujrzała jakiś błysk czerwony, jakby iskrę spadłą z ganku na trawę, poczuła zapach dymu z papierosa i oto nagle stanęła przed nią wysoka postać męska.
— Tomek!!...
— To ja... Elżuś, — usłyszała miękki szept jego.
Chwycił jej ręce i zaczął okrywać pocałunkami. Parzyły ją gorące jego usta.
— Przyjechałeś?... kiedy?...
— Przed zachodem słońca.
Elża nie zorjentowała się.
— Więc... więc... byłeś tam... rwałeś barwinek?
— Barwinek?...
— Barwinek i... swarzybabę.
— Swarz babę?... Elżuś... co to znaczy?...
— Którędy przyjechałeś?... mów!
— Wilczym traktem, prosto z kolei.
— Więc nie na Pyszny Bór?...
— Nie, skądże?... Co ci jest?...
— Zwykle jeździsz przez Pyszny Bór.
— Ale nie w roztopy, tam za mokro.
— Za to... kaczeńce jakie...
Nie dodała jednak „czekały na ciebie“, — gdyż taka potężna fala szczęścia zalała jej serce, taki szalony poryw radości uniósł ją, że chciała zarzucić ramiona na szyję Tomka i przygarnąć się do jego piersi. On to odczuł, przyciągał ją do siebie, oboje pragnęli uścisku, kłonili się ku sobie, jak dwie gałęzie jednego drzewa, gorącym pchane wichrem, osypane kwieciem pożądań. On wyszeptał cicho:
— Kaczeńce?... byłaś tam... na Bysznym Borze?...
— Byłam.
— Czekałaś na mnie?...
— Tak, chciałam... ale...
— Elżo...
W tem zaturkotało w kołowrocie, jednocześnie w drzwiach stanął pan Cezary i Uniewicz z lampą. Zgrzytnęły nerwy Tomka. Elża oprzytomniała. Odsunęli się od siebie. Stary Burba zawołał:
— A co, nie mówiłem, że Elżunia już pewno jest i z Tomkiem gawędzi. Ale waćpanna źle robi, tak do późna włócząc się po boru, febra czeka na ofiarę, a potem trzęsu, trzęsu i liczko zblednie. Ot i Urszulka, nie mówcie nic, że graliśmy, a to z Wielkiego Piątku zrobiłby się sądny dzień.
Ogromny „szaraban” zajechał przed ganek z hałasem i klekotem.
— To nie babcia! — zawołała Elża, wpatrując się w ekwipaż.
— A któż inny, ha! — odezwał się tubalny głos pani Urszuli.
— A babcia dokąd jeździła takim cudakiem?...
Burbina, wysadzona przez Tomka, gramoliła się z bryki, a za nią pani Jasiowa.
— Dokąd?... Aj, Elżuniu, i wstyd, że pytasz. Toż do kościoła na Pasję, na grób Chrystusa Pana. Wielki Piątek, zapomniałaś?... Chciałam ciebie zabrać, ale szukaj wiatru w polu, a kilka sąsiadek było, pytały o ciebie. U Poberezkiej wszystkie baby petynetowe klapły, jutro piecze drugie, a moje jak piramidy.
— Ot mi dziwowisko! Facecja! Proboszcz nasłuchał się waszych pobożnych zwierzeń i twoich przechwałek, tak tu zwiezie na święcone wszystkich proboszczów i wikarych, poradzi on twoim piramidom, nie bój się.
— To i dobrze, niech smakują; a że już moim babom nie dorównają żadne na świecie, to pewno.
— Mniejsza o baby, ale nie mogę zrozumieć, czemu babcia tym gruchotem jechała?
Burbina już weszła do domu, nie słysząc. Pan Cezary szepnął dyskretnie:
— Cicho, Elżuniu, a toż dla pokory. Urszulka prędzej by piechotą poszła na wielkotygodniowe nabożeństwo, niż pojechała powozem. No, ale chodźcie do domu. Zimno, wiosna.
Elża wpadła w niezwykły humor, rozpromieniona zarzucała Tomka pytaniami, chłonęła jego opowiadania o polowaniach, wesoło potakując głową. Usta jej się śmiały, oczy tryskały iskrami. Zarumieniona, była uosobieniem życia i szczęścia. Tomek plątał się w odpowiedziach, bo przepalał ją gorejącym wzrokiem. Oni głównie z sobą rozmawiali, sobą tylko byli zajęci. Pan Mel, jedząc śledzia, mruczał coś pod nosem, ale gdy podano rybę, zerknął na Tomka z uśmiechem i rzekł:
— Nie radzę jeść, bo się udławisz.
— Ha, ha, ha! — zaśmiała się Elża. — Czy to i dla mnie przestroga?...
— Hm... może być.
A pani Urszula, która po całodziennym suszeniu, jadła tylko postny żur z razowym chlebem, odezwała się nagle:
— Słuszna to przestroga, bo dziś nie wolno się tak śmiać. Pan Bóg może skarać.
— Ależ, babciu, stęskniłam się za Tomkiem, więc mi jest wesoło, że go widzę, czy to grzech?...
Ułagodzona Burbina pogroziła jej palcem. Tomek nabrał w piersi duży chaust powietrza, jakby mu tchu zabrakło.
— Tęskniłaś za mną, ale uciekłaś w las na mój przyjazd.
Oczy błysnęły mu figlarnie.
— A łotrze!... — szepnęła Elża.
— Mogłeś mnie szukać, — dodała z kokieterją.
— To moja wina, — podchwycił Uniewicz, — Tomek już wędrował, ale mu wyperswadowałem, że mamy bór na cztery strony, więc łatwo się zminąć i bezpieczniej czekać na ganku.
— A widzisz, — zagadnął Tomek, — ty zaś posądzałaś mię, że rwałem jakiś barwinek, swarzybabę, Bóg wie co.
Elża parsknęła śmiechem.
— Ach, jakie to szczęście, żeś tego nie rwał. Tomek, jakie to szczęście.
— Ale co to znaczy?... Nie rozumiem.
— Trwaj w nieświadomości.
Młoda kobieta wyciągnęła ramiona patetycznym ruchem.
— I abyś się o tem nigdy nie dowiedział.
— Sama mi to powiesz, Elżuś.
— Za nic!
— Nie wytrzyma pani, ręczę. Za szczera pani na to.
— Ej, panie Melu. Nie zawsze opinja pańska o mnie odpowiada rzeczywistości.
— Jaka to opinja? — spytał Tom.
— „Język mój — wróg mój“, czy to pani Elża nie powinna wyryć sobie na breloku?...
— Słusznie, — rzekł pan Cezary. — To wyborne ostrzeżenie przed zbytnią szczerością wobec ludzi.
— Tak, względem ogółu, ale chyba nie wobec mnie?...
Tomek powiedział to głosem matowym, niskim, z taką intonacją, że Elża drgnęła i pobladła nagle. W oczach jej mignęły ciemne, zmrużone szparki lwich źrenic, w uszach zaszumiały fale błękitne morza Śródziemnego, nozdrza złowiły zda się woń cygara i benzynowego dymu samochodu. Owiało ją na moment tchnienie innego świata, jakaś mgiełka nadleciała z przeszłości i zmąciła jej umysł.
Wstano od stołu.
Tomek nie otrzymał odpowiedzi.
Gdy noc zapadła, młody Burba chodził pomiędzy wiązami, paląc papierosa za papierosem. Myśli plątały mu się w mózgu, czuł ich natłok. Marzenia unosiły go, ale zatrzymał je siłą woli, hamował wrzenie krwi gorącej. Patrzył z daleka w świecące jeszcze okna Elży i zadawał sobie pytania:
— Co ona robi?... co myśli?... co czuje?...
Szarpnął go niepokój, kołysała nadzieja cicha, słodycz poiła serce, a chwilami bunt się w nim zrywał i szalony lęk, zabobonna trwoga.
— Co ona... ona... dla mnie?...
Nie wiedział, nie przeczuł, że Elża w ciemnym pokoju obok swojego, siedząc w oknie, poza firanką, nie odrywała wzroku od jego postaci, starając się odgadnąć jego myśli, przeczuwając niepokój i śląc do niego swoją tęsknotę, swe wyznania.
A ukryte w koronach wiązów, psotne chochliki śmiały się z ludzkich przeznaczeń.
Było już bardzo późno, gdy światło zgasło w oknach Elży i papieros znikł pod wiązami.
Ranek wielkosobotni w Warowni uroczyście jakoś błysnął roziskrzonem słońcem, zaśpiewał orkiestrą ptasią. Elża przebudzona rzęsistem zalewiskiem ciepłych promieni otworzyła okno i zdumiała. Cały dziedziniec dworski od fosy i wału do ganku usiany był pstrokacizną chust, świtek i kraśnych spódnic wiejskich kobiet. Wśród głów owiniętych w białe „namitki“ widać było i męskie głowy w rogatych czapkach z chwastami na każdym rogu, ale przeważnie bez czapek, świecące tylko płową lub siwą czupryną, spadającą aż na szyję. Ogorzałe, ciemne twarze złociły się w słońcu bladą miedzią, gęsto przetykały je białe brody i żółte twarze starców bliżej ganku słychać było głosy przewlekłe biadające i żalące się, pokorne, niewolnicze.
Wtem zastukano do drzwi.
— Elżusiu, wstawaj, serce — wołała pani Burbina — będziemy rozdawały świąteczne chleby biednym. Ot, kiedy jarmark widzisz!
Elża otworzyła pokój, lecz pani Urszula, odchodząc, wołała jeszcze:
— Przychodź na ganek, bo sama z Jasiową i szafarką nie poradzimy.
Z ochoczą jakąś radością i weselem ubierała się Elża, obserwując chłopów za oknem. Przy bramie stało nawet parę wózków zaprzężonych w mechate koniki w parcianych lejcach. Kilka godzin zeszło na dorocznem rozdawnictwie świątecznych darów dworskich bezrolnym i zawodowym dziadom. Pani Urszula z Elżą, gospodynią i dziewkami kładła w nastawione fartuchy i kobiałki wielkie glony placków z rodzynkami, pierogi z mięsem, po kawale wieprzowiny i po parę jajek kraszonych jaskrawo. Często dla dziecka o wytrzeszczonych oczkach, z palcem w buzi i głową oblepioną czerwonym wełniakiem, spadło z rąk Burbiny parę jabłek lub garść cukru. Stary Burba zaś, siedząc z boku ganku w fotelu, żartował z bab, rozmawiał z dziadami i biedniejszym wtykał w garść srebrnego rubla, czasem więcej.
— Pomahaj wam Boh, wełmożnyje pany! — wołały pokorne, uniżone głosy dziękczynnie.
— Szczob wam, wełmożne pany, ditki zdrowo rosły, da wnukiw doczekały sia — piskliwie zawodziły baby.
— Gdzież Tomek?... — spytała Elża dziadka.
— W magazynie z Uniewiczem. Wydają mąkę, kaszę, kartofle.
Wtem Burba zawołał wesoło, czyniąc ręką ruch zapraszający:
— Ej, Likiera, a potańcuj no troszkę dla ochoty.
— Likiera, Likiera, idy do pana, pan wełmożnyj tebe klicze — posypały się głosy — i wypchnięto na ganek babę starą już z twarzą pomarszczoną, twardą i różowo-żółtą, jak zeschła pomarańcz, w której świeciło dwoje oczu czarnych jak śrut i śmiesznie wesołych. Głowę baba miała omotaną w białą namitkę z końcami, jak ręczniki opadającemi po bokach twarzy i na plecy, a na końcach tkanemi w czerwony brzeżek. Na chudem ciele siwą, starą świtkę, przepasaną krasną krajką, raczej jej strzępami, na stopach postoły z łyka i łykiem oplecione nogi wysoko na płóciennych onuczkach. Ramiona miała skulone, ręce w rękawach, zatulające jakby suchą pierś.
Wyskoczyła z tłumu i, śmiejąc się oczami, jęła podrygiwać na miejscu.
— No Likiera potańcuj.
— A czaroczka bude?... — pisnęła.
— Ałe, baczysz jeju! — zawołali bliżej stojący z tłumu — w wełykuju subotu czaroczki hocze.
— A wżesz, jaka chytra! — wołali chłopi, oglądając się sami za możliwością wódki.
Baba podrapała się po namitce i pisnęła znowu:
— Aj, aj, taż ja zabyła...
— No, tańcuj, zawtra, w prazdnik tebe pany dadut czarki.
Likiera wzięła się nagle pod boki, pochyliła głowę, wykrzywiła twarz do śmiechu i zaczęła kręcić się w kółko, skakać, przytupywać, podrygiwać, hukając przytem piskliwym dyszkantem:
— U ha! U ja, ja, ja! U ja, ja! Hop!... U ja, ja!...
Wtem zatrzymała się w miejscu, głowę podniosła w górę i wrzasnęła krzykliwą przyśpiewką:

„Na ułycy skrypka hraje,
Mene maty ne puskaje;
Pusty maty pohulaty,
Ja ne zabawlusia
Tylki chłopców potumaniu,
Taj nazad wernusia! U ha!”

Znowu zaklapały w tańcu postoły i „u ja, ja!“ roztańczonej baby.
Na to właśnie powróciła pani Urszula, która przed chwilą wyszła do śpiżarni. Groźnie zmarszczyła brwi i krzyknęła:
— Likiera szczo ce! ww elykuju subotu tańcujesz?... Zduriła!
Baba złapała się za głowę i znikła w tłumie.
— Cezary! — zgromiła Burbina męża z oburzeniem.
— Ta wielkie rzeczy, Urszuleczko serce, toż już święto. Likiera, chody tutki, dam rubla.
Tłum spoglądał niepewnie na pana i panią, nie wiedząc, komu pochlebić, śmiać się, czy milczeć. Przywołana Likiera za rubla, podjęła oboje Burbów pod kolana, bijąc pokłon aż do ziemi, pochyliła się i przed Gorską, poczem zrobiła ruch ręką, jakby chcąc ją pogładzić po twarzy i zawołała, cmokając z lubością:
— Ot, harnuju newistku wełmożny pan najszoł dla swojeho synka. Na wesilu potańciuju. U ja... ja!
— Idy... idy, — popchnął ją lekko pan Cezary, bokiem patrząc na zaczerwienioną Elżę.
Młoda kobieta przyglądała się całej scenie ze zdziwieniem, które się zamieniło w lekki niesmak. W Taraszczy, gdzie lud był hardy i dumniejszy, pokozacki, nie widywała takich scen. Niewolniczość i głupota tej staruszki wydała się jej tak upokorzającą, że sama się za tę babę wstydziła, jak kobieta za upodlenie kobiety. Tu jednakże była to rzecz zwykła widocznie i znana — tłum się śmiał, Likiera, ukryta w nim, jeszcze podrygiwała i piszczała z ochoty, pan Cezary zaś, posiadający dużo kultury etycznej i estetycznej, rozweselony był i żartobliwie przemawiał do tłumu. Tu więc to nikogo nie razi? bo i Burbina zgromiła babę tylko z powodu niewłaściwego dnia, lecz nie zasadniczo za błazeństwo starej kobiety.
Przemknęła myśl nagła, jakie wrażenie scena ta zrobiłaby na kimś... stamtąd z Zachodu, z centrum najwyższej kultury, cywilizacji i... gdyby tak tu teraz zjawił się... co by powiedział?...
Burba, dostrzegłszy w twarzy Elży coś innego, niż nastrój ogólny, a czując się nieco winnym, wskazał jej tłum oczami, figlarnie: uśmiechniętemi:
— Zabawne, co?... i barwne?...
— I dzikie i... strasznie biedne, — dodała Elża.
— No, no... nie tak bardzo. Każdy zresztą ma swego bzika, a Likiera taniec.
Po skończonym poczęstunku i rozejściu się tłumu Elża, Tomek i nawet pan Mel pomagali pani Urszuli w ubieraniu stołu tradycyjnego z święconem. Elża lukrowała ciasta, strojąc je w konfitury i różne frykasy, Tomek podziwiał, Uniewicz żartował, a pan Cezary delektował się widokiem mięsiw, dokuczając żonie, że za mało wszystkiego i że trzeba legary pod stół podkładać, bo od tych skromnych darów Bożych gotów się załamać. Sfukany przez żonę, stanął przed baterją butelek i jął szeregować trunki. W południe przyjechał proboszcz święcić ciasta dworskie, a wielka sień zapełniła się miskami służby folwarcznej, która tu znosiła swoje chleby do święcenia. Małorusini nieśli swoje miseczki do odległej cerkwi.
Przy kawie z wybornemi babami proboszcz zwrócił się do młodego Burby:
— Jakże tam, kasztelanicu, prędko zaśpiewamy Veni Creator?...
— Komu mianowicie? — sucho spytał Tomek.
— A no wam, panie Tomaszu, i tej pięknej białorusince, którą podobno ułowiliście w Mińszczyźnie na polowaniu.
Tomek przeszył księdza ostrym wzrokiem.
— W Mińszczyźnie strzelałem słonki i głuszcze, lecz nikogo nie łowiłem.
— A mnie mówiono w Chodurach... że...
Stary Burba machnął ręką.
— Ach, w Chodurach, tam mogli dużo mówić.
— Owszem, bo mówili również, że pani Gorska zaręczona z jakimś anglikiem, czy szkotem, który jest... jest...
— Pewno komiwojażerem, śmiało proboszczu, — nerwowo zawołała Elża.
— Coś tak... tak... i mówili, że w maju ślub.
— Doprawdy?... I gdzież to, na księżycu czy na Marsie?...
Proboszcz spojrzał po wszystkich i zmieszał się. Elża była czerwona i wzburzona, Tomek blady, Uniewicz z niesłychaną pilnością krajał babę i oglądał ją pod światło, starzy Burbowie mieli miny zagadkowe.
— A hm, hm... tego to już nie wiem... Ale ot, cudna pogoda, panie... tego.
— Ładna wiosna, — rzekł pan Cezary.
— Jakże szanowny sąsiad z gospodarstwem stoi? Warownia jak zawsze, pewno najpierw obsiana...
Elża po chwili wstała i wyszła z pokoju, wkrótce za nią wysunął się młody Burba.
— Ot panie tego, zdaje mi się, żem trochę wlazł niepotrzebnie — rzekł strapiony proboszcz.
Uniewicz uśmiechnął się.
— Jak palec między drzwi.
— Otóż właśnie.
— A czy Poberezcy nie mówili proboszczowi o powodzeniach Dziunia? — spytał pan Cezary.
— Nic nie słyszałem.
— Dostał kosza od Elżuni.
— Taaak?... a to tedy już jestem w domu, zwykłe ludzkie złośliwości, bo czego tam nie gadali...
— Chybaż nie stary Poberezio, to zacna dusza, poczciwości i... on jeden nie oczarowany Olgierdem.
— Stary nic nie mówił, kiwał tylko głową na wszystkie wiadomości kobiece i po swojemu gadał dużo o polityce. Wiecznie w gazetach siedzi.
Po odjeździe proboszcza, Elża, zamknęła się w swoim pokoju, lecz było jej duszno i ciasno, potrzebowała ruchu, powietrza. Postanowiła przejechać się konno. Zeszedłszy jednak do stajen, zmieniła projekt, ujrzała bowiem z daleka Tomka, który dosiadał swego wierzchowca. Atamana.
— Nie chcę go widzieć za nic, za nic!
Gorska skręciła momentalnie w ogród owocowy i zniknęła wśród szeregów świeżo pobielonych pni. Korony drzew, osnute były zieloną mgłą, czereśnie jak dziewczęta do komunji świeciły już wiosenną szatą swej niepokalanej bieli. Zapach bił od nich świeży, wabiący roje pszczół na wiotkie ukwiecone gałęzie. Ale zapach płynął i z dołu, delikatny jakiś, a silny, choć wytworny. Elża spojrzała na ziemię i wydała głośny, radosny okrzyk:
— Fjołki!
Przysiadła, rwąc zachłannie fjoletowe kwiatki, gęsto rozsypane wśród młodziutkiej trawy, nawet w kępach suchej darniny tryskały do słońca bogate ich trzęsienia. Rozpostarły swe fjolety po całej darninie, napastowane również przez ćmy pszczół, łakomych pierwszej słodyczy. Elża cieszyła się niemi jak dziecko, na kolanach sunęła po murawie, czyniąc zniszczenie wśród kwiecić. Dużo jej przypomniały te fjołki miłych i przykrych momentów z życia. Dzieciństwo W Taraszczy, gdzie od lekcji wyrywała się do ogrodu na zbiór fjołków; przynosiła nauczycielce całe ich pęki. Jakie to były miłe, jasne, beztroskie i dobre lata. Prawie bezpośrednio potem Elża, narzeczona Adama Gorskiego, rwała z nim również fjołki, broniąc się od napastniczej ręki jego, szukającej zaborczo jej kibici, spuszczając oczy z dreszczem wstydu przed jego zmysłowem drżeniem ust i pod palącym żądzą wzrokiem lubieżnym.
Nie rozumiała wówczas tych objawów, bała się ich jednak instynktownie. Młoda kobieta uczuła przykry dreszcz i chłód jakiś, przejmujący do szpiku.
— Ach, jaknajdalej od tych wspomnień.
Powstała gwałtownie z trawy, rozejrzała się i uśmiech zajaśniał na zbladłych ustach, w piersi zagrał hejnał radosny.
— To po za mną, po za mną już! to straszna przeszłość... Nie powracać do niej nigdy! Tu... Warownia... inne życie. Swoboda! Boże, jakiś Ty dobry, że dajesz niekiedy zapomnienie. Wykreśl z mej pamięci te lata raz na zawsze, pozwól żyć szczęściem obecnej chwili...
Poprzez szalony radością krzyk duszy Elży śmignęła ostra iskra pytania:
— Czy to już ziszczone marzenie?
Drgnęła. Jakieś odległe echo przeniknęło myśl, niby lśnienie błyskawicy, jakaś tęsknota przewiała w sercu... ale słońce grzało silnie, złote kaskady promieni sypiąc na ziemię, na Elżę; brzęczały pszczoły i tak słodko pachniały fjołki.
— Jak dobrze żyć! A te wiadomości proboszcza o Tomku i białorusince?
Elża posmutniała.
— Ach, głupstwo, taka sama prawda, jak i moje zaręczyny.
Z ogromnym pękiem wonnych kwiatów Elża poskoczyła żywo, wyzbyta wszelkiego niepokoju. Pędem przebiegła sad i utonęła w gąszczu leśnym, w jego złoto-zielonych welonach, gazach, pyłach. Nowa radość, nowy okrzyk. Bór uścielony był bielą zawilców, błękitem przylaszczek. Gwiazdy ich migotały we mchu, istna zamieć kwiecia bieliła się i błękitniała w wilgotnej trawie. Elża chciwie garściami rwała wonne zioła, śpiewając z przepełnionych piersi czarem i bujnością życia i pragnieniami jego i nadzieją wszechmocną, to życie obiecującą. Coś się zazłociło w jej oczach. Dwa pierwsze motyle, żółte „cytrynki”, goniły za sobą; były jak rzucone w powietrze płatki kwiecia.
— Ach, wy! — jesteście już, — i Elża, niby dawna Elżunia w krótkiej do kolan sukience, popędziła za motylami. Uciekały przed nią płoche, wzbijając się w górę i opadając na kwietne dywany. Aż, usiadłszy razem na gwiazdce przylaszczki, zostały nakryte chusteczką Elży. Zdyszana, zaczęła się śmiać ze swej igraszki. Ujęła oba motyle za skrzydełka, czując ich upudrowany atłas pod palcami i uważnie śledziła miotanie się nóżek złotych owadów. I nagle pomyślała:
— Jeśli razem polecą... to... to...
Z uśmiechem roztuliła palce. Motyle frunęły, pozostawiając igiełkę subtelnego pyłu.
— Razem, razem... Co to?...
Elża zdumiała się, spojrzawszy w gąszcz. Nadbiegał ku niej w lekkich skokach czarny Ataman i cicho rżał konchami nozdrzów.
— Tomek! — krzyknęła przerażona.
Odpowiedziało jej tylko echo leśne i ponowne rżenie Atamana. Koń stanął przy niej, wyciągnął chrapy, wietrzył głośno i rozsuwał wargi, szukając cukru. Elża obejrzała go dokoła uważnie. Był suchy, spokojny, tylko miał zerwaną trenzelkę, a przy wędzidle kępkę trawy. Koń, widocznie uczepiony, zerwał się i szedł wolno przez las, skubiąc świeżą darninę. Poskoczył dopiero, ujrzawszy Elżę, i zarżał do zwykłej porcji cukru. Ale gdzie był Tomek, że nie spostrzegł zerwania się wierzchowca?
Niepokój targnął młodą kobietą, wywołując nagłe postanowienie:
— Pojadę go szukać!
Przerzuciła strzemię na lewą stronę, skróciła, i, podprowadziwszy Atamana do pnia, wskoczyła na siodło. Koń boczył się trochę, nie ujeżdżony pod amazonką, lecz Elża pieszczotami utemperowała go wkrótce i podniecona gorączkowo jechała stępa, trzymając się poprzednich śladów Atamana, rysujących się czarnemi plamami wgłębień wśród trawy i kwiecia. Zresztą koń, jakby cel jej odgadując, szedł własnym śladem, nie zbaczając, i wpadł w lekkiego kłusa. Jechali tak dość długo. Elża nie mogła się zorjentować, gdzie są. Parę razy koń zapadał głębiej w mokradła, wyrywając kopyta z czarnej, lepkiej mazi błota i brudząc niem śnieżną biel zawilców. Stanąwszy na wyniosłej polance wśród młodych brzóz w zielonych tiulach, zaczęła się rozglądać.
— Gdzie ja jestem?...
Ślady kopyt na gruncie twardym zatracały się zupełnie, można było dojrzeć pogniecione zioła, lecz trawa rosła tu niższa i sucha, zeszłoroczna, usiana kępami tylko, nie zaś kobiercem kwiatów. Ślad ginął. Gorska zakłopotała się. Postanowiła hukać na Tomka, lecz zwrócił jej uwagę szum jakiś zbiorowy a rozgłośny, choć głuchy jeszcze, snać odległy, niby szum morza lub ogromnego boru. Nasłuchiwała. Na twarz jej gorejącą wystąpiły nowe plamy krwi, serce na moment bić przestało.
— Mój Boże, tak szumią morskie fale z oddali.
Zasłuchała się trochę, lecz ocknięta natychmiast skupiła myśl już tylko na tym szumie zagadkowym.
— Co to może być?...
W miarę słuchania odczuła wyraźnie, że szum ten nasuwa jej bliższe i nowsze wrażenie, niż bełkot fal morskich, uderzył ją jakiś ton znajomy, tutejszy... Aż nagle drguęła.
— To Pyszny Bór huczy.
Szarpnięty Ataman dał szczupaka i pocwałował w stronę, skąd przybył, gdyż Elża umyślnie nie nadawała mu kierunku, licząc na instynkt konia. Jakoż w kilka minut, wybrnąwszy z gąszczy wilgotnych, wierzchowiec z amazonką wjechał w ciemny labirynt niebotycznych sosen masztowych i sędziwych jodeł, zwieszonych ciężkiemi baldachimami czarnych gałęzi aż do ziemi. Potężny huk szczytów napełniał przemożnym szumem cały las. Pogwary głośne prowadziły dostojne sosny, chyląc korony ku sobie, pełne majestatu i wiosennego wesela. Powaga była w melodji ich szumu, jakiś rycerski chrzęst trjumfu i rzeźkiej pogody. Jednakże ponad te zwycięskie tony, przebijała się tęsknota głęboka, jak dno oceanu, głucha, niby dalekie echo walących gromów. Coś było w pieśni boru, co przejmowało nerwy dreszczem niepokojącym. Szum budził, porywał, ale i odurzał i wlewał się do duszy wielką symfonją niepojętej tęsknicy. Smutek żałobny zbratał się tu z weselem i uderzał, jak hymn ku Bogu.
Elża jechała wolno i cicho. Tak ją zawsze ten bór nastrajał na uroczystą swoją nutę, że i teraz ogłuszona, jakby z modlitwą w ściśniętem sercu, skupiona w sobie, zbliżyła się do sosen-tytanów, muskana łagodnie przez zwisające sztandary jodeł. Ataman szedł miękko po mchu, zatapiając w nim z lubością sprężyste, jelenie nogi. Z daleka błyszczała wśród zarośli i mchów czarna mokra wstążka drogi leśnej. Elża wpatrzyła się w nią bystro, gdyż zamajaczyło jej coś w oczach, jakby ludzka postać. Posunęła naprzód koniem i zatrzymała się nagle pod wielką spadzistą jodłą, umiejscowiona niespodziewanym widokiem. Na jakieś pięćdziesiąt kroków przed nią, także pod jodłą, stał mężczyzna, obrócony plecami, na którego ramionach zwisały splecione ręce kobiety w znanym białym szaliku na głowie.
Elża bez tchu zastygła, skamieniała na swem miejscu. Odruchowo bezwładną prawie rękę podniosła do oczu, przetarła je, myśląc, że śni, że to wizja straszna, stworzona przez układ gałęzi i blasków. Lecz grupa nie znikła. Żółte sztylpy i sportowy strój mężczyzny był jej nazbyt znajomy, by się łudzić. A wtem usłyszała szmer słów i głośny szloch kobiecy.
Tego było jej nadto. Skręciła koniem raptownie wstecz i... pognała na przełaj przez bór.
— To oni... oni...
Ćwiczyła Atamana trenzelką, biła go piętami z boku i pędziła, jak zerwana przez huragan gałąź jodły. Głowę położyła na grzywie końskiej, smagana przez pręty i igły drzew, nie widziała przeszkód przed sobą, nie czuła nic, prócz silnego bólu w piersiach i straszliwej żądzy ucieczki. Ataman galopował wściekle, niby czarny rozszalały centaur, ale był czujny na drogę, omijał pnie, przesadzał zawały, jeno z gałęzi nic sobie nie robił rozszalały, ciskając w las, głośny łomot i tętent. Pozostawił za sobą pułki sosen i jodeł, wpadł w brzeźniak na polanie, tratował białe dywany kwiatów, wspiął się nad rowem pełnym wody, aż Elża zachwiała się na siodle i gorączkowo objęła ramieniem szyję konia. Jeszcze kilka minut cwału i wpadli między zagaje dworskich sadów. Na widok Warowni Elża oprzytomniała i jęła hamować konia. Wtem jak z pod ziemi wyrósł przed nią Uniewicz.
— Co się stało?! — krzyknął, blednąc.
— Co?! Nic!
Uniewicz chwycił konia za uzdę i zatrzymał.
— Pani ma włosy rozwite, pełne igieł, szyszek. Ponosił panią?...
— Nie!
— Nie wierzą! Koń zgrzany, pani wygląda... okropnie.
— No więc... dobrze.
Zaczęła skręcać włosy na głowie, ale ręce jej drżały, trzęsły się usta, lekko dzwoniły zęby. Uniewicz patrzał na nią z przerażeniem, bez pytania zsadził ją z siodła, postawił chwiejącą się.
— Spadła pani z konia?...
— Ani mi się śniło.
— Gdzież Tomek?...
Łuna krwi zalała bladą twarz Elży.
— Nie... nie wiem, — jęknęła.
— To nieprawda, pani wie!
Duma strzeliła z jej oczów, nerwowo zatoczyła ręką wielkie kolisko, wskazując bór.
— Niech go pan szuka. Ataman doprowadzi.
Odeszła szybko drżąca, bliska płaczu, pozostawiając Uniewicza w zdumieniu.
Szła, nie widząc prawie drogi przed sobą. Uczuła niebywałe zmęczenie fizyczne i jakiś ciężar na głowie, który odbierał jej przytomność. Idzie, ale dokąd i gdzie? aha, do domu. przecie to Warownia. Gdzie ja byłam?... myśli Elża. Plącze się wszystko; huk sosen, kwiaty, tętent i bieg szalony Atamana, Uniewicz, ach ten Uniewicz zabawny, o Tomka pyta... Tomek! Aha, tak, więc to prawda, Tomek tam... z nią... w borze.
I znowu mgła nasuwa się i mąci pamięć.
Elża zatopiona była w dziwnej półprzytomności: ni jawa ni sen, jakby pół mózgu myślało, a pół spało. Szczególny stan półświadomości. To sprawił ten udar w głowę, który tak cięży; myśli znowu Elża, nie wiedząc, że wstępuje na ganek.
Wtem głos zdumiony:
— Elżuniu! Czyj to głos?... — szuka wzrokiem.
— Elżuniu, co tobie?... — woła pan Cezary, opuszczając gazetę na kolana. — Elżuniu, nie widzisz nas?... — pyta znowu ktoś inny — cóż ty, olsnęłaś od wiosennego słońca, czy co?... Czego masz takie roztrzepane włosy, Elżuniu?...
— Ach, to dziadzio... i... babcia.
Uśmiechnęła się do nich bezmyślnie trochę i mijała ich, idąc do drzwi.
— Co ci to dziecko, głowa cię boli?...
— Tak, tak...
— Pewno febra? A mówiłem.
Lekka świadomość nasunęła myśl, że będą ją leczyć.
— Nie, nie, zdrowa jestem... tylko... zmęczona.
— Połóż się, dziecino.
— Tak, tak.
Nareszcie w swoim pokoju.
Gdzie jestem?...
Rozejrzała się. Poznała. Upadła na łóżko, głowę zatopiła w poduszki i tak bez ruchu przeleżała kwadrans. Powstawszy bardzo blada, oczy miała podkreślone sino i dziwny płomień w źrenicach. Podeszła do umywalni.
— Ja się nie rozpłaczę, nie, nie, ja się nie rozpłaczę!
Mokry ręcznik wtuliła w palące oczy, gniotąc je coraz zawzięciej, silniej, lecz dygot ust zwiększał się, muskuły twarzy drgały boleśnie, i oto okropnym bólem zapiekłe powieki trysnęły żarem łez. Zwinęła się, upadła na taboret i z czołem, opartem o zimny marmur umywalni, załkała z głębi wzburzonej piersi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pod wieczór Uniewicz spotkał Tomka na dziedzińcu folwarcznym, przy stajniach:
— Coś ty taki... inny?...
— Ja?... zdaje ci się. Zresztą... Ach, to potem. Czy Ataman jest?...
— Przyjechała na nim pani Elża.
— Wściekłeś się, czy co?...
— Mój drogi, jestem wszakże zdrów na umyśle. Sam zsadzałem ją z siodła.
— Z Atamana?...
— Z Atamana.
— Słuchaj, Mel!... ty... ty nie żartuj ze mnie.
— Ani trochę. Spotkałem Gorską, wracającą z lasu galopem; wstrzymała konia, właśnie twego Atamana, tam na skraju sadu. Włosy miała rozplecione, no i... była... bardzo dziwna, bardzo.
— O mnie... nie pytała?...
— Ja spytałem, — odrzekła, że... Ataman mię do ciebie doprowadzi.
Burba zatrząsł się, chwycił Uniewicza za ramiona, zdusił je żelaznym skurczem i rzucił pytanie w samą twarz, z jakimś głuchym rykiem:
— Nie łżesz?... Co?...
— Zwarjowałeś! Tom! Bądź przynajmniej dobrze wychowany w swojej furji. Puść! moje ramię, to nie laska, kości zaś mam za słabe na twoje uściski.
Burba cofnął się, straszliwie blady; oczy mu zaszły mgłą. Zwiniętą pięść przycisnął do czoła, na którym wystąpiły sznury żył.
— Więc ten galop... gwałtowny... ten tętent... to była... ona?... Boże!
Zakręcił się jakoś i dodał krótko:
— Wszystko przepadło!
Poszedł w stronę domu. Pan Mel podążył za nim, zgnębiony.




X.

Po gwałtownym ataku płaczu Elża uspokoiła się, ucichła. Wtulona w kąt kanapki rozmyślała długo i poważnie. Rzecz cała po rozwadze wydała się jej mniej tragiczną, mnóstwo występowało szczegółów W obronie Tomka; Elża chwytała je skwapliwie, byle go oczyścić. Pomimo ciężkich przeżyć w swem krótkiem małżeństwie z Gorskim, młoda kobieta miała duszę nie zepsutą, ufną i bardzo łatwą do przebaczenia uraz, szczególnie ludziom kochanym. Nie chciała wierzyć w wyrafinowane kłamstwo u Tomka, jakkolwiek nie była tak naiwną, by ogólnie nie widzieć tej wady, szeroko wśród ludzi rozpowszechnionej. Tomek nie kłamie, tylko go coś poniosło — tłumaczyła sobie tolerancyjnie i całe zajście przypisała swemu fatum, które znowu się zbudziło i pokazuje pazury. Wierzyła święcie w istnienie tej tajemniczej a złej siły prześladującej ją od kolebki. W zeszytach swych i rękopisach pod tytułem: „Fatum,“ przygotowanych do druku, miała różne wiersze i odezwy do swego przeznaczenia; w jednych urągała z jego mocy, w innych błagała, by przestało nad nią czuwać. Gdy była szczęśliwą, zwykła mawiać: „fatum śpi — nie trzeba go budzić.“ Prowadziła na ten temat długie dysputy z Arturem Dovencourt-Houwe, który zasadniczo potępiał jej wiarę we własny fatalizm; gorszyła tem panią Urszulę, z jednym Tomkiem zgadzała się pod tym względem, gdyż i on wierzył w przeznaczenie i w zły los, prześladujący człowieka często niewinnego. Oto Fatum zemściło się i na nim. Elża broniła Tomka, a oskarżała Karolcię, będąc pewną, że scena w lesie — to wybieg tej dziewczyny w celu usidłania Tomka i zdobycia go dla siebie. Co on jej mówił, nie słyszała, płącz zaś panny Słupskiej mógł być rezultatem jego słów stanowczych a przeciwnych jej zamiarom. Elża zastanowiła się. Dlaczegożby Tomek miał odsuwać Karolcię? może on ją kocha, może on do niej pisywał z Mińszczyzny, może to było ostateczne porozumienie i dziewczyna płakała ze szczęścia na piersiach narzeczonego? Instynktownie Elża usuwała takie przypuszczenia, chociaż nie miała również pewności co do uczuć Tomka, bo ich nigdy nie wyznał, odgadywała je raczej intuicyjnie. Ale intuicja nie zawiodła jej nigdy, czyżby teraz?... Zresztą zachowanie się Toma względem niej, tak podczas zimy, jak nawet i od dnia wczorajszego dowodziło jasno, że jest nią zajęty, że ona jest mu bliska. Czyż byłby tak zmiennym? Wzmianka proboszcza o owej domniemanej białorusince zirytowała Elżę na krótko, wytłumaczyła to sobie złośliwością Poberezkich, mszczących się za Dziunia. Wiedzieli wszakże, kim Tomek jest zajęty; podwójną intrygą chcieli te zabiegi zmącić, bo i te jej zaręczyny...
Elża drgnęła, jakby nagle otworzyło się przed nią okno z przeszłości tak niedawnej, a mglistej, przez które spłynął blask jakiś uroczy i upojne wionęło ciepło. Mgnienie oka i znowu: Tomek.... las... Karolcia...
— Sama go o to spytam, — przemknęła myśl zbawcza.
Ale wnet zastanowienie przyszło zimne, obmierzłe.
— Ach ta wieczna bierność oczekiwania, będąca rolą kobiety.
Zerwał się w niej bunt. Przecie na tyle jest świadoma uczuć Tomka, by bronić swych praw, a przynajmniej zbadać, czy je ma istotnie. Więc ona będzie milczeć dzięki jakimś wstecznym skrupułom, a Tomek tymczasem będzie się spotykał w lesie z tamtą dziewczyną, która nie lęka się wszelkich wykroczeń poza ramy etyki niewieściej. Zresztą, czyż jest to wykroczeniem: okazywać ukochanemu, że się go kocha, być szczerą kobietą, nie zaś bierną niewolnicą, oczekującą laski pańskiej.
— Spytam go sama.
Z tem postanowieniem poszła na kolację. Lecz na widok Tomka cala jej odwaga prysła.
— Nie, za nic tego nie potrafię.
Tomek był chmurny i szorstki. Spoglądał na Elżę z wyrzutem, rzadko zresztą. To ją najpierw wzruszyło, potem oburzyło, wreszcie rozbawiło. Zaczęła wesoło rozmawiać z Uniewiczem, w głosie jej drgały jednakże nienaturalne tony, oczy podkrążone sino i obrzękłe trochę powieki świadczyły wymownie, że humor to raczej kapryśny, niż rzeczywisty. Gdy młody Burba dostrzegł te znamiona niechybnych łez, stracił całą władzę nad sobą. Gryzł usta, mienił się na twarzy. Łaszącego się Kajtusia tak silnie i z pasją odepchnął od siebie, że niedźwiedź zatoczył się, siadł na tylnych nogach i, mrucząc złowrogo, patrzał małemi ślepkami w oczy pana, jakby pobłażliwie pytając: „cóż to znowu za poufałość grubjańska.“ Pan Cezary zerknął na syna, zdziwiony jego zachowaniem się, lecz, rzuciwszy dyskretne spojrzenie na Elżę, domyślił się jakiś kwasów pomiędzy młodymi, przypomniał sobie szczególną minę i dziwny wygląd Elży, gdy wchodziła na ganek z udanym bólem głowy, zniknięcie Tomka od południa i wreszcie ploteczki proboszcza.
— Czyżby to?...
Przyjrzał się jeszcze Uniewiczowi. Pan Mel miał wyraz zagadkowy, ale jakby uświadomiony.
Burba, zaczął z tego frontu.
— Jakże tam, panie Melu, kapucynek w budce przy Łuci, czy nie?
Uniewicz błysnął z pod rzęs na starego. Porozumieli się.
— Na dworze, — odrzekł smętnie, — ale w zawieszeniu „ni tudy, ni siudy“ ani pod krzyż, ani do budki. Pogoda niepewna.
— Hm! szkoda, że niepewna; jutro Zmartwychwstanie, powinno być i pogodnie i... ciepło.
— Tak może wypchnąć tego kapucynka z budki, kiedy tam zanadto lezie, — rzekła Burbina wesoło i naiwnie.
— At... nie znasz się Urszuleczko na barometrze, już my z panem Melem wiemy najlepiej.
Kąciki ust Elży zadrgały leciuchno. Tomek był jak chmura.

Zaledwie świt zaczął przesiąkać mętną, posrebrzoną mgłą przez szyby okien, gdy Burbina zbudziła Elżę.

— Chciałaś jechać na rezurekcję, serce, czas.
Stara kobieta, pochylona nisko nad śpiącą, gładziła ręką ciemne jej włosy. Głosem miękkim, pieszczotliwym powtórzyła:
— Wstawaj, detynko, z łózia. Alleluja trza zaśpiewać. Mężczyźni czekają na ciebie z polewką, już gotowi, bo to szmat drogi do kościoła.
Elża usiadła na pościeli, przecierając oczy.
— Tak rano, babciuniu?...
— Ach, ty śpiochu kochany. Cóż, kiedy trzeba i wstyd byłby, jakbyś nie pojechała.
Serdecznie pocałowała ją w czoło. Młoda kobieta, ujęta pieszczotą babki, zarzuciła jej ręce na szyję, tuląc się do niej gorąco.
— Miła ty jesteś, Elżusiu, aż pachnie od ciebie świeżością i zawsze strojna; aj, ty kokietko, czy estetko, nawet śpiąc, o tem nie zapominasz.
Pochyliła się jej do ucha i szepnęła:
— A nie bądź, detyno, serce, zbyt surowa dla naszego Tomka, to złoty chłopak, nie gniewaj się na niego.
Elża odczuła, że babka już „coś Wie.“
— Ja się nie gniewam, babciu; cóż on winien że go... kochają.
— Kochaj ty jego, detynko, tak mu to wystarczy.
Uścisnęła czule Elżę i prędko wyszła z jakimś łzawym lśnieniem w oczach.
Po gorącej polewce winnej, suto zaprawnej jajami i goździkami, wyjechano do odległego o kilkanaście wiorst kościoła. W ogromnym powozie odkrytym, czterokonnym siedziały panie i pan Cezary na przedniem siedzeniu, pomimo certowania się Elży, która chciała zająć ławeczkę, ustępując dziadkowi miejsca przy babce. Lecz stary Burba ofuknął ją.
— Moja waćpanno, kobietą jesteś, a ja nie paralityk, rycerskość dla niewiast to dodatek herbowy Burbów. Siadaj przy Urszulce, nie dziwacz się. Ot mi facecja! Córka czy wnuczka, przedewszystkiem kobieta.
Nie było rady na upór rycerski pana Cezarego. Tomasz z Uniewiczem pojechali lekkim amerykanem.
Słońce wyjrzało zza boru wielką tarczą ognisto-purpurową, gdy procesja wytoczyła swe ruchome dzwona z szeroko rozwartych drzwi kościelnych. Odwieczna pieśń Zmartwychwstania rozbrzmiała donośnie po wiosennych niwach, lała się potokiem szczerej modlitwy, z rozgrzanych serc płynącej. Zwycięski łopot chorągwi głuszyły rozkolebane dzwony. Potężny był ich śpiżowy hymn, podnosił dusze uroczyście nastrojone ku wyżynom, gdzie boski unosi się duch i w pięknie swem panuje. Ci, których wiara była zasadą i źródłem życia, czuli jakby rozwite skrzydła u ramion, szumiące dostojnie na chwałę Zbawiciela; czuli się niesieni ku Niemu i wraz z pokorą i uwielbieniem słali pod święte stopy buchający z serc żar radości. Obojętniejszych przenikał jednak dreszcz szczególny, jaki nawiedza ludzi wobec niepojętej lecz wszechogromnej potęgi. Ogarnąć i przeniknąć ją trudno, ale tajemnica niepokoi, gdy się widzi zapał i natchnienie tych, dla których jest ona prawdą. Tradycyjna wielkanocna pieśń, Alleluja, niezmiennie powtarzana przez pokolenia, budziła w najobojętniejszych nerw gorętszy i poszanowanie dla swej wiekowej tradycji. Ci, co chcieli ją analizować i istotę jej panowania odgadywać, w jej treści i melodji odczuwali przedewszystkiem majestat imponujący. I to jest właśnie jej siłą, jej wsadzą wszechmocną. Przetrwa nowe pokolenia, w nowe pójdzie stulecia zawsze niezgłębiona, zawsze niedościgła i nigdy nie dająca się zniweczyć, gdyż wiecznie mocarna, wiekuistą swoją trwałością.
Rozmyślając tak, szła Elża Gorska z boku procesji, wchłaniała w siebie przepyszny zespół podniosłego śpiewu z organem dzwonów, rozkołysanych zda się na kraj cały w królewskim wschodzie słońca.
Kaskady światła, jak niezmierne złote zalewisko, spadały na odkryte głowy, kąpiąc je w blaskach. Słońce ucałowało monstrancję, monarszą purpurę sypiąc na jej złoto, krzesząc iskry ogniste na ostrych iglicach jej gwiazdy. Zagrały barwami chorągwie i wstęgi, rozjaśniły się porannym rumieńcem białe mury świątyni. Cały przestwór powietrzny rosisty i chłodny krasił i ogrzewał — bóg natury, słońce, i spływał deszczem promieni pod stopy — Boga świata. Dwie, niezmożone w swej władzy, potęgi panowały tu wszechmocnie.
— Przetrwają wszystkich i tych, którzy wierzą, i tych, co nie wierzą, — wszystkie filozofje, analizy, debaty. Nie ostoi się nic przed ich koniecznością niezbędną, by istniał świat.
Elża nie spuściła głowy z pokorą, patrzało śmiało na ten tryumf nowego poranku, uwieńczonego przepychem wzniosłej modlitwy. W źrenicach młodej kobiety krystalizowały się wrażenia i skupiały uczucia w świetlane płomyki zapału. Unosił ją prąd wartki nie samej wiary, jako takiej, lecz raczej ekstazy, uroku tej chwili. Kochała siłę i piękno, tu jedno i drugie odbywało swój pochód koronny, bo było koroną istnienia.
Zorzę zachwytu w oczach Elży dostrzegł Tomasz Burba i... nie umiał jej sobie wytłumaczyć; natomiast Uniewicz badał ukradkiem, ale pilnie wymowę źrenic i twarzy Gorskiej, śledził fale myśli, przepływające przez jej rysy, i doszedł do niezbitej, jak mu się zdawało, definicji:
— Ona nie idzie utartym szlakiem nakazanej religji, ona stwarza sobie własną wiarę i swoje umiłowane dogmaty; najpierw siła, potem piękno, nakoniec dobro. Za siłą i pięknem pójdzie zawsze i wszędzie, za samem dobrem nigdy. I, o ile te pierwsze idee zdolna jest wyobraźnią przewyższyć i upiększyć, o tyle ostatniej nie potrafi może docenić. To trochę poganka.
Elza odczuła badawczy wzrok na sobie. Jakby pod dotknięciem igły magnetycznej, zbudziła się z zadumy i bystro spojrzała na Tomka. Patrzył na nią po swojemu... ale... to nie stąd atak. Rzuciła głową w drugą stronę do Uniewicza...
— Aa... ten patrzy.
Nie spuściła oczu pytających i zainterpelowała go zdziwionym szeptem:
— Cóż to, rogi ogniste mam na głowie, jak Mojżesz?...
— A jeśli tak, to jakie są pani przykazania?... — obosiecznie spytał pan Mel.
Przytrzymała go teraz uważnym wzrokiem.
— Nie jesteśmy chyba na górze Synai?... i... moje przykazania nie pochodzą od Jehowy.
— Wiem... Chciałbym je właśnie poznać.
— Nie zbuduje się pan niemi.
— Jestem już tak — rozbudowany, że nic mi nie grozi nadto. Przykazania zaś pani nie są maczane w mdlącym ulepie cnoty, ale są prawdopodobnie — estetyczne. To nie buduje, lecz... ozdabia.
— Czy nie przypuszcza pan, że są zarazem pesymistyczne? To zaś łamie...
— Może, ale jedynie w zastosowaniu do wszelkich poziomów, choćby najczcigodniejszych. Sumarycznie biorąc tę kwestję, podciąga pani zapewne pod strychulec poziomu wiele rzeczy ważnych, nawet wyższych, lecz bez aureoli pięknej fantazji. Najgłębszą i zacną, ale realną prawdę zmieni pani zawsze na wizjonerską utopję, byle posiadała szerokie, silne skrzydła.
— Czy pan wizjonerstwu zaprzecza stanowczo możność realizowania obrazów... niekiedy?
— Zrealizowana wizja straciłaby może swój czar i całe piękno. Z chwilą zniknięcia utopji...
— Nastąpiłoby szczęście z powodu zatrzymania dla siebie niedościgłej idei — podchwyciła prędko Elża.
— Albo vice versa, groziłoby... rozczarowanie.
— Nigdy! Osiągnięta utopja pozostanie zawsze doskonałą prawdą. To nie poziomy!
— Wszystko jedno, ale już proza.
— O, panie, i proza bywa piękną, gdy jest chrzestną córką fantazji. „Tylko z zamków na lodzie powstają na ziemi pałace” powiedział Mulford, — ja zaś dodam: i takie są najtrwalsze, najcudniejsze. Z tem chcę pozostać... chociaż...
Zapał jej zgasł nagle, cień zaćmił roziskrzone oczy.
— Już zwątpienie? — spytał pan Mel.
— Nie zasadniczo, ale względem siebie, — odrzekła nerwowo.
— Moje pałace pozostaną zawsze na lodzie.
— Manja fatalistyczna. Mulford nie pozwala wątpić.
— Może już dosyć tej dyskusji, ludzie się oglądają i dziwią — szorstko szepnął Tomasz Burba.
— Prawda, że to rezurekcja, — zauważył pan Mel.
— Musisz to sobie aż przypominać?...
— Cóż tobie znowu? moralisto? — zaszydził Uniewicz.
— Tomek ma rację, byliśmy nieuważni — ujęła się Elża.
Podeszła bliżej do czoła procesji, gdzie wolno sunął baldachim. Księdza, niosącego monstrancję, podtrzymywał Cezary Burba i Poberezki z Chodur. Teraz dopiero Elża spostrzegła całe towarzystwo szlachecko-ziemiańskie, skupione w pobliżu celebrantów. Zamieniła z niektórymi ukłony. Szła i panna Gozdecka sztywna, modnie wystrojona, dystyngowanym półuśmieszkiem godząca w kostjum wiosenny Elży. Na Tomasza i Uniewicza zerkała pogardliwie, jednak przysuwała się bliżej, celując w stronę Tomka, ale on skłaniał się ku Gorskiej.
Elża była głęboko zamyślona; rozmowa z Uniewiczem podrażniła ją, nasuwając dużo zagadek, refleksji bliższych i dalszych, tych zaś nie chciała poruszać z przyczyn, które również taiła przed sobą skrupulatnie. Zbudzoną przez pana Mela wyobraźnię skierowała na Tomka, czuła go bardziej przy sobie, niż szedł w istocie. Prąd jakiś gorący przebiegał między nim i nią, spójnia ta abstrakcyjna, a wartka, jak górski potok, zbliżając ich do siebie, złączyła w kościelnej nawie, gdzie usiedli przy sobie w ławce, nie widząc nikogo dookoła. Na nich jednak patrzyli niemal wszyscy, jakby ich otaczała wyłączna orbita, dla nich niewidzialna, dla innych wyraźna.
Oni tylko słyszeli łomot własnych serc.
Po nabożeństwie zebrało się całe towarzystwo na plebanji. Gościnność proboszcza zaznaczona bogato zastawionym stołem podnieciła humory mężczyzn i pań smakoszek. Wojskowo uszeregowane stały butelki, nęcąc bursztynami płynów; puszyły się dostatnie, złotawe baby, w białych czepcach lukru, z cukrowym kwiatkiem na czubach, rozwalały się krągłe jak rzeszota torty, po środku zaś królował potężny „baumkuch“, srogo sękaty, dźwigający na szczycie swej piramidy baranka z masła. Wielkie placki, polotne mazurki otaczały kruchym wieńcem solidniejszy punkt stołu — mięsiwa. Tu drwił sobie z ciast zgryźliwym ryjem miedziany prosiak, a wielka głowizna, paradująca w całości, ironicznie krzywiła się na obżarstwo ludzkie.
Kobiety poczęły podziwiać poczesne święcone, mężczyźni dobierali się do tłustych półmisków, krążyły kielichy. Proboszcz dzielił się z sąsiadami wielkanocnem jajeczkiem, dowcipkując przy życzeniach. Podszedł do Gorskiej.
— Jakże tam moja pszeniczka zaplonuje mi w tym roku?...
— Ależ ja nie jestem parafjalną pszenicą proboszcza, — śmiała się Elża.
— Ot tobie masz! Jakże?...
— Ja jestem taraszczańska.
— Ooo... wa! Prawda! A szkoda.
— Na nic zakusy, — buchnął śmiechem jowialnym wąsal Poberezki.
— Brakuje pszenicy proboszczowi, a święcone niczem Radziwiłła „panie kochanku“, gdzież proporcja, dobrodzieju?... — wołał Cezary Burba.
— Ale żeby ów Radziwiłł do Warowni przyjechał, takby się i swego stołu zawstydził, że taki skromny — odpalił proboszcz i w lansadach podszedł z talerzykiem do panny Gozdeckiej.
— A ot, kiedy znalazłem pszeniczkę?...
Uśmiechnęła się rozkosznie, mrużąc oczy.
— I także omyłka, księże proboszczu.
— Pszenica to nie miejscowa, a importowana — zachichotał Poberezki.
— Ach, wuju, jakiż styl — oburzyła się rozgniewana panna.
Pan Mel szepnął do Tomka:
— Import nie na wiele się przydał.
Ale Tomek nie słyszał.
Panie Poberezkie niechętnie patrzyły na Gorską, szczególnie starsza jego siostra oglądała ją krytycznie, nie spuszczając z niej wzroku. Elżę to drażniło; cicho spytała Tomka:
— Czego ona odemnie chce?
— Podziwia pogromczynię Dziunia.
— Ach tak. Chce widocznie zapamiętać, jak wygląda taka idjotka.
— Może lepiej: — tyranka, — odrzekł Tomek trochę smutno.
Popatrzała mu w oczy; w źrenicach obojga zapaliły się iskry.
— Elżuś... jedź ze mną amerykanem — szepnął żarem ust.
— Dobrze!
Odeszła od niego, lecz czuła, że i w niej i w nim iskry, poczęte w oczach, rozniecają pożar we krwi, targają nerwy. Ujęła się silnie w karby konwenansu, by stłumić ten płomień przed ludźmi, uciszyć zbyt głośne tętna. Ale nie umiała grać, a scena była pełna ciekawych widzów. Uratowało ją wspomnienie wczorajszego lasu; zimny strumień chłodnego zastanowienia zalał brutalnie jej wewnętrzny war. Zasępiła się, zmartwiała i już szczerze zmieniona przysiadła obok pani Urszuli.
Na stole mięsiwa były już mocno szarpnięte, na wety częstowano się ciastami i polityką, ale butelki szczękały bez przerwy. Mówiono o jakichś głuchych wieściach, zapowiadających wojnę. Poberezki, wytrawny badacz dyplomacji, dowodził najgłośniej:
— A ja wam mówię, kochani, że Mars już porządkuje swoje cekhauzy, ale nie głupi wysyłać jawnych laufrów. Coś się już węszy, węszy, druk gazety pachnie wojną więcej niż tuszem, i tak myślę, że już rychło dźwiękną tu austrjackie kopyta.
— Ejże, słyszymy o tem od ćwierć wieku, albo i więcej — wątpił proboszcz. — Tymczasem była turecka, japońska, bałkańska, ale europejska?... za ciężka jejmość, żeby iść na bagnety. Śpi sobie babcia.
— Na pruskie armaty, księżuniu — wołał Poberezki. — Co tam bagnety — przegryzka. Niechno gruchadełka Kruppa zagrzechoczą, to się wtedy przekonamy, czy owa jejmość śpi.
— To niby Prusom przepowiada pan inaugurację? — spytał Burba.
— Kto tam zacznie to zacznie, ale będzie miał ciężką łapę, a pukadełka esseńskie hukną sobie od morza do morza.
— Taż pozwól im, sąsiedzie serce, przeskoczyć i za morze, cóż tak skąpisz im kontynentu, kochany. Kiedy już hulaj dusza, tak od Ameryki do Australji bodaj.
— Ot, że Burba to i optymista, nie wierzy w wojnę — trząsł głową Poberezki. — A wam się zdaje, że wielka armja niemiecka, to tylko dla dekoracji Hohenzollernów stworzona? a ich hymn „Deutschland ueber alles” to tak sobie na wiatr ułożony?
— No, sztuka wielka, że oni go sami sobie ułożyli.
— Z wojny to nie kpijcie, panowie, bo, jak mówi Chmielnicki w „Ogniem i mieczem” — „dzień sądu idzie już przez Dzikie Pola, a gdy nadejdzie, — zadywytsia wsij świt bożyj”.
Wszyscy się trochę zamyślili, Poberezki z palcem podniesionym w górę, błyskający błękitem zapatrzonych oczu pod szybką szkieł, wyglądał jak prorok i powtórzył ciszej, zawodząco:
— Oj, zadywytsia, zadywytsia...
— Kraczesz, kochany — ocknął się Burba — sąd... to by tak... ale nie łatwo on przejdzie przez obecne obwarowania.
Obywatel aż skoczył z zawziętości.
— A Mugden, a Cuszyma?...
— Pięknie, ale to jeszcze nie sąd.
— Bodajże was, toć to draśnięcie w nos paznokciem, przed kułakiem w mordę, pierwszy pryszcz ropny toczącego „wilka“. Ale zagłada idzie... idzie, a już ten kułak kiedy wytnie szczutka, tak i wszystkie zęby wylecą. No, a co wtedy?..
Odezwał się Uniewicz:
— Mnie uderza tylko jeden, nie wybitny szczegół, ale może znaczący więcej, niżby się zdawało. Oto pojawienie się w tych czasach różnych dziadów „wołokitów”, niewidywanych tu przedtem, a natomiast zupełne zniknięcie węgrów z towarami. Dawniej i w Królestwie i na Wołyniu mnóstwo chodziło tych łubkowych pudeł, pieszych handlarzy, to byli szpiedzy.
— Więc tembardziej teraz powinniby się włóczyć w myśl przepowiedni pana Poberezkiego — zauważyła Elża.
— Przeciwnie, pani, zrobili już, co do nich należało, misja spełniona.
— Niechże Bóg broni od wojny — szepnęły kobiety.
— Ha, ale tylko przez wielkie trzęsienie ziemi mogą runąć nasze kazamaty — zatargał dłonią Poberezki.
— A, ba! — mruknął uparty Burba. — Byle nie zatoczyć się ze Szluesselburga do Szpandawy, z pod papachy pod pikelhaubę; zamiana ryzykowna.
— Wstydź się, kochany sąsiedzie, tak wątpić w siły własne.
— Jaż nie wątpię, jeno dużo już widziałem i na skórze własnej noszę ślady swej młodzieńczej wiary.
— He! co nasza zawierucha 65-go, to nie huragan wszechświatowy, a ten prędzej czy później... nadciągnie.
— A komety, — wtrącił proboszcz — to także insygnia wojny; było ich kilka w ostatnich czasach; kometa Halley’a...
— Tak i cóż? — drwił Burba — mieliśmy się znaleźć w sferze jej ogona i... jakoś ta miła ewentualność nie spotkała nas.
— Ale kometa była.
— Co tam komety, przeczytajcie panowie Blocha, przeczytajcie Blocha, — mówił Poberezki, przejęty swojemi wróżbami, niby spirytysta objawieniem.
Rozpolitykowanych mężczyzn panie z trudem nakłoniły do wyjazdu. Pani Urszula zapraszała całe sąsiedztwo do Warowni na tradycyjny zjazd drugiego dnia świąt.
— Tam dokończymy, kochani, wojny i porozdajemy zwycięstwa — serdecznie pomagał żonie stary Burba.
Zrobił się mały tłok przy ganku plębanji, wołano na powozy, konie rżały ku sobie pożegnalnie. Zgrabny amerykan Tomka i śliczna para aksamitnych karoszów w żółtych szorach, zwycięsko jakoś wyminęła wszystkich, podjeżdżając. Tomasz stanowczo ale dziwnie miękko podał rękę Elży... i trochę się na nią zapatrzył.
— Jedziemy!
Zdecydowanie rzuciła naprzód figurą, opiętą w ciemne sukno, i, uniesiona prawie silną ręką Tomka, po niklowej sprężynie lekko wskoczyła na siedzenie. Burba, ujmując lejce z rąk stajennego, który siedział na tylnym koziołku, rzekł krótko:
— Na kozioł w powozie!
Uniewicz machnął wesoło kapeluszem.
— Przyjemnej podróży.
Karosze zerwały się do lotu, — pomknęli.
Złe błyski migotały w oczach panny Emilji Gozdeckiej, tembardziej, że Poberezki rzekł dość głośno do proboszcza:
— Szykuj, księżuniu, dobry kobierczyk pod amboną, bo rychło dwie ważne persony z niej spadną. Wprawdzie nie pszeniczka, ale żyto ci się ściele, dobrodzieju!
Na „amerykanie“ długi czas trwała cisza, tylko stukały kopyta rączych kłusaków po ubitej drodze małej osady żydowskiej. Skręcili wkrótce na trakt szeroki, obsadzony po obu stronach zagajnikami młodych sosen. Zapach żywiczny, wiosenny wionął z tych roztoczy, pobudzając krew i nerwy do życia, do kochania. Elża spojrzała śmiało na swego towarzysza. Był poważny, wzruszony ale i podniecony, nozdrza falowały mu szybkim tempem. Odwrócił głowę, spotkali się wzrokiem.
— Ach ty... łotrze! — wyrwało się Elży szeptem pośrednim między niegroźną wymówką a serdecznem uczuciem.
Tomek zadrżał i zrobił taki ruch, jakby ją chciał porwać w ramiona, ale się powstrzymał, ujął jej rękę i, patrząc w tęskne oczy kobiety, spytał głucho, a rzewnie:
— Czy bardzo źle myślisz o mnie, Elżo?...
Potrząsnęła głową przecząco.
Tomek wyprostował się energicznie.
— Tak, ja ci winienem wyjaśnienie, ty nic nie wiesz, więc nic cię pytać nie mam prawa. Ale słuchaj mię, Elżo.
Dłonią przykrył jej rękę, leżącą na kolanach. Pochylony patrzał na nią głęboko.
— Słuchaj, jedyna, mówię jak na spowiedzi. Od czasu poznania ciebie ty już panujesz w mojej duszy i serce tobie oddałem. Poprzednie uczucie dla Słupskiej znikło bezpowrotnie, to była tylko zresztą zmysłowa podnieta, szał zmysłów zaostrzony jej miłością, ta dziewczyna jest mi oddana, lecz jej nie skrzywdziłem, bo uczciwa. Teraz... ona gotowa na wszystko, ale ja kocham ciebie, Elżo... Uczucie moje i... męskie pragnienia zawarłem tylko w tobie. Miłuję cię bardzo gorąco.
Zaległa krótka, głucha chwila. Tomek zgniótł nerwowo drżącą rękę kobiety i zaczął mówić ciszej:
— Byłaś wczoraj w Pysznym Borze, na Atamanie; nie wiem jak to się stało, ale to byłaś ty, ten gwałtowny tętent to była ucieczka przed... ujrzaną sceną. Więc daję ci słowo honoru, że nie umawiałem się z tą dziewczyną, spotkanie zupełnie przypadkowe...
— Ona na ciebie ciągle czyha, — wybuchnęła Elża — i ja ją spotkałam prawie w tem samem miejscu w dniu twego przyjazdu, właśnie ona przyszła niby po... barwinek.
Burba uważnie patrzał na wzburzoną Elżę.
— I ty tam... byłaś z nią?
Śmiało podniosła na niego oczy.
— Tak, i także dla ciebie — Rywalki, zaśmiała się gorzko. — Ale ja się usunęłam natychmiast. Ona nic ci nie mówiła o tem?
— Nie. powiedziałem jej, że między nami już... wszystko skończone.
— Płakała, słyszałam.
— Tak.
Elża nie odrywała oczu od płonących źrenic Tomka.
— Czy wszystko, czy jesteś pewien, że wszystko... skończone?...
— Nie ufasz mi?
Ból był w jego glosie.
— Ufam ci, ale... nie umiem rywalizować.
Zadygotał cały.
— Ty z Karolcią? Nigdy! i... dałem ci słowo.
Przymknął oczy, rzucił ostro:
— A ja... czy nie rywalizuję?
— Z kim? — spytała odruchowo, z oburzeniem, lecz w tej samej chwili jaskrawa luna spadła na jej twarz. Uczuła jakby uderzenie miota w skroń. Dziwny, przykry wstrząs niby nagłe potknięcie się o próg, przy wejściu do przybytku szczęścia.
Burba przenikał ją oczami, zda się, na wskroś i powtórzył strasznym szeptem:
— Czy ja nie rywalizuję — z Arturem?...
Oczy Tomasza, ich moc zatrzymały ją; nie cofnęła się i nie upadła. Żywym ruchem podała mu rękę.
— Nie, — rzekła odważnie, — ja się nie waham, gdy idę na dobre, czy na złe idę, albo uciekam. Stamtąd... uciekłam — szepnęła cicho, schylając głowę.
— Wolałbym, abyś... była odeszła — rzekł poważnie.
— Nie analizuj, Tomku, nie analizuj.
— Nie chcę być dla ciebie ucieczką, pragnę być... celem.
Szarpnął lejcami tak silnie, że konie wbiły kopyta w ziemię. Amerykan stanął. Burba chwycił obie ręce Elży, twarz jego była w ogniu, pełna męki, szaleńcza prawie. Wybuchnął:
— Nie męcz mię, na Boga, mów, kochasz mnie, chcesz być moją?... chcesz dać mi szczęście, na życie całe?... mów!
— Tomku, uspokój się...
— Mów, ta niepewność mnie zabija. Chcę widzieć wyrok swój. Kochasz mnie?...
Szał jego zaraził ją, unosił.
— Kocham, tak ale...
Rzucił się ku — niej i znowu zatrzymał. Zmarszczył brwi.
— Ale... co?...
— Czy ja ci mogę dać szczęście, czy ja odpowiem twoim wymaganiom, bo ja, widzisz, mam swoje fantazje, ideały, nawet kaprysy, ja jestem fantastka, warjatka. Nie gnieć mi tak ręki, Tomku. Co tak na mnie ostro patrzysz?...
— Nic, nic, więc jakąż to jeszcze jesteś, czy masz być dla mnie?...
— Właśnie taką, jak mówię. Czy ja wogóle potrafię być dobrą żoną ze swojemi marzeniami, chimerami, utopjami.
— A jeśli ja właśnie wszystko to w tobie kocham i nie chcę, abyś się zmieniała w niczem, chcę cię taką, jaką jesteś.
— A moja literatura? Tomku? może być sobie głupia czy mądra, to już moja idea, czy moja idée-fixe, jak chcesz nazwij, ale stała się już moją drugą naturą, jej się nie pozbędę, dla ciebie.
— Więc o co ci chodzi, na Boga, czy ja mam ci zabronić pisać? Elżuś, za kogo ty mię masz? Ja cię nie będę odwodził od twoich ideałów, ani mrzonek. Jak nawet możesz tak mówić?...
— Ej, Tomku, ty nie wiesz, ale ja przy biurku wśród książek, szpargałów, w swoich zeszytach potrafię zapomnieć o obiedzie... o... wszystkiem, jak mię co poniesie, to już...
— A ja znowu nie chcę cię za gospodynię, tylko za żonę, słyszysz? Wystarcza mi, że mię kochasz. Czy kochasz mię, powtórz!
— Boję się, czy tak jak... ty byś chciał, jak... jesteś wart... jak się kochać... powinno.
— Chcę abyś mi była żoną, bo dla mnie z tobą już tylko mój los, mój byt.
Nie zrozumiał jej, odczuła to, a on całował teraz jej ręce gwałtownie, namiętnie, z ust jego wybiegały słowa pieszczotliwe, pełne uczucia, wrzące, jak jego krew rozogniona.
— Moja... moja, moja! — szeptał, obejmując ją i łowiąc jej usta.
Chociasz podniecona, usunęła się instynktownie.
— Tomek... zaczekaj... warjacie!
— Nie broń mi tego szczęścia, Elżuś, przecie to nasz cudny dzień, narzeczoną moją jesteś.
— Jeszcze nie, a Karolcia?...
— Nie wierzysz mi? — krzyknął głucho — przecież ci mówiłem!
— Całowałeś ją, szalałeś, ja nie całowałam dotąd nikogo własnem pragnieniem, nawet męża.
— Ależ ja jestem mężczyzną, Elżo, czyż ty tego nie rozumiesz?
— Tak... ja wiem, lecz...
Nie umiała sformułować czegoś, co ją dręczyło, nie mogła zerwać stanowczo, bo nie zdołała uchwycić tej siatki, osnuwającej urok obecnej chwili. Tomek zdarł ją bez wahania. Otoczył Elżę ramionami, przycisnął mocno do piersi i wołał gorączkowo:
— Ty, tylko ty dla mnie; tamto... był drobiazg... tylko zmysły, tamto nie istnieje.
... Ty wszystko... ty!... ty!...
Porwał jej usta przemocą, zdusił palącym węglem swoich, całował je, wpijał się z dziką zachłannością. Świat wirem zakręcił mu się w mózgu.
— Puść... Tom!... ty!... — jęknęła Elża.
Nie słyszał, nie chciał słyszeć.
Sama oderwała się od niego.
— Duszę się... dość!... Ach, Tomek!... jakiś ty... patrz, co się ze mną stało, jestem jak wiatrak.
— Co... kapelusz spadł?... no nic... jedyną moja najmilsza...
Wyciągnął ramiona. Ponownie chciała się bronić, gdy wtem konie zarżały i ruszyły naprzód.
— Bój się Boga, powóz nadjeżdża... Tomek!... kapelusz mój, patrz na trawie — wołała Elża, trzepiąc rękami z komicznym przestrachem — podnieś prędzej, furmani zobaczą, prędzej Tomek!...
Zeskoczył na ziemię, ujął szybko kapelusz i zastanowił się, otrzeźwiony.
— A myśmy gdzie zajechali?...
— A no, w zagajnik, konie same podeszły, myśmy nic nie słyszeli nawet — dokończyła z zawstydzeniem.
Wskoczył na siedzenie.
— Elzuchna ty moja, widzisz, straciliśmy pamięć i przytomność, ja właściwie, czy i ty... co...
— Są dowody przecie, ej, fe! to wstyd tak się ogłuszyć, jak my.
— Jaki tam wstyd, rozum tracę dla ciebie...
— Patrz, patrz, nadjeżdżają już nas widzą.
Tomasz skręcił konie na miejscu i skierował je na drogą. Ale powóz zrównał się z niemi. Pan Cezary wychylony głęboko, wołał tubalnie:
— Cóż to wypadek mieliście?... Hę!...
Oboje starzy i Uniewicz, nawet stangreci patrzyli uważnie na młodą parę. Tomasz zrozumiał, że trzeba sprawą jakoś wyświetlić.
— Konie nam się spłoszyły.
— A... czego?... pewnie powoziła Elżunia.
— O, dziadziu, ja umiem jeździć — zawołała, wpychając rozluźnione włosy pod kapelusz. Na ustach jej paliła się świeża krew i uśmiech igrał figlarnie zagadkowy.
— Poprostu rozbiegały się karosze — informował Tomek decydująco, — lecz miał przytem zbyt promienną minę.
A stangreci wątpili, sądząc po spokojnym wyglądzie koni.
— Musi lejc się przełożył, daj dlatego poszły w bok.
— Dobrze, że kranc zwrotny, a to by się hamerykan przewalił, — rzekł drugi.
Stary Burba wedle własnej obserwacji uznał kwestję za wyczerpaną.
— No, to jazda! Wracajcie nam prędko.
Powóz ruszył pierwszy, wyprzedzając amerykan.
— Je suppose, qu’ils sont déjà au bord, — rzekł pan Cezary domyślnie.
— Justement, ou bien en plaine mer, — potwierdził Uniewicz.
— Pani Urszula zaakcentowała swoje przeczucia krótkim „uhm“... i zaczęło się cichutko modlić.
W Warowni, w wielkiej sieni, odbywało się właśnie dzielenie święconem jajkiem z całą służbą dworską i folwarczną, gdy zatętniało, zaszumiało i rozpędzone karosze, okapując białą pianą, skry sypiąc z oczów, stanęły przed gankiem.
Uniewicz na schodach wzniósł ręce do góry.
— Hooo... laaa! Ależ, po kawalersku!
Cezary Burba ujrzał przez okno syna, który na rękach wynosił z amerykana ukochaną. Wygląd jego wystarczał mu, — rzekł śpiesznie do służby:
— No, idźcie, kochani, do czeladnej, stoły tam na was z poczęstunkiem czekają, bo ot... przyjechali młodzi państwo.
Wyszedł na ganek uroczyście, nastrojony poważnie, a tryskający niecierpliwą radością.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dzień świąteczny świecił w Warowni rzęsistą pozłotą wiosennego słońca, ogólną pogodą i szczęściem mieszkańców starego dworu. „Wesoły nam dziś dzień nastał“ — wołał często pan Cezary, ściskając syna i przyszłą synową.




XI.

Maj. Cudowny, prawdziwie wołyński maj rozgościł się w Warowni, w borach, na rozległych łąkach — stepach. Przed dworem bielały rzeki narcyzów, mieniły się tęcze tulipanów i hjacyntów, szpalery bzów, jaśminów, drzewa różowych krategusów, przypominających migdały w kwieciu.
Dom pełen był majstrów, tapicerów, malarzy; urządzono apartament dla młodych państwa pod kierunkiem Tomka i Uniewicza. Elża nie wtrącała się do tego wcale, zato jak pszczoła dopadała kwiatów, nurzając się pośród tych cudów, stroiła w nie siebie i cały dom. Maj ją oczarował. Jej jasną batystową suknię widać było wszędzie, w ogrodzie kwiatowym, gdzie sadziła róże z ogrodnikiem, w warzywnym i owocowym, gdzie przyglądała się robotom wiosennym, zrywając naręcze białych gałęzi wisien i różowo-cielistych jabłoni; w inspektach chrupała rzodkiewkę, na łąkach tarzała się w puszystej trawie, w polu bawiły ją barwne taśmy pochylonych wieśniaczek, pielących buraki, w borze z narzeczonym rwała garściami konwalje, ciskając snopy wonnych pereł na rozkochanego Tomka. Jeździła z nim konno, pływała łódką po jeziorku, śpiewała, poetyzowała. Wszędzie jej było pełno, rozszalała się jak sama przyroda i równie była promienną. Porywała oczy Tomka, który warjował za nią. Pan Cezary z żoną kochali ją, jak córkę, ciesząc się szczęściem syna. Pan Mel uśmiechał się do niej, mówiąc, że oto wprowadziła do archaicznej Warowni nowy blask szczęścia i że to go tak nastraja, że nawet dla niego jest niebezpieczne.
— Zarażę się od was i zachce mi się kochać — mówił.
— No, dalej! Niech pan sobie pozwoli, — wołała Elża.
— Kiedy nie chce mi się szukać partnerki, gotówem zakochać się w pani.
— Posiekam na kawałki! — odgrażał się Tomek.
Wieczorami gajowi na rozkaz Tomka przynosili całe kosze konwalji, rano zaś pani Jasiowa chodziła z obwiązaną głową, bolącą od „zaduchu” kwiatów, a Elża ją troskliwie leczyła.
Z Tomkiem, Uniewiczem, sybirakiem i Stachem gajowym chodziła o świcie obserwować żerujące zwierzęta; tropili z jamnikami młode lisy, podpatrywali w głuchych uroczyskach stada łosi i sarn. Pan Krywejko wabił w lesie jarząbki, na bagnach strzelał piękne okazy ptaków brodzących i wypychał je potem artystycznie dla Elży.
Stacho wyplatał dla niej misterne koszyki z łoziny, strojne w szyszki i żołędzie. Miłość Tomka zaczarowała jakby wszystkich, ubiegano się, by jej dogadzać. To też dnie płynęły młodej kobiecie szerokim korytem wesela i radosnej swobody. W temże czasie Elża drukowała swoją książkę, przysyłano jej ze stolicy korektę, korespondowała z wydawcą, żyła nadzieją przyszłych utworów, snuła tematy, modliła się gorąco o talent twórczy, natchnień miała pełne piersi. Czuła, że rosną jej skrzydła u ramion, że ją unosi jakaś moc przedziwna i że ona jednak czegoś dosięgnie, coś uchwyci, porwie dla siebie ze swych marzeń i tęsknot bujnych, że ziszczą się jej ideały i pragnienia najśmielsze. W takich momentach pisała swe myśli wierszem lub prozą, układała sama pieśni, dorabiając do nich muzykę. Widząc ją taką pełną zapału i ognia wewnętrznego, Tomek promieniał, ubóstwiał ją i otaczał wszystkiem, na co mógł się zdobyć. Uprzedzał jej życzenia, poprostu, różami słał przed nią drogę. Wszystkie fantazje i kaprysy Elży uwzględnić byłby gotów. Czekał z utęsknieniem ślubu, by tę ukochaną kobietę mieć nareszcie dla siebie wyłącznie. Drżał z rozkoszy na myśl, że to już tak blisko, gdyż ślub naznaczono na czerwiec. Tymczasem Elża dowiedziała się od pani Jasiowej Łomskiej, że Karolcia Słupska wyjechała do Kijowa, do ciotki, która jest krawcową, bo ojciec chce ją wydać za mąż za bogatego dzierżawcę, ale dziewczyna rozpacza strasznie i już się chciała nawet topić z desperacji. Elża współczuła jej serdecznie, żal jej było biednej Karolci, przejęła się bardzo tą wieścią. Ale stary „sybirak”, słysząc opowiadanie pani Jasiowej, zatarł ręce i rzekł z tajemniczą miną jak zawsze, gdy coś wyławiał z pamięci:
— Takie topienie się panieńskie, to nie bardzo niebezpieczne, czasem lepiej nie ratować, niż ratować.
— Ot, kiedy prawy chrześcijanin z pana, — zaśpiewała Jasiowa — obraza boska tak mówić.
— A toż posłuchaj pani, a potem strofuj. Ja znałem niedawno temu, jedną pannę, co też z miłości miała się topić, ale jak biegła do sadzawki, to się tylko nieznacznie oglądała, czy kto ją widzi, żeby niby był do ratowania, i wtedy panna buch! do wody, a tu za nią chlup! i wyciągną. Ale jak nie widziała nikogo pod ręką, to... rwała sobie kwiatki, bo pocóż się darmo moczyć, a może jeszcze i przeziębić.
— No, ale nie zawsze tak bywa, nie zawsze — pokiwał smętnie głową.
— Otóż to, że nie zawsze, — podchwyciła pani Jasiowa, wzdychając.
— A już napewno na podobną hipokryzję nie pozwoliłaby sobie szczera i prosta Karolcia, — myślała Gorska ze smutną zadumą.
Sercem jej targał niepokój, czy nie złamała duszy tej młodziutkiej dziewczyny swojem zjawieniem się przy Tomku. Elża po chwilowej nienawiści do Karolci z powodu spotkania się z nią w „Pysznym Borze” przed powrotem Tomka, żywiła później dla leśniczanki dużo sympatji i litości. Od czasu zaręczyn z Tomkiem sympatja ta wzrosła, czuła się przytem jakby winną wobec tamtej dziewczyny. Z uczuć tych zwierzyła się raz panu Cezaremu. Tyle było w niej szczerego żalu, że stary uważnie patrzył na nią, zdumienie było w jego siwych oczach i jakby wyrzut.
— A powiedz mi, Elżuniu, serce, czy ty kochasz Tomka? — spytał, badając wyraz jej wymownej twarzy.
— Kocham.
— No, to wobec tego zrozumialszą nawet byłaby nienawiść twoja dla Słupskiej, niźli owe skrupuły. Wierz mi, dziecko.
Starzec zamyślił się poważnie i trochę smutno. Częściej teraz i krytyczniej badał stosunek wzajemny narzeczonych. Pani Urszula ze swej strony chciała Elżę nauczyć gospodarstwa.
— Będziesz, detynko, panią w Warowni, trzeba się znać na wszystkiem, bo jak potem mnie i Jasiowej nie stanie, tak i cóż będzie?... Ha! A mnie już nie długo, przed daleką podróżą chcę sobie odpocząć parę latek, napatrzyć się na wasze szczęście, dziateczki wam podhodować, a gospodarstwo, rząd domem — tak już ty, Elżuniu, obejmiesz. Nie myśl, że to łatwo. Dom utrzymać, służbę w ładzie, męża zadowolić, dzieci mu porządnie wychować, to także sztuka nielada. Nie tylko w książkach siedzi nauka i mądrość, bo w życiu ona jest prawdziwsza i twardsza.
Takie przemowy matki drażniły Tomka, na czoło Elży rzucały cień zadumy i lekkiej melancholji. Słuchała słów babki z uznaniem lecz z trwogą i przyszłość, malowana radośnie przez Burbinę, zaciemniała się w jej wyobraźni, jakby na te przyszłe wizje zarzucał kto gęstą zasłonę. A pani Urszula lubiła takie „kazania” wedle określenia pana Cezarego. Rzekła raz do Elży, widząc jej lekkie zniecierpliwienie zbyt długą przemową:
— Pamiętaj, Elżuniu, że żadna Burbina nie była złą żoną, ani złą matką, ani kiepską gospodynią. Wejdziesz ty w te progi jako żona Tomka, tak już i jarzmo na szyję; jarzmo obowiązku najcięższe jest, ale nie dla kobiety, która kocha, bo wtedy to nie ciężar, a szczęście i chluba, że ukochany w jarzmo to wplótł i z sobą dźwigać każe. Rozumiesz ty to, Elżuniu?...
— Jeszcze nie, babciu, bom dotąd, dzięki Bogu, nie wprzągnięta — palnęła Elża.
Burbina załamała ręce i zrobiła się wielka „awantura”. Pani Urszula płakała, Elża płakała, Tomek, widząc jej łzy, wydzierał sobie włosy z głowy, tylko pan Cezary śmiał się do rozpuku. Tulił głowę Elży do piersi i uspakajał żonę.
— Ta dajże spokój, Urszuleczko serce. Mówisz jej tak o Burbach i naszych tradycjach, jakby ona nie z naszego gniazda wychodziła. A toż Burbianka przecie i szlachcianka i Polka przedewszystkiem i kobieta z sercem. Ta czegóż ty chcesz, kochana? Niktże i ciebie tem jarzmem małżeńskiem nie zarznął i nikt jej nie zarznie, a tembardziej Tomek. Kochają się, to i już sprawa skończona, morały nie potrzebne. No, ucałujcie się, moje cnotliwe Burbiny. Nie zakłócajmy szczęścia młodym, Urszuleczko.
Zapanowała znowu pogoda, zmącona wkrótce przykrą przygodą.
Narzeczeni w towarzystwie Uniewicza pojechali pewnego dnia konno do lasu. Zapuścili się daleko, gdyż bielejące przed nimi morze konwalji czarowało i wciągało Elżę w głąb lasu. Tomasz prowadził konie, ona zaś rwała kwiaty, nurzając się w ich powodzi, i białe, wonne pęki składała w ramiona pana Mela. Obarczony kwieciem narzekał, ale szedł za nią wytrwale. Tomek, który rozkiełznał pasące się konie, pozostał w tyle za niemi. Elża śpiewała głośno wołyńskie dumki, pływała w topieli białych kwiatów, prześwitujących w zachodzie słońca subtelnym różem, jak urjańskie perły. Parę razy zdawało jej się, że jakaś postać mignęła wśród gąszczu podszytego boru, pomyślała, że to jakiś chłop zbierający chróst, lub gajowy. Wreszcie nadmiar konwalji wysypał się z rąk Uniewicza. Pozostał, by je pozbierać, wołał na Gorską, ale ona poszła dalej. Nagle na wąskiej dróżce leśnej zatrzymała się zdumiona. Przed nią stał wysoki, barczysty mężczyzna, z rudemi wąsami, które jak ogony wiewiórki chwiały mu się pod mięsistym wielkim nosem. Usta rozsunięte do ohydnego śmiechu, ukazywały spróchniałe końskie zęby. Oczy małe, ale jak u żaby wysadzone, pod rudemi kłakami brwi, były potworne w wyrazie, złe, wściekłe, bezwstydne i szydercze. Oczy te, jak dwie żmije, wpiły się w twarz Elży, która czuła kłucie ich żądła. Nieznajomy ubrany był w siwą kurtę myśliwską z zielonemi wyłogami. Przez plecy przewieszoną miał strzelbę, torbę z sarniej skóry i trąbę krzywą, rogową. Ręce trzymał w kieszeniach łosiowych spodni i, przechylając się całą figurą arogancko z boku na bok, zwalistą swoją postacią zagradzał drogę młodej kobiecie.
Elża po pierwszem zdumieniu uważnie zmierzyła wzrokiem natręta, odgadła w nim kogoś ze służby leśnej, ogarnął ją gniew. Zsunęła brwi i rzekła ostro:
— Proszę mi pozwolić przejść!
Brutal nie ustąpił, zarechotał śmiechem kraczącym szyderczo i kiwał się w dalszym ciągu na boki. Gorska pomyślała, że ma do czynienia z warjatem, lecz nagle jakiś rys w twarzy napastnika przypomniał jej młodą śliczną twarz znajomej dziewczyny. Drgnęła, uświadamiając sobie odrazu sytuację.
— To Słupski.
Postąpiła w bok parę kroków, chcąc go minąć, ale szyderczy natrąt zastąpił jej drogę powtórnie i zaśmiał się znowu złym, bulgoczącym w gardle głosem.
— Proszę z drogi! — zawołała Gorska już wzburzona.
Przeszył ją okrutnemi gadzinami wypukłych źrenic, nacierając na nią blisko, wyszczekiwał słowa z pasją, z zawziętością:
— Niechno się pani tak nie rozbija... Ot.. tobie — dziedziczka. Patrzajcie! Widzicie ludzie, jaka to harda! Bidnej porządnej dziewczynie zabrała narzeczonego, a teraz sama z innym kawalerem romansuje i po boru wieczorkiem się włóczy, ot jaka harda hrabi...
Nie skończył, zatoczył się w tył, słowa zastygły mu na ustach oślinionych plugawym śmiechem. Chrypiący i zająkliwy z wściekłości głos brutala umilkł nagle, w bezwstydnych oczach odmalowało się przerażenie. Pomimo zgrozy i gniewu Elża obejrzała się. Za nią stał Uniewicz, blady, siny, zmieniony, straszny. Twarz miał skurczoną, oczy lśniły złowrogo jak dwa noże, w ręku gniótł szpicrutę i pochylony naprzód, zdawało się, że skoczy na leśniczego; tamten odsuwał się przezornie w tył, ogłupiały ze strachu.
— Jak śmiesz!.. — syczał Uniewicz, miażdżąc swoją szpicrutę w kawałki w podniesionej ręce.
Elża chwyciła go za ramię. W gąszczu zatętniły kopyta koni.
— Precz!.. precz!.. — warknął Uniewicz do Słupskiego — tam... pan Burba.
Ostatnie słowa i tętent w lesie jak piorunem raziły brutala. Skulił się, zmalał, dał nurka w bór i przepadł, jak widmo. Wsiąknął w gąszcze. Zaledwie znikł, gdy wynurzył się z poza drzew Tomasz konno, prowadząc dwa luzaki. Elża prędko szepnęła do Mela:
— O tem ani słowa, proszę.
— Rozumie się, teraz nic, ale potem...
— Nigdy! proszę.
— Co się tu stało? — spytał Burba, podjechawszy blisko.
— Upadlam na korzeniach i potłukłam się — rzekła Gorska.
— Co, naprawdę?... Elżuś! A cóż ty, Melu, taki dziwny?...
Popatrzał na nich uważnie.
— Ej, wy coś ukrywacie, bo i Elża jakaś zmieszana.
Uniewicz zły mruczał gniewnie i zaczął odczepiać konie. Elża zagadywała Tomka, śmiała się, skarżyła na nogę, niby stłuczoną, ale Tomek czuł, że jest coś innego. Jechali przez bór pojedyńczo, pierwszy Uniewicz, za nim Elża, na końcu Burba. Prześlizgiwali się wąską dróżką pod zwałami zroszonych gałęzi, milcząc.
Młoda kobieta z trudnością hamowała rozdrażnienie, zmagając w sobie gniew i obrazę, jakiś przykry smak czuła w ustach, jakby napiła się brudu. Przepływały chwile złe, mściwe; chciała natychmiast opowiedzieć Tomkowi całą scenę i zażądać odprawienia Słupskiego. Uczyniłby to i sam napewno. Byłaby to straszna krzywda dla leśniczego i ten wzgląd powstrzymywał Elżę. Ale rozwaga mówiła jej, że jeśli Słupski zostanie, ona może być narażoną na częste nieprzyjemności, mając takiego wręga na służbie.
Walczyła z sobą, lecz się przemogła. Po powrocie do Warowni badana przez Tomka nie powiedziała nic o Słupskim i powstrzymała Uniewicza. Pomimo, że się gniewał i odgrażał, usłuchał jednak jej rozkazu.
Minęło kilka dni. Pewnego Wieczoru późno już do pokoju Elży ktoś cicho zastukał. Otworzyła, myśląc, że służąca. Była to istotnie pokojówka, lecz poza nią stała jeszcze jakaś postać kobieca.
— Leśniczowa z Wyręb chce się widzieć z panią — szepnęła dziewczyna i puściła przed siebie szczupłą mizerną kobietę. Zamknęła drzwi.
Elża, zaskoczona tą nieprzewidzianą wizytą, milczała, patrząc ze zdziwieniem na przybyłą. Chuda i sucha, ale jeszcze młoda kobieta w szarym palcie i jedwabnym czarnym szalu na głowie przyglądała się Gorskiej również badawczo.
Oczy jej ogromne błyszczały fosforycznie, przesuwając się po postaci Elży ciekawie, niemal chciwie. Twarz blada i mizerna miała rysy rzeźbione i dziwną jeszcze świeżość wyrazu. Na różowych ustach błąkał się zakłopotany uśmiech niepewności, jakiś lęk i nadewszystko ciekawość była w całej postaci i w wyrazie błękitnych oczu. Elżę usposobiła do siebie sympatycznie samym wyglądem.
— Czego pani sobie życzy? — spytała grzecznie.
Kobieta pochyliła się, chcąc Elżę pocałować w rękę, lecz Gorska uścisnęła jej dłoń krótko i szybko wymknęła palce, kłoniąc się ku niej uprzejmie.
— Proszę, niech pani spocznie chwilę.
Ale kobieta stała pokornie i zaczęła mówić prędko, półszeptem.
— Ja jestem Słupska, proszę pani, żona leśniczego z Wyrębów i... matka Karolki. Ja przyszłam do pani dziedziczki...
— Proszę mnie tak nie tytułować, nie jestem tu jeszcze dziedziczką, — trochę nerwowo przerwała Gorska.
— A jakże, pani wychodzi za młodego pana Burbę, a onże już główny dziedzic Warownieckiego klucza. No, to i dziedziczka. Ja przyszłam za męża mego, któren jest gbur i widać do reszty mu się mózgi pomieszały, kiedy śmiał wielmożną panią napaść w lesie i ubliżać. Oj, żeby nie pan Uniewicz, dostałoby się staremu od dziedzica. Oj, żeby naprzód nie pan Uniewicz, a potem nie wielka łaskawość wielmożnej pani, toby my już na Wyrębach nie byli. Bo, ot jak przyleciał z lasu, to za czuprynę się targał i prawi — „już po nas żono i swędu tu po nas nie zostanie”. — A jak ja bardzo przestraszyła się i zaczęła pytać, co takiego, toż opowiedział mnie, on nieszczęsny, co się w boru przydarzyło: „Żeby — prawi — nie pan Uniewicz, któren mnie złajał, a tak, wyglądał, że ja i w życiu takiej złości u niego nie widział, żeby nie ono ostrzeżenie, że pan dziedzic jest tuż, to możeby ze mnie garść duchu zostało”.
— Pan Burba nie zabija i nie bije ludzi, co też pani mówi? — oburzyła się Elża, dotknięta nieprzyjemnie.
— Bić bez zdania racji nie bije, bo jest dobry a łaskawy pan, ale za taką ubligę pewno by i skopał, bo prędki jest, niech Pan Bóg broni. Tak tedy mąż powiedział mi wszystko, w zgryzocie swojej i rzeczy chciał pakować, „bo — prawi — wyrzucą, na bruk, a gdzie teraz iść, co nowego szukać kiedy tu służba najlepsza i dawno, dawno już my tu stróżujem i warowniecki chleb jemy i dobry, dostatni”.
Elża z niecierpliwością chciała jej przerwać, lecz leśniczowa cichym szeptem trzepała bez przerwy, jakby kto groch w sicie przesypywał.
— A tu ja na swoje nieszczęście dopowiedziałam jemu, że zamiast na dziedzicowego teścia, to dosłużył się na bruk. Skoczył stary jak wilk do mnie, zamierzył się na mnie nawet, ale nie uderzył, bo jakoś mię szanuje, tylko rozpieklił się i rozżalił strasznie na mnie, że to ja puszczyk niby, bo ja im zawsze to państwo z głowy wybić chciała i staremu i Karolci, bo nie sztuka na królewicza oczy podnieść, ale o panowaniu myśleć, to już w głowie kiepsko. Ale cóż, wielmożna pani, dziedzic piękny jak król, to i dziewczyna zakochała się na umór. Patrzyła w pana jak w tęczę, a że i dziewczyna, niby nasza Karolka, urodna sobie panna, to i dziedzicowi wpadła w oko, zwyczajnie jak się to zdarza, ale żeby co z tego miało być, tego ja nigdy nie pomyślała, strzegła tylko córki od nieszczęścia, ale i dziedzic, niech mu Bóg nagrodzi, żadnej krzywdy Karolci nie wyrządził, tyle, że rozdurzył dziewczynę, a jak jemu inna gwiazda zaświeciła, do niego pasująca, to i tam poszedł, bo i tak trzeba, bo i tak jest sprawiedliwie.
Elża znowu chciała przerwać potok słów leśniczowej; zmęczona już była i rozdrażniona jej wywodem, ale Słupska trzepała dalej:
— Ja dziedzicowi dziękuję za jego łaskę, że nie skrzywdził dziewczyny, bo któżby mu zabronił, jakby chciał.
— Uczciwość, czy pani nie wierzy w uczciwych ludzi? — wybuchnęła Elża.
— Oj, oj, złocista pani, toż i moja Karolka uczciwa, a niechby tylko dziedzic palcem kiwnął na jej zgubę, toby i była jego; gdzie jest paniusiu wielkie lubienie, tam i uczciwość zatyka uszy, a zamyka oczy, głuchnie, ślepnie, tylko to lubienie słyszy w sobie i ono pcha, gdzie ono chce. Tak już jest.
Elżę uderzyły te słowa, zamyśliła się trochę, a Słupska szeptała dalej:
— U państwa to może jest inaczej, pewnie inaczej, ale u nas to tak. Panicz, niby nasz dziedzic, po pańsku z Karolcią postępował, nie jak pan z chudopacholską dziewczyną, ale jak pan z panią i za to niech mu Bóg najwyższy szczęścia przysporzy, ale tem do reszty rozbałamucił mego męża i dziewczynę. Ożeni się daj, ożeni się, a ot tobie i ożenił się.
— Poco właściwie pani do mnie przyszła? — spytała Elża niechętnie z wyraźną irytacją.
Słupska załamała ręce.
— A toż przeprosić przyszłam za męża mojego i podziękować wielmożnej pani za jej łaskę, bo jak przeszło dwa dni a z Warowni posłańca nie było, tak i domyślali się my, że jakaś łaska nad nami. Aż tu wczoraj pan Uniewicz spotkał męża i dawaj jemu mówić, kto to nas ocalił. Ot my i za to wdzięczne, ot my i za to dziękujem. Mąż sam przyjść nie śmie, bo czuje, że zawinił, a i hardy jest w sobie, i pan Uniewicz jego zwymyślał wczoraj, a zresztą to i dziedzica spotkać mąż boi się. To już ja przyszłam za niego i proszę, niechaj już wielmożna pani obrazy za tę ubligę do niego nie chowa, niech jemu durnemu daruje winę, bo i głupi był i pijany ze złości, że się nie stało tak jak chciał dla córki, wiadomo ojciec to i z nadmiernej ambicji czasem rozum straci.
Z trudem udało się Elży nareszcie dojść do słowa i upewnić Słupską, że mogą być bezpieczni w Wyrębach, bo postępek leśniczego uważa za wyskok nieprzytomnego człowieka i gbura, że przeto szkodzić mu nie chce, ale ostrzega, by się to więcej nie powtórzyło. Słupska chciała jej upaść do nóg, lecz Elża miała już dosyć tej sceny. Rzekła sucho:
— Dziękujcie raczej panu Uniewiczowi, nie mnie, bo gdyby w lesie nie ostrzegł w porę pani męża, wówczas i jabym wam nic nie pomogła.
Po odejściu Słupskiej Elża długo, długo nie mogła zasnąć, myślami swemi oplotła Tomka, Karolcię i ich niewinną idyllę, pomimo zapałów krwi. A wszakże Tomek przyznawał się do zmysłowych pragnień względem tej dziewczyny i o niej mówił, że już gotowa na wszystko, teraz to samo potwierdziła jej matka. Więc ocaliła ją uczciwość Tomka; czy tak ją kochał głęboko, że nie chciał jej zbrudzić i istotnie myślał o małżeństwie, czy też pożądał jej tylko i uczciwość zwalczyła w nim zmysły?... Słupska mówi, że, gdzie jest wielka miłość, tam i uczciwość, zatem moralność głuchnie i ślepnie. Wygodna teorja i bardzo pierwotna, ale czy prawdziwa w zastosowaniu do miłości jako takiej, nie do szału, lecz do miłości, do umiłowania bezgranicznego na życie całe. „Wielkie lubienie” wedle wyrażenia Słupskiej, to jeszcze nie miłość, owo ich lubienie może być właśnie tylko pożądaniem, które u natur ekspansywnych zdolne wykluczać wszelkie inne uczucia i prawa. Tomek jest porywczy, a jednak coś go powstrzymało. Ale co?... czy miłowanie i złączony z niem szacunek dla kochanej istoty, czy też etyka, przezwyciężająca w nim nawet żądzę?... ja byłam piorunem, zabijającym ich idyllę — myślała Elża, a wobec tego Tomek nie kochał Karolci, bo pożądanie można zabić pożądaniem silniejszem, wrażenie większem wrażeniem, ale nigdy miłość miłością. Miłość w całej swej potędze, zachowuje imperatorską wyłączność niezłomną i wielką.
Pionowa fałdka stanęła pomiędzy brwiami Elży. Myślą zagłębiała się w istotę miłości. Czy zawsze można tu odróżnić falsyfikat od oryginału? Czy ktoś, kogo to zagadnienie bezpośrednio dotyczy, może sam nad sobą przeprowadzić tak ścisłą psychologiczną analizę, by postawić niezbity wniosek: miłość prawdziwa, oryginalna, twórcza, czy łudząco doskonały pozór miłości? Wszystko jedno, czy głównym podłożem jest strona duchowa, czy zmysły, może się na tej glebie zrodzić i cenny djament prawdy i olśniewająca imitacja tejże. To labirynt, w którym można zbłądzić zawsze, szukając tej prawdy, szczególnie, gdy przewodnikiem jest bujna wyobraźnia i zapał, nadmierna wrażliwość i tęsknota miłosna. To są moje wady — sądziła Elża samą siebie. Ja zawsze wyobraźnią wybiegam dużo naprzód, płonę pragnieniem uczuć i każdy ich objaw przejaskrawiam, upiększam do maximum i upajam się tym blaskiem, dopóki słońce zapału świeci jasno, czyli do ocknięcia się świadomości, własnego „ja”, bo wówczas następuje zmierzch. A zatem surogat od prawdy odróżnić jest mi trudniej, niż komuś, kto patrzy trzeźwiej i nie umie stwarzać sobie słońc urojonych, lecz podlega tylko wpływom — rzeczywistego.
Ale gdy zapłonie słońce rzeczywiste, sztuczne chyba zgaśnie przy niem?... Oto znowu problemat. Możnaby przypuszczać, że ja dla Tomka jestem słońcem rzeczywistem, Karolcia była sztucznem, więc zgasła, że miłość Toma dla mnie to oryginał twórczy jego ducha, dla Karolci zaś był falsyfikatem i dlatego zbladł, stracił wartość.
A Tomek dla mnie?...
Pytanie to powstało nagle w mózgu Elży i wstrząsnęło nią. Myśli jej pędziły z szybkością lotu jaskółek, jak ptaki rozpierzchały się, kołując bezładnie, a namiętnie i uporczywie. Z zawrotnego śmigania ich lotek rozwinęło się nowe pytanie:
Czy możliwem jest i w jakich okolicznościach subjektywne odróżnienie pozornej miłości od istotnej.
Młoda kobieta ścisnęła skronie dłońmi, jąk obręczą, bo zdawało jej się, że nawał pytań, powstałych po pierwszem, rozsadzi jej głowę.
Więc gdzie prawda, gdzie rzeczywiste jej słońce?... gdzie twórcza siła uczucia, a gdzie... wyobraźnia?... Czy w gorącym blasku istotnego słońca powstałoby takie pytanie?... Czy oryginał pozostał tam, czy jest tu?...
— Nie myśleć... nie myśleć! — wołało protestem w duszy Elży i protest ten walczył z uporem jakiejś silnej fali nie nowej, znanej już, i właśnie dlatego strasznej. Nie dopuścić do jej udaru, za nic nie pozwolić, by rozlała się szeroko. Niebezpieczeństwo tego zalewu szło ku Elży, lecz odpychała je z mocą prawie rozpaczną. Ratować się, ratować, zagłuszyć w sobie szum tej fali, uciec przed nią! Zabić ją, zabić!
Młoda kobieta, pędzona przerażeniem, bez namysłu zarzuciła na siebie płaszcz i wybiegła z pokoju. Noc już była późna, dwór spał. W głuchej ciszy przesunęła się przez werandę, oświetloną księżycem, zbiegła ze schodów i dążyła ku fosie i wałom ogrodzenia. Po chwili znikła, aż wypłynęła znowu na rozległej polanie, zatopionej w srebrnej mgle księżyca i rosy. Biegła w stronę boru, który kładł ciężkie aksamity cieniów na migotliwej lamie łąki, skrzącej się jakby djamentowym pyłem. Bór cały śpiewał, grał trelami słowików, drżały dziewiczym dreszczem płaczące, słodkie, brzozy, do melodji ogólnej sypiąc rzęsisty chrzęst swych bujnych włosów, perłami rosy usianych. Spokój był w naturze, bo wszystko słuchało, co szemrze bór, zapatrzony w płynący sierp na niebie, co wyśpiewują słowiki, wieszczowie leśni.
Słuchała i Elża, lecz nie zagłuszyło to w niej szumu złowrogiej fali, przeciwnie — szum ten zdawał się wzmagać, rósł, a w niej powstawał lęk już paniczny. Przywoływała Tomka całą siłą woli, jakby na ratunek. Szaleństwo ogarnęło Elżę. Głowa jej płonęła, czuła w sobie war krwi, ogrom pragnień i konieczność ucieczki przed naporeni... tamtej fali. Zrzuciła jedwabny płaszcz i w białym szlafroczku upadła w mokrą trawę. Schowała się w niej cała. Na jej twarz rozpaloną spadł kroplisty deszcz, rozwiła włosy i nagarniała na głowę bujne kiście zroszone i piła chłodną wodę z ziół i rzucała ramiona w zimny, sypki potok traw. Wrzało w niej, czuła to i chciała szaleć, ogłuchnąć i oślepnąć. Nagle zerwała się prawie mokra, pobiegła jak strzała drugą stroną łąki do domu, wśliznęła się pod mały balkon i w cieniu przytulona do ściany stała chwilę zadyszana, onieśmielona. Z daleka, z folwarku dolatywało gwizdanie stróża, szczekały gdzieś brytany; tu była cisza, przerywana jeno głosami słowików i wołaniem derkacza.
Elża nie namyślała się dłużej.
— Musi być ze mną!
Wystąpiła na światło i, chwyciwszy garść żwiru, cisnęła go z rozmachem w otwarte okno nad balkonem i jak ścigana puściła się z powrotem na łąkę, szepcząc głośno:
— Pień by się obudził nawet...
Nie odwróciła głowy, dopadła do poprzedniego miejsca i osunęła się w trawę. Serce jej biło ze zmęczenia i niepokoju, słuch łowił szmery. Cisza, tylko dyr... dyr... z oddali i cmokanie rozkochanych ptaszków. W Elży każdy nerw dygotał osobno. Ogień miała w sobie.
— Czyż możliwe aby spał, byłby już...
Wtem usłyszała szelest traw tak blisko, że przyczaiła oddech. Sekunda i z tłumionym okrzykiem Tomek upadł przed nią na kolana, porywając ją w ramiona.
— Ty moja! Ty... ty... ty!...
Pod gradem jego pocałunków słabła, tchu jej brakło, usta jej gniotły zachłannie usta mężczyzny. Paliły jej szyję, kark i ramiona. Palce jego błądziły w jej rozplecionych włosach, bezładny szept pieściwych słów wyrzucała jego pierś wzburzona do dna. Spadł na nią, jakby wodospad, gorący wicher pocałunków, targał nią zaborczo, z pasją żywiołową. Gięła się w jego ramionach, unoszona tą samą wichurą bezdennej podniety, zatracona w tumanie bezpamiętnym, głucha na wszystko, co nie było tętentem krwi i burzą nerwów.
W pewnej chwili zaszemrały urywane słowa:
— Widziałeś mnie?...
— Tak, przebiegałaś fosę, jak srebrne zjawisko, jak błędny ognik płynęłaś przez łąkę.
— Błędny?...
— Wabiący, mój ognik.
— Może i... i błędny...
— Co rzuciłaś w okno?...
— Żwir.
— Sypnęło coś z szelestem na podłogę, ocknąłem się i prosto do okna; taka byłaś cudna w tej jaśni błękitnej, ubierając się, patrzyłem za tobą, by cię nie stracić z oczu.
— Mel śpi?...
— Śpi. Powiedz czy pragnęłaś mnie?... czy nie mogłaś spać, czy śniłaś o mnie?...
Milczała.
— Powiedz, najsłodsza, co cię ku mnie uniosło?... tęskniłaś... pragnęłaś moich pieszczot... mnie?.., Elżuś!...
Kobieta uczuła, że jej coś dławi gardło, szybko zarzuciła mu ręce na szyję i wyprężona w tył jęknęła.
— Nie pytaj! Nie pytaj!...
On całował, szalał.
Świat kręcił się wirem w głowie Tomasza, chłodne perły rosy rozpalały się od jego żaru. Elża była bezwładna, odurzona. Usta jego z jej szyi opadły niżej i piekły, piekły ogniem. Milczała jak w osłupieniu. Tomasz trzymał ją prawie omdlałą, odchyloną w tył, włosy jej zanurzyły się w trawie, oczy przymknięte, usta rozchylone; była bierna, cicha. Rzuciła go ku niej nieprzeparta moc. Zdusił ją w szaleńczym uścisku, uczuła, że on zsuwa niżej koronkę negliżu z jej piersi. Krzyknęła głośno, skoczyła na nogi, skrzyżowanemi ramionami zatuliła się szczelnie; stanęła przed nim dysząca, przerażona, groźna.
— Nie, nie, nie!... — łkało na jej drżących ustach.
— Elżuś!.. Elżuchna!.. — mamrotał pochylony do jej stóp, obejmując jej kolana.
— Elżuchna, przecie ja nic więcej... a tyś już moja, moja na wieki... ja... szaleję... szalejemy oboje... więc czemu... czemu wzbraniasz? Taka niewinna pieszczota...
Podniósł się i ogarnął ją całą w objęciu.
— Czego tak drżysz, jedyna, ja wiem — drżysz, bo... pragniesz...
Ona milczała wzburzona.
— Czy boisz się mnie... dziecko?... Co ci jest, co ci się stało tak nagle?...
— To... straszne — szepnęła lekkim szmerem ust.
Odsunął ją od siebie i popatrzał zdziwiony na jej białą twarz.
— Wyglądasz jak zagasła... czy zlękłaś się mnie?...
— To... straszne, — powtórzyła.
Wstrząsnął nią silnie, jej wyglądem i słowami doprowadzony do wściekłości.
— Co, co, co — straszne?... Wytłumacz się, co dla ciebie straszne?...
— Namiętność... szaleństwo...
— Ha, to piękne jest, ale nie straszne, to piękne i potężne, to kwiat życia.
Ona czuła, że to „piękne i potężne i że to kwiat życia“, ale czuła zarazem, że brak jest tej mocy, by kwiat się w pełni rozwinął. A przytem czuła, że nie ogłuchła i nie oślepła. To ją otrzeźwiło zupełnie. Była dumną z siebie, tylko coś jej mąciło spokój, i znów rosło pytanie: kiedy się głuchnie i ślepnie?... miłość istotna, czy?...
Zatulając się w płaszcz, mówiła smętnie, wyraźnie zawstydzona:
— Upiliśmy się księżycem, Tomku. Księżyc, rosa, wonna łąka, słowiki... Byliśmy pijani...
— Ja tak, ale nie ty, — odrzekł szorstko.
— Ktoś z nas musiał mieć rozum.
— To była moja rola, — nie twoja.
Elża wiedziała, że tak jest, jak on mówi; wiedziała więcej, — że, gdyby kwiat rozwinął się w pełnię swej krasy, wówczas...
Ale nie mówiła już nic. Szła obok Tomka ze spuszczoną głową, odpędzając natrętne pytania, dławiąc w sobie palący ją wstyd.
— Kiedy się głuchnie i ślepnie?...
— Miłość istotna, czy?...
W borze zanosiły się śpiewem słowiki, cichym chrzęstem szeleściały włosy brzóz, osypane djamentami łez, zdaleka monotonnie wołały derkacze.
Księżyc siał i siał srebro.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pani Burbina widząc, że Elża o wyprawie nie myśli, podniosła tę kwestję, ofiarując się pomagać Elży i jechać z nią do Warszawy. Chmura padła na twarz młodej kobiety. Rzeczywistość stanęła blisko i spłoszyła sielankę. Pierwszy raz od zaręczyn owiał Elżę chłód, który ją samą przeraził. Ale zapanowała nad sobą. Łagodnie odrzekła babce, że odkłada ślub do jesieni, gdyż wyprawą jej chce się zająć wujenka Renardowa, wyjeżdżająca na lato do Ostendy. Ślub odbędzie się w końcu września lub w październiku, bo wujostwo muszą być na nim obecni, jako jej dotychczasowi opiekunowie. Pani Urszula czuła się urażoną, nie przekonały jej argumenty Elży, a stanowczość rozgniewała.
Tomek wysłuchał osobno wyroku narzeczonej ze zdumieniem, smutek i niepokój ścisnął mu serce.
— Dlaczego to robisz, Elżuś, dlaczego, przecie ty wiesz, jak za tobą szaleję. Czemu odkładasz szczęście?...
— Ależ całe życie przed nami, cóż znaczy wobec tego kilka miesięcy?
— Dla mnie każdy dzień — to stracona perła, dziecino.
— Ach, perła; życie nie z pereł niestety się składa. Zresztą nie można inaczej.
— Że się dwojga niedołęgom zachciało Ostendy, to my mamy na tem cierpieć? — wybuchnął.
— Dajże pokój, czy nam źle?...
Podała mu ręce z pieszczotą. Żal go jej było serdecznie, ale silniejszy był lęk, ponad wszystko silniejszy.
— Czy nam źle, Tomku?... — powtórzyła, szukając ukojenia przed tym lękiem szczególnym na jego kochającej piersi.
— Dobrze nam, Elżuś, oj dobrze, ale będzie lepiej, a miało być już wkrótce.
Uległość Tomka oburzyła panią Urszulę. Pan Cezary wysłuchał nowiny, spokojnie silniej tylko zapykał z cybucha, poczem rzekł:
— Wyprawa furda... nie o to chodzi, ale skoro Elża odkłada... Tomek zgodzić się musi. Nie barbarus przecie. A... że chłopak zmarkotniał?... Facecja, dziwiłbym się, gdyby było inaczej.
— A Elżuni się nie dziwisz, Cezary?
Burba długą chwilę milczał.
— Elżunia?... Elżunia to trochę sfinks. Nie zdziwiłbym się, gdyby ślub odłożyła na rok i... nie byłbym zdumiony, gdyby czerwcowy termin — skróciła.
— A, to ładna pociecha dla nas i dla Tomka.
— Tomek ją zna i kocha taką, jaką jest. A zresztą, kto tam zbada kobietę. Kobieta, serce, taka jak Elża, nerwowa, bujna, — pełna fantazji, to tak, jak górska rzeka, wartka, żeby najsolidniejszym korytem płynęła — zwiewne ma fale; podziała na nią i słońce i chmury... ale nic nie ujarzmi; a gdy ją zatrzymasz siłą, złamie tamę. To żywioł i kaprys...
Pan Mel, dowiedziawszy się o odroczeniu ślubu, mruknął do siebie, wysoko podnosząc brwi:
— Tylko do września?... to łaskawie.




XII.

Obszerny, jasny gabinet męski osnuwały sino-błękitne smugi dymu z cygara, włóczyły się sennie od ciemnych ścian, zdobnych w mahoniowe boazerje, do ciężkich adamaszkowych kotar u drzwi i okien, płynęły wysoko aż pod kasetony sufitu. Duże wygodne biuro obciążone papierami, księgami, foljałem listów i depesz nie posiadało żadnych zbytecznych przedmiotów, cacek biurkowych, prócz pięknego przyboru do pisania z malachitu z bronzami i kryształu. Z boku z prawej strony stała niezwykle wytworną i cenna ramka, dużego formatu, zamykająca w sobie podobiznę kobiecą. W stosunku do artyzmu ramy, blada odbitka obrazka nikła prawie, nie była to fotografja artystyczna, lecz powiększenie jakby z amatorskiego zdjęcia. Przy biurze oparty na nim jedną ręką, obok odsuniętego fotela, stał wysoki trzydziestokilkoletni mężczyzna, przystojny i bardzo rasowy, bez zarostu, dość smukły ale mężny, lekko pochylony, czytał depeszę, podaną mu przez sekretarza.
— Och, nic nadzwyczajnego, z Liverpoolu, znam tę sprawę, jest już u ministra, załatwione. Co dalej?...
Pytał niskim, matowym głosem, po angielsku.
Sekretarz, stojąc z boku biurka, wskazał paczkę depesz.
— Parę iskrowych, kilka zwykłych, kable z Ameryki i Indji, nadesłane przed chwilą i w nocy, — rzekł z uszanowaniem.
Dyplomata siadł przy biurku, odłożył cygaro.
— Proszę.
Brał depesze i czytał po kolei, dyktując na każdą z nich odpowiedź.
— Z Wiednia... do mojej teki. Muszę w tej kwestji porozumieć się z naszym ambasadorem... Berlin... iskrowa... wizyta Tirpitza u cesarza. Hm... per Bacco! Dalej...
Sekretarz podał telegram.
— New-York... Och, no, to wiem, proszę pisać.
— Dalej... Pekin... Tokio... ambasady rzecz opracują. Odpisane?...
— Tak. Oto list prywatny ministra z Londynu.
— Odłożyć. Depesze pierwsze.
— Kable z Aleksandrji i z Indji.
— Proszę, to ważne.
Zagłębił się w czytaniu, odpisywał sam i dyktował. Dwaj mężczyźni pogrążyli się w pracy, przerywanej kilkoma słowami zwięzłych pytań i odpowiedzi. Parę razy zadzwonił telefon, ustawiony na biurku, z ulicy dochodziły głośne ryki samochodów i turkot licznych pojazdów na cichym bruku. Za oknami gabinetu Paryż wrzał życiem w złotych potokach czerwcowego poranka.
Stukanie do drzwi. Wbiegł żywo służący w liberji.
— Depesza z Wiednia i poczta.
Sekretarz odebrał mu z ręki papiery. Artur Dovencourt-Howe sięgnął po telegram, rozerwał.
— Nic nadzwyczajnego. Hm... następca tronu, Ferdynand D’Este, z małżonką z manewrów górskich w Bośni wyruszył do Sarajewa. Zwykłe zawiadomienie ambasady.
Zatrzymał wzrok na tekście depeszy, pokręcił głową i odłożył ją na bok.
— Co więcej?...
— List z marką Southamptonu.
— Od matki, proszę na bok.
— List i mała paczka z Warszawy.
Dyplomata podniósł głowę.
— Z Warszawy?...
Błysk ciekawości zamigotał mu w ciemno-szarych, pysznie oprawionych oczach. Lecz w jednej chwili ściągnął ostre, energiczne pręgi brwi.
— Proszę na bok, to prywatne.
— List z Rzymu, z angielskiej ambasady.
Dovencourt zaczął czytać i znowu zajął się pracą. Jednakże w sekundowych przerwach rzucał wzrokiem na paczkę i list z Warszawy trochę niecierpliwie. Po paru godzinach powstali obaj od biurka.
— Skończone. Proszę pana powysyłać odpowiedzi, gdyby coś nagłego — telefonować do ambasady austrjackiej. Tam będę.
Sekretarz wyszedł, obładowany zwojami tek.
Dovencourt wolno zapalił cygaro, wyciągnął rękę po list i paczką, dłoń zadrżała mu nerwowo. Sprawdził adresy.
— Nie od niej! Więc....
Wąskie usta zarysowały się w linję sarkastyczną, jakby sam z siebie kpił. Spokojnie, z zimną krwią rozwiązał paczkę. Wypadła nieduża książka, dość ozdobna.
„Fatum” — Elża Burbianka.
Przez smagłą bladawą twarz mężczyzny przemknął cień, jakby lekkiej łuny i radości.
Gorączkowo już odrzucił okładkę, szukając dedykacji. Nie było ani słowa. Zsunął brwi, aż do ich osady, że tworzyły jednolitą mocno załamaną linję nad chmurą oczu. Teraz usiadł spokojniej, puścił duży kłąb dymu, jeszcze raz obejrzał całą książkę i z flegmą zaczął rozcinać nożykiem list od znajomego z Warszawy.
»Zastosowując się do danych mi poleceń Pańskich, wysyłam nową książkę wskazanej autorki. Przed kilku dniami zaledwo tomik ten wyszedł z pod prasy. Autorka bawi stale na Wołyniu u kuzynów swoich, Burbów, w Warowni. Od wiosny jest zaręczona z panem Tomaszem Burbą«.
Dovencourt-Howe powstał gwałtownie, szary na twarzy.
— Doskonale! tego tylko brakowało.
Zgniótł cygaro i odrzucił, dłonią silnie przetarł czoło.
— Tak, to niezwykła wiadomość.
Fałdy pionowe po bokach sarkastycznych ust pogłębiły się, na „Wargach osiadł wyraz przedewszystkiem bólu, który zwolna przechodził w zaciętość; oczy, zasnute powiekami, zamigotały siną falą gniewu. Upadł na fotel, cofnął się głęboko i ponownie odczytał list. Twarz miał mroczną, grozę — w skupieniu wysokiego czoła. Wąskie, długie, wytworne palce bladych rąk, świecące ciemnym sygnetem, targały trzymany arkusz, lecz się opanował, list złożył i wsunął do kieszeni.
— Tak... to... ciekawe. Co?...
Ujął książkę i znowu ją badał.
— „Fatum” wieczna manja fatalizmu, ale... dlaczego ten tytuł „Fatum“?...
Wzrok jego pobiegł w kierunku fotografji na biurku. Żywo po nią sięgnął, oparty ramieniem na poręczy fotelu, zatonął oczyma w bladej odbitce. Elża Gorska stała na niej w ciemnym kostjumie, na tle ruin jakiejś bramy starożytnej, snać nie pozowała, zdjęta była niespodzianie, migawką. Z ręki jej zwisał kapelusz, pochylenie postaci i głowy pozwalało się domyślać, że kogoś słucha, lub do kogoś mówi, uśmiechnięta wdzięcznie, ale zupełnie swobodnie. Zdjęcie dużo powiększone, chociaż słabe w retuszu, zachowało całą charakterystykę postaci i wyraz twarzy. Dovencourt patrzył długo, lekkie mgnienia błyskawic przelatywały teraz przez jego rysy, jakby dymem owiane. Wydłużyły się nieco brwi, sprostowały usta, rasowy mocny profil nabrał jeszcze więcej siły; energja i niezłomna wola tkwiły w pionowej bruździe, przerzynającej czoło. Cicha, jakby nieśmiała rzewność musnęła zacięte wargi.
— Elly... uroku mój — wybiegł szept.
Moment i — znowu szary zimny obłok przesłonił wszystko. Przysunął fotografję bliżej, popatrzał i, dotknąwszy dwoma palcami głowy Elży, wyrzekł twardo, z mocą:
— To się nie stanie.
Odstawił ramę.
— Dlaczego „Fatum“?... dlaczego właśnie ten tytuł?...
Otworzył książkę, przerzucał kartki zamyślony, jakby czegoś szukając wśród nich. Niecierpliwie chwycił nóż do rozcinania. Nagle zatrzymał się i spojrzał na zegarek. Nacisnął guzik dzwonka na biurku.
— Automobil! — zawołał krótko do służącego z lekkim półobrotem głowy i nagłem podniesieniem w górę jednej brwi, nieco feodalnie.
Poczem wstał schował książkę do szuflady, do portfelu włożył parę depesz, listów i wyszedł z gabinetu.
— Ambasada austrjacka! — rzucił szoferowi.
Samochód potoczył się wartko, ciągnąc smugę dymu, niekiedy rycząc przeraźliwie. Dovencourt-Howe jechał zamyślony, osnuwszy się sinawą zaćmą cygara. Wyobraźnia i myśl jego daleką była od strojnych ulic Paryża, duchem przenikał przestrzeń i szukał celu wytycznej, wskaźnika swego życia. Bunt miał w piersi po otrzymanej wiadomości. Głęboko sięgające pytanie zasadnicze wwiercało mu się w mózg brutalnie.
— Co ją do tego skłoniło?... miłość... kaprys... zmysły... czy rozwaga?... Jakaś zagadka psychologiczna.
— Rozwaga?... to nie ona... zresztą jakiż jej cel?... o ile by szła tylko za głosem rozsądku to... wszakże rozsądek jest poplecznikiem materjalizmu. Och, no, to nie Elly, nie jej styl... Więc patrjotyzm? zawsze to stawiała jako tamę, względy religijne?... Hm... patrjotyzm może, lecz miłość nie uznaje patrjotyzmu, to uczucie kosmopolityczne. Czyżby Elly zawahała się porzucić ojczyznę dla obcego, gdyby kochała? Zatem... co silniejsze w niej?...
Uczuł ostry sztylet zawodu.
— Zatem co... co?... — starał się o zimną analizę. — Uniosły ją nerwy, fantazja.... a!.. per Bacco! wszakże mówiła mi kiedyś — „pan jest szczytem mojej fantazji — koroną utopji“. Fantazja, utopja, zatem... marzenie. Czyż marzenie nie jest refleksem miłości?...
Cieplejszy strumień krwi ożywił jego chłodną flegmę. Wystąpiły zarzuty, skierowane przeciwko samemu sobie.
— Dlaczego czekałem jej powrotu, zamiast po nią jechać?... Moje listy?... nie odpowiada na nie. Skąd taka ufność w kobietę, że wróci? Cóż mię trzymało?... Stanowisko... ważne sprawy?... Och, no, mogłem sobie pozwolić na załatwienie najpierwszej. Zdobywam, co chcę osiągnąć, czyż nie zdobędę tego, co mi... najdroższe?... Umiem łamać przeszkody, czy tu ja będę złamany?...
Automobil stanął.
Dyplomata zamknął księgę swych rozmyślań o sprawach osobistych; trzeźwy, sztywny, przygotowany do spraw publicznych, wszedł do gmachu poselstwa.
Gdy w parę godzin potem powrócił do swego gabinetu, zastał sekretarza przy telefonie.
— Co tam?... kto?!
— Kapitan pancernika „Wielka Brytanja“ zawiadamia, że będzie tu za chwilę z kilkoma oficerami marynarki angielskiej.
— Dobrze, było co więcej?...
— Wieczorem konferencja dyplomatyczna, poufna u ambasadora angielskiego.
— Wiem, będę.
Sekretarz zawahał się.
— Cóż jeszcze, mów pan?
— Był telefon od pani markizy de Legue. Zaproszenie na obiad... i na operę.
— Och no, cóż pan odpowiedział?...
— Że pan jest nieobecny.
— Bardzo dobrze.
— Telefon ma być powtórzony.
— Odpowiedź ta sama.
Po wyjściu marynarzy dyplomata zamyślił się głęboko, rozważał coś, kombinował. Jego zimna twarz odbijała wewnętrzną moc ducha, niezłomną wolę człowieka o żelaznej energji i charakterze. Rysy miał wyraziste, wydatne, czoło skupiało w sobie wybitną inteligencję. Na zwartych, nieco zmysłowych, ustach osiadł ironiczny wyraz, będący już ich cechą znamienną. Fizjonomja ta zastanawiała wytworną rasą w połączeniu z jakąś energją lwią; twarz myśliciela i wodza. Nie był przejrzysty, był przedewszystkiem chłodny, zastygły w sobie. Przeczuwało się w nim naturę wybuchową, namiętną, ale ujętą w tak potężne okowy woli, że jej rozkaz samowładczy ujarzmiał wszelki bunt wewnętrzny, wszelki płomień. W przymrużonych lekko oczach czaił się szyderczy demon bezwzględny, okrutny nawet, zawsze myślący, ustępując miejsca czasem łagodnej tęsknocie, lub też iskrom pożądania, krótkim, jak piorun, a równie palącym. Teraz pod zsuniętemi powiekami mężczyzny dominowała poważna refleksja; po długiej rozwadze wyprostował się w fotelu ruchem zdecydowanym.
— W razie katastrofy wstępuję! Trzeba, — zresztą chcę!
Zakołysał mu się w wyobraźni przestwór morza, ujrzał płynące korowody żelaznych potworów, gigantyczne warkocze czarnych dymów z olbrzymich machin, usłyszał ryk tuby, gwizdawki, huk dział. Wielki pochód floty bojowej. On sam na mostku kapitańskim kieruje, prowadzi jednego tytana, okutego w pancerz. Uczuł dreszcz zapału. Kochał morze i marynarkę, jako dwie siły zbratane z sobą; wspomnienie lat, spędzonych pośród tych żywiołów, z którymi nie tracił kontaktu, lubił niezmiernie. Porywała go władza i czynny udział w tym imponującym mechanizmie ludzkiej twórczości.
Wezwał znowu sekretarza, wydał mu polecenie.
— Proszę zawiadomić mój yacht, aby 28 czyli jutro był od rana pod parą, muszę wpaść do Liverpoolu. Przyjadę do przystani autem, o której, to zależy. Sytuacja naprężona, niepewna.
— Dobrze. Są tu jeszcze listy prywatne.
— Wiem, załatwię je teraz.
Przemocą oderwał się od własnych myśli, zajęty znowu inną pracą.
Późno w nocy po posiedzeniu w ambasadzie Dovencourt-Howe wyraźnie podniecony, przechadzał się po gabinecie. Wypalił stos cygar, łamał się w sobie, szarpał. Człowiek ten, zimny pozornie, jak granit, kipiał wewnętrznie buntem i męką.
— Niepodobieństwo, niepodobieństwo... nie wolno mi teraz... Trzeba było wcześniej, na wiosnę. Nie ufać, nie dopuścić...
Przykre uczucie niesmaku zgnębiło go... „Trzeba było wcześniej”, jakież to nie moje! Jest przysłowie polskie „żal po niewczasie“. Kto to mówił?... Chreptowski w Nicei. Tak, żal po niewczasie u mnie. I to ja dochodzę do takiej likwidacji tej... mojej sprawy?... pozwoliłem się zaskoczyć, raczej prześcignął mnie — czas. Pozostał — żal. Co to za objaw mego niedołęstwa, czy zbytniej wiary w kobietę?... w tę jedną kobietę. Więc i ona nie występuje z szeregu?... Sądziłem inaczej. Teraz jechać nie mogę. A, nie! Dziwne brutalne połączenie mego zwykłego pewnika — mogę! — z obcym przybyszem — nie! Ja — „nie mogę“. Hm!
Uderzyła go analogiczna myśl.
— „Mogę“ — to ja, „nie” — to ów Burba, który mnie zaszachował. Przegradza mnie od niej. Nie... tylko przestrzeń jest między nami. Czas?... — zrobił ręką ruch przekreślający — nie zaważy tu, czas, to rozkołysana fala, oddala się i wraca; czas mi ją powróci. Burba... to przelot, rafa, latarnia morska, wysepka; — kontynent... to ja...
Rozdrażniony chodził po pokoju, otworzył szeroko okno.
Paryż spał, mrugając opalami klejnotów nocnych latarni. Błysnęła w oddali stalowa sztaba Sekwany, nitowana guzami świateł. Szum głuchy, nocny, płynął razem z mgłą łuny pod strop granitowego nieba. Rzeźwy podmuch, zabłąkany w labirynt gmachów i wierzyc, wpadł do okna i chłodził czoło Artura, rozpalone wewnętrzną gorączką, zmęczone myślą. Nasunął się zwarty łańcuch wspomnień zimowych z Riviery. Ostatnie trzy miesiące z nią, tylko trzy miesiące ją znał, po jej wyjeździe na Jasny Brzeg. Już nie wrócił i oto pięć miesięcy minęło od jej ucieczki. Pożegnanie na dworcu w Wiedniu ostatecznie go o tem przekonało. Był pewny, że powróci wkrótce. Słowa jej, które słyszał „mam przeczucie, że coś mię tam czeka, że to przełom”, policzył na karb jej egzaltacji i bujnej wyobraźni oraz skłonności do przesądów.
— O właśnie! — irytował się, — niezbita wiara w swoje fatum; pod tym kątem patrzy na wiele rzeczy... fałszywie, źle je nawet rozumie. Wiara zbyt wielka w przeznaczenie, w zabobony, natomiast za mała w siebie samą, skandalicznie za mała. Płomień temperamentu, zapału, w kleszczach bezprzykładnej niewiary w siebie. Ona nawet wątpi w tych, co ją kochają; dziwi się, że można ją kochać, że się podoba, ale o tem wie, ma swoją wrodzoną kokieterję, lecz się boi, by ją o zalotność nie posądzono. Agresywności nie posiada ani krzty nawet wobec tych, którzy są jej oddani. Per Bacco!... któż jest ów Burba... że ją zdobył? Och no, zyskał chwilowo... Kuzyn, obywatel. Czy ona sądzi, że tam jej fatalizm nie dosięgnie?... Czy ona idzie, czy pędzi na ślepo? Można to odczuć W jej utworach. Prawdą jest jej książka!
Podszedł szybko do biurka, wydobył tomik, przejrzał.
Wiersze, nowele, wrażenia.
Jął czytać. Zagłębiony w fotelu, podparłszy głowę zgniecioną kurczowo dłonią, wertował tekst uważnie, coraz ciekawiej, namiętniej. Do jednych i tych samych stronic powracał kilkakrotnie, odczytywał czasem głośno poszczególne zdania i okresy, zakreślał je ołówkiem. Książka go pochłonęła. Gabinet nasiąkał ołowianą omastą świtu, elektryczne rozety lamp żółkły, skupiały się w sobie, zbierając światło skrzętnie do swych stosów, jak rtęć, gdy rozprysłe perełki skupia w jedną całość. Srebrny poranek nasiąkły rumieńcem zorzy, położył się wreszcie despotycznie na biurku, brutalnie spędzając siarczano-rudą ćmę elektryczności. Paryż już huczał, dźwięczał pobudką nowego dnia. Dovencourt-Howe ocknięty podniósł oczy od książki, oparł na niej wytworną rękę ruchem stanowczym, jakby bezapelacyjnym. Ruch ten mówił wyraźnie: — „Zbadane“! — Wyraz twarzy, ściągnięcie czoła, brwi, układ ust, wszystko ilustrowało myśl zasadniczą, a zwycięską; — Jestem i trwam!
Z oczu trysnął ogień, usta błysnęły uśmiechem nagłym, krótkim, odrębnym — u niego, odsłaniającym białe zęby drapieżnie, trochę dziko. Wolno, z pewną pieszczotą ujął ramkę, położył na książce. Patrzył.
— Szukasz, błądzisz, walczysz, sama na sobie się mścisz..., naginasz się, łamiesz... daremnie. Moja fala wróci i odda cię mnie. To mój nakaz... to... konieczność nasza.
Postać kobieca na fotografji zdawała się ożywiać pod magnetyczną siłą jego woli, jego nakazu, jego szeptu. Był to teraz zupełnie inny człowiek, trzymając jakby w ramionach upragnioną kobietę, zatracił swój kamienny pozór. Oblane różową krasą wschodu rysy Elży zadrgały życiem, uśmiechem. Mówiły obiecywały.
Mężczyzna nisko pochylił swą twarz nad tą wizją jasną, fałdy surowe koło ust złagodniały pod tchnieniem uczucia. Otoczył fotografję splecionemi dłońmi, oparł na nich czoło i szepnął w głąb do uśmiechniętej kobiety:
— Trwaj... czekaj... Ty moja!
Długa chwila kontemplacji... może zaklęć...
Szmer u drzwi, wszedł służący; na widok czuwającego pana cofał się, zdumiony.
Mężczyzna drgnął, podniósł głowę.
— A... Baptiste... Już dzień? Przygotuj kąpiel! Czas do pracy.
Postawił ramę i rzekł już innym suchym, zimnym głosem:
— Dostarczyć nocne depesze!




XIII.

Na rozległej polanie, otoczonej brzozami, skąd siedzibę Warowni widać było wyraźnie odciętą na tle czarnego boru, na wielkim głazie pod kępą brzóz siedziała Elża Gorska ze swoją książką w ręku. Zmęczyła się czytaniem. Wszystko było dla niej teraz nędzne, jałowe, beztreściwe. Im się więcej wczytywała, tem silniejszy trapił ją niepokój, gniew na siebie wzrastał. Kiwała głową z politowaniem.
— Tę książkę powinni poprostu wygwizdać. Wygwizdają i bez mojej zachęty, mogę być o to spokojna. Krytyka mnie wyćwiczy porządnemi batami, będzie bal, — rozmyślała gorzko. — Bo właściwie czego ja tu chcę? Jestem, jak wielkie wahadło, to w jedną! to w drugą stronę uderzam! Niby zasadniczo chcę się trzymać ideału Orlewicza, smaruję bez litości Warskiego, a w gruncie rzeczy to jest przecie mój typ. Podniecam się sztucznie Orlewiczem, mszczę się niewiadomo za co na Warskim, ale całą siłą ducha tkwię przy tym ostatnim. Więc cóż to za psychologja, gdzie prawda! Warjatka jestem, warjatka, w dodatku zła... och jakaż zła, żebyż tak... Artura sprofanować, — za co?...
Rzuciła książkę na trawę i ukryła twarz w dłoniach.
— Boże, Boże, co się ze mną, we mnie dzieje?! i... jak ja śmiałam tę książkę puścić w świat. Jemu nie poślę za nic, zresztą... ja już nie mogę, nie mam prawa utrzymywać żadnego kontaktu z nim...
Szarpnęło się w niej wszystko wobec tej konsekwencji, z głębi duszy podnosił się bunt — wyrastał, olbrzymiał. Uzbrajała się w cały swój zasób etyki i prawości, sumienie wzywając na pomoc; podejmowała walkę z potworami, które się w niej budziły. Dopomagał jej w tem zapał niezagasły; mniej wybuchowy niż na wiosnę, ale żywy, nawet gorący.
— Kocham Tomka! Tomek to mój cel!
— Ku, ku, ku, ku, ku, ku! — zaniosła się śmiechem kukułka na pobliskiej sośnie.
Elża zadrżała, przestraszył ją krzyk ptaka, intonacja jego głosu rozdrażniła ją.
— Ach, głupstwo, wieczne zabobony! Koniec czerwca, więc kukułki się śmieją. Straszne są te moje nerwy.
Jednakże, pomimo rozwagi, wrzask kukułki denerwował Elżę niebywale. Zaczęła się przechadzać, czytając ustępy z „Fatum“. Zatrzymała się na wrażeniach z „Jasnego brzegu”, czytała je namiętnie, rozważając styl i treść. Oburzała się na siebie, gdy spostrzegła, że dane wrażenie lub odczucie nie było wyczerpane, że za mało podkreślony ten lub ów moment.
— Partaczka jestem! No, otrzymam ja zimny prysznic krytyki. Ta mi da łupnia!
Gorączkowo szukała stronic, gdzie były opisy Wołynia, lasy, polowania... kwiaty... gdzie bohaterem jest zapalny Orlewicz, typ wyśniony, wymarzony...
Jakiś zgrzyt w duszy, coś fałszywie dźwięknęło... Coś naigrawało się: — „Wymarzony??... Wyśniony??...“
— Ku, ku, ku, ku, ku, ku! — zaśmiewała się kukułka.
— Milcz ty! Okrutna! — krzyknęła Elża gniewnie, grożąc pięścią w stronę ptaka.
Załopotało w gałęziach wysoko, szary kłąb przefrunął dalej. Gorska parsknęła śmiechem.
— Ach, jakaż jestem głupia!...
Niechętnie przeglądała książkę, nudziły ją sielanki wołyńskie. Zajrzała do drugiej części dłuższej noweli tytułowej: „Fatum“.
— Oo!... w tem jest coś, co mnie fascynuje. Ach, ten Warski... Czemuż nie jestem Krystyną, czemu?...
Przerzucała nerwowo kartki, wpadło jej w oczy kilka zdań. „Czuję, że to moja konieczność, jest w nim jakaś siła, zniewalająca mnie. To mi imponuje, to mię bierze, to rzuca mię w jego ramiona“.
— Ha!... ha, to Warski tak działa na Krynię. Ale ona go nie kocha. Gdzież tam, Krynia kocha Orlewicza. Ha... ha! o Warskim zupełnie zapomniała.
— A na końcu?... O właśnie, tu Krynia mówi o Warskim jako już o swoim tyranie.
„A jednak kiedyś?... ile siły, mocy, prawie hypnotycznej, ile uroku wywierał“.
— Czy takie westchnienie może wydobyć się z piersi kobiety krańcowo nienawidzącej, która bezwzględnie o tyranie swym zapomniała?... Ach, Krysto, w piętkę gonisz. Nie, to ty Burbianko w piętkę gonisz, to twój utwór. Chyba chciałaś dociągać Warskiego do konsekwencji tytułu: „Fatum”?... po co, po co ja się mszczę i na kim? na Arturze?... za co?...
Elża zamyśliła się smutno. Przypomniała sobie, że gdy Uniewicz czytał głośno „Fatum“, Tomek promieniał. Wszyscy odgadli łatwo w nim Orlewicza. Ale pan Mel po skończeniu miał nieco dziwną minę. Spytany przez Elżę o krytykę książki, odrzekł tajemniczo:
— Czasem — dobrze być tyranem.
Nikt go wówczas nie zrozumiał, tylko jej krew napłynęła do głowy.
— Czy źle powiedział?... Och, niechby był nawet... tyranem... Jezu! co się ze mną dzieje?
Zlękła się. Wtem ujrzała ciemny punkt, sunący żywo ku niej od bramy Warowni.
— Tomek jedzie.
Wesoło, ochoczo szarżował młody Burba w stroną narzeczonej na swym karoszu. Wychylony ponad głowę wierzchowca, powiewał ku niej czapką z rozradowaniem widocznem. Ataman niósł go tęgim kłusem przez skoszoną już murawę, jakby po zielonych aksamitach. Tomek dopadł blisko, zeskoczył i porwał ręce kobiety.
— Cóż moja pani tak się chowa?... Masz tobie!... książka. Zaczynam być o nią zazdrosny.
— Dlaczego?...
— Ciągle z nią się kryjesz, a ja...
— Ach... dlatego tylko?...
Cień zawodu był w jej głosie.
— No... tylko, bo powinienem ci nogi całować za... Orlewicza. Przecie to ja... Elżuś ty moja najdroższa... słodka.
— O jej, jakiś ty dumny, przeidealizowałam cię, aż zanadto.
— To dowód miłości.
— Albo tylko... egzaltacji?
— Egzaltacja?... także miłość.
Zajrzał jej w oczy z figlarną przekorą.
— Analiza, mój drogi, posiada dwa końce, jeden koniec tępy, drugi ostrzejszy, siła ciężkości analizującego pociąga go zawsze tam, gdzie mu narazie wygodniej, gdzie go pcha... pragnienie... uczucie.
— Moje wszystkie uczucia i pragnienia są w tobie i chcę przywiązać ciebie, przykuć tam, bym ja i moje życie w Warowni stało się twoim upragnieniem, twoim jedynym najdroższym celem.
Długo chodzili po lesie, Tomasz marzył, snuł rozległe projekty na przyszłość, okraszone ich wspólną wielką miłością. Zapalał się, unosił. Elża milczała. Im większą miłość czuła w słowach Tomka, tem silniejszy zrywał się w niej niepokój. Zwalczała go w sobie przemocą, tłumacząc ten objaw trwogą przed małżeństwem, po smutnem doświadczeniu w pożyciu z Gorskim. Bała się tych uświęconych więzów, które w najpiękniejszem oświetleniu pozostają zawsze więzami. Coś było przytem w wizjach ich wspólnej przyszłości, stwarzanych przez Tomka, co dziwnie zacieśniało horyzonty jej marzeń, tak jakby ktoś rozciągał przed nią zwartą sieć drutów, jakby mur jakiś ciemny zamykał się dokoła; mur okrąży ją ciaśniej, wyżej i zmieni się w grób. Przebudzić się w grobie, to przecież szczyt tragizmu.
Dreszcz ją przeniknął. Wszakże kocha Tomka, zna jego charakter, naturę, wie, czego się po nim spodziewać, zna jego życie i nawet życie to polubiła, znajduje w nim pewien urok, czy jednak na całe życie on wystarczy? Elża nie chciała dopuścić, by myśl nurtująca uparcie w mózgu, zabijała żywsze uczucia i zaciemniała pogodę chwili. Myśl, że zakres ich życia w Warowni odbiega niesłychanie daleko od poziomu jej marzeń, ambicji, tęsknoty budziła w niej popłoch. Więc tuliła swe ramię do ramienia Tomka, w nim szukając ratunku przed samą sobą. Upajała się jego miłością, a on to rozumiał inaczej. Ale tego dnia niepokój jej był wyjątkowy. Męczył ją dziś gwar i wesołe zabawy wakacyjnych gości, którzy od kilku dni przepełniali stary dwór w Warowni. Kuzyni i kuzynki, siostrzeńcy i siostrzenice pana Cezarego i pani Urszuli, każdorocznie odwiedzający Warownię z mamami, ciotkami, a często z kolegami lub koleżankami, tworzyli barwne towarzystwo, rozbawione od rana do nocy. Były i młode małżeństwa z dziećmi i archaiczne szanowne pary, stawiające sobie nawzajem pasjanse. Dwór modrzewiowy, obszerny, jak arka, wszystkich pomieścił. — Otchłanne śpiżarnie pani Burbiny, w których, jak pan Mel się wyrażał „stoją barykady fasek różnych kształtów i objętości, połcie słoniny zastępują podwójne ściany, wędliny doszczętnie zasłaniają chmurą pułapy, a konfitury leją się oceanem“ — miały się z pyszna. Ponad to wzamian za hojne przysmaki, panie dobrowolnie drążyły całe kosze jagód, młodzież zaś znosiła chrust pod stare wiązy, gdzie na trójnogach smażono gremjalnie konfitury wśród wesołej zabawy, flirtu i raczenia się gotowym przetworem.
Codzień urządzano jakieś wycieczki, polowania na ptaki, gry i konne spacery. Wieczorem odbywały się często tańce, albo wirujące stoliki, lub marzenia przy księżycu. Elża, zwykle pierwsza inicjatorka, pełna życia i pomysłów, dziś zacichła w sobie i nie chciała do niczego należeć. Nie umiano jej rozruszać. O zachodzie słońca wszyscy jacyś pokwaszeni siedzieli na ganku na schodach, zajadając leśne czereśnie z olbrzymich koszów, przyniesionych świeżo przez gajowych. Czereśnie były czarne i białe, Wielkie, pełne słodkiego soku, jakie tylko w borach wołyńskich rosną dziko.
— Zaczarowane tu u Was królestwo, — mówił młody student z Krakowa, Zdzisław Burba, wesoły, pewny siebie „galileusz“, do starego leśnika, Stacha, który oparty na kiju, patrzył z uśmiechem na młodzież, czyniącą spustoszenie w koszach.
— Oj, zaczarowane, paniczu, zaczarowane, — potakiwał Stacho.
Zdziś Burba z Bohunowską czarną czupryną nad oczami szeroko rozłożył ramiona. Wołał z zachwytem:
— Wszystko tu jest: bory, łąki, jezioro, a jak się uprzesz to i step i górki; ryby, grzyby, orzechy, jagody, jakich nikt nie widział, a kwiaty, ósmy cud świata. Jak żyję nie widziałem takiej flory. Żeby to u nas, w Galicji, Warownię jużby cały świat znał — byłyby uzdrowiska. A wy tu siedzicie w kącie, zamknięci, chowając takie skarby.
— Toż to i nasza chwała, panoczku! — rzekł Stacho. Panicz nie zna, musi być, gadki o Wołyniu?
— Odpowiedzcie Stachu, odpowiedzcie! — rozległy się głosy.
Elża zamyślona podniosła głowę dość ciekawie. Lubiła jego legendy. Stacho zażył tabaki, kichnął i po chwili, oparty na kiju, jął mówić powolnym głosem:
— Było tak: Jak Pan Bóg wypędził pierwszych rodziców z raju, bo źle sobie postąpili, tak chciał i raj zniszczyć, żeby już śladu z miejsca grzechu ludzkiego nie było. Toż wziął Pan Bóg cały raj w święte ręce, jakby worek złota, położył go na złocistej gwieździe, której kazał płynąć nad ziemią wolno, jak obłok, a Pan Bóg miał z tego raju czerpać skarby różne i sypać na ziemię, niby to ziarno, aby wzbogacać, żyźnić i stroić świat. Aż tu gwiazda złocista jak zobaczyła Wołyń, tak zdumiała się wielce. Widzi kraj rozkwitły, cudny, że aż gra kolorami jak tęcza i pachnie jak myrra, a rzeki w nim srebrne, a łąki złotolite, a bory przepastne. Ognie trysnęły z gwiazdy z tego zachwytu, zatrzęsła się od rozkoszy widoku: daj buch! raj stoczył się z niej na naszą ziemię, skarby i wszelakie dobro i piękno rozsypało się po niej, a gwiazda z wielkiego strachu przed Bogiem, że to zagapiła się na Wołyń, zamiast służyć stwórcy, tak pęc! rozprysła się na drobny mak i zasypała nasz kraj złocistą ulewą pyłów i gwiazdek, pan Bóg patrzył na to, co się stało, patrzył i wreszcie machnął świętą ręką. Niechaj już raj tu zostanie, a jak ludziom na świecie będzie zaskąpo i zaciasno, to tu przyjdą napatrzyć się i nasycić skarbami. Ot, jakim to sposobem u nas najpiękniej na ziemi. Taki to zaczarowany kraj — Wołyń.
Zdzisław Burba wyjął notatnik z kieszeni i jął sobie zapisywać legendę. Uniewicz zaś, siedząc obok Elży, pochylił się ku niej figlarnie i szepnął:
— A nowoprzybyła księżniczka tych skarbów czemu taka smutna?
Elża popatrzyła mu w oczy. Po chwili odrzekła również cicho:
— Dorzucam do skarbów Wołynia swój wdowi grosz, jakiego może jeszcze nie posiadał.
— Smutek?... — spytał.
— Tęsknotę.
— Ta jest wszędzie, pani. Może nawet piękno bez tęsknoty nie byłoby istotnem i pełnem. Czy mogę dodać swój wniosek?...
— Proszę.
— Może nie jest pani tą gwiazdą, którą Wołyń zdołał tak oczarować...
— Że straciła świadomość z zachwytu i... rozkoszy? Ma pan rację, nie jestem tą gwiazdą, — zaśmiała się krótko, nerwowo.
— A jednak przyszła pani tu... wedle wyroku Boga... ze świata... by sycić duszę.
Gorska powstała gwałtownie.
— Nie można, panie Melu, zanadto wnikać w wyroki Boże i... pan jest zbyt... ciekawy.
— Czy drasnąłem panią?...
— Ach nie. Posiada pan tylko za silne szkła na oczach. To wszystko.
Schylił przed nią nisko głowę, gdy mu podała rękę na dobranoc.
— Przepraszam, — szepnął.
— Nie mnie... — Tomka.
Uniewicz wyprostował się, szkarłatny na twarzy. Gdy odeszła, patrzył za nią długo i myślał:
— Nie rozumiesz sama siebie, ale ja cię rozumiem, bronisz jego, a sama go krzywdzisz... bezwiednie.
Pokiwał głową ze smutną rezygnacją.
— Dalibóg, ona gotowa wmówić to w siebie.
Podszedł do niego Zdzisław Burba z ciekawym uśmiechem na ustach, błyskając figlarnie czarnemi oczami.
— Panie, podoba się panu ta para narzeczonych? — spytał obcesowo.
— No... cóż, niczego sobie.
— A mnie... nie. Pojedynczo oboje... palce lizać, ale razem... całuję rączki! Coś w nich jest... co... „nie pry-czom“. ooo! znalazłem wyborne określenie, choć moskiewskie, ale ja je znam. My tam z rusinami także o miedzę. Macamy się niekiedy po żebrach. „Nie pryczom!” doskonale! Moja miła kuzynka wdówka jeśli ma dobry nos, powinna to przewąchać, że jej z tym narzeczonym jakoś... nie do twarzy, a kuzynek Tomek już widać coś węszy, bo był dawniej wesoły gość, a teraz... zblakował. No, dobranoc, panie! Niech każdy sam sobie radzi, jak umie.
Obrócił się na pięcie i odszedł.
Elża tego wieczora długo grała na fortepjanie, unosząc się, potem, zamknięta w swoim pokoju, rozstrojona doszczętnie, nie rozumiała, co jej jest. Pisać nie mogła, zaczęła czytać, wszystko ją nudziło. Zrozumiała wkrótce, czego chce. Sięgnęła po pamiętnik z Riviery.
— Nie wolno mi, nie wolno!
Ileż razy postanowiła go spalić, raz już nawet trzymała zeszyt nad ogniem i... nie mogła rzucić. Jakaś siła przemożna odtrącała jej rękę od zniszczenia tej pamiątki. Lecz od dłuższego już czasu książki tej nie czytała, od czasu narzeczeństwa nie otwierając jej nawet. Dziś coś ją niosło do tamtych wspomnień, nie potrafiła się przemóc. Po długim wahaniu, prawie w męce, wydobyła z ukrycia gruby kajet w krokodylej skórze, siadła przy biureczku i... z chciwością, zamknąwszy oczy jak przed wróżbą, otworzyła na chybił-trafił.
Okrzyk wypadł z jej piersi. Jego pismo w jej pamiętniku, wklejone kartki, które on napisał i przysłał jej w przededniu wyjazdu, prosząc o nadanie tytułu tej, jak się wyraził, pół-jawie, półwizji. Zrobiło to na niej wówczas szalone wrażenie, tembardziej, że część pierwsza utworu była opisem ich przeżyć. Gdy jednakże pytał ją w drodze do Wiednia, jaki wybrała tytuł — odrzekła, iż rzecz jest na razie — bez tytułu. A teraz?... ach — czytać, czytać!...
Długo i uważnie badała niezbyt czytelne, choć zdecydowane, śmiałe pismo Artura, jakby witając się z nim, po ciężkiej tęsknej rozłące.
Zaczęła:

„Siedzieliśmy na ławce, w sali odczytów, w gmachu muzeum oceano-znawczego, w Monaco. Wicher dął i uderzał w ściany z zajadłością, huczało złe dzisiaj morze. Budynek muzeum trząsł się w posadach. W sali był chłód i półmrok, wywoływało to w nas obojgu nastrój drażniący. Ona była niezwykle podniecona, rumieńce gorące wykwitły na jej twarzy jasnej. Siedziałem z lewej strony, odgradzając ją od środka sali. Oparty łokciem na pulpicie ławki, położyłem głowę na dłoni i wpatrywałem się w moją towarzyszkę z jednakowem zawsze pragnieniem. Ile ta kobieta ma dla mnie wdzięku, który wypływa z jej natury, lecz nie dla każdego jej wdzięk, i to właśnie cenne, to jej siła. Ja go poznałem w całej pełni. Nie, per Bacco! nie! Właśnie, że go w całej pełni nie znam, to jest moja krzywda życiowa, to mnie dławi, to mi życie psuje. Patrzyłem na nią uporczywie: spojrzała na mnie, zauważyła moją pozę, uśmiech błysnął na jej ustach.

— Odgradza mię pan od świata?...
— Pragnąłbym.
— Czego?...
— Odgrodzić panią od wszystkich, zamknąć w swoim kręgu.
Powstała, widocznie zmieszana. Podniosłem się również.
— Chodźmy już, — szepnęła.
Dokąd?... burza, deszcz, wichura.
— Tu obok, na placu, stoją czasem fiakry lub samochody, pojadę do siebie.
— Na kilkogodzinne nudy? Wszyscy czekają na panią w kasynie dopiero o ósmej. Mam inną myśl genjalną.
— Wyobrażam sobie, — uśmiechnęła się... Pewno coś niesłychanego.
— Abyśmy pojechali do mojej willi.
Błyszczące oczy, rozszerzone zdziwieniem, utkwiła we mnie. W miarę patrzenia źrenice jej chłodły, twarz sztywniała, głos drżał, gdy rzekła:
— Nie sądziłam, aby pan mnie taką propozycję...
Wziąłem jej ręce, ucałowałem, chyląc głowę nisko.
— Czczę panią, szanuję wyjątkowo, chyba mi pani wierzy?... Moja gorąca prośba niech pani nie obraża, najszlachetniejsze mam intencje, daję na to męskie słowo honoru. Przeczekamy burzę w moim domu, zjemy tam podwieczorek. Marzę o tej chwili, w której będzie pani ze mną i tylko dla mnie. Och, no, ja i — marzę, to już nadzwyczajne.
— Możemy wszakże schronić się przed burzą w moim pensjonacie, w salonie, — rzekła.
— Tam trudniej, wobec argusowych spojrzeń patronów tej willi. Wywołałoby to niepotrzebne komentarze. U mnie nikt pani nie zna.
— Tem gorzej.
— Tem lepiej, będzie pani swobodniejsza, mój takt postawi panią w jaknajlepszem świetle. Więc?...
Trzymałem jej dłonie przy ustach, patrząc w oczy wzrokiem przyćmionym. Wzrokowi memu nie opierały się dotąd kobiety. Ta jedna. Ogarniał mnie płomień.
— Muszę ją dziś mieć u siebie. Wejdzie i wyjdzie z mego domu, jak biały kwiat. Przysięgałem sobie w duszy, że będę gentlemanem, ale wejść musi.
Wahała się, widziałem jej mękę, walkę osobistych pragnień z hordą barbarzyńskich zabytków, patrjarchalnego wychowania. Trzymały ją tradycyjne więzy, różne babeczno-matczyno-dewocyjne doktryny, wzbraniające jej tego kroku. Miałem wrażenie, że porusza się dokoła niej przecząco mnóstwo zgrzybiałych palców po zgrzybiałych nosach, a jakiś patrjarchalny Mojżesz prapradziadek, wskazuje jej z groźną miną na tablicę przykazań kobiecych, pewno więcej niż dziesięć liczących.
— Och no, zabraniaj jej, aeropagu archaiczny, buntuj ją, jednak ja zwyciężę.
Byłem tego pewny, nie egzaltowałem się w błaganiach, jak młodzik, czekałem, aż się sama zwalczy. Trzymając ją pod swoim wzrokiem, mówiłem głosem stłumionym nieco przez wrzącą we mnie namiętność.
— Proszę panią o to bardzo i... pani mi tego nie odmówi, to będzie dowodem zaufania pani dla mnie, chyba na to zasłużyłem?
Pospolitej kobietce o kurzym móżdżku, lub gąsce salonowej, żądnej przygód, powiedziałbym dużo o jej wyższości nad takie przesądy, o tem, że szablonem jest ulegać im, że ona jest wszakże kobietą nową, „nagą“, mówiąc bardziej po literacku i tak dalej w tym stylu. Jej tego mówić nie mogłem, nazbyt ją ceniłem i jej nie przekonałoby to. Upór jej słabł, nalegałem stanowczo. Nie lekceważyłem sprawy, lecz oświetlałem ją naturalnie i zwyciężyłem.
Podniosła na mnie oczy, trochę spłoszone, rzekła jednak odważnie:
— Ufam panu bezgranicznie, więc dobrze, — pojedziemy.
Ręka jej drgnęła przy moich ustach.
— Biedactwo. Uszanuję cię, bo czczę, bom to sobie przysiągł, ale wolałbym oszaleć.
Pożądałem jej najwyższą mocą pożądań męskich.
Wyszliśmy z muzeum.
Burza ryczała na morzu, wicher szarpał drzewami i huk potężny trwał, jakby się waliły skały. Znaleźliśmy na szczęście zakryty automobil. Uniósł nas szybkim pędem. Milczenie trwało. Paląc cygaro, przez błękitny dymek obserwowałem jej twarz pobladłą i oczy pałające podnietą, skierowane na morze.
— Czemu ty nie jesteś taką, jakich spotykałem mnóstwo na swej drodze, czemu trzymasz mnie, jak lwa na uwięzi. I ja, ja nie mogę zerwać tych pęt.
Samochód stanął przed żelazną bramką, wiodącą do ogródka willi. Celowo nie kazałem podjeżdżać od ulicy. Wysiedliśmy. Szła przedemną prędko, nerwowo, Wbiegła na pustą werandę. Zjawił się lokaj, otworzył drzwi od korytarza. Weszła śmiało, jak zawsze, eleganckim, swobodnym krokiem, szeleszcząc dyskretnie suknią. A ja cynik, ja życiowy pesymista, złośliwy krytyk kobiet, sarkasta, idąc za nią, czułem... że mi serce bije. Per Bacco, to nadzwyczajne! Pozostało kilka kroków do drzwi mego pokoju, wyprzedziłem ją, by je przed nią otworzyć, Nagle...
Zwróciła na miejscu i bardzo blada, lecz pozornie spokojna przemówiła lekko stremowanym głosem, nie patrząc na mnie.
— Zjemy podwieczorek na werandzie. — Proszę tam podać czekoladę — dodała — wprost do lokaja.
Zdumiony, zły, wściekły, ale z udaną obojętnością, powtórzyłem jej polecenie służącemu i podążyłem za nią. Siedziała przy stoliku w zaciszu, wśród ukwieconych pomarańczowych drzew, ściągała nerwowo rękawiczki, nienaturalnie wesoła. Usiadłem naprzeciw. Rozszarpałbym ją za ten okropny zawód, za to, że... znowu mi się oparła.
— Dlaczego to pani zrobiła? — syknąłem.
— Tak chciałam.
— Czy pani już jechała z takiem postanowieniem, był ten zamiar?...
— Nie.
— Zatem?...
— Zdecydowałam inaczej w ostatniej chwili.
— Więc mi pani nie ufa?
Długa chwila milczenia. Wzrok miała spuszczony na rękawiczki, usta jej drżały.
— Ani panu, ani... sobie.
Rozbroiła mię odrazu i zaimponowała mi. — Długo trzymałem jej dłonie przy swych wzburzonych ustach, z rozkoszną podnietą patrząc na jej krwisty rumieniec; gorące wargi jej płonęły, a jam jej dotknąć nie śmiał. Nie tylko jej słowa, usta jej mówiły, że pragnie... i... walczy.
Była dla mnie w tej chwili siłaczką.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Elża Gorska oderwała oczy od rękopisu, ścisnąwszy skronie rękami zapatrzyła się w odległą wizję przeżytej chwili. Tęskna zaduma cieniowała jej oczy. Kołatał w mózgu podzwon głuchy żalu i wspomnień.

— Było, przeszło, minęło, nie wróci.
Wstrząsnęła się.
— Tak być musi, ale — śnić wolno zawsze.
Zaczęła czytać dalszy ciąg.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Weszła do mego pokoju z lekką tremą, którą spostrzegłem, pomimo, że maskowała ją pozorną odwagą. Zbliżyła się do otwartego okna i stanęła, patrząc na morze. Zrozumiałem ją, pozwoliłem jej się uspokoić. Dysponowałem lokajowi, jaki ma przynieść podwieczorek, zamówiłem przez niego kwiaty w kwiaciarni. Po odejściu sługi zbliżyłem się do niej, proponując zdjęcie okrycia i kapelusza. Pomagałem jej w tem z największem uszanowaniem. Uśmiechnęła się do mnie trochę figlarnie i spytała, podając obie ręce.
— Czy pan zadowolony?...
— Ja szaleję...
— To mniej bezpieczne. Niech mi pan tak nie ściska rąk, to boli. Więc pan umie szaleć?... Nigdy bym nie sądziła.
— Uważa mnie pani za rybę?...
— Nie, ale za bardzo zrównoważonego człowieka.
— Samej sobie powiedziała pani komplement, bo urok pani potrafił wyprowadzić mię z równowagi.
Popatrzyliśmy sobie długo w oczy i ona spuściła rzęsy, znowu zmieszana, zalękniona. Ale ja, ja przysiągłem sobie. Stłumiłem swój poryw wewnętrzny całą siłą woli. Zacząłem poważną rozmowę, nie dokończoną jeszcze w muzeum, a stosującą się do naszej sytuacji. Musiałem skupić wszystkie władze duchowe, etyczne, by zapanować nad zmysłami, rozdrażnionemi niebywale jej obecnością u mnie. Nie tylko zmysły trzymać na wodzy, trzeba było twarz maskować, by nie wyrażała nic z moich uczuć. Bo oto tę swoją upragnioną kobietę miałem u siebie, oddaną na moją łaskę, ufną, chociaż zawsze jakby spłoszoną, co jej tylko dodawało uroku. Walczyłem, jak tytan, by nie porwać jej w ramiona i nie zgasić pożaru swych warg łaknących jej ust ponsowych jak świeża krew, i również drżących pożądaniem. I ona pragnie, może sama tego nie rozumie; czuję swój fluid oddziaływania na nią.
Podczas naszej rozmowy podano czekoladę i owoce. Służący usługiwał z wyłączną pieczołowitością, robiło to wrażenie, że chce wszystko tak przygotować, aby nie narzucać się nam zbyt częstym krzątaniem się. Twarz typowego sługusa zdradzała, że jest dobrze poinformowany. Chciałem poinformować go właściwiej.
Poleciłem mu przynieść z księgarni pewne francuskie wydawnictwo, nawiasem mówiąc, zupełnie zbyteczne, i doręczyć nam paczkę z firmy kwiatowej.
— Na którą godzinę? — spytał lokaj bezczelnie.
— Och, o którejkolwiek, gdy oba obstalunki będą gotowe. O jedno tylko proszę cię, nie trudź nas stukaniem do drzwi, nie lubię tego odgłosu.
Lokaj skłonił się bardzo nisko i wyszedł skonfudowany.
Po krótkiej ciszy między nami ona podała mi nagle obie ręce, niezwykle serdecznie, blask jasny był w jej oczach.
— Dziękuję, z całej duszy dziękuję — rzekła cicho Wzruszona, spojrzała przytem tak, że zrozumieć nie mogę, jakim cudem nie zgniotłem jej w uścisku.
W tej kobiecie siedzi szatan... i... ona siłaczka, ale ja jestem tytanem. Męczymy się oboje. Rozmawialiśmy w dalszym ciągu, zwracałem się stale do jednego tematu, filozofując, stawiając wnioski wręcz przeciwne jej zapatrywaniom. Z przerażeniem wewnętrznem czułem, że nie zwalczę tej kobiety, a także, że runie moja teorja o kobietach wogóle, oparta na osobistej praktyce. Więc jednakże nie wszystkie można wziąć, choć się najsilniej pragnie?... Na moje filozofje i debaty w celu przekonania jej odpowiadała stale: — nie!
Żoną moją nie zostanie, gdyż jestem Anglikiem, a ona Polką, nie zamieszka ze mną w Anglji, gdyż jej obowiązek — żyć i pracować na ziemi polskiej. Nie zerwie tych patrjotycznych praw, jakkolwiek rozumie, że są to przestarzałe pęta i że jej w nich ciasno. Dalej, ja jestem dla niej „za wysoką partją“, ona zaś ceni swoje szlachectwo, ale nie przywiązuje do tego zbyt wielkiej wagi, potrafiłaby zawsze zejść niżej w hierarchji społecznej, byle umysłem się nie różnić, ale „sięgnąć wyżej” przeszkadza jej duma. Ja mam to nieszczęście, że ona mnie uważa, w swem przekonaniu, za osobnika z „wyższej sfery”. I ta zapora jest nie do przebycia. Dalej — kochanką moją nie zostanie, to już sprawa bez komentarzy, zresztą o to jej nie atakuję nigdy. Bo przedewszystkiem za dobrze znam kobiety, by wiedzieć, czego się po której można spodziewać, ją zaś nazbyt kocham i czczę.
Wszystkie jej psychologje, etyki, analizy szczerzą do mnie zęby, naigrawają się z daremnych wysiłków pokonania tych potworów. Zaczynam również ironizować, ale z tego, czego od niej nie żądam. Kieruje mną gniew.
— To nie etyka panią broni, lecz atawistyczny zabobon tradycji, nie moralna cnota, lecz brak zupełny zmysłowości w pani krwi. Nie rozumiem, jak może obejść się bez niej taki temperament. Bo ja różniczkuję te dwa pojęcia: zmysły i temperament, pierwszego w pani brak absolutnie, drugim — wre pani cała.
— Skąd pan wie? — spytała.
— Znam się na tem i obserwuję panią badawczo. Och no, pani ma płonący mózg, zapalną głowę, w pani kipi, burzy się, w pani krwi są skarby nieocenione, tylko do tego sezamu brak impulsu zmysłów, które by go otworzyły.
— Och, jak pan się myli, — rzekła smutno. — Mówi pan tak, ponieważ nie wierzy w etykę kobiet naprawdę uczciwych, a także w obowiązek. Dla pana to martwe słowo, dla mnie bardzo ważne.
— Pomimo tych wszystkich cerberów, strzegących panią, jesteś z sobą w rozterce, tęsknisz za tem, co sama od siebie odsuwasz.
Nie zaprzeczyła. Ponsowa krasa rozlała się po jej twarzy. Ja przeczułem w myśli samemu sobie.
— To nie brak zmysłów, bo i one są, to rzeczywiście barbarzyńska etyka. Bądź mi taką, pozostań taką dla mnie.
Na stole obok stało już od kilku minut duże zamknięte pudełko. Podszedłem z niem do jej krzesła, otworzyłem i, zaczerpnąwszy pełną garść białych tuberoz i krwistych, drobnych różyczek, jąłem sypać na nią kaskadę kwiecia. Wstrząsnęła się, podniosła na mnie oczy. Łzawo lśniły jej zielono-złotawe źrenice, wargi łaknęły, twarz mieniła się kolorem tych róż i tuberoz. Stałem poza jej krzesłem, nieco z boku, obsypując ją wonnym aksamitnym gradem, pochylałem się ku niej coraz niżej. Ramiona moje ogarniały ją prawie bezwiednie, zaciskane ogromem pragnienia. Jej głowa półodchylona i twarz wzniesiona ku mnie pałały ogniem; czułem jej żar, — burzył we mnie wszystkie władze. Przymknięte powieki jej drżały ciemną rzęsą, wachlowały nozdrza. Usta roztuliły się i wołały moich ust. Była moją i dla mnie. Jeszcze moment, jeszcze sekunda... Elly...
Szarpnęło mną, pochyliłem się gwałtownie, już miałem ją zamknąć obręczą swych ramion, gdy zerwała się nagle, wymknęła. Stojąc zadyszana podnietą, ale już władająca sobą, dumna, wyprostowana, — wskazała mi moje krzesło ruchem stanowczym, pełnym wymowy, rozkazując i przepraszając zarazem oczami.
Patrzyłem na nią przez chwilę z pod zsuniętych brwi. Co było w mej twarzy, nie wiem, ona zatrzepotała powiekami, spuściła oczy, wionął jej szept.
— Demon!...
Patrząc tak na nią, zaczynałem bać się samego siebie, wolno odszedłem do okna, dla uspokojenia burzy wewnętrznej zapaliłem cygaro. Długi czas trwała cisza. Stawała się zbyt ciężką. Wtem zaszemrał jej szept.
Wołała mnie.
— Służę pani.
Sam się zdziwiłem, taki był suchy ton mego głosu. Sztywnym krokiem zbliżyłem się i znowu byłem przy niej. Układała kwiaty w pudełku; pozbierała je widać z dywanu podczas naszego milczenia. Wydało mi się, że układa je machinalnie. Patrzyłem na nią. Mocno różowa, zakłopotana z oczami uparcie utkwionemi w kwiatach rzekła miękko:
— Odprowadzi mię pan do kasyna. Prawda?
— Dopiero szósta, do ósmej dwie godziny.
— To nic, już pójdziemy.
— Dlaczego pani ucieka?... taka jedyna chwila, jak dzisiejsza, może nie prędko powrócić.
Mówiłem szczerze, zgnębiony myślą, że ona odejdzie. Wyczuła to zapewne w moim głosie już nie suchym, lecz niemal pieszczotliwym.
Zawahała się i rzekła, nie patrząc na mnie:
— Trzeba się o to starać.
— O co?...
— By takie chwile nie wracały.
— A jednak... czy pani im nic nie przyznaje?
— Owszem, — siłę, która osłabia. Czuję, że słabnę i dlatego się boję.
Widząc, że posunąłem się ku niej upojony narkotykiem jej słów, — rzekła śpiesznie z niepokojem:
— Proszę mi podać żakiet.
Spełniłem jej rozkaz. Wkładając na nią okrycie, stałem z boku, bardzo blisko, otoczyłem ją kręgiem ramion Więcej niż było potrzeba. Walczyłem resztkami sił. Ona to odczuła, spojrzała na mnie i nagle zbladła. Zacisnąłem ramię dokoła jej drogiej postaci. Nie panowałem nad sobą. Drżała, jak puch biały na wietrze, i, sama zapewno nie wiedząc o tem, kłoniła się ku mnie rozkosznie. Mój wzrok już hypnotyzował ją, stała się bierną, nie, — była pragnącą a jam ją zniewalał...
Krótka sekunda strasznego przeczucia rozkoszy; głowa jej na mojem ramieniu, rzęsy opadły, usta rozchylone łakną, czekają, moich ust. Jeszcze... chwila okrutna, bolesna w oczekiwaniu... Już... czuję ciepło jej ustek.
Dosięgnąłem je i posiadłem. Cud się spełnił. Wybuchnął w nas szał i opętał świadomość. Bezpamiętnie spijałem krew wrzącą z jej ust rozpłomienionych, cisnąłem je władczo, z żarłoczną żądzą i głodem, z uczuciem bezbrzeżnie upoistem w rozkoszy. Ona moją, nareszcie moją. Szał wzrastał do takiej popotęgi, że stawał się obłędem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ocknąłem się... Co to?... Jestem u siebie? Ciemno... Nie, jasno, ale noc. Jestem sam. Wszystko znikło, ona i mój szał. Przedemną na dywanie pasma księżycowe migocą.
Co to jest?...
Ach, siedzę w głębokim fotelu oparty na dłoni. Więc marzyłem tak plastycznie?...
Tak. Z muzeum przyjechaliśmy tu autem. Nie chciała wejść do mego pokoju, cofnęła się w ostatniej chwili. Podwieczorek na werandzie i nasza rozmowa, autentycznie powtórzona w halucynacji, potem pojechaliśmy do kasyna. Nic więcej.
Więc teraz... marzyłem? Ja marzyłem?... Och no, to coś nadzwyczajnego. Bo to było marzenie, to nie sen. Nie spałem napewno.
— Więc ona mię do tego doprowadza?...
— Jakiż tego koniec?... Co się ze mną dzieje? Czy tak osłabłem duchowo?... Nie! Przenigdy!
Stałem długo w otwartem oknie. Morze bełkotało cicho pod siatką księżycowych lśnień. Świat spał.
— Nie, przenigdy! — powtórzyłem. Byłem i jestem silny. Zwyciężę... Ona będzie moją.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża Górska oparła czoło na zeszycie, ręce splotła na głowie i zapadła w stan hypnotyczny; oderwała się od wszystkiego, co ją otaczało. Duchem przeżywała i pierwszą część opisu — istotną wówczas i drugą — wizyjną. Połączywszy wyobraźnię swoją z marzeniem Artura, uplastyczniła sobie tę scenę tak żywo, iż niemal doznała halucynacji, że scena trwa, że ona jest z nim tam nad morzem, w jego domu, że czuje go przy sobie, usta ją piekły od pocałunków, które były jakby jawą, dającą najwyższą rozkosz. Znikła Warownia, zaprzepaścił się Tomek, duchowa władza Artura trzymała Elżę pod swoim wpływem. Moc jego była nad nią. Pomału obraz jął się zacierać, a majaczył inny. Wizja. Elża Widzi Artura, siedzi przy biurku zarzucony papierami, czyta czy pisze, ona widzi wyraźnie jego profil, osnuty mgłą sinego dymu. Zapatrzyła się w tę nową zjawę z oczarowaniem, ekstatycznie. I stał się między niemi ów kontakt ścisły duchowy, a tak rzadki pomiędzy ludźmi, kiedy dwie oddalone istoty łączą się z sobą siłą wyższą, niepojętą, oddzielającą duszę od ciała, nie przez zwykły proces śmierci, ale może przepięknej idei tejże. Ciała nie zamierają, jeno mdleją pod siłą ducha, który je opuszcza, dążąc w przestrzeń na spotkanie drugiej indywidualności duchowej.
Młoda kobieta uniosła się tam, gdzie ją przywoływał on, a ten nakaz jego czuła bardzo wyraźnie, do tego stopnia, że była z nim, że w jego istocie trwała, jakby w eterze ponadziemskim zatopiona. Gdy wreszcie obudził ją zewnętrzny realny odgłos dzwonka folwarcznego w Warowni, który głosił powstanie poranku, Elża ocknięta na chwilę, rozbierała się do łóżka, jakby w śnie somnambulicznym trwając stale tam, przy nim, przy drugiej połowie swej istoty duchowej. Zasnęła z wizją jego, Artura, pod powiekami.
I... była znowu z nim, przy nim. Otaczały ich jakieś odmęty, wznoszące się i opadające, niby fale morskie podczas burzy, niby chmury, zwalone na ziemię. Straszne te runa, siwo-mgliste wtłaczały się pomiędzy nich obojga, siłą rzeczy przedzielając ich sobą. Ona rwała się ku niemu z przerażeniem, widząc, że coraz gęstszy mur tych bałwanów potwornych dzieli go od niej. Chmurne kłęby parły ją w tył przemocą, dławiły, że chciała krzyczeć ratunku. Postać Artura malała, nikła, aż w tym okropnym potopie zginęła zupełnie. Wówczas ona ujrzała, iż ten odmęt silny stał się olbrzymią zastygłą kulą i że za tą kulą jakby całego globu jest on, Artur. Więc rozpaczliwie jęła tę kulę obejmować ramionami, pragnąć usilnie objąć ją całą, by zeszły się z sobą jej ręce, po drugiej stronie kolosalnej kuli, by dosiągnęły jego. Była pewną, iż gdy dopnie celu i kulę w całości ogarnie, wtedy odrzuci jak zwykłą piłkę ten glob przeokropny i znowu stanie przy Arturze. Wytężała wszystkie siły, cały zasób swej energji, całą wolą, prężyła ramiona, by je rozciągnąć do gigantycznej długości, zabierała śliską kulę coraz dalej, dalej w swe objęcia, przywarła piersiami ku niej, chcąc ramiona ze stawów powyrywać, byle zdołały otoczyć ją dokoła. Wszystko na nic, czuła z zimnem śmiertelnego lęku w mózgu, że kuli tej nie zmoże, że to daremny trud, walka beznadziejna. Tragizm tego przeświadczenia mroził ją lodem, miała wrażenie człowieka zamurowanego żywcem, tam świat, a ona tu już skazana bez możliwości wyzwolenia. Uczuciu tej grozy nic sprostać nie mogło. Elża, jak męczennica dantejskiego piekła, walczyła i zamierała, nie umierając. Borykała się z szatańską zaporą zawzięcie, wściekle i... zdawało się jej ciągle, że jest ćmą na wielkim kloszu. Odczuwała tę upokarzającą sytuacją z niesłychaną plastyką. Wtem zaczęła odgadywać, że i on po tamtej stronie walczy i nie widząc, wiedziała napewno, że on tę dzielącą ich przestrzeń, globu, tę masę nie objętą kuli, odłupuje po kawale i odrzuca precz, ogromne łomy odrywa, wali, szarpie i dąży ku niej. Aż oto ona palcami odczuwa już nie twardość granitową, lecz pustkę przestrzenną i że ona sama, jej osoba powiększa się, że ta ćma jej postaci staje się motylem, ptakiem, kula zaś będąca w jej ramionach maleje, drobnieje... Oczekiwanie pełne trwożnego niepokoju, czy to owa bryła z jej ramion się wymyka, czy też on ją zwalcza i dosięga celu, ujmuje całą. Nagle wstrząs, jakby runął świat, ostatni odłam zapory wypadł z jej ramion. Przed nią stał Artur.
Elża obudziła się, oblana zimnym potem, osłabiona jakby po morderczym wysiłku. Otworzyła oczy. Opuszczona przez nią dawno świadomość powracała mętnie. Lecz żywotna energja kobiety skupiła ją prędko w sobie.
Rozejrzała się.
Słońce zalewało cały pokój, za oknem krzyczały wilgi, gruchały turkawki.
Warownia.
— Więc śniłam?... od kiedy?... tak — długo... całą noc?...
Spojrzała mimowoli na wiszący kalendarz.
— Dziś jest? — zdarła kartkę, — niedziela 28. czerwca.




XIV.

Wrażenie snu i poprzednich zjawisk trwało długo. Elża nie mogła otrząsnąć się z niepokoju, który owładnął nią i dręczył przemożnie. Siłą woli chciała złamać w sobie myśl o Arturze, jak złą marą odpędzała od siebie jawiącą się uporczywie jego postać. Ale on wciąż trwał, niepokoił, porywał. Pamiętnik swój zapieczętowała lakiem i włożyła na dno kufra z mocnem postanowieniem niezaglądania więcej do niego. Znowu chciała ten zeszyt spalić i nigdy nie miała sił.
— Zniszczę go w wilję ślubu.
Jej stan męki duchowej nie uszedł uwagi całego towarzystwa. Komentowano sobie różnie jej zamyślenie i wyraźny niepokój, cechujący jej zachowanie się. Uniewicz już od pewnego czasu śledził ją uważnie i notował swe spostrzeżenia. Po nocy sennych marzeń, wizji i hypnotycznej tęsknoty usposobienie Elży uderzyło wszystkich. Była jak złamana, jak po chorobie, unikała ludzi przez cały dzień. Jej bladość, szczególny ogień w oczach, spieczone usta, podniecone ruchy, nawet głos silniej altowy, zmienił ją i zdradzał wrzącą w niej burzą. Tomek starał się ją wybadać, lecz zrozumiał rychło, że tego nie dokona. Dzień przeszedł na wzajemnej męce. W poniedziałek po obiedzie całe grono gości warownieckich oraz domownicy siedzieli na werandzie, spożywając deser: ogromne truskawki i leśne poziomki. Wielkie półmiski świeżo zebranych w borze jagód nęciły wonią i kolorową glazurą. Z kryształowych dzbanów lała się kremowa śmietanka, dzwoniły o kryształ łyżeczki, głosy zebranych tryskały humorem, tworzyły się projekty nowych zabaw, spacerów, majówek. Kilka osób głosowało za krokietem, inni chcieli grać w tenisa, panny projektowały łowienie ryb w jeziorku.
Elża, bojąc się tego wszystkiego, rzuciła myśl:
— Jedźmy konno do lasu.
Powstały protesty.
— Dziś za gorąco.
— Lepiej pod wieczór.
— Narzeczeni niech jadą we... dwoje, — zaproponował Zdziś Burba.
— Nie chcecie z nami, mniejsza o was. Tomek, panie Melu! jedźmy we troje.
— ... Ja jestem dziś... nie dysponowany.
— Ech, znamy się na tem, nic panu nie jest, tylko woli pan poobiednią drzemkę. Bądźmy szczerzy.
— Nie, pani, ja tylko nie chcę wam przeszkadzać.
— Och, trop de zèle, panie Melu. Może pan asystować naszemu „sam na sam”, pozwalamy.
— Ta samowola narzeczonej powinna być ukarana — zawołał Zdziś Burba.
Tomasz spochmurniał, a pan Cezary rzekł przeciągle:
— Wobec takiej decyzji narzeczonej, trudna rola narzeczonego.
Zaturkotało, zadudniło ostro na moście nad fosą.
— Ktoś jedzie. To z Chodur.
Zbliżała się szybko tęga para siwych koni, ciągnąca wysoki szaraban. Zanim konie stanęły, wyskoczył na ganek stary Poberezki, czerwony, spocony, wymachując trzymaną gazetą. Wołał tajemniczo:
— Stoimy na progu, stoimy na progu! Już się pokazała niteczka z kłębka, wnet się rozmota, pozorek jest, tego tylko brakowało.
— Co pan mówi? nic nie rozumiemy, — wołano, witając hałaśliwie ogólnie lubianego krzykacza.
— Co?... trzepnął dłonią w gazetę — a ot co! Następca tronu austrjackiego Ferdynand d’Este, z małżonką, księżną Hohenberg — zamordowani w Sarajewie.
Pan Cezary chwycił gazetą, czytał pierwsze depesze z Sarajewa, donoszące o morderstwie arcyksiążącej pary przez Principa. Wszyscy byli pod dziwnie przykrem wrażeniem.
— Widziałam ich oboje w Wiedniu na Grabenie, — rzekła Elża. Interesowała mię ta para. Szczególny los, złączyło ich niezwykłe na tronie zwycięstwo miłości i połączył ich znowu tragizm wspólnej śmierci.
— To straszne, istotnie potworny zamach. Ale dlaczego morderstwo to nazwałeś sąsiedzie progiem, kłąbkiem i czemś tam jeszcze? — nie rozumiem, — mówił Burba.
Poberezki zaperzył się.
— Bo to próg, bo to wysupłana nitka kłębka, bo to pozór, panie mój! Czyż wy tego nie rozumiecie? pozór do... wojny! Na jej progu stoimy.
— Te, te, te, te, te! — machnął ręką Burba.
— No, dalibóg, jeśli morderstwo w Sarajewie nie jest koniem trojańskim w murach Europy, z którego brzucha wygląda chytry łeb Wilhelma, to, to ja jestem małpą i możecie mnie wypchać — wrzeszczał szlachcic, waląc się pięścią w piersi.
— Dlaczego znowu Wilhelma?... wszak zamach spełnił Serb, nie zaś Niemiec.
— A sąsiad chciałby, żeby co najmniej adjutant przyboczny kajzera. O, święta niewinności. Że intryga Hohenzollernów w tej sprawie tkwi, to pewne. Arcyksiążę d’Este był niewygodny Wilusiowi. Więc fiut! nach Walhalla. Wizyta Wilhelma u Ferdynanda w zamku Konopiszt, to był pocałunek Judasza, zamanifestowanie przyjaźni zewnętrznej, z zamachem w torbie. Czy nie mówiłem państwu, że to wizyta podejrzana? Stary Poberezio ma łeb na karku.
Zapewnienia jego zastanowiły jednakże wszystkich, zaczęła się dyskusja i wertowanie gazety, czego już Elża nie słuchała. Wymknęła się cicho do lasu cała pod wrażeniem sarajewskiej katastrofy, nie ze względu na polityczne zawikłania, lecz ideowe z powodu tragedji, łączącej na wieki romantyczną, a zwycięską parę Habsburgów. I niewiadomo skąd nadpłynęła myśl, że oni jednak zwalczyli wszelkie przeszkody wzbraniające im połączenie się, że miłość silna zmogła dzielącą ich zaporę, że nie bacząc na nic, dążyli ku sobie uparcie i zdobyli szczęście.
Przed oczyma Elży stanęła sylwetka Artura...
— A ja i... on... a ja i on?... — tłukła się myśl, wywołując analogję.
— Ja w stosunku do Artura to może — tamta w stosunku do Ferdynanda. Ach nie, tam ona nie uciekała, a on walczył. Tu ja uciekłam i idę w inne ramiona, a on bierny. Niema porównania. Zresztą nasze szczeble sferowe nie są zasadniczo różne, sama je wytwarzam. Ale dlaczego zawsze, zawsze myślą zabiegam do tamtego? Urok rzucił na mnie, czar nieodparty? Czy on o mnie myśli?... czy to wpływ jego hypnotycznej siły?...
Krzyknęła głucho, gdy z poza drzew ujrzała Tomka.
— Zaczynasz się mnie obawiać, Elżuś, — szepnął z wymówką. — O czem tak dumasz? O czem ty tak ciągle rozmyślasz, dziecino?
Objął ją w pół i przytulił do siebie.
— Ciebie coś trapi, jedyna, powiedz, może ja coś na to poradzę. Pragnąłbym ci nieba przychylić, ale jestem bezsilny wobec twego milczenia.
Gorycz dusiła Elżę, bolała ją jego nieświadomość i to, co w niej żyło, o czem on nie wiedział. Jakkolwiek zaraz po zaręczynach wyznała mu wszystko o Arturze, jednakże pamiętnika jej nie czytał. Była przed Tomem szczerą wówczas, ale to, co wtedy w niej spało, teraz zaczynało się budzić, co wówczas uważała za wygasłe, teraz poczuła, że w niej żyje.
Ale jakże zranić tego złotego Tomka, szczęście jego złamać, może dla mrzonki? Bo to budzenie się w niej, to może tylko wyobraźnia, to nerwy, to egzaltacja? Wmawiała sobie, że daje się powodować fantazji, że trapi Tomka i siebie, ale pomimo to gorycz jej rosła. Pieszczoty narzeczonego rozdrażniły ją ostatecznie, nie pomogła walka z samym sobą, zerwał się w niej płacz i wybuchnął gwałtownym szlochem. Tomek przerażony posadził ją na pniu, ukląkł obok, objął jej kolana i uspokajał najczulszemi słowami, całował ręce, stopy zanurzone w mchu, — zaklinał, pytał, co jej jest? Nie odpowiadała, tylko płacz nią szarpał coraz boleśniejszy. Elżę drażniło, że Tomasz nie odgaduje istotnej przyczyny jej wybuchu, a jednocześnie bała się, by nie odgadł. Tomek tracił głowę, widząc, że niczem jej nie utuli, powstał i zgnębiony, przetarł dłonią mokre czoło.
— Boże mój, jakiż ja słaby, nie wiem, czem cię uspokoić, bo nic nie wiem.
Żałosna skarga ta, wyrwana z silnej męskiej piersi, poruszyła serce Elży, drgnęły w niej wszystkie najszlachetniejsze uczucia, zalana łzami, wzięła ręce Toma z szeptem bezradnym.
— Wybacz mi, wybacz...
— Może ja cię drażnię sobą, dziecko, mów; łażę za tobą jak pies, może ci tem dokuczam?... Ale ja ciebie tak bezmiernie kocham, że staję się egoistą i o sobie tylko myślę.
Przyciągnęła go, że ukląkł znowu przy niej, tuliła się do niego jak dziecko skarcone, szukające opieki, uczucia. Nie wyznała mu nic, on o nic nie pytał, przygarniał ją z rozkoszą, szczęśliwy, że pozwala na to, że się uspokaja. Nie przeczuwał, ile się złożyło na ten jej wybuch i nie potrafił tego odczuć subtelnie. Bo oto nagle, wiedziony szczerością, silnym prądem uczucia pchany, przycisnął jej głowę do piersi i gorącem ust szeptał jej tajemniczo:
— Może ja się domyślam, Elżuchna, dlaczego tak się rozdrażniasz, co cię męczy?...
Elża zatrzymała oddech pod wrażeniem tych słów, czekała jego domysłów, jak wyroku. A Tomasz szeptał coraz płomienniej:
— Może to samo jest i moją męką, to samo i mnie do szaleństwa doprowadza?...
Elża drętwiała w sobie.
— Najmilsza, bo przecież... ty wiesz,.. jesteśmy narzeczonemi zgórą dwa miesiące ciągle z sobą... razem,... ty, kochanie, ślub odkładasz... a... wszakże... krew mamy nie wodę... krew naszą stepową... gorącą... pragniemy się... ciągle... razem... ty rozumiesz... męczymy się oboje...
Elży się zdawało, że zimny spadł na nią grad. Poczuła chłód, jakby huragan nią szarpnął, zerwała się w niej burza gniewu. Doznała szczególnie przykrego uczucia przynależności do kogoś, kto się o swe prawa dopomina. Nieodczuwany od czasu pożycia z Gorskim dreszcz wstrętu, porwał ją z miejsca i wydarł z ramion Tomka. Zawołała wzburzona:
— Wyjadę do Taraszczy, nie będziesz się męczył, powinnam to była dawno uczynić.
Z płomieniem na twarzy, oburzona, zaczęła uciekać od niego szybkim krokiem. Stał chwilę osłupiały, blady z przerażenia i pobiegł za nią. Chwycił jej rękę, patrzył na jej zsunięte groźnie brwi.
— Elżo... obraziłem ciebie?... Nie jesteś dziewczynką niedorosłą... Mogę mówić otwarcie, wszak masz zostać moją żoną. Czy przez jakąś fałszywą skromność mamy taić przed sobą istotę rzeczy?...
— Nie, poglądy moje na tę kwestję znasz. Ale to, co widocznie dla ciebie jest istotną przyczyną twojej męki, dla mnie nią nie jest i... w tem się różnimy.
Tomasz mienił się na twarzy.
— Czyli, że moje pożądanie ciebie, nie znajduje oddźwięku — rzekł ciszej, — nie kochasz mnie.
— Jeśli pojęcie miłości budujesz tylko na zmysłach, tedy dojść możesz do... bardzo smutnych doświadczeń. Przykładem... Karolcia.
Burba wzburzył się.
— Elżo! — do takich porównań nie masz prawa. Moja miłość dla ciebie za wielka, za święta, by ją lekceważyć. Nie powinnaś nawet wspominać tamtej. A ty analogujesz, Elżo?... ty... moja świętość...
Usta mu drżały, straszny ból osiadł na twarzy. Serce młodej kobiety drgnęło żalem. Ze skruchą szczerą podała mu ręce.
— No, już dobrze... uspokój się Tomku, wybacz mi, ale już nigdy, nigdy, nie czyń podobnych przypuszczeń... w liczbie mnogiej. Mój. drogi. Chyba znasz mnie na tyle, by wiedzieć, że gdybym odczuwała to... co ty, nie potrafiłabym się ukrywać przed tobą.
— Może ci na to twoja etyka czy estetyka nie pozwala?
— Ach nie, cóż znowu. Szczere pożądanie zmysłowe nie sprzeciwia się etyce, byle było piękne, — to żywioł, siła. Staje się ono dopiero wtedy nieestetycznym i nieetycznym, gdy jest hipokryzją. Ale... nie można go narzucać, bo wówczas szpetnieje.
Tomasz zrozumiał i łuna wstydu zalała mu twarz. Gniew migotał w jego źrenicach, słowa złe, przykre cisnęły mu się na usta, nie zdołał ich zupełnie zdusić w sobie.
— Jednakże na wiosnę, gdym powrócił z Mińszczyzny... gdyśmy się zaręczali... inną byłaś, Elżo... płonęłaś i ty...
Głos jego trochę syczał.
Teraz ona stanęła w szkarłacie. Podniosła śmiało oczy, patrząc wprost na niego.
— Tak, nie przeczę i wyrażam zawsze tylko to... co czuję.
— Wtedy byłaś kobietą... dziś jesteś filozofką. Ach, jak ja nie lubię twojej skłonności do analizowania zjawisk zimnemi władzami umysłu.
— Ostrzegałam cię, że jestem fantastką. No, wiesz co, Tomek, naprawdę, już dosyć wymówek. Przeproś mię teraz ładnie.
— Jakto, ja mam przepraszać?...
— A któż?... przecie chyba nie ja?... co?...
Śmiała się, patrząc w oczy Tomka. Chmurny był, lecz jej wzrok rozpraszał te mroki gwałtownie. Nagle błysnęły ognie z jego źrenic, porwał ją w ramiona i w szalonym uścisku uniósł z ziemi.
— Ty moje, moje, moje szczęście jedyne, Elżuchna!
— Szalejesz, Tom, jesteś jak smok! Puść mnie, bo mię zgruchoczesz! — wołała nerwowym spazmem.
— Ee, co tam teraz, potem, kiedy będziesz zupełnie moją. Hej! ratujcie mię wszyscy święci!
Rozweselony, postawił Elżę na ziemi i, biorąc jej rękę pod ramię, spytał pochylony ku niej:
— Powiedz mi teraz, kociaku, co cię tak rozdrażniło, czego płakałaś?... znowu posępniejesz, cóż ci jest, na Boga?!
— Rozdrażniły mię... wieści Poberezkiego, — rzekła szczerze.
— Jakto, za arcyksiążęcą parą płaczesz?... No, wiesz...
— Daj spokój, Tomku, nie mówmy o tem. Czasem coś takiego nadleci ze świata, co mąci pogodę... samym przewiewem.
— Ale żeby się znowu przejmować, że jakiś tam d’Este zginął, to już nadwrażliwość zbyteczna.
— Czasem lepsza nadwrażliwość, niż jej brak... zupełny.
— Czy to do mnie adresowane?...
— Trochę. Co zaś do owego morderstwa, to przecie fakt niezwykły.
— Jednej koronowanej pałki i darmozjada mniej! Oo... wwa!
— Ach, Tomku, nie bądź zanadto socjalistą. Sam masz pańskie nawyki, tu wśród chłopstwa okolicznego jesteś conajmniej arcyksięciem w stosunku do używania życia i jego przywilejów.
— Ale jestem pracownikiem, nie próżniakiem.
— Jaka tam twoja praca!
— Wyrażasz się, Elżuś, sama jak socjalistka.
— Mylisz się, lubię dostatek, wykwint nawet... lubię żyć... szeroko. Ale chciałabym żeby wszyscy, wszystkie warstwy społeczne żyły tak samo, choć to pewno utopja, — żeby nie było warstw i sfer. Krew u wszystkich ludzi jednakowa i tęsknoty też same, tylko warunki je rozwijają lub zabijają. Widzisz przeto, że nie jestem wywrotowa, prędzej pojednawcza.
— A żałujesz koronowanych głów, które są... idjotycznym zabytkiem feudalizmu w dzisiejszym postępie... i prawem kaduka uznają się za warstwę najwyższą.
— Nie przestając być ludźmi, jak sądzisz??... Otóż ta zamordowana para: księżna daleka była od korony, przedewszystkiem miała serce; kochała się, założyła szczęśliwą rodziną, miała dzieci, więc dlatego, że on Habsburg, a ona tylko Chotkówna, można ich zabić bezkarnie i trzeba się z tego cieszyć?...
— No, kociak mój zaczyna swoje debaty. Principa powieszą, ale ja znowu nie mam powodu płakać. Mniejsza o nich. Zarzucałaś mi przed chwilą brak wrażliwości, otóż poprawiłem się i wiesz, co odczuwam?...
— Ciekawam.
— Oto bywają takie momenty, że człowiek rozwodzi się nad jakimś tematem ogólnym szeroko, z zapałem, nawet z dobrą wiarą, tylko dlatego, by stłumić w sobie jakiś własny temat, nurtujący wewnętrznie. Taką chwilę przeczuwam obecnie w tobie, Elżuś.
Spojrzała na niego z nieukrywanym zdumieniem.
— A co, nauka nie poszła w las?... — zapytał.
— Jesteś genjalny, — wyraźny żart i lekkie drżenie było w jej głosie.
— No, przysięgnę, żem odgadł trafnie. Ten Ferdynand to mała przyczyna, to, jak sama mówiłaś, tylko przewiew, który nasunął... jakąś chmurę. Ale mówi się szeroko... o przyczynie.
Elża zmieszana spuściła oczy i głowę.
— Czyż nie tak?... — nalegał.
— Jesteś genjalny, — powtórzyła tym razem bezbarwnie.
A on rzekł, patrząc na nią uważnie:
— Cieszę się z tego, że nie umiesz kłamać, nawet ton głosu, nawet gra fizjonomji, wszystko to cię zdradza. Nie trzeba słów.
— Masz rację, to jest moje fatum, — szepnęła.
Szli długo w milczeniu, potem on rzekł znowu:
— Fatum. Moja... ty słodka Krysto, wszak jam Orlewicz, twój Orlewicz, tu, w naszych borach, na naszych łąkach, wśród naszych kwiatów, naszą miłość opisałaś. Hej, Kryniu czarnobrewa moja!
— Nie jestem czarnobrewą i nie jestem Krynią, gdzie mi tam do niej, co ci się znowu śni?
— Jakto? Ach, że Krynia — cudna dziewczyna, no a ty — mój cud kobieta. Orlewicz także bardzo piękny, a jednak nie mówię, — gdzie mi tam do niego, bo on to ja. Oj, Elżuchna!
Znowu zapalał się, unosił. Elża nie broniła narzeczonemu marzyć, sama jednak posępniała.
Tak było zawsze, ile razy mówiono o przyszłości.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tymczasem umysły wszystkich zajęte były wypadkami politycznemi, które następowały po sobie z niesłychaną szybkością. Młody Burba z Krakowa, wezwany w pierwszych dniach lipca jakimś tajemniczym listem, zawołał z ogniem: „Ha, burza idzie!” i tego samego dnia wyjechał z Warowni.
— Przyjadę do was, ale już w licznej kompanji i... w trjumfie. Przywieziemy wam to, co było sto pięćdziesiąt lat w letargu, a co teraz ożyje.
— Fiksat! — rzekł pan Cesary, patrząc za odjeżdżającym Zdzisiem.
Młodzież myślała inaczej.
Każdy dzień przynosił nowe, niepokojące wieści. Zrywanie stosunków dyplomatycznych między państwami i pierwsze wojny wstrząsały złem przeczuciem.
Pan Cezary zdumiewał się i wierzył już we wszelkie przepowiednie Poberezkiego, ten zaś po całych dniach jeździł od sąsiada do sąsiada, widywano go w mieście powiatowem, w wagonie, na bliższych stacjach rozgadanego, dowodzącego z zapałem o bieżących wypadkach. Przepowiadał zdarzenia nowe i zawsze trafnie, jego horoskopy przyszłości tchnęły przerażeniem. Nazywany przedtem sejmikowiczem, teraz został wróżbitą i żył w ciągłem podnieceniu, jak w gorączce,.
W Warowni bywał najczęściej, dysputując szeroko z zebraną młodzieżą, z Uniewiczem i Elżą, bo w nich Poberezki odnalazł najzapaleńszych partnerów do swych politycznych kombinacji. Gorska żyła samemi nerwami, nie umiała sobie nawet wytłumaczyć, co ją tak unosi, rwała się, chcąc wyjeżdżać do Taraszczy, to znowu do Ostendy, gdzie przebywali Renardowie; coś ją niosło w świat, coś jej nakazywało jechać stąd, niepokój szarpał nią coraz natarczywiej. W snach i majakach widywała Artura przy jego biurku dyplomaty, zajętego pracą, dalekiego od niej. Wydawał jej się wtedy obcym, zimnym, i doznawała nieprzepartego żalu, że skończone wszystko, że ona już dla niego nie istnieje. Aż nadszedł ranek sierpniowy. Po ciężkiej niespanej nocy, pełnej przykrych majaczeń, w których Artur powtarzał się stale, Elża zmęczona zasnęła twardo już o świcie. 153 Ujrzała znowu Artura. Stał na wzburzonej wodzie, rozlanej szeroko, nie tonął, lecz stał na posadzce, z surowym wyrazem twarzy, zimny i patrzał na nią z pod zmrużonych powiek przejmującym silnym wzrokiem. Gdy chciała się do niego zbliżyć, czarna fala piętrzyła się, zagradzając jej drogę; gdy wstąpiła w nią, czuła przez sen, że tonie. Wreszcie on przez fale wyciągnął do niej rękę, chciała mu podać swoją, lecz czarny nurt zalał jej oczy i znowu oddalił od niego. Wtedy Devencourt podniósł dłoń w górę. jakby nakazując jej posłuch i zawołał głośno:
— Czytałem „Fatum”. Czekaj Warskiego.
Słowa te zbudziły Elżę; tak były wyraźne, że zdawało się jej, jakby tuż przy niej wypowiedziane. Młoda kobieta przerażona wyskoczyła z łóżka, oblana potem. Ten głos jego, słyszany jak na jawie, i krótki sen zmęczyły ją więcej, niż całonocne wizje pół-snu.
Otworzyła okno szeroko, wdychając pełną piersią pachnące żywicą powietrze. Zastanowił ją niezwykły o tej godzinie ruch we dworze. Słychać było głośno wołania, przyspieszone kroki. W bramie Elża ujrzała „starszynę“ z urzędową blachą na świtce, rozmawiającego z zarządcą. Dziwny niepokój nadpłynął ku niej gwałtownie. Drzwi zatrzęsły się od mocnego szarpnięcia. Elża otworzyła je szybko. Do pokoju wbiegła pani Urszula blada, ze łzami w oczach, nie rzekła ani słowa, tylko usta jej drżały; załamała ręce z rozpaczą i z płaczem osunęła się na krzesło. Elżę pchnął w piersi jakiś brutalny obuch zgrozy. Słowa pytania zamarły jej na ustach.
— Tomka mi gotowi zabrać, Tomka! Boże mój! — jęknęła Burbina.
Wszedł pan Cezary. Uspokajał żonę, sam nieco spłoszony zaniepokojony.
— Tomka nie wezmą. Taż cicho, nie bucz! Urszuleczko serce. Tomek jedynak i dawno od wojskowości uwolniony, a to nieszczęście jak wybuchło nagle, tak i zgaśnie prędko.
Elża zrozumiała.
Zebrali się wszyscy w jadalni. Panny popłakiwały, młodzieńcy wybierali się w podróż do Warszawy po wieści. Radzono, zastanawiano się w popłochu i zgnębieniu. Elża była cicha, tylko taka, jakby jej kto mózg i świadomość ścisnął w klamrach. Czuła, że zaczyna się dziać coś strasznego ogólnie i że przed nią otwiera się jakaś przepaść bez dna, że runie w nią, bo to już konieczne, ale nie mogła zrozumieć dlaczego właśnie doznaje tego wrażenia. Siłą woli zwalczała swój szczególny stan psychiczny, zwykła żywość jej natury poniosła ją do ruchu, czynu. Cały dwór był jak podminowany. Służba folwarczna i dworska, kilku nadbiegłych gajowych, otoczyło ganek; Tomek czytał im odezwę wojenną. Rozległy się płacze kobiet, pisk dziewcząt, bo dużo chłopców szło w tym roku, a wielu było chłopów przeznaczonych do rezerwy, zmuszonych wyruszyć na wezwanie. Nad wszystkimi huczał dzwon wołający na trwogę.
Wojna! Wojna!!
Pani Urszula, klęcząc przed obrazem Bogarodzicy, modliła się żarliwie, spłakana, zbolała; Elża nie mogła jej uspokoić; pobiegła przeto do stajen, gdzie mężczyźni zajęci byli szeregowaniem koni na mobilizację. Pan Cezary chodził po stajniach, jak struty, mrucząc pacierze, przerywane zapewnieniami, że to krótka awantura i wnet się uspokoi. Tomek i Uniewicz, przejęci bardzo, szykowali konie, z któremi sami mieli jechać. Uniewicz klął bez przerwy i wciąż powtarzał:
— Jeżeli choć parę koni oddamy moskalom, tedy jesteśmy Fryce. Psiakrew! ogona jednego nie damy kacapom!
— At, pleciesz kochany! — rzekł Burba, ojciec, ta i cóż zrobim wobec przemocy.
— Znajdą się tam tacy, co nastawią kieszenie, sypnijcie dobrze złotem, a ci miarodajni eksperci puszczą konie bez krzywdy.
— Tam będzie władza miejscowa i oficerowie nie tylko tutejsi specjaliści.
— Już oni się pogodzą, niech was o to głowa nie boli. Oficerowie. Fiu! wielkie rzeczy. Znamy się na władzach i na oficerach kacapskich. Radzę dobrze. Łapówa w tym wypadku to dla nas dobrodziejstwo; tamci napchają kieszenie, a my ocalimy konie. Bo oddawać je „błagonadiożno“ chyba niema celu? może się zdarzyć cel dla nas... świętszy.
Elża potakiwała gorąco, odgadując myśl Uniewicza.
— Schowałbym przed moskalami wszystkie konie pod ziemię dla takiego celu. Ale czy się uda, — wątpił Tomasz.
Wyprowadzane ze stajni piękne cuganty, kłusaki, wierzchowce rżały nerwowo, czując niezwykłą wyprawę. Ataman, chrapał ostro, dygocąc konchami nozdrzy. Z oczu sypał skry, osnuty siecią żyłek, śniący, niby hebanowy atłas, tańczył w lansadach przed Elżą i wysuwał małą główkę na smukłej szyi, przymilnie rozsuwając wargi.
Elża rozrzewniła się.
— Śliczny kośka nasz. Tomku, nie bierz go, zostaw! zabiorą go nam napewno, wszak ma bilet.
— Zostawię go za to jedno słowo twoje „nasz”, — zdecydował Burba bez wahania...
Elża uradowana odprowadziła konia do stajni.
Wrzawa, rżenie, kwik koński, rwetes przedwyjezdny, wszystko Pogrążone było jakby w tumanie gęstym, który omotał i zgubił w sobie umysły ludzkie. Widmo wojny, ta mara straszliwa, jak nieubłagana konieczność grozę niosąca, zawisła nad ludźmi. Spadła niespodzianie i odrazu przejęła niebywałą trwogą. Jak wysuwająca się z za boru siwa chmurka, poza którą przeczuwa się sino-czarną płachtę idącej nawałnicy, tak i tu — ludzie czuli, że coś nadciąga potwornego, że trzeba nasłuchiwać gromów, że idzie moc i przewrót, że zbliża się kat, brodzący stopami we krwi, że... dźwiękną topory tytanów i opłyną posoką. Ludzie się pocieszali, że wichura wojny, jak majowa burza, przeleci i ucichnie, ale wmawiając to sobie wzajemnie, wszyscy odczuwali w atmosferze ciężar gniotący piersi, jakby na świat i ludzi spadł potężny cień wielkich skrzydeł nieszczęścia.
Elża i większość towarzystwa odprowadzała Tomka i Uniewicza aż poza pierwszy las na wilczym trakcie. Wszyscy szli obok wierzchowców, na końcu pędzonego tabunu koni. Gdy się wreszcie pożegnali, Gorska nie poszła do boru na jagody, jak wszyscy, usiadła przy trakcie, pod osłoną ciemnego wału jodeł i dopiero teraz jęła skupiać swe wrażenia, rozważać je trzeźwo. Przedewszystkiem, czując nieustanny ból w duszy, jakby klocie ostrą igłą, chciała zbadać istotną przyczynę tego. Wojna, no tak, to źródło zasadnicze i straszne, ale ogólne, jej zaś ból to raczej odczucie własne, więc z czego płynące?... Męczyła się, nie mogąc wybrnąć z chaosu myśli, by znaleść właściwy punkt.
Traktem przelewały się niezliczone tłumy koni i ludzi, dążących do miasta.
Kłęby kurzu gęstą mgłą omotały drogę, zasnuły przeciwległy bór, otulając banderje kłusujące chłopów na koniach i wozach. Rozgwar prawie wesoły podnieconych głosów, przejmował zgrozą duszę młodej kobiety.
— Oni jadą, jak na jarmark, bawi ich nowość, czyż oni co rozumieją.... Idą jak na hulankę ci... skazańcy, bo wszakże iluż z nich nie wróci, ile kości z tych koni będzie bielało na połach, jakie pobojowiska splami ich krew, czyż oni tego nie przeczuwają?... czy są tak waleczni, czy tacy głupi?
Mijał ją znajomy chłop, tak zwany „bohatyr”[1], z okolicznej wsi.
— Pomahaj Boh! — welmożnaja pannuniu! — zawołał, spostrzegłszy Gorską, i kłaniał się nisko.
— Dobre zdorowie! Ładne ma Ułas konie, aż tyle prowadzicie?
— A szczoż, koły batiuszka car prykazał, to i treba. Kruty ne werty! I synków dwuch woźmut na wojnu! Mobiliziacja, taj hodi!
Błysnął wesoło zębami, czapkę zniżył aż do butów w pokłonie i pocwałował dalej.
— Dziki niewolniczy lud, bez duszy, bez myśli, — litowała się Elża.
Szeregi koni i ludzi sunęły, sunęły bez przerwy. Było coś żałobnego w tym pochodzie „wiernopoddańczych* tłumów, jakiś smutek wiał nad nimi, jakby mglisty zarys kościotrupa, z kosą, w stęchłej płachcie. Zwiewna mara płynie nad tą rzeką koni i ludzi, czarne oczodoły czaszki, jama z wyszczerzonemi zębami śmieje się tyrańsko, suchy piszczel z kosą wskazuje cel tej wędrówki.
— Krwawe pole walki. Poprzez wesoły gwar głosów ludzkich słychać zda się rechot puszczyków.
Korowód śmierci, jej widmo im hetmani, na zatratę wiedzie.
Elża zapadła w głęboką zadumę. Postać jej pod gałęziami jodeł nikła prawie, kurz okrył ją lotnym tumanem, siedziała wśród paproci z głową pochyloną, ciężką od przepływów myśli, od ich natłoku. A gromady koni i ludzi toczyły się traktem.
Elżę ocucił głośniejszy tupot kopyt i głuchy szum wolantu. Mijał ją Poberezki. Zerwała cię i krzyknęła. Spostrzegł ją, zatrzymał stangreta, zeskoczył, witał ją wesoło.
— A co, Burbineczko! Czy Poberezki ma nos, czy go niema?...
— Oj ma, niestety. Widzi pan ten pochód?... walą i walą.
— To i cóż, oni niech walą, to ich psie prawo. Z nimi czy bez nich moskala djabli wezmą. Ale dwory, my polacy, nie powinniśmy dawać ani ludzi, ani koni. My, to rezerwa dla naszych, ale nie dla wrogów. A Tomek pojechał z końmi?
— Pojechali z Uniewiczem, z koni, mających bilety, został tylko Ataman.
Poberezki załamał ręce.
— Pocóż było prowadzić tyle koni?
— No, więc jakże?
— Ależ my nie powinniśmy tego robić, nikt, nikt, żaden polak, żaden dwór. Nasza tu inna rola, całkiem inna.
— Jaka?...
— Psuć, nie pomagać; skonsolidować się wspólnie, niszczyć, mosty, koleje, trakty, ani jednego człowieka, ani jednego konia.
— Więc pan nie posiał koni ze swojej stajni?...
— Ja?... posłałem. Oczywiście!
Elża zaśmiała się.
— Ale nie wszystkie, co są zapisane, hołubko! najlepsze schowałem. Niedoczekanie! Nie dla kacapów moje konie. Cóż miałem nie wysłać ani jednego? Sam, jak palec, wyrwać się z opozycją, bez poparcia sąsiadów?... Zaaresztowaliby mnie i wszystko wzięli. Takie rzeczy trzeba robić wspólnie. Kwestja organizacji. Trzeba sprawę rozumieć, aby ku niej dążyć. Ale czy mnie kto słuchał?... Dziwakiem, puszczykiem mnie nazywano. Ot i puszcz wyprorokował. Trzeba było stanąć kupą i nie dać nic, ani łba! Czekać... naszego hasła.
— A nie byłoby represji, kar?
— Nie mieliby na to czasu. Wszczynać wojnę domową, kiedy Pikelhauba na karku? To nie Japończyk za Uralem, to już tu, na grzbiecie siedzi. Zobaczycie, jak ich zmiotą, a wtedy czyje konie, jak nie nasze? jacy chłopcy na nich poszarżują, jeśli nie nasi?
— Czy pan Olgierd wolny od wojskowości?...
— Ale gdzież tam, ma wszakże brata. Wykupiłem go swego czasu, lecz mogliby go capnąć, tylko... nie dam.
— Jakim sposobem?.
— On już... w Galicji od miesiąca. Tam wstąpi...
— A... rozumiem...
— Widzisz, hołubko, tak się robi po polsku! Wróci tu Olgierdek, ale w szeregach naszych strzelców. Gorsza bieda z kobietami. Zachciało się morskich kąpieli, a teraz niewiadomo, jak z Sopot się wydostać. Wszystko to przez Emilkę Gozdecką. Pisałem, nalegałem, by wracały. Gdzie tam. Panna szuka na gwałt kawalera i moje baby trzymała do kompanji. Teraz są w pułapce.
— Czemuż nie wracają?
— Bo granica zamknięta.
— Już? — krzyknęła Elża z przerażeniem.
— No, tak, wujostwo pani, Renardowie, w Ostendzie też w pułapce. Pozostaje im wszystkim droga okólna morzem na Sztokholm lub Archangielsk.
— Granica zamknięta, — powtórzyła Elża dziwnym tonem.
Poberezki uważnie na nią popatrzył.
— Wszystkie granice zamknięte, otwarta tylko droga do Rosji. Ale tam moskali przepędzimy na złamany łeb.
— Granice zamknięte... — szeptała Elża zbielałemi ustami, przytem miała taki wyraz twarzy, jak skazaniec, stojący nad przepaścią.
I w onej minucie zrozumiała wyraźnie, co było źródłem osobistego bólu jej duszy. Ból, przygłuszony w chaosie wrażeń ogólnych, rozrastał się teraz, raniąc jej serce okrutnym ostrzem.
— Granice zamknięte, bezwzględna, brutalna zapora.




XV.

Dnie szły brzemienne w wypadki. Echo ich, dolatujące do Warowni, odsuwało na bok wszelkie prywatne sprawy, potęgą zdarzeń głuszyło osobiste uczucia.
Głuchy huk odległych armat Elża usłyszała pierwsza. Złowrogi zew, jakby z pod ziemi idący, przemówił grobową nutą, dobitniej niż wieści z gazet. Słuchali wszyscy tego głosu śmierci z dreszczem trwogi, z bladością na twarzy. Tam, w tych grzmotach brat idzie na brata, swój strzela do swego, polska ziemia zlewa się polską krwią. Grzmoty nie ustawały, jęk ziemi słabł lub się wzmacniał. Sina chmura nadciągnęła w całej swej grozie i zapowiadała bezlitosną, długą nawałnicę.
— Wandale, juchy! — wołał oburzony Poberezki — nic jedni drugim nie ustępują w okrucieństwie.
— Ciężka jest łapa moskala, ale jak germańska spadnie... mruczał z goryczą pan Cezary.
— To ją utniemy! — zaperzył się Poberezki. Gryzie się wściekły pies z żarłocznym wilkiem, ale biada nam, jeśli pozostaniemy bierną owcą, bo ktoś z nas wtedy skorzysta, a tymczasem z tych zapasów skorzystać powinniśmy my, tylko my! My, to stado sokołów, które wydziobie ślepia bestjom walczącym i krew z nich puści, jeno trza dzioby ostrzyć, skrzydła szykować, szpony potężne roztwierać i czujny mieć słuch na hasło.
— To hasło słyszy każdy dobry polak, — rzekł Tomek Burba.
Wyrywał się on do legjonów całą naturą swoją, marzył o wstąpieniu do brygady strzeleckiej, ale trzymała go Elża. Górska nie broniła mu tego kroku, przeciwnie, odczuwał, że w niej nie miałby oporu i to go właśnie trzymało. Błagania rodziców były mu drogie, lecz uczucie dla Elży jeszcze droższe, a potworny lęk, by jej nie utracić — śmiertelny. Ślub został znowu odłożony przez Gorską bez terminu, raczej z — bardzo mglistym.
— Gdy się wyjaśni na świecie.
Młoda kobieta wysłuchała cierpliwie gorzkich wymówek starych Burbów i narzeczonego, męczyły ją ubolewania i ostre wyrzuty pani Urszuli, smutek Tomka bolał ją, lecz wszystko przetrwała. O ślubie nie było mowy. Po świętach Bożego Narodzenia Elża z Tomkiem pojechała do Warszawy, gdzie miała spotkać wracających okólną drogą wujostwa Renardów. Pani Renardowa, osoba niezwykle żywa, naopowiadawszy Elży mnóstwo szczegółów z podróży kilkomiesięcznej po północnych morzach, została sanitarjuszką dobrowolnie. Z kilku paniami chodziła codzień do szpitala dozorować rannych, miewała nocne dyżury, była przy umierających. Paląc papierosy, opowiadała Elży swoje wrażenia. Gorska przejęta niedolą rannych, postanowiła jej pomagać. Nie wpłynęły na nic prośby Tomka. Elża uparła się, chciała być czynną, użyteczną. Po pierwszej bytności w szpitalu czuła się zupełnie rozbitą; widok krwi, jęki rannych, rzężenie konających, atmosfera, pełna jodoformu, męki straszliwej, łez i bólu, w której na każdym kroku czaiła się śmierć, a groza ponura przeistoczona w cichą melancholję pływała po salach, była wszędzie, w białych fartuchach chirurgów i pielęgniarek, tak samo, jak w szeregach równo stojących, wąskich łóżek. Wszystko to działało na Elżę zabijająco, omdlewała, jedynie siłą woli panując nad sobą. Była parę razy i na nocnym dyżurze, ale gdy konał przy niej młody żołnierz, chłop z przeraźliwie wysadzonemi oczami i bełkoczącym, opuchłym językiem mełł ostatnie słowa: „matulu, matulu”, a pani Renardowa z zimną krwią odmawiała nad nim modlitwy, Elża nie potrafiła zwalczyć się, ten widok i ten rzężący głuchy, potworny ryk krtani chłopaka, którego śmierć trzymała już w swych szponach, a który wydzierał się jeszcze do życia całą przytomnością, może osiągniętą w ostatniej chwili — do ostateczności doprowadził Elżę. Wybiegła na korytarz i już bezwolna, sama pół-przytomna zaniosła się okropnym płaczem. Oparta czołem o białą ścianę, dygotała wstrząsem szlochu, wyrwanego z pod serca. Zastał ją tak przechodzący lekarz i, przestraszony jej płaczem i wyglądem, cucił ją, uspokajał łagodnie, gderał... i odprowadził do dyżurki.
— To nie są sceny dla pani, to nie na jej nerwy, tu trzeba nerwy mieć żelazne.
Elża z trudem zahamowała swój wybuch, ale trzęsła się w niej każda żyłka. Za chwilę weszła pani Renardowa, spokojna, prawie uśmiechnięta i, zapalając papierosa, rzekła obojętnie:
— Umarł. Agonja była straszna, dobrze, żeś wyszła, — oczu nie można zamknąć, tak są wysadzone, wygląda przerażająco; już go wynieśli.
Elża patrzyła na nią z lękiem.
— Jak ciocia może mówić to z takim chłodem?
— A cóż, moja droga, kwestja natury, — żebyśmy wszystkie były takie przenerwowane, jak ty, to nie my w szpitalu, ale szpital dla nas — potrzebny.
Elża, zawstydzona swoją słabością, nie ustąpiła mimo perswazji doktora. W sekrecie zażywała różne środki na nerwy, chcąc się zmusić do tego, na co się wszystko w niej wzdrygało. Pewnego dnia była na dworcu kolejowym z sanitarjuszami, zabierając rannych z wagonów. Pot zlewał jej czoło, zacinała zęby na widok straszliwych ran, słuchając jęków, krzyków potępieńczych i wymyślań. Pół żywa, pomagała nieść sanitarjuszom ciężko rannego, poprzez bandaże broczącego krwią żołnierza. Podtrzymywała głowę nieszczęśliwego i pochylona, idąc ciężko przez wagon, potknęła się nagle, czując, że stąpiła na jakiś przedmiot. Z instynktownym wstrętem podniosła stopę w górę, oparłszy się na korku bucika. Pod nogą jej leżał opuchły, siniejący palec ludzkiej ręki. Krzyknęła słabo i cofnęła się wstecz, a jeden z sanitarjuszów rzekł ze śmiechem:
— A, bo pan doktór obciął przed chwilą kilka palców, wiszących tylko na skórze, nożyczkami. Co... pani?...
Elża blada, jak kreda, zachwiała się i runęła na podłogę wagonu, uderzając silnie głową o ławkę.
Zemdlała.
Zupełną świadomość odzyskała dopiero w mieszkaniu wujostwa, dokąd odwiózł ją lekarz i oddał w opiekę przerażonemu Tomkowi, z nakazem niedopuszczania jej do takich zajęć. Elża wpadła w stan zupełnego osłabienia. Niedospane noce, głodzenie się z powodu wstrętu do potraw po widokach ran, wyczerpanie fizyczne i duchowe podkopały jej organizm. Nerwy podtrzymywane sztucznie różnemi środkami i podnietą stargały się zastraszająco. Tomek warjował z rozpaczy. Troskliwa opieka jego, wujenki i lekarza wywołała wkrótce reakcją. Silny organizm Elży zwyciężał osłabienie nerwów, lecz o szpitalu nie myślała więcej, bojąc się nawet opowiadań pani Renardowej. Tomek próbował ją zabrać do Warowni, oparła się temu i zaczęła pracować w innym zakresie, Chodziła na zbiorowe szycie bielizny dla rannych, robiła bandaże, darła szarpie, ale natura jej upominała się gwałtem o coś wyłącznie dla siebie. Elża, przechodząc raz koło Filharmonji, ujrzała na afiszu ogłoszenie o koncercie. Festival! Zainteresowała się. W programie były sztuki, których słuchała z Arturem na koncertach w Nicei i Monte. Krew gorącym strumieniem uderzyła jej do serca.
— Koncert to wszakże nie bal. Pójdą!
Ubrała się w czarną, jedwabną, miękką suknię, z dużym kołnierzem z brukselskiej koronki. W tym stroju lubił ją Artur najwięcej i nazywał — „Lady Elisabetha” — dodając w myśli, co wyczuwało się łatwo — „Dovencourt Howe“.
Młoda kobieta śniła na jawie czar chwil przeżytych. Nie mówiąc nic Tomkowi, ani ciotce, poszła sama na koncert. Chciała się upoić muzyką, zatracić zmęczony umysł w ekstazie wspomnień uroczych. Rzęsiste światła sali, wytworne wnętrze pełne szmeru, rozmów, piękne toalety pań, woń perfum, strojenie ciche instrumentów, wszystko to, za czem się stęskniła, czego nie widziała przeszło od roku, bo od wyjazdu z Monte do Warowni, — podnieciło Elżę wyjątkowo. Jakby zakwitła w sobie, szerokim prądem popłynęła jej wyobraźnia, w oczach pojawił się dziwny blask, policzki pokrył żywy rumieniec wartkiej krwi. Słuchała muzyki grzmiącej, klasycznej z ogniem w piersi. Przymknęła oczy, wtuliła usta płonące w biały puch lisa i trwała tak w zasłuchaniu, uniesiona w inne światy czarów, snów, baśni, przepięknych fantazji. Czasem podnosiła ciężkie powieki i otwierała szeroko oczy, jakby z trwogą, by się nie przebudzić z tej ułudy cudnej, którą snuła w mózgu. Pragnęła w tej muzyce i marzeniach z niej poczętych śnić bez końca, zatracić poczucie rzeczywistości na zawsze. Podczas antraktu siedziała cicho, przyczajona, zatopiona w sobie w echu, jakie w niej grało, wpatrzona w wizję duszy stęsknionej. Miała wygląd osoby, pogrążonej w stanie galwanicznym, obcej na wszystko, co się dokoła niej dzieje, czułej tylko na tony muzyki, bo, gdy znowu rozbrzmiewały akordy symfonji, Elża poszła całą istotą tęczowym śladem boskiej melodji.
W drugiej przerwie zbudziło ją z zadumy dotknięcie czyjejś ręki. Gwałtowna myśl: „już mię ktoś poznał“ przeszła mózg, jak sygnał do ucieczki.
— Pani Elżo, czy pani słabo, czy pani mię nie poznaje?... padło pytanie.
Podniosła oczy. Stała przed nią znajoma z Monte, jakaś stara znajomość matki Artura.
Elża zadrżała. Powstała szybko.
— Panna Izabella. Skąd pani tu w Warszawie?...
Uścisnęły sobie ręce.
— Mieszkam tu stale. Jestem niezmiernie rada, że panią spotykam, chciałam już pisać do pani na Wołyń. Dowiadywałam się w hotelu, w którym pani staje, lecz tam jej nie znalazłam.
— Mieszkam u wujostwa — rzekła Elża z gorączkowym niepokojem.
— Mam do pani list.
— Do mnie?...
Usta panny Izabelli zadrgały lekkim półuśmiechem.
— Tak, z Paryża.
— Z... Pa...ryża?...
— Od sir Artura Dovencourt-Howe.
Elża zbladła, jakby biały woal rzucił jej kto na twarz. Panna Izabella usiadła na pustym krześle obok i Gorską pociągnęła na jej miejsce. Udając, że nie widzi wrażenia Elży, rzekła swobodnie:
— Powtarzam, że bardzo się cieszę z naszego spotkania, co prawda czasy zmieniły się, są straszne, a będą zapewne jeszcze okropniejsze. Przed rokiem na Rivierze było jasno, miło, spokojnie.
Elża milczała. W uszach jej szumiało, biły jakieś dzwony wciąż jedną melodją słów:
— List od Artura, list Artura.
Otrząsnąwszy się z pierwszego tumanu wewnętrznej burzy, zapanowała nad sobą i spytała uprzejmie:
— Czy dawno otrzymała pani ten list do mnie?...
— Przed paru tygodniami, ale list szedł około czterech miesięcy, bo wszakże nie pocztą, tylko przez okazję, że zaś jest zastrzeżenie, by oddać go w ręce pani, bałam się przeto wysyłać go na Wołyń w dzisiejszem zamieszaniu. Mógł łatwo zginąć.. Przyślę go pani dziś jeszcze. Odpowiedź proszę oddać na moje ręce.
Po krótkiej rozmowie o czasach obecnych, panna Izabella rzuciła pytanie:
— Czy pani cały ubiegły rok spędziła na Wołyniu?...
— Tak, u moich stryjecznych dziadków, Burbów.
— Niesłychanie żałowaliśmy, że pani tak prędko opuściła Rivierę. Nasza paczka była rozbita.
— Wszakże tylko ja ubyłam.
— No, nie, bo i sir Dovencourt już nie wrócił; odprowadziwszy panią do Wiednia, pojechał prosto na Tryjest, a stamtąd yachtem swoim do Afryki na polowania. Wiem, że zabił wtedy parę tygrysów i olbrzymiego lwa. Z wnętrza czarnego lądu zawrócił do Anglji.
— Do Anglji? — spytała Elża zamyślona.
— Czy pani o tem nie wiedziała?
— Nie.
— Nie pisał stamtąd do pani?...
Elża zrozumiała, że jest badaną. Odrzekła sucho, by ukryć wielką przykrość.
— Nie, pani, korespondencja moja z sir Dovencourt-Howe trwała bardzo krótko.
— Ach tak.
Panna Izabella zamilkła, tylko w jej oczach łyskały jaskrawe płomyki ciekawości. Jeszcze chwila rozmowy. Przed nowym programem Elża podała jej swój adres. Panna Izabella rzekła do niej z uśmiechem:
— Gdyby pani miała kiedy dobrą chwilę, by ją ofiarować mnie, kompance lepszych czasów, bardzo byłabym rada i szczęśliwa.
Wymieniła ulicę i numer.
Elża serdecznie uścisnęła jej rękę, rozbrojona.
— Dziękuję! — odrzekła szczerze.
Rozstały się.
Górska ostatnich sztuk już nie słyszała, wszystkie jej władze umysłowe mąciło pytanie: „co pisze Artur, co zawiera jego list?”.
Wyszła z Filharmonji zgorączkowana.
W Alejach Jerozolimskich zatrzymała się przed swoją bramą i patrzyła ciekawie na maszerujące ulicą tłumy żołnierzy. Jedne oddziały prowadziły jeńców, obszarpanych, bardziej podobnych do widm, niż do ludzi, drugie wiozły ambulanse z rannymi. Miarowy stukot butów miał w sobie szczególną rytmikę pochodu śmierci. Ponuro dzwoniły o bruk hacele podków końskich, jakby się wlókł łańcuch niewoli. Szum, dochodzący z tego potoku ludzi i wozów, to szum płynącej krwi, szeroko rozwity sztandar wojny, krwawy, okrutny. Wlecze oto swoje ofiary, skazane na powolne zamieranie w mękach bólu i niedoli. Obrazy, pełne potwornych scen szpitalnych, stanęły w oczach Elży. Zdławił ją nagły wstyd, że w tym odmęcie nędzy ludzkiej, w tej wichurze szalejącej i niszczącej, ona znajduje takie chwile zapomnienia i upojeń, jak dzisiejszy wieczór muzyki, że zamiast być tam na posterunku, by koić, leczyć i pocieszać, ona błądzi myślami w złotych snach i atmosferze światła, barw, woni i pieśni, oddala się od krwawych mar, wyciągających ręce po ratunek i opiekę. Zabolał ją własny egoizm, pragnienie piękna dla siebie, w tem zalewisku wrażych zmagań się, było dla niej w tej chwili zgrzytem, tak potwornym, że uczuła wzgardę dla samej siebie. Rzuciła się do bramy, by już nie patrzeć na tę ruchomą, nędzną, brudną, krwawą, skazańczą rzekę ulicy, wyłączny wytwór wojny.
Przy windzie dopędził ją Tomek.
— Elżuś, dlaczego tak uciekasz, gdzie ty byłaś?... szukam cię wszędzie.
Wskazała głową w stronę ulicy.
— Nie mogę na to obojętnie patrzeć. Jestem sybarytką, nędzną próżniaczką, tchórzem!
— Nie rozumiem. Czy masz iść w ich szeregi?...
— Ach, daj spokój! — Była bliska płaczu.
— Jesteś mizerna, blada, cała drżysz, ty mi się tu na dobre rozchorujesz, najlepiej, Elżuchna, pojedziemy do Warowni.
Winda stanęła.
Wychodząc z niej, spotkali się z panią Renardową. Ubrana w jakąś starą burkę i ochlapły kapelusz, trzymała w ręku wielką wypchaną torbę. Obok Renardowej stała młoda przystojna panna.
— Dokąd panie idą?...
— A do szpitala, — odrzekła Renardowa. — Mam dziś dyżur nocny, duży transport świeżych rannych i kilku umierających na sali. Niosę bieliznę, bandaże, różne tam rzeczy, spieszę i, Adzia idzie mi pomagać. Nie byłam w szpitalu cały dzień bo wizytował go wielki książę, więc nie chciałam być w szeregu pań, które ubiegają się o honor rozmawiania z księciem a potem się szczycą, że im podał rękę. Teraz już po „wysoczajszej“ wizycie.
Panna obrzuciła krytycznym wzrokiem strojną postać Elży.
— Wracasz z teatru, z balu, żeś taka elegancka? — spytała ciekawie.
Pani Renardowa przerwała jej wywiad.
— Był list, Elżuniu, od pani Burbiny z dopiskiem Cezarego. Wzywają tam was na gwałt. Złajali mnie, że ciebie ciągałam po szpitalach, martwią się o twoje zdrowie.
— Trzeba im napisać, że już wydobrzałaś, — uśmiechnęła: się panna.
Rumieniec oblał twarz Gorskiej.
— I, że już chodzę na bale, — odrzekła sucho.
— A cóżby to szkodziło? Człowiek powinien to robić, do czego ma powołanie, — zauważyła Renardowa.
— Ty, Elżo, jesteś przecież dzieckiem szczęścia — wtrąciła znowu panna Ada, a pani Renardowa rzekła śpiewnie:
— No, więc lubi atmosferę, odpowiednią do swego przeznaczenia. Bywajcie zdrowi, czas na mnie. Każcie sobie dać herbaty. Mego męża naturalnie niema, siedzi gdzieś, jak zwykle przy kartach, albo w cukierni, na niego nie czekajcie z herbatą.
Weszły obie do windy.
— „Dziecko szczęścia“ — wszyscy w rodzinie tak mnie nazywają. To ciekawe, — śmiała się, gdy Tomasz zdejmował z niej futro.
— Czy nie przyznajesz sobie tego?...
Smutek drgnął w jego głosie.
— Mój drogi, nikt mię nie zna z tych, co mnie taką nazwą chrzczą. Któż z nich zna moją duszę?... Sądzą mnie powierzchownie. Niech im to idzie na zdrowie! Opinja ich o mnie jest mi doskonale obojętną. Nie staram się im nigdy przypodobać i to ich razi.
— Ciotka Renardowa bardzo cię kocha.
— Ona tak, ale słyszałeś Adę?...
— Ada pierwsza poszłaby na bal, tylko w sekrecie, a ty nie byłaś, ale mówisz, żeś była. Gdzie jednakże siedziałaś cały wieczór, Elżuchna.
— W Filharmonji, na koncercie.
Zdziwił się i poczerwieniał... Przykrość odmalowała się na jego twarzy, żal drgnął na ustach.
— Nic mi o tem nie mówiłaś.
— Chciałam sama posłuchać muzyki, w skupieniu... pomarzyć. Ty mnie znasz, Tom.
— Ja bym ci widocznie przeszkadzał. Czy tak?...
Elża ze drżeniem oczekiwała listu, bała się więc rozmowy z narzeczonym, nie podchwyciła jego słów, lecz pod pozorem bólu głowy poszła do siebie. Niepokój ją męczył, że dziś listu nie będzie, że jest już późno, a panna Izabella przyśle list jutro. Ale jakże spędzić noc w tak okropnem napięciu oczekiwania jutra?... Elża rozbierała się wolno, gdy weszła służąca.
— List do pani, przyniósł jakiś chłopak, prosi o pokwitowanie.
Gorską trzęsącą się ręką wzięła grubą, dużą kopertę. Pismo Artura. Płomienie uderzyły na nią. Pospiesznie pokwitowała z odbioru, dusząc w gardle jakiś szalony krzyk.
— List Artura!
Czytała adres.
„Pour remettre par bonté à Madame Elisabeth de Gorska (Elza Burbianka.)”
— Mój pseudonim?... Skąd on wie?... Prawda, wszak znał poprzedni tom.
Nerwowo rozcięła kopertę: parę arkuszów dużego wytwornego papieru, zapisanych silnem, męskjem, choć drobnem pismem, tak bardzo, tak bardzo znajomem. Data: pisany w sierpniu.
Wlepiła oczy w tekst.

„Najdroższa, jedyna Pani Elżo!
Innego nagłówka umieścić nie mogłem, gdyż jest mi Pani zawsze drogą i zawsze przy mnie obecną...
Czytałem „Fatum“.

Elża zacięła usta aż do krwi, uczuła lód w mózgu, oblał ją zimny prąd.
Wybornie. Co dalej...

„Część pierwsza w pani stylu; poezje, sielanki, marzenia. Widoczne zakochanie się w naturze Wołynia; żywiołowe bory, stepy, polanki...
Maluje to Pani wykwintnie i artystycznie...
Orlewicz, — dość pospolity typ polaka, zucha, szlachetny zapaleniec. — Owszem, owszem, ale i nic nad to. W dawnych czasach taki Orlewicz stałby na czele watachy tatarskiej — jak Kmicic.
Są momenty, pisane z dreszczem rozkoszy i bujnym temperamentem Pani. Znać pracę i natchnienie, jest w Pani pasja niesłychanie żywotna, a nadewszystko — iskra Idei. Tylko zbyt ciasno Pani w obecnych ramach, trochę je pani rozsuwa swym polotem, ale to za mało. Szerszych zakresów życiowych!
Niecierpliwiłem się w pierwszej części, nie odnajdując siebie. Pierwsze słowa drugiej uświadomiły mię odrazu, że zaczyna się moja rola. Bardzo sprytnie. Do stepów wołyńskich i ciemnych uroczysk boru nie nadawałem się absolutnie. Tło wybrane dla mnie odpowiednio. Odnalazłem siebie w „Fatum”, lecz brakło mi Pani, jako typu pełnego. Krystyna to jeszcze nie Pani. Wyjątkową pięknością Krysty chciała Pani zatuszować mnóstwo własnych cech, które mimowoli wpłynęły pod pióro. Celem Pani było, by nikt jej w tej ukraińskiej dziewoi nie poznał. W rzeczywistości nie Krystyna Irska porwała Warskiego, lecz Elża Burbianka, nazywajmy się pseudonimami literackiemi. I jeszcze... nie dziewczyna, lecz wdowa, z krwią gorącą w żyłach, — w kleszczach etyki aż barbarzyńskiej, tradycyjnych nawyknień.
przesądów, obowiązków urojonych i całej plejady sprzeczności, nie dających się związać w węzeł. U Pani jest on trudny do rozplątania. A wszakże nosi Pani w sobie Kleopatrę i Mimozę w jednej istocie. Fenomenalne połączenie, naogół u kobiet nie spotykane. Jednak zapamiętała Pani moje przymrużone oczy. Świadomość ta sprawia mi rozkosz niezwykłą lecz bolesną, gdyż dowodzi jasno o mecie, na jakiej trzymała mię Pani od siebie, pomimo agresywności z mej strony.
Rzeźbi mię Pani w „Fatum“ bardzo ostrym rylcem. To nic, jestem dumny, że nie zasłużyłem na pospolite farby, któremi malowany Orlewicz. Sceny silne i charakteryzujące mnie wybornie. Ale to w początku, potem wpada Pani w wyraźną szarżę. Motywy tej taktyki są mi zrozumiałe i należycie odczute. Krzywdzi mię Pani w „Fatum“. „Fatum“ to wielki temat dla mnie do dysputy z Panią, rozwinąć go tu nie mogę z powodów czysto technicznych. Ogólne wrażenie będzie niespodziewane dla Pani i.. Wiedziałem, że mój urok trwa, lecz, nie sądziłem, że aż tak silnie. Odczułem to w drugiej części i narkotyzowałem się tą psychologiczną dla mnie lekturą.
Droga Pani moja, promienna Pani Elżo, chłonąłem rozdziały uczuciem, nerwami i gehenną zmysłów, one były w męce. Czar Twój płynął ku mnie potężnie z każdego odbicia Twej myśli. Dlaczego mię Pani tak trzyma przy sobie?... czy się wspólnie hypnotyzujemy?... Wierzę w to. Myśl ludzka osobista, choćby najsilniejsza, ale jedynie własna, bez drugiej i pomocniczej, utonęłaby w falach kosmicznych wszechświata. Więc myśl Twoja, Pani, dąży ku mnie z tą samą siłą, co i moja ku Tobie. Pragnę w to wierzyć, bo tym się tłumaczy owa prawdziwa żywotność Twego obrazu w moim umyśle. Jesteś jedyną kobietą, o którą zahaczyłem się. „Pająk i złota muszka w pancerzu” pamięta Pani wyrażenie Verruniego? Verruni odgadł moją psychologję i przeczuł Panią. Zawsze jednakowo tęsknię za Tobą i pragną Cię nawet na odległość i zawsze bezgraniczna bezwola moja wobec Ciebie, wówczas, w Monte, przeraża mnie. Pamiętasz nasz cypel w Monaco??... u mnie wspomnienie jego wywołuje stałą gorycz i współczucie dla mej niemęskiej słabości. Powinienem Cię był raczej zepchnąć z tej skały, niż pozwolić, abyś wyjechała, pozostawiając mnie pod mocą Twego uroku.
Więc jakąż siłę Ty posiadasz, że porywając ku sobie, potrafiłaś tak mnie umiejscowić?
I co właściwie jest w Pani, by tak potężnie przykuwać mnie?...
Twoja niedościgłość?... Twój wdzięk, Twój temperament, po który sięgnąć trudno — aż do udręki... Co?... Co?... To wszystko mię przy Tobie trzyma, to mię wiąże, to mię podnieca i bez widywania Ciebie, bez słowa od Ciebie.
Metafizyczne zagadnienie“.

... Elża przerwała czytanie. Oczy jej rozwarły się szeroko, przerażenie ścisnęło jej serce boleśnie.
Z ust wybiegł łkający szept.
— Więc on chciał tylko sięgnąć po mój temperament?... Więc moja niedościgłość go trzyma, — więc tylko to?... Czyż tylko to?... Nie, nie, to niemożliwe. To byłoby za okrutne. On taki wytworny, rozumny, tylko miałby na względzie zmysły?... Czyż ja w nim takie tylko budziłam pragnienia i czyż taką tylko jest jego tęsknota? Boże, Boże, otwórz mi oczy, pozwól przejrzeć, zdejm ze mnie zaślepienie i ten czar...
Devencourt w wyobraźni Elży zjawił się nagle, jak szatan zły i podstępny, sarkazm jego twarzy wydał się jej teraz potwornym wyrazem szyderstwa. Więc to, czego się bała, to jest faktem?... On ją chce tylko posiąść?
Zatrzęsła się w sobie, jakby ją kto oblał wrzącą lawą.
Czytać dalej!

„Patrzę na Panią w tej chwili, och, nie tylko wyobraźnią, mam powiększoną fotografję Jej, tę przygodną, którą chwyciłem w Kodak mój w La Turbie. Kokietuje mię Pani z niej wdziękiem swym, czarem oczu koloru fali morskiej przed burzą, czarem ust krwawych, dostępnych bogobojnie najwyżej dla narzeczonego”...

Elża rzuciła się na krześle.
— Co! On wie?... Ach, nigdy, to tylko jego wniosek i zbieg słów z faktem. Szczególne!

„Wabi mię Pani na tej jedynej podobiźnie. Uchwyciłem Cię dobrze, taką Cię pragnąłem mieć z tym uśmiechem, z tą nieświadomością, że mi pozujesz. Masz przy sukni pęk anemonów, które tak lubiłaś. Obsypywać Cię mogłem tylko kwiatami, broniłaś i bronisz mi wszystkiego, lecz nie wydrzesz siebie z mej duszy, z mego mózgu i nie przekonasz, choćbyś usiłowała, że i ja wryłem się w Twój mózg, w Twe uczucia. Jestem zuchwały, ale cześć moja dla Pani łagodzi nawet śmiałość mych słów. Piszę do Pani tak, jak o Tobie myślę, jak do Ciebie przemawiam w duchu. Pomijam Twój rozkaz, list ten mię rozjątrzy, ale piszę. Ty sama upoważniłaś mię do tego swoją książką. „Fatum” to światło reflektora, ciśnięte na mnie, by mię oświetlić — pomimo wszystko, co zaszło. Nie tylko blask, żar odczułem niebywały.
Sparzył mię...“

Elża podniosła głowę.
— Co znaczy „pomimo wszystko”, — co to za zwrot?... Czy on się domyśla?...

„Są sceny w drugiej części, które Pani pisała, drżąc wewnętrznie, z tym samym dygotem odczytywałem je, bo Warski i Krysta to psychicznie ja i Pani... i Ty i Ty, promieniu mój...
Dlaczego Pani pisała scenę w skałach między Krystą i Warskim, drugą na łodzi — i na cyplu?... Żeby mnie i siebie podrażnić?... Dopięłaś celu, tak! Za Ciebie i za siebie odpowiadam. Ale tak się nie igra, Pani Elżo. Pani powinna była odczuć, co się będzie ze mną działo, czytając to i Pani odgadywała, zabezpieczona odemnie... połową Europy. Nie miałaby Pani odwagi przeczytać tych rozdziałów wobec mnie. Broniła Panią jej etyka, Jej czystość duchowa, mogła Pani szarżować, wiedząc, że zawsze zdąży obezwładnić tego dzikiego sępą, który dla Ciebie nawet naturę swą zmienił. I szarżowałaś często, próbując mnie. Wiem, jeden gest, jedno słowo nieostrożne spłoszyłoby Cię raz na zawsze. A jednak scen tych nie czytałabyś przy mnie, nigdy, bo nie wytrwałbym, zerwałbym pęta, choćbym Cię miał potem utracić i palnąć sobie w łeb...
Człowiek, bywa czasem przesubtelniony zbytecznie i to mu daje mękę w zysku. Moja subtelność wobec Pani, dała mi możność obcowania z Tobą, spowodowała nieśmiertelne spojenie Twego ducha z moim, lecz rezultat realny — męka. Elly najdroższa, czy i u Ciebie również?... Wiele wolno mi przeczuwać, bo to zakończenie drugiej części „Fatum”, to nienaturalne zdyskredytowanie typu Warskiego, to zemsta Pani, zemsta nad własną psychiką. To się nie tłumaczy, to się czuje...
„Fatum” to mój psychiczny trjumf, lecz, aby nie był kompletny, zbyt jaskrawy, aby moich uczuć nie uprawomocnić i siebie nie podniecić ostatecznie, przeholowała Pani, czyniąc z Warskiego czarny charakter, karykaturę „demonicznego” pierwowzoru. Nazywała mię pani wszakże Demonem — jeden wiersz w „Fatum” nosi tę nazwę. — Czy sparodjowanie, zbabranie, że się tak wyrażę, typu Warskiego ulżyło Pani?... W wielu miejscach w „Fatum” zdradza się Pani wyraźnie. Autorka nie wyzbywa się wpływów swego bohatera, chociaż piórem stara się go nienawidzieć. Jakkolwiek postać Warskiego, rysowana z początku au naturel, wikła się potem w kierunku dla mnie ujemnym, pomimo, że Warski bywa dziko grotesque, jest jednak wszechwładnym panem Krystyny, władcą, trzymającym ją przy sobie duchowo, zmysłowo i hypnotycznie, jest on princypalną figurą całej akcji, umysł Krysty dąży stale za nim, pomimo, że prześladuje ją autorka nienaturalną ideé fixe względem Orlewicza. Wszystkie sceny, w których występuje Warski, cyzeluje Pani z maestrją. Czy robisz to tylko dla literatury?. Co?... Dowiedź mi, napisz mi, Elly, że wszystko to wyszło z pod Twego pióra nie jako konieczność pisania o mnie, lecz jako fantazja autorska — na zimno traktowana i na zimno pisana, bez dreszczu namiętnego, bez tęsknoty za mną, bez marzeń, które stawiały Cię w pewnych scenach w roli Krysty. Wyznaj szczerze, że tak nie było, nie kłamałaś nigdy, — w serce swe i duszę zajrzyj... a wówczas... wówczas...
Ty mi tego nie napiszesz, bo kłamać — nie umiesz. Wdzięczność moja za „Fatum“ jest nieskończona. Takie wyznanie duszy kobiecej wprowadza mężczyznę w dumę, utrwala go w szale i wzrusza. W tym wypadku jest dowodem, że wszystko, od czego się broniłaś, do czego się nie przyznawałaś, — istnieje.
Więc za ten jeden błysk z Twego promieniowania, za tę najdroższą, ukochaną zemstę Twoją, za Twoją przeczystość kobiecą, za to, że z purpury Twej krwi mimoza wykwita, za to, żeś mi taką pożądaną i taką na swych wyżynach niedościgłą, za to, żeś jest sobą i zawsze tylko sobą, bądź mi błogosławiona, najdroższa Pani moja, promieniu mój..

— Boże, Boże, Boże! — wołał w duszy Elży łkający szaleńczy zew...
— Co dalej, co dalej?... jeszcze nie koniec, wyczerpać do dna ten urok, ten czar.
Pochyliła nad listem rozpaloną jak węgiel głowę.

„Czy pamiętasz na łodzi w Cap-Martin?...

Wdziękiem tchniesz cała,
Wdziękiem promieniujesz,
Wdzięk Twój płynie z duszy
Wdziękiem swym czarujesz.

To mój hołd dla Ciebie, Elly. Twój wdzięk jest moim i dla mnie być musi. Nie dla Burby, z którym jesteś zaręczona...„

... Głośny krzyk wypadł z piersi Elży, zerwała się z miejsca, jakby ugodzona postrzałem. Ścisnęła kurczowo w dłoniach skronie, buchające ogniem i stała tak przykuta do miejsca, wlepiwszy oczy w rozwarty list.
— On... Artur wie wszystko.
Długo nie zdołała się uspokoić. Ta krótka wzmianka o Burbie, nagła, niespodziewana — uderzyła w nią gromem. A jednocześnie ogarniało ją zdumienie, że w całym długim liście tylko tyle o jej narzeczeństwie, więc o fakcie wielkiego znaczenia dla Artura, wobec całej treści listu? Czyż on ten fakt lekceważy? czyż on to pomija?...
Wypiła szklankę zimnej wody, zmoczyła, wodą gorące czoło i jęła czytać:

„Pragnę się z Tobą, Elly, połączyć jaknajprędzej, byle ta rzeź wszechświatowa dobiegła kresu, ale krańca jej nie widać. Wojna i mnie wkrótce powoła, jestem oficerem rezerwy marynarki, dyplomacja moja ustępuje służbie na pancerniku. Walka na morzu, to gra bez atutów, więc jak Kolumb rzucił w butelce na łaskę fali swoją sławę, tak ja wysyłam do Ciebie me uczucia. Wojna rozrzuciła ludzi po świecie, nie byłem pewny adresu Pani, może w ten sposób będzie lepiej. Oczekuję odpowiedzi z upragnieniem. Pani Eiżo, nie jesteś narzeczoną Burby, jesteś moją! Zatem list do mnie piór Twych białych nie zbruka, nie zaćmi się Twoja etyka, gdy mi prześlesz trochę złota z Twej duszy jasnej, trochę swych myśli, cząstkę siebie. Otrzymam to, jesteś zbyt szczera. Pamiętaj, że dopiero wówczas będziesz etyczną. Błagam Cię o list, ukochana, pamiętaj, że nigdy nie błagałem o nic żadnej kobiety. Och, no, i nigdy w życiu nie napisałem tak długiego listu. Przed wyruszeniem do floty czynnej napiszę jeszcze, o ile będzie możliwe, zawiadomię Cię, najdroższa, do której eskadry będę wezwany. Chcę, by myśl Twoja popłynęła jej śladem, przyciągnięta moją myślą o Tobie. Będziesz mi stale towarzyszyła na pancerniku wraz z „Fatum“ moją ewangelją. Ty, promieniu mój świetlisty, Ty, moje przeczucie i uosobienie najsubtelniejszej rozkoszy. Płomienna moja, najsłodsza kobieto! Duszę Twoją zdobyłem dla siebie i jest moją, pomimo oddalenia, pomimo, żeś mi na listy nie odpowiadała, poczem i ja zamilkłem i... pomimo, że zamilkłem, moją być nie przestałaś. Moją jesteś w marzeniach i snach, tak Twoich jak i moich. Ty wiesz, że Cię kocham, i pragnę. Ciebie tak potężnie, jak tylko mężczyzna o sile duchowej z wulkanem we krwi kochać i pragnąć może najpożądańszej kobiety. Ty jesteś nią dla mnie. Nie powiem, jak romantyk: raz mieć Cię w ramionach, raz ust Twych skosztować i umrzeć! Nie, właśnie wtedy żyć, chłonąć do nieskończoności żar Twych ust, by Cię mieć dla siebie bezgranicznie moją, oddaną mi niewolniczo, którą ja, wedle słów Balzaca potrafiłbym posadzić na tronie, którą obsypałbym różami i jak różę wonną i płonącą tuliłbym w dłoniach na swych ustach. Spaliłabyś się w ich ogniu.
Czas ubiegły nie zrobił we mnie wyłomu, trwam duchem przy Tobie, i Ty trwasz przy mnie. Nie walczę, by o Tobie zapominać dlatego, żeś odemnie wówczas... uciekła, ani dlatego, żeś obecnie zaręczona. Och... najlepszą filozofją życiową nie jest hamletowskie „to be, or not, to be“. Przeciwnie być i trwać tam, dokąd natura i duch dąży samoistnie. Nie wyłamywać się z pod ich nakazów, bo taka walka to złuda. Jeśli się coś daje zwalczyć, nie jest to rzeczywistą siłą. Potęga w każdem pojęciu potęgą zostać musi. To prawo natury. Gdybyś nawet była mężatką, jeszcze bym bez wahania o Ciebie walczył. Są duchowe jednostki, którym do walki tego rodzaju idzie na pomoc cały legjon Cerberów, począwszy od obostrzeń religijnych. Cerber najgroźniejszy, skończywszy na atawistycznym mikrobie tradycji, zarażającym nawet samodzielne charaktery. I wówczas niema ratunku. C’est plus fort, que la nature! Tak mówi zarażony osobnik. Ja nie podlegam takim epidemjom. Nazywała mię Pani cynikiem. Mój cynizm?... Per Bacco! Nie na wiele mi się przydał „cynik, demon, potęga siły” — wszystkie superlatywy, dawane mi przez Panią, sprawiają teraz zgrzyt przykry, usuwając się z konieczności w cień. Moja indywidualność i moja wola zanika, masakrowana faktem, że jestem skuty wojną na czas od niej zależny. To jest mój obecny absolut, na nim kończą, się refleksje, debaty... och!... nawet marzenia, utopijne narazie, lecz żywotne w halucynacjach... a urzeczywistnione in spe. O tem myśl, bo to konieczność, przyszłość musi być naszą. Gdy wojna się skończy, ja Cię zabiorę. Muszę Cię mieć, muszę! Ja Ciebie stamtąd wyrwę, chyba żebym nie żył. Zgłębiłem Twój istotny absolut psychiczny i jestem pewny, żeś moja; spokojnie przedtem czekałem, aż Twój kaprys milczenia i ucieczki odemnie w głąb Europy zamieni się w tęsknotę do mnie pod wpływem mojej woli. Popełniłaś nowy kaprys, lecz i ten złamię jak pierwszy, czego już dowodem — „Fatum“. Chcę, by myśli Twe należały do mnie realnie bez pośrednictwa literatury. Promieniu mój, błyśnij ku mnie jaśnią Twą, urokiem swej tęsknoty. I bądź szczerą, umiem czytać pomiędzy wierszami;: dowodem znowu „Fatum”:
Ręce Twe najdroższe całuję dwojako: mężczyzna — pochłania je żarem ust spragnionych, które łakną i tęsknią, człowiek — z niskiem pochyleniem głowy i przekonaniem, że całuje ręce człowieka-kobiety. Najgłębsze uwielbienie i cześć składam Ci do stóp.
Artur Dovencourt-Howe”.

Elża upadła twarzą na list i tak bez ruchu, bez znaku życia, jak martwa, przetrwała do świtu.
Rano pierwszą jej czynnością było wysłanie do panny Izabelli biletu z krótkim tekstem:

„Odpowiedzi nie będzie“.

Tegoż dnia odmówiła stanowczo prośbie Tomasza, aby jechać do Warowni. On pojechał wzburzony, ona została w Warszawie. Przebywając po całych dniach w bibljotekach publicznych i czytelniach, zapisała się na kursy, zatopiła w studjach literackich. Poza godzinami pracy widywano ją czasem na koncertach, na samotnych spacerach w Łazienkach lub Zachęcie Sztuk Pięknych. Rodzina dalsza, prócz pani Renardowej, mówiła o Elży, że wałęsa się bez celu i że się stroi w najpierwszych magazynach mód. Krytykowano ją surowo, szczególnie wszystkie kobiety. Ludzie obcy, znajomi Elży i mężczyźni byli względniejsi, bronili jej często, czym bardziej narażali ją wobec napadających kobiet.
Elża z wielu rzeczy nic sobie nie robiła, o innych nie wiedziała. Pewnego dnia spotkała się w zachęcie Sztuk Pięknych ze Zdzisławem Burbą, który, jako rekonwalescent po zadanej na placu boju ranie, przebywał w Warszawie, pod obcem nazwiskiem, pracując w konspiracyjnych grupach. Przywitał się z nią roześmiany z tajemniczą miną. Rzucał przytym czarnemi oczami na wszystkie strony, jakby jeszcze kogoś szukając. Elża to spostrzegła, rzekła wesoło:
— Masz tu widać, kogoś — ze swojej partji a może jakie rendez-vous z kobietą?... Powiedz szczerze, to się usunę.
Młodzieniec zaśmiał się serdecznie.
— Nie, to właśnie ja wpadłem tu, by przyłapać ciebie na randce.
— Doprawdy?... i z kimże to, jeśli łaska?...
— Czy ja wiem, rozmaicie mówią.
— Aż tak? Któż się mną tak mile interesuje?...
— Ach! czego o tobie nie mówią, a zwłaszcza baby.
— Zaciekawiasz mię...
Młodzieniec z rozmachem usiadł na zielonej kanapie, zapraszając Elżę, by siadła przy nim. Popatrzyła na niego przez zmrużone powieki.
— Ryzykujesz Zdzisiu, bo a nuż wkroczy tu zaraz mój partner do ręndez-vous. Co wtedy?...
— Tylko na mnie mrugnij, a już ja wam przeszkadzać nie będę, ja go i tak obejrzę. Potrafię widzieć, nie patrząc.
— I wiedzieć, nie widząc — szepnęła Elża z krótkim śmiechem, padając na kanapę.
Porozmawiali trochę o obrazach. Poczem młody człowiek nagłe zwrócił się do towarzyszki:
— Kiedyż nareszcie wasz ślub z Tomkiem?...
— Wtedy, gdy przestaniecie już o to pytać.
— Aha. Czyli, że wyrażając się krócej jest tak, — i zrobił palcem w powietrzu wielki znak zapytania.
Gorska zaśmiała się.
— A wiesz, o tobie mówią baby, że ty się kochasz w kimś zupełnie innym, nie w Tomku. Że za Tomka wychodzisz tylko... dlatego, że... zapragnęłaś męża.
— Doskonale!
— To jeszcze nie wszystko, bo inne dowodzą, że nawet masz z owym kimś romans to jest z... z...
— No miejże odwagę dokończyć. Pewno z nauczycielem ludowym, jak panna Opolska, Tetmajera, z Główniakiem.
— Nie, ale z żonatym człowiekiem.
Elża parsknęła śmiechem.
— Wybornie! Już go pewno rozwiodłam i tak dalej, aż do skutku.
Zaśmiali się oboje.
— Mówią również, że wydajesz mnóstwo pieniędzy na gałganki, że się nazbyt stroisz.
— Tak, tak, to już słyszałam.
— No, więc widzisz.
— Owszem widzę, że mam przyjaciół.
Zdzisław skrzywił się.
— Eh, któż tam na to uważa. Mówią o tobie, jak o każdej niebrzydkiej i młodej kobiecie. Zresztą, jak powiedział któryś, z pisarzy współczesnych, kobieta się wtedy dopiero powinna martwić, gdy o niej już przestaną mówić, bo o ile jest do ludzi podobna, ma temperament i jakikolwiek wdzięk, mówią o niej zawsze.
Wyłączone są z tego albo brzydkie, jak siedm grzechów śmiertelnych, albo glisty, albo limfatyęzkl, którym wystarczy ciasna skorupa bytu, bogobojny chleb powszedni oraz cerowanie skarpetek męża i nigdy niezamykane do skrzyni pieluszki, wiecznie niezbędne. Chociaż i takim zdarzają się casusy, ale mniej o nich mówią, bo mniej lazą w oczy światu. 472 — Nie wiedziałam, żeś taki filozof.
— Ja tylko umiem obserwować. To są zresztą prawdy odkryte dawno i znane. Co, już odchodzisz?.
— Dziwisz się?... Chcę wszakże uprzedzić tego... żonatego człowieka, że za długo zasiedziałeś się na wystawie.
Zdziś powstał gwałtownie. Gorska wybuchnęła śmiechem.
— Ty możesz iść ze mną, pozwałam, uprzedzimy go razem. No, chodźmy!
— Ach, jak ty sobie kpisz.
— Poczekaj, chcę ci tylko poradzić, jaką powinieneś zdać sprawę z wywiadu ze mną. Nie patrz na mnie z taką gladjatorską miną. Otóż? — słuchaj. Mówiąc swoje własne spostrzeżenia o owym, żonatym człowieku, nie zacznij dowodzić, że żonę ma złą, jak Ksantypa, a brzydką, jak Meduza, bo to będzie, uważasz, szablon. Wymyśl jaki inny powód zrywania jego ślubów małżeńskich dla mnie ciekawszy. Nieszczęśliwe więzy, to zbyt pospolite. I dla mnie wymyśl coś zabawniejszego niż pragnienie męża, bo przecież mam z innym romans.
— Kuzynko, za kogo ty mnie masz?...
— Ach... cóżeś taki patetyczny?... Za kogo ciebie mam?..... Za jednego „ludzia” z tłumu ludzi.
— Więc nie za człowieka, a nawet?...
— Mój drogi, mówisz „nawet”; ależ człowiek — to lux, to wyżyna. Człowiek jest taką rzadkością i tak samo góruje nad tłumem ludzi pospolitych, jak naprzykład pancernik nad oceanem..
— I pancernik często ginie zatopiony przez bałwany! — rzucił Zdzisław z irytacją.
Gorska uśmiechnęła się.
— Wybornie powiedziane, bo bałwany mają niekiedy siłę niszczycielską, więc gdy są w masie...
Burba zerknął na nią.
— Co ty mówisz?...
— To, coś ty zaczął, a co uważam za zupełnie dobry dowcip. Teraz bywaj zdrów, rozchodzimy się.
Zostawiwszy osłupiałego kuzyna na schodach Zachęty, odeszła śpiesznie. Śmiech rozrastał się w niej i z dna duszy powstała ironja.
Kocham się w żonatym człowieku i romansuję z nim, a za Tomka wychodzę dlatego że... zapragnęłam męża... — powtarzała sobie ze śmiechem, pełnym zgrzytu. — Ha, ha, ha! zapragnęłam męża, więc idę za Tomka, pędzona zmysłami, i, czasu nie tracąc, mam romans z innym człowiekiem, w dodatku nie wolnym. O, jakże wy mało o mnie wiecie, ludkowie zbożni, i jakie to szczęście dla mnie, że nie znacie — prawdy.
W oczach jej było szyderstwo.
— Gdyby ją poznali, zbrudziliby po swojemu, omazali błotem po ludzku. Rzucajcie się na mnie, jak hjeny, gryźcie, oczerniajcie, nigdy nie będę wam przeczyła, nie będę się broniła ku waszemu zadowoleniu. Cieszcie się! Możecie plugawić mnie, ale nie splugawcie tego, co jest we mnie nie dla was. To uchronię przed wami.
Pełna była splątanych z sobą uczuć: ironji, goryczy, śmiechu i radości wewnętrznej, że nie rzuciła na pastwę ludzi swojej prawdy, że jej nie dosięgną. Przyszła do mieszkania, podniecona niezwykle. W swoim pokoju znalazła list ze stemplem poczty wołyńskiej.
— Z Warowni. — Rozerwała kopertę.
— Od Uniewicza. Cóż to?...
Zaczęła czytać, uśmiech występował na jej usta. Pan Mel czynił jej od siebie wymówki za zasiedzenie się w Warszawie. Pisał: „Strzelaliśmy wilki ze strzelnic bez Pani, polowaliśmy bez Pani, spędzaliśmy arcycudne wieczory przy kominku także bez Pani, ale rwać fijołki, a potem konwalje także bez Pani, ani myślimy. Proszę to sobie zapamiętać. Warownia wygląda teraz jak klasztor żeński, w którym zabrakło opata wizytatora; jeśli Pani nie chce by klasztor zgnuśniał do reszty, proszę wracać jaknajprędzej”.
Uniewicz opisywał szeroko o wszystkiem, co interesowało Elżę, i kończył:
„Tomek zupełny już desperat, jedzie po Panią za parę dni, śpieszy się, a przynaglamy go wszyscy, i apatyk pan Cezary, i skwaśniały sybirak, i wzdychająca za panią Jasiowa, i nawet stetryczały Stacho, który się żali, że niema komu słuchać jego legend... i... ja naostatek, rozmazgajony z braku Pani, bo nie mam z kim się kłócić i czytać innych dzieł, niż komunikaty wojenne, te już mi się uszami przelewają. Nie mamy także z Tomkiem partnerki do ujeżdżania koni w zaprzęgach, najgorzej wychodzą na tem konie, gdyż Tomek, poirytowany wspomnieniami zeszłorocznych przejażdżek z Panią i całą złość wywiera na ujeżdżanych źrebcach. Tęsknią za Panią jeszcze trzy istoty: Ataman — do cukru, Kajtuś do łechtania po kudłach i Murmyla — do spacerów. A prawda, zapomniałem jeszcze i to nie o byle kim... kto do Pani wzdycha“.
Na tym kończyła się stronica. Elży serce zabiło żywiej; może to będzie nareszcie babka?... Odwróciła kartkę:
„Zapomniałem o Pobereziu, brak mu Pani do politykowania i dowodzi, że Warszawa nazbyt Panią trzyma, a to już jest próg do... szerszego świata. Całe szczęście, że wierzeje tego świata teraz na wszystkie strony zamknięte“.
Elża skończyła list, na dole arkusza był dopisek:
„Fijołki w sadzie i kaczeńce na łąkach już mają pączki“.
— Aha, rozumiem. To dobrze, ale wszyscy za mną tęsknią, prócz babki, wszystkich wymienił Uniewicz, tylko Burbinę pominął. Snać dla niej nie istnieję.
Uczuła dotkliwą przykrość, łączyła się ona w niej z niesłychanie bolesną świadomością że wierzeje na szeroki świat zamknięte. To było jakby chmurą, rzucającą cień ogromny, głuszący wszystkie odczucia. Ale z poza tej chmury prześwitywać zaczął leciuchny brzask, jakiś jasny, ciepły i serdeczny...
Warownia. Kochające serca, szeroki oddech nadchodzącej Wołyńskiej żywiołowej wiosny, bory ciemne, ciężkie aksamity i adamaszki jodeł i dębów, jedwabne gazy brzozowych gajów, bisiory i złotogłów łąk, wielki przeczysty kryształ i turkus powietrza, opale i perły księżycowych nocy, ten przestwór bujny, ozdobny i rozległy, dla duszy tak bardzo potrzebny już, konieczny.
Tomek jedzie.
Rzewność jakaś cicha napłynęła do serca Elży. Tomek jedzie stęskniony, aby ją zabrać. Więc zwalczył swoją dumę, swój gniew i żal do niej, żyć mu bez niej trudno. On jest bardzo kochany i biedny i taki bezgranicznie dobry. Jedzie, by ją znowu zabrać na te łąki umajone, w te bory otchłanne ją, marnotrawną córkę, nie rozumiejącą swego szczęścia. Czy ona znajdzie gdzie na świecie bardziej szczerą duszę — bardziej sobie oddaną, jak ten złoty Tomek? Wszak to atut życia potężny. Ona go może zakląć dla siebie na wieczne posiadanie. Może. Czemuż oddala się od tego źródła szczęścia i spokoju i pogody życia i jego czaru?
Szczęścia?... czaru?... pogody?...
„A wierzeje na szeroki świat... zamknięte“... — jak mówi Poberezio.
Wstrząsnęła się.
Biedny, kochany, złoty Tomek. Zabierze ją i znowu: Warownia, kochające serca, maj, fijołki, kaczeńce już w pączkach, konwalje, przemiły kochany dziadzio, pykający z cybucha, dowcipny Uniewicz i Tomek, jego miłość, pieszczoty... nowe terminy ślubu...
Nagła niechęć musnęła serce Elży. Zastanowiła się.
Wtem do pokoju wszedł posłaniec, niosąc ogromny, rozwity, biały bez w różowych bibułkach. Przy wazonie był bilet:
„Przyjechałem po moje szczęście, za chwilę będę. Całuję łapki! — Twój Tomek.“
Elża długo stała na środku pokoju z biletem w ręku. Kąty jej ust opadły na dół, jakby pod wpływem żalu i bólu, na czole występowała fałdka myśli, pomiędzy skupionemi brwiami zarysował się wyraźnie lęk i rósł, plastyczniał i rzucał swe ciemne skrzydła strachu na źrenice, metalicznym blaskiem świecące. Strach ten głuszył słaby głos wahania, płynący gdzieś z pod serca, jakby ciche gruchanie gołębi wobec szumu złowieszczego lotu jastrzębia. Niepokój zatargał silnie i wnet ocknął się instynkt samoobrony. Ciężka chwila gwałtownego szukania ratunku. Twarz Elży zbladła jakby w walce, głowa zwisła na piersi, brwi zeszły się, spadły powieki. Walczyła z sobą — za siebie, czy przeciw sobie? Wtem ostro zadźwięczał dzwonek w przedpokoju, targnięty widocznie niecierpliwą dłonią. Elża zatrzęsła się, krzyknęła lekko i podniosła głowę. Sekunda przerażenia, poczem czoło wygładziło się, ale w oczach błysnął ten sam metaliczny, zimny, trochę okrutny blask. Głośno, wyraźnie, patrząc w zamknięte jeszcze drzwi, wyrzekła do siebie:
— Ależ ja przed wakacjami jechać nie mogę, muszę skończyć kursy... Muszę!





CZĘŚĆ
II.
I.

Późna jesień rdzawem złotem osypała Warownię. Wiązy stały ciche w miedziano-ceglastych kędziorach liści, skurczonych, gotowych do odlotu i rozpruwających się już za podmuchem wiatru. Bór prześwitywał rudzizną dębów, złotem klonów i czerwono żółtym kolorem szeleszczących brzóz; tylko makaty i ciężkie brokatele iglastych drzew zachowały swój dostojny strój nie ulegający sezonowym zmianom. Ciemno-zielone ich sylwety nadawały tężyzny niespożytej rozzłoconemu borowi. Powietrze było ciche, pełne uroczystej powagi i sytości. Białe nitki pajęczyn, pływające swobodnie, jak puszczone na wiatr srebrne włosy, czepiały się rżysk, omotywały drzewa i kładły się spokojnie długiemi pasmami na brudno-żołtej trawie. Od czasu do czasu przeszedł powietrzem huk przytłumiony, a wówczas złoty grad liści spadał z wstrząśniętych zlekka drzew i białe włosy babiego lata zachwiane kołysały się żywiej w przestworzu.
Był ranek. Dwór stał milczący zatopiony w ciszę, tylko duże stado gołębi trzepotało się na łamanym dachu domostwa, gospodarując i gruchając zapobiegliwie. W pewnej chwili wyszedł na ganek pan Cezary Burba, siwy już i ociężały, ale był dość silny jeszcze, bo, opierając się na kiju, zeszedł sam ze schodów i rozglądał się dokoła. Drgnął, usłyszawszy głos nad sobą.
— Niech dziadzio zaczeka, zaraz przyjdę.
Spojrzał w otwarte okno i uśmiechnął się.
— Już nie śpisz dziecko... Właśnie czekam na ciebie, pogodę mamy słodką, chciałoby się pochodzić.
Za chwilę szli razem. Elża prowadziła starca pod rękę, słuchając jego opowiadania o jesiennych urokach wsi i lasu.
— Wszystko się teraz zmieniło — westchnął Burba — więc i rykowiska ciche, armaty wystraszyły łosie, jelenie, wszystko spłoszone. Zmieniło się wiele na świecie i ciągle się jeszcze zmieniać będzie, więc zaszły zmiany i w Warowni.
— Oj, tak dziadziu — szepnęła młoda kobieta.
W jej głosie był smutek, który dotknął Burbę. Po chwilowym: milczeniu spytał.
— A czy Tomek dawno pisał?
— Czytałam dziadziowi ostatni list jego.
— A... hm — mruknął starzec — myślałem, że nie wszystkie listy narzeczonego czytasz nam, dziecko.
Elża odczuła w tych słowach jakby lekki wyrzut i ból, nic jednak nie odrzekła.
Zapadło znowu przykre milczenie. Gorska wreszcie przemówiła pierwsza:
— Minął rok od tych strasznych, przeżytych czasów, bitew rozgrywających się w pobliżu nas, rok już jesteśmy pod nową tyranją.
— A tak, i z górą rok od twego powrotu z Warszawy.
— To była okropna podróż, prawie ostatnim pociągiem przed wzięciem Warszawy, — nie zapomniemy z Tomkiem tej przeprawy.
— I on, biedak, już tak dawno na froncie, modlę się i drżę o niego od rana do nocy — westchnął Burba.
Nowe drgnienie żalu w jego głosie i nowe ukłucie w sercu niema Elży. Tak, to ona winna, że Tomka tu niema.
Burba mówił dalej.
— Cóż robić, ani ja nie potrafię być ojcem, ani Urszulka matką Gracchów, aby ofiarność dla ojczyzny przewyższała u nas uczucia rodzicielskie, łzy nam nie wysychają z tęsknoty za Tomkiem i z obawy o niego. Nie mamy nawet zapału Poberezkiego, który dlatego, że Olgierd służy w wojsku polskiem, gotów go poświęcić. Ja nie umiem się nad tym zastanowić, wiem tylko, że mogę stracić syna, ta świadomość przejmuje mnie bolesnym niepokojem. Że Tomek jest żołnierzem polskim, że walczy w „żelaznej” okrytej chwałą brygadzie — to są dla mnie kwestje objektywne, subjektywną, pod sercem leżącą jest ta, że mogę go stracić. Sądź mnie, Panie, jeślim: grzeszny i zły patrjota, ale... zachowaj mi syna.
Pan Cezary drżał na całym ciele, Elża czuła, że osłabł, bo ciężej oparł się na jej ramieniu. Spojrzała uważnie na niego i spostrzegła grube łzy na jego powiekach. Załkało głucho w jej piersi. Kochała tego starca... Wiedziona uczuciem i jakby przekonana o własnej winie, pochyliła się szybko i ucałowała gorąco jego rękę. Położył drżące palce na jej czole bez słów, poczem przyspieszył kroku. Szli owocowym sadem, wśród szelestu liści. Tu było najcieplej. Pan Cezary lubił przebywać na słońcu. Drzewa stały już szare, obrane z owoców, gdzieniegdzie tylko majaczył omszały fjolet pozostałych śliw. Pan Cezary strącił kilka laską, a gdy spadły pęknięte, ukazując złoty miód miąższu, schylił się, podniósł je i podał Elży.
— Patrz, co to znaczy dojrzałość, dojście do mety, do szczytu. Tak jest ze wszystkiem na świecie, tak jest i wśród ludzi i ich uczuć, wszystko musi dojrzeć, by okazać właściwą swą wartość i osiągnąć swój cel.
— Czasem jest się strąconym laską, jak ten owoc, i wtedy osiągnięcie celu przyspiesza się — odrzekła Elża.
Burba zerknął na nią.
— Hm, bywają wypadki, że i taka laska czasem potrzebna.
— No tak, i zależy też od losu czy sprowadzi szczęście.
Burba nagle poruszył się niespokojnie, przystanął, nasłuchując uważnie.
— Słyszysz? armaty, czy to stamtąd, gdzie Tomek?
— Stamtąd zadaleko, to z naszego frontu.
— Boże, Boże! jęczy ziemia, jęczą ludzkie serca, a wojna sieje zniszczenie potwornemi gębami armat, genjuszem śmiercionośnych wynalazków. To się zwie kulturą dwudziestego wieku.
— Ale z tego chaosu, z tej wielkiej wojny wyłoni się Polska, dziadziu.
— Uwierzę w zmartwychwstanie Polski dopiero wtedy, gdy ją ujrzę wskrzeszoną, samodzielną i godną tego stanowiska w świecie. Ale ty, Elżuniu, mówisz o wojnie z takim spokojem, jakbyś nikogo nie miała w jej paszczy.
Elżunia spuściła oczy, nie ze wstydu, lecz że słowa dziadka zabolały ją, dotykając krwawej rany w jej sercu. Zdało się jej, że usłyszała oto straszny ryk morza, huk dział pancernika, że ujrzała czarne dymy i opancerzone wieżyce pływających stalowych twierdz. Oczyma duszy wpiła się w ten obraz pełen zgrozy, szukając wśród wodnych przepaści i kłębisk dymów sylwetki kapitana na jednym z opancerzonych potworów. Milczała, oddana cała swej wizji. Pan Cezary wziął to za skruchę. Stanął i przycisnął jej głowę do piersi.
— Nie smuć się, dziecko — rzekł — Bóg zasmucił, Bóg pocieszy. Poczem, uwolniwszy ją od siebie, dodał:
— Ja tu zostanę, na tej ławie, tu dużo słońca. Odmówię sobie koronkę do Przemienienia Pańskiego, jak codzień, a ty może chcesz się przejść.
— Tak, pójdę trochę w bór.
— Ostrożnie, często się włóczą szwabskie knechty, a i chłopów już teraz bać się trzeba.
Gorska pragnęła teraz pozostać sama.
Miała w sobie tyle męki, że się pod jej brzemieniem uginała jakby pod ciężarem fizycznym. Wyrzucała sobie uległość względem Tomka i przyjazd po skończeniu kursów do Warowni. Oto wegetuje tutaj przykuta i zniewolona wojną, oddzielona od świata. Ona to spowodowała wyjazd Tomka, zasiewając żal i niepokój w sercach starych Burbów i gorycz w sercu narzeczonego... Czyż wiecznie będę gnębiła wszystkich dokoła siebie? Czyż nie przestanę trapić się ciągłą analizą tego, o co dusza woła. czyż nie czas przestać łudzić siebie i tamtych? Męczę się, narzekam na swój los, a czegóż mi brak? Nasunęły się surowe pytania.
Wiedziała, że młodość jej nie przekwitła jeszcze, że cieszy się zdrowiem i powodzeniem w życiu, że jest kochaną i uwielbianą i że opływa w dostatkach materjalnych. Mimo to jednak, czy dozwolonem jej było osiągnąć sferę ideału, stanąć na niebosiężnych szczytach marzeń i znaleźć tam, w tych krainach, gdzie słońca ogniste stwarzają nowe światy, nowe piękna, — dobrobyt duchowy... W nieustannej pogoni za szczęściem, we wzlotach i tęsknem zapatrzeniu się w bezkresy swoich marzeń doznawała jedynie przykrego zawodu, wynosząc zawsze z tej pielgrzymki głęboko zranione serce. Częstokroć świadoma sił własnych i celu swoich zamierzeń, buntowała się przeciwko rzeczywistości, otaczającej ją złowrogim łańcuchem zdarzeń. Lecz były chwile, że bunt wyrastał w zabójczy krzew niewiary, a wówczas naigrawała się z siebie z jakąś maniacką zawziętością. Od pewnego czasu jednak wyczerpana walką zmagających się w niej żywiołów, usiłowała wyzbyć się wszelkich snów i pragnień, by tą drogą dojść, wedle przyjętego obowiązku narzeczonej, a następnie żony Tomasza Burby do porozumienia z twardą logiką konieczności. Uprzytamniając sobie to wszystko, co zaszło, starała się wysnuć wniosek, że winna spełnić socjalne zadanie kobiety i zostać żoną, matką, wychowawczynią nowego pokolenia, szanowaną obywatelką, posłuszną odwiecznym dogmatom i moralnej tradycji. I teraz oto zbłąkana wśród drzew boru, doszukiwała się celu swego przyszłego życia.
— Więc trzeba będzie — myślała — paradować w dostojnym stroju cnotliwej niewiasty, żony, ewentualnie matki, obywatelki, gospodyni wiejskiej, cieszyć się ze swych porządków domowych, jedwabnych kołder, obrusów, sreber, porcelany i nowych sukien. Zgodzić się na pragnienia czysto praktyczne i pogodne zadowolenie codziennością, bo wówczas wystarczy garderoba, kołdry, pokój sypialny, dziecięcy, spiżarnia.
Nagle uczuła w sobie zimny dreszcz, spojrzała dokoła prawie nienawistnie.
— Czemuż to wszystko, co innym wystarcza, leży po za sferą moich pragnień.
Bunt się w niej rozwinął z nową siłą, bolał ją rozrost jego, kolce tego zielska szarpały jej ciało, jej nerwy, jad jego zatruwał jej duszę. Ale ból ten, dokuczając jej niemal fizycznie, tępił w niej wszelką reakcję. Była, jak tonący nad głębiną, który czuje paraliż rąk i nóg. Ogarniał ją zupełny bezwład duchowy, możnaby rzec, agonja siły woli, zdolności do czynu, obojętność samoobrony. Nie umiała się już nawet pobudzać do walki, potrafiła już tylko marzyć i w tych snach pędziła życie i miała tak śnić wiecznie. Zamykaj drzwi do gmachu wspomnień, bacząc by się doń marzenia i tęsknoty nie wkradły — powtarzała sobie często, nie orjentując się, że tym samym już tęskni i już marzy. — To, co było jawą cudną i to, co rzeczywistością cudną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie — wmawiała w siebie z piekącą coraz cięższą raną w sercu. A jednak nie broniła się, patrzyła tępo w otwartą przed nią otchłań.
Czy otchłań?... nawet nie to, ale pusty, obojętny horyzont, okraszony miłością Tomka, jego sercem całkowicie jej oddanym, no... i dobrobytem życia materjalnym. Któż dba o inny dobrobyt?... dla kogo to, co w dostatku bytowania czyni jednak pustkę głuchą, może być rzeczą większego znaczenia niż pełne kieszenie?... Dla kogo duch i jego magnacka sfera w najszerszym zrozumieniu, jego zadowolenie, jego luksus, może stanowić przepych, nie wytrzymujący porównania z przepychem i luksusem materjalnym? Ach, odpowiedź na to łatwa, oto dla tego, kto jest mniej lub więcej utylitarnym analfabetą, — to powód, że głusz przed sobą widzę, że zagasły moje zorze.
Gorska biegała po lesie, błądziła w jego gąszczach z dziwnym uczuciem, że nie jest samą, ale że jest jednak tylko z sobą, z tym co było nią, w niej. Rozproszyła się jej istota na materję ciała i na poszczególne atomy duchowego jestestwa. Oto duch jej płynie tam na tym promieniu złota słonecznego, który padł na wielkie wachlarze klonu, i duch jej smutny patrzy na cielesną Elżę z wyrzutem, iż o nim zapomina, jakkolwiek jest on jej władcą i jej prawodawcą. Rozzłaca się w słońcu duch Elży, wzywa ją do pogromu tego, co w niej nie jest jego tchnieniem. Elża czuje, że jej duch ją woła, bo stał się oddzielną istotą poza powłoką ciała, poza obrębem umysłu, serca swego Elża nie ma w piersiach, nie bije, bo ono jest tam, na ostrych krzakach głogu, rozprysłe. O, jakie krwawe korale jego atomów jak wielkie krople gorącego karminu, uwięzły na kolcach krzewu. Więc i ono jest po za jej ciałem poszarpane w oddzielne płomyki, nie skupi się już, nie zapłonie stosem ognia i nie zabije pulsem naturalnym. Wyrwała je sama, rzuciła na ten głóg, a teraz często widzi je i dziwi się, że takie czerwone, słyszy szelest jego krwi, soplami ociekającej z głogu. Te jagody róży dzikiej, to jej serce.
A oto jeszcze jakieś atomy wirują i spadają na nią gradem iskier kłujących jak igły, sieką ją deszczem żądeł palących i błyszczą niby miganie roju os w słońcu. To jej nerwy. Opuściły ciało, by tym bardziej, tym zjadliwiej kąsać. Elża czuje dokoła siebie swoje własne jestestwo i to sprawia jej mękę niewypowiedzianą, coś w rodzaju wiwisekcji. Jest w tej męce ból głuchy, że to, co istotę jej tworzy, jest w tej chwili po za nią i drwi z niej. Jeszcze coś otacza ją, jakaś potęga, jakaś moc wielka, roznosząca głos gromów; jej echo ogłusza Elżę, lecz nazwać tej siły przedziwnej nie potrafi. Młoda kobieta idzie przez bór jak lunatyczka, rozcząstkowana na atomy, zbiera na swą ciemną suknię wszystkie cienie grasujące w lesie jesiennym, słucha wyrzutów swego ducha, będącego nią w niej, patrzy na rozbite serce swe na głogach i czuje siekący dokoła bolesny grad iskier jej nerwów. Na głowę jej padają rude liście i słońce sieje na jej włosy blade trzęsienia jesiennych promieni. Bór jest milczący, niby zastygły wielki topaz złoto-piwny, gdzieś z daleka płynie huk głuchy i wstrząsa ziemią. Gdy huk milknie, słychać, jakby echo jego, przeciągły szum, poważny i monotonny pysznego boru. Elża go słyszy, idzie w tę stronę w zadumie swej głębokiej, z której wyłania się pytanie:
— Czy to szum jodeł, czy... morza?...

II.

Pan Mel Uniewicz szedł wieczorem, drogą przez lasek, oddzielający dwór od folwarku. Przy nim biegły dwa ogromne brytany, naszczekując w stronę ciemnych gąszczów. Uniewicz niósł pod pachą paczkę książek i mruczał coś nieżyczliwego, wyraźnie zły. Gdy zajaśniały światła na folwarku, skierował się do jednej z oficyn. Wtem zastąpił mu drogę cień jakiś. Pan Mel stanął.
— Kto tu jest?...
— To ja, Krywejko.
— A, kochany sybirak. Cóż to, czy i pan chodzi na wykłady pani Elży?
— Et, szkoda czasu i atłasu, jak to mówią. Pani Gorska darmo się tylko męczy.
— Ma pan rację. Wykład historji Polski najkwiecistszy, tyleż obchodzi chłopa, co mnie wdzięki ich brudnych bab. Ale pani Elża uparła się kształcić te zakute łby, a choć to i Polacy i katolicy, nie ufam ja im. Przekonałem się wielokrotnie, że lepsi bywają chłopi ze wsi, niż ta służba dworska, bo to i głupie w pień i złe a zawsze niewdzięczne. I we mnie pani Elża wmówiła obowiązek kształcenia tych głąbów, więc idę posłusznie na owe kursa, jeśli nauczę chamów arytmetyki, to będą jeszcze lepiej kraść: tyle zysku. Byłeś pan tam?
— Wracam stamtąd. Pani Elża czyta im teraz właśnie nowele na temat Syberji i zesłańców. Gorąco są pisane, ale to nie dla nich, choć popularne. Oni w zesłańcach rozumieją tylko złodziei i zbrodniarzy. Idei patrjotycznej walki, męczęństwa za kraj ani pojmują, ani w to wierzą. Moskal to ich wiara, a wszystko co się tej wierze sprzeciwia, jest godne potępienia. Szkoda trudu i zapału Gorskiej. Ale pójdę jeszcze z panem, posłuchamy.
Weszli do obszernej izby, dostatnio oświetlonej i pełnej ławek zapchanych ciężkiemi postaciami mężczyzn i kobiet. Naprzeciw pod ścianą przy stole siedziała Elża, czytając głośno o kopalniach Nęrczyńskich i tęsknocie za krajem zesłańców politycznych w jurtach ciemnych i zimnych. Odmalowała obrazowo w słowach nędzę bytu młodych idealistów Polaków, którzy za miłość dla ojczyzny wyrwani zostali z ław szkolnych i rzuceni w te śniegi Sibiru. Jeden z nich, młody student, umierał na suchoty. Leżąc na słomie, przesiąkłej wilgocią jurty, w otoczeniu swych kolegów i towarzyszy wygnania, marzył o Polsce. W słowach prostych, szczerych żegnał Polskę, której nie miał już ujrzeć, poczem zaczął majaczyć. Ustęp ten, poprzedzony przez Elżę krótkim komentarzem, brzmiał:
„Tyle — wśród nas krwi i łez wylanych i ciał zabitych synów i głów płonących ogniem i serc, z których wykwitają białe lilje i róże czerwone niby płomień gorący a wiecznie krwawy... „
— O la Boga... gdzieby tu róże z serca zakwitały i białe leleje? A toć pewno święty był ten pan, co umira.
Nastąpiło tłomaczenie, poczem Elża, nie tracąc zapału, czytała dalej:
„Taki stos potężny ognia patrjotyzmu, taki orkan niebotyczny, taki szczyt siły uczuć, wszystko to będzie nowym fundamentem, nowym tronem. Zasiądzie złota Pani nasza w glorii i chwale na tym wzniesieniu, zbudowanym przez dzieci swoje. Wielki tron, potężny tron nie ze złota, nie z klejnotów, ale z, krwi... z łez, z jęków męczenników, z płaczu dzieci“.
Kilka kobiet westchnęło przeciągle, jedna szepnęła:
— To już nijak tyło Pana Jezusowy taki tron.
Elża nie dosłyszała czytając dalej:
„Bracie mój, ocknij się — szepnął kolega umierającego, pochylony nad nim.
„— Gdzie jesteśmy? — spytał on.
„— Na Syberji, wśród śniegów, na wygnaniu.
— Na wygnaniu? Ha, to znaczy w drodze do chwały. My idziemy do niej. Do naszej złotej pani. Niesiemy jej przyszłą wolność, niesiemy jej złoto naszych serc, brylanty naszych łez na — jej koronę, a te śniegi, splamione naszą krwią, to gronostaje na jej płaszcz królewski!...
— Patrz pan na tę parę — szepnął Krywejko do Uniewicza.
Młody parobek, siedzący w ostatniej ławce przy tęgiej dziewczynie, objął ją bez ceremonji i łaskotał, manewrując ręką niezwykle przemyślnie. Twarz jego była roześmiana i dowcipna w swoim rodzaju. Dziewce oczy mrużyły się z lubości. Pan Mel uśmiechnął się i odszepnął:
— Są w ekstazie, cóż ich. obchodzi korona Polski, skoro są na drodze do własnej, jako wieńczącej ich apetyty.
Gorska czytała w podnieceniu, z ogromnym uczuciem i mocą. Umierający wygnaniec majaczył:
„Widzę liczne zastępy... takie piękne, grzmiące, waleczne. Tętnią kopyta ich koni, szczęka broń, szumią pióra. Husarja, husarja wali... Idzie, roznosi, pędzi po zielonych łanach, płyną orły, rój, rój ptaków. Nie. Ależ oni mali... Wypływa serce Skargi, serce Kochanowskiego. Oto myśl Polska... myśl i uczucie, które zwalczą, zwyciężą,.. wszystko. Umieram... ginę... nie... ujrzę więcej...“
— Już umarł, bo wszyscy śpią — mruknął Uniewicz.
— Dobranoc — zawołał głośno Krywejko wzburzonym głosem.
Elża umilkła stremowana.
— Co się stało?...
— Śpią durnie, a pani im czyta takie piękne rzeczy. Oni się na tym rozumieją jak... woły na marcepanach. Tfu, puste łby...
— Panie Krywejko...
Ale Sybirak, zwykle spokojny i cichy, wpadł we wściekłość.
— O gnoju im czytać, o wołach, jakiemi są jeden z drugim, ale nie o świętej idei naszych męczenników, nie o Skardze.
— Oni wiedzą, kto to był Skarga i Kochanowski — broniła Elża. Zanadto się uniosłam w tym okresie, przyznaję, stał się dla nich niezrozumiały. To moja wina. Ale ja im to wytłomaczę. A przedewszystkiem — zwróciła się do kursistów — kto to był Skarga?
Milczenie.
— No, przypomnijcie sobie, proszę, kto to był Piotr Pawęski, o którym wam tyle opowiadałam, tak ciekawie słuchaliście przecie.
Milczenie.
— Więc zapomnieliście? — W głosie Elży był żal, przykrość odmalowała się na jej twarzy.
— Ksiądz — bąknął wreszcie jeden głos — zabity bez króla, akurat ci wtenczas, kiej święty Stanisław Kostka odprawiał mszę na Wawylu, co leży na Skałce.
Gorska poczerwieniała z oburzenia, ale cierpliwie jęła na nowo tłomaczyć obszernie o Skardze, o Stanisławie Kostce i o Kochanowskim poczem popularyzowała najprzystępniej ostatnie majaczenia studenta w czytanej noweli.
Ale gdy w trakcie tego wykładu Krywejko dostrzegł znowu jedną głowę kiwającą się, młodego zaś parobka rozpoczynającego nowe manewry przy ohaftowanym łonie rozanielonej bogdanki, wówczas nie wytrzymał, śpiącego sturchnął w bok, a do erotycznej pary syknął przez zęby.
— Do stodoły z amorami a nie tu, kiedy pani was uczy, bydlaki.
I wyszedł z izby, splunąwszy.
Po lekcji Uniewicz i Elża wracali do dworu. Mżył deszcz jesienny, ciche szmery wydawał lasek przydrożny. Wieczór był ciemny, wilgotny, błyskający z daleka wesoło szeregiem oświetlonych okien dworu. Uniewicz zauważył:
— To niezwykła illuminacja przy obecnym braku nafty, zapewne są goście.
— Tego tylko brakło. Jestem tak zdenerwowana.
— Spostrzegłem już dawno, że pani unika ludzi, to zły objaw.
— Przeciwnie, dobry, dający gwarancję, że będę domatorką w przyszłości. Poszukiwana zaleta... żony.
— Niepodobne to do pani. Ale dziś zdenerwowała się pani niepotrzebnie. Krywejko miał słuszność, nagadawszy im trochę. Zapał pani zgaśnie, zalany brutalnie głupotą tych bezmózgowców. To jeszcze pnie w grubej korze.
— Ktoś musi ją zacząć zdzierać wszakże.
— To robota nie na pani siły. Zaczynał Poberezki u siebie w Chodurach i bardzo poważnie, ale zgryzł się zupełnym brakiem, rezultatów i dał pokój. Zrobiła pani wiele, wpłynąwszy na Tomka, by otworzył szkołę dla dzieci, to rozumiem bo to przyszłość; ale tych baranów zostawić trzeba w ich własnej skórze. Ktoby tam te kudły rozczesać zdołał. Już rok mija jak pani nad nimi pracuje ot jakie postępy.
— Może jestem nieudolną?...
— Przeciwnie, bywam wszakże na wykładach i słyszę. Kładzie Pani łopatą w łby, co dużo znaczy, wyczerpuje pani temat, ale i siebie. Widzę często jej zmęczenie. Tomek i Burbowie starzy martwią się tą pani manją. Powtarzam: szkoda zapału.
— Czy pan jednak myśli, że mną kieruje istotny zapał?...
Uniewicz milczał długą chwilę.
— Chce pani być czynną — rzekł.
— Chcę pracować, wolę to jak kucharowanie z babcią i z Jasiową. Muszę coś robić, muszę zabić w sobie... a... zapchać czas... te wieki... nudy... męki... te.... te... wojenne wegetacje... ten czas...
— Ja rozumiem — szepnął Uniewicz. — Czemu pani nie pisze
— Nie... mogę... Nie... mogę...
Nie widział, lecz odczuł, że załamała ręce.
— Nie piszę. Nie maluję... bo drugie mnie nie zajmuje, do pierwszego zaś zapał odszedł. Wszystko we mnie zatraciło się, wszystko przepadło. Czytam tylko, czytam...
— I myśli pani, a to czasem najgorsze.
— To też chłonę cudze myśli, by zgubić w nich swoje własne...
— A ja serdecznie radzę pani pisać.
— Panie Melu, czy to warto?...
— Niech mi pani wierzy, że tak. Najpierw będzie pani dotykała tego, co ją boli, będzie się pani obracała na własnym podwórku, aż nadejdzie moment, że stanie się w nim za ciasno, ujrzy pani przestrzeń.
— I ucieknę znowu za swój płot, bo przestrzeń to przyszłość, a tej... boję się.
— Więc najpierw z trwogą, potem coraz śmielej wzięci pani ponad płot podwórka i... wreszcie poszybuje.
— Och, panie, to nie dla mnie i to niebezpieczne.
— To dla pani niezbędne do życia. Trzeba się przemóc, zwalczyć i... iść byle nie stać w miejscu. Pani to nie stojąca woda, lecz rzeka bystra, duży dopływ źródeł życiodajnych jest w pani. Ja to już — staw, mogę pleśnieć, ale nie pani.
Murmyła, nieodstępny towarzysz Elży, człapiący koło jej nóg, zawarczał nagle i skoczył naprzód. Jednocześnie usłyszeli szmer kroków. Uniewicz rozjaśnił latarkę elektryczną.
— Kto idzie?...
— A to państwo... Cześć...
W kręgu latarki stała przed nimi wysoka, cienka postać Olgierda Poberezkiego, w mundurze legjonisty. Powitali się wesoło. Młodzieniec, błyskając szkłami binokli, całował z wylaniem ręce Gorskiej.
— Zrobiliśmy najazd na Warownię: całe Chodury, sześciu kolegów z całego świata i paru moich kolegów z Legjonowa. Ja wybrałem się przerwać państwu bakalarskie zajęcia na naszą korzyść. Jest i Zdziś Burba, jadący prosto z Warszawy.
Uniewicz spytał o Tomka, na co Poberezki dopiero po chwili mruknął sucho:
— O nim ja nic nie wiem.
Na słowie — ja — był wyraźny nacisk. Uniewicz zorjeniował się, że pyta Olgierda o rywala i że od wyjazdu Poberezkiego, po odmowie Elży, widzą go tu pierwszy raz. Olgierd natomiast zemścił się, celując w Górską. Mówił z intencją:
— Warownia nic się nie zmieniła, sądziłem, że zastanę już tu... duże zmiany. Tymczasem jest wszystko... po dawnemu.
— Bo wojna zostawiła swój ślad w spalonym folwarku, dwór i mieszkania służby na szczęście ocalały — odparowała Elża zrozumiany atak.
We dworze było gwarno. Elża, rozbierając się w przedpokoju, Widziała przez otwarte drzwi wnętrze salonu. Kilku legjonistów otaczało fortepian, przy którym panna Emilja Gozdecka, rozpromieniona, roztrzepotana jak podlotek, akompanjowała do piosenek legjonowych, śpiewanych chórem. Elża zdziwiła się obecnością Gozdeckiej. Olgierd zauważył to natychmiast i szepnął.
— Emilka znowu zmieniła front warszawski na nasz, bo teraz są szanse legjonowe, więc na nie skierowuje swój huraganowy ogień, ale jakoś dotąd bez skutku. Baterja nasza ani drgnie. Chcemy jej wyswatać naszego majora, ale i on mówi, że to już strzały puste, bez kul.
— Militarnie się pan wyraża — rzekła Gorska i weszła do salonu.
Podbiegł do niej czupurny Zdziś Burba, trzęsąc czarną czupryną witał ją wesoło, zbliżał się serdecznie uśmiechnięty stary wąsal Poberezki. Legjoniści przestali śpiewać, wyprostowani czekali na swoją kolej. Uwaga ich zwróciła się na Elżę. Gozdecka, złośliwie uśmiechnięta, sucho przywitała Gorską.
— Pani... jeszcze bawi?...
Odwykła już trochę od liczniejszych zebrań i teraz, czując skierowane na siebie oczy przedstawionych jej obcych mężczyzn, spłonęła i uczuła gwałtowną chęć ucieczki. Ale Poberezcy, Zdziś Burba i Uniewicz otoczyli ją kołem. Oswajała się w ich towarzystwie. Za chwilę podszedł do nich młody oficer i z lekkim ukłonem rzekł bardzo uprzejmie:
— Jakkolwiek jest to zbyt obcesowo z mojej strony, jednak: muszę wyrazić swój zachwyt nad utworami pani. Czytałem „Fatum“ i niezmiernie miło mi, że mam sposobność poznać autorkę.
Elża zmieszała się. Zapomniała już o swoim autorstwie.
— Śliczny typ dała pani w Orlewiczu, ale ciekawy jest Warski, porywający.
Na twarz Elży wypłynęła łuna rumieńca.
— Przytem Warski, jest główną postacią książki, chyba się nie mylę?
— Tak, — odrzekła prawie machinalnie, ale była cała w ogniu. Patrzano na nią.
— Jeden tylko zarzut mógłbym uczynić, jeśli wolno.
— Proszę bardzo.
— Otóż Warski jest sztucznie sparodjowany, to się odczuwa zbyt wyraźnie. Za gwałtowny przeskok z jego sylwetki początkowej do końcowej. Zepsuty jest jakby rozmyślnie, nawet z pasją, ale sztucznie.
— Tak, — powtórzyła Gorska, — utkwiwszy badawcze oczy w sympatycznej twarzy porucznika.
Prędko zmieniła temat rozmowy z młodym oficerem i wówczas dopiero stała się mniej lakoniczną. W pewnej chwili Zdziś Burba rzekł do niej:
— Mam dla kuzynki list z Warszawy.
— Od wujenki Renardowej?
— Tak, przez nią mi oddany, ale list z zagranicy. Co ci to kuzyneczko?... ciągle dziś rumienisz się, jak pensjonarka. Wiesz, że bardzo spoważniałaś, zeszczuplałaś i...
— Postarzałaś — dodała Elża szybko, by pokryć wrażenie.
— Nie, słowo honoru, że nie to, tylko jest w tobie teraz jakiś smutek, zaduma pogłębiła wyraz oczu, więc wypiękniałaś. Boja kuzyneczko chociaż sam jestem wesoły urwis, ale nie cierpię zbyt rozbawionych kobiet. Ty, kuzyneczko, bywałaś dawniej wesołą, zawsze jesteś żywą, ale w stylu odmiennym, niż rozbrykanie. Taka jednak rozszczebiotana sójka hałaśliwa, naiwnie paplająca kokietka, robi na mnie wrażenie fizycznie wprost odrażające. Wiesz jakie?
Elża znała dosadne wyrażenia Zdzisia.
— Mniej więcej domyślam się.
— Ale nie wiesz. Otóż taka kobieta jest dla mnie jak... no, przed tobą trzeba to wytworniej ubrać... jak rozfikana femina na pastwisku, uganiająca się za jakimś Masculinem. Oto naprzykład ten typ — wskazał oczami na Gozdecką. Całuje rączki. Takie rozfikanie uchodzi do piętnastu lat.
— Daj mi, kuzynie, ten list.
— Ty nawet nie słuchasz, kuzynko, co ja mówię?
— Pilno mi zobaczyć ten list.
— To gruby pakiet, nie pozwolimy ci teraz czytać.
Gdy wreszcie doszedł do swego plecaka, Elża starała się wyrobić w sobie spokój całą siłą woli. I dopięła celu. Panując dzielnie nad drżeniem rąk, wzięła list w dużej kopercie z dobrze znanym adresem, tylko przybladła trochę. W tej chwili właśnie proszono do kolacji. Gorska, siedząc między Zdzisiem i Olgierdem, trzymała na wodzy swoje podniecenie: nie spostrzegała nawet złych błysków w oczach siedzącej naprzeciw Emilji, która z kwaśno-słodką miną słuchała komplementów swego towarzysza, porucznika legjonów, skierowanych do Elży. Wreszcie niezwykły słuch Gorskiej złowił niechcący w ogólnym gwarze imię Tomka na ustach Gozdeckiej. Zaciekawiła się i usłyszała szept poprzez stół.
— ... Ponieważ zerwał, więc nie wypadało mu być w domu, skoro ona tu została, wstąpił do wojska...
Rozmowa przy stole głośniejsza zgłuszyła szept i... znowu wypłynęła:
— ... Wodziła go przez dwa lata po manowcach, więc miał tego dosyć...
— Może to rozpaczliwy krok jego raczej — mówił cicho oficer. Czyżby pani G. tu została, gdyby wogóle było zerwane, tembardziej z jego inicjatywy?
— Niema gdzie wyjechać, a zresztą pewno liczy, że on do niej wróci. Jest bardzo pewna siebie, jak każda literatka, czy nawet pseudo-literatka.
— Czy pani się jednak nie myli? — spytał porucznik, trochę szyderczo, patrząc na rozpłomienioną twarz panny.
— Znam stosunki, ale się o tem głośno nie mówi.
Jakiś cichszy głos Emilji, z wdzięcznym pochyleniem głowy prawie do ucha oficera, przerwał nagły toast Uniewicza. Pan Mel siedzący za jakimś legjonistą, bezpośrednim towarzyszem Gozdeckiej, z drugiej strony, powstał blady, z gorejącemi oczyma i kieliszkiem w ręku. Przemówił donośnie lekko wzburzony.
— Obecność panów, żołnierzy polskich, przypomniała mi tak żywo przyjaciela mego, Tomasza Burbę, syna naszego gospodarza. Tomasz walczy również w polskich szeregach, daleko od domu, z tęsknotą w sercu, ale energją i zapałem skierowanym w obronie ojczyzny. Uczcijmy go, panowie, w jego domu, wobec jego szanownych rodziców i narzeczonej, pani Elży Gorskiej, w której ręce składam mój toast.
— Niech żyje — huknęli legjoniści, odsuwając krzesła z rumorem.
— Zdrowie kolegi Burby i jego wdzięcznej narzeczonej.
— Zdrowie młodej pary.
— Kuzynko, w twoje ręce — zawołał Zdziś, mocno stuknąwszy szkłem o szkło.
Wszyscy podchodzili z kieliszkami do niej i do starych Burbów, wzruszonych ze łzami w oczach. Pani Urszula popłakała się na dobre. Całowano Elżę po rękach, młodzież wojskowa w świetnych humorach, widząc wzruszenie, jakie toast wywołał, prześcigała się w zapałach. Dziunio Poberezki w milczeniu z brwią zsuniętą trącił lekko o kieliszek Elży. Podszedł do niej porucznik, towarzysz Gozdeckiej, z blaskiem żywym w oczach i, rzekłszy głośno kilka serdecznych słów, ucałował gorąco jej ręce. Gdy stanął przy Elży Uniewicz, spojrzała mu głęboko w oczy.
— Dziękuję za Tomka i... za siebie — szepnęła.
Zdziwił się, pytanie było w jego wzroku.
— Słyszałam to samo — co pan. Uniewicz odszedł.
Elża bała się spojrzeć na Gozdecką, jakaś delikatność nie pozwalała jej na to. Przecież jej położenie jest teraz okropne — myślała Gorska, nie wyobrażając sobie takiej sytuacji. Emilja milczała, burakowa na twarzy, lśniąca od potu, była jak w gorącej kąpieli. Porucznik natomiast rozbawił się, nawiązał rozmowę ze swym vis a vis, Zdzisiem Burbą, wciągnął Elżę i Poberezkiego, zwracał się i do Gozdeckiej wesoło, z lekkim odcieniem żartu i subtelnej ironji. Sam wzniósł zdrowie Elży, jako autorki „Fatum“, przyczem powiedział kilka miłych słów na ten temat. Toast na cześć gospodarzy domu oficer zakończył słowami:
— Mówiąc o staropolskiej gościnności waszej, podkreślam szczegół dla mnie znamienny. Oto przyjęliście nas państwo, jako żołnierzy polskich, bez pierwszego, stereotypowego dla nas pytania „z której panowie brygady? Czy z pierwszej!...” Pytanie takie prześladuje nas i miewa niekiedy konsekwencje. U nas nie usłyszeliśmy tego, jakkolwiek państwo Burbowie nie mogli na razie wiedzieć, do której brygady należymy. Ta ich, że się wyrażę, bezpartyjność dla żołnierza polskiego jest bardzo miłą.
Kolacja przeciągnęła się długo, poczem nastąpiły znowu śpiewy, pod wpływem trunków coraz swobodniejsze, miarkowane jednak przez porucznika, który wiedział, gdzie jaki ton zachować należy. Zdziś gdzieś na boku pociągnął pana Mela za rękaw.
— Panie toast toastem, ale jakże tam jest między nimi?
Wskazał głową na Elżę.
— Po staremu, są zaręczeni.
— Toż to już z górą półtrzecia roku tego narzeczeństwa. Jakoś nie pilno kuzynce. Dla tego to i Tom uciekł. Co?... Ha?
— A no tak, dlatego.
— Mówię panu, że i ona da nura. Widzę to po niej. Tam ktoś jest inny, kto jej Tomka przesłania zupełnie, spycha nieboraka, aż zepchnie i, gdyby nie wojna — he, dawno już by Elży nie było w Warowni. Mnie jej żal, marnuje się kobieta, a cały ich trójkąt cierpi. To na nic. Bo jest ktoś trzeci w całej tej aferze.
Pan Mel patrzał ciekawie na Zdzisia.
— Czemuż się nie zjawia? — spytał.
Zdziś rozejrzał się i zniżył głos.
— Bo to ktoś z zagranicy i tam stale przebywa. Anglik.
— Skądże pan wie?..!
— Przyparłem do muru Renardową, a że i baba przypuszcza to samo, więc porozumieliśmy się. To dyplomata.
— Kto?...
— No, ten... Anglik. Chciałem zdobyć więcej szczegółów, ale Renardowa skąpa w plotki. Także unikat babski.
Zdziś już miał wygadać się o przywiezionym liście, lecz się wstrzymał. Powierzono mu list w zaufaniu. Zaledwo odszedł Burba, pozostawiając Uniewicza w zamyśleniu, gdy zbliżył się Dziunio Poberezki.
— Panie, czy to prawda?...
— Co mianowicie?... — pan Mel był zły.
— Że oni jeszcze narzeczeni?...
— No, ja na ich ślubie nie byłem.
Olgierd wyprostował się.
— Panie, ja pytam poważnie.
— Zupełnie tak samo panu odpowiadam. Ani kościelnego, ani cywilnego ślubu nie brali.
— Ale czy wezmą kiedy?...
Uniewicz żachnął się.
— A dajcie mi spokój. Skąd ja mam o tem wiedzieć. — Pytaj pan sam pani Elży, skoro panu na tem zależy.
Olgierd skłonił się chłodno i odszedł obrażony, myśląc:
— Kryje się w tej sprawie jakaś tajemnica.
Elża wymknęła się i pobiegła do siebie. Rozszarpała dużą kopertę. Długi list Artura pochłonął ją, czytała, piła oczami drobne litery, spalała je ogniem wewnętrznego żaru.
Artur Dovencourt-Howe pisał:
„Drogie moje ubóstwiane dziecko. Czy tylko droga Pani?...
Nie jestem zdolny wyrazić mego żalu do Pani za tak uparte milczenie Jej. Na pięć moich listów, z wielkim trudem przesyłanych, ani słowa od Pani, od Ciebie, Elly moja. Jest Pani wierną swym zasadom, walczysz z niemi, nie bacząc na własną i czyjąś mękę. Gdyby nie ta bezwarunkowa pewność, że walczysz, że duszą trwasz przy mnie, że Ci jest źle, już bym nie pisał. Nie jestem szatanem kuszącym szczęśliwe narzeczone. Wiem, że tak, jak Pani dla mnie była przemijającą słabostką, tak samo ja dla Pani. Uczucie Twe znam i odczuwam właściwie. Przywiązanie Twoje dla narzeczonego nie przyćmiewa w Tobie głęboko wrytych uczuć dla mnie, myśli o mnie i tęsknoty za mną, ale zabrania Ci realnego czynu, krępuje. To jest w Tobie zagadką, a moją tragedją. Skrzydeł swych dla mnie rozwinąć nie odważasz się, cierpisz jesteś pełna rozterki, lecz nie przełamiesz tej purytańskiej skorupy w której zasklepia Cię lęk przed wiarołomstwem. Czy to logiczne Chociaż Burba jest zaledwo Twoim narzeczonym, jednak wobec niego wiarołomstwo duchowe popełniasz, pomimo wszelkich obostrzeń stawianych sztucznie między nami. Jesteś jednostką inteligentną indywidualną i śmiałą w poglądach, a nie chcesz zdobyć się na krok tak w zasadzie łatwy i uczciwy, by zerwać z Burbą, którego nie kochasz. Kochasz mnie i sama o tem wiesz najlepiej. Wierz mi, Pani moja promienna, że sam bym już chciał wyrwać Ciebie z mej duszy, ale... nie mogę. Miłość dla Ciebie sprawia mi tylko mękę, jednak nie mogę. Jak nałogowiec haszyszu, lub morfinista truję się rozmyślnie, świadomość tej trucizny jest mi gorzka, lecz ją chłonę, bo dusza nią żyje. Myślę niekiedy, że posiadasz w sobie osobliwy dar hypnotyzmu, który działa zabójczo na pewne osobniki i przykuwa je mocno mocą fluidu i bezwiednego czaru. Ale na wszelkie hypnozy ja jestem zbyt trzeźwy. Filozofowanie na nic się nie zda, kocham i to jest mój dogmat, w nim zamykam wszystko. Może Cię przez ten czas wyidealizowałem do potęgi w swej wyobraźni, bo czar Twój nie znika, lecz stale trzyma mię pod swym wpływem.
Widzę, że moja albiońska przysłowiowa zimna krew bywa jednak żywiołowszą i gorętszą w stosunku do Pani, niż Jej słowiański romantyzm i ukraiński temperament. Widocznie odbiega się niekiedy daleko od rasowych właściwości. Pomimo Twego milczenia odczuwam Twoją przynależność do siebie i Tobą żyję, oraz myślę, że już rychło moją będziesz, że moją być musisz, a musisz dlatego, że taka wola silna jak moja musi Cię do siebie zniewolić.
Słuchaj, Elly, żądam byś dała znak o sobie, byś się odezwała do mnie, bym wiedział, co z Tobą? Muszę wiedzieć, bo od tego zależy przyszłość moja, nasza i życie moje. Szarpania się do niczego nie doprowadzą, trzeba oprzeć się na czemś realnem, bo nawet marzeń utopijnych nie uznaję, stawiam zatem kwestję jasno. Proszę Cię, Elly, napisz do mnie szczerze i objaw swoje credo. Chcę wiedzieć, co Cię trzyma przy Burbie, bo wszak nie miłość. Przyszłość musi być naszą, zatem dążmy do niej oboje, dążmy do siebie tymczasem duchowo i fluidycznie, lecz bez wytchnienia, bez wahań i zwątpień, jak ludzie, którzy szczęście swe widzą jasno, nie wizjonersko, lecz plastycznie, choć w oddali. Ono przed nami, ukochana, sięgnąć nam tylko śmiało i... sięgniemy, gdy moment nadejdzie. Dość błagań i snów, moment nadejść musi, to celem naszym być powinno, to będzie nasz Syon. Dość słów, niech już nastąpią czyny. Tak szalenie, tak potępieńczo Cię kocham, że chwilami Cię nienawidzę. Drażnisz moją dumę męską, ambicję moją szarpiesz bezlitośnie i pragnę Cię i kocham, jak samego życia, które zachowałbym tylko dla idei zdobycia Ciebie, by Cię mieć swoją. Wypływamy na ocean za parę dni. Opuszczam brzegi Europy bez znaku życia od Ciebie, bez słowa pożegnania. Będę we flocie czynnej, a w której eskadrze, to szczegół zbyteczny. Kierunek drogi mego pancernika niech będzie dla Ciebie enigmą. Pisz: port Southampton, poste restante. Matka moja jest w Anglji, wie o wszystkiem, zachowała Cię w swym wspomnieniu, rozmawialiśmy dużo o Tobie, bardzo wiele sympatji ma dla Ciebie, ale nie wierzy, że i ja zaważyłem silnie w Twojem życiu. Nie może zrozumieć, by kobieta zajęta mną mogła mi się oprzeć i na tym pewniku zasadza swoją niewiarę w Twoje dla mnie uczucia. Jest w tem zarozumiałość macierzyńska i brak ufności w odporność kobiet wogóle. Teorja ta załamuje się na Tobie, Elly moja, moje drogie ukochane dziecko, moja siłaczko, którą jednak ja zwalczę, którą zabiorę dla siebie, jak swoją, którą rozwiodę nawet, gdybyś wyszła za Burbę, i żadne względy nie wstrzymają mnie od tego“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jakaś siła nieprzemożna poderwała Elżę od listu, wstała z krzesła, wyprostowana, z blaskiem w źrenicach, z ogniem na twarzy?. Ramiona wzniosła do góry i wyciągnęła przed siebie ruchem szaleńczym. Z piersi jej, pełnej muzyki w onej chwili, pełnej niebywałego czaru, zachwytu i szczęścia, wybiegł okrzyk, niby hejnał opiewający całą treść jej istoty?:
— Jam twoja. Mój... Mój...
Stała tak z rękoma splecionemi nad głową, zapatrzona jak w zorzę złotą, w wizję jego postaci, wsłuchana w jego głos nakazujący, wierząca w wspólne z nim szczęście i przyszłość. On panował nad nią wszechwładnie.

III.

Zima wlokła się sennie w Warowni, coś wisiało w powietrzu co odczuwali wszyscy, nie odgadując wszakże zasadniczego źródła tego niepokoju. Elża była smutna, jakby przyćmiona, na listy Tomasza odpisywała krótko i coraz rzadziej. Grała dużo, mnóstwo czytała i chodziła na swoje nieskończone spacery, nazywane przez panią Urszulę wałęsaniem się bez celu. Smutek Elży był już za widoczny by go nie spostrzegać, rodzice Tomka widzieli jej stan duchowy, ale sądzili różnie. Pani Urszula oburzała się szczerze i traciła serce dla przyszłej synowej. Stosunek obu pań ochłódł wyraźnie. Pan Cezary smutniał razem z Elżą, przeczuwał wiele, gryzł się, ale kochał Elżę jednakowo i nigdy jej niczego nie wyrzucał.
Tymczasem smutek Elży wzmagał się, spadł na nią niepokój silny i trapił ją tak gwałtownie, że stał się chorobliwym. Kursów swych dla ludu nie zaniedbywała, ale wychodziła z nich niekiedy półprzytomna. Była milcząca, zamknięta w sobie, z nieschodzącą zadumą na czole. Pisała dużo, ale wszystko potem darła i paliła, jeśli jaki szczerszy ton wyrwał się z jej duszy, to tylko przed Uniewiczem, z którym rozmawiała częściej. On odczuwał w niej mękę wewnętrzną, jakąś straszliwą rezygnację, niepojętą dla siebie.
— Dlaczego pani nie idzie tam, dokąd dusza ją woła? — zapytał raz Uniewicz.
— Bo dusza, panie, dąży często za błędnym ogniem i wchodzi na bezdroża — odrzekła.
Pan Mel patrzał na nią z tępym żalem i bólem.
— Ma pani rację, dusza lubi błądzić i nieraz ginie, ale trudno ją zatrzymywać nad przepaścią, gdy już brnie.
— Oj, trudno — szepnęła Elża.
Uniewicz widział jej szarpanie się, ale i sam był jak struty, czasem wygłaszał potwornie czarne myśli, częściej ironizował wszystkie. Dla Elży był niekiedy zagadkowy, ale stał się jedyną ostoją dla jej skołatanych nerwów.
Pewnego dnia w listopadzie nadszedł nowy list Artura, przysłany z Warszawy; był krótki lecz arbitralny. Jeden punkt uderzył w nim Elżę: „muszę za wszelką cenę zobaczyć się z Tobą, Eliy moja, i dopnę celu”.
Gorska zlękła się samego przypuszczenia, samej możliwości ujrzenia go. Wiedziona niezwykłym rozdrażnieniem, napisała z nagłą rozpaczliwą determinacją do znajomej jego w Warszawie, panny Izabelli, że jej ślub z Burbą odbył się już dawno, cicho w Warowni, i że z tego powodu prosi ją o nienadsyłanie więcej listów pana Dovencourt’a, którego upoważnia zawiadomić o fakcie spełnionym. Pisząc to kłamstwo, Elża czuła w sobie zgrzyt przykry, bolesny skurcz serca, a jednocześnie jakiś śmiech szyderczy, jakby szydzącego demona i wstyd, że ucieka się do takiego środka niskiego, by odsunąć od siebie wpływ Artura. Zasłaniała się kłamstwem pierwszy raz w życiu, jak tarczą, czując, że ubliża tym i Arturowi i Tomkowi. Ale rozumując tak, napisała i wysłała list z jakimś gorączkowym pośpiechem, jakby w obawie, że się rozmyśli. Gdy jednakże kozaczek dworski odjechał konno na pocztę, Elża chciała go zatrzymać, by list cofnąć, ale było już za późno. Wówczas rozpanoszył się w niej śmiech i drwił okrutnie. Przykre uczucie śmieszności, najboleśniejsze chyba dla subtelnych natur, drażniło ją dotkliwie, wyprowadzając zupełnie z równowagi. Ból w niej wzrastał z każdym dniem. Czynu swego wstydziła się sama przed sobą, nazywając go szopką i lichą komedją. Czasem uspakajała ją myśl, że list wysłany przez jakiegoś żołnierza, z powodu nie działającej poczty, mógł zaginąć, wówczas byłaby uratowana od śmieszności i może od gorszych jeszcze następstw ze strony Artura. Lecz lękała się łudzić.
W wigilję Bożego Narodzenia, przed samą wieczerzą, zjawił się przed dworem w Warowni żołnierz konno. Wpuszczony do sieni, oddał staremu Burbie list z Warszawy, zasalutował i odjechał bez komentarzy. Pan Cezary czytał adres i kręcił głową.
„J. Wielmożna Pani Elża Tomaszowa Burbina z Warowni“.
Stary pan pokazał list żonie. Spojrzeli na siebie czujnie.
— Omyłka to, czy niesmaczny żart czyjś? Wszak to nie prima aprilis?
Burba włożył list do kieszeni. Gdy dzielono się opłatkiem, starzec, całując Elżę nadzwyczaj serdecznie i wręczając jej list, rzekł gorąco:
— Daj, Boże, by za rok było tak istotnie, jak jest tu.
Młoda kobieta spojrzała na adres i zbladła jak kreda. Zmiana jej twarzy była tak straszna, że wszyscy zdrętwieli. Dygoczącemi ustami wyjąknęła.
— Skąd... to?...
— Z Warszawy.
Elża spostrzegła w tej chwili zdumione oczy wszystkich, skierowane na siebie. Przeszyły ją groźne źrenice pani Urszuli, dotknęło bolesne spojrzenie Burby. Ale wzrok Uniewicza badawczo szyderczy rzucił falę krwi na jej twarz. Stanęła w pożodze rumieńca tym jaskrawszej, że bezpośrednio po trupiej bladości, i nagle wybuchnęła szalonym śmiechem.
— Ha, ha, ha, ha — zatargała staccato nieokiełznana gama jej głosu, w którym było wszystko, prócz szczerej wesołości.
— Co to znaczy?... — zdumiał się Burba.
— Elżo, z czego ty się tak śmiejesz?... jesteś chyba nieprzytomna? — zgromiła ją surowo Burbina.
A młoda kobieta nie mogła się uspokoić. Śmiech jej wpadał już w spazm łkania, w oczach błysnęły łzy. Sytuacja stawała się nad wyraz przykrą i kłopotliwą. Pani Urszula resztą sił wstrzymywała się od wybuchu, była blado-sina z oburzenia, na czole pana Cezarego wystąpił gęsty pot. Uniewicz, Krywejko, pani Jasiowa, siedzieli jak przykuci do miejsca, dziwnie strwożeni. Wtem drzwi od kredensu stuknęły i głośno wpadł kozaczek, wołając:
— Młody pan przyjechał.
Skoczył otwierać drzwi.
Spazmatyczny śmiech Elży skonał, przerażenie osiadło na twarzy, zerwała się, chwyciła list i wybiegła z pokoju. Burbowie byli już w sieni, witając syna. Ściskany, całowany, tulony do piersi matki, Tomasz rozglądał się niecierpliwie i wyrywał z objęć rodziców.
— Gdzie Elżuśka?... — padło niespokojne pytanie.
— U — siebie bąknął Uniewicz.
— Czy zdrowa? co to znaczy?
— Zdrowa, zaraz pewno... przyjdzie.
Burbowie milczeli.
— Czy wie, że... jestem?...
— Skądże?... nic nie wie, żeś przyjechał — kłamał pan Mel.
Wszyscy, nawet pozornie spokojny Uniewicz, mieli niewyraźne miny.
— Idę do niej — zawołał Tomek.
Elża zdążyła przeczytać życzenia, zawarte w liście od panny Krystyny i zapewnienie, że wieść o ślubie wysłana już do pana Dovencourt-Howe tą samą drogą, którą przechodziła jego korespondencja. List był suchy, ale uprzejmy i zdradzający zupełną wiarę w omawiany przedmiot. Gorska zagryzła usta aż do krwi, serce bić przestało z wrażenia.
— A więc spaliłam ostatnią deskę ratunku. Z Arturem koniec, koniec.
Szarpnęło nią łkanie, czuła na wargach słony smak krwi i pohamowała się w samą porę, gdyż wbiegł Tomek.
— Elżuchna... jedyna...
Porwał ją w ramiona i druzgotał w uścisku, całował zachłannie jej oczy, włosy, szyję, sięgał ust, ale je cofała blada, bierna i cicha. Spostrzegł to i odsunął ją lekko.
— Bronisz mi ustek?... Dlaczego?
Tomasz patrzał na nią uważnie. Ujrzał krople krwi na chusteczce.
— Zagryzłaś wargi tak boleśnie?... czy to... z powodu mego przyjazdu?... Mów.
— Nie, Tomku. Nie.
Zarzuciła mu ręce na szyję skruszona i rozżalona zarazem własną męką i niepokojem Tomka. Tulił ją w milczeniu przepełniony uczuciem dla tej kobiety, której duszy zgłębić nie umiał. Gdy przyszli na wieczerzę, byli oboje spokojni ale smutni. Zato starzy Burbowie uszczęśliwieni obecnością syna zapomnieli o wszystkiem tak, że wkrótce ich nastrój udzielił się i narzeczonym, podtrzymywany umiejętnie przez Uniewicza. Tomek bawił w domu dwa dni świąteczne, poczem zapowiadał swój przyjazd dopiero na wiosnę i napomykał o ślubie, gdyż urlop chce wziąć długi a może nawet uwolnić się zupełnie. Elża projekt Tomka przyjęła nadspodziewanie dla niego. Szepnęła miękko:
— Dobrze Tomku, wróć i weź mnie już, zabierz już dla siebie.
I mówiąc to bezwzględnie szczerze, chciała ostatecznie zerwać łańcuch swych walk, swej męki, zacząć inne nowe życie. Zabić przeszłość i już bez złud, bez Fata Morgany, hypnotyzującej ją stale, iść w przyszłość; ciemną czy jasną, zamgloną czy pogodną, byle jaknajdalej odsunąć się od wizji utraconego raz na zawsze szczęścia.
Tomasz odjechał radosny, pełen nadziei. Burbowie otoczyli Elżę nową falą tkliwej miłości i do niej zawitał dawno utracony względny spokój. Był on płytki, nie sięgający głębiny duszy, pokryty grubą warstwą apatji, której Elża na razie zetrzeć nie miała odwagi. Nie cieszyła ją cicha pogoda je jestestwa, bo lękała się spojrzeć uważniej w obłoki, by nie ujrzeć szarego cienia pełznącej chmury. Szła trochę naoślep przed siebie. Uniewicz nie rozmawiał z nią nigdy o Tomku, ani o ich małżeństwie. Raz jej tylko powiedział w chwili rozdrażnienia:
— Będę w Warowni tylko do czasu ślubu pani.
Gdy zdumiona zapytała, dlaczego — odrzekł krótko:
— Bo chcę pozostać przyjacielem Tomka na zawsze.
Elża nie dobrze rozumiejąc, przyglądała mu się jak komuś, kto nagle stracił zmysły.
A pan Mel dokończył nerwowo:
— Mogę znosić wasze narzeczeństwo, zaznaczani, wasze, ale nie ścierpię waszego małżeństwa, które quand méme będzie jednak małżeństwem.
— Czy to ze względu na Tomka? — spytała.
— I na panią również.
— Nie rozumiem.
— Bardzo szczęśliwie, że pani mnie wogóle nie rozumie.
— Czyli, że mógłby pan mnie zabić... za Tomka, ale już wtedy przestałby pan być wszakże jego przyjacielem.
— Więc pani sądzi, że przyjaźń rozerwać może tylko brutalny czyn i że inne powody nie mogłyby stanąć między mną i Tomkiem jako niweczące naszą przyjaźń?... Ha, niech pani pozostanie w tym krótkowidzącym mniemaniu.
Elża wzruszyła ramionami, nie chcąc odgadywać tajemnych myśli Uniewicza, które nie budziły w niej teraz szczególnego zainteresowania. Ocknęły się znienacka domysły i zabarwiły odrazu ironją i śmiechem. Coś musnęło jej usta grymasem niesmaku. Bladość wystąpiła na twarzy pana Mela. Założył filozoficznie ręce po napoleońsku i rzekł takim tonem, jakby mówił o pogodzie, tylko w oczach miał węża:
— Jakiś pono mędrzec, którego świat nie widział, w jakichś pismach, których nikt nie czytał, rzekł tak: „Nie śmiej się z cudzej niedoli, lecz śmiej się raczej ze swego szczęścia, bo szczęście to wesele, a wesele bywa nawet... w Pajacach...“
Purpura wystąpiła na twarzy Elży. „Śmiej się Pajacco” zazgrzytała w niej ironja. Nie tracąc jednak pewności siebie, spojrzała poważnie w oczy Uniewicza.
— Mądry jest ten... wynaleziony przez pana mędrzec, ale ja znam innego, który głosi tak: „Z niedoli swej nie dawaj żeru gawiedzi, ani... kobiecie“.
Chwila milczenia, poczem pan Mel rzekł:
— Znam i tego mędrca, a oto jeszcze jedna jego sentencja: — „Mów do człowieka, milcz przed ludźmi.® — Panią uważam za człowieka.
Elża podbiegła i żywo podała mu rękę.
— Jestem pobita na łeb i na szyję. Przepraszam, a za ostatnie dziękuję.
Pochylił się nisko i długo z pietyzmem ucałował jej ręce. Pocałunkiem tym, ruchem i całą postacią, zda się, dopowiedział wszystko przemilczane. Gdy podniósł głowę, na twarzy miał cień jakiś nieznany Elży dotąd.
— Niech pan patrzy, — świeży śnieg — zawołała. — Jedźmy na polowanie.
— Jedźmy — powtórzył.

— Biegnę po dziadzia.

IV.

Luty kończył się, gdy Elża, zdobywszy nareszcie upragnione pozwolenie od władz okupacyjnych, wyjechała do Warszawy. Miała uregulować swoje sprawy finansowe, wziąć spłatę z Taraszczy od wujostwa Renardów i zakrzątnąć się trochę koło wyprawy. Trzy lata prawie nie była w Warszawie i teraz ją wstrzymywano, głównie Uniewicz i Pan Cezary, pani Urszula przeciwnie zachęcała ją do zrealizowania wszystkich zaległych interesów, by, gdy czas nadejdzie, nie opóźniać ślubu upragnionego przez Burbów. Młodą kobietę niosła do Warszawy jakaś moc tajemnicza, tęsknota za światem, za gwarem, nawet za ludźmi, których najmniej lubiła, nie zaliczając ich wcale do ponęt życiowych. Głusz Warowni odbiła się na niej nieco, Elża zdziczała trochę, więc tymbardziej dziwił ją i przestraszał niebywały zapał do wyjazdu i ten pęd osobliwy, unoszący, zda się, szybciej od pociągu, którym jechała. Była wesoła, podniecona, jakby wyzwolona z jakichś oków. Nie zajechała do Renardowej, lecz do znajomego hotelu, chciała bowiem mieć zupełną swobodę. Przyjęto ją tam niezwykle uprzejmie, jak stałego gościa, który po długiej podróży powraca, a gdy wchodziła do windy, portjer zawołał głośno do windziarza, wręczając mu klucze:
— Stanisław... numer 27 dla pani dziedziczki.
— Skądże ten tytuł? — pomyślała.
Rozlokowała się i schodząc na obiad do restauracji, rzuciła okiem na tablicę numerów. Pod 27 czerniał świeży napis: JW. Elżbieta Burbina, obywatelka z Wołynia.
Rozśmieszona weszła do sali restauracyjnej, nie pojmując, z jakiego źródła w hotelu mogli wiedzieć o jej domniemanym ślubie. Więc to się już tak rozeszło?... Prawie trzy lata nie była tu, z nikim nie korespondowała i oto list jej do panny Izabelli znalazł widocznie szeroki rozdźwięk. Nasunął się nagle jakiś cień i mącił pogodą umysłu, serce zabiło silniej, na usta cisnęło się słowo:
— Przedwcześnie, przedwcześnie.
Niepokój nagły, jak robak wychynął i pełznął ku niej, uczuła w nerwach dziwne rozprężenie, dreszcz nią targnął lekki, jakby przeczuciowy, pierwszy ton nadchodzącej burzy. Nie miała apetytu, odsuwała potrawy z niechęcią, tylko kawę czarną pochłaniała wrzątkiem w niebywałej ilości. Była niedziela, w drugiej sali restauracyjnej grała muzyka, rozstrajając Elżę do reszty. Drażniła ją uwertura o frywolnych scherzach, a, gdy nastąpiły poważne akordy, nerwy młodej kobiety szarpnęły się jakby rwane obcęgami. Fala szalonego niepokoju owładnęła nią przemożnie i zerwała z miejsca. Gdy szwajcar restauracyjny nakładał na nią karakuły, Elża zaciskała usta, by zahamować szczękanie zębów, jak w paroksyzmie febry. Nie wstępując do numeru, wyszła na ulicę bez celu, chciała orzeźwić się powietrzem, zgubić po drodze niezrozumiały niepokój.
— Pójdę do wujostwa.
Skierowała się przez Krakowskie w stronę Aleji Jerozolimskich. Ale w miarę, jak szła, czuła, że dzieje się z nią coś niezwykłego. Serce jej biło nienaturalnie, jakiś koszmar na jawie szedł przed nią i za nią, zaciskał się dokoła niej, szczególne uczucie strachu, lęk popychał ją naprzód i cofał w tył; były mgnienia, że lęk się wzmagał i pobudzał do ucieczki. Gdy minęła księgarnię Gebethnera i Wolffa, zabrakło jej nagle tchu w piersiach, kolana jej się uginały, dźwigała nogi ciężkie, jak żelazem obłożone.
— Nogi mi drętwieją, co to jest?... Czyżbym była chora?...
Przed nią błyszczały wielkie szyby cukierni Loursa.
— Wejdę na chwilę — śmignęła myśl. Lecz natychmiast owiał ją strach jakiś i pchnął dalej. Patrząc przed siebie tępo, mijała cukiernię. Nagle suchy trzask drzwi wejściowych i szybkie męskie kroki, dążące ku niej.
Co to?...
Elża nie odwróciła się, lecz zatrzymało ją, przykuło wrażenie tych kroków. Sekunda... czy wiek?...
Przed nią stał Artur Dovencourt-Howe.
Elża zachwiała się, udar był zbyt silny. Zbladła jak przy skonie. Zawirował świat, ulica, ziemia zadygotała pod stopami kobiety. Runęłaby może na chodnik, lecz Dovencourt wziął jej rękę, ścisnął mocno, prędko pocałował i szepnął nakazująco:
— Spokoju... proszę.
Przechodnie już gapili się na nich.
Artur ujął rękę Elży, wsunął sobie pod ramię i rzekł niskim zdławionym głosem:
— Proszę oprzytomnieć, jedyna... patrzą na nas.
W milczeniu przeszli przez środek ulicy, Elża nic nie widziała, nie słyszała, w uszach jej huczały dzwony, szum, zgiełk w całej istocie; jedno tylko miejsce żyło i czuło, to ramię ściśnięte ramieniem Artura. On ją prowadził, niemal niósł, jak bezwładną. Ocknęła się w przedsionku hotelu Bristol.
Szli dalej, nie pytała dokąd.
Posadził ją na fotelu pod lustrem w czytelni, sam usiadł naprzeciw, odgradzając ją sobą od sali prawie pustej w tej chwili. Odrzucił z ramion futro, rozejrzał się błyskawicznie, ucałował jej ręce. Ujrzała jego czoło blizko swej twarzy, wpiły się w nią jego szaro-stalowe, ciemne szpary zmrużonych źrenic, widziała tuż przy sobie wytworny owal szczupłej, bladej, wygolonej twarzy, wąskie typowe usta z pogłębionemi fałdami przy bokach, nos suchy, wybitnie rasowy i całą sylwetkę jego wykwintną, a męską i silną. Patrzała na niego szeroko otwartemi oczami, myśląc, że śni.
— Skąd Pan tu?... wybiegł wreszcie szept z jej ust.
— Przyjechałem! Nic nadzwyczajnego.
— Jakim sposobem?...
— Jestem pod obcym nazwiskiem, zwalczyłem szalone trudności, lecz być tu musiałem, nie wstrzymałaby mnie żadna siła. Przyjechałem wczoraj i natychmiast pytałem o panią w hotelu, jeszcze jej nie było. List do Warowni miałem wysłać dzisiaj?
Elża nie mogła przyjść do równowagi.
— O kogo pan pytał w hotelu?...
— O panią Elżbietę Gorską, obecnie Burbinę.
Zadrżała i podniosła na niego oczy.
— Więc pan wie...
Przytrzymał ją wzrokiem.
— Elly... czy to prawda?...
— Nie, nie, nie — wyrywało się z piersi Elży i sama, nie wiedząc kiedy, wypowiedziała krótko i cicho:
— Tak.
Spuściła oczy.
Dovencourt-Howe wyprostował się na krześle, dłonią podparł czoło i przetarł je nerwowym ruchem. Twarz jego zbladła silniej, pionowa głęboka brózda przerżnęła czoło, zadrgały muskuły twarzy, żłobiąc silniej fałdy koło ust zaciętych. Lecz ten odruch walki i męki trwał chwilę. Mężczyzna z pod dłoni kurczowo zgiętej i podpierającej czoło, której palce blade i długie drżały, jak szpony gotowe do szarpania, patrzał surowo na milczącą kobietę i wreszcie spytał sucho:
— Kiedy się to... stało...
— Nigdy, nigdy — drżały słowa na jej wargach.
— Dawno — szepnęła nieswoim głosem.
Długie ciężkie milczenie.
— A czy ty wiesz, że ja przyjechałem po... ciebie?...
Zadrżała.
— Zapóźno.
— Nigdy! Ty Burby nie kochasz. Jak mogłaś wyjść za niego, kochając mnie! Skąd zaczerpnęłaś odwagi do tego kroku... Słuchaj, przyjechałem, by cię wyratować, by cię zabrać dla siebie, boś ty moja.
Elża trzęsła się beznadziejnie.
— Zapóźno — jęknęła powtórnie.
Ciemny zygzak przemknął przez jego twarz.
— Dlaczego? — zgrzytnął.
Ona milczała.
Zdusił jej rękę wściekle.
— Dlaczego!?. Mów!
A w niej ożył już demon, instynkt oporu, obrony przed nim.
— Mam dzieci — szepnęła.
Drgnął gwałtownie i znowu ochłódł. Padły zimne słowa:
— Masz... dzieci?.. Ty!?
— Tak... dwoje.
Wstał powoli i przeszedł czytelnię wzdłuż, dłonią tarł się lekko po głowie, jakby przygładzał włosy. Elża prowadziła za nim błędnemi oczyma.
— Zaraz się wszystko skończy. — Arti! Arti! to kłamstwo, czy ty... mnie... rzucisz? — wyło w jej duszy.
Dovencourt podszedł i siadł znowu przy niej.
Z oczu Elży padło parę ciężkich łez. On patrzał na te lśniące krople i gwałtownie gniótł rękawiczkę.
— Czy mam już odejść?.. spytała biernie, tracąc przytomność.
On pochylił się nad nią ze sztucznie utrzymanym chłodem.
— Czy ty myślisz — mówił twardo — że ja się ciebie wyrzeknę nawet dla... takich względów? Czy sądzisz, że to, co wyznała, oddali mnie od ciebie?, że miłość moja, bezpamiętna rozbije się o twego męża i... twoje dzieci?.. Czy sądzisz, że ten szczegół zniweczy moje uczucia i pragnienie ciebie?.. Słuchaj... Twoje małżeństwo to rozpaczliwy czyn, ja je unieważnię, rozumiesz?! rozerwę twoje śluby, bo ty musisz być moją i... będziesz, bo nie Burbę, ale mnie, mnie kochasz. Nie zaprzeczaj!.. Twoje wrażenie na mój widok to najszczersze wyznanie, to twoje credo. Moją być musisz a twoje dzieci będą mojemi! Nie płacz.. Elly... to, co mówię, to mój dogmat niezłomny. Życia bez ciebie nie chcę i dlatego twoją straszną omyłkę naprawię, by życie twoje uratować dla siebie i dać ci szczęście.
Głos jego przyciszony grzmiał jednak jak surma, szatańska energja była w nim i potęga druzgocąca Elżę.
Nie wytrzymała tego momentu. Zerwała się z krzesła odurzona jego słowami, jego głosem, pijana szczęściem, nieprzytomna z bólu. Wargi jej białe zdołały wyszemrać:
— Dosyć... już... na Boga...
— Elly!..
— Proszę... proszę mnie zwolnić, chcę być sama.
— Ja panią odprowadzę.
Wyszli z czytelni, zawołał automobil. Wsiedli. Dał adres jej hotelu.
Milczała, przecząc głową na wszystko, co mówił, o co pytał.
Chwila i wysadził ją z samochodu. W westybulu podała mu rękę.
— Żegnam pana.
— Tylko do widzenia — rzekł sucho ale stanowczo, lokując ją w windzie.
Została sama. Zatrzasnęła drzwi numeru, sekundę trwała bez ruchu, jak ogłuszona. Nagle ręce jej splotły się na rozpalonym czole, upadła na kolana, zanosząc się łkaniem.
Szalała z bólu, rozpaczy i męki.

V.

Przebyła tak pół dnia, pogrążona w niemej kontemplacji tego, co zaszło. Płakała z żalu nieokreślonego dla samej siebie, wyrzucała sobie kłamstwo, popełnione przed Arturem, oburzała się za jego bezwzględność, to znowu dumną się czuła i szczęśliwą świadomością jego uczuć. Wstyd ją palił, gniew unosił, i grały hejnały radosne w jej duszy. Wieczorem przyniesiono jej list Artura. Czytała zachłannie, oblewając łzami litery, jego ręką kreślone, ale przyszedł nowy, zawrotny prąd w tym oceanie jej uczuć, więc poszarpała list i rzekła głośno z wielką mocą:
— Już Tomka nie rzucę. Jego świat to mój świat, jego życie mojem będzie...
Całą noc przemęczyła się w gorączce duchowej i fizycznej, rozpalała ją walka tytaniczna zmagających się z sobą potęg okrutnego pragnienia, rozbudzonej i rozkwitłej miłości dla Artura, szalonego pożądania, by uledz jego woli, by oddać mu życie i siebie całą na wieczne posiadanie, — temu człowiekowi jedynemu, któremu oddać się byłoby cudem, ekstazą szczęścia, którego władanie dałoby rozkosz najwyższą, wytęsknioną, wyśnioną.
— A jednak już teraz z Tomkiem nie zerwę. Z nim mój los — szeptały bezwiednie usta.
Elża czuła całą grozę swego położenia, tragizm i bezsens. Znalazła się na słabej łódce obowiązku, wśród walących na nią ze wszech stron fal oceanu, gnanych huraganem uczuć, żądz, tęsknoty bezbrzeżnej. Często zatapiały ją te mocarne fale. Elżę opadały siły, darło się w niej wszystko na strzępy, każdy nerw życia wołał o ratunek, ramiona wyciągały się błagalnie.
— Arti!... jam Twoja!...
Oczy paliły się od łez i gorączki, usta piekły żarem, ręce, na których czuła pocałunki Artura, przytulała do spiekłych warg, zcałowując z nich te stygmaty rozkoszy. Opanowywała ją egzaltacja, szał, kładła się w myśli u nóg Artura, jak niewolnica, byle być jego, jego, choć przez chwilę złudy, choć w halucynacji. I znowu ten bezwiedny, pełen rezygnacji szept ust:
— Tomek, to już mój los, moja konieczność.
Więc uciekać, wyrwać się z pod naporu fal przeciwnych, skryć się do spokojnej przystani — Warowni — błądziła myśl. — I znowu stchórzyć?...
Najpierw kłamstwo, potem ucieczka, — istotnie szlachetna broń, godna kobiety — odzywał się szyderczo głos jakiś.
A gdzie wola?... gdzie stanowczość i słowo dane Tomkowi przed czterema laty? Obietnicę szczęścia zrujnować mu własnym szczęściem?
Skoro wzamian za obietnicę szczęścia masz mu dać złudę i kłamstwo — lepiej zrujnować dziś jego nadzieje.
A sobie zbudować gmach cudu niebotyczny.
A sobie stworzyć raj na ziemi, zaspokoić czteroletnią tęsknotę, swoją i Artura, dać mu wymarzone szczęście i samej zatonąć w przestworzu szczęścia. Zaznać haszyszowych upojeń w ramionach tego człowieka, być duszą duszy jego, sercem jego serca, należeć do niego, być jego własnością, rzeczą.
A Tomasz?...
Ogromny rozhukany bałwan ironji ryknął sarkazmem:
Tomasz?... Czyż po nim nie można przejść bezkarnie do szczęścia z Arturem! Czyż go nie można podeptać, gdy się dąży ku wyżynom?... Czy on może dorównać Arturowi, czy on sam nie usuwa się z konieczności na bok wobec tamtej potęgi?...
Giń, giń, giń, Tomku — szumiały fale.
Łódka znikła w ich zalewie, zsunięta w otchłań przepastną.
Pierś kobiety prężyła się namiętnie, usta, buchające żarem, wołały gorąco:
Arti mój, jam Twoja tylko i zawsze Twoja!
Weź mnie, weź stąd, zabierz dla siebie, ty Panie, ty potęgo, ty... piekło moje, demonie mój!
Szloch szczęścia zatargał sercem, bo oto łódź obowiązku ginie gdzieś w zachłannej głębi. Nasuwają się najsłodsze rojenia, wizje cudowne płyną, płyną złotym nieprzerwanym potokiem. Ona, Elża, żoną Artura, z nim, w Anglji, tam nad morzem, w jego domu, w jego władaniu duchowym i fizycznym; więc baśń, więc pieśń i cud i poezja i marzenie i zachwyt jedyny w życiu. Więc zasadniczy motyw jej twórczości dotychczasowej: co było cudną jawą i to, co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie — istotnie przyoblecze kształty realne, gdy Artur weźmie ją za żonę.
On ją tak silnie kocha, on Artur?... Czy to nie sen olśniewający, czy nie zorza złudna, która rychło zgaśnie?...
Elża chwytała list podarty Artura, składając z kawałków całość, wyławiała słowa, przypominała sobie każdy cień na twarzy jego, dźwięk barytonowego głosu, każde zmarszczenie brwi i każdy błysk zmrużonych oczu. Wówczas w czytelni nie widziała nic, ogłuszona, oślepiona jego obecnością, teraz zaś mogła wyznać mu wszystko, kłamstwo i prawdę i to, że chce być jego.
Zamknęła oczy by wywołać nowe wizje czaru i uroku pełne, jak po zażyciu opjum. Lecz ujrzała obraz zupełnie inny. Tomek, w okopach wśród gradu kul, wśród trupów, w ogniu, zmizerowany, zmęczony a tęskniący do niej, z myślą o niej i o dniu, w którym nazwie ją żoną swoją.
I oto pragnienie ofiary z samej siebie ożyło znowu, a choć czuła całą jego sztuczność, ale droga do poświęcenia pociągała ją ku sobie z nieprzepartą mocą. Gdy błysnął jasny dzień, Elża była zdecydowana.
— Niech się spełni to, co już ma być moim przeznaczeniem.
Zaczęła się ubierać gorączkowo ale starannie, włosy układała tak, jak lubił Artur. Ironja w niej zgrzytała bezlitośnie:
— Ach, jakże tylko kobietą jestem.
W najwyższym zdenerwowaniu biegała po pokoju, nie wiedząc jak postąpić, jak Artura zawiadomić o powziętej nieodwołalnie decyzji. Pomimo stanowczości postanowienia pragnęła w duszy chwilę ostateczną oddalić jeszcze, bo straszyło ją widmo tej pustki okropnej, jaka miała się wówczas otworzyć przed nią! Mroził ją i przerażał chłód śmiertelny. Zaczynała parokrotnie pisać do Artura, ale po kilku zdaniach rwała kartki bezradnie, najpierw nie wiedząc, co pisać, powtóre — dokąd wysłać. Adresu jego w Warszawie nie znała, ani też przybranego nazwiska.
— Jak on strasznie ryzykuje przyjazdem swoim tu — uderzyła ją myśl trwożna. Szalone ryzyko i odwaga; wszak on kładzie życie na szali. Wykryty poniósłby okropne konsekwencje swego postępku, Śmierć mu groziła na każdym kroku.
— Dla mnie to zrobił, dla mnie, dla mnie!
Hejnał szczęścia wznosił piersi Elży.
Jak on to przyjmie, gdy się dowie że... jestem wolna?
Cóż za siła w tym człowieku! Czemu ja się bronię od szczęścią, czemu odpycham szczęście, dla jakiej idei, czy chimery? co inną powoduje?... Jezus Marja! czy ja zmysłów niestraciłam, odpychając Artura?
Słowo, obowiązek, przeznaczenie... uczciwość... sumienie... prawo... — Jakie prawo?! Wszak jestem wolna! Jakiż mnie trzyma obowiązek?...
— Oszaleję! — krzyknęła Elża, wciągnięta w obłędny wir myśli. Uczciwość, sumienie, prawo — wszystkie te głosy odezwały się naraz, jak dzwony całego świata, zerwane z wieżyc jakimś wichrem piekielnym.
Elża słuchała tych głosów despotycznych z zapartym oddechem, jak skazaniec wyroku i jak skazaniec przed szafotem, w obliczu kata czekała jeszcze łaski, — cudu.
W tem silne stukanie do drzwi. Zmartwiała.
— Uciekać stąd... uciekać!
Stukanie powtórzyło się.
— Proszę!
Portjer stanął w progu, wymienił obce, szwedzkie nazwisko, poczem cofnął się w tył.
Artur wszedł prędko, nerwowo, z lekkim, charakterystycznym pochyleniem wysokiej szczupłej postaci i złożył Elży głęboki ukłon. Drzwi zamknęły się cicho. Chwilę stali oboje naprzeciw siebie bez słowa. Elża, oparta ręką o stół, drżała, oblewały ją zimne i gorące dreszcze, twarz łuną spłonęła i zgasła w białym macie. On patrzał na nią z pod zmrużonych powiek, jakby do duszy jej wnikał, zbliżył się o krok i dłonią przykrył jej rękę na stole, ścisnął mocno, podniósł do ust, nizko chyląc głowę, oczu nie zdejmował z jej bladej twarzy.
— Elly...
Wstrząsnęła się gwałtownie.
— Elly... ukochanie moje...
Brakło jej tchu, gardło ścisnął skurcz spazmatyczny. Czuła, że milczeniem wypowie mu wszystko, co pragnie ukryć, ale mówić nie mogła. On ujął drugą jej rękę, zwieszoną bezwładnie, i obie dłonie przy tulił do warg, palących gorączką.
Ocknęła się. Nadpłynęła ku niej moc postanowienia. Spojrzała poważnie w oczy Artura i, wysunąwszy łagodnie ręce z jego dłoni, rzekła głucho:
— Dziś wyjeżdżam...
Usta mężczyzny opadły, zarysowując krzywą linję sarkazmu.
— Do męża — syknął.
Zamilkła i ciężko usiadła na krześle. On stał przed nią.
— Chcesz uciekać do męża i dzieci... przedemną i sądzisz, że ja, pokonany takim argumentem, odjadę i... zapomnę? Och, no, kochając cię przez cztery lata, bez widywania ciebie, bez słowa od ciebie, ale z wiarą, że tylko mnie kochasz i moją będziesz, teraz po otrzymaniu tej wiadomości, przyjechawszy z narażeniem życia do Warszawy po ciebie, mam się wystraszyć twojej godności małżeńskiej i odjechać pokornie, zwyciężony przez twoje tchórzostwo... twoją słabość?
Sądziłem, żeś silniejsza duchem, że potrafisz zwalczać warunki i nie dasz się wciągnąć w nieszczęście, łamiące ciebie.
— Ktoś z nas jednak musi być złamanym.
— Nazbyt cię kocham, by ciebie nie wyrwać z tej otchłani. Powiedziałaś mi wczoraj, że już zapóźno, czyli, że do rozwodu nie dopuścisz. Zabrania ci tego etyka małżeńska, godność kobieca, tradycja i kościół zapewne. Och, wszystkie ironje, wszelkie sarkazmy niczem są wobec tej siły, która we mnie z tych anachronizmów drwi. Te nakazy, trzymające cię w więzach, maleją śmiesznie wobec pragnień moich, naszych, wobec potęgi, która nas ku sobie skłania. Takie nakazy, to karły wobec nas. Nie hołduj karłom, bądź twórczą, nie zaś odtwórczą w swych uczuciach. Nie przystoi ci szablon, zaniechaj go i bądź sobą, nie lekceważ drogi swej do szczęścia osobistego, nie marnuj życia i talentu, który posiadasz, którego rozwinąć nie możesz, stojąc w miejscu, rozterce i ciągłej męce bez przestrzeni, bez ujścia dla twego temperamentu... Och, no nie dla zmysłów, bo te... zaspakajasz, — syknął z tłumioną pasją i zerwał się z miejsca.
— Jezu, Jezu, Jezu — rwało się z piersi Elży.
Czoło ścisnęła dłońmi i oparła je na stole. Szalała w niej rozpacz, że oszukuje Artura, szydził okrutnie śmiech jakiś szatański i skuwał ją lęk, by się nie zdradzić, bo wówczas... wówczas... już się nie oprze. Dławił ją wstyd, obelgą były ostatnie słowa Artura. Jak on śmie wierzyć, że ona należy do innego, że ona oddała się innemu!...
Artur chodził wzdłuż pokoju. Nagle usiadł, kurczowo zgiętą dłonią podparł czoło, zasłaniając oczy. Elża podniosła na niego wzrok pełen obawy, niemal pokorny i poddańczy. Padłaby mu do nóg z rozkoszą i wyznała swoje kłamstwo. Patrzała na jego rękę smukłą i bladą, na drżenie palców, wgniecionych w czoło, na ostro spięty mankiet i rękaw ubrania i znowu tępo wznosiła oczy na głowę ciemną, na rozdział włosów na boku i na widoczny dół twarzy: pyszny zarys brody smagłej z błękitnawym odcieniem wygolenia, na usta zacięte stanowczo i pionowe fałdy około nich. Patrzała na niego i potężniał w niej krzyk duszy, serca: Artur, Artur przy niej! Szarpała się, mocowała nieludzko z pragnieniem rzucenia się przed nim na kolana. Niech ją bierze, niech się nie męczy, niech wie, że ona czysta, że nie należy do nikogo, bo chce należeć tylko do niego.
Wtem Artur odsunął dłoń, oczy jego padły na Elżę i utkwiły w jej źrenicach chmurne, przenikliwe, badawcze. Ostra igła tego wzroku przeszyła ją nawskroś. Artur oczami otwierał jej duszę, sondował ją, wyłuszczał z niej prawdę, sięgał w głąb serca śmiało, zaborczo, szukając w niej nie istoty uczuć, bo tę znał, lecz innej prawdy, prawdy faktu, którym się przed nim zasłaniała. Oczy mężczyzny stawały się coraz chłodniejsze w wyrazie, coraz więcej ostrza i stali było w nich. Elża straciła panowanie nad sobą, nie mogła znieść tego wzroku i jego wyrazu. Spuściła powieki, a on je oczami przepalał, przepalał. Kobieta czuła, że on na nią patrzy i, nie widząc, zaczynała rozumieć myśl, pytanie, zawarte w jego oczach. Ogarnął ją lęk nagły, jakiś przeczuciowy dreszcz przed gromem. Bała się i drżała. Artur wyprostował się i rzekł martwo, patrząc w przestrzeń:
— Szczególne uczucie... podejrzenie raczej, wkraczające niemal... w pewność, prześladuje mnie coraz natarczywiej.
Elża struchlała.
— Hm! Och... no! czyżby jednak?..
Kobieta zamknęła oczy, oblał ją żar. Czuła, że Artur znowu patrzy na nią i nie śmiała oddychać.
— Czyżby jednak?, powtórzył ciszej.
Milczenie.
Lekko, lekko pochylał się ku niej, przenikał wzrokiem jej zamknięte drżące powieki, okolone sinemi cieniami, jej twarz koloru opłatka, jej usta, z których uciekła ostatnia kropla krwi. Był jak tygrys nad ofiarą, tak zabójczym, dzikim wzrokiem przepalał ją nawskroś.
— Elly... Czyśbyś Ty... szepnął.
Elża miała wygląd zemdlonej i zupełny bezwład w sobie.
— Elly... — powtórzył głośniej z tłumionym wybuchem.
Bez słowa, bez ruchu siedziała jak martwa, tylko głowa jej opadła ciężko na piersi.
— Wiem już, rozumiem, chyba przeczucie nie myli mnie. Ty nie możesz być zamężną. Jesteś wolna.
Milczenie.
Szarpnął nią gwałtownie.
— Elly, ocknij się... mów! Jesteś wolna?!.
— Nie.
Brwi Artura zbiegły się w straszny, piorunowy zygzak.
— Nie?
Przecząco poruszyła głową.
— Więc... nie kłamałaś jednak. Jesteś żoną?.. Więc to prawda?..
Znowu przeczący ruch głowy.
Dovencourt zbladł, groza mignęła mu w oczach.
— Co to znaczy?!.
— Kłamałam, żem zamężna... ale... nie jestem wolną... jestem narzeczoną Tomasza Burby.
Jakby zarzewie ognia padło na twarz Artura. Czoło zajaśniało blaskiem, ale na usta sypnął grad szybkich krótkich drgnień. Nagły błysk zębów w drapieżnym rozchyleniu warg i — runął śmiech straszny, demoniczny.
— Ha, ha, ha! per Bacco.
Elżę śmiech ten obezwładnił narazie, ale na krótki moment. Oburzona powstała z krzesła.
— Z czego się pan śmieje?.. — zawołała ostro.
Dovencourt-Howe wziął jej ręce. Pomimo błyskających jeszcze w uśmiechu zębów, jak u rozdrażnionego lwa, była w nim stanowczość i moc zniewalająca. Posadził Elżę z powrotem i przyklęknął przed nią, chowając czoło w jej dłoniach.
— Moje ukochane maleństwo, moje białe, moje święte... — mówił gorąco i miękko.
Traciła władzę nad sobą, ale przemogła się.
— Panie Arturze... na Boga!.. Pan... zapomina...
Wstał i wyprostował swą wyniosłą postać. Szparki jego zmrużonych źrenic ciemno-szarych spadły na Elżę z góry, władczo.
— Ależ dobrze pamiętam! Jest pani narzeczoną Burby od czterech lat. Duży okres, wystarczający, by stracić wolność, poczucie samodzielności i... wszelkie prawa do szczęścia. Ha! to nadzwyczajne. Niesłychane!
— Nie widzę w tem nic zabawnego — rzekła sucho.
— Owszem, Elly... to jest nawet zabawne.
— Niewłaściwie mnie pan nazywa — szepnęła.
Silniej zmrużył oczy i przytrzymał ją niemi długo, poczem w milczeniu skłonił się lekko. Spytał:
— Dlaczego pani popełniła takie kłamstwo?..
— Pan mnie potępia...
— Ach, nie, ale to było niegodne pani. Czy to miało być tarczą obronną przeciw mnie?..
— Tak.
— Więc pani myślała, że mnie to spłoszy?
— Chciałam zniweczyć w panu i... w sobie... wszelką złudę.
— Złudę, która była... — zawiesił pytanie, pochylony ku Elży.
— Marzeniem — dokończył za nią — tęsknotą, nadzieją szczęścia wielkiego, niezmiernego, pani Elżo. I oto kłamstwo nie osiągnęło celu. Biegłem do ciebie, lekceważąc i roztrącając wszelkie tamy, prawa, biegłem, by łamać prawo uświęcone i ciebie zdobyć. A oto jesteś silną, nie uległaś przeobrażeniu. Pierwszy powiedział mi o tem... Warski. Nie pisałaś do mnie, lecz napisałaś „Fatum”. Druga świadomość mego trwania, to wrażenie twoje przy spotkaniu się naszym wczoraj; trzeci pewnik, to... owe kłamstwo. Jestem dla ciebie jedynym, tak, jak ty dla mnie. Nie zaprzeczaj, wszystko, co powiesz, będzie teraz parodją. Przed nami jest tylko jedna wyraźna, wytyczna droga — nasze małżeństwo.
— Nie, nasze rozejście się raz na zawsze.
— To znaczy?..
— Wyjdę, wyjść muszę tylko za Burbę.
— Muszę?... czy to nie za silne?...
— Dla pana... może, dla mnie jest to rzecz poważna, konieczna, więc ją odpowiednio traktuję.
— Zdaje mi się, że wpadamy w błędne koło. Co? na moje pytanie ścisłej odpowiedzi nie daje mi pani... Dlaczego wyjście za Burbę nazywa pani koniecznością?... Co panią do tego zmusza? Jakie dane są za tem? Żądam odpowiedzi zwięzłej, rzeczowej. Widzę, że torturuję panią, lecz będę bezwzględny. A więc... co się składa na owo „muszę”?
— Obowiązek... sumienie... słowo... — wyrzuciła jednym tchem.
— Taak? Och, no, bardzo czcigodny tryumwirat, zasłaniający swoją powagą imperatorski majestat miłości. O niej pani nie mówi. Czy to rzecz podrzędna?... Czy tamte siły, wymienione, zdolne są skruszyć ją na proch, odrzucić precz?
— Miłość to przedewszystkiem i zawsze egoizm.
— Niezwykle piękna teorja, ale paradoks jednocześnie. Zatem pani wychodzić chce za Burbę, spowodowana altruizmem. Czy i Burba żywi to samo w stosunku do pani?... Ciekawy łącznik.
— On mnie kocha.
— Ach tak. Czyli, że za jego miłość pani popychana przez altruizm, obowiązek i sumienie chce mu wyrządzić największą krzywdę, jaką kobieta może wyrządzić mężczyźnie. Bajeczny konglomerat!
— Panie, dosyć tej dysputy!
— Nie, pani, jeszcze nie koniec. Teraz wniosek zasadniczy. Pani Burby nie kocha i nie kochała nigdy! Był zapewne jakiś szał krótkotrwały i to niekiedy... otumania, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi bujny temperament i... zapalna głowa.
— Daruj mi, droga pani — wtrącił miękko — ale jeszcze... oto taka jaskrawa tęcza malowana farbami falsyfikatów...
Elża drgnęła. Przemknęło odległe wspomnienie: gdzie miłość istotna a gdzie złuda.
— Pani drży... z zimna, czy z wrażenia? spytał.
— Proszę, niech pan mówi.
Och, no... taka tęcza zwykle prędko gaśnie.
— O tem mogę tylko ja decydować.
Artur rzekł zimno:
— Ponawiam moje żądanie, chcę od pani odpowiedzi kategorycznej... i nie ustąpię.
— Słucham.
— Pani kocha Burbę?...
Podniosła smutne oczy na tego, który był jej całym światem, a któremu wyznać swych uczuć nie miała odwagi, a może nawet i prawa.
— Jak brata, jak... jak... przyjaciela — odrzekła.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie, innej odpowiedzi żądam. Czy pani kocha Burbę jak człowieka jedynego, wybranego i upragnionego na życie całe. Tout court, czy go pani kocha? i to słowo w danym razie zamyka w sobie wszystko.
— Nie — odrzekła Elża, śmiało patrząc w oczy Artura.
On schylił czoło nisko, jakby składając hołd wypowiedzianej przez nią prawdzie. Błysk jego źrenic zaniepokoił ją. Dodała prędko:
— Nie kocham Tomasza, ale będę jego żoną, bo dałam mu słowo i słowa nie cofnę, nie mogę łamać mu życia, nie chcę go ranić śmiertelnie.
Zaległa głucha cisza. Oboje stali przed sobą, milcząc, tylko Dovencort-Howe nie spuszczał oczu z twarzy Elży, ona zaś utkwiła źrenice w oparte o stół ręce Artura.
Po długiej minucie milczenia zabrzmiał jego matowy nizki głos: — „Get thee to a nuuery“... Gorska zastanowiła się. Spojrzała na niego.
— Co Pan mówi?...
— „Lub jeśli chcesz koniecznie wyjść zamąż“... wolno cedził Artur.
Krwisty rumieniec oburzenia oblał twarz Elży.
— To obraza dla Tomasza.
— Ty go obrazisz, skoro nie kochając, wyjdziesz za niego i nie unikniesz wówczas oszczerstwa. Niema takich praw, które prowadziłyby do ołtarza dwoje ludzi nie związanych wspólnym uczuciem. Gdy zaś z jednej strony jest miłość, a z drugiej, tylko poświęcenie, wówczas związek taki to zbrodnia. — Ty, Elly, nie popełnisz takiego kłamstwa wobec niego i... wobec samej siebie. Chcesz iść drogą ofiary, ale nie wytrwasz; instynkt, dusza, serce odepchnie cię od spełnienia tego czynu, takie ofiary mszczą się potwornie, ty tego nie spełnisz, bo moja miłość ocali cię od nieszczęścia.
Mówił z siłą, z przekonaniem, a ona słuchała słów jego z nabożeństwem, jak wyroczni. Wszystko w niej wołało, że powinna iść ufnie tylko za głosem jego. Milczała jednak, obezwładniona przez rozgrywającą się walkę serca z poczuciem obowiązku.
Powstała bardzo blada z wyrazem męczeńskim na twarzy, z bólem w oczach, rzekła głucho:
— Pan męczy mnie!, bo ja słowa nie złamię, zostanę żoną Tomasza.
Artur wstał również.
— Zostanę żoną Tomasza — powtórzyła twardo.
— Więc się myliłem. Nie kochasz mnie.
Elża była, jak posąg bólu i męki, bez słowa, bez ruchu.
Artur patrzał chwilę, poczem wziął jej ręce w swoje, przysunął ją trochę do siebie i tuż prawie nad jej czołem szepnął zaledwo szmerem ust, szaro-blady na twarzy:
— Czy masz względem tamtego jeszcze inne zobowiązania?...
Ocknęła się, zraniły ją te słowa. Jasnym dumnym wzrokiem spojrzała mu w oczy.
— Jestem czysta!
Blask niezwykły rozświetlił zmartwiałe rysy Artura, nizko popochylił głowę i całował jej dłonie gorąco z pietyzmem.
— Wybacz, ukochana, wybacz, dziecko, rozpacz nasunęła mi szaleńcze posądzenie, krzywdząc ciebie.
Elża wysunęła ręce z jego dłoni i zawołała stłumionym krzykiem:
— Pan mnie męczy, męczy!
— Czy mam wyjść i zostawić cię!
— Chcę być samą, samą.
— Więc dobrze, wychodzę. Uspokój się jedyna... Krótko, lecz mocno ucałował jej ręce.
— Męczymy się oboje — rzekł, skłonił się nizko i wyszedł z pokoju.
— Arti! skonał w jej piersi głośny okrzyk, zanim się wydostał na usta.
Stała z rękoma przy skroni, jak rażona piorunem. Nagle skoczyła do okna. Ujrzała Artura w powozie odjeżdżającego.
— Arturze!... Arturze... mój... jam twoja, twoja!!
Patrzyła do czasu; aż powóz zniknął na rogu następnej ulicy. Wtedy upadła na kolana i płakała długo. W płaczu tym dojrzewało ostateczne postanowienie. Gdy wstała z klęczek, była jak po ataku silnej gorączki. Zadzwoniła gwałtownie, wezwała portjera.
— Proszę mnie natychmiast, za wszelką cenę wystarać się o bilet na kurjer Wołyński. Jadę dziś.
— „Decug“ odchodzi za parę godzin, następny za kilka dni — rzekł portjer zdziwiony.
— Jadę zaraz!
Gorączkowo pakowała rzeczy, o niczem nie myśląc, nie dopuszczając myśli do głowy, pochłonięta pragnieniem ucieczki.
W godzinę potem już jej nie było w hotelu.
Zaledwo odjechała, gdy do hotelu wszedł chłopak z koszykiem w ręku i stanął przed portjerem, podając mu kartkę. Portjer przeczytał;
— „Pod 27.“ Ależ pani Gorska, czy Burbina, bo już sam nie wiem jak, tylko co wyjechała.
— Kazano oddać w ręce — rzekł chłopak.
Portjer klasnął w dłonie.
— Stanisław, prędko! na stację, zdążycie, pani dobrze zapłaci?
Windziarz chwycił koszyk, kartę i rzucił się do drzwi.
Elża siedziała w wagonie, gdy Stanisław wbiegł do przedziału.
Wręczył jej koszyk i kartkę z adresem napisanym ręką Artura.
Kwiaty od niego!
Gdy Elża rozwinęła koszyk, ujrzała pęk rosnących białych storczyków.
Zanurzyła twarz płonącą w wykwintnym kwieciu, całując subtelne kielichy z uczuciem okrutnego smutku i niezmiernej tęsknoty. Kilka łez ciężkich spadło na przeczysty welin storczyków, osiadając na nich srebrnemi kroplami.
— Arti! Arti! Arti! ukochany, jedyny, niezapomniany — szeptały jej usta.
Dusza jej cała, serce wrzące miłością, myśl tęsknota i pragnienie wyrywało się do tego, od którego... znowu uciekła.
W tych storczykach świetnych widziała jakby samego Artura. Oczami i sercem przywarła do nich.

VI.

Pogrążona w swoich myślach Elża usłyszała ruch w korytarzu. Nagle wszedł konduktor, wprowadzając do przedziału dwie panie. Elża, spojrzawszy, przeraziła się: były to panie Cielińska i Emilja Gozdecka. One natomiast okazały wielkie zdziwienie.
— Pani już wraca z Warszawy... tak prędko?
— Już wracam — odrzekła krótko.
— Czy wyprawa już się robi?
— Jeszcze się nie robi.
— Jesteśmy bardzo szczęśliwe, że wspólnie odbędziemy podróż na Wołyń — roztkliwiała się Gozdecka, obrzucając przytem przez face a main całą postać Gorskiej. Ciekawe oczy panny utkwiły wreszcie w koszu z kwiatami. Zdumienie i zawiść mignęły na jej twarzy.
— Ach, jakie piękne storczyki, czy to od narzeczonego?
— Cóż znowu! — zaprzeczyła Cielińska — przecie pan Tomasz na froncie. To pewno od tego, kto się w pani kocha — dodała z dyskretnym uśmiechem.
Elża milczała wzburzona.
— Przepraszam panią, ale to nie nowina. Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. To nawet śliczny gest te kwiaty, tylko zbyt cenny.
— A czy pan Tomasz nie zazdrosny — z kwaśnym grymasem spytała Emilja.
— Ach, Emilko, każdy mężczyzna jest zarozumiały i myśli, że tylko on istnieje dla danej kobiety. Zresztą ten pan nie jest wolny — dokończyła cicho, tak jednak, że Elża usłyszała.
Zapanowała nad sobą, by nie wybuchnąć nerwowym śmiechem i udawała, że nie słyszy i nie widzi porozumiewawczego uśmiechu, obu pań. Przyszły jej na myśl słyszane dawniej ploteczki.
— Niech więc te baby trwają w tym przekonaniu, niech nie wiedzą prawdy, jej prawdy.
Tymczasem Cielińska z Gozdecką, mówiąc coś jeszcze dwuznacznikami, jęły poprostu umizgać się do Elży, wyciągały ją na słówka, widocznie chciwe dowiedzenia się bliższych szczegółów o koszu ze storczykami.
— Pani nawet nie wie, jak zawsze mile i sympatycznie o niej mówimy, jak bardzo jesteśmy jej życzliwe — sączyła „dystyngowanie“ przez usta Cielińska — jak z panią często współczujemy.
— Współczujemy? — ostro spytała Elża.
— Ach nie, niech się pani nie gniewa, tylko dlatego, że za ciasno dla pani w Warowni, a wuj Poberezki mówi zawsze, że pani taka inna, taka światowa.
— W wuju ma pani wielkiego wielbiciela — skrzywiła się znowu uśmiechem Gozdecka.
— W pana Poberezkiego wierzę i cenię jego przyjaźń — rzekła Elża z naciskiem.
— Ależ i my panią bardzo rozumiemy, niech pani wierzy, że otaczamy ją wielką sympatją.
— Ach, lisy, farbowane lisy, lisy — burzyła się Elża. z trudem powstrzymując wybuch. — Chcecie mnie wyciągnąć na zwierzenia! Czekajcie! Zjecie djabła, zanim będziecie wiedziały, co we mnie tkwi. Nie dla takich wron i kawek ziarna mojej duszy, krew mego serca...
Dość obcesowo zwróciła Gorska rozmowę na inny temat. Gdy zaś te panie zbaczały znowu w kierunku utartej widocznie plotki, Elża nie przeczyła i nie potakiwała. W duszy jej obok bólu, spowodowanego rozstaniem z Arturem, obok rozpaczy i tęsknoty za nim, obok okrutnego żalu, że pożegnała na zawsze szczęście swego życia i jego urodę, że uciekła od uroku jedynego dla siebie, rósł i bolał żal do ludzi, ironja i gorycz zalewała pesymizmem wiarę w ludzką szczerość i sympatję. Męką była dla niej podróż w towarzystwie tych pań. W chwilach nudy, krańcowego upadku sił do czczej gawędy, zanurzała twarz w storczykach, pijąc z nich moc do życia, do walki. Tchnąc w ich kielichy tęsknotę swoją i miłość, szeptała w duchu do ich przeczystej bieli:
— Zamykacie w sobie tajemnicę moją. Strzeżcie jej zazdrośnie, ukrywajcie, niech jej brud ludzki nie dosięgnie. Niech ona pozostanie w uroku swym owiana nimbem czaru. Nie rzucę jej w koryto ludzkiego żeru, nie zmieszam z ludzką wstrętną śliną. Nie. Za wielkaś dla mnie, tajemnico moja, za święta, za droga, by ją ludzie poznali. A gdy o niej kiedy usłyszą, niech to nastąpi wtedy, gdy już sprofanować jej nie potrafią.
Po powrocie do Warowni Elża wpadła w stan okropny. Przeżyty wstrząs duchowy wywołał rozstrój nerwów, grożący neurastenją. Zupełna apatja młodej kobiety, zanik sił, tak zwykle żywotnych, przerażał starych Burbów, lecz nie mogli już tłumaczyć tego tęsknotą za Tomkiem, czuli, że jest coś, co podkopuje szczęście Tomka i rujnuje spokój Elży. Jej nagły powrót z Warszawy zdumiał wszystkich, najwięcej Uniewicza, który tego zrozumieć niemógł. Tłumaczenie się Elży chorobą nie trafiło do przekonania pana Mela.
I wlokły się znowu miesiące bezdennie smutne, głuche. Wszyscy oczekiwali powrotu Tomka z upragnieniem, Elża z trwogą i dreszczem lęku. Cały wolny czas od zajęć swych, poświęcanych kursom dla ludu, Elża spędzała na pisaniu wierszy, nowel, wspomnień i listów do Artura, z których ani jednego nie wysłała. Dovencourt nie pisał również. Elża czuła, że ucieczką swoją dotknęła go zbyt boleśnie i że raz na zawsze odebrała mu wszelką nadzieję. Gnębiło ją przykre nad wyraz uczucie wstydu z powodu tej ucieczki, rozumiejąc jednocześnie, że to był jedyny ratunek. Milczenie Artura Elża uważała za zupełnie naturalne; ale było jej smutno, strasznie, bezdennie smutno, jak po zgonie najdroższej osoby. Nieustanna myśl o Arturze wyprowadzała ją z równowagi. Pragnęła całą siłą woli wyrwać z duszy tę miłość ogromną, wyszarpnąć ją z serca ale, pomimo najszczerszych wysiłków, Artur trwał i olbrzymiał i potężniał i zabierał coraz despotyczniej całe jej jestestwo pod swój wpływ. Te walki duchowe zaczęły przeistaczać naturę Elży znamiennie. Pesymizm jej rósł, wiara we własny fatalizm nabierała mocy, zrodziła się gwałtowna niechęć do życia i obojętność względem śmierci zupełna. Energja była złamana, osłabła wola i rzutkość natury. Elża przestała się modlić. Dawniej wierząca, teraz zobojętniała, ironizując z czczonych poprzednio dogmatów. Nie zdradziła się z tym głośno, ale czytała z przyjemnością dzieła skrajnych ateuszów, analizowała ich twierdzenia i, skłaniając się ku nim, czuła w sobie wyłom duchowy, czuła, że woła w niej głos jakiś nienaturalny, nie z jej jestestwa, ale głosowi temu poddawała się biernie, nawet często zapalnie. Gdy nadeszła wiosna i lato, Elża dnie spędzała w lesie z Kajtusiem i Murmyłą, improwizując sama dla siebie fantastyczne jakieś wizje, ciesząc się, że jest samotna, sam na sam z naturą. W takich momentach wypowiadała wszystka to, czem żyła jej dusza, co jej nasuwała tęsknota.

Pewnego dnia wrześniowego, w upalne południe, Elża bawiła w Pysznym Borze, zaszyta w głębi gąszczów, wśród iglastych wachlarzy jodeł i liści dębów. Kajtuś spał u jej nóg, Murmyła oganiał się od much i klapał zębami, łapiąc natrętne owady. Elża czytała głośno swój wiersz, pisany tejże nocy ołówkiem przy świetle księżyca.

Z nizin i pustki, z otchłani zwątpienia
W krainę marzeń wzlatam, duch skrzydlaty.
Czyny śnię wielkie i pragnę, by szczęście
Udziałem bytu mego było, wiosną życia,
By serce moje omdlałe i chore
I oczy łzami tęsknoty przyćmione
Uleczyć mogła światłość cud czyniąca...
Próżno mnie szatan, zaklęty w mą mękę
Na usta kładzie wyrazy bluźnierstwa —
Jam jednak zdolna zwalczyć ból i rozpacz
I pójść przez piekło najkrwawszych zawodów
W przestrzeń, na szczyty, gdzie słońce i gwiazdy
Królują wespół z Panem nieb i ziemi...
Boże! wzywałam Cię w modłach gorących
Lecz nie o promień łaski, miłosierdzia!
Ty wiesz, o Panie, żem dumna i pyszna
I zginać kolan w pokorze nie będę, —
Ja tylko, Boże, w obliczu Twej władzy
Szukam streszczenia swych marzeń i pragnę
Świątynię piękna, wesela i słońca
budować, wzniósłszy się lotem w wyżyny...
Lecz jeśli nie znasz zagadki dusz ludzkich
I szalejący w mej piersi huragan
Nie wnika burzą do Twego królestwa, —
Sama moc znajdę w ogromie tęsknoty
I czego pragnę dokonam, osiągnę!
A, gdy mnie wieczna pochłonie toń nocy,
Zgasnę, przeminę, wiedząc, iżem żyła...

Ostatnie słowa wypowiedziała z zapałem, ale i z okropnym szlochem wewnętrznym. Upadła na trawę i łkanie rwało jej piersi, łzy gradem gorącym płynęły z oczu, głosem pełnym bólu żaliła się.
— Nic już przedemną! poza mną były marzenia, nadzieje, złudy, przedemną nic, nic, pustka okrutna i droga obowiązku, sucha, zimna, ciężka. Poza mną Artur, przedemną Tomasz. Chryste! czy wytrwam, czy zdołam wytrwać?... A moje ideały, tęsknoty, moje pragnienia? porzucę je raz na zawsze, zostanie pustka w duszy — nie, zostanie miłość dla dzieci... Tomasza, zostanie wierność dla męża, cnota niewieścia, obowiązek gospodyni domu, obywatelki, Polki, ha ha!... toż to szczytne posłannictwo czcigodne, można się zasłużyć społeczeństwu, jako matrona, cnotliwa niewiasta, działaczka. Ach, Boże, Boże, Boże!... czemuż mnie to nie porywa, czemu te zaszczyty nie mają dla mnie powabu, uroku, czemuż wieje na mnie od nich lodowy wiatr, mróz przenika na samą myśl, że ja w ten czcigodny, dostojny, praktyczny sad wejdę, że stanę się jedną płonką, rodzącą i tworzącą dla kraju. Tworzącą co?... szlachetne czyny obywatelskie i... słodkie placki z rodzynkami i... baby. Stara Burbina słynie ze swych bab, a młoda zasłynie z placków. Ha! ha! ha! Per Bacco! jak mówi Artur, przecie ja wierzę w swoją własną moc, „i czego pragnę dokonam, osiągnę” — ha! ha! spełnię obowiązki żony, matki, gospodyni, wypiekającej placki, smażącej konfitury, robiącej na drutach spencerki dla wiejskich dzieci, urządzającej wieprza con amore, „a gdy mię wieczna pochłonie toń nocy, zgasnę przeminę, wiedząc, iżem żyła” ha! ha! tak, wiedząc, iżem żyła w czeladnej, w kuchni, przy garnkach, w spiżarni, przy kołyskach. Ach, ach, życie czcigodne, bogobojne, jakieś ty wstrętne dla mnie, jakieś ty potworne. Czy ja wytrwam na stanowisku, czy mnie siła buntu mego nie uniesie na manowce, nad przepaście nawet, byle uciec z tych, szanownych ram, z tego, z tego więzienia!...
Zimny podmuch przewiał nad nią, lecz nagle gorąca fala uderzyła w jej serce.
— Więzienia? któż to cię uwiązał, kto cię skuł... jesteś wolna jeszcze. Leć, leć tam, do światła, do słońca do... niego. On cię wyratuje, on miast więzienia roztoczy przed tobą przestrzeń szeroką, podniebną, nadgwiezdną. Tam leć!
I znowu ten podmuch, mrożący w niej krew.
— Nie mogę, nie mogę. Nie mogę! Spaliłam za sobą wszystko piękno i wszystek czar, ideały, marzenia, nadzieję odtrąciłam, wszystko zrujnowałam. Gdybyż i tęsknota skonała w mej duszy, gdybyż i ona znikła na wieki. Gdyby życie całe i przyszła starość wolną już była od tęsknoty, a więc i od wspomnień. Niech pamięć zamrze, niech zginie, ale czy zginie?...
O Boże, czy iść za głosem Twoim i żyć tu, wśród tej puszczy, wśród grobów moich wspomnień, czy... iść za podszeptem szatana i zerwać wszystko i dążyć do... Artura. Złamać zobowiązania, zlekceważyć godność cnoty, sumienia i biedź tam, do szczęścia, do światła. Sybarytyzm, egoizm, pikureizm! A któryż to jest głos Boży, a któryż podszept szatana, kiedyż byt mój byłby czysty, święty, a kiedyż grzeszny... Ha!... wieczna zagadka! Jedna strona karty zapisana z — głoskami obowiązku, altruizmu — lecz odwrócić kartę — sybarytyzm, egoizm, epikureizm i... szczęście i miłość i czar. — Szczęście... miłość... czar! wszak to są chyba największe powaby życia, najistotniejsze postulaty ludzkie. Czyżby one były podszeptem szatana? Więc Tomka uszczęśliwić, a tamtego złamać... za co?!... Tamtemu nigdy nic nie obiecywałaś, a tego łudzisz już tyle lat — szeptało sumienie.
Elża zadrżała.
— Tak łudzę go, ale i sama się łudziłam, pchnął mnie w jego ramiona szał jakiś, który wzięłam za miłość, więc nie tylko Tomka, ale i siebie oszukałam bezwiednie. Teraz trzeba znosić następstwa i krótką chwilę szału okupić męką całego życia, Tak być powinno, tak trzeba.
Wróciła z lasu do Warowni. Zbliżając się, patrzała z jakimś dziwnym bólem na domostwo szare, spiętrzone, ogromne.
— Tu więc, w tych ścianach przeznaczone mi jest spędzić życie.
I wydał jej się ten gmach dziwnie ponury, smutny, jak grób. A przecież było tu tak wesoło, tak nawet uroczo. Dokoła pachniały jesienne kwiaty, ostatnie wiązy, już w złoto-rdzawych koronach, szumiały potężnie. Z okna Elży wiatr jesienny wywiewał firanki, jak białe skrzydła gołębie, na gzymsach okien i dachu świergotały jaskółki, świecąc granatowym aksamitem piór i białym atłasem żabotów.
Wtem Elża stanęła, zdawało jej się, że w jej oknie zamajaczyła jakaś postać. Uczuła dreszcz, który się zjawia często razem z nagłym przeczuciem.
— Tomek przyjechał.
Wchodziła do domu prawie pewna, że on jest. Ujrzała w przedpokoju jego czapkę i szynel. Uczuła chłód, uderzył ją nieprzyjemnie mrok wielkiej sieni. Bez żadnego wyraźnego uczucia, głucha i bierna szła do swego pokoju. Otworzyła drzwi. Tomek Burba siedział przy jej biureczku, piecami do niej, zgarbiony, trzymając w ręku coś, czemu się przyglądał uważnie. Elża obrzuciła wzrokiem przedmioty na biurku, brakło karty, wyobrażającej popiersie mężczyzny w fantastycznej łunie światła, który rysami twarzy, wyrazem oczu i wykwintnym układem postaci przypominał Elży Artura. Górska widziała, jak ramka z kartą drży w ręku Tomasza. Zamknęła drzwi z hałasem. Tomasz obejrzał się, szybko powstał, kładąc ramkę na biurko. Elża zbliżyła się, blada, zmieniona, on także dość sztywny. Ale, gdy ujął jej ręce, zapłonął.
— Elżuśka!
Wtulił twarz w jej dłonie, całował je, pieścił, wziął ją w ramiona i przygarnął do siebie. Zaczynał się zapalać jej poddaństwem, nie rozumiejąc bierności; nagłe ochłódł, odsunął ją od siebie i wskazał na kartę. Spytał sucho:
— Kto to jest?
— Przecie widzisz, fantazja.
— I stoi na biurku w ramce.
— Lubię tę kartę, jest piękna.
— I ten typ lubisz, prawda?
— Tak.
— Typ, któremu bardzo do twarzy byłoby w... liberji, więcej niż z teką dyplomatyczną — zgrzytnął.
Elża zawrzała, lecz powściągnęła się całą mocą.
— Czy ta karta... piękna, koniecznie ma stać na twoim biurku?
— Jak chcesz.
— Może ona ci daje natchnienie, może znowu piszesz coś o... Warskim.
— Nie piszę nic.
W takim razie pozwolisz, że ją stąd zabiorę.
— Mogę ci zrobić jeszcze większą przyjemność.
Mówiąc to, Elża szybko wyjęła kartę z ramy i wolno, spokojnie podarła ją na strzępy.
Burba zarumienił się, doznał przykrego uczucia wstydu, zimna twarz Elży była dla niego wyrzutem.
Gorska zrozumiała jego milczenie, pomimo wzburzenia i obrazy pożałowała go. Zaczęła mówić o czym innym, zarzuciła go pytaniami. Tomasz był strapiony, Elża zmuszała się zwycięsko do swobody. Gdy usłyszeli kroki za drzwiami, Tomasz szybko ucałował jej rękę.
— Przepraszam cię, Elżuśka.
— Nie mówmy o tem — przerwała, bojąc się wybuchnąć.
Wzbierała w niej niechęć do Tomka, chociaż odczuła dobrze powód zironizowania przez Tomka postaci na karcie, jednak to ją do niego zraziło.
Małostkowa zemsta Tomka nad podobizną człowieka, w którym przeczuwał rywala, odniosła skutek dla Tomka najgorszy. I on zrozumiał, że ustępstwo Elży nie jest jego zwycięstwem. Wydał się sam sobie śmiesznym.
Młody Burba przyjechał na miesięczny urlop. Zaczęto poważnie myśleć o ślubie. Elża nie sprzeciwiała się projektom Burbów, ale ślub odłożyła stanowczo na zimę, na wszelkie zaś wymówki została obojętną.
Stosunek z Tomkiem wikłał się ciągle, brakło szczerości w obcowaniu ich wzajemnym. Tomasz wmawiał w siebie, że tego nie widzi, ale chłód Elży onieśmielał go i niesłychanie dręczył. Za nic jednak nie chciał wyjaśnić sytuacji. Bał się wyniku. Gdy oszalały, pijany uczuciem, pieścił ręce narzeczonej, chwytał ją w ramiona, miał zawsze wrażenie bolesne nad wyraz, że ona się na te pieszczoty wstrząsa, że odsuwa go od siebie całą swą istotą, że tylko nie chce okazać tego jawnie przez delikatność, czy jakie inne skrupuły. Tak wyraźnie i kategorycznie unikała jego pieszczot, iż doszło do tego, że ją tylko w ręce całował i to nie zawsze. Tomek burzył się, wybuchał, wymawiał Elży jej chłód, kilka razy chciał już z nią poważnie porozmawiać, ale gdy ją ujrzał, chwytał go lęk zabobonny, jakby przeczucie, że wszystko runie, że nastąpi katastrofa, niszcząca całe szczęście jego, przyszłość wytęsknioną z tą ukochaną kobietą i przeszłość, która w poczęciu swym, należała do niego. Gdy Elża kryła się w swoim pokoju, nazywanym „jej światem“, pod pozorem pisania i pracy, Tomek warjował z męki, nudów i złych przeczuć. Wyruszał wtedy konno do lasów, błądząc w nich często do późna.
Pewnego dnia wracał wieczorem przez bór. Księżyc wypłyną z poza ciemnych koron jodeł i rzucił srebrno-błękitne subtelne światło na polankę, wyglądającą wśród żółknących drzew, jak źrenica oka, nad którą uniosły się opiekuńcze rzęsy. Cicho było w borze, tylko cykały koniki polne i gdzieś z daleka krzyczały derkacze. Słodycz syta, jesienna, rozlana dokoła, podziałała na tęskną, spragnioną duszę Tomka. Jakieś rzewne uczucie napełniło mu serce. Skoczył z konia, przywiązał go do drzewa i, odszedłszy kilkanaście kroków, upadł w trawę nawznak, podłożywszy ręce pod głowę. Nagle przypomniał sobie łąkę warowniecką, zalaną księżycem, Elżę wśród traw i kwiatów i siebie przy niej. Kiedy to było... Już trzy lata przeszło. Jakie to przecudne wspomnienie, jakie to były szczęśliwe chwile w jego życiu. Ona wtedy tak gorąco, tak żywiołowo przyjmowała jego pieszczoty... Zatrząsł się na to wspomnienie, dreszcze namiętne oblały go żarem, wyciągnął się jak długi, — palił go ogień pożądania i miłosnej tęsknoty.
— Gdyby ona była tu ze mną... teraz — rwał się w jego piersiach spazm rozkoszny. Jakieś czerwone motyle jęły mu latać przed oczami, pulsy biły w rozpalonych skroniach jak młoty, w ustach miał żar, dyszał pragnieniem. Młoda, silna jego natura wrzała jak wulkan przed wybuchem. Myśli mętne tłoczyły się w mózgu.
...Elża z nim, tu, w tej ciszy leśnej, w tej srebrni księżyca, ona tu przy nim, cała biała, olśniewająco biała, jej usta palą się żywą krwią, oczy jej błyszczą, jak przyćmione mgłą błędne ogniki, tyle w nich złotych iskier pożądania, jej biała szyja pulsuje, jej piersi... Tomek zadrżał i jęknął... jej piersi osrebrzą księżyc, rzuca na nie opalowe-błękitne światło.
Tomek zerwał się, wyobraźnia go unosiła, krew wartka rozszalała się w nim. Wstał i przeciągnął ramiona osłabłe, ułożył usta w znak jej imienia, gdy nagle naprzeciw ujrzał białą postać niewieścią, wypływającą z cienia drzew, jak zjawisko.
— Elża, na Boga, to ona! — zaszumiało mu w głowie — to ona idzie do mnie, najmilsza, upragniona.
Rzucił się ku niej i stanął — zdumiony. Poznał Karolcię Słupską. Była podobna do obłoku, który spadł z nieba, pociągając za sobą smugę błękitu. Usta jej, jak płatki maków kraśnych, drżały od wewnętrznej jakiejś burzy, pierś odkryta z pod białej peleryny i płóciennego szlafroczka, falowała szybko, na długich rzęsach perliły się łzy. Patrzała w oczy Tomasza z bezgraniczną wiernością i przywiązaniem niewolniczym.
W Tomaszu skłębiły się uczucia. Po zdumieniu i przykrym zawodzie nastąpił gniew, że zamiast tamtej upragnionej spotyka tę... już zapomnianą, tę dziewczynę, którą oddalił od siebie przed trzema laty aktem swoich zaręczyn z Elżą. Czyż ta cudnie rozwinięta kobieta — to ta sama skromna leśniczanka?
Długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tomek nagie otrzeźwiał, podniósł rękę do czapki i cofnął się w tył, ale Karolcia szybko i zwinnie uklękła przed nim, oplatając ramionami jego kolana. Mężczyzna szarpnął się, lecz ręce dziewczyny trzymały go mocno, a głos słodki, przesiąkły łzami, zaszeptał gorąco:
— Panie mój najmilszy, królu mój złocisty, nie odchodź, nie odchodź. Jam twoja sługa wierna jak pies, ja ciebie, panie, miłuję jednakowo teraz jak i dawniej, ja ginę dla ciebie, panie mój cudny, królu mój piękny, jam twoja wierna Karolcia, do śmierci, do śmierci. Rób ze mną, panie, co chcesz, zabij, ale nie odpędzaj mnie od siebie, nie odchodź.
Podniosła twarz zalaną łzami i patrzała na niego wzrokiem tak pełnym miłości i poddaństwa, tyle czaru było w tych jej błękitnych, jak wielkie bławaty zroszone rosą, łez, oczach, tyle słodyczy, błagania, zachwytu i bólu i męki zarazem, że Burba nie miał siły jej odepchnąć od siebie; rozrzewnienie wzięło nad nim górę. Pochylił się ku niej nizko i chciał ją unieść z ziemi.
— Panno Karolino, proszę wstać. Co pani robi. Proszę, proszę wstać.
A ona chwyciła jego ręce i jęła je okrywać żarliwemi pocałunkami. Czuł jej usta rozpalone na dłoni i wilgoć łez, czad jakiś niebezpieczny buchał płomieniem od tej dziewczyny i mącił mu umysł, zabijał wolę, podniecał. Karolcia odczuła to po drżeniu jego rąk, zerwała się gwałtownie z kolan i całą figurą upadła na jego piersi, przylgnęła do niego, ramionami oplotła jego szyję, parzącym oddechem oblewała mu twarz.
— Kocham, kocham, szaleję z miłości, panie mój, zabij, ale nie odpychaj!
— Panno Karolino...
— Nie jestem żadną panną, jestem twoją Karolką, twoją sługą...
Bronił się coraz słabiej, bo ogarniał go szał zmysłów, ta dziewczyna burzyła w nim krew, razjątrzała namiętność jego, targała nerwy. Naraz uczuł na swych ustach płomienie jej warg, wpiła się w niego, wessała i, gnąc się w tył z jękiem rozkoszy, pociągnęła go za sobą. Owiały go jej miękkie, jasne włosy, zapach ciała uderzał go jak wino, huczało mu w mózgu, trząsł się cały, dygotał jak w ataku febry i... stracił przytomność. Wydało mu się nagle, że Elżę trzyma w ramionach, że to ona go całuje w usta, że on z nią szaleje. Ogarnął go wicher pożądania nieokiełznanego. Zgniótł Karolcię w uścisku potężnym, uniósł nad ziemię i zaczął oddawać jej pocałunki z jakąś straszną, okrutną pasją. Dziewczyna krzyknęła głucho, wijąc się z rozkoszy. Zdarł jej płótno z ramion, nie broniła mu. sama rozszalała do utraty zmysłów.
— Królu mój złocisty....
Tomasz drgnął i oprzytomniał w jednej chwili; puścił Karolcię i ręce podniósł do czoła. Zlane było ukropem potu. Zdławił go wstyd i żal.
— Czemuś przemówiła? — szepnął z wyrzutem bezwiednie prawie.
Ale ona go nie zrozumiała, rzuciła się znowu na niego, choć ją odsuwał. Prosiła go, zaklinając z płaczem, błagała, by ją wysłuchał, aby ją nie odtrącał, aby pozwolił jej widywać go choć czasem tu w lesie, gdzie ich nikt nie spotka. Że ona za miesiąc jedzie jako sanitarjuszka na front, że będzie szukać śmierci, bo nie żyć jej bez niego i zresztą nie chce doczekać się jego ślubu. Więc prosi go prawie modlitwą, aby darował jej kilka chwil szczęścia, że nic więcej nie chce, jak tylko porozmawiać z nim czasem, głos jego usłyszeć i w oczy mu patrzeć.
Tomek zmęczony całą tą sceną obiecał, trochę z wyczerpania nerwów, trochę ze wzruszenia a trochę przez delikatność dla kobiety i z podziwu nad jej urodą. Miłość jej działała na niego podniecająco. Odjechał wzburzony do dna duszy, przyrzekając sobie solennie więcej Karolci nie widzieć.
Na drugi dzień udał, że jest chory, nie wychodził ze swego pokoju.
Bał się spojrzeć w oczy Elży. Gdy zaś ona z panią Urszulą szła go odwiedzić, udawał, jak uczeń rozkapryszony, że śpi. Zaniepokoiło to Burbinę, chciała posyłać po lekarza, lecz pan Mel, domyślając się psychicznych powodów tej niedyspozycji Tomka, prosił, aby go zostawić przedewszystkiem w spokoju, gdyż organizm nadszarpnięty na wojnie dopomina się o swe prawa.
Tomasz Uniewicza nie wtajemniczał po dawnemu w swoje sprawy, czuł w nim także pewną zmianę w stosunku do siebie, jakąś sztywność, zręcznie ukrywaną, która ich obu krępowała.
Drażniły Tomasza rozmowy Elży z Uniewiczem i dysputy wyczerpujące, takie, że on nie mógł do nich należeć, gdyż tematy były mu za mało znane, lub zupełnie obce. Zamiłowanie Elży do tych rozmów sprawiało mu głęboką przykrość. Zdawało mu się, że o ile Elża kocha go prawdziwie, powinna unikać tego, co go od niej usuwa zasadniczo, powinna znać stopień jego wykształcenia i intelektu i nie narażać go na upokarzającą rolę niemego słuchacza. Gdy jednakże Elża, spostrzegłszy się czasem, zwracała nagle rozmowę w kierunku przystępniejszym, było mu tymbardziej przykro.
Zazdrościł Uniewiczowi, że mówi biegle po francusku, że grywa z Elżą na cztery ręce, zły był nawet za przyjaźń pana Mela dla Elży, gdyż wydawała mu się zbyt żywą i zbyt pełną uwielbienia. Wszystko to wpłynęło na znaczne ochłodzenie stosunku wzajemnego obu przyjaciół, ze ścisłem zachowaniem dawnych pozorów.
O spotkaniu z Karoliną Uniewicz nie wiedział, Tomek zaś, uspokoiwszy się, oddalał od siebie myśl o tej dziewczynie, lecz rozdrażnione pragnienia przywoływały ją często, nasuwając wizje rozkoszne, jakkolwiek bez uczuciowego tła, poprostu fizjologicznie potrzebne dla głodnych zmysłów.
Tomasz pożądał Elży tymbardziej, im częściej przypominał sobie scenę z Karolcią, ale obojętność narzeczonej, niekiedy nawet chłód jej i wyraźna niechęć do najniewinniejszych pieszczot, mroziła Tomka, wywołując porównanie uczuć Elży do miłości tamtej dziewczyny. Porównanie wychodziło na korzyść Karolci.
— Zimna analityczka, bez krwi, bez temperamentu, filozofka — jątrzył się Tomek na narzeczoną i wnet sam sobie przeczył, przypominając dawną Elżę, jej zapał, jej żywiołowość, jej żar płomienny w pierwszych czasach narzeczeństwa. A jej szaleństwo na łące wówczas przy księżycu... Toż to był żywy ogień, ale i wtedy coś się w niej nagle zmieniło, gdy stał się zbyt zuchwałym. Jeden moment i odrazu ostygła; pamiętał dobrze tę chwilę i słowa Elży. Czy nie od tej prawie sceny datuje się pewien przełom w jej zachowaniu się — myślał Tomasz. A Karolina, przez tyle lat oddana mu wiernie, czeka tylko jego skinienia, Namiętność leśniczanki budziła w nim dreszcz straszliwych żądz, unosiły go dzikie pragnienia. Elża onieśmielała go, ziębiła swą obojętnością, Karolcia rwała się ku niemu wrzątkiem całej natury swojej, łaknącej jego pieszczot, jego posiadania. Ta usuwała się,przebywając najczęściej u siebie ze swemi książkami i zeszytami, tamta wyczekiwała na niego w chłodzie jesiennym i nocą w lesie, by mu oddać bez zastrzeżeń dziewiczość swoją, urodę i miłość wielką, ślepą na wszystkie względy, głuchą na następstwa.
Rozmyślając tak pewnego wieczora, zmrożony nowym dowodem chłodu Elży, Tomasz odruchowo prawie, trochę biernie, pojechał konno na znajomą polankę w lesie. Nie omylił się. Karolcia czekała na niego. Upadła mu do nóg, jak przy pierwszym spotkaniu, nie czyniła mu żadnych wymówek, przyznając się, że czeka tu na niego codziennie prawie do świtu, dziękowała mu tylko z takim ciepłym promieniem w oczach, garnęła się do niego pożądliwie, a cicho, jednak z kokieterją zupełnie nową u niej, którą Tomek odczuł. Zauważył w niej, prócz rozkwitłej bujnie urody, duże zmiany. Dawna lękliwa Karolcia, potulna z natury i nieświadoma swych wdzięków, zmieniła się w kobietę pewną siebie, ufną w swój czar zmysłowy i zręcznie wyzyskującą go dla ukochanego. Snadź bytność w Kijowie paroletnia wyszkoliła ją w tym zakresie, a pochlebstwa męskie, niewykwintne w tej sferze, ale zapewne jaskrawe, nauczyły ją zalotności i różnych sposobów przywabiania mężczyzn. Sposoby były dość pospolite, wywołujące uśmiech pobłażliwy nawet na ustach Tomka, nie zaliczającego się do smakoszów wytwornej kokieterji, ale sama mistrzyni była niezwykle powabna, wzbudzająca apetyt szczery, nawet niecierpliwy. Był to pyszny typ na świetną kurtyzanę w przyszłości. Tomek widział to, rozumiał i zdumiewał się, niemniej jednak poddawał się pod jej wpływ, działała na niego.
Siedzieli w cieniu wielkiej jodły, zasnuci baldachimem gałęzi Karolcia mówiła mu ciągle o swej miłości, tęsknocie za nim o złamanym życiu i wiecznej już niedoli. Gdybyż choć o niego była spokojna, że on będzie szczęśliwy, ale... Umilkła z ciężkim westchnieniem, zawieszając niedokończone zdanie w powietrzu. Tomek wzdrygnął się i ostygł wyraźnie. Więc Karolcia prędko radziła się go, co ma teraz zrobić i czem życie stargane zapełnić. A gdy jej przypomniał, że ma wszakże iść na sanitarjuszkę, zająknęła się i dodała spiesznie, że przecież wojna się kiedyś skończy, a chociaż ona pragnie śmierci, jednak sanitarjuszka to nie żołnierz na froncie, jeśli zatem nie zginie, co wtedy?..
— Wyjdziesz za mąż — rzekł Tomek, powracając mimowoli do dawnej formy nazywania.
Dziewczyna upadła twarzą na jego kolana, płakała z radości, że on ją znowu, jak swoją nazywa, że tak być powinno, bo ona chce być jego sługą, bo on może z nią zrobić wszystko, nawet zabić. I tak płacząc i zaklinając się, wczołgała się całym ciałem na jego kolana, zwinęła się jak wąż, przywarła do niego, otaczając go mocno ramionami. Białe jakieś batysty usunęły się z niej głęboko, rozplotły włosy, cisnęła się do niego tak zaborczo i namiętnie, że Burba ledwie głowy nie stracił.
Jednakże wspomnienie Elży oderwało go znowu od Słupskiej. Uciekł, przeklinając siebie, swoje zmysły i Karolcię.
— Szelma dziewczyna! co się z nią zrobiło. Nie na sanitarjuszkę dla chorych, ale na uciechę dla oficerów pójdzie.
Zaczął przemawiać w duchu do narzeczonej.
— Elżuś moja, wybacz, jestem łotr, ale to wybryki zmysłów, to nie moja dusza; dusza, serce tobie na wieki oddane.
Powróciwszy, stał pod oknem Elży i modlił się do niej.
Nazajutrz Tomek był wyjątkowo czuły, Elża chłodna i dziwnie zmieniona. Śnił się jej Dovencourt w jakichś odmętach brudnych fal, borykający się z potworami morskiemi. Oplotły go wielkie ośmiornice-głowonogi, on je zwalczał a nowe macki, jak baty, wysuwały się z morza, chwytając go wpół. Twarz Artura była zimna, lecz niezłomna w energji, zacięta wola i siła zastygła zda się na niej. Na jego piersiach widziała swoją fotografję, zdjętą w jego Kodak, w La Turbie.
Gorska nie mogła zapomnieć tego snu. Straszny niepokój nią targał o Artura.
— Może zginął na pancerniku. Boże, zmiłuj się nad nim i nade mną.
Czułości Tomka drażniły ją wyjątkowo; doszło do sprzeczki odrazu ostrej, bo oboje nie mogli dłużej panować nad sobą.
— Zawsze chcesz być królewną dla mnie łaskawą, lub nie — zawołał Burba.
Elża przerwała wreszcie potok wyrzutów narzeczonego, zamknęła się w swoim pokoju; Burba pojechał do lasu i... spotkał Karolcię. Ale tym razem wyśledził go Uniewicz. Wiedząc o sprzeczce, bał się o Tomka, gdyż Burba dosiadał konia z jakimś okropnym wyrazem złego w twarzy.
— Ten warjat wreszcie sobie co zrobi — pomyślał pan Mel i ruszył za śladem w głąb boru. Długo błądził, nie chcąc spotkać Tomka. O grubym już zmroku ujrzał z daleka leśniczego Słupskiego, który skradał się pomiędzy drzewami.
— Poluje jucha na upatrzonego. Na kłusowników narzeka, a sam pierwszy.“
Było już zupełnie ciemno, Pan Mel postanowił wracać do domu, niespokojny bardzo o Tomka. Bał się nawet, że sam zabłądził, szedł wolno, rozglądając się uważnie. Maszerował tak już zbyt długo, gdy wtem usłyszał nagle chrobot jakiś szczególny, chrzęst i jakby żucie potężnych szczęk.
— Łoś, albo jeleń w haszczach — pomyślał.
Jeszcze parę kroków i ujrzał w ciemnościach duże zwierzę z pochylonym łbem ku ziemi. Żuło trawę.
— Co u licha! Co to jest?
Podszedł bliżej, włosy zjeżyły mu się na głowie; poznał chrzęst uzdeczki i dźwięczenie wędzidła.
— To koń Tomka.
Był już przy wierzchowcu. Ataman drgnął, ale wnet parsknął porozumiewawczo i na nowo zabrał się do trawy.
Uniewicz obmacał go uważnie, stwierdził, że jest przywiązany.
— Gdzież Tomek?..
Mrowie przeszło go po ciele, targnął nim straszliwy lęk o przyjaciela, chciał krzyknąć, lecz się instyktownie powstrzymał, bo oto usłyszał znowu cichy jęk, jakiś dziwny w brzmieniu. Uniewicza oblał zimny pot przerażenia. Wtem spazmatyczny, łkający śmiech, kobiecy przeszył ciszę leśną.
Pan Mel zdrętwiał, stał przykuty do miejsca.
— Całuj... całuj... jesz... cze — głośny szept, znowu śmiech straszny, dziki, namiętny jakiś, bestjalski, śmiech samicy rozjuszonej.
— Cicho... Karolka! nie krzycz tak, sprowadzisz tu kogo — szeptał stłumiony głos męski.
Uniewicz poznał i oparł się ciężko o drzewo. Nie miał sil do ucieczki, nie chciał, by go wykryto, pragnął wsiąknąć w drzewo, zapaść w ziemię.
Słyszał pocałunki i znowu szept kobiecy.
— Bierz mnie, jam przecie twoja, chcę ciebie i ty mnie chcesz, czyś ty nie mężczyzna, panie mój. Przecie widzisz, jam ci nie oporna, ja mdleję... mdleję...
— Nie kuś mnie ty... nie można — odburknął Tomek.
Uniewicz odetchnął.
— Bogu chwała!
Szeptali coś jeszcze, ona prosiła pieszczotliwie, on się bronił słabo, wreszcie pan Mel usłyszał szybkie kroki Burby. Prędko usunął się w bok za drzewo. Tomek zdyszany dopadł konia i wskoczył na siodło.
— Boże mój, Boże!... — jęknął cicho, ale tyle było wyłącznego wyrazu w tym szepcie, taki ból i żal, że Uniewicz wszystko pojął, wszystko zgłębił.
Gdy Burba odjechał, Uniewiczowi zdawało się, że słyszy znowu jakieś szepty w tej samej stronie co poprzednio.
— Co u djabła!
Wytłomaczył to sobie następstwem przeczulonego słuchu i ruszył w kierunku Warowni, gdyż po polance zorjentował się w miejscowości. Ale wkrótce potem zastanowiło go ciężkie stąpanie kroków. Przyczajony czekał. Mignęła wśród drzewa czarna postać tęgiego mężczyzny, rozległo się wesołe gwizdanie. Szedł Słupski.
— Aha!... i przedtem go spotkałem, ana!... rozumiem! Powtarza się historja zamku Wileńskiego z czarnym i rudym Radziwiłłem, tylko z tą różnicą, że tu zdaje się i bohaterka wmieszana do intrygi; te drugie szepty może to i nie było złudzenie. Tfu! kanalje!
Uniewicz zamyślił się poważnie. Psychologję Tomka i Elży znał dobrze. Ona była już dawno zbyt wyraźna, on zaczynał pozbywać się swych złudzeń i to go wykoleiło z równowagi duchowej, podczas gdy obcowanie z narzeczoną działało drażniąco na jego bujną naturę i wprowadziło go w stan niemal chorobliwy.
— Skorzysta z tego ten pająk leśny i ta ćma. Sieci rozciągnięte.
Jeszcze nie wpadł w nie dzięki Bogu, ale to była jego ostatnia ucieczka — kombinował pan Mel. Nie tylko poznał to po Tomku, ale i odczuł w gwizdaniu Słupskiego.
Ścisnął zęby z wściekłości, wyrzucił przekleństwo z wzburzonej piersi i znowu szukał ratunku dla przyjaciela. Sprawa była trudna, skomplikowana, ale pan Mel zawziął się. Po długich namysłach doszedł do wniosku, że ocalenie Tomka zależy od Elży i jest w jej ręku. Ona powinna wszystko wiedzieć i niech się to ostatecznie rozstrzygnie.
Miotały nim uczucia bardzo szczególne: obawy o Elżę i o Tomka zarazem. Bał się finału, ale rozumiał, że jest on już niezbędny, nawet konieczny.

VII.

Trudną była rozmowa Uniewicza z Górską, ciężka nad wyraz dla niego, kłopotliwa dla niej, ale pan Mel nie zawiódł się w przekonaniu swoim o Elży. Z wypiekami na twarzy, wzburzona, lecz panująca nad sobą, podała rękę przyjacielowi serdecznie.
— Prószę być spokojnym, ocalę Tomka.
W jej głosie była jakaś głucha nuta, może tłumiąca jęk duszy.
Uniewicza zdławił żal.
— Pani droga, wszak tu i o panią chodzi.
— Proszę być spokojnym — powtórzyła ciszej — ja jestem zdecydowana i pogrążyć Tomka nie chcę, bo on mnie kocha.
— Tak pani, tak, on panią kocha szalenie i dla tego tylko może go spotkać nieszczęście.
— Ja tego nie rozumiem, przyznaję, może sądzę po kobiecemu, ale staram się odczuć, tłomaczę Tomka i ratuję go.
— To tylko od pani zależy.
— Wiem, wszystko to moja wina.
Uniewiczowi zdawało się, że była w tych słowach odrobina ironji, ale może więcej bólu. Ucałował jej ręce ze szczerym współczuciem, co Elżę dotknęło niemile.
Wysunęła ręce nerwowo z jego uścisku i zawołała żywo:
— Pan lituje się nade mną niesłusznie, na litość zasługuje ten, kto nie ma woli i ten, kto, patrząc na przedmiot czarny, wmawia w siebie, że jest biały i ten, kto jest jak dziecko, które gryzie kamyk, myśląc, że to czekolada i beczy, że twarde, niesłodkie i...
Nagle Gorska wpatrzyła się w twarz Uniewicza, myśl poważna skupiła jej brwi na czole, rysując na nim bruzdę głęboką. Policzki kobiety zabarwiły się jaskrawym rumieńcem, w oczach mignął wstyd. Rzekła ciszej z goryczą:
— Ma pan rację, tak, i ja zasługuję na litość, więcej niż on — dodała szeptem i prędko odeszła.
Pan Mel uczuł dziwne ściśnięcia serca, zapiekły mu źrenice i zwilgotniały, co wydało mu się niezwykłem. Długo ze zwieszoną głową rozmyślał. Elża zaś czyniła sobie bolesne wyrzuty.
— Tomek przeze mnie traci władzę nad sobą i może wpaść w historję, która nas wszystkich pogrąży, tamta dziewczyna padnie ofiarą także przeze mnie, bo przecież bezczelne plany jej ojca w żadnym razie celu nie osiągną.
Elża nie chciała wierzyć, aby Karolcia mogła być taką Messaliną, za jaką ją Uniewicz przedstawił. Ona kocha Tomka wiernie, zatem „oślepła i ogłuchła“, a jej ojciec czyha na Burbę, ponieważ ten podrażniony chłodem narzeczonej ha!... ha!... z rozpaczy idzie na wabika tamtej, miłującej go i oddanej bez zastrzeżeń ha!... ha!.., męska psychologja! — Zwierzęcość, zmysły i nic więcej. Miłość do mnie pcha go w ramiona tamtej — wstrząsała się Gorska, a jednak wierzyła, że Tomasz ją, i tylko ją kochał.
— Każdemu, kto mnie kocha, przynoszę nieszczęście, fatum za mną chodzi, moja tragiczna niańka od urodzenia mi wierna — rozgoryczała się Elża. Ale trzeba zdławić fatum, zniweczyć ten fatalizm prześladujący, nagiąć go do własnej woli. Samej dla siebie ukuć kajdany, bo wszakże przysłowie mówi: „każden jest kowalem własnego losu“. I ja się nim stanę dla siebie. A... mogłabym być złotnikiem swego losu — przeszyła mózg Elży myśl, jak lśnienie błyskawicy płomienna.
Kobieta przymknęła powieki, trwożna, błagająca modlitwa była w jej sercu i silny nakaz dla samej siebie: „zamykaj szczelnie drzwi do gmachu wspomnień, bacząc, by się doń marzenia i tęsknota nie wkradły”. Za tym nakazem nasunęła się uparta wizja cudu, snu, zachwytu, jaki mógł być jej udziałem... gdyby... i dewiza — „to co było cudną jawą i co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie“.
— To będzie tematem kiedyś mojej książki o nim w której on stanie się istotnym bohaterem złotego snu. Rzeczywistość nie dla mnie, pozostaje marzenie, ono będzie wieczną osłodą życia. A żyć jednak trzeba.
Elża porozumiała się z Tomkiem łatwo, nie tłomaczyła się ze swego postępowania, nic mu nadto nie obiecując, ale miłość Tomka niezmienna i głęboka podziałała na nią kojąco.
— Takie uczucie to już plus w życiu wielki, dla takiej miłości można dużo ustąpić z własnych pragnień — starała się wmówić usilnie, wpoić to w duszę swoją starganą.
Ale demon buntu odpowiadał jej natychmiast:
— Można, o ile w duszy nic innego nie tkwi, o ile w sercu głucho i pusto. Złoty, złoty sen duszy, cudowne marzenia serca, to dla ciebie jako promień przewodni życia, jako jego natchnienie, a życie samo... dla Tomka, dla jego szczęścia.
Zgrzytał śmiech jakiś, ironja i bunt niepokoił, ale Elża była już zahartowana duchowo. Zwalczyła się ostatecznie. Pozostał tylko ukryty w duchu trwożny lęk głuchy jak przeczucie, lęk nieokreślony, niepojęty, a ciągły niby tępy ból. Nurtował ją, dręczył i niezależny od niej nie dał się zwalczyć. Elża chciała zabić w sobie ten zew złowrogi, podniecała sztucznie energję swoją, zmusiła wolę do skierowania myśli w stronę Tomka. Pozornie stanowczość jej odnosiła skutek wyborny. Starzy Burbowie odetchnęli swobodnie, pełni nadziei w przyszłość syna. Tomasz żył szczęściem odzyskanym i nie rozpatrywał go, nie badał, wierzył w swoje „Słońce Życia“, jak nazywał narzeczoną, pragnął być wyrozumiałym na wszelkie jego przyćmienia, byle świeciło dla niego, jaśniej, czy ciemniej — byle dla niego.
Po rozmowie z Elżą Karolcia czekała na niego napróżno. Burba już się nie pokazał. Wstydził się tych paru spotkań ze Słupską, wyrzucał je sobie, potępiał siebie, Karolcię znienawidził.
Wkrótce urlop Tomka skończył się; wyjechał, postanowiwszy spotkać się z Elżą i rodzicami w styczniu w Warszawie i tam wziąć ślub, gdyż przez te kilka miesięcy miał być stale na froncie.
W chwili odjazdu Tomasza Elża była serdeczna ale roztargniona. Gdy Tomek pochłaniał pocałunkami jej ręce, spytała nagle:
— Kiedy wrócisz?...
— Pytasz, Elżuś? Wszak już tu wrócimy razem w zimie.
— Ach tak, prawda.
Tomek, chcąc zatrzeć przykre wrażenie tego pytania, zawołał wesoło:
— Mel zostaje na gospodarstwie, on przeto będzie nas witał w Warowni kosmatą ręką. Nie zapomnij, Melu, wdziać rękawicy.
— Z całego Kajtusia skórę zedrę na ten cel — rzekł Uniewicz, ale tak ponuro i z takim akcentem w głosie, że wszyscy teraz spojrzeli na niego zdumieni.
Stary Burba wtrącił poważnie:
— Chlebem i miodem tak już my z Urszulką sami was przyjmiemy, młode orlęta w starym gnieździe, potrafimy wyprzedzić waszą kolasę w drodze, by dziedziców Warowni godnie przyjąć.
— Tak i poco gadasz, Cezary, miała być niespodzianka. Ot język!
Po odjeździe Tomka, Elża, patrząc w zamyśleniu na oddalający się powóz, zwróciła się nagle do Uniewicza:
— Cóż Karolcia?
Pan Mel milczał.
— Nie odpowiada pan na pytanie.
— A czy ta Słupska interesuje panią jeszcze tak dalece? Wszakże już nie grozi Tomkowi z jej strony żadne niebezpieczeństwo, zresztą przed chwilą myślała pani o czym innym, dalekim od Słupskiej, tylko dla mnie jest ten komunał pytania, ale poco się pani trudzi.
— Dziwny pan jest, doprawdy. Nie pytam o tę pannę ze względu na niebezpieczeństwo jej dla Tomka, lecz o nią samą.
— Więc pani żałuje złamanej miłości tej dziewczyny, czy jej zakusów.
— Żałuję każdego uczucia, które nie rozkwitło w pełni i ginąć musi, zapoznane.
— W takim razie zadużo by osób żałować trzeba w samej Warowni, nie licząc istotnego bohatera „Fatum“. Nie wiem nic o jego „rozkwicie“, nie znam jego psychiki, ale wiem, że tylko na jego ból, nawet największy, można śmiało odpowiedzieć słowami panny Mancini do Ludwika XIV: „Vous étes roi, sire; et vous pleurez.“
Gorskiej zdawało się, że ziemia pod nią runie w przepaść, nie mogła wypowiedzieć słowa.
Uniewicz, nie patrząc na nią, wyszeptał cicho: — proszę wybaczyć — i odszedł.
Cały względny spokój Elży zniweczyły te słowa.
— Vous etes roi, sire, vous étes roi — powtarzała sobie uparcie, wracając do znanej wizji jego postaci, patrząc oczyma duszy w jego chłodne, lwie źrenice. Ujrzała w nich ironję, sarkazm szatański, siłę i pewność siebie, lecz nie było w nich bólu, ni męki, ni tęsknoty.
— Zapomniał, Wzgardził, znienawidził.
— Vous étes roi, sire. vous ne pleurez pas! To lepiej, lepiej, bo to moja rola, tylko moja.
Elża wstrząsnęła się.
— Ale skąd ten Uniewicz... — pełna była skłębionych rozbieżnych, ponurych myśli.
Weszła z hałasem na ganek pani Urszula.
— No, Elżusiu, dość tęsknoty za narzeczonym, będziesz go miała, detyno, wkrótce, stale i na zawsze mężem. A teraz chodź, pójdziemy do śpiżarni, do piwnic dojrzeć układania warzyw na zimę, przynieśli rydze, jeszcze trzeba solić, chcę, żeby wam, ptaszkom, nie tylko miło, ale i dostatnio było w Warowni.
Spojrzała na Elżę i wykrzyknęła z przestrachem:
— A tobież co się stało, Elżusiu, chora czy co?.. blada, w oczach łzy. Co tobie jest?..
Elża milczała.
— At kiedy dziwaczysz się. Rozumiem, że żałujesz Tomka, ale przecież on nie uciekł. Wróci, detynko, wróci, ukocha po mężowsku, nie opuści. Taki Tomek ho, ho, to złoto szczere, skarb dla żony. Ty, Elżuśka, wielki los wygrałaś w życiu. No, chodźmy, bo czas do pracy. Wieczorem przeczytasz coś dziadkowi, to się rozerwiesz, byle nie gazetę, bo straszne w nich wieści i wierzyć się nie chce, co się na świecie wyrabia. Pójdźmy!
Objęła w pół przyszłą synowę i pocałowała ją czule w czoło. Poszła naprzód, za nią powlokła się Elża blada, cicha, znękana, z wizją przymrużonych ironicznie oczów, z szeptem na drżących ustach:
— Vous étes roi, sire, vous étes roi...

VIII.

Elża czytała pamiętnik z Riviery.
...Leżałam na brzegu morza Śródziemnego, w potokach słońca, które zdawało się dotykać mnie płomiennemi mackami swych promieni, zlewało na fale i piasek nadbrzeżny tyle ognia, że woda stała się złotą, spienioną od gorąca i przeczystą jak tafla cennego kryształu. Białe piany burzyły się wszędzie, wąskie i szerokie ich pasma widać było hen, w oddali, na migotliwej lśniącej jaskrawo błękitem i srebrem puszczy wód. Kołysało się morze rozkosznie, fale piętrzyły się i spływały powoli, wdzięcznie, całowane namiętnie przez wściekle palące słońce, muskane wiatrem lekkim, jak szelest skrzydeł przelatującej mewy.
Brzeg, na którym siedziałam nie był plażą, lecz urwistym skalnym występem lądu, z głęboko wsuniętą w morze ławicą piasku. Słońce i tu dokazywało cudów, rozsypując wskroś białych fal piasczystych miljardy iskier złotych. Kamyki, wyrzucane przez szumiące udary wód, migotały jak brylanty, lśniły niby opale, czasem słońce rzuciło na nie purpurę; wówczas płonęły krwiste rubiny. Skały wyniosłe, poszczerbione jakby murem niebotycznym, odgradzały ziemię i ludzi od pełni morza, burzącego się ze wszech stron. Cały brzeg pokrywały złomy skalne, większe i mniejsze, wypolerowane jak szkło od ciągłego lizania fal, które skakały przez te progi kamienne, opluwając je pianą. Większe głazy woda obejmowała miłośnie do połowy tylko, tworząc dokoła suchego czuba wzburzony, biały wianek.
Nie było tu roślinności, gdzieś na szczytach skał czerniły się jakieś drzewiny, zresztą tylko niebo lazurowe, otchłanne a gorące, szaro-niebieskie, rozhuśtane morze, zmieniające kolory, niby muszla drogocenna i skały ciemne, skały rude, miejscami czarne, to znów przezroczyste jakieś, jakby złomy kryształu. I piasek. Cóż za rozkosz leżeć na tym sypkim, miękkim jak puch, o delikatnej barwie kremowej, piasku!
Diuny — te są niby zbiorowiska piany nagromadzonej w zwartej masie u podnóża skał. Burzą się, tworzą pagórki, dołki z nagromadzoną wewnątrz wodą od przypływów,, przeważnie jednak fala wygładziła piasek, wypolerowała na nim swe ślady grzebieniasto-ostre, jakby odcisk płynących bałwanów. Algi morskie wyrzucone z dna schną i kurczą się na piekocie, słońce przepala tu wszystko, sięga zda się do dna ziemi, obnosi się chwilami takie wrażenie, że ten wielki bulgot morski zakipi z nadmiaru gorąca.
Słońce przedziwnie wielkie, przerażająco bliskie ziemi panuje tu wszechwładne, to jedna potęga; morze druga, dwie siły, dwa kolosy. Wobec nich zmalały skały, ten skrawek lądu, wydawał się nicością, ja zaś robaczkiem. Miałam wrażenie, że jestem jak te algi morskie; one z głębin fal wychodzą, ja z odmętów świata.
Leżąc na piasku jak alga, patrzałam w sino-srebrną dal wód z rozkoszą, że mogę oto spoglądać na ten cud — morze i, że jestem sama. Jak dobrze niekiedy być samą! Myśl płynie swobodnie, lawiruje wśród mózgowych zakamarków, wyławiając wszystko, co się jeno w tych komorach gnieździ. Wywłóczy się z mózgowych diun całą naiwność natury ludzkiej.
Wówczas samokrytycyzm mój, bezwzględny władca, milczy bezsilnie. Śmieje się tylko mój cień — demon, będący zawsze w pobliżu mnie, raczej zawsze ze mną i we mnie. Teraz rechotowi demona mojego wtóruje morze potężnym chichotem.
Samotność nie tylko jest pouczającą, lecz i koi, sprawia ulgę, jest dla duszy tym, czym naprzykład zdjęcie żelaznej zbroi dla ciała.
Samokrytycyzm milczy, więc nie przeszkadza, nie wywołuje goryczy i tak jest dobrze. Świat daleki za siódmą skałą, ze siódmą diuną ludzie mnie nie widzą, ja ludzi i — zupełnie, zupełnie za nimi nie tęsknię. Lubię samotność, gdyż wtedy właśnie nie jestem samą. Towarzyszą mi moje myśli, nurzam się w świecie moich marzeń i złotych snów niedościgłych w rzeczywistości, lecz niemal realnie uwypuklonych w mej wyobraźni. Żyję przeto dualistycznie, bo istotnie i wyobraźnią, wolę ten drugi byt, w nim czuję się magnatką. W postaciach, stworzonych w mej Ikarji widzę koleżeństwo duchowe ze mną, tylko one nie są skalane życiową mierzwą, ludzkim brudem, ja zaś żyję wśród ludzi, więc zbyt często pragnę kąpieli ożywczej, jak Hagar pragnął kropli dżdżu, i nie mam jej. Miewam depresje duchowe niekiedy tak silne, że ciężarem swym przygniatają mnie do ziemi. Goryczy mam pełną duszę, żalu do siebie i swego losu, tęsknoty za tem, czego nigdy nie dosięgnę.
Morze usposabia mnie do tęsknoty, ona jest we mnie, lecz za czem?...
Za szeregiem lat, które minęły i które mi nic, nic nie dały, prócz żalu — że były. Przepłynęły one nade mną takie jałowe, takie monotonne i smutne, jak szary dżdżysty dzień jesienny. Wlokły się i wlokły ciężkie tygodnie, miesiące owych dni w rosie deszczu zatopionych. Ach, jak często płakałam wówczas!... Hej, lata moje młodzieńcze! do wspomnień waszych ucieka się zawsze z rozkoszą i z tęsknotą pieści się was, mówi się o was z uśmiechem dziecięcej radości na ustach. Lata młodzieńcze, będące niemal dla każdego uśmiechem życia, jego jedyną urodą...
Dla mnie one były katownią. Tak, te lata piękne, obfite w treść i zapał były dla mnie płaskie, złe i okrutne. Pragnienie czynów kołatało się w duszy, lecz niespożytkowane i chloroformowane ze wszystkich stron — aż zgasło.
Och, lata moje młodzieńcze, lata przebrzmiałe bez melodji i rytmu, byłyście potworną kakofonją, bezwdźwięcznym hałasem na tle moich zamiłowań wręcz przeciwnych i moich pragnień nigdy nie zrealizowanych. Moje marzenia pozostawały tylko w krainie marzeń, mój zapał, mój ogień wewnętrzny, który we mnie wrzał, moje natchnienia, które mnie niosły w krainę szczęścia, rozwiały się w mroku rzeczywistości. Zawsze tłocznia, zawsze kanciaste ramy dokoła. Więc nie tęsknota za cudem lat młodzieńczych, więc żal, że te lata właśnie cudem nie były. To mi truje duszę, ten bezdenny przesmutny żal. A może to tylko pesymizm rozpanoszył się we mnie i wszystko przedstawia z najgorszej strony?... Czy wogóle z każdego losu byłabym kiedykolwiek zadowolona przy moim upartym krytycyzmie... Jeśli ktoś nigdy nie jest zadowolonym z siebie, czy może być w zgodzie z własnym losem?... Choćby w kwestji uczuć. Tęsknię całe życie za miłością duchową, za jakimś ścisłym kontaktem duszy męskiej, silnej bogatej a niepospolitej, z moją duszą i — znajduję?... zawsze tylko zmysły Tak, kto mnie kocha, bezwarunkowo pożąda mnie w równej mierze. Czasem zdaje mi się, że wzbudziłam uczucie głębokie, że zainteresowałam duchowo; krzepię się tą myślą, tą złotą nadzieją, że oto teraz będzie mój Syon, że odnajdę w sobie człowieka, że się pogłębię przez wspólność dusz, że się uszlachetnię przez to samo, że ten ktoś widzi we mnie człowieka, potem kobietę. Wiec garnę się do tej jednostki, cenię ją za wybitniejszą indywidualność tylko z powodu, że nie jest szablonem, że inaczej traktuje głębie uczuć. Jestem przed nią szczersza niż przed innemi, moje credo z ufnością jej powierzam jako komuś niepospolitemu, nurzam się w tej wymarzonej dziedzinie ducha, w tej abstrakcji z dobrą wiarą — niemowlęcą.
Rezultat zaś tego wyidealizowanego Syonu zawsze jednakowy; po pewnym czasie owej cudnej wspólności duchowej, człowiek usypia sobie wolniutko, zostaje tylko mężczyzna, (to się określa nieco ordynarnie, po zwierzęcemu), który widzi we mnie tylko kobietę (określenie toż samo co męskie)... Następuje przetarcie oczu, przykre głupio-dziwaczne wrażenie, podobnie do tego, jakie nawiedza ludzi po zniknięciu malowniczej fatamorgany. Pryska czar, urok rozwiewa się bezpowrotnie, zostaje brzydka proza. On, patrząc w moje oczy, nie szuka już w nich duszy, lecz oczekuje na kokieterję, wyławia zamiast myśli wdzięk ze spojrzenia, on, który dawniej widział całość, teraz dostrzega szczegóły. Wpija wzrok w szyję, pożera oczyma biust, ocenia nogę, spływ ramion, kształt i rozchylenie się ust, ich barwę, słowem, przepala pożądaniem istotę, która była dlań dotąd człowiekiem, zanim zmysły nie ukazały mu jej w formie ciała kobiecego. Oto kwintesencja ideału! To jest przekleństwem mego życia, zawsze wzniosła uwertura, opowiadająca klasyczną sztukę i... pospolity czysto ludzki finał.
Takich doświadczeń miałam kilka w życiu, pomimo, że nie jestem ani piękna, ani erotyczka. Do jakich wniosków dochodzą kobiety bardzo piękne i erotyczne, nie wyobrażam sobie, lecz pewno do bardzo smutnych, o ile nie są tylko lalkami. Zresztą czy ja tu jestem bez skazy?..
Mea culpa, mea maxima culpa! Och, ironjo! zgrzytaj!, sarkazmie śmiej się! pesymizmie, wyj!!
Wszak i ja jestem tylko, tylko kobietą. Wprawdzie nie ja pobudzam zmysły w sobie, jak to robią mężczyźni, lecz może pozwalam je budzić.
Bądźmy sprawiedliwi! Jestem duchem i tylko duchem do czasu, aż on przestaje nim być, bo, gdy on zaczyna szukać w mych oczach kokieterji, w końcu ją... znajduje. Ach, sarkazmie, jak ty się śmiejesz! Aby ktoś mógł doszukać się we mnie kokieterji, muszę jednak mieć na to pewne warunki. Pierwszym głównym i jedynym — jest zdaje się duża wartość etyczna i estetyczna, duchowa (znowu duchowa), następnie rasa, komfort, elegancja światowa, sarkazm, złośliwość demoniczna, pewność siebie (bez zarozumiałości), energja, lecz nie reklamująca się głośno, broń Boże! raczej ukryta w pozorach albiońskiej flegmy, oraz brak skłonności do pozorowania cnoty. Tartuffów nie znoszę, nic również z tego, co się bogobojnie nazywa — poczciwością. Trzeba być siłą non plus ultra, ale aksamitną nawet w erotyzmie. Zawsze potęga w subtelnej powłoce — nigdy mazgajstwo.
Odbiegłam daleko od poprzednich refleksji. Chciałam złagodzić swą winę tłómaczeniem, że kokieterję moją wywołać może tylko wybrany typ. Słaba obrona, nie wyjaśniająca zasadniczo kwestji, że i we mnie, jak w każdej istocie żeńskiego rodzaju, siedzi przedewszystkiem kobieta, że tkwi we mnie prawo naturalnego doboru. Może w stosunku do mojego „ja“ zbyt śmiałe wymagania jego i że, co najsmutniejsze, kierunek duchowy i we mnie zmienić się może w prądy kokieteryjne. Jednakże zmienić się może, czyli, że przypadkowo, nie prawem szablonu, ale w trybie warunkowym i że od uwertury, na temat idealny komponowanej, nie przechodzę bezpośrednio do erotycznego finału, lecz po burzliwych walkach, sarkazmach i zniechęceniach.
O ile wogóle przechodzę?.. Takie typy, jakim jest mój typ mężczyzny, nie rosną wśród pospolitych zielsk ludzkich, więc spotkać je dość trudno. — Czy Artur to taki typ?
Bezwarunkowo. On mnie kocha tak, jak mężczyzna kobietę, mówi, że czaruje go moja dusza, że posiadam dlań urok nieprzeparty i t. d. i t. d. Anglik!
No, nie angielska zimna krew niekiedy przez jego źrenice przenika, zwłaszcza, gdy na mnie patrzy...
Za co on mnie kocha, co mu się we mnie podobało, temu rasowcowi, temu światowemu panu i dyplomacie?
Ja zwykła sobie Elża Gorska, z moją częstą ekscentrycznością — jak mówią, no, i z mojemi chimerami.
Dziwne są czasami drogi przeznaczeń ludzkich. Dwoje ludzi urodzonych prawie na dwu krańcach Europy, spotyka się w Vintimilli; on wraca z Riviery, ona tam jedzie. Obserwował ją z godzinę, bo „coś“ go w niej uderzyło, „coś“ mu się w niej podobało, „coś“ go ku niej pociągnęło. A że on jest człowiekiem, nie liczącym się z niczym i zupełnym panem swej woli, więc bilet paryski poszedł do kieszeni, zastąpił go bilet do Nicei i — powrócił za nią. Za mną. Czy to jest prawdopodobne... A jednak musiałam mu wierzyć i nie tylko jemu, bo i Chreptowskim, którzy mi to mówili. Widziałam go zresztą w ekspresie paryskim, potem na sali, na peronie stacyjnym i wreszcie w moim przedziale. Sprawę poznania się zręcznie przeprowadził i potem już stale był przy mnie — „Attaché“ — jak go złośliwie nazywała pani d’Ivonie, pijąc do jego dyplomacji.
Gdy rozważam ten stosunek jego do mnie, nasze rozmowy, jego wyznania, wyczuwam tę lwią siłę, jaka w nim przebija, coraz bardziej się zastanawiam, dlaczego odrzucam go, dlaczego taką karjerę życiową pomijam? Ofiarowuje mi wszakże miłość, chyba szczerą, silną, męską opiekę, nazwisko swoje, stanowisko w świecie, życie w pysznej oprawie kulturalnej, no, i duży majątek. Człowiek postępowy, wszechstronnie wykształcony, inteligent nieprzeciętny, natura potężna, żywiołowa, charakter spiżowy, wola-ogrom, wola-tytan! Wiem, że posiadam jego miłość, jego szacunek, nawet cześć, ale zawsze mi się zdaje, że głównym czynnikiem uczuć jego są zmysły. Pożąda mnie całą mocą męskich nerwów, moja odporność męczy go i gniewa, moja wola sprzeciwia się jego woli, że zaś przytym szanuje mnie istotnie, że boi się mnie spłoszyć, przeto trzyma siebie na munsztuku, skierowując energję swą do tego właśnie. Zna mnie, zna na wskroś, więc wie, że kampanji nie wygra, a pomimo to siła jakaś dziwna trzyma go przy mnie, pod moim urokiem, jak on to nazywa.
Ciekawe! Opieram się karjerze światowej i świetnej, dla mnie wprost niespodziewanej, opieram się błaganiom Artura, nakazom jego woli. Dlaczego?.. Dlaczego?., na Boga!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pamiętnik urywał się.

Były to jego ostatnie zapisane stronnice. Elża chwyciła pióro i na pustych kartkach jęła pisać gorączkowo, postawiwszy datę.
„Opierałam się wtedy dla jakiejś chimery niepojętej i opieram się teraz... Dlaczego?.. Czyże kocham Tomka?.. Nie. ale dlatego, że on mnie kocha bezgranicznie. Więc ja zamieniłabym życie, które on mi z serca ofiarowuje, na rajski byt z Arturem, Tomek zaś zostałby w goryczy, w bólu, z żalem do mnie i za mną! On miałby piekło na ziemi, jabym mu to piekło stworzyła, mój egoizm. Tomasz kocha mnie z całej duszy, wiem, ale może głównie zmysłami. Więc nie można mnie inaczej kochać?!. Artur mówił mi kiedyś, że nie. Wyraził się zabawnie, że — jest to fizyczne niepodobieństwo. — A jednak posądzenia moje dawne co do zmysłowych uczuć Artura upadły. On sam zaprzeczył, kochając mnie bez zmiany i bez widywania tyle lat. Więc duchowość w nim przeważa.
Pożąda mnie, bo i ja to odczuwam, ale pożąda inaczej, niż Tomek. Kwestja intelektu i wyższej struktury duchowej. Czyli, że nietylko zmysły budzić potrafię, bo o ileby tak było, to znaczy, że przeważają we mnie czynniki zmysłowe.
Tak jednak nie jest. Mam temperament żywiołowy, przyznaję, ale nie zmysły, to różnica! Mam zapalną głowę, lecz nie posiadam lubieżności i niecierpię jej nawet z nazwy... Zmysłowość Tomka razi mnie nieraz i gniewa, ale to wszakże wypływa z jego natury. Więc ponieważ często się absolutnie nie rozumiemy, ponieważ on psychicznej istoty mojej ani trochę nie odczuwa, nie wnika w moją duchowość, — czy ja dlatego mam go unieszczęśliwić, łamać mu życie, zaciemnić je beznadziejnie, by swoje własne zanurzyć w szczęściu? To byłby straszny, okrutny egoizm, może nawet podłość. Dużo kobiet robi tak bez skrupułów nawet z mężami, tylko ja jestem wieczna niewolnica swej przeklętej etyki, ale pozbyć się jej nie umiem; wyrzucić ją ze swej jaźni nie potrafiłabym, zrosłam się z nią, pokumałam i źleby mi było bez niej. Chociaż nic nie łączy mnie z narzeczonym, prócz pewnego obowiązku względem niego i swego sumienia, przemogłam silne pokusy, zwalczyłam moc pragnień i zdławiłam w sobie żądzę życia, prawdziwego życia.
Pogrzebałam raz na zawsze mój złoty sen, już go nie odnajdę, to pewne. Z Arturem odrodziłabym się duchowo, ale los chciał, że musiałam zniszczyć wszelkie marzenia o tem. Jestem jak ćma, lecę na światło, które chciałabym w duszy swej zapalić i pochodnię taką oddać komuś w ręce, przyjąwszy od niego podobną.
Oddać ją Arturowi wówczas na Rivierze bałam się, dzięki swemu przeklętemu usposobieniu sceptycznemu, a jednak on jeden powinien ją był otrzymać i jego pochodnia wręczona mnie byłaby świetną i płonącą wiekuiście.
Ale ja, jak ćma, poleciałam na ogień uczuć Tomka i nawet w sobie zapaliłam płomień od jego serca gorejącego, lecz to, co było dla Tomka, spaliło się zbyt prędko, zasadniczy stos ognia moich uczuć płonął dla Artura i płonie nadal. Będę się w nim spalała, ale go nie zgaszę i trzeba będzie żyć bez żadnych promieni, będąc nawet otoczona przez płomienie, i zachować trzeba będzie czystość życia z mężem w płomieniu uczuć dla innego... i trwać na tym szczycie i, nie mogąc zbierać gorących kwiatów, ani je rozdawać hojnie, trzeba będzie siać wonne lilje na męża i dzieci, a samej zrywać jeno szarotki stamtąd, gdzie mogłyby być płomienne maki. A — co najtrudniej — trzeba się będzie wystrzegać ludzi, by tęsknoty mojej do szkarłatnych maków nie odgadli, bo ludzie są czasem tak bardzo źli.
Najlepiej jest przebywać samotnie, samotność uszlachetnia, ludzie upadlają, a im więcej ludzi, tym więcej upodlenia. Nieśmiertelny Seneka znał się na tem dobrze, a jeszcze lepiej Diogenes.
Jestem niesprawiedliwa, bo mam wielu sympatyków i ludzi bardzo mi życzliwych, którym ufać można. Pomimo to samotność jest bezpieczniejsza, bo wtedy ufam tylko sobie. Nikt mnie nie krytykuje, nikt nie wyszydza, nikomu nie wadzę, choćby tylko tym, że bądź co bądź stoję duchowo na nieco wyższym szczeblu, aniżeli przeciętna kobieta.
Wygórowane być może ambicje! Znowu drażliwość, nawet w stosunku do samej siebie, aby przed samą sobą nie wydać się zarozumiałą. Ciągle o sobie wątpię. Nie ufam kobietom, bo nieraz, łasząc się do mnie, ugryzły mnie aż do krwi, lubując się ostrzem swoich żądeł. Och, ileż ja takich babskich straszydeł w postaci aniołów spotykałam na swej drodze i jeszcze spotkam. Wolę otwartego szatana w mężczyźnie, niż fałszywego anioła, w babie, bo w pierwszym wypadku wiem przynajmniej, co czynić. Nie ufam także zbytnio męskim osobnikom, gdyż obawiam się, by który nie posądził mnie o chęć przypodobania mu się, lub o jakiś apetyt pod jakimkolwiek kątem.
A mąż?.. Tomek nim będzie. Mąż... Ach, Boże! ile to krótkie słowo zawiera dla kobiety tajemnic, zagadek, węzłów gordyjskich, czasem cichych dramatów, nieraz nawet tragedji, ale prawie zawsze jest bramą, do niewoli wiodącą. Zawsze to już jest kolizja swobody z obowiązkiem, z czego wyrasta bunt, lub pokorna lojalność; we mnie rozkrzewił się bunt i dławi. Zarysowująca się między mną i Tomaszem różnica duchowych jestestw gotowa zepchnąć mnie w dziedzinę rozpacznych borykań się.
Więc cóż mnie czeka?... Powiedzmy, co czeka nas oboje, skoro już teraz w duszy mi coś tak okropnie wyje, tak mi w sercu płacze!
A przyszłość... krwawe łzy, żal, gorycz, ból i bunt i rozpacz i bezdenny smutek i najtragiczniejsza ze wszystkiego beznadziejność.
Ale cóż pocznę z tą swoją dolą?
Mój demon, dążący za mną nieodstępnie, śmieje się rozkosznie. Troskliwy opiekun! Moje Fatum, które zewsząd na mnie czyha, pociesza mnie, że do tych kolców na drodze mego życia powinnam się była już przyzwyczaić.
W tej mętni mglistej trzeba jednak żyć. Dobrowolnie pod presją chwilowej psychiki wytworzyłam sobie obecne modus vivendi, dosłownie — przez siebie nawarzone piwo — pij i wmawiaj w siebie, że ci smakuje, może jeszcze upaja? Ha, ha! ha, ha, ha!“
Gorska rzuciła pióro na biurko i zatrzasnęła pamiętnik.
— Co ja tam napisałam, co?...
— Poco skaziłam tamte cudne wspomnienia dzisiejszym bólem i goryczą, poco?...
Upadła czołem na splecione ręce na biurku.
— Poco znowu wydobyłam ten zeszyt?.. To dziś już trucizna.
Za oknem wyła wichura. Słychać było potężny łoskot tłukących się o siebie wiązów, z boru dolatywał huk jodeł i sosen i ryk zawieruchy rozszalałej, wściekłej. Czasem huragan mocny bił jak taranem w dach dworu, wpadał do kominów, jęcząc potępieńczo. Dreszcz chłodny przeniknął Elżę. Rozebrała się szybko i zawinęła w kołdrę. Ach, o niczem już nie myśleć!

IX.

Cichy codzienny wieczór zimowy. Warownia zawiana śniegiem. Wszędzie zwały, bastjony białe, mróz błyszczy na szybach, iskrzy się na śnieżnych pokrowcach ziemi. Bór stoi głuchy, oszroniony i huczy basem do wtóru rozgłośnym krakaniem wron i kruków. Pierwsze cienie kończącego się dnia zasnuwają wolno ołowiane niebo, sine plamy rzucają na śnieg. Dom wielki, szary, pod osłoną wiązów-tytanów rozbłyskuje światłem w oknach.
Stary dziadzio czyta gazetę i pyka z cybucha, na kominie palą się kłody drzewa. Sybirak, pan Krywejko, skulony przy ogniu, robi siatkę na ryby, a często pociągnie gorącego krupniku z kusztyczka, grzejącego się na kominie. Pani Jasiowa w czarnym czepku pomaga staremu Piotrowi szykować do wieczerzy. Dogląda przytem dwoje dzieci, które bawią się na dywanie, opodal komina. Mały chłopczyna uderzył piąstką w nos paroletnią dziewczynkę, ta go chwyciła za włosy i krzyczą teraz oboje.
— Cicho, bąki, bo, jak tato przyjdzie, będzie dyscyplina w robocie — woła dziadek Cezary.
Ale oto wchodzi babcia do pokoju i coś niesie w ręku, więc dzieci podbiegają do niej, wołając na wyścigi:
— Konfituiki. Selek jablecny.
— Ozieśka w ciuksie.
Rączki wyciągają się do babki, a pani Urszula z rozkosznym; uśmiechem rozdaje łakocie.
— A czy Tomek nie wrócił?.. — pyta stary Burba.
— Jeszcze nie, nawet Elżunia niespokojna.
Elża Burbina zajęta bardzo gospodarstwem, krząta się od śpiżarni do piwnicy, od kuchni do dziecinnego pokoju, pochylona nad kołyską niemowlęcia, lula je cichym śpiewem i znowu biegnie, bo tyle jest roboty jeszcze. Chleb się dziś rozczynia, trzeba na jutro rano dla czeladzi wydać śniadanie, bieliznę zliczyć do prania, a jeszcze to i owo się znajdzie. Tomek zaraz wróci z polowania, trzeba żeby wieczerza była dobra i obfita, a potym przy lampie i płonącym kominie odpoczynek dla nóg, ale z robotą w ręku. Trzeba skończyć ten serdaczek włóczkowy dla Urszulki i pończoszka Cezarka pocerować, bo strasznie malec drze.
Wtem Elża słyszy jakieś tony melodyjne, płyną, jak fale. Ach, to Uniewicz gra. Elża wspina się na podmurówkę domu i patrzy, słucha. Nokturn Chopina.
Jak ten Uniewicz ładnie gra. Pan Cezary słucha w fotelu, z rękoma na piersiach splecionemi. Nie, pan Cezary czyta wszakże w jadalni, a ona wspina się do okna, by zajrzeć... to tak niegdyś bywało, kiedyś na wiosnę — dawno, dawno, jeszcze była Gorską. Dziś znowu ta muzyka. Elża Burbina cicho wchodzi do salonu.
Uniewicz gra zamyślony, a klawisze łkają pod jego palcami, Skąd tyle smutku w tym nocturnie?.. jak te akordy grobowo brzmią... Kobieta znowu ucieka z salonu, bo trzeba dziecku proszek dać, chore dziś trochę, grymasi. Ach, ten Uniewicz, czemu on tak gra! Ta muzyka rozbrzmiewa po całym domu, grają zda się ściany, w szumie wiatru za oknami jęczą te akordy nocturnu. W kołysce dziecko płacze.
— Pewnie będą ząbki — mówi stara Burbina.
— Przessało się — twierdzi poważnie Jasiowa.
Elża biegnie znowu do salonu, bo dur jakiś ją ogarnia z powodu tej muzyki Uniewicza. Słucha jak baśni, zamyka oczy i słucha. Złoty, złoty sen płynie na fali błękitnej i tak cudownie promienieje, a Uniewicz gra, gra, gra, ściany grają, klamki grają, grają szyby i walą akordy w wichrze za oknem. Czy to wicher boru, czy wiązów?.. Boże, tak szumią morskie fale z oddali... Czy to szum boru, czy morza?.. Kiedy ja to słyszałam, kiedy takie same zadawałam sobie pytania?.. A fale szumią, szumią...
Elża ocknęła się.
Nie, to nasze wiązy. Wichura, zawieja będzie a Tomek nie wraca, wieczerza się przestoi. Trzeba dla Tomka starki przygotować, pewno zmarznie na tym polowaniu. Czas już dzieci kłaść spać. A Uniewicz wciąż gra. Cicha melodja ogarnęła dwór cały, Wszystko gra. Elża znowu, jak lunatyczka, idzie do źródła tej muzyki. Nie, nie pójdzie tam, tam wizje, widma, złoty sen promienny płynie na rozhuśtanej fali Śródziemnego morza. A za nim co... to... biały łabędź... nie to jacht angielski prywatny, to — Okeanos — ... Z pokładu spuszczają drabinkę sznurową, to dla niej. Nie, nie, to są mary, przywidzenia, trzeba wracać do dziecinnego pokoju, zajrzeć do czeladnej, do dziewuch... Elża idzie, opiera się o swoje biurko. Patrzy tępo. Na biurku stoją ramki, różne symbole, pamiątki.
Wszystko to ma jakąś szyderską fizjonomję, wszystko się z niej śmieje. Ot, tam Sfinks wykrzywia do niej swą potworną twarz, drwi z niej i zda się mruga do niej bezrzęsnemi powiekami, jakby mówił:
— Tęsknisz, jakem ja nawet przez wieki nie tęsknił, nuda cię męczy, jaka mnie nawet przez wieki nie nawiedzała, choć tkwię w pustyni.
Elża odwraca wzrok od twarzy Sfinksa, ale jeszcze słyszy szept jego ust:
— Nie tęsknię, bo oglądam słońce, bo prowadzę codzienne rozmowy z gwiazdami. Jednak nikt mnie z żyjących nie rozumie, bo we mnie na ziemi, a w nich w przestworzach zawarta została — Tajemnica.
Elża już nie słucha Sfinksa, ale podejmuje z biurka swój zeszyt. Czyta:

Nieraz sen złoty i tęskne pieśni
Ożyją w duszy grobowej cieśni
I nieraz serce mocniej zabije —
Choć złudne szczęście jest i... niczyje.

— Ach, głupstwo... — śmieje się Elża Burbina. Czyta dalej:

Na morze pełne nie pójdzie twa łódź
I na burzliwych falach nie zatańczy,
Więc kołysanki smętne dzieciom nuć
I prowadź żywot szary i poddańczy.
Lecz kiedy serca twego zcichnie szał
I oddasz kwiaty żarłocznej szarańczy,
Zapomnij...

— Zapomnij... Jestem żoną Tomka a on to przecie „skarb dla kobiety“, mam dzieci, dom, gospodarstwo, stanowisko, byt, jestem zamożna. Co to jeszcze jakieś wierszydła?..

Próżno tęskne słowa płyną
Próżno łzami oko prószy —
Nie ulecisz ku wyżynom:
Filisterskiej pełnaś tuszy...
Ideały, czar, sen złoty,
Wymarzone tęcze, cudy —?
Lepiej zdążać śladem cnoty
I królować w świecie nudy.

Elża Burbina myśli, że coś jednak znalazła w tym świecie. Aha... oto muzykę Uniewicza. Jak on gra cudownie, wszystko wszystko gra dokoła. To już nie nocturn, to coś innego.
Elża słucha... Polonez z „Hrabiny“. Kobieta idzie wolno do salonu, zaczarowana tą muzyką. Ale salon faluje jakoś, kołysze się. To ocean przed nią. Tam, hen, daleko płynie coś promiennego. Srebrny rycerz Parsifala... to jej złoty sen, to jej marzenie i tęsknota, to on, on niesie jej baśń cudną o świętym Graalu, niesie jej ogień z jego świątyni. Elża patrzy w zachwycie na zjawisko, a Uniewicz gra, gra. Kobieta zapatrzona szepce, wyciągając ręce do wizji:

Arti, tylko ciebie kocham wiecznie,
Arti, tylko ciebie kochać chcę!
Gdzieś ty jest, gdzieś ty, drogi?..
Wyrwij mnie stąd, weź dla siebie,
Twoją tylko pragnę być.
Tu jest złuda, złuda, złuda,
Tu mnie nic nie wiąże, nic.
Szczęścia mego zgasły słońca
I tęsknoty i pragnienia,
Złote roje marzeń moich, wszystko zniszczył los,
Arti, ratuj mnie — —

Elża mówi szeptem, ale jej słowa przechodzą w śpiew, w melodję poloneza z „Hrabiny”, łzy płyną z oczu Elży takie wielkie, takie gorące.
A oto ktoś dotyka jej ramienia. Zadrżała.
— Elżuśka...
Tomek przyjechał.
Wtem straszny, przykry, fałszywy dźwięk jakiś. Pękła struna Uniewicz grać przestał.
Wizja uleciała razem z tym dźwiękiem piekielnym. Został salon Warowniecki, stare mahonie, bronzy, fikusy, rododendrony... i Tomek, jej mąż. On ją całuje, pyta o dzieci, opowiada o polowaniu, o wilkach, jest wesoły, woła, że jest głodny i dziwi się, że ona ma łzy w oczach, dlaczego znowu? Uspakaja ją czule, tuli do siebie namiętnie, szepce coś do ucha. Elża wzdryga się na, ten szept, odsuwa męża od siebie, a Tomek gniewny patrzy na nią i wzrusza ramionami.
— Zawsze chcesz być królewną, nie żoną — mówi niechętnie.
„Vous-étes roi, sire, vous-étes roi” — myśli Elża.
I znowu płynie inna melodja, Elża słucha, słucha, bo muzyka grzmi gdzieś z góry, same akordy poważne, głębokie, a fale wspinają się i opadają, ciemne, szafirem nalane, fale.
Jakie to są tony, kto to gra?.. Czyżby Uniewicz?.. nie, to trąby dmą na całą przestrzeń morza, to wielkie krzywe, błyszczące trąby. Elża widzi, że stoi przy niej czarny jak żuk d’Ivonie. Chreptowski gładzi wielkie swoje wąsy, a d’Ivonie mówi:
— To hymn marynarki grają in gratiam pani.
— Tak, — odpowiada krótko zimny głos męski obok niej.
Tomek macha ręką zły, bo Elża patrzy na fale i na te złote, grające trąby.
— Wiecznie ten Uniewicz ze swoją muzyką. Maniak! — woła Tomek i krzyczy głośno: Podawać kolację!
Elża chwyta go za rękę.
— Cicho, cicho, bo pryśnie czar...
— Chimeryczka! woła Tomek i podnosi jakiś obuch ciężki, by nim... rozbić czar.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża krzyknęła przeraźliwie i zerwała się z łóżka na równe nogi... Po długiej chwili skupienia zorjentowała się, odetchnęła głęboko, ale w oczach jej było przerażenie, niepokój.
— Horoskop mojej przyszłości. Boże, zmiłuj się nade mną!

X.

— Będzie dur jakiś, jakiści dur spadnie na wielmożną panią dziedziczkę — mówił Stacho Domalewski, oparty na kiju, stojąc przed Elżą w Pysznym Borze na mchu, skrzypiącym od szronu. Taki sen niedobry jest. Coś będzie.
Elża uśmiechała się smętnie.
— Czy to ta muzyka jest złą wróżbą, Stachu?.. Grał pan Uniewicz, ale i wszystko grało, ściany, szyby, drzewa.
— To. to. to, toż właśnie, to granie to dur jakiś, niby znaczy odurzałość taka, że wszystko zacichnie a tylko ono gra i gra i ciągnie człowieka, gdzie jeno chce i zaprowadzi, dokąd chce.
Gorska była zamyślona. Stacho patrzał na nią i przestępował z nogi na nogę. Coś rozważał.
— A jeszcze co się śniło wielmożnej pani... po onej muzyce co jeszcze? —
Elża nie opowiedziała mu całego snu. Zawahała się teraz.
— Śniło mi się potem... morze, fale niebieskie i piękny srebrny rycerz.
— Morze to szczęście i bogactwo, a srebrny rycerz to bardzo dobrze, bo to nasz młody pan znaczy. I co więcej wielmożna pani?
— I znowu muzyka ale na wielkich błyszczących trąbach.
— O, o... na trąbach?.. wielkie złote trąby — to wołanie.
— Co takiego?
— Ktości, woła wielmożną panią, niby znaczy przyzywa do siebie.
— Może śmierć?..
— Tfu! tfu! wielmożna pani, na psa urok, takie paskudne słowo.
Stacho pluł i drapał się po czapce zaniepokojony, ale nagle uderzył się po boku zwycięsko.
— A ot i wiem! nasz młody pan wielmożną panią do Warszawy prędko przywołuje na ślub. Aha! ot jak. I trza jechać, trza rychło, bo trąby to wołanie. Nie lepiejby było wesele urządzić w Warowni?.. Tyle my się wyczekali na ślub młodego pana i pani wielmożnej, a tu do Warszawy sobie jadą, jak jakie z przeproszeniem bezdomne. No, ale pańska wola. Będziem zato witać. Hej! Ale co muzyka to dur jakiś, to już napewno. A ot, że pan Uniewicz grał to i on znaczy z tym durem zna się trochę i jego cości tumani.
— Wy jesteście wróżbita, Stachu — rzekła Elża.
— Stary ja dziad, ale dużo widział, daj słyszał, a taki tego, co się teraz robi na świecie, to nawet i nie myślał, że to może być prawda. Cości to, wielmożna pani, zaczyna się tak, jak w „Ogniem i Mieczem” naszego wielkiego Henryka Sienkiewicza, kiedy to żyli pan Skrzetuski, Podbipięta, Zagłoba, Pan Wołodyjowski, Rzędzian. To samo, co kozaki robili podczas „rebelji” to i teraz się zaczyna. „Spasi Chryste”, jak to mówił czerkaski pułkownik Barabasz, pamięta wielmożna pani?
— Pamiętam.
— No, to „Spasi Chryste” i teraz.
— Co tam Stacho opowiada, teraz inne czasy!
— A pewnie, że inne, bo i kniazia Jeremy teraz niema, a przydałby się on władyka, przydał.
— I on by dziś inaczej wojował — rzekła Elża i odwróciła się, bo zaturkotało na drodze.
— Ktoś jedzie.
— A toż pan Poberezki z Chodur.
Wąsal witał Gorską serdecznie.
— Co pani tu robi?..
— Politykuję ze Stachem, który analoguje „Ogniem i Mieczem” z obecną zawieruchą.
— Ma rację! nie wiedziałem, że z niego taki trafny obserwator.
— Coż i pan także równa zaporożców z tymi...
— A czemuż nie!.. Krzywonosów nam chyba nie brak, ale pokaż, hołubko, drugiego Wiśniowieckiego.
— A co, wielmożna pani, aha! ot, co! czy Stacho dureń?!, tryumfował Domalewski.
Szli przez bór, słuchając wieści Poberezkiego niezbyt wesołych. W Warowni stary sąsiad spytał Gorskiej:
— Czy wszyscy razem wyjeżdżacie do Warszawy?
— Ja jadę wcześniej, niż dziadziowie. Oni przyjadą dopiero na ślub w końcu stycznia.
— Dobrze, żeście już postanowili ślub, a to niewiedzieć co wyrabiali tyle czasu.
— Cośmy znowu wyrabiali?..
— Ach, paniż ty moja! nie sierdź się, ale ot, tyle czasu narzeczeni to i nikt nie wierzył w wasz ślub, ja pierwszy wątpił. I jaki z tego pożytek... Tomek znudział a pani zmizerniała, że żal patrzeć. W dodatku naraziła się pani na plotki. Co tu gadać, przecie pani pewno o tem wie?
— Że się kocham w jakimś żonatym człowieku... Cóż mnie to może obchodzić, że to mówią?.. Zależy mi tylko, aby być czystą we własnym sumieniu i duszy i to jest moją etyką zasadniczą.
— Toż wiem, hołubko, że ludzka złośliwość nie oprze się na tobie jednej, wiem nawet więcej, że ten, co najgłośniej ogaduje i lubuje się plotką na cudzej czci opartą, ten ma sam brudną duszę i najczęściej jest kocmołuchem, ścierką, w porównaniu z osobą, którą bezcześci. Mówię to z doświadczenia nietylko własnego, bo to rzecz stwierdzona, ten kto jest sam czysty, nie wynajduje plam u drugich, to bardzo prosta psychologja.
Ale wracając do was. Zaszkodziliście sobie oboje, bo i pani ostygła i w Tomku zrodziła się już nieufność. Poprzedni zapał wasz znikł dawno. „Kruty ne werty”, ale jak dwoje ludzi ma się do siebie, to i nie zwlekać.
— Czy pan zna wszystkie przysłowia polskie?..
— Ja, przysłowia? no, tak niektóre — naprzykład: „co się odwlecze, to nie uciecze“, „przyszła koza do woza”, „trafiła kosa na kamień”.
— A „trafił, jak kulą w płot” pan zna?
Poberezki zastanowił się, ale się nie zmieszał.
— Znam, hołubko, i to i jeszcze inne, a mianowicie: „kuj żelazo póki gorące“, a także „nieufaj koniowi, djabłu i kobiecie”.
— No, widzi pan.
— A widzę, że Tomek ufał swojej wybranej, choć to... zdrowy djabeł. Ne serdyś, hołubko... — Poberezki ucałował serdecznie ręce Gorskiej, śmiejąc się.
— Ja, żebym był Tomkiem, tobym się na taką cierpliwość nie zdobył, „chody babo do chaty, taj chodi”. Ale coprawda z panią...
— Na mojej psychologji można kark skręcić — dodała Elża.
— Otóż właśnie i Tomek, jeśli nie skręcił karku, to go nadwichnął.
Elża z głębokiem smutkiem w sercu patrzała w przestrzeń, myśląc o srebrnym rycerzu dzisiejszego snu.
— Tu ja jestem pokonana.
„Vous étes roi, sire, et moi je pleure.”
Odczuwszy, że Poberezki patrzy na nią, odwróciła się do niego i rzekła prędko z nerwowym śmiechem:
— I ja skręciłam kark, wie pan...
— Na Tomku?.. — spytał.
— I na swojej własnej psychologji.
Wąsal długo wiercił wzrokiem w oczach Elży, ona śmiała się.
— Hm. Dalibóg — mruknął — w pani taki coś siedzi.
— A co, jak pan myśli... pewno coś złego, chytrego, przewrotnego, prawda, może jeszcze gorzej?
— Ej, nie. Ja nie jestem z tabunu ludzi, ja jestem sobie skromny człowiek, ale mam pretensję, że człowiek, nie człowieczek, to też ogólnie po ludzku nie sądzę, ale po mojemu, ot, jak w pani coś siedzi, to prawda ale coś bardzo smutnego w znaczeniu psychicznym, jakaś męka. I o ile natura pani, jej dusza, gdyby w niej była radość, mogłaby wydać z siebie dużo dobrego i pożytecznego o tyle z tym smutkiem może się nawet stać złą, bo to silne, to przeistacza człowieka, to boli, to nuda i taj neszczastje — dokończył po małorusku.
— Jaki pan ma rozum, jaki pan dobry — zawołała Gorska żywo.
— Kudy mnie do rozumu, kudy do dobrego, hołubko. Ja tylko zaliczam się do takich ludzi, którzy umieją bezstronnie, cierpliwie patrzeć a język ich nie swędzi i dlatego, zanim język zdąży ochlapać, to najpierw oczy głęboko wnikną, poznają i... wytłómaczą. — Znam takich ludzi, a szczególnie kobiety, lale, puste jak wydrążone tykwy, płytkie jak miski do lukru, które nie czytują książki jako takiej, lecz zajrzą, co jest na końcu, w środku i na początku i już mają dosyć, byle wyłowić czy Numa wyszła za Pompiljusza, a najwyżej jeszcze jaką miała suknię do ślubu. I finis. Akcja, psychologja, idea, styl książki nic ich nie obchodzi, to dla nich za głębokie. Otóż takie lale lub fryce sądzą ludzi zupełnie tak samo, jak czytają książki, powierzchownie; szukają w człowieku nie treści i ducha ale fabuły, imponuje im oprawa danego osobnika, taksamo jak okładka książki, nie zaś jego psychika.
— I na takich podstawach najłatwiej krytykować — mówiła Elża zamyślona. — Tymczasem tak zwana opinja ludzka jest bardzo stronna i bezwzględna. Mało jest tej prawdziwej poważnej opinji, gdyż ludzie zrobili z niej małostkową „olewinję“ i niezasłużoną „opiewanję“ i te stosują do mody.
— Słusznie, pani, bo największy gad, to język ludzki, najzjadliwszy, kiedy się jemu nie powie prrrr... przed czasem, tedy już jak się rozszczeka, oho, i nie wstrzymasz. Ale jest i na niego obroża, a to taka właśnie, jak kto pierwszeństwo daje oczom i myśli, wtedy język nie swędzi a rozum działa.
— Żeby to wszyscy ludzie postępowali podług pańskiego systemu, byłoby lepiej.
— Kto nie jest, hołubko, z tabunu ludzi, ten inaczej nie potrafi.
— A jednak i pan potępiłby... naprzykład... egoizm.
Poberezki pomyślał chwilę.
— Niewiadomo, pani, zależy jaki, jak zrozumiany. Czasem szczerość i prawdę nazywają ludzie egoizmem, kłamstwo zaś i fałsz altruizmem. Dziękuję za taki altruizm, wolę jak ktoś jest szczerym zbrodniarzem nawet, niż fałszywym dobroczyńcą. Bądź ty sobie egoistą, skoro idziesz tam, gdzie cię woła prawda, a jeśli altruizm swój budujesz na kłamstwie, tedy bywaj zdrów i nikomu on na dobre nie wyjdzie.
— Ach, jaką pan ma świętą rację!
— Taki pomyśl nad tem, hołubko — rzekł prędko Poberezki bo zbliżali się Burbowie.
— Jestem widocznie zbyt przezroczysta — myślała Elża — ale taką mogę być nie inną, bo mój altruizm dla Tomka jest oparty na oszustwie samej siebie, — tego już ukryć nie potrafię. Moje życie to dzisiejszy sen. Tu będę ciałem przez altruizm ale duchem, sercem będę zawsze tam z nim... z moim złotym snem, bo tam przy nim jest moja prawda, zatem mój egoizm. Miłą przyszłość zgotuję Tomkowi i sobie. Stało się, zapadło wieko przeznaczenia, trzeba się z tem zgodzić. Trzeba iść naprzód bez oglądania się wstecz. Życie popłynie tak, jak w tym śnie, cicho, jednostajnie bez wielkich wrażeń, bez zapałów, bez barwy i ognia, w zadomowieniu, w szumie boru, wśród szczebiotów dziecinnych, a jedyna osłoda, jedyny blask i pokarm dla duszy stęsknionej to biurko moje, na którym szydzi ze mnie Sfinks, to moje zeszyty, w których będzie może często jęk mojej duszy, mój świat wspomnień, w marzeniach zawarty i tęsknocie, — to książki, w których znajdę zapomnienie. A zresztą, i to przejdzie razem z życiem, bo wszystko przeminie.
Gdy Poberezki, wyjeżdżając, żegnał się z Elżą, popatrzał w oczy młodej kobiety uważnie.
— Jesteśmy tedy u mety, Burbineczko, port już blisko, każdy zawsze do niego dopłynie. Choć będę na waszym ślubie, ale już dziś przyjm moje gratulacje.
— Wie pan, że ja dotychczas za „port, do którego każdy dopłynie”, uważałam coś zupełnie innego... niż ślub.
Zapadła chwila ciszy, dość przykrej.
— At, kiedy łapiesz za słowa, Elżuniu — zgryźliwie rzekł pan Cezary. Dla kobiety małżeństwo — to port życiowy i dla niejednego mężczyzny także, a już dla Burby napewno. Chyba, że kto po za takim portem widzi jeszcze oceany.
— A jeżeli tak, dziadziu, to co?.. śmiało podjęła Elża.
Uniewicz zerknął na nią ukosem, nerwowy tyk śmignął mu przez twarz.
Pan Cezary pyknął głośno z cybucha.
— A to wtedy najczęściej ginie w odmętach, albo rozbija głowę o skałę, bo takie oceany to prawie zawsze Fata-Morgana.
— Facecja, gadamy o głupstwach. Ej, Elżuńka, niepoprawna ty jesteś, wiecznie jakieś fiksum dyrdum w głowie.
— A czasby się już ustatkować, czas — dodałą sucho Burbina. — Sąsiad gotów pomyśleć, że ci naprawdę coś w głowie świta niegodnego ciebie.
— Niegodnego mnie... ha, ha, ha... ależ, babciu, złe zestawienie... to ja może nie godnam tego, co mi w głowie świta... raczej świtało — dokończyła ciszej.
A po sekundzie, jakby nagle zgaszona, szepnęła głucho z ogromnym smutkiem:
— Już nie świta.
Ciężkiego coś zawisło w powietrzu, moment niesłychanie kłopotliwej ciszy, przerwał stary Burba. Objął nagle Elżę w pół i przygarniając ją do siebie, rzekł wesoło a serdecznie:
— A ot wiem, co świtało w łepetynie, co świta i da Bóg świtać będzie. Literatura.
— Tak, dziadziu, li... te...ra... tura, — powtórzyła Elża z jakim rozdzierającym uśmiechem, którego tylko pani Urszula nie zrozumiała, ale który natomiast pana Cezarego zabolał i zaniepokoił tak silnie, że już nawet ukryć tego nie potrafił. Usunął lekko Elżę od siebie i rzekł bez werwy:
— Będzie, co Bóg da, tylko trzeba ufać.
— Czasem właśnie po mętnym świcie bywa jasny dzień — wtrącił pojednawczo Poberezki i odjechał.
— Uniewicz milczał bardzo blady. Elża odczuła pewną niebywałą oziębłość kochanego bardzo dziadka i starała się szczerze złagodzić przykrą chwilę, ale przychodziło jej to z trudnością, bo nastrój duszy nie odpowiadał zamiarom serca. Stary Burba intuicyjnie zrozumiał zamiary, więc zaniepokoił się tymbardziej, że Elża sama z sobą Walczy.
Był serdeczny, pozornie pojednany, ale obserwował wnuczkę badawczo i czujnie, dziwnie się czasem trwożąc w sobie.
Tak płynęły zimowe miesiące.
Na wiązy warownieckie spadły białe futra śniegu, pokryły je królewskim gronostajem, omotały w swe miękkie polarne puchy. I bór dokoła nabrał godowo dziewiczych barw.
Styczeń roztoczył swój przepych w łagodnym rozświcie słońca. Białe pyły snuły się w powietrzu już raczej opalowym. W dzień swego wyjazdu z Warowni Elża stała pod cieniem wiązów, osnutych tą przeczystą bielą, myśląc ze smutną rezygnacją, że gdy wiązy te znowu zielenią się pokryją, ona już będzie żoną Tomasza. Myśli jej płynęły wolno, leniwie, trochę sennie. Pożegnała już bór i uroczysko na Pysznym Borze, pożegnała łąki, zawiane ogrody, zagaje. Wróci tu już mężatką, właścicielką tej sadyby starej i znowu na tych trawnikach zrywać będzie fijołki, jak kiedyś w dzieciństwie w Taraszczy, jak potem z Adamem Gorskim, jak przed kilku laty w Warowni, w przeddzień zaręczyn z Tomkiem. A teraz... na wiosnę...
Tęskna zaduma spadła na nią i jakieś ciepło wionęło jakby z przestrzeni, coś w duszy nie załkało jak zawsze, ale niby pasaż cudnej melodji zabrzmiał arpeggiem, powodując nagłe objawienie, niestety zbyt krótkie, zbył mgliste, nieuchwytne. I znowu rzeczywistość szara, codzienna, taka już znajoma, taka bezbarwna. Skąd był ten ciepły powiew dobrego przeczucia, skąd ta nuta słodka w duszy?.. Nie marzyć już, nie marzyć, nie marzyć...
Elża ścisnęła dłońmi skronie; zasłaniając uszy od tej melodji złudnej, rzuciła na wiązy wzrok pełen tęsknoty i smutku.
— Do widzenia, druhy, do wiosny.
Sanki już czekały na nią. Uniewicz, który odprowadzał ją na stację, niecierpliwił się.
— Będzie późno na pociąg, na „decug“ następny za długo czekać.
Gorska roztargniona ściskała wszystkich serdecznie, cały dwór ją żegnał i służba leśna, wiedząc, że jedzie na ślub. Elża ucałowała panią Jasiową, sybiraka Krywejkę, Stacha Domalewskiego, Piotra, wszystkie baby i dziewki z czeladnej, dość czule uściskała się z babką, ale, gdy przypadła do rąk starego Burby, łkanie nagłe, gwałtowne szarpnęło jej piersią. Pan Cezary przytulił wąsy do jej skroni z uczuciem, w którym był nowy lęk.
— Co ci to, dziecinko, co ci jest, Elżuśka?..
Palcem drżącym naznaczył krzyż na jej czole.
— Detynko, uspokój się, niech cię Bóg błogosławi — rzekł wzruszony niezwykle.
— Toż przed tobą szczęście, a miłość i radość — dodała czule Burbina.
— Córką nam jesteś, będziesz synową najmilszą — rzekł pan Cezary, — a ot patrz... i oni żegnają panią Gorską, by powitać Burbinę — wskazał na niedźwiedzia, łaszącego się, i na wielkiego brytana.
— Kajtuś! Murmyła!
Elża całowała ulubieńców w brunatne i płowe kudły, a oni wspierali się na niej łapami, przyzwyczajeni do pieszczot.
Wreszcie sanie ruszyły. Murmyła, skomląc, rzucił się na stopnie.
Wtem Elża zatrzymała gwałtownie stangreta.
— Łukaszu, zawróćcie, prędko.
— Co się stało?.. — pytali z ganku.
— Zapomniałam coś ważnego.
Wbiegła do swego pokoju i po długiej chwili wróciła.
— Przepraszam, że tak marudzę — rzekła, niosąc sporą paczkę w ręku.
— Pewno jakie nowe utwory do druku, będziemy czytali na wiosnę — zawołał pan Cezary.
Powtórne pożegnania i konie skoczyły do biegu.
Elża wkładała paczkę do podręcznej walizki, ale usunął się papier, w który paczka była zawinięta. Uniewicz dojrzał krokodylą okładkę zeszytu. Poznał go.
— Czy to było takie pilne i... konieczne... poco to pani z sobą teraz zabiera?..
Spojrzała na niego bystro.
— Ten zeszyt musi iść ze mną, nie rozumiem, jak mogłam o tem zapomnieć.
— Czy będzie on zawsze z panią?..
Chwilę milczała.
— Nie, bo spalę go w przeddzień ślubu. Postanowiłam to dawno i dlatego zabieram z sobą.
— Całopalenie — mruknął Uniewicz — wszystko na stos.
Elża milczała. Słowa Uniewicza wydały się jej wogóle zbyt śmiałe. Zwróciła rozmowę raptownie na inny przedmiot. Pan Mel zrozumiał. Jechali, mówiąc dużo o wojnie, wojennej literaturze, wyszukiwali tematy rozległe, Elża, by zagłuszyć nurtujący ją dziwny niepokój, Uniewicz, by nie objawić swego bólu i swej udręki, by nie zdradzić się, że zadużo odgaduje i wie. W wagonie zadługo całował jej ręce. Elża niecierpliwiła się.
— Do widzenia, panie Melu, do widzenia, drogi panie. Proszę opiekować się kwiatami w moim pokoju, Kajtusiem i Murmyłą, moją biblioteką, biurkiem. W tym zakresie tylko na pana liczę, nikt o to więcej nie będzie dbał. Czy nie obciążam pana zanadto?..
— Nie, pani jedyna, wszystkie rozkazy pani święte dla mnie, i dokąd tam będę... spełnię je...
— Jakto, co pan mówi?..
— Bo może ja panią ostatni raz widzę... Żegnam... Może panią ostatni raz... ale proszę wierzyć...
Pociąg ruszył. Uniewicz wyszedł z wagonu, już nie oglądając się.
Elżę opanował znowu z powodu dziwnych słów Uniewicza, bolesny niepokój i żal.
— Złe fatum moje niosło mnie do tej Warowni.
W Warszawie Elża zajechała do hotelu, zamiast do wujostwa Renardów. Portjer odrazu na wstępie powiedział jej, że dopytywała się o nią jakaś pani kilkakrotnie osobiście i przez telefon, oraz, że zostawiła swój adres.
Gorska, spojrzawszy na podaną sobie kartę, zbladła. Było na niej nazwisko panny Izabelli.
Nie zastanawiając się ani chwili, wysłała do niej bilet z zawiadomieniem o swoim przyjeździe. Wówczas poszła do siebie na górę, umyła się, przebrała, o niczem nie myśląc, nie chcąc nic przewidywać. Była jakby w śnie, czuła, że coś robi, czego już robić nie powinna, ale zabronić sobie tego nie potrafiłaby za nic, nie mogła przezwyciężyć samej siebie. Stojąc na balkonie, patrzyła obojętnie na licznych przechodniów z myślą tak rozbieżną, że niemal rozpadłą na atomy. Drgnęła, ujrzawszy posłańca. Za chwilę wszedł.
— Ta pani trochę chora; powiedziała, że przyjdzie wieczorem, a oto list.
Wręczył jej dużą kopertę.
Zaćmiło się w oczach Elży. List był od Artura.
Posłaniec patrzał zdziwiony, bo Gorska zakręciła się jakoś na miejscu i bardzo zmieniona dała mu prędko całą garść pieniędzy. Posłaniec wyszedł, zgięty do ziemi.
Elża wyszarpnęła list z koperty niemal z wybuchem, trzęsąc się z wrażenia. Kilka bristolowych kart, zapisanych bardzo różnym pismem Artura, nienormalnie dużym lub nadmiernie drobnym, targanym i rozwlekłym. Czasem nawet charakter właściwy pisma zatracał się w widocznym drżeniu ręki. Elża spojrzała na datę: pisane w październiku w odstępie kilkudniowym. Chłonęła litery pełna okrutnej trwogi.

Gibraltar, 2 października 17 r.
Najdroższa Pani!
„Przepływam Gibraltar, jadę w świat. Dostałem urlop z konieczności, gdyż zapadłem nieco na zdrowiu, Płynę przez Śródziemne, Suez, Indyjskie, zawinę do Kalkuty, może zwiedzę wyspy Sumatrę, Jawę, Borneo, potem Cejlon na dłużej. Wszędzie z myślą o Pani. Tyś marzyła o tych wyspach, jadę tam, by o Tobie marzyć widzę Cię w myślach smutną, ze łzami w oczach. Co z Tobą, umiłowana? Miewam straszne chwile goryczy, tęsknoty za Tobą. Zycie bym dał, by móc Cię zobaczyć, głos Twój usłyszeć, to nie frazes — znasz mnie, Elly moja, jednakowo ukochana. Pozwól tak pisać, piszę, jakby z tamtego świata, byłem na jego brzegu, nie zyskałem nic, że mnie uratowano. Kocham Cię niezmiennie, bez pamięci a tak nieszczęśliwie. Co Cię skłoniło, żeś znowu odeszła? Twoja ucieczka z Warszawy to dla mnie zagadka nieodgadnięta. A jednak odczuwam wyraźnie, że Ty kochasz tylko mnie — tamto to złuda. Może to utopja tonącego, ale nią żyję. Będąc w gorączce, imię Twoje miałem ciągle na ustach. Mówił mi o tem James Ashley, który mnie nie opuszczał. Może Cię interesuje, co mi było? Miałem wypadek na motorówce, jaki — mniejsza, już jest nieźle. Rączki Twoje przedrogie całuję, czoło chylę do Twych stóp.
Artur.“

Elża chwyciła drugą kartę.

Port Said. — Data późniejsza.
„Droga moja, co się z Tobą dzieje? Błądzę myślą, wszędzie szukam Ciebie, coś w Tobie przeczuwam nienaturalnego, czy przeżywasz jakiś kryzys psychiczny? Niepokój o Ciebie zabija mnie, w moich wizjach jesteś taka moja, tak bardzo moja. A Tyś może już żoną tamtego. To byłoby za potworne. Pomijam swój ból, chodzi mi o Ciebie, Elly moja, o Twoją przyszłość z Nim. Ty nie wytrwasz, bowiem życie jest długie. Twoja żywiołowość, Twój entuzjazm przepiękny, Twój głód szczęścia innego, może Cię kiedyś pchnąć do przepaści. Boję się o Ciebie, abyś swych białych piór nie skalała w jakiej jaskrawej farbie, która Ci się purpurą wydać może. Pamiętaj, że nawet purpura męskich szałów bywa bardzo rozmaita i łatwo płowiejąca. Bądź ostrożna. Jeśli nie uczucie dla mnie, to wspomnienie o mnie niech Cię strzeże. Ale to niemożliwe, abyś Ty... Myśl rozprzęga się, leci ku Tobie, męczarnio moja słodka. Jestem chory na duszy i ciele, może i na umyśle, bo haluncynacje o Tobie nie dają mi spokoju. Pocóż jechałem w zimie do Warszawy, by wrócić ze spotęgowaną tęsknotą i żalem, żeś jednak... nie moja. Życie jest zbyt ciężkie dla mnie.”

Duża przerwa na karcie, poczem innym znowu charakterem, krótkim, nerwowym:

„Czytam teraz dużo z indyjskiej literatury. Ciekawe z zakresu psychiki ludzkiej. Fakirzy potrafili wnikać w jej głębie, odgadywali nowoczesne odczucia. Dziwną mi się wydaje moja bezczynność na pokładzie bez zwykłego zajęcia, ruchu i nieustannych trudów, jakie daje stanowisko odpowiedzialne marynarza. Wojna trwa, ja zaś płynę na yachcie swoim, który znasz z Nicei, płynę z przyjacielem i czytam. Pokój to pozorny, szarpanina w moim całym jestestwie piekielna. Gorycz zatruwa i niewypowiedziany ból. Zwalczasz, Elly, moją bezwzględną wolę swoim uporem. Obyś się nie przeliczyła. Przebudzenia bywają straszne.”

Elża, dygocąc w sobie, była wpół przytomna. Stała chwilę z zamkniętemi oczami, szepcąc bez pamięci:
— Arti, Arti, przebudzenie moje już straszne, Arti mój.
Szeptała długo, jakby w śnie, poczem otworzyła oczy — był w nich cień obłędu. Wzięła ostatnią kartę, już z Indyi, z okolicy bliskiej Kalkuty, pisaną tak okropnymi zygzakami, że sama mówiła za siebie.
— Co to jest? — pytała Elża ze łzami — to pisała ręka bezwładna, to ktoś w agonji, jednak to on... on... Boże!..
Zaczęła się wczytywać pilnie.

„Najdroższa, niezapomniana Elly moja. Ze mną jest nieco źle, ale to nic. Pamiętaj, że życie moje do Ciebie należy, gdy je zabierzesz, będę szczęśliwy, dziś straciło dla mnie całą wartość, stało się ciężarem trudnym do dźwigania nawet na moje barki. Zachowaj w pamięci człowieka, który Cię uwielbiał, kochał nadewszystko i jedynie. Cięży nademną przekleństwo. Odeszłaś odemnie w tak odległe horyzonty, że tylko doścignąć Cię mogę myślą, ująć nie potrafię. Na nic władza, siła i możność moja, znikome to są atuty wobec prawdy, że nie chcesz być moją, żem Cię utracił, że mi Cię zabrano, bo się spóźniłem! Powinienem był wcześniej zabrać Cię dla siebie, bez względu na nic, nawet na Twój upór. Szarpie się we mnie bunt, już po niewczasie i to jest szatańskie, to tyranja moja. Zlekceważyłaś, Elly, miłość moją, by, zepchnąwszy mnie w bezdeń rozpaczy, samej iść ku szczęściu. Bo chyba szczęście widzisz przed sobą? A byłaś cudem mego życia, Ty, fatalne przeznaczenie moje i miłości moja olbrzymia.”

Pismo urywało się.
— Jezu, Jezu, Jezu! — wył w duszy Elży okrutny ból skargę, ręką niewypowiedzianą.
— Co z nim, co to znaczy? Czy on?... Boże!
Czytała dalej, ledwo odcyfrowując hieroglificzne, krzywe litery.

„Elly, pisać już nie mogę, ostatnie moje słowa kreślę do Ciebie. Bądź szczęśliwą, niech On da Ci to wszystko, co ja Ci dać pragnąłem — szczęście bez miary. Odrzuciłaś mnie dla niego, więc jeśli Cię zawiedzie, jeśli on okaże się niegodnym takiej ofiary z Twojej strony, palnij mu w łeb, jak zbrodniarzowi, i powiedz: za mnie i za Artura, który życie swoje dał...
Elly... tracę przytomność, resztą sił gonię. Stoisz przy mnie jak żywa, a wiem, że i to haluncynacja. Jedyna moja, niech Ci Bóg da szczęście. Zachowaj pamięć o mnie, dziecko moje ubóstwiane, iskro życia mego, która już tylko tli. Dla Ciebie bym żył, dla Ciebie zdobywał świat, bez Ciebie nie chcę nic, mogę sobie na to pozwolić, jestem swobodny, dla siebie bezwzględny, gorzej, bo dla matki bez serca...”

Karta wypadła z rąk Elży.
— I dla mnie bez serca i dla mnie! Arti, co z tobą!? — krzyknęła głośno — nieprzytomna.
Biegała po pokoju, łamiąc ręce rozpaczliwie.
— Co z nim, co z nim?! on mnie żegna, on... on może już... Boże wielki!..
Nagła myśl zajaśniała, jak błyskawica:
— On, tylko on! Do niego jaknajprędzej!
Ubrała się gorączkowo, wybiegła z hotelu, rzuciła dorożkarzowi adres Izabelli. W kilka minut była u niej. Panna Izabella powitała ją serdecznie, nie mogąc się powstrzymać od okrzyku zdumienia.
— Jaka pani blada...
Twarz Elży była istotnie zmieniona, bolesna.
— Czy pani wie, co się dzieje z Arturem Dovencourt-Howe? — wyjęknęła.
— Wiem. sir Dovencourt-Howe ciężko chory, jest w Indjach na kuracji.
— Chory... na co?
— Pani nie wie?
— Nie.
— Był ranny na motorówce. Uratowany przez Ashley’a. Uległ zgnieceniu klatki piersiowej, obrażeniu głowy, leczył się w Londynie. Jako rekonwalescent wyjechał do Indji, jego przyjaciel, sir James Ashley, razem z nim. Tam się pogorszyło — z powodu wycieczki.
— Wycieczki, jakiej?
— Pojechał łodzią na pełne morze daleko, nie licząc się z chorobą, po powrocie nie było prawie ratunku. Walczył ze śmiercią.
Elża usunęła się ciężko na krzesło. Izabella podbiegła do niej.
— Pani droga, spokoju. Już jest lepiej, może zupełnie dobrze. Organizm zwalczył, niebezpieczeństwo minęło.
— Skąd pani to wie?
— Pisał sir Ashley do mnie, razem z listami do pani, tam było podobno kilka listów, lecz sir Ashley wysłał je razem.
— Co on pisze? Czy mogłabym wiedzieć?
Izabella podeszła do biurka i wyjęła list z szuflady. Elża chwyciła go niemal drżącemi rękami i zaczęła czytać z zapartym oddechem. Twarz jej mieniła się ogniem i trupią bladością, w oczach było przerażenie, groza, ból, rozpacz, a z opuszczonych rzęs jęły zsuwać się po twarzy łzy wielkie, jedna za drugą, jak ogniwka nieprzerwanego łańcucha. W pewnej chwili przysunęła się do niej Izabella i ujęła jej rękę.
— Pani droga, spokoju. Ale nie dziwię się, że pani płacze, bo charakter tej katastrofy... mógł przeżyć... wierzę.
— Więc ja, więc ja zrozumiałam... właściwie.
— Tak. Wszystkie pamiątki, fotografie pani, listy, były z nim razem na motorówce. Sir Ashley przewidział, przeczuł subtelnie, sądząc z całego usposobienia Artura i ocalił go prawie w ostatniej chwili. Jak pani słyszała, sir Ashley przypuszcza, że chodziło o zatuszowanie prawdziwej intencji katastrofą przypadkową, ze względu na spokój pani i jego matki, dlatego wybrano formę pośrednią. Lady Dovencourt jest bardzo religijna, pani rozumie, chodziło o pozór wypadku.
— Co go do tego skłoniło, co, na Boga... — zawołała Elża z wybuchem nieukrywanej rozpaczy, zupełnie naiwnie.
Izabella wlepiła w nią uważnie wielkie swe zdumione czarne oczy.
— Czy pani jest teraz szczerą? — spytała śmiało.
— Co to znaczy?..
— To, że pani chyba najlepiej zna powód jego tragedji.
Nastała długa cisza.
Elża, uświadamiając sobie już okrutną prawdę, jeszcze nie pojmowała jej w całej pełni, jeszcze nie wierzyła, że to z jej powodu, że to ona... ona... Izabella przerwała ciszę, rzekła prawie szeptem, bardzo poważnie:
— Sir Dovencourt-Howe pierwszy raz w życiu potknął się o kobietę. Nie były one nigdy ani celem jego, ani tęsknotą, ani trudem. O kobiety nie walczył, brał je tylko, były na jego rozkaz. Stał się nawet cynikiem z tego powodu. Tu załamał się beznadziejnie. Klęska uczucia, można rzec pierwszego i jedynego, porażka woli niezwykle silnej, to go zrujnowało. Kryzysem finalnym był jego przyjazd tej zimy do Warszawy.
Elża zadrżała.
— Ten przyjazd jego tu, to był wyrok na własne życie, każda godzina mogła przynieść nieszczęście. Wybitna powierzchowność i szczególne zachowanie się mogło go zdradzić zawsze. Wszystko kładł na jedną kartę i przegrał.
— Gdybyż istotnie przegrał, ale — wybuchnęła Elża z nagłą szczerością, lecz umilkła.
Poniosła ją niebywała siła ducha, woli, energji, mocy. Z rumieńcem na twarzy a blaskiem w oczach zerwała się z krzesła.
— Żegnam panią.
— Pani odchodzi?
— Pozamykają biura, już jest późno, muszę śpieszyć.
Panna Izabella bacznie patrzyła na Gorską. Brzask jakiś nowy na twarzy Elży, jej płomień wewnętrzny uświadomił sprytną Szwajcarkę. Ścisnęła rękę Elży.
— Gdybym się pani przydała, służę z chęcią, mam duże znajomości, wpływy.
— Może skorzystam — prędko szepnęła Elża i wyszła.
W godzinę potem Gorska oczekiwała rezultatu podanej prośby.

XI.

Express wojskowy Berlin — Bazylea rwał przez puste, ośnieżone pola Brandenburgji całą siłą pary, kolorowe dzwona pociągu lśniły w słońcu, migały szyby szerokich okien przedziałów i restauracji, w których widać było uniformy strojne i błyszczące pikelhauby.
W malutkim coupée siedziała Elża Gorska zamyślona, bez ruchu, zdawała się być whaftowaną w plusz kanapy. Ręce jej splecione na kolanach drżały czasem nerwowo i zaciskały się jakby skurczem bólu, myśl pracowała bez przerwy, żłobiąc na czole zmarszczkę pionową, bolesną. Pierwszy raz od przyjazdu swego z Warowni do Warszawy, od otrzymania listu Artura, zastanowiła się nad wszystkiem poważnie. Przez te kilka dni była podniecona, zajęta wyrabianiem pozwolenia na wyjazd za granicę, zwalczaniem piętrzących się przeszkód. Działała szybko, z energją zaciekłą i niezłomną stanowczością. Nie zwróciła się nawet do panny Izabelli o pomoc, z trudem, mozolnie, szaleńczo nawet dążyła do swego celu i oto zwyciężyła. Pozostała po za nią Warszawa, kraj, Warownia, Tomek. Na myśl o Tomku ból przenikał jej duszę. On już jest w Warszawie, już są zapewne i Burbowie, a ona ucieka w obce kraje, ucieka w obawie, by jej nie dopędzono.
Wie, że pogoń jej nie grozi, że już jest bezpieczna, ale nerwy stargane wywołują ciągły lęk, ciągły niepokój. Budzi się nagle zapomniany zupełnie wyrzut, że rzuciła Tomka, rodzinę, kraj, rzuciła wszystko dla... tamtego. Lecz oto słodycz napływa do serca, olbrzymie zda się skrzydła rozwijają się u ramion, łopocąc tryumfalnie. One niosą ją do Artura ukochanego nadewszystko i jedynie. I znowu szczęście zaćmiewa myśl, że Artur chory, że może już...
Rozpacz targa nią bezlitośnie, straszliwa trwoga rozdziera jej duszę i znowu wiew nadziei w miłosierdzie Boże uspakaja i koi. Wszakże wiedziałaby, gdyby... a przecie Izabella mówiła, że już jest lepiej. Gdzie go znajdzie, w jakim stanie zdrowia?.. O, gdyby żył, gdyby jeszcze żył! Podróż do Indji daleka, nieznana, straszna, ale tam On — Artur...
— Arti mój, Arti... jadę do Ciebie, jam Twoja, jadę późno, byle nie zapóźno, byle Cię widzieć, widzieć jeszcze, byłeś Ty widział, że do Ciebie przyszłam.
W momentach takiej trwogi i modlitwy na ustach Elża zapominała o Tomku i Burbach. Całą istotą była przy Arturze, lecz gdy wracała nadzieja, a z nią większy spokój, wtedy znowu wyrastał Tomek i okrutna krzywda, jaką mu wyrządziła. Myśl biegła do Warszawy, wyobraźnia ukazywała Tomka z jej listem w ręku, napisanym przed wyjazdem z Warszawy. Elża przypominała sobie tekst listu.

„Kochany Tomku. Nie proszę Cię o przebaczenie, wiem, że mi przebaczyć nie potrafisz, ale mnie nie przeklinaj. Nic mnie nie tłumaczy wobec Ciebie i Twoich rodziców, bo powinnam była wcześniej, nie licząc się z żadnymi względami, pójść tam, dokąd idę teraz, pchana siłą, której nie doceniałam, którą pragnęłam gwałtem skierować w inną stronę i łudziłam się czas jakiś, że zwyciężę. Okrutna omyłka moja to jedyne usprawiedliwienie mego postępku.
Choroba Artura, śmiertelna, ukazała mi w całej grozie tę straszną omyłkę. Jeśli go już nie zastanę przy życiu, będzie to dla mnie piekielna kara za odrzucenie Jego uczucia, lekceważenie własnych uczuć i Twoich, Tomku.
Chociaż uczucia moje dla Ciebie nie kłamały nigdy od czasu, gdy przestały płonąć, tylko Tyś tego z początku nie widział, potem zdaje się nie chciałeś widzieć. Powinnam Ci była sama to wyznać, lecz z całej duszy pragnęłam dotrzymać Ci danego słowa. I oto przeciągnęłam strunę. Musiała pęknąć, raniąc nas wszystkich, Ciebie, Artura i mnie. Ale ten moment oświecił mnie wyraźnie, że moje miejsce tam, dokąd dążę. Co mnie tam czeka nie wiem, to jedno wiem z całą już świadomością, że to jedyna moja droga. Żegnam Cię, Tomku, jak najdroższego brata, zapomnij o mnie, bo na to zasłużyłam; bądź szczęśliwy w przyszłości. Przeznaczenia swego nikt minąć nie może, wierzę, że ono dla Ciebie jeszcze łaskawym się okaże, pragnę tego całem sercem”.

Tomek czytał już ten list, wszak przybył do Warszawy wczoraj.
Elża zażądała od Izabelli, aby list odesłany był do Renardów na drugi dzień po przyjeździe Tomka.
Elża nie widziała się z wujostwem i z nikim ze swoich, tylko w hotelu mogli udzielić o niej informacji. Tomek przez cały dzień wczorajszy miał czas na wywiady, jej zniknięcie trochę go przygotowało, z jej listu dowiedział się prawdy.
Do oczu Elży łzy napływały, zdławił ją żal. Zakryła oczy ręką i pozwoliła tym łzom płynąć cicho, pogrążywszy się w głębokiej kontemplacji. Ale sama nie spostrzegła, kiedy myśl jej z Tomka i jego krzywdy przemknęła na Artura i jego chorobę. I odczuła z niebywałą wyrazistością, niemal plastycznie, że Tomek to zupełnie drobny punkt na drodze jej życia, karzełek, podczas gdy Artur w jej duszy panuje po królewsku, wszechwładnie. Zatem rzucić skrupuły i żyć tym zadowoleniem, że się uniknęło omyłki nieobliczalnej w skutkach. A gdyby się już spełniło...
Elża wstrząsnęła się, przypomniała sobie swój sen w Warowni. Dreszcz zgrozy ją przeniknął.
— Więzienie, więzienie potworne, bez wyjścia.
Wobec miłości Tomka nie zdecydowałaby się na rozwód z nim, wlokłaby ciężką, pozornie wygodną i dostatnią taczkę życia. I trzebaby się maskować przed Tomkiem i jego rodziną i ludźmi, trzebaby swój dramat ukryć głęboko w duszy, by go nikt nie wyśledził i nie poddał pod pręgierz opinji ludzkiej, która nikogo nie szczędzi i żadnych uczuć najświętszych nie uszanuje, która nie umie wniknąć w tragedję, w niedolę duszy starganej, lecz ją zawsze tylko potępi. Żyć z takim brzemieniem i dławić się i dusić... Ach, za nic! A jednak taki byłby mój los, gdybym się w porę nie ocknęła. Ten sen z Warowni stałby się rzeczywistością, Warownia jej terenem.
Gorska strzepnęła rękami, jakby odpędzając od siebie straszną marę tak bliskiej już przyszłości, od której oto ucieka.
— Uciekłam, uciekłam — zawołała z niewymowną radością. Jadę w przestrzeń, w świat, do Niego! Zarysował się w jej oczach podsunięty myślą nagłą znak zapytania:
— Co znajdzie tam, dokąd dąży, co ją tam czeka?.. I czuła, że jej to pytanie zaczyna ciężyć, i że ją męczy.
Patrzała w okno, przesuwała wzrok po polach, lasach, wsiach, podobnych do miasteczek, po dużych miastach i stacjach, które mijała, ale wszędzie, jakby zawieszony w powietrzu, tkwił wielki znak zapytania. Czuła, że się go wcześniej nie pozbędzie, aż dotrze do celu swojej podróży.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Noc była ciemna, na prochowym aksamicie nieba i ziemi tkwiły złote światła, rozrzucone coraz gęściej i coraz niższe. Pociąg zdawał się unosić w górę, światła zaś zapadały w dół. Jechali na wysokim nasypie, mijając Frankfurt nad Menem. Elża, stojąc na ganeczku wagonu, owiana purpurowemi strugami iskier, oparła się na poręczy, zanurzyła oczy tęskne w powodzi świateł, hen, w dole rozsianych. Smutek ją owiał niewymowny. Ta noc, te światła nasunęły wspomnień roje, plątały się one z sobą, wikłały i spychały się wzajemnie... Monte Carlo w nocy, sztuczne ognie na cyplu Monaco... Artur stoi obok niej i mówi cicho: „Elly, pójdziemy razem w świat*... —
W oddali znowu rysuje się jakiś wyniosły samotny budynek, owiany w ciemni nocnej jakby siwą mgłą dymu z lokomotywy; błyszczą w nim światła i rozpływają się w tej szaro-siwej śreżodze. Nasuwa się wizja Warowni z przed czterech lat, w noc zimową, w pyle zawiei śnieżnej. Dwór oświetlony, suną ku niemu sanki, wiozące cztery postacie, ona wśród nich. Tomek i Uniewicz ze strzelbami. Dojeżdżają do dworu, otwierają się drzwi dębowe ukazujące wnętrze jasne i ciepłe. Na ganek wychodzi postać służącego w tołubie, wytacza się niedźwiedź, Kajtuś.
— Jak to dawno, dawno było... wtedy jechałam z nim w duszy, uciekałam od niego, teraz... uciekam do niego — myślała Elża. — Ironja, ironja losu. To, co wtedy odrzuciłam z lękiem, do tego dziś powracam, również z trwogą w duszy. Co mnie czeka?..
Elża wpatrzyła się W rozświetlone łuną miasto.
Frankfurt nad Menem, ojczyzna Fausta, Werthera, Ifigenji, zrodzonych w genjalnym umyśle Goethego. Wydało się Elży, że ta łuna nad miastem to aureola na czole poety, i, odbiegłszy od swoich własnych spraw, zadumała się nad utworami wielkiego myśliciela. Życie takiego człowieka i podobnych do niego ludzi dopiero życiem zwać się może, to tryumfalny przelot, po którym zostają wiekuiste pomniki, niczem nie zwalone, zostaje pamięć niezatarta w pokoleniach. Tacy ludzie żyć powinni dla innych, bo żyją dla przyszłości, ich altruizm, to konieczność, wypływająca z ich talentu, genjuszu. Ale zwykli ludzie, po których zostaje pamięć tylko w skromnym kółku, czyż nie powinni życie swe wyzyskać tak, by choć sami czuli, że żyją i są szczęśliwi? Czy największy egoizm można zawsze potępić bezwzględnie?
Czy żyjąc, trzeba koniecznie cierpieć, a czy cierpiąc można dawać szczęście?
Wpadam znowu w błędne koło zagadnień, prześladujących mnie stale — myślała Elża — i problematu tego rozwiązać nie potrafię, czy wobec samej siebie nie chcę. Oślepia mnie nadzieja szczęścia i podsuwa rozumowania wygodne. Gdy chciałam wejść na drogę ofiary i szczęście własne poświęcić dla szczęścia Tomka, rozumowałam inaczej.
A Tomek już czytał mój list.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szwajcarja, skały, góry wyniosłe, niebotyczne szczyty, owiane przezroczą, błękitno-białą mgłą śniegów, zastygłych na wirchach. Śnieżne kopuły trącają, zda się, lazur nieba, słońce, zachodząc, przytula skały do łona swego, że nasiąkają purpurą i cudownym różem o morelowym subtelnym odcieniu. Tam znowu stok skalisty płonie przepyszną barwą złoto-żółtą i mieni się jak topaz szlifowany. Drugi bok skały jest czarny, jak żelazo, pogrążony w cieniu, zimny, na którym wązki, bystry potok szarfą pienisto-błękitną biegnie po odciosach kamiennych ścian. Wodospad żyje i pędzi w doliny, ale wygląda, jak zastygły, na stalowo-czarnej odciesi.
Słońce krasi góry, oddaje im cały, swój królewski dar szczodrych barw, na inne ciska głęboki cień żałoby.
A nisko, u stóp kamiennych kolosów w śnieżnych koronach, rozlane jezioro błękitnieje jaskrawo wszystkiemi odcieniami szafiru, turkusu, lapis lazuli. Na falach toczą się rozwite hojnie perły, tam, gdzie słońce zanurzy swe oko, złote błyskają trzęsienia.
Express gnał na zrębie skalnego wiszaru, mając pod sobą modrą toń, a poza nią jakby zamczysko z olbrzymich złomów granitu.
Elża jechała ciałem tylko, duchem i oczami bujając od lazuru fal ku błękitom niebieskiej kopuły nieba, czepiała się śnieżnych hełmów skalnych, płynęła na wodospadach, roztapiała się w złotych łunach słońca. Źrenice jej pełne były zachwytu, na usta wybiegał szept tęsknoty, nadziei. Marzenia te ubierały się w słowa poety, wśród tych gór zrodzone.

„Pójdziemy razem na śniegu korony,
Pójdziemy razem nad sosnowe bory,
Pójdziemy razem, gdzie trzód jęczą dzwony!
Gdzie się w tęczowe ubiera kolory
Jungfrau i słońce złote ma pod sobą;
Gdzie we mgle jeleń przelatuje skory,
Gdzie orły skrzydeł rozwianych żałobą
Rzucają cienie na lecące chmury!

Nagły żal jakiś zmącił jej szczęście, zastygła chwilowo, gorycz, bryznęła jadem, zatruwając nadzieje i marzenia. W oczach zgasł promień, zasnuła je chmura lęku, obawa przed nowym bólem. Na usta zbladłe wypłynęły końcowe słowa poematu:

„Skąd pierwsze gwiazdy na niebie zaświecą,
Tam pójdę aż za ciemnych skał krawędzie,
Spojrzę w lecące po niebie łabędzie
I tam polecę, gdzie one polecą,
Bo i tu — i tam — morzem i wszędzie,
Gdzie tylko poślę przed sobą myśl biedną
Zawsze mi smutno, i wszędzie mi jedno;
I wszędzie mi źle — i wiem, że źle będzie,
Więc już nie myślę teraz tylko o tem,
Gdzie wybrać miejsce na smutek łaskawe —
Miejsce, gdzie żaden duch nie trąci lotem
O moje serce rozdarte i krwawe...“

Elża spuściła głowę nizko na piersi, z oczu jej spadły grube jasne łzy, usta rozedrgane od wewnętrznego wzruszenia szepnęły cichutko, boleśnie:
— Arti, jeśli ty teraz... jeśli ty...
Spazm rozpacznej trwogi zdusił jej słowa, sparaliżował myśl obłędną.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Elża w otwartym oknie dusi się dymem, pochłania oczami czarne — wyżłobione tunele. Express przebija górę St. Gothard, wspina się pracowicie, huczy, dudni, wali naprzód, jak pocisk wypuszczony z działa olbrzymiego kalibru. Elża gasi lampę w swoim przedziałku, bo chce mieć wrażenie prawdziwego piekła, ale jakaś zakonnica, belgijka, jadąca z nią razem, budzi się przerażona w najwyższym stopniu i, widocznie pomimo swoich kwefów niezbyt pewna nieba, drży ze strachu i wola o światło, wykrzykując piskliwie w obawie katastrofy.

— Mijamy Gothard — woła Elża, odkręcając elektryczność. Niema powodu do trwogi.
Zakonnica, uspokojona nieco, zaczyna pacierze, a Gorska wychodzi na ganeczek, bo w ciemności, przecinanej iskrami, w dymie, w szalonym pędzie i szumie doznaje wrażeń silnych, żywiołowych. Budzi się w niej zachwyt dla natury, dla potęgi ludzkiej woli.
— Młot Hefajstosa przeszedł przez tę skałę potworną, — myśli Elża.
Od zgiełku expressu, wkręcającego się świdrem w skałę dygotała zda się cała góra, jej ściany wewnętrzne okopcone migały w brzasku iskier, jak czeluście piekielnych pieczar.
Gdy wreszcie wpadli na światło, Elża spojrzała na zegarek: czterdzieści minut i pięć sekund pociąg był w tunelu. Teraz, wyzwolony z oków skalnych, rozwiał szeroko ciemny pióropusz dymu, jak sztandar zwycięski i gnał przed siebie szaleńczo, gwałtownie. Miał fizjonomję zaborcy dzikiego, który pierwszy toruje sobie drogę, rozszarpując skały, odtrącając góry, i pędzi dalej, coraz dalej na podbój.
Lokomotywa pochłaniała przed sobą drogę z zawziętością, z jakąś zaciekłą pasją, byle naprzód, naprzód.
Elża oddychała, szeroko chwytając do piersi nowe powietrze. Doznała dziwnego uczucia ulgi i szczęścia; przebyta skała St. Gothard była niby to pierwsza brama do nowego życia, do nowej nieznanej, a upragnionej przyszłości... z Nim.
Oczami pełnemi wesela i blasków patrzała na Alpy Lepontyńskie, na mijane jeziora, stoki, szczyty. Lombardję powitała jak starą, miłą znajomą, z którą łączyły ją już drogie wspomnienia. Przez Medjolan, Padwę, Weronę, Wenecję jechała ongi z Arturem do Wiednia, dążąc do Warowni. Myśli jej, wszystkie uczucia, wyprzedzały ją, biegnąc ciągle do niego, hen, za nieznane morza i ocean.
Czasem świeciła nadzieja, często jednak zapadał gęsty zmrok zwątpienia, niepewności i okrutnych przeczuć nieszczęścia. Czasem odległy ląd, na którym on przebywał, okraszał się rajskiemi barwy i promieniował, czasem okrywały go gęste mgły, stężałe w ciężkie runa.
A express pędził i pędził naprzód, wrzynając się głęboko W Półwysep Apeniński.

XII.

Neapol. Port, zgiełk, szum, wrzawa. Stoją statki, wielkie parowce, przeważnie wojenne, i pancerniki, najeżone wylotami armat. Widać mnóstwo wojska, jeńców oficerów różnej narodowości, kręcą się anglicy, którym Elża przygląda się wyłącznie z ciekawością jakby szukała wśród nich znajomej, drogiej twarzy. Wie, że on jest na oceanie Indyjskim, a jednak oczy wypatrują go mimowoli i uparcie pośród jego rodaków. Gorska stoi na pokładzie dużego parowca francuskiego „Isle en mer”, patrzy ciekawie, jak ładują na statek olbrzymie paki, które wielka dźwignia mechaniczna lekko unosi w górę i zręcznym ruchem składa na przeznaczone miejsce. Kadłub parowca otoczony ze wszech stron małemi stateczkami podjezdnemi, zatoka roi się od szalup, łodzi różnych wielkości, pełnych przekupniów i tych, którzy żegnają odjeżdżających.
Zamęt dokoła powiększa się — gdy statek zaryczał głosem potwora. Majtkowie ciągną kotwicę, parowiec zaczyna lekko drgać na błękitnej, jak chaber, fali, niby Najada morska, idąca w pląsy.
Za chwilę śruba pieni wodę coraz zawzięciej, gwałtowniej. Statek zadrżał, ryknął raz jeszcze, rozległy się gwizdawki marynarzy i oto Elża widzi, że Neapol cudny jak z bajki zaczyna się odsuwać dalej i dalej, że między tym brzegiem uroczym a statkiem pas chabrowej wody powiększa się coraz bardziej. Uczucie niezwykłe ogarnia Elżę, że nie ona odpływa lecz, że Neapol zanurza się w lazurowych falach i maleje, niknie. Świecą jeszcze białe domy, wile, widnieją ogrody i wznosi się ciężki, dumny kołpak Wezuwjusza, co jak wielkorządca tego wybrzeża, jego suweren, czuwa nad okolicą i oznajmia się cienkim pasmem szaro-różowego dymu ze swych otchłani. Elża łzawe oczy utkwiła w tym kopcu olbrzymim wulkanu, wyławia wzrokiem ostatnie wizje Neapolu i myśli z głuchą trwogą w duszy:
— Opuszczam Europę... gdzież mnie niosą te fale?..
Ogarnia ją tęsknota rzewna a silna, łka w jej piersi nienazwany żal, czy szczęście, czy ból...
Tam, w tej mgle morskiej za pienisto-błękitnym szlakiem wód został kraj, Warownia, Tomek. Tomek — Warownia — jakie to już obce, ponure w dźwięku.
Warownia smutna teraz, stoi szara wielka i głucha, wiązy zwiesiły ośnieżone konary, wieczór śreżogą zimną je osnuwa. A tu słońce wpada w turkusy morza i zapala je sobą, wyspa Ischia płonie przez chwilę jak rubin w złocie i pogrąża się wolno w sinawy cień, zasłaniając sobą gorejącą tarczę. A oto nieobrane jeszcze z krasy rumieńca Sorrento raduje oczy, Elża napawa się widokiem tego cudu i znowu odwraca olśnione źrenice, bo mijają Capri, niby zawieszony wysoko nad morzem klejnot bezcenny. Ischia, Sorrento, Capri, perły pogubione przez Anioła Piękna i Ciszy i dlatego tyle w nich barw, tyle nieziemskiego czaru — szepce Elża w upojeniu i zachwycie.
Myśl jej nie biegnie już ku mrokom Warowni, lecz błąka się tu jak natchniona, lecz przywołuje do siebie jedną, jedyną duszę umiłowaną, aby tu była z nią i z nią razem napawała się słodyczą rozlaną hojnie dokoła.
— Arti, czy szczęście może być tak piękne, jak tu jest piękny świat? — mówi cichutko do wizji jego postaci przy sobie.
Ale już morze oksyduje się cieniem, niby opar sinawo-szary spływa na toń i mąci jej szafir, zasnuwa sadzią wieczoru. Potężne kominy parowca buchają dymem, śruba huczy, a statek prze w tych odmętach płynnego srebra, które, przesycone za dnia błękitem, jeszcze się go pozbyć nie może i tchnie barwą bławatu zlekka przyćmionego.
— Jutro lazur morza powróci znowu, bo do swego zasadniczego wyrazu wszystko wrócić musi, wszystko wyjawić musi na końcu swoje credo istotne, jak morze swój lazur — rozmyśla Elża.
Stoi na pokładzie, wpatrzona w mroczną, ruchomą roztocz wód. W pewnej chwili słyszy gong, więc schodzi na obiad, jak lunatyczka, widzi przy sobie jakieś obce osoby, niby przez sen rozróżnia rozmowy, toczące się głównie o wojnie. Elża czuje się tu źle w tym rzęsistym blasku elektrycznym, w tym tłumie cudzym, dławi ją nad wyraz przykre uczucie osamotnienia wśród ludzi, więc też z radością wybiega później na pokład pomimo nocy i chłodu. Zbliżył się do samotnie stojącej kapitan statku, francuz, i widząc, że jest pochłonięta morzem, objaśnia ją grzecznie, gdzie się obecnie znajdują. Zaciekawia Elżę tajemnicza wzmianka o jakimś cudzie, który mają wkrótce oglądać ci, co nie śpią na statku. Elża dopytuje się, o czem mowa, ale dowcipny francuz zaprzecza głową i rozłożoną dłonią koło swego nosa.
— Pani zobaczy sama, pani zobaczy.
Poczem odchodzi dalej, zapala cygaro i, oparty o burtę, milczy.
— Czuwa, czy także marzy — zastanawia się Elża, rada, że sobie poszedł.
Noc zapadła ciężka i aksamitną oponą pokryła szumiące fale. Morze wznosiło się lekko, żłobiąc na swej powierzchni niewielkie rozpadliny i wzgórza. Często ostry grzebień piany zabulgotał głośniej, oznaczając się jaśniejszą plamką. Cisza była głęboka, tylko otchłanie wód jęknęły czasem, niby westchnieniem, jakiś szloch doleciał z głębin, lub nagle głośniej zagadały fale i znowu milkły. „Isle en mer” pracuje śrubą bez przerwy, odgłos jej trybów zlewa się tak z ciszą i pogwarem morza, że tworzy jednolitą nocną melodję wód. Przerywają niekiedy ciszę monotonne nawoływania majtków, zresztą parowiec milczy uśpiony, głuchy. Kapitan snuje się po pokładzie, zagląda do busoli, do budki strażniczej. Elża widzi w świetle zielonej nocnej latarki jego dobroduszną twarz z czarnemi wąsami, któremi rusza zawadjacko, jak chrabąszcz. Jego siwe małe oczki przenikają ciemność nocy, wpijają się w mroczną toń, jakby czegoś wypatrywały. Gorska, pogrążona w swojej zadumie, uczuwa dotkliwy chłód, zatula się mocniej w sukienny płaszcz, ale zimno liże ją po plecach, dreszcz nią wstrząsnął raz i drugi. Postanowiła pójść po pled do swej kabiny. Gdy skierowała się w stronę schodów, kapitan zastąpił jej drogę.
— Pani idzie spać...
— Nie, ale mi zimno — odrzekła zdziwiona.
— Teraz proszę nie odchodzić, wytrwała pani tyle czasu, trzeba już doczekać.
— Czego, panie?..
— Zaraz, zaraz. O, o, widzi pani, jak tam na krańcu horyzontu leciutko różowieje fala? Morze się podnosi wyżej, bałwany są wynioślejsze i dlatego jeszcze, jeszcze... ale już za chwilę.
Elża utkwiła wzrok w punkcie, gdzie istotnie na tle niezgłębionej czarności nieba i morza, zlanych z sobą, przesiąkał brzask jakiś wiśniowy a subtelny, niby opar.
— Czy to świt? — spytała.
— Ale gdzież tam, do świtu daleko, słońce wschodzi zupełnie inaczej.
— Zatem to wschód księżyca?..
— I to nie.
Nagle potężny zwał wód podniósł statek wysoko w górę.
Elża wydała okrzyk zdumienia.
— Te voila! — zawołał kapitan.
Daleko w głębi czeluści zlanego z sobą horyzontu wykwitał wprost z morza strzelisty słup morelowo-złoty i tkwił nieruchomo jak lej, rozszerzony u szczytu, z którego wytryskała sypka zawieja iskier w pióropuszu siwo-różowego dymu.
— Wulkan! — zawołała Elża.
— Stromboli, zbliżamy się do wysp Liparyjskich — odrzekł kapitan.
— Cóż za cud!..
Pochylona naprzód, patrzała na zjawisko oczarowana. Nikł chwilami z oczu główny stos wybuchu, tylko łuna zostawała na falach wiśniowo-pomarańczowa. Ale gdy statek z rozpadlin, utworzonych przez bałwany, wznosił się znowu na pieniste, wyżyny grzyw, wówczas wyrastał w całej pełni jaskrawy snop i odrzynał się wybitnie na tle nocnych kirów.
Były momenty, że słup zdawał się zbliżać do statku, podpływał, jakby sunąc po bałwanach, i znowu się oddalał. Drgały na fali tysiączne iskierki, jakby rój barwnych czerwonych i złocistych komarów sypał się gęsto, obsiadał szczyty bałwanów, na ich białych fryzach świecił różowo. Cisza trwała niezmącona, tylko morze gadało głośniej i piętrzyło się w coraz wyższe góry. Kapitan mówił cicho:
— Zaczyna się chwiejba, morze kołysze, niech już pani zejdzie do kajuty. Istotnie trochę zimno.
— Nie, za nic nie pójdę, widok jest zbyt piękny, coś podobnego raz się w życiu widzi — mówi Elża z zapałem i dziękuje kapitanowi, że ją zatrzymał. A on się śmieje.
— Poznałem w pani romantyczkę. Pani ma łacińską duszę, wrażliwą na piękno, tak odgadłem. Inne lady i signory zaczynają podróż najpierw od toalety, potem szukają towarzystwa, nie bądźmy skromnymi, naszego, męskiego, siedzą w salonie, flirtują. Pani od czasu wejścia na statek widzi tylko morze, pani była na obiedzie nieprzebrana; krytykowano panią, ale pani tego nie słyszała. Pani była cała pochłonięta widokami brzegów Neapolu i jakąś własną myślą, pani ma w sobie smutek wyraźny. Pardon, nie chcę być niedyskretnym, ale to dlatego postanowiłem pokazać pani Stromboli. Ja go widuję często i nigdy nie zaniecham, by go widzieć, bo i ja jestem romantykiem. Kocham piękne zjawiska natury i kocham morze, ono jest zawsze nowe i zawsze inne, chociaż niby takie same.
— Słup ognisty zbliża się ku nam, najwyraźniej idzie po fali. Ach, jakie to urocze zjawisko. Cóż za przepych, — unosiła się Elża.
Kapitan kiwał głową.
— Złudzenie optyczne, tak jest zawsze, gdy noc jest ciemna.
— Czy częste i długie są takie wybuchy?
— To nie wybuch, pani, to zwykły, silniejszy oddech Stromboli, ten wulkan żyje, ale jest nieszkodliwy. Takie same objawy u Wezuwjusza już są groźne, a Stromboli to przyjaciel marynarzy, oświeca nam często morze i daje świetne widowisko.
Kapitan z trudem nakłonił Elżę, aby poszła spać, gdyż wulkan nie gaśnie czasem do świtu, a jest zimno i chwiejba statku coraz większa. Gdy Elża pytała, czy się nie zanosi na burzę, kapitan odrzekł wesoło:
— Eee, nie, morze trochę huśta, więcej niż zwykle, ale nad ranem pewno bałwany zasną. Płyniemy do Kalkuty proszę pani, wobec przeto morza Czerwonego i oceanu Indyjskiego przed nami, cóż dla nas znaczą takie fale?.. kołysanka nic więcej.
Elża zeszła do kabiny z lekkim dreszczem pewnego lęku.
Morze Czerwone, Ocean Indyjski, takie przestrzenie... ale tam za tą potęgą mórz... On... Artur...
Nowa otucha wstąpiła do duszy młodej kobiety. Usypiała z obrazem Artura w mózgu, przepełnionym wizjami podróży. Czasem zgrzytnęła myśl smutna.
— A w Warowni noc, cisza, tylko szumi bór z oddali i pojękują wiązy. A Tomek...
— Biedny, biedny Tomek.
— Tak, tak, tak, tak, tak, — jednostajnie, mechanicznie mówi maszyna parowca i pcha statek w odmęty, w odmęty. Morze szumi tak, jak czasem szumiał Pyszny Bór z oddali.
Smutek i niepokój Elży powiększał się. Budziły się w niej obawy, że nie zastanie już Artura w Indjach. Może wyleczony wyjechał do Anglji, a może już... Na tę myśl przepaść otwierała się przed nią. Czuła również, że jeśli on zdrów, to pomimo szczęścia z tego powodu szukać go w jego ojczyźnie ona nie odważy się. Do jego matki nie pojechałaby za nic, znała siebie i swoją ambicję, więc wracać do kraju i oczekiwać, aż się on do niej ponownie odezwie? Więc tak, niech się dzieje wszystko, byle on był zdrów. Co się z nią stanie, to mniejsza, byle on żył, bo jeśli...
Lodowaty dreszcz przeniknął Elżę, trwoga coraz częstsza o zdrowie Artura mąciła jej umysł. Podróż morska nie szkodziła jej, czuła się zdrową fizycznie, ale coraz słabszą duchowo, jej stan moralny przerażał ją samą. Zaczęła myśleć z rosnącym przerażeniem o końcu podróży, bała się go jakby nieuniknionej katastrofy. Spytała raz kapitana, jak długo będą płynęli do Kalkuty.
— Neapol, Port Said 4 dni, Port Said — Aden 6 dni, Aden — Bombaj 5 dni, Bombaj — Kolombo 4 dni, Kolombo — Kalkuta 7 dni, zatrzymujemy się włącznie w Port Saidzie pięć godzin, w Suezie całą noc, w Adenie cały dzień, czyli 27 dni, płyniemy już czwarty dzień, będziemy w Bombaju za dni 12, w Kalkucie zaś za dni 25, o ile nic nie zajdzie nieprzewidzianego — wyrecytował kapitan.
— Dwadzieścia trzy dni, to okropnie długo; przez ten czas może się wszystko stać najgorsze...
— Co mianowicie?
— Można wyjechać... można umrzeć — wyszeptała Elża z wewnętrznym wstrząsem niepokoju.
— Eee... he... he, umrzeć to można i zaraz, poco taki długi termin. Ale nie umrzemy, nikt się na tamten świat nie spieszy, a tymbardziej marynarze, bo wiedzą, że droga tam prowadzi ich via żołądki rekinów. „Isle en mer” dowiezie nas bezpiecznie na miejsce, my się sobie niesprzeniewierzymy.
— Mnie, kapitanie, chodzi nie o własne życie — rzekła Elża smutno i oto nagle uświadomiła sobie przeraźliwie jasno, że nie przeżyłaby zgonu Artura. Jeśli on nie żyje... to nie mam poco żyć, nie mam do kogo i dokąd powracać.
Myśl ta beznadziejna sprawiła jej ulgę. Do tej pustki za sobą utworzonej nie wróci, bo gorszą byłaby ona od śmierci. Poza nią nic i przed nią nie pozostałoby nic, a żyć z taką nicością — czyż podobna?.. Odczuła bardzo wyraźnie, że nie zabrakłoby jej odwagi do popełnienia tego czynu, który stałby się tylko jej wyzwoleniem.
Artur Dovencourt-Howe był jej celem już jedynym, najdroższym, najświętszym. Wszystko mogło być przed nim, przed tym momentem decydującym, który ją do niego uniósł. Ale teraz po za nim tylko nicość. Za dwadzieścia trzy dni rozstrzygną się moje losy — powiedziała sobie z odwagą i rezygnacją, gotowa na wszystko. Mówiła to bez śladu tragedji, owszem, ze spokojem zupełnie szczerym. Francuz długo na nią patrzał i ruszał Wąsami groźnie. Wreszcie rzekł:
— Człowiek nie decyduje o sobie, bo zależy wszystko od takiej lub owakiej chwili, jaka napłynie z przestrzeni. Ludzie to nazywają przeznaczeniem, albo wolą Boga. To śmieszne, nieprawdaż?
— Pan nie wierzy w Boga?
— Ach, Bóg jest już bardzo stary, proszę wierzyć. Wiele rzeczy nie widzi, dużo nie chce wiedzieć, wreszcie zbyt długo się przygląda, a często i nieszczególne ma serce. Świat płynie jak fala morska, wznosi się, opada, burzy, uspokaja — ciągle w kółko. Tylko morze jest coraz nowe, świat zaś zawsze jednakowy, morze jest piękne, świat brzydki. Światem nazywam ludzkość. I jak na morzu los podróżnika zależy od pogody, od przytomności kapitana i siły motoru, tak samo los człowieka wśród ludzi zależy od wewnętrznego usposobienia w danej chwili, od siły ducha i od mniejszej lub większej odwagi.
Elża zamyśliła się poważnie nad przeszłością swoją. Stanęły jej w myśli wypadki ostatnich lat kilku, ucieczka od Artura, Warownia, zaręczyny z Tomkiem, wojna, jej tęsknota, listy Artura, wreszcie ostatni list i znowu ucieczka do Artura.
— Kapitan ma rację — rzekła żywo. Uczucia ludzkie są często jak statek, rzucony na pełne może. Fala miota nim, pomimo nawet silnego motoru, tu i tam, druzgoce nawet opancerzenia, ale przyzna pan, że, gdy runie motor, statek ginie.
— Czyż zatem w Kalkucie mam oczekiwać, że siła pani ducha ulegnie ruinie?
Elża zadrżała, przykrość sprawiło jej to pytanie.
— Jeśli tak — rzekła, panując nad sobą — to zginę bez chęci ratunku.
— Pani mówi to z siłą, ale spokojnie, lecz w pani tkwi dramat. Mam dla pani dużo sympatji, bo lubię polaków i ludzi smutnych. Dajmy na to, że smutek pani chwilowy, w pani jest wewnętrzne życie, które przebija przez obecny nastrój, jak słońce przez mgłę. I oczy pani są dumne, patrzą śmiało na ludzi. Melancholijną pani nie jest napewno. Trzeba tylko słońca, by ta mgła zniknęła. Może zatem słońce indyjskie...
— Ach tak, kapitanie, słońce indyjskie gdyby mi świeciło.
Umilkła zawstydzona własnym wybuchem.
— Jak pani błysnęło w oczach, nie gorzej od słońca na samym równiku. Parbleu. Gotówem płynąć jaknajdłużej do Kalkuty, bo zaczynam się obawiać, czy pogoda dopisze.
— Zależy to od Boga i od mego fatum.
— Sprzeczność; pani wierzy w Boga, a jest poganką. Bóg i fatum to dwa pojęcia przestarzałe, choć przeciwne sobie. Tymczasem owa pogoda w Indjach zależy tylko od potęgi fal elektrycznych między panią i... słońcem Indji. Pozatem od żywotnej siły samego słońca i dobrych powiewów bieguna południowego, lub złych północnego. Oto wszystko.
— Pan jest niesłychanie sprytny — uśmiechnęła się Elża ubawiona.
— Ach, madame, ja słyszę, jak szemrze najmniejszy prądzik na dnie oceanu, ludzkie zaś uczucia odgaduję przez skórę na sto mil morskich, nie dopiero wtedy, gdy mnie już skrobią; różnię się tym od ryby.
Częste rozmowy Gorskiej z kapitanem zwracały na nią uwagę podróżnych. Nie udzielała się towarzystwu, widocznie unikając znajomości. Jej zamyślenie, wykwintny choć skromny ciemny strój, żywość i energja w całej postaci, pomimo wyraźnego smutku, a przytem wybitna, imponująca rasowość zaciekawiały mężczyzn, tym samym niepokojąc strojne damy, chciwe własnego wpływu. Najzawziętsze nazwały ją pokutnicą, posądziły, że nosi włosiennicę pod ciemną suknią. Ale dowcipny kapitan, usłyszawszy raz taką uwagę, zmrużył chytrze siwe oczki i, kiwając koło nosa rozłożoną szeroko dłonią, mówił tajemniczo, że ta pani to miljonerka szwedzka i jedzie do Indji, gdzie ma kopalnie brylantów, że stara się o nią miljarder angielski, ale ona go nie chce, gdyż postanowiła wyjść za biednego, byle jej się podobał. Skutek plotki kapitana był nadzwyczajny, mężczyźni zaczęli nagle nadskakiwać Gorskiej na wyścigi, kobiety zaś patrzyły na nią z zawiścią, ale z szacunkiem, jaki wywołują u niektórych miljony. Kapitan bawił się wybornie, Elża zaś, zajęta swojemi myślami, nie zwracała narazie uwagi na składane jej hołdy i nagłą adorację mężczyzn. Spostrzegłszy to jednak wkrótce, spytała kapitana, co by to znaczyło, gdyż domyślała się w tym jego współudziału. Gdy francuz wyznał wreszcie całą prawdę, Gorską uderzył przedewszystkiem jeden szczegół.
— Skąd panu przyszedł na myśl anglik w zestawieniu ze mną? — zadała pytanie.
Kapitan wahał się trochę z odpowiedzią, wykręcał się, ale Elża nie ustąpiła.
— Oto widziałem panią w Neapolu, obserwującą z takim zainteresowaniem kręcących się tam anglików, jak gdyby wśród nich miała się ukazać twarz znajoma, a nawet kochana. Następnie lubi pani mówić o Anglji, oburza się nadzwyczaj, gdy coś niepochlebnego powiem o anglikach. Stąd przeczułem, że... słońce Indji może mieć zabarwienie albiońskie, nie tylko ze względów gieograficznych. Obecne zainteresowanie się pani tym szczegółem mojej intrygi podkreśla moje przeczucia. Pardon za moją niedyskrecję.
— Pan jest człowiekiem zupełnie niebezpiecznym.
— Ale nieszkodliwym. Niech pani tylko nie prostuje mojej plotki. Co pani to szkodzi, bawmy się słabością ludzką. Może pani przytem nazbierać mnóstwo obserwacji bardzo ciekawych. Zanim dopłyniemy do Suezu, opinja pani miljonów jeszcze wzrośnie na statku. Może się pani spodziewać ofert tajemnych na wielbicieli i jawnych na przedsiębiorców handlowych.
— A skąd panu przyszło nazwać mnie szwedką?
— Jest pani typem podobnym do szwedek, to nie ubliża, proszę mi wierzyć, znam tę rasę kobiet i cenię. Oczywiście nie mam tu typu Krystyny Semiramidy szwedzkiej na myśli.
— Nie mógł mi pan przyznać mojej — własnej narodowości, którą pan podobno lubi?
— Taak, ale kopalnia brylantów w Indjach i polka, to trochę ryzykowne połączenie.
— Pan uważa Polskę za zbyt biedną?
— Już pani mówi z oburzeniem i goryczą, już panią obraziłem, już gotowa pani kopję kruszyć o Polskę. Więc na przeprosiny coś pani pokażę.
Kapitan wręczył Elży lornetę i skierował ją na południe.
— Co pani widzi tam daleko, daleko?
— Widzę jakiś pas błyszczący w słońcu, na skraju horyzontu, jak złoto. To chyba wyspa.
— To już Damietta.
— Afryka, Egipt!.. — zawołała Elża.
— Tak, dopływamy wkrótce do Port Said.
Elża doznała ponownego wrażenia, że otwiera się przed nią jakaś brama nowa a świetlista, jak ten pas lądu, widny z oddali, że oto próg do czegoś wielkiego. Przeszłość nagle zmalała, skurczyła się. Wszystko, co było, pozostało w szarej zaćmie. Przed nią słońce, blask. Przepełniona takim uczuciem, pochłaniała chciwemi oczami brzegi Egiptu, wpływając do portu, drżała na całym ciele, starała się jednak o spokój pozorny nawet przed kapitanem. Zresztą jej burzę wewnętrzną zagłuszył ruch portowy i nowość widoków. Nie mogła się napatrzeć na mnóstwo statków wielkich i małych, na rojowisko łodzi, i wąskich feluk arabskich, na ciemne twarze Arabów, Persów, Beduinów, na ich białe turbany i płaszcze, wśród których uwijały się fezy tureckie i czarne twarze o białkach oczów jak z porcelany.
Parowiec ładował węgiel, dopełniał niektóre zapasy, pasażerowie wsiadali i wysiadali, pokład był zapchany różnorodnością typów wschodnich i kostiumów. Niemniej rozmaite od strojów słyszało się narzecza językowe, a na dole, koło kadłuba statku, przewalała się istna powódź łódek z przekupniami i buchał wrzask, wściekłe wołania i przekleństwa. Elżę wszystko to ogłuszyło trochę, dopiero odetchnęła z przyjemnością, gdy statek ruszył.
Zanim wpłynęli pomiędzy kamienne mole, prowadzące do kanału, Elża rozejrzała się z rozkoszą po przestworach morza i żółtych ławicach Delty nilowej, poprzerzynanej taśmami wody rozpadającego się tu Nilu. Znikł krzykliwy tłum ludzki, została wszechmocna pustosz wód, zlana błękitem i świetlistością z niebem, została otchłanna bezdeń powietrzna, — czysta i wonna jak źródło życia, zostały te gęste a wąskie połacie piasku złotego Delty niby macki, którymi Afryka wpija się w łono morza Śródziemnego, jakby je trzymała, by nie uciekło... Wielkie doki i budynki portowe razem z lasem masztów okrętowych nikną w tej roztoczy powietrza, wody, która tu panuje samowładnie. Stada białych mew kłębią się nad morzem i kanałami, jak roje wielkich motyli. Słońce pali i zatapia wszystko w niezmiernie jaskrawej łunie. Wpłynęli na kanał. Elża zdumiewa się, bo oto statek sunie, jakby po rzece nawet niezbyt szerokiej, ujętej w groble, prostej niby szarfa blado-błękitna, i dziwnie cichej. Po morzu rozkołysanym kanał był jak tafla szklanna, okręt ślizgał się po niej swobodnie i pomimo, że na wielkości swej i na majestacie zyskiwał, wobec tej wąskiej wody i pustoszy piasczystej dokoła, to jednak miał wygląd bierny, bo nie robił wrażenia, że on przebywa ten kanał, lecz że kanał go posłusznie przenosi. Statek pozwala na to z dumą, jakby mówił: „drwię sobie z takiej wody, przedemną morza, oceany; dla nich zachowuję swój trud”.
A kapitan mówił do Elży:
— Cóż kanał... strumyczek wobec morza, prawda, pani? ale więcej on znaczy niż niejedno morze. Morze Czerwone odgrodziło się od Śródziemnego puszczą, aż tu Lesseps spłatał mu figla i przeciął barykadę. Marynarze mówią, że morze Czerwone od tej pory pieni się i burzy gorzej niż dawniej, zapewne też zbladło z gniewu, bo jak pani sama zobaczy, czerwone wcale nie jest, ale zawsze złe.
Gorska słuchała słów kapitana, ale zajęta była swoją myślą:
— Tędy przepływał Artur.
Słońce zapadało za skraj pustyni, zalewając ją purpurą, na cichych wodach jeziora Menzaleh drgały czerwone płomyki, jakby krople krwi. Krzyk żałosny czapli czy pelikanów wprowadzał do ogólnej melancholji krajobrazu nową nutę smutku. Udzielił się on Elży i to tak silnie, że łzy grube spadły z jej oczu. Wyobraźnia nasunęła okrutną wizję chorego Artura, płynącego tędy może bezpowrotnie. Krople szkarłatu na jeziorze wydały jej się krwią z rany Artura, z rany, jaką otrzymał przez nią... Skurcz dławił jej krtań tak boleśnie, że o mało nie wybuchnęła szlochem z pod serca idącym, ale dokoła było pełno ludzi, więc się pohamowała. Utkwiło jej w pamięci jedno zdanie Artura, jeszcze kiedyś na Rivierze wypowiedziane: „uczucia dzielę na osobiste i ogólno-ludzkie; pierwsze chowam skrzętnie dla siebie i swoich najdroższych, bo chcę, aby były zawsze czyste”. Elża bała się, by jej uczuć nie sprofanowali ludzie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W Suezie byli w nocy.
Górska widziała tylko światła portowe w dokach i na statkach* oraz takie same tańczące na czarnej toni zatoki. W oddali wielka latarnia morska rzucała smugę świetlistą w kształcie ogona komety; fale, huśtając się, rozszerzały lub zwężały ten zalew dobroczynnego blasku, igrając z jego iskierkami.
jednostajny plusk wody o kadłub statku i znany już gwar portowy znużył Elżę wkrótce; zeszła z pokładu do kabiny, ale do świtu zasnąć nie mogła: pisała długo w swoim bloku podróżnym, targał nią straszliwy niepokój nanowo ocknięty i już wprost męczący.
— Coś się napewno dzieje z Arturem — zbyt wyraźnie ta czuję.
Nagle oderwała ją z miejsca myśl błyskawiczna.
— Zatelegrafuję do niego, dowiem się, czy zdrów, wrazie wyjazdu uprzedzę, zatrzymam.
Nie śmiała pomyśleć, że się obawia, czy on żyje, że go głównie pragnie widzieć.
Pobiegła do kapitana.
Czuwał na stanowisku, bo dzień wstawał wietrzny i zanosiło się na burzę. Chociaż płynęli zatoką Sueską, lecz bałwany były wielkie i kołysały statkiem niegorzej niż morskie. Kapitan w usposobieniu kwaśnym powitał ją słowami:
— Źle, tu mamy wichurę, na Czerwonem będzie burza, barometr fatalny. Czemu pani tak rano wstała?
— Wcale nie spałam.
— Jeszcze lepiej.
Elża przedstawiła mu swoją prośbę.
Kapitan zmarszczył się.
— To można będzie uskutecznić w Adenie. Tam jest kabel podmorski angielski; o ile depesza do anglika, to nawet prywatna może być przyjęta bez zwłoki.
— Dopiero w Adenie! A ze statku naszego nie można?
Kapitan zrobił wielkie oczy.
— Doprawdy pani ma zachcianki prawdziwej miljonerki. Iskrowe depesze ze statku podawane są tylko w interesach naszych, marynarskich, alarmowe i t. d.
— A z Suezu?
— Suez opuściliśmy, stąd do Suezu telegrafować w kwestji prywatnej nie mam prawa i Suez teraz takiej depeszy do Indji nie przyjmie. Wojna trwa, wobec jej wymagań wszystko idzie na bok. Parbleu, niech pani będzie cierpliwą.
— Tak, a tymczasem utoniemy i nawet... nie będzie wiedział, że śpieszyłam — jąkała się Elża, trwożnie podniecona.
— O là...1à... zaraz utoniemy, poco mamy tonąć. W Bab-el-Mandeb leżeliśmy już parę razy do góry nogami, aż wszystkie rekiny tańcowały z radości, że będzie uczta i zawsze „Isle en mer” zwycięsko podniosła łeb, nawet jeden maszt nie pękł. Pani sama zobaczy, jakie kozły się przewraca w tej cieśninie piekielnie skalistej, dzikiej, nazwanej nawet „Portes des Pleurs”, a jednak nigdy w niej nie płakałem. Oberwałem guza czasem, ale to nic. Dopłyniemy do Adenu i tam zajmę się gorliwie depeszą pani.
Po chwili spytał jeszcze:
— Czy ten pan jest cywilny?
— Był kapitanem pancernika w eskadrze bojowej angielskiej.
— Kapitanem pancernika? He, to już zrobione, żadnych trudności. Telegram machniemy urzędowy od jego żony i basta.
— Ależ, panie, cóż znowu!..
— Czemu? przecie chyba żony nie ma, a przynajmniej nie jest z nią w Indjach... To byłby kawał, ha?..
Kapitan rozweselił się, ale widząc powagę Elży, jej trwogę nagłą i silne wzruszenie, zastosował się w jednej chwili do jej tonu.
Gorska długo nie mogła zapanować nad swoim niepokojem. „Od jego żony, od jego żony” powtarzała sobie uparcie słowa kapitana. Czyż to możliwe, by ona była kiedy żoną Artura?
Lęk zabobonny przed własnym fatalizmem zabijał marzenie.
— Być jego żoną... więc szczyt szczęścia, czaru...
— Jadę do niego, bo chory, bo ranny, bo może już... ale czyżby, czyżby?.. A jego słowa w ostatnim liście:
„Byłaś cudem mego życia, ty, fatalne przeznaczenie i miłości moja olbrzymia”
albo to:
„Powinienem był wcześniej zabrać Cię dla siebie bez względu na nic, nawet na Twój upór.”
a dalej:
„Jeśli on (Tomek) okaże się niegodnym takiej ofiary z Twojej strony, palnij mu w łeb jak zbrodniarzowi i powiedz: za mnie i za Artura, który życie swoje dał”.
— Arti, Arti jedyny, — zawołała Elża, wyciągając ramiona w przestrzeń. Była w swojej kabinie, ale duszą leciała przez morza, oceany, jak ptak do swej ojczyzny, stęskniona, pełna entuzjazmu.
W pewnej chwili stanęła przed lustrem, ocknął się w niej instynkt kobiecy.
— Czy dobrze wyglądam?.. czy się Arturowi spodobam?..
Przez chwilę badała siebie drobiazgowo.
— Zmizerniałam i zeszczuplałam — myślała — ale to nic, za to wiatr morski i słońce Egiptu opaliło mnie, mam zdrową cerę, choć jestem bledsza niż zwykle. Arti, czy ty tak lubisz?.. Pod oczami mam cienie jakieś głębokie, których dawniej nie było, oczy moje są dumne, jak mówi kapitan. Och, Arti, będę bardzo, szalenie dumna, jeśli ty mnie weźmiesz sobie.
— Arti!..
Z oczu jej strzelił ogień. Przyglądała się sobie ździwiona.
— Jak ja się zmieniam pod promykiem jednej nadziei tylko. A gdy stanę w łunie szczęścia...
— Arti, chcę, pragnę podobać ci się bardzo, ogromnie, jedynie. Czemuż nie mogę być, nie jestem piękną! A jednak widać, mam dla Ciebie, Arti, jakiś urok w sobie, skoro Ty... mogąc wybierać, sk
oro Ty... Biegała po kabinie, łamiąc ręce nad głową z niewypowiedzianego uczucia i porywu w duszy, wkraczającego w egzaltację.
Tego dnia zeszła na „lunch” ubrana staranniej w lekką ciemną suknię z crépe de chine’u. Chciała włożyć białą, ale zmieniła zamiar.
— Nie, a może on chory...
Przy stole rozmawiała z ożywieniem, bawiły ją komiczne pozy pasażerów z powodu wzmożonej znacznie chwiejby statku. Na stole położono już ramy, pomimo to nakrycie tańczyło, utrudniając jedzenie. Coraz to któryś z biesiadników trącał czołem o brzeg stołu lub odwalał się w tył, włażąc kolanami na własny talerz.
Elża nie jadła, widząc fizyczne niepodobieństwo spełnienia tej funkcji, piła jeno koniak zalecony jej przez kapitana.
Francuz pił bez miary i klął bez miary, co chwila wołając: pardon! Kilka osób zbladło nagle i uciekło do kabin, tłukąc się o ściany.
Elża czuła silny ból w skroniach i zawrót głowy, wyszła z trudem na pokład, ale wiatr wpychał ją z powrotem. Podziwiała morze groźne, warczące, spiętrzone bałwanami, ciemno-stalowe, z połyskiem żelaza i grynszpanu. Brudne piany bluzgały na pokład, jakby morze pluło na statek. Niebo zwisało ciężkie, brzemienne ołowiem, wodą nasiąkłe.
Nagle Elża uczuła, że pokład leci gdzieś w dół bezdenny, a wkoło wir szalony zakotłował gwałtownie i obuch jakiś uderzył ją w głowę. Krzyknęła i upadła jak długa na zwinięte liny okrętowe.
Nie zemdlała, lecz zawrót głowy pozbawił ją sił i władzy w sobie.
Kapitan ją podniósł i, besztając, ocucił, poczem odprowadził do kabiny, zabraniając jej wychodzenia na pokład. Elża rozchorowała się na dobre, pomimo koniaku i śliwek, które kapitan nasyłał jej masami. Pierwszy raz w życiu cierpiała tak strasznie, huśtając się na posłaniu od sufitu do podłogi bez chwili spoczynku. Wichura przeszła w huragan i burzę. Tak wpłynęli na morze Czerwone. Statek taczał się formalnie, podrzucany przez bałwany olbrzymie, jak góry, walił się w przepaście, kręcił młynka, kładł się bokiem, skrzypiał, stękał. Niewiadomo było, czy wściekło się morze, czy statek. Prawie wszyscy pasażerowie byli chorzy, tylko kapitan i załoga nie przestawali czuwać. Francuz wreszcie, jakby z desperacji, nabrał humoru, wymyślał morzu, ile wlazło, i zachęcał statek do walki.
Elża pod wieczór, chociaż chora bardzo, wysunęła się z kajuty, by zaczerpać powietrza, i usłyszała taką przemowę pobłażliwym, spokojnym tonem wypowiadaną:
— Jeszcze mało! Hejże, jeszcze trochę, wścieknij się do reszty, bydlę jedno! Krzycz, pluj, szalej! — Cierp stateczku, cierp, tyś wyższy nad to głupie bydlę, ono widzisz konwulsji dostało z bezsilnej złości, że ciebie nie złamie. Czekaj, potworze, przetrwamy twój gniew, a wtedy weźmiemy cię pod siebie, stulisz ogon, bezwstydniku jeden!
— Kapitanie, czy nie grozi jaka katastrofa? — spytała Elża — wpadniemy jeszcze na rafy koralowe?
— A pani tu czego?.. proszę się schować, bo piany z pyska tej rozjadłej bestji zalewają schody, dosięgną panią, poco patrzeć na czyjąś głupotę. Rafy — jakie tam rafy znowu! O là, 1à...
— Ale statek trzeszczy, panie.
— Co tam pani opowiada, statek się śmieje z głupich bałwanów i dlatego się tak wije, paroksyzm śmiechu go ogarnął, bo też jest z czego.
Humor kapitana udzielił się całej załodze i pasażerom. Co raz ktoś wyjrzał wystraszony z kabiny i powracał pełen otuchy, za przykładem kapitana żartując z burzy.
Trwało tak całą dobę, poczem ryk bałwanów trochę przycichł, statek wyprostował członki, ale chwiejba nie ustawała. Morze było sine, jakby zadymione, pełne piany, brudne i złe, pokudłaczone, jak pies obity i jeszcze warczący.

XIII.

— Aden, jestem w Adenie, u wejścia na ocean Indyjski — uświadomiła sobie Elża, ocknąwszy się ze snu i szeroko otwierając oczy. Spała krótko, ale bardzo mocno, pierwszy raz nie męczyły jej przykre sny. Uczuła się jednak zmęczoną fizycznie. Wodziła oczami po ściankach kabiny leniwie, sennie.
— Dziś ruszamy w dalszą drogę; zatoka Adeńska i ocean, potem Kalkuta — myślała mętnie. Lecz znowu uczuła dreszczyk niepokoju, jakby śpiąca z nią razem trwoga budziła się również i na nowo zaczęła jej dokuczać. W ślad za nią przyszły refleksje takie już znane, takie nudne, a takie uparte.
— Poco ja tam jadę, co tam zastanę, co mnie tam czeka? List pisany przed trzema miesiącami z górą; ileż zmian zajść mogło, czy żyje, przedewszystkiem czy żyje, czy zdrów, czy jest ten sam, czy się w nim nic nie zmieniło..? Jak on ją przyjmie, co ona mu powie?.. A jeśli... Chryste!.. Odważna jestem i ufna, czy nie zanadto ufna?.. A może on wyjechał już dawno? Och, aby tylko żył, aby żył.
— Prawda, będę stąd telegrafowała.
Ta ostatnia myśl zerwała ją z pościeli. Roztrzęsionemi ustami szepcąc modlitwę, ubierała się gorączkowo, byle prędzej jakimś czynem zagłuszyć straszne przypuszczenia.
Była zmęczona, zupełnie rozbita przeprawą przez ciągle rozhuśtane morze Czerwone, pełne wirów i ukropów Bab-el-Mandeb. Bolała ją każda kostka i każdy mięsień był jak naderwany. Ubrana już, wybiegła szukać kapitana, ale powiedziano jej, że wyjechał do portu. Po śniadaniu Elża wyszła na pokład, niespokojna, czemu kapitan nie wraca. Chodziło jej o depeszę. Czekając na niego, zatopiła oczy w gęstwinie j masztów, kominów i reji w czarnych kadłubach statków, stojących na kotwicy, w barwnych chorągiewkach, igrających w rozpalonym słońcu. Pogoda była słodka, słońce podzwrotnikowe zalewało wszystko pożogą ognistą. Fale przytłoczone upałem leżały cicho, oklamrzone statkami, ujęte w karby bełkotały żałosną skargą, bijąc o burty okrętów i znowu cofając się biernie.
Dalej poza najeżoną zatoką portu błękitniało morze smugą ciemnego turkusu, czasem o kolorze żywym i czystym, czasem owiane zieloną gazą, jak turkus umarły. Złoty pył słońca przesiąkał je nawskroś, aż do dna sięgał, wydobywając coraz świetniejsze gwiazdy blasków. Oczy mrużyły się od nadmiaru promienistości morza i nieba. Nadbrzeżne skały w oddali, potężne, rysowały się ostro poszczerbionemi wiszarami... Wysokie te podniebne stoki, bramy gotyckie, złomy olbrzymie o metalicznych, płowych odciosach, obryzgiwały wciąż piany; fale, rwąc je zębami odwiecznie, żłobiły w nich wyrwy, groty, rozdzierały na strzępy ostre jak dzidy, sterczące i groźne. Był dziwny urok w połączeniu tych skał Erebu z monarszym przepychem błękitu i złota niby ślady przejścia Belzebuba, niby wizja piekieł w cudzie niebieskim, ale tylko niebieskim, bez śladu zieloności i kwiecia, jakby Belzebub zdmuchnął całe życie roślinne z tego skrawka, zostawiając jeno topiel świetlaną. Śladów przejścia przez tę krainę egzotyczną pana ciemności było pełno na każdym kroku w postaci nagich murzynów z plemienia Somali, przepasanych w biodrach jaskrawemi szmatami, o zębach jak kość słoniowa i wielkich, wolich oczach. Kręcili się tu Nubijczycy, Sudańczycy, Kafrowie, Hindusi, „Isle en mer” otaczała znowu ruchoma masa łódek i pływaków, z których czarne djabiy murzynków wyrabiały pocieszne skoki w morze za rzucaną z pokładu monetą. Pasażerowie bawili się widokiem nagich, jak z miedzi ulanych ciał, wijących się wśród fal za połowem.
Port huczał, dymił, rozlegały się sygnały, gwizdawki, ryk tuby, zgrzyty łańcuchów, wołania i wrzaski ludzkie. Port żył codziennym swym hałaśliwym życiem. Śmigały małe stateczki podjezdne, śmiesznie butne przy kolosalnych statkach. Wielki pancernik angielski, okuty w blachy, imponujący kraterami kominów wyglądał jak wielkolud, bóg morza, opadnięty przez kraby, skorpiony i ślimaki. On stał olbrzymi, ciężki, błyszcząc nitami okuć, grożąc lufami armat. Ludzie na nim wyglądali jak mrówki, fala pod nim zdawała się giąć i łamać. Gmach ten, stojący daleko na kotwicy, ani drgnął, choć bałwany, z wirów skalnych wypadające, biły w jego kadłub z pasją wypuszczonych z więzienia tygrysów. Białe łby tłukły w jego pancerze i rozpadały się w tuman piany, obrzucając nim wysoko potwora. Pancernik panował tu, jak feudalny władca, jak forteca wyniosła nad armią oblężniczą.
Elża, zapatrzona w ten gmach, myślała o Arturze. On był kapitanem jednego takiego kolosu, on nim kierował, władał, a teraz co z nim?..
— Za szesnaście dni będę w Kalkucie; siedemnastego zobaczę Artura. Czy go znajdę? Czy on zdrów, czy on mnie jeszcze...
Rzuciła wzrok smutny w dal, poza portowe zabudowania, na białe mury miasta Aden. Martwa, choć pełna słońca okolica zaczęła ją denerwować, upał dokuczał. Elża, pomimo swej białej, najlżejszej sukni, była jak w ukropie.
— Dzień dobry pani — usłyszała za sobą głos kapitana.
Odwróciła się żywo, podając mu rękę.
— Ça va, ça va! Już. pani wstała? Pewno ze zbytku gorąca. Pogodę mamy prawdziwie afrykańską. Pani wygląda dziś ślicznie i świeżo.
— Cóż to, uzależnia mnie kapitan od pogody afrykańskiej?
— Owszem. Czasem pani bywa...
— Jak żółta febra, co?..
— Właśnie, jak żółta febra, he, he. Jestem szczęśliwy, że pani zdrowa, będzie jeszcze lepiej, gdy zaczniemy się kołysać na Indyjskim, najgorsze już poza nami.
— A moja depesza, kapitanie? Czekałam z tym na pan niecierpliwie.
— A jakże, wyślemy ją, pojadę sam do Inspekcji portowej. Ruszamy w drogę jutro rano.
— Dopiero? Mieliśmy wszakże odpływać dziś wieczorem.
— Ładunek węgla opóźniony z powodu przepełnienia w porcie. Niechże pani patrzy, istna blokada, jakby się cała eskadra zjechała w Adenie. Mamy tłok. Dziś w nocy przypłynął ten oto pancernik angielski z Bombaju, wiozący wojsko hinduskie, statek z Zanzibaru, wielki paguebott z Karatchi z ładunkiem bawełny; wślad za nami idący parowiec z Aleksandrji, dwa statki z portu Cejlońskiego Kolombo.
— Z Cejlonu!.. — krzyknęła Elża.
— O là, là, czego się pani tak dziwi? Pani jedzie z Europy do Indji, a z Indji i tamtych wysp jadą do Europy. To naturalne.
— Tak, tak, ale czy pan kapitan nie wie czasem, jakie to są statki?
— Ach wiem, ja wszystko wiem, muszę wiedzieć. Jeden to statek włoski „Piacenza”, duża pojemność, załoga ogromna, sporo murzynów, płynie do Brindisi, odpływa za dwie godziny. Drugi to yacht prywatny angielski.
Oddech zamarł w piersi Elży. Chwyciła kapitana za ręce, targając niemi w podnieceniu strasznem.
— Czyj, czyja to własność ten yacht prywatny angielski?
— Madame!...
Kapitan przeraził się jej wyglądem. Z oczu Elży sypały ognie, twarz płonęła, było w niej coś szaleńczego.
— Madame...
— Kto jest właścicielem tego yachtu?!. Na Boga, mów pan, mów, kapitanie, a jeśli pan nie wie, dowiedz się zaraz, natychmiast, natych... miast.
— Niech się pani uspokoi. Wiem, czyj to yacht; nazywa się „Okeanos”, należy do urlopowanego kapitana pancernika „Tudor” floty angielskiej, sir Dovencourt-Howe, który był przed wojną dyplomatą w ambasadzie... Co pani?.. Dieu de misericorde... — wykrzyknął kapitan, chwytając w ramiona chwiejącą się kobietę, bladą śmiertelnie.
— Ach... O... laaa, — to możliwe — zawołał ciszej, zrozumiawszy nagle sytuację.
Posadził drżącą Elżę troskliwie na plecionym fotelu i ścisnął silnie jej puls, nacierając skronie wodą, którą mu podał majtek. Gdy otworzyła oczy, zapytał:
— Czy pani przytomna?..
Słabo skinęła głową.
— Pani mi musi powiedzieć teraz, czy to... on?
— Tak, — wyszeptała i rumieniec nagły wytrysnął na jej bladej twarzy.
— A czy on wiedział, że pani do niego jedzie?..
— Nie.
— Nie. No, to wybornie. Spotykacie się państwo szczęśliwie na progu, z Indji do Europy, gdzie spotkanie trudnym nie jest, bo tędy płyną wszystkie parowce z Azji, Australji i wysp Indyjskiego i tu się zatrzymują dłużej. „ Okeanos“ przypłynął wczoraj, odpływa dopiero pojutrze.
Elża powstała szybko z nagłym przypływem energji. Płomień miała w sobie. Wrzało w niej wszystko.
— Kapitanie, ja chcę tam jechać bezzwłocznie.
— Na „Okeanos”?
— Tak. Pan mi użyczy szalupy.
— Z przyjemnością. Mógłbym panią sam odprowadzić, ale wiem, że tam obcy świadkowie narazie zbyteczni. Pokażę pani ten yacht.
— Czy go widać?
— O, tam, na prawo, proszę lornetkę. Bardzo ładny yacht, znałem go dawniej z Marsylji, nie przeczuwając... O... tam, te dwa żółte kominy z granatowemi obręczami u szczytu, pudło granatowe, ale zakrywa je parowiec japoński „Tsé-Tsé”. Na głównym maszcie żółta chorągiewka, widocznie herbowa barwa właściciela. Niech się pani przygląda, pójdę przygotować szalupę. Parbleu.
Drgnęła ręka Elży, trzymając lornetkę, oczy wpijały się chciwie w statek na pół ukryty za lasem masztów i kominów. Ten sam, szeptała poznając yacht. Ten sam. Serce biło mocnym tempem podniety, zdawało jej się, że to złudzenie, że to sen. Czyżby on był tuż, tuż, tak blisko... Więc zdrów, skoro powraca. Cóż za szczęście... A może?..
Okrutne przypuszczenie szarpnęło nią brutalnie. Krzyknęła głucho i, rzucając lornetkę, biegła do kapitana.
— Szalupa gotowa — zawołał do niej. — Daję pani czterech najlepszych wioślarzy. Pani się nie ubiera?
— Prawda...
Skoczyła do kabiny, zarzuciła na siebie płaszcz z surowego jedwabiu, na głowę wcisnęła mały kapelusik z białej ceraty z lila welonem i cała drżąca, wzburzona, rozgorączkowana niebywale zeszła do szalupy, sprowadzona przez kapitana.
— Ale pani mi nie ucieknie? — spytał.
Uśmiechnęła się bez słowa z roztargnieniem.
Łódź z flagą francuską na czubie odbiła od statku.
Skupiona w sobie płynęła Elża, mrużąc oczy od blasku, szepcąc końcami warg modlitwy, których nie kończyła. Ujrzała wielkie okręty, parowce, prześlizgiwały się koło niej egzotyczne postacie czarnych na swych pirogach, ona nie widziała nic, nie odczuwała nic, prócz tęsknoty szalonej, która ją unosiła, wśród mnóstwa drgających świetlików na fali, wśród pian rozchwianych, jak strusie pióra. Jako jedyny cel dla Elży widniał granatowy z żółtym smukły yacht, stojący na kotwicy w pewnym oddaleniu od gęstwiny portowej. Uczucia Elży były tak rozwichrzone, że ich zebrać i ujarzmić nie zdołała; niecierpliwiła się, rwało ją naprzód, brakło jej tchu, jakby serce przestawało bić, w mózgu wirował szalony pęd pytań, zagadnień. Gdy szalupa podpłynęła do parowca, Elża zdrętwiała z wrażenia. Ujrzano już ją z pokładu. Kapitan, stary albiończyk, przysłonił oczy dłonią od słońca i, przeczytawszy nazwę statku na fladze, a widząc kobietę w łodzi, kazał spuścić wygodne schodki zamiast drabinki sznurowej. Elża otrzeźwiała, chociaż jeszcze stremowana, ale już pewna siebie, stanęła w łodzi, uniesiona zapałem.
Szalupa przybiła. Młoda kobieta podziękowała wioślarzom i zręcznie wbiegła na pokład. Kapitan jej zasalutował, ździwiony. Podała mu żywo rękę, mówiąc swoje nazwisko. Patrzał na nią trochę zakłopotany. Elży głos się załamał, gdy spytała:
— Sir Doyencourt-Howe?..
— Jest w salonie na dole, — brzmiała odpowiedź. Czy mam prosić?
— Nie... za chwilę. Czy jest sam?..
— Z kapitanem płynie jego przyjaciel, sir James Ashley.
— Czy jest obecnie z nim?..
— Zapewne.
Elża zmieszała się, uczuła jakiś ciężar na duszy z trudem zapanowała nad sobą, zastanowiwszy się, że lepiej Ashley, niż gdyby jechała matka Artura.
Stary marynarz patrzał na nią uważnie.
— Proszę poprosić tu sir Ashley’a, pod jakim innym pozorem — rzekła już śmiało.
— Oto właśnie nadchodzi.
Wszedł na pokład szczupły w średnim wieku gentleman, abnegacko zgarbiony, trzymając duże palce rąk założone za kamizelkę jasnego ubrania. W ustach miał cygaro, na głowie ceratowy kask. Patrzał bystro w kierunku odpływającej szalupy. Nagle spostrzegł Elżę, wyprostował się i, opuściwszy ramiona, podchodził wolno.
Ona żywo podbiegła do niego.
Skłonił się, patrząc ciekawie.
— Jestem Elża Gorska — rzekła, podając mu rękę.
Anglik drgnął, zdumiał tak, że aż jego ciemne oczy rozszerzyły się nadmiernie, twarz wyrażała nieukrywaną ciekawość. Zatrzymał dłoń kobiety w swej ręce i spytał pospiesznie:
— Madame Elisabeth de Gorska, née Burba...
Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, rozpromienił się i ucałował rękę Elży prawie uroczyście. Powitanie to ujęło ją odrazu i złagodziło sytuację.
— Czy sir Artur zdrów? — spytała gorączkowo.
— Zdrowszy, powraca do Europy. A... pani?..
Widać było, że nie mógł pojąć jej obecności w Adenie.
— Ja jechałam do niego, do Kalkuty. Czy mogę go widzieć?
— Zrobi to na nim ogromne wrażenie, tak, bardzo wielkie, nieoczekiwane, ale to nic, Artur jest silny. Czy mam go uprzedzić?
— Nie, nie. Proszę mnie tylko zaprowadzić.
— Służę pani. Artur czyta w salonie. Może pani podać ramię. Pani się chwieje, pani słabo?
— Nie. Dziękuję, pójdę sama.
Anglik sprowadził ją jednak ze schodów na dolny korytarz, był dla niej z taką atencją, jak dla królowej, sam widocznie poruszony.
Przy drzwiach salonu zatrzymali się. Elża zbladła i oparła się ciężko o ścianę. Ashley, jakby dla uspokojenia, pocałował ją znowu w rękę... i nagle otworzył drzwi. Weszła prędko nerwowym ruchem. Stanęła. Drzwi się za nią zawarły. W głębi, pod oknem, Artur siedział na fotelu, odwrócony profilem, czytając książkę. Przed nim leżał na stole stos książek i pism. Otaczał go sinawy obłok dymu z cygara.
— Czy to ty, James? — padło pytanie niskim barytonem.
Elża milczała, bezwładna, niezdolna poruszyć ustami.
Dovencourt-Howe szybko odwrócił głowę swoim charakterystycznym, feudalnym ruchem, i... głucha cisza. Książka wysuwała się wolno z jego ręki na dywan, dłoń drżącą przesunął po oczach, znowu spojrzał i, pochylony naprzód, wyszeptał zmienionym głosem:
— Elly...
Nie ruszyła się, tylko powieki opadły jej na oczy. Artur powstał już gwałtownie, uniesiony widokiem ukochanej postaci.
— Elly! — krzyknął i stanął przy niej.
Porwał ją za ramiona, targnął.
— Elly, to ty... to ty?..
Pochyliła się ku niemu, jak podcięta.
Okrzyk zdumienia, niewiary, okrzyk szaleńczy wypadł z jego piersi.
— Elly moja!..
Objął ją mocno, podtrzymał, przygarnął, wzburzony do dna duszy, osłupiały.
Upadła mu na piersi czołem, ukrytym we własnych dłoniach, ale on odchylił jej twarz, prawie szorstko spytał:
— Elly, co to znaczy?..
— Przyjechałam do ciebie.
— Do mnie?
— Tak, do ciebie.
— Więc ty... ty?..
Milczała.
— A on?..
— Zerwałam z nim listownie.
— Zerwałaś?
— Tak, uciekłam.
— Uciekłaś do mnie?
— Tak.
— Więc ty?..
— Jeśli chcesz mnie, to... jestem twoja.
— Elly jedyna! Zgniótł ją pierwszym uściskiem szału.
— Ty... ty moja. Więc mnie kochasz...
— Tylko ciebie, zawsze. Łudziłam się, męczyłam, ty zwyciężyłeś...
— Ukochana!
Nagle ujrzał lęk w jej oczach, drżenie całej postaci.
— Co ci... ty drżysz?
— Bałam się.
— Czego?..
— Czy cię zastanę... żywym.
— Więc otrzymałaś moje listy?..
— Tak, one mnie uświadomiły ostatecznie...
— Że ja cię kocham... — uśmiechnął się gorzko. — Och, dziecko. Czyż ty tej prawdy wcześniej nie znałaś?
— Tak, ale, że aż tak silnie...
— Nie sądziłaś, że ja bez ciebie, bez nadziei odzyskania ciebie żyć nie mogę i nie chcę, co? A jednak, Elly...
— To straszne, straszne. Gdy mi Izabella powiedziała — wszystko, zrozumiałam, że moje życie tylko tu, że moje serce, dusza, że ja cała tylko do ciebie należę, chcę należeć i należałam zawsze, wmawiając w siebie inne uczucia. Chciałam cię wyrwać z duszy i... nie mogłam, nie mogłam.
Nagle zarzuciła mu ręce na szyję i tuliła twarz do jego ramienia.
— Jam twoja... twoja. Jeśli ty jeszcze chcesz?
Dovencourt spojrzał mocno w jej źrenice i rzekł z siłą:
— Wracasz mi życie, zdrowie, szczęście. Czy mi wierzysz?..
— Wierzę.
Ujął jej dłonie i, nisko pochylony, całował długo z niezmiernym uczuciem, pochłaniał je z wybuchem szczęścia i zachwytu.
— Umiłowana... jedyna, więc przyszłaś do mnie, wróciłaś, oddajesz mi siebie? Elly, więc już teraz przejrzałaś swoją duszę?
— Tak, wiem, że błądziłam, moja prawda tu, przy tobie jest i była. To niezwalczona moc.
Zgiął się i, przyklęknąwszy, ucałował jej kolana.
— Jesteś pierwszą i jedyną kobietą, przed którą ukląkłem. Szanuję ciebie, uwielbiam, czczę nadewszystko. Tyś moje błogosławieństwo życia.
Gdy powstał, był bardzo blady, na czole świeciły mu gęste krople potu. Elża zatrwożyła się, posadziła go troskliwie na kanapce i teraz ona, pomimo protestu, usunęła się do jego nóg. Kucnąwszy na dywanie, oparła głowę o jego kolana, on ją tulił do siebie, jak dziecko.
Po długiej chwili upojnej ciszy szepnęła:
— Czy pamiętasz te słowa: „Elly, pójdziemy razem w świat“?
— Pamiętam. I pójdziemy razem w świat, dziecko ty moje umiłowane.
Pochylony nad nią, ucałował gorąco jej czoło.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża, przedstawiona przez Artura przyjacielowi, jako narzeczona, podała mu ręce serdecznie.
— Panu z serca dziękuję za opiekę nad nim w chorobie. To była moja rola i, gdybym listy otrzymała wcześniej...
— Byłoby to zbawienie dla Artura. Nie ukrywam, że stan jego duchowy, a potem i fizyczny i duchowy był bardzo ciężki, bardzo groźny.
— Nie mówmy o tem teraz — przerwał Dovencourt — nie psujmy chwili jedynej w życiu.
— Przeciwnie — żywo odrzekł Ashley — tragizm poprzedzający chwilę obecną, może ją tylko wzmocnić i powinien uwiecznić. Wyratowałem Artura z pod motoru, ale czy pani wie, że mi to ciągle wyrzucał, do dzisiejszego dnia?.. A przedtem, zanim wymyślił sobie ten piekielny sposób dla zachowania pozorów...
— James, proszę cię, daj pokój — zawołał Artur żywo i stanowczo, widząc wrażenie Elży.
Ona zwróciła się do narzeczonego.
— Czy ja życiem całym wynagrodzić ci zdołam tyle męki, tyle bólu.
Ujął jej dłonie i przytulił do ust swoich z gorącą pieszczotą.
— Wierzę, iż zdołasz, jedyna moja, bo już zrozumiałaś siebie.
Otulił ją spojrzeniem władczym, ale pełnym tkliwości.
Elża pod tym wzrokiem uczuła w duszy bezmiar szczęścia i czaru niebywałego.
Wieczorem na ich ucztę zaręczynową zaproszony był kapitan statku „Isle en mer“. Pijąc zdrowie narzeczonych, Francuz rzeki do Elży wesoło:
— A co, pani, fale elektryczne pomiędzy panią a słońcem Indji okazały się silne. Nieprawdaż?
— O tak, kapitanie, bo słońce Indji przyciągnęły aż do Adenu.
— Ja jestem poszkodowany z tej przyczyny, bo mi para przed samym końcem podróży umknęła. Nie zobaczy pani Indyjskiego oceanu, a szkoda!
— Pojedziemy tam z żoną na jesieni, dążąc na polowanie w Indjach, — rzekł Dovencourt. Zatęskniłem przez czas wojny do dżungli, a przytem chcę pokazać tobie, Elly, te knieje, w których tyle polowaliśmy z James’em. Mniemam — zwrócił się do przyjaciela — że nie odmówisz nam swego towarzystwa.
Aschley skłonił się z uśmiechem i spytał:
— Czy będziesz miał dawną wenę, Arturze?
— O, bezwątpienia! — zawołał Dovencourt.
Elża, zachwycona projektem, błysnęła ku nim wesołym uśmiechem.
— Ale wtedy pani zapomni o starym opiekunie? zauważył Francuz.
— Skądże znowu, pozostaniemy przyjaciółmi, — odrzekła żywo Elża.
Kapitan odpowiadał z humorem szczegóły podróży z Neapolu, Wreszcie rzekł:
— O là, là, zapomniałem pani powiedzieć, że całe towarzystwo z „Isle en mer“ jest na mnie obrażone. Przeniesienie się pani na ten piękny yacht, do narzeczonego, sprawiło sensację, ale ja wyszedłem na kłamcę.
— Niech już pan ze skruchą wszystkie swoje kłamstwa wyzna — śmiała się Elża. Odebrać mi trzeba miljardy, kopalnię brylantów, miljardera, szwedzką narodowość.
— A czy pani, prócz polskiej narodowości, wszystkich tych skarbów również nie posiada?.. — spytał francuz przeciągle, wiercąc w niej siwemi oczkami.
Elża zrozumiała, uśmiechnęła się do niego tajemniczo.
— Tak, kapitanie, odczuwasz mnie trafnie.
— Więc... nic nie skłamałem.
Elża ujrzała w tej chwili w przymrużonych oczach Artura tyle powagi i głębi silnego uczucia, że przeniknął ją ostry dreszcz rozkoszy.
On dostrzegł jej wrażenie, odczuł ten dreszcz drogi dla niego. Błysnęło mu w oczach, pochylił się ku niej lekko i szepnął końcami warg:
— O, dear!..
W tym krótkim szepcie Elża usłyszała jakby zapowiedź szczęsnej przyszłości, obietnicę wiekuiście trwałego uroku.
Yacht do późna świecił elektrycznością lamp, jak wielka gwiazda morska. Na pokładzie orkiestra, złożona z załogi yachtu, której wyprawiono sutą biesiadę, grała na trąbach hymn marynarski, tak pamiętny dla Gorskiej z Riviery, a powtórzony w śnie w Warowni.
Słuchając go teraz na statku przy boku Artura, przeżywała pierwszy dzień cudu swego szczęścia.
Nazajutrz Artur wysłał z Adenu depeszę do matki, do Marsylji, gdzie lady Dovencourt czekała na niego. Zawiadamiał, że wylądują z narzeczoną, Elżą Gorską, w Civitta-Vecchia, skąd jadą do Rzymu, gdzie postanowili wziąć ślub. Artur, widząc cień niepokoju w oczach narzeczonej, rzekł miękko:
— Elly, matka moja pragnie mego szczęścia i żyła zawsze jego nadzieją, będzie więc szczęśliwa, że je zdobyłem nareszcie, a ciebie pokocha jak córkę, boś ty źródło mego życia.
Głęboko zajrzał w jej oczy ufne i bezdennie miłujące.
Tegoż dnia „Okeanos” opuścił Aden i, przemknąwszy zręcznie przez „Portes des Pleurs”, pruł morze Czerwone całą siłą maszyn.
Elża żyła, jakby w cudnym śnie, zdumiona, że podróż obecna różni się tak niesłychanie od tej samej, przebytej przed kilku dniami, że jest zupełnie nową. Morze było wzburzone, „Okeanos“ kołysał się i borykał z bałwanami, niebo miało czasem kolor i ciężar granitu, ale nad tym wszystkim unosił się czar jakiś niebywały, znany Elży z czasów Riviery, lecz stokrotnie spotęgowany, bez obaw, bez zwątpień, jeno pełen zachwytu i szczęścia, które wydawało jej się baśnią zaczarowaną.
Pierwszego dnia podróży Elża oddała Arturowi pamiętnik swój z Riviery.
— To mój prezent ślubny — rzekła wzruszona — z niego lepiej odgadniesz moje uczucia i ich początek, niż ja je wyrazić zdołam.
— A „Fatum”? — spytał z uśmiechem.
— W „Fatum” trzeba umieć bajecznie czytać między wierszami. „Fatum” to literatura, ale tu jestem ja i moja dusza bez osłon, tu niemą parodji Warskiego, tu jest Sir Artur Dovencourt-Howe we własnej osobie.
— Więc nie w świetle zemsty nad własną psychiką?
— Nie, w świetle najszczerszym.
— Bardzom ciekawy.
Następnego ranka Elża kończyła się ubierać w swojej strojnej kabinie; stojąc przed toaletą w luźnym złoto-morelowym szlafroczku paljowym z miękkiego woalu, wpinała grzebienie we włosy, gdy wtem z boku od przyległego buduarku usłyszała pukanie i jednocześnie zaszeleściały odsuwane cicho drzwi.
O kilka kroków przed nią stał Dovencourt. Był blady, zmieniony, jakiś groźny, w ręku trzymał jej pamiętnik. Wyraz jego twarzy przykuł Elżę do miejsca. Skuliła ramiona, zatulając rękami duże wycięcie gorsu; szeroko otwarte, zatrwożone źrenice utkwiła w twarzy Artura. On podszedł bardzo blisko, odłożył zeszyt, wziął jej ręce i przycisnął je sobie mocno do piersi.
— Czytałem wszystko... byłaś moją już wtedy — zaszeptał tuż nad jej czołem.
Milczała drżąca, on mówił zdławionym głosem:
— Dlaczego wtedy nie dałaś mi siebie, Elly, słuchaj, dlaczego? Kochałaś mnie. Poco ta męka kilku lat, to zmaganie się, te złudzenia w innych ramionach... skoro... do moich tęskniłaś... jak mogłaś odpychać mnie przed rokiem, w Warszawie, Elly... powiedz, jak mogłaś odjechać wtedy?
— Bałam się... ciebie... twego widoku, wpływu, bo tamtemu chciałam dotrzymać słowa.
— Kosztem serca własnego i mojego. Dziecko! Uczucie jednak silniejsze, ono mi cię oddało. Drżysz w moich ramionach, jak schwytany ptak... Ach, jak ty drżysz... Elly...
Przegiął ją lekko na swoje ramię i ujrzała tuż przy swej twarzy jego twarz skurczoną przez wrzącą w nim namiętność, ujrzała jego oczy przymrużone, a drapieżne i brwi w ostry, szatański zygzak ściągnięte, w których był rozkaz, wola, żądanie władcze, bezwzględne. Ujrzała jego usta łaknące, odczuła ich żar, zatargał nią żywiołowy dreszcz pragnienia. Jęknęła:
— Arti, jam twoja...
Pierwszy raz nazwała go tak wobec niego.
Zgniótł ją, przegiął silniej i przykrył ustami jej wargi gorące, jak płomień.
Zapadła cisza ogromnie uroczysta, a przesycona rozkoszą. Pierwsze spojenie ich ust dało im już bezmiar niebywałego szczęścia. Ona zwisła mu bezwładnie w jego ramionach, on pił rozkosz, bo czuł, jak w oplocie jego uścisku drżała, czuł jej obłęd, będący świadectwem jej uczuć, jej pragnień, żywiołu, jej bujnej krwi. Oderwał się od jej rozchylonych ust, krwawych, jak szkarłat, a jeszcze wołających rozkoszy, patrzał na jej rumieniec, na zmrużone drżące powieki z nienasyconym głodem posiadania tej kobiety. Unosił go prąd szału. Całował znowu jej usta, jej oczy, zsunął zaborcze wargi na jej szyję, sięgał głębiej z rosnącym ogniem i z okrutną już namiętnością. Elża czuła piekło jego ust na swej szyi i ramionach, na pół świadomie słyszała jego szept ostry, rozkazujący, a stłumiony. Odczuła jeszcze, że on zsunął woal z jej ramion stanowczą, śmiałą ręką. Straciła przytomność w słodkim omdleniu. Jest w jego władzy, więc niech się dzieje, co on chce, czego on żąda. Artur porywał ją i siebie w odmęty rozkosznych dreszczów, w wir wściekłej burzy zmysłów, zmąconych bezpamiętnie. Miał ją dla siebie nareszcie, oddaną mu bezwolnie, poddańczą, oczekującą. Wtulił twarz w jej piersi, dyszące płomieniem. Odgarniał rozpuszczone włosy z jej czoła i przesuwał usta po nim i po jej rozpalonych policzkach z szeptem gorącym.
— Elly moja... maleńka, daj mi sama usta swoje, daj, jedyna... nie drżyj, nie lękaj się, nie zatulaj się jak skrzydłami przedemną... boś ty już moja, słyszysz?.. ale ja ciebie czczę... więc się nie trwóż...
W krótkich momentach w mózgu Elży błyskała myśl promienna, jakby już znana. Teraz jest kwiat życia, teraz to piękne i potężne, teraz to już pełna korona rozkwitu... i... teraz ogłuchłam i oślepłam.
Czuła z przeogromnym szczęściem w sercu wielką wdzięczność dla Artura, ale czuła zarazem, że jemu oprzećby się nie potrafiła, że jest zdana całkowicie na jego łaskę i że zależy tylko od jego woli, jego rozkazu. Świadomość ta sprawiała jej bezdenną rozkosz, więc tuliła się do niego coraz namiętniej, dysząc urywanym szeptem:
— Arti, teraz to cudna prawda miłości...
Odgadł jej myśl i zamknął jej usta słowami:
— Tak, najdroższa, i to jest nasz odzyskany cud.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W Port Said Dovencourt z Elżą przechadzali się po pokładzie. On mówił:
— Ślub w kaplicy Sykstyńskiej, tak sobie życzysz, więc tak będzie. Mama się ucieszy, skaptuje któregoś z dostojników Watykanu, gdzie ma stosunki, i krewnego kardynała, ten nas napewno zwiąże stułą z całą wspaniałością. Zapowiem mu tylko, żeby z mową nie wystąpił; zbyt skłonny do śmiechu nie jestem, ale wówczas, nie ręczyłbym za siebie. Nawet gdybyś ty, Elly, chciała, ja się nie zgodzę.
— Ani ja również, zasadniczo tego nie lubię, zresztą, cóżby on nam powiedział?.. trochę cytat z Pisma Świętego i polecałby nam uroczyście, abyśmy się kochali.
— W tym momencie właśnie parsknąłbym śmiechem. Schocking! Nie chodzi o kuzyna kardynała, ale o naszą drogą chwilę i o powagę Rafaelowskiej kaplicy.
Elża zamyśliła się, on uważnie na nią spojrzał.
— Co znaczy ta nagła zaduma?
— Myślę, że ty, Arti, będziesz jednak bez ślubu, bo wszakże...
— Ach, to... Bądź spokojna, droga, według moich pojęć, my już teraz jesteśmy zaślubieni sobie, no, a kościół episkopalny, do którego mnie zaliczono, nie zabroni mi katolickiego ślubu. To tylko rewanż dla mojej matki, która w kościele anglikańskim przysięgała ojcu.
— Dlaczego?
— Ojciec był fanatykiem, matka go szalenie kochała.
— Nie dziwię się jej, bo jabym dla ciebie zrobiła to samo, gdybyś żądał.
— A gdybym chciał ślubu tylko cywilnego... — spytał Dovencourt, patrząc na narzeczoną przez zmrużone szparki oczów.
— Byłoby mi ciężko bardzo, niezmiernie, ale gdybyś żądał...
Objął ją miłującym spojrzeniem.
— Jestem szczęśliwy, Elly moja, — rzekł, poczem dodał:
— Ale ja również zbyt silnie cię kocham, abym cię brał inaczej. Zresztą lubię w tobie twoją religijność. Teraz druga sprawa; dokąd moja pani chce jechać po ślubie? To od ciebie zależy. „Okeanos“ czekać będzie w porcie Civitta-Vecchia na rozkazy. „Elly, pójdziemy w świat”, otóż świat przed nami!
Elża podniosła na niego oczy, pełne iskier.
— A czy mogę wybierać?
— Powtarzam, to od ciebie zależy.
— A czy tobie, Arti, nie zalecono kuracji w jakiej specjalnej miejscowości?
— Nie, zalecona mi jest tylko dłuższa bezczynność, daję sobie urlop do lipca.
— W takim razie popłyniemy przez Śródziemne, wstąpimy do Nicei, Monte Carlo, Antibes, tam, gdzieśmy się poznali, gdzie były nasze pierwsze czasy szczęścia... chcę tam być już twoją.
— Odgadujesz, jedyna, moje zamiary — przerwał jej z uśmiechem — ciekawym, co dalej.
— Potem, na wiosnę popłyniemy do Anglji.
— Do naszej stary siedziby w Wadeweare?..
— Tak. Tam będzie nam najlepiej.
Wzruszenie przemknęło przez twarz Artura.
Wtulił usta w jej dłoń miękką, patrząc wymownie w jej rozmiłowane oczy.
Podszedł do nich urzędnik angielski i, salutując, wręczył Arturowi telegram.
Elża nagle przybladła.
Dovencourt spokojnie rozerwał papier, przeczytał i z uśmiechem oddał narzeczonej.
— Odpowiedź mojej matki.
Ona przebiegła szybko oczami tekst w języku francuskim, i jasne łzy szczęścia napłynęły do jej oczu. Wyciągnęła ręce do narzeczonego i całą swoją postać rzuciła ku niemu serdecznie, gorąco. Wypowiedzieli sobie wszystkie uczucia w tej krótkiej chwili.

XIV.

Słońce wiosenne oświecało ogromny stary i cienisty park w Wadeweare, rezydencji położonej nad kanałem angielskim, La Manche. Stoki wzgórza, na którym stał starożytny zameczek Dovencourt’ów pokryły się zielenią świeżą. Rozległe pluszowe trawniki, starannie cięte żywe płoty spływały ku nadbrzeżnej fali wytwornym rysunkiem i bogatą wegetacją.
Odźwierny, pilnujący kamiennej bramy, otwierał ją pośpiesznie przed kłusującą parą jeźdźców. Wracał Dovencourt-Howe z porannej przejażdżki, którą młodzi małżonkowie odbywali codzień na pięknych angielskich klaczach. Oboje podnieceni byli jazdą i pachnącym, upojnym, jak wino, powietrzem. Wjechali w park, wstrzymując wierzchówki, drżące jeszcze od biegu, nerwowe, pełne fantazji. Elża klepała szyję konia dłonią w białej rękawiczce, uśmiechając się do męża.
— Cudne są te nasze wycieczki, Arti, wogóle, życie moje przy tobie jest tak piękne, że ciągle się obawiam, czy to nie sen.
— Dla mnie zaś — mówił Artur — ten nasz sen, jak nazywasz, jest tym droższy, ponieważ nawiedził mnie, wracającego z krainy cieniów.
Nagle błysnął swym znamiennym, trochę drapieżnym uśmiechem.
— Wertowałem w Indjach święte księgi indyjskich Arjów, widocznie zjednałem sobie opiekę Wszechmocnej Trimurti, raczej boski Brahma odebrał mnie Sziwie, a polecił życiodajnemu Wisznu, którego ty mi, Elly, w tym wypadku uosabiasz.
— Tyś sanskrytolog, Arti, możesz poznać tyle prawd i mądrości brahminów, chciałabym i ja poznać coś z tej bogatej literatury. Takam ciekawa. Ale cóż, widzę, że te księgi są dla mnie naprawdę sanskryckim kazaniem.
— Nie obmawiaj się, dysputujemy dużo i ciekawie, masz lotną i nader żywą inteligencję, przytem szczególną skłonność do psychologicznej analizy. Im więcej cię poznaję, tym większe miewam niespodzianki. Pamiętasz, coś mi mówiła przed czterema laty w Monte: że nie odpowiadasz mi umysłem i że boisz się dysput ze mną, bo prześciganą być nie lubisz?...
— Pamiętam, a tyś odpowiedział wtedy, że gdybyśmy oboje kandydowali do teki ministra, to wówczas różniczkowanie naszych poziomów umysłowych miałoby pewną rację, skoro jednak chcesz mnie na żonę, skrupuł ten upada. — Och, Arti, jakich ja już wtedy doznawałam uczuć, gdyś to mówił.
— Jednak potrafiłaś sobie powiedzieć: „nie”, gdyż on kochać mnie prawdziwie nie może, bo to... owe... dziesiąte i tą filozofją trułaś mnie i siebie. Bodaj, czy twoja wiara w „fatum” nie jest wynikiem takich, bezzasadnych skrupułów?
Elża wdzięcznie wyciągnęła głowę do męża i rzekła z uśmiechem:
— A jednak do ciebie przyszłam, nawet niewołana.
Otoczył ją głębokim spojrzeniem zmrużonych oczu, pod którym zawsze spuszczała powieki, przysunął konia bliżej i rzekł ciszej, pochylony ku niej:
— Jeśli oto chodzi — to wołana upornie przez cztery lata. Ale widzę w tobie, Elly, nową zmianę. Oto pani Elża Gorska z Monte stawałaby w obronie swoich fatalistycznych wywodów i chmurzyłaby się nadzwyczajnie przeciwko moim zarzutom, tymczasem lady Dovencourt-Howe posłusznie składa broń. Per Bacco, to nadzwyczajne!
— To twój wpływ, wszechpotężny Kryszno, nietylko życiodajny, lecz naturozmienny dla mnie.
Zaśmiali się, ale on rzekł:
— Lubię czasem, gdy kapitulujesz, robisz to słodko, lecz nie chcę zmieniać twej natury, kocham w tobie twój płomień i żywioł, daleki od bierności, tej bowiem nie znoszę.
— Patrz, Arti, jak tu jest przepysznie! — zawołała, zatrzymując konia, nie posądzałam nigdy Anglji o takie widoki; Wadeweare jest cudowne.
— Jesteśmy wszakże w okolicach Southamptonu, to angielska Riviera.
Stali chwilę, patrząc na piękną lukę, utworzoną wśród wąwozów, zarośli, gazonów i szpalerów, na morze błękitne, zbufowane w białe piany, pełne iskier słonecznych, rozedrganych, jak złota siatka. Z boku otwierał się widok na białe wyniosłe mury starożytnego zameczku z okrągłą basztą i tarasami, otoczonemi wytwornym dywanem zieleni i tęczą pierwszych, cebulkowych kwiatów.
— Istny Haarlem. Cóż za tulipany, hiacynty! Arti, ja tu utonę w kwiatach.
Zeskoczył z konia i zniósł ją ze siodła. Foryś zabrał wierzchówki, Bubtis zaś, stary kamerdyner, oznajmił przybycie poczty. Artur, żywo wstępował na schody. Elża zawołała:
— Pójdę na kwiaty, za chwilę wrócę.
Podeszła do kwietników, rwała przepiękne kiście tulipanów, poszarpanych w pióra kapryśnych kształtów, królewskich kolorem, przytulała twarz do strojnych szyszek hiacyntów, nalanych wonią, gładziła aksamitne kieliszki kaktusów, cieszyła się zawieją barw i rysunkiem kwiecia.
Chodziła od klombu do klombu, podziwiając kwiaty.
— Spóźnię się na śniadanie.
Wracała przez obszerny zielony gazon. Wtem wionął na nią od ziemi zapach subtelny, słodki a silny zarazem, uderzyła w nią ta woń nie tylko przez poczucie fizyczne, ale jakby i duchowo. Spojrzała szybko na dół.
— Fijołki!
Przyklękła na ziemi. Przed nią pachniał trawnik, osypany gęsto zamiecią fioletowych płatków. Elża zaczęła rwać fijołki zachłannie, gdy nagle oczy jej zasnuły się smętkiem. Przyszło wspomnienie.
— Fijołki, Warownia, Wielka Sobota.. Tomek.. Karolcia... Ataman... Pyszny Bór.
— Cztery lata, cztery lata — hybotała się myśl, nasuwając dalekie wizje. Ujrzała się na Atamanie w lesie, ujrzała pod jodłą Tomka z Karolcią, ujrzała potem siebie na amerykanie z Tomkiem, w jego objęciach, pod gradem jego pocałunków.
— A jednak wtedy miałam złudę szczęścia. Cóż więc jest dusza ludzka, cóż jest serce... czy nerwy, czy zmysły. Dziś... znowu rwę fijołki, tak bardzo, tak prawdziwie, tak szalenie szczęśliwa... i wiem, że poza miłością Artura dla mnie i poza miłością moją dla niego — wszystko było złudą, złudą...
Co z Tomkiem jednak, wszakże ten złoty Tomek przez cztery lata był... taki bliski, taki jej oddany, jej właściwie... On kochał, ona się łudziła, że kocha, teraz odnalazła istotne szczęście. A... on...
Pół klęcząc, oparła się na kolanie i ukryła twarz w dłoniach.
Przeniosła się myślą do kraju, do Warowni, do dziadka Cezarego, do Tomka. Ocuciła się, uczuwszy dotknięcie ramienia. Z lekkim okrzykiem przestrachu podniosła głowę. Ujrzała pochyloną nad sobą wyniosłą postać męża.
— Elly...
Uniósł ją z trawnika, spojrzał w twarz.
— Co to?... Co ci, dziecko?
— Nic, nic.
— Elly, mówisz mi zawsze wszystko. Powiedz!
Ona tarła czoło, wahając się.
— To... te fijołki. Arti, te fijołki... przypomniały mi... Warownię przed czterema laty.
— Fijołki mogłaś rwać w Warowni nawet przed rokiem.
— Tak, ale... wtedy...
— A... rozumiem, byłaś narzeczoną Tomasza Burby.
Długa chwila ciszy.
Dovencourt nie odsunął żony, nie puścił jej z oplotu swych ramion, bawił się kosmykiem włosów Elży, wysuniętym z pod małego trikornu. Ona trzymała twarz przytuloną do jego piersi.
— Hm... zbiór fijołków bywa różny — przerwał ciszę jego niski, spokojny głos.
Milczenie.
— Ale fijołki są jednakowe i zapach mają ten sam w Anglji, co i na Wołyniu, to zapewne nasuwa wspomnienia, czasem porównania... Co?
— Nie, nigdy, tylko żal.
— Żal?
— Tak, że się przeszło po czyjejś duszy... jak Ananke.
— Och, no... to bóstwo miewa zmienną twarz. Nie przeczę, że ciężki bywa los tego, komu patrzy wprost w oblicze.
— Oni mi tego nigdy... nigdy nie darują — szepnęła z bólem.
— Burbowie?
— Tak... i Tomek. Ja jednak jestem niegodziwa.
— Elly, za jaskrawo. Chyba odróżniasz krzywdę wyrządzoną komuś rozmyślnie — od krzywdy, która własną duszę łamie. Czy dusza twoja, twoja psychika, nie była złamaną? Coby się z nią stało, gdybyś krzywdę Tomasza skierowała na siebie... że pomijam, iż ciężar zmiażdżył by dwie istoty.
Ręce Elży objęły szyję męża i zacisnęły się mocno. On przywarł usta do jej skroni.
— Jak sądzisz, czy lepiej, gdy z trzech osób dwie są szczęśliwe, czy gdyby wszyscy troje przeklinali własne życie.
— Troje — chyba tylko dwoje, ty i ja?..
— Ooch... a czy wyobrażasz sobie, że Tomasz byłby szczęśliwy i spokojny, gdybyś ty należała do strony pokrzywdzonej? Chyba nie jest tak tępy, by tego nie odczuć. Co?.
— A czy szczęście Arti, zbudowane na ruinie czyjegoś serca, może być naprawdę szczęściem? — spytała cicho.
— To prawo zwycięzcy i zwyciężonego. Tyś wyszła zwycięzko z daremnej walki z uczuciem, które chciałaś zniszczyć, ale ono cię zmogło i wydźwignęło. Tamtem szedł w przepaść swojej miłości w zaślepieniu, nie widząc lub nie chcąc widzieć, że ty się cofasz i że idzie sam, przeto runął w otchłań. Zresztą, Elly, to temat ogromny i nie tyle ryzykowny, ile bezcelowy, a nawet i jedno i drugie, bo gdy się nań patrzy w świetle własnego błędu, celu niema, gdy zaś filtruje się go ciągle przez swoją nadczułość, wówczas można osiągnąć rezultat... bardzo ujemny.
Pójdź, przejdziemy się nad morzem. Ty jesteś wrażliwa jak najsubtelniejszy sysmograf i czasem drobny szczegół jak naprzykład fijołki, wyprowadza cię z równowagi.
— Wiesz Arti, nie chcę cię drażnić, ale od pewnego czasu często myślę o Warowni, o dziadkach, zwłaszcza o dziadku Cezarym, kochałam go bardzo. On mnie może przeklina... Myślę też o Tomku, o Uniewiczu, o nich wszystkich. Drogi, ty nie masz mi tego za złe, prawda?
— Elly, wszak wiesz...
— Arti, dla czego masz taką chłodną twarz i ten ostry skos brwi na czole... lubię go, ale nie teraz, panie mój, nie bądź taki surowy. Przecie ty wiesz, żeś dogmatem mojej duszy i serca i żeś nim być nie przestał. Ja myślę o Tomku zupełnie tak samo, jak o dziadku Cezarym, jakby o bracie, tylko pod takim kątem i tylko z wyrzutem, żem zawiniła wobec nich. Mówiłam ci, że śniłeś mi się raz zeszłej jesieni w odmętach wód brudnych, czarnych, żeś się borykał z głowonogami, które cię oplatały, żeś na piersi miał moją fotografię, no i było to, co wiesz... to nieszczęście z motorówką, i podobiznę moją miałeś wówczas na piersi. Przed wybuchem wojny też śniłeś mi się znacząco. Opowiadałam ci o tym przeokropnym globie rozdzielającym nas. Kiedyś znowu powiedziałeś mi we śnie: „Czytałem „Fatum”, czekaj Warskiego“, a wszakże byłam pewna, że tej książki nie znasz. Okazało się, że tejże nocy czytałeś ją właśnie. Czyli, że moje sny się sprawdzają. Teraz mi się często śni Warownia: kiedyś widziałam dziadka bitego przez starą chłopkę, Likierę, taką głupią, dobroduszną babę; kiedyś znowu, no mniejsza... a dziś śniłam, że wiązy w Warowni płakały, takie ogromne łzy płynęły z ich konarów, a w szumie nagich gałęzi był szloch... Och jej... okropny sen — wstrząsnęła się.
— Hm, to nadzwyczajne — mruknął Dovencourt Howe — zapalając cygaro.
— Arti, ty nie żartuj, bo może tam się u nich coś złego stało.
— Ależ ja nie żartuję, Elly, sam wierzę w przeczucia i sam ich często doświadczałem, wprawdzie głównie co do ciebie. Obecnie... przyznaję, że wrażliwość twoja jest nadzwyczajna. Hm... niezwykła.
Elża spojrzała na męża uważnie. Miał wyraz skupiony, zimny. Zbyt długo, rozpalał cygaro.
— Arti, ty coś wiesz złego.
— Ja... Per Bacco... to ciekawe.
— Arti, ty coś wiesz napewno — wykrzyknęła — powiedz, mój najdroższy, nie trzymaj mnie w takiej niepewności. Ty napewno coś wiesz, napewno.
Dovencourt wziął ją silnie za obie ręce i przyciągnął do siebie.
— Owszem, wiem, że moja pani jest przenerwowane, nadczułe, czasem nieznośne, ale moje, bardzo kochane, dziecko. Oto wszystko.
— Jakie ja tam dziecko, stara już jestem.
— Nadzwyczajnie, znać to nawet na tobie i w tobie. Balzac byłby z ciebie zadowolony, utwierdzasz jego teorję o kobiecie.
— Więc nic się nie stało naprawdę? miałeś taką dziwną minę. Lękam się jakoś o Burbów. Pisałam, jak wiesz, do dziadka po ślubie z Rzymu przez tę waszą okazję; całe serce swoje włożyłam w ten list. Ale odpowiedzi niema ani od dziadka, ani od Uniewicza. Widocznie wykreślili mnie z istot żyjących.
— Pisanie twoje do dziadka, który jest przedewszystkiem ojcem Tomasza, było także trochę ryzykowne. Zostawmy Burbów, jedyna, może to egoizm, lecz chcę ciebie mieć... dla siebie i już tylko moją.
— Jam twoja i z tobą zawsze — rzekła Elża poważnie — nigdy nie czułam się tak szczęśliwą, jak tu z Tobą w Wedeware, ale to już leży w mojej nieszczęsnej naturze; gdy mi źle, marzę o szczęściu i pragnę go, gdym szczęśliwa, odwracam kartę i szukam smutnych wspomnień i przyglądam się im z bólem.
— Pragnąłbym jednak, dziecko, abyś karty naszego szczęścia nie odwracała już nigdy.
— Nie odwrócę Arti, bo w niej zamykają się moje wszystkie najdroższe marzenia, ona zawiera cud moich pragnień, ziszczenie tęsknot i mój złoty sen. Więc, jeśli teraz próbowałam odwrócić tę moją świetną kartę, to tylko dzięki wyrzutom sumienia, które mi nie pozwalają zapomnieć, że mój kwiat życia wyrósł na klęsce Tomasza, że, idąc do swego cudu, niosłam tamtemu truciznę. Więc powtarzam, że każda karta największego szczęścia zaopatrzoną jest u dołu w jakieś tajemne a fatalistyczne — „Verte“.
Po śniadaniu Elża w gabinecie męża przeglądała pocztę.
— Czy nie było, Arti, dzisiejszej gazety...
— Nie — odrzekł krótko zaczytany.
— To dziwne, przychodzi zawsze tak systematycznie.
— Czasem ginie. Posłuchaj, nowe zwycięstwo naszej floty;: tylko jeden krążownik poszedł na dno.
— Ciekawam, czemu gazeta nie przyszła.
— Elly, słuchaj, pisze mi Ashley, abym powrócił do dyplomacji, gdzie mam stanowisko zapewnione i duże awanse.
— A ty, Arti, jaki masz zamiar? — z lękiem spytała Elża.
— Dyplomacja mi się podoba; pływałem na pancerniku przeszło trzy lata, których nie zaliczam do miłych w moim życiu, jakkolwiek zawód marynarza porywa mnie.
Elża, stojąc przy fotelu męża, usiadła na poręczy i położyła głowę na ramieniu Artura.
— Czy to z mego powodu, Arti, te trzy lata miłemi nie były?
— A jak sądzisz... z czyjego?.. Co?..
— Może margrabina de Leguée?..
— A... może...
— Arti, ona jest bardzo piękna, prawda?..
— Nadzwyczajnie. Zdumiewająco. Per Bacco!
— Śmiejesz się tak tygrysio i taką masz szatańską minę, że nie wiem, czy szydzisz, czy mówisz prawdę. Miałeś z nią bliskie stosunki, ona cię kocha, to dobrze, ale już teraz o niej nie myślisz... prawda?
— Och, no, zdaje się, że o niej nigdy nie myślałem w calem tego słowa znaczeniu. Czy sądzisz, Elly, że to możliwe?.. Usuńmy ją na bok, dziecko. Mam wrażenie, że jesteś zadowolona, że porzucam marynarkę. Czy tak?..
— Gdybyś był kapitanem, musiałbyś mnie opuścić, bo nie zabrałbyś mnie z sobą na pancernik. My obie z mamą w Wedeware tęskniłybyśmy za tobą. A teraz będziemy razem. W Londynie, czy w Paryżu?..
— W Londynie.
— Wybornie, a tymczasem, kiedy jedziemy po mamę do Hawru?
— W końcu kwietnia mama opuszcza Niceę.
Odłożył Timesa i, obcinając cygaro, mówił:
— Jestem szczęśliwy, Elly, że tak przylgnęłyście do siebie mamą. Matka cię kocha jak córkę, za którą zawsze tęskniła, ty zaś jesteś dla niej taka słodka. Rozrzewnia mnie wasz stosunek.
— Kocham ją, bo jest twoją matką, Arti, a przytem to kobieta o dużej kulturze umysłowej, głębokiej inteligencji i ma złote serce. Ona musi być kochaną, nawet uwielbianą.
— Była szalenie kochaną przez mego ojca.
Elża spojrzała figlarnie w oczy męża.
— Arti, czy to rodzinne u was?..
— Rodzinne — uśmiechnął się.
— To dobrze, bo chcę, żebyś i ty mnie tak samo kochał.
— Hm. To nadzwyczajne! Och, no, myślałem, że może obniżysz żądania, Elly moja.
Zaśmiał się krótko i przyciągnął żonę do siebie.
— Moje słodkie dziecko — szepnął ustami na jej ustach.
W swej złoto-żółtej, strojnej, pełnej słońca i kwiatów pracowni Elża Dovencourt-Howe stanęła przy biurku patrząc na leżący rękopis swego nowego utworu.
— Czy to będzie dobre — myślała. W Warowni pisałabym książkę na temat: „To co było cudną jawą i co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie“, — a teraz tej nowej książce daję tytuł: „Sen spełniony”, czyż to nie cud?
Popatrzała na dużą fotografię Artura, zdobiącą biurko, ubraną kwiatami, uśmiechnęła się do podobizny męża, szepcąc rzewnie:
— Ty mi będziesz źródłem wszystkiego, bo z twego umysłu, z twego ducha czerpać chcę dla siebie naukę, szczęście i czar, bo tak tylko rozumiem pełny dobrobyt duchowy, o takim marzyłam.
A po chwili:
— Jakie to szczęście, jaki to cud, że zwlekając, ciągle zwlekając, ocalałam od... od...
Przeszył ją nagły zgrzyt wyrzutu. Zawahała się.
— Od książki na tamten temat, — dokończyła, czując bezmiar radości życia.
Wybiegła na balkon. Kwitły na nim w skrzynkach fijołki, białe tulipany rozchylały do słońca swe wytworne kielichy.
Elża patrzała chwilę promiennemi oczami na park, na morze, pełne blasków, na tę nową dla siebie a piękną krainę. Od chwili, gdy stanęła na tej ziemi, która wychowała Artura, uczuła w sobie gorące jej umiłowanie i pragnienie zarazem, aby, stając się obywatelką Anglji, pozostać zawsze dobrą Polką i przykładną patrjotką własnej ojczyzny. Więc tu działać z myślą o Polsce i dla Polski i pamiętać jednocześnie, że ojczyzna jej męża jest pośrednio i jej ojczyzną. Trzeba zasymilować te dwa atrybuty uczuć. Trzeba zawiązać sojusz serdeczny pomiędzy ojczyzną własną i przybraną, trzeba dać wyraz idei, że miłość kobiety zdolna jest pogodzić uczucia rodzime z uczuciami, które ją wiążą z ukochanym człowiekiem.
W radosnym porywie Elża wyciągnęła ramiona przed siebie w daleką przestrzeń.
— Kraju mój, przez odrodzoną miłość, przez szczęście, które znalazłam, oddaję ci wszystkie swe siły, całą swą twórczą pracę, wszystko to, co każda Polka oddać ci powinna, choćby się znalazła na przeciwnym biegunie.
Łzy uniesienia zaszkliły jej oczy, spuściła powieki i szepnęła cicho, jakby z głębi duszy własnej przemawiała do męża.
— Chcę nosić z godnością nazwisko twoje, Arti, chcę ci życie zdobić, chcę być twojej pracy osłodą. Tu, przy tobie, jest mój los, mój cel osiągnięty, mój czar, moje wszystko.
Z ust jej płynęły słowa gorące, z niezwykłą słodyczą i dumą, jaka nawiedza kobiety prawdziwie szczęśliwe.

XV.

Kurjer paryski zbliżał się do Warszawy, wpadł w pierwsze okolice podmiejskie. W wagonach słychać było język angielski, francuski, włoski, w oknach migały mundury wojskowe. W osobnym przedziale pierwszej klasy Elża Dovencourt-Howe stała przy oknie, zapatrzona w krajobraz niemal z nabożeństwem. W oczach miała rzewność, na ustach uśmiech radosny, że oto znowu widzi ten kraj umiłowany, ku któremu unosiła ją niewypowiedziana tęsknota. Patrząc na wychylające się z mgły zimowej wieżyce i mury ukochanego grodu, wstrzymywała gwałtowne bicie serca.
Usłyszała za sobą kroki i niski barytonowy głos męski.
— Elly, dojeżdżamy, ubieraj się.
Odwróciła głowę, podniosła oczy na wysoką postać męża i padła w objęcia jego ramion.
— Arti, takam bardzo, bardzo szczęśliwa. Patrz, nasza Warszawa, serce Polski, nasza stolica. Nie szukaj patosu w moich słowach, mam duszę pełną szczerego uczucia, jakieś skrzydła mnie unoszą. Arti, ty się nie dziwisz, prawda?..
— Och no, kocham twój zapał, tak, jak kocham ciebie. Entuzjazm to wszakże nieodłączna cząstka twojej natury.
— Mój Boże, — mówiła Elża, — jakież inne były moje uczucia, gdy przed rokiem wyjeżdżałam stąd expresem berlińskim pełna bólu i trwogi o ciebie, Arti. Dziś wracam tak bardzo szczęśliwa i nie w otoczeniu wrogów, ale z tobą przedewszystkiem, jedyny.
Z zapałem zarzuciła ręce na szyję męża.
— Spokojnie, Elly, teraz jesteśmy wśród ludzi, patrz, jaki tłum na korytarzu.
Podając żonie okrycie, popatrzał na nią trochę z góry, z pod przymkniętych powiek, i dyskretnie musnął ustami jej skroń.
Stanęli w zamówionym z góry apartamencie hotelu Bristol. I tu, jak w Wadeweare, Londynie i Paryżu, Artur osypał Elżę najwyszukańszemi kwiatami.
Zachwycona, spytała go miękko, czemu to robi. On odrzekł z uczuciem:
— Elly, pragnę by upajało cię nietylko słońce naszego szczęścia, ale i wieczna wiosna.
Gdy służba wyszła, Elża podała usta mężowi.
Podczas gdy Artur zajęty był posiedzeniami w swoich kołach, Elża przez parę dni nie mogła się zdobyć na odwiedzenie swej rodziny; wstrzymywało ją dziwne uczucie lęku. Co tam usłyszy i jak ją przyjmą? U wujostwa Renardów mieli być oboje z mężem. Elża tymczasem odwiedzała instytucje, z któremi utrzymywała stały kontakt z Anglji. Bardzo czynną w jednej z nich była Renardowa.
Przed wizytą u wujostwa Elża chciała być na rannej mszy. Artur podwiózł ją samochodem do kościoła i pojechał na zebranie. Elża weszła do bocznej nawy, zdążając do wielkiego ołtarza, przy którym odprawiało się nabożeństwo. Już miała zboczyć na środek kościoła, gdy nagle tuż przed sobą spostrzegła Uniewicza. Stał odwrócony profilem, lecz na szelest kroków, zwrócił spojrzenie w jej stronę. Oczy ich spotkały się. Elża odruchem szczerości wiedziona, wyciągnęła do niego obie ręce z cichym okrzykiem, ale Uniewicz dał gwałtowny znak milczenia i, cofając się razem z Elżą w tył, wskazał jej brwiami najbliższą ławkę. W ławce zamodlona siedziała Urszula Burbina.
— Skąd pani tu, skąd pani?.. — spytał Uniewicz szybko, gdy znaleźli się ukryci za filarem.
— Przyjechałam z mężem. A pan i babcia?, czy i dziadek jest w Warszawie?
— Jest.
— Przyjechaliście wszyscy?
— Tu mieszkamy.
— Mieszkacie... a Warownia?
— Pani nie wie? Warownia już nie istnieje.
— Jezus Marja! Co się stało?..
— Spalona, zniszczona, zniesiona z powierzchni ziemi.
— Jezus, Marja! Boże, Boże! Wiedziałam, że na Wołyniu były dewastacje, ale nie przypuszczałam... Kiedy to się stało?
— W dwa miesiące po... wyjeździe pani. W marcu zeszłego roku.
— Któż dokonał tej zbrodni?
— Miejscowi chłopi.
— Chryste Panie!
— Cicho! pani Burbina usłyszy. Chodźmy dalej pod kruchtę.
— Panie, czy wszyscy ocaleli?
— My uciekliśmy cudem, ale sybirak, Krywejko, zabity, Stacho Domalewski, stary Piotr...
Łzy trysnęły z oczu Elży.
— Panie a... Tomek?
— Ocalał.
— Więc był w domu?
— Był chory, wywieźliśmy go. Teraz jest już znowu na froncie. Niech się pani uspokoi — rzekł, widząc zmianę na jej twarzy i bladość.
— Panie Melu, ja chcę, muszę wiedzieć wszystko. Czy ja do babci podejść nie mogę? — spytała nieśmiałym szeptem.
Twarz Uniewicza drgała nerwowo, bolesny wyraz osiadł mu na ustach.
— Lepiej nie, pani.
— Czy tak jest dla mnie źle usposobiona?..
Uniewicz milczał ze spuszczonemi oczami.
— Więc mi... nigdy nie... wybaczy?..
Gorycz była w jej szepcie, łzy spływały gęsto po jej twarzy.
— Czy i dziadek tak samo?.. — niech pan mówi otwarcie.
— Pan Cezary jest względniejszy... jak zwykle.
— A... a Tomek?..
— Później pani powiem wszystko, bo teraz pani Urszula wychodzi już z ławki. Dokąd pani każe przyjść?
— Najlepiej do nas, Bristol, drugie piętro.
— O której?.
— Czekam cały dzień.
Uniewicz szybko odszedł. Elża zza filara widziała, jak prowadził Burbinę, która szła, ociężale na jego ramieniu zwieszona, z twarzą sfałdowaną i obwisłą, bladą i pełną bólu. Cała postać chuda i zmizerowana tchnęła rozpaczą i znękaniem. Z pod toczka srebrzyły się gładkie pasma zupełnie białych włosów. Była to już struszka, pomimo swych sześćdziesięciu lat, wyglądająca na zgrzybiałą.
Ścisnęło się żalem serce Elży. Upadła na kolana i płakała cicho i długo, modląc się żarliwie i niemal wyrzucając sobie swoje szczęście. Gdy wyszła z kościoła, podsunął się ku niej z szumem automobil.
Elża już miała go odesłać, lecz po chwili namysłu wsiadła, każąc się wieść przed siebie, za miasto. Chciała ochłonąć po płaczu. Pęd wiatru ze śniegiem uderzał w szyby zakrytego pojazdu. Elża zamyślona smutno patrzała na ulicę. Na Nowym Świecie, gdy w ciżbie doróżek i tramwajów samochód zwolnił biegu, spostrzegła znowu Uniewicza, prowadzącego Burbinę. Szli wolno krok za krokiem. Śnieg opylał ich gęstemi płatami. Rzuciła się gwałtownie na poduszki siedzenia i mufką zakryła twarz w przerażeniu, by jej nie dostrzegli. Widziała jednak, że oboje mimochodem spojrzeli w okno automobilu. Owładnęło nią uczucie przykre i upokarzające. Wyrzutem dla niej był spacer strojnym samochodem, wyrzutem jej był dobrobyt, w jakim opływała obecnie w zestawieniu z niedolą tamtych... Zastukała z impetem w szybę i kazała zawrócić do hotelu bocznemi ulicami jaknajprędzej. Jechała, dławiły ją łzy. Znalazłszy się w swoim ukwieconym, pachnącym mieszkaniu, odczuła znowu gorzkie wyrzuty. Nie mogła się uspokoić. Wiadomość, że Warownia zrujnowana, gnębiła ją okrutnie, sprawiając cierpienie wprost nieznośne. Nie mogła powstrzymać gorących łez, modląc się za dusze Krywejki, Piotra i ulubionego Stacha. Tysiące pytań przygotowała dla Uniewicza, tysiące obrazów potwornych nasuwała jej rozigrana wyobraźnia. Gdy Dovencourt powrócił, zastał ją spłakaną i rozdrażnioną. Domyślił się odrazu.
— Już wiesz o Warowni?..
A gdy opowiedziała mu wszystko, Artur uspokoił ją trochę i rzekł:
— Czy pamiętasz swój sen, dziecko, na wiosnę w Wadeweare, że dziadka twego biła jakaś baba i że wiązy warownieckie płakały; otóż tego dnia właśnie przeczytałem w gazecie o dewastacji Warowni.
— Toś ty o tem już wtedy wiedział?.. Więc ty jesteś, Arti, bez serca, zimny głaz, jeśli tak — wybuchnęła.
A on, tuląc ją do piersi, przypomniał jej ten ranek wiosenny, jej szczęście, jej radość z życia, a potem wspomnienie Warowni i nagły smutek i opowiadanie snów. Zdumiony wówczas jej przeczuciem i wrażliwością, omało się nie zdradził, ale już przedtem spalił gazetę, by nie psuć jej szczęścia, by do jej ciągłych skrupułów (że zbudowała swe szczęście na klęsce Tomka), nie dodać nowych, któreby ją struły. Wiedział z gazety, że Burbowie żyją, zatem nie widział konieczności mącić jej szczęścia, zwłaszcza, że gdyby nawet chciała jechać do Warszawy, to i ten zamiar wtedy musiałby upaść wobec niemożności wyjazdu do Polski. Mógł przyjechać do Warszawy w tychże warunkach, ale pod zmienionym nazwiskiem i z fałszywemi papierami, po swoją upartą panią Elżę Gorską, teraz jednak z żoną nie widział potrzeby narażać ich oboje na ewentualne następstwa takiego przedsięwzięcia. A pisać... w takich momentach tragicznych cóż pisać? Gdy Elża opowiedziała mężowi zachowanie się Uniewicza wobec jej pragnienia powitania babki, przykrość odmalowała się na twarzy Artura.
— No, więc widzisz, dziecko. Cóżby w takich warunkach polepszył twój list?... Trzeba się z tym zgodzić, że niekiedy pomiędzy ludźmi wytwarzają się mury rozdzielcze tak potężne, że złamać ich niepodobna i wówczas dla obu stron i lepiej i bezpieczniej zapuścić zasłonę, by widokim takiej zapory nie męczyć się wspólnie. Pani Burbina zrobiła to widocznie w stosunku do ciebie, trzeba zatem uszanować wolę tej znękanej kobiety. Może to zresztą chwilowe.
— Nie, nie, ja już dla niej nie istnieję — powtarzała Elża z goryczą.
Gdy nadszedł Uniewicz, Dovencourt’a nie było. Fakt ten ucieszył Uniewicza wyraźnie. Pan Mel gorąco i długo całował ręce Elży, poczem rozejrzał się i rzekł z rzewnym uśmiechem:
— Pani zawsze tonie w świeżych kwiatach.
Poczerwieniała, zawstydzona nieco. On to zauważył i dodał:
— Naturalnie, panią już to żenuje, już pani po wszystkiem, co słyszała odemnie w kościele, wyrzucasz to sobie. Znam panią i jej nadmierną wrażliwość. Anglja nic w pani nie zmieniła, chociaż wypiękniała pani bardzo. Staremu przyjacielowi wolno to mówić. Jest pani szczęśliwa, prawda?...
— Tak, panie Melu, jestem szczęśliwą, bardzo, bezgranicznie — odrzekła z prostotą.
— To się czuje, droga pani, to się przebija w wyrazie jej oczów, twarzy, pomimo dużego cienia, który na panią rzuciła wieść o niedoli Burbów. Pani żyje nietylko sobą, pani odczuwa głęboko nieszczęścia innych. Proszę wierzyć, że i ja odczuwałem ją dobrze przez te lata męki duchowej, jaką pani przechodziła i... żałowałem pani, serdecznie z nią współczując.
— Ach, panie Melu, to już poza mną, mówmy o was. Obiecał mi pan wszystko opowiedzieć. Nadmienił pan, że Tomasz był chory. Co mu było?..
— Tomek przyjechał do Warszawy... na ślub, nie znalazłszy pani u Renardów, pobiegł do hotelu i tam powiedziano mu, że pani wyjechała zagranicę, na Berlin. To go podcięło, nie mógł sobie jeszcze uświadomić faktu; jeszcze nie wierzył, że to możliwe. Dopiero nazajutrz przysłano mu list od pani, który wyświetlił rzecz całą. Był to dla niego cios nieprzewidziany, rozchorował się. Gdy przyjechali Burbowie do Warszawy, zastali Tomasza nieprzytomnego. Po miesiącu przewieźli go do Warowni, jeszcze w ciężkim stanie. Leżał w pokoju pani, przy nim Kajtuś i Murmyła, ciągle do nich mówił o pani, nie mogliśmy tego słuchać. W końcu doktorzy radzili przenieść go z tego pokoju, ale się nie dał. W trakcie tego zaszło to nieszczęście. Ostrzegano Burbów, aby wyjeżdżali, lecz pan Cezary i pani Urszula słyszeć nie chcieli o opuszczeniu swojej ziemi, twierdząc, że im nic nie grozi od ludu, wśród którego tyle pokoleń Burbów żyło i starzało się bezpiecznie. Tymczasem dobroczynność Burbów została krwawo odwdzięczoną. Przyszła noc straszna. Burbowie ledwo z życiem uciekli. Tomek po ozdrowieniu wstąpił ponownie do szeregów, ale jego stan duchowy jest bardzo smutny. Szczegóły o zniszczeniu Warowni udzielił nam Poberezki, którego zdewastowali w kilka dni potem i który również ocalał. W Warowni spalono dwór i Wszystkie zabudowania, wycięto sad, teraz tną lasy.
— A wiązy, panie, a wiązy... — spytała Elża.
— Wiązy wycięte, z całej sadyby zostały tylko stare ruiny, wały i fosy.
Elża załamała ręce.
— Widziałam we śnie te wiązy... płaczące.
— Niema już wiązów, pani, niema już pewno i Pysznego Boru, Kajtuś zabity w walce, Murmyła również, śnieg już zasypał ruiny. A pamięta pani pięć lat temu, pani przyjazd, spotkanie nasze na skraju boru przy wilczym trakcie, napad wilków, pierwszy wieczór w Warowni... niespodzianka?
— Pamiętam, panie, i pomimo wszystko nie zapomnę tego nigdy.
— Wie pani, czasem myślę, że albo tamte lata to był sen piękny, albo ten rok ostatni, to straszny sen, z którego się jeszcze obudzę. Losy ludzkie są dziwnie zmienne, czasem los tak się słodko uśmiecha do ludzi, tyle im obiecuje, jak naprzykład zima i wiosna przedwojenna w Warowni. Ale i potem jeszcze i potem... aż wszystko to nagle zapada się, wali, — zostaje ruina.
Elża, słuchając tych słów, myślała, że bywa czasem przeciwnie, odczuł to i Uniewicz, bo, kiwając głową melancholijnie, rzekł:
— A niekiedy jest inaczej, los najpierw się uśmiecha, potem się zachmurza, płacze i przeraża, a nagle uśmiechnie się tak promiennie, tak rozkosznie, że każe zapomnieć o wszystkiem, co było smutne.
— I niech pan doda: uśmiechnie się tak prawdziwie — rzekła Elża z naciskiem. To jednak nie wyłącza zupełnie smutku, wtedy, gdy się było dla kogoś złudnym uśmiechem. Tomek to mój stały wyrzut, jego rodzice również, a Warownia, Stacho, Krywejko, Piotr, kochane wiązy, Pyszny Bór, Kajtuś, Murmyła, to wszystko bardzo, bardzo bolesne a drogie wspomnienie. Obecna niedola dziadków zgnębiła mnie okropnie. Czy choć nie cierpią wielkiego niedostatku? Panie Melu... Bóg widzi, że zrobiłabym dla nich bardzo wiele, gdyby inne było usposobienie ich dla mnie.
— Tak, pani, teraz to jest rzecz niewykonalna.
Pan Mel mówił o goryczy i żalu Burbiny, o strasznym wrażeniu pana Cezarego, gdy ujrzał syna bez przytomności i przeczytał list Elży. Dopiero w kilka dni potem po rozmowie z Poberezkim trochę się ułagodził.
— Więc Poberezki nie potępił mnie — zawołała Elża radośnie.
— On... on panią broni przed wszelkiemi napaściami, tłumaczy; tym się nawet naraził pani Urszuli. Poberezki to wielki przyjaciel pani. Będzie żałował, że pani nie zobaczy, ale on już wyjechał do Chodur także spalonych, obiecał zająć się i Warownią.
— Napiszę do niego — zawołała z zapałem.
— A... to go pani szczerze uszczęśliwi.
Wszedł Dovencourt. Dwaj mężczyźni zmierzyli się ciekawym wzrokiem. Artur bez cienia zwykłego chłodu podał rękę gościowi.
— Z opowiadań mojej żony znam pana lepiej, niż pan mnie. Proszę wierzyć w moją sympatję i szczerą życzliwość.
Pan Mel był trochę zaskoczony uprzejmością i wykwintną postacią Anglika. Bąknąwszy coś równie grzecznego, patrzał z przyjemnością na Dovencourt’a i myślał widocznie pomimo swej głębokiej przyjaźni dla Burbów, że jednak Elża zbyt długo wahała się w wyborze pomiędzy Tomkiem i Arturem.
Uniewicz cofał się z początku przed przymrużonym wzrokiem Artura, lecz wyraz tych źrenic ciemno-stalowych przykuł go wreszcie i zjednał ostatecznie. Gdy Dovencourt poszedł do drugiego pokoju po cygara, pan Mel szepnął do Elży:
— Mąż pani to prawdziwy patrycjusz, bardzo niecodzienny, o... bardzo. Z całej duszy pani winszuję, bo faktycznie widzę wasze szczęście.
Elża opowiadała Uniewiczowi o swojej podróży do Kalkuty, o spotkaniu w Adenie, o ich ślubie w Rzymie, o podróży poślubnej przez Śródziemne, o Wadeweare, przeczuciach i snach, potem o Paryżu, Londynie i swoich projektach na przyszłość.
— Żona moja ma mnóstwo zamiarów, organizuje Koło Polek, nawiązuje kontakt w Londynie z różnemi instytucjami, mającemi głównie za zadanie niesienie pomocy Polsce i Polakom, przebywającym na obczyźnie. Zapaliła już do tego moją matkę i szereg pań, wśród których są nawet angielki — mówił Dovencourt.
Uniewicz rzekł:
— O tak, pani ma teraz szeroki zakres działania. Pamięta pani kursy dla służby w Warowni?.. Wszystko to poszło potem na dwór, razem z bandą chłopów i żebraków, ze starą Likierą na czele, których hojnie wspomagali — Burbowie. Cała ta zgraja rabowała aż miło.
— To też teraz działać chcę z inteligencją i dla inteligencji — odrzekła Elża. — Zapamiętałam pańskie słowa, wypowiedziane o chłopach, w początkach bytności mojej w Warowni.
— Wtedy oburzała się pani na mnie za to. Dziś pani widzi, że warstwy te są bardzo rozkosznie rozwierzgane.
— Teraz to się odbija na karkach inteligencji — rzekł Dovencourt, — ale odbije się z czasem na majestacie waszej ojczyzny. Tego bowiem żadna teorja najskrajniejsza nie utwierdzi praktycznie, aby żywy mózg inteligenta, którego kulturę urabiały wieki, mógł być zastąpiony przez analfabetyzm umysłowy tłuszczy. Ultra ewolucyjne i rewolucyjne dążenia różnicy tej nie zrównają. By rzeczywista ewolucja taka osiągnęła swoje cele, na to trzeba przedewszystkiem jeszcze czasu i usilnej pracy nad kulturą mózgów człowieczych, a dopiero potem można układać programy partyjne — „wydziedziczonych”. Ale wy, Polacy, rządzicie się inną metodą, jesteście zwolennikami surogatów, które w ogólno ludzkim porządku przedstawiają zaledwo materjał do szlifowania.
Gdy była mowa o właściwościach natury polskiej, Uniewicz pesymistycznie kiwał głową. Elża zaprzeczała mu gorąco i twierdziła, że tylowiekowe doświadczenie a ostatnio niewola wskażą duchowi polskiemu nowe szlaki rozwoju. Kwestja tylko, czy zjawi się cudotwórca i wódz, by na owe szlaki poprowadzić Polskę.
— Przeczuwacie go w Mickiewiczowskiej cyfrze 44 — uśmiechnął się lekko Dovencourt — podsuwaliście ją pod różne osobistości, ale bez skutku. Wy, Polacy, jesteście stworzeni przedewszystkiem z dumy, ambicji, prochu i ognia. To piękne, lecz nazbyt wybuchowe i palne. Gdyby do tych składników waszej natury dodać granitu, stali, mocnej woli i wszystko to stopić w kotle o silnych nitach i spoidłach, wówczas moglibyście zająć dominujące stanowisko w Europie.
— I zajmiemy, ku temu Polska dąży — rzekła Elża.
— Na razie w słowach, krzyku u was bardzo wiele, jeszcze więcej patosu, dekoracji, szumnych pochodów i... wielkich ludzi. Tych domorosłych wielkości jest u was najwięcej. A przedewszystkiem życzę Polsce, aby wyniosła uświetnione koroną tradycji czoło ponad cuchnące opary, które biją z dołu, z nizin, i zdobyła się na jeden wielki czyn, odrestaurowania nawy państwowej przez wyrzucenie rozpanoszonych w niej bałwanów. To naprawdę świadczyłoby o waszej ambicji narodowej.
— Gdyby Polacy byli narodem istotnie ambitnym — zauważył Uniewicz — jak na to wskazują tradycje nasze najpiękniejsze, to dziś, rozpoczynając nową egzystencję od przewrócenia tradycji do góry nogami, nie ścierpieliby jednak zamiany dostojnego chrzęsta piór husarskich, na fiukanie fujarki pastuszej, bardzo miłej wśród pól i zbóż, ale niesłychanie rażącej w nawie państwowej, jak się pan wyraził. Zahypnotyzowani taką muzyką, zamiast w pióra, będziemy obrastać w szerść.
— Och no, nawet możecie tyć w tych warunkach, owszem, ale już o locie trzeba będzie zapomnieć — dorzucił Dovencourt.
Gdy Uniewicz odchodził, przypomniał sobie nagle paczkę, którą przyniósł z sobą. Podał ją Elży.
— Dla pani z Warowni to, co zdołałem ocalić, uciekając. Bibljoteka cała spalona i wszystkie rzeczy pani.
Elża z rozrzewnieniem odwijała z papierów drobnostki ze swego biurka, różne symbole w ramkach, garnitur do pisania i statuetkę Sfinksa oraz kilka książek ulubionych i fotografię Warowni. Artur przyglądał się tym rzeczom ciekawie, odgadując symbolikę niektórych. Elża dziękowała Uniewiczowi i spytała cicho:
— Czy wiedzą dziadkowie, że jesteśmy w Warszawie?
— Nie mówiłem nic dotąd; może panu Cezaremu powiem.
— Takbym serdecznie pragnęła go widzieć, ale się nie narzucam, zostawiam to uznaniu pana.
— Spróbuję, droga pani, wybadam.

XVI.

Elża spędzała czas w Warszawie dość samotnie, przeważnie w towarzystwie męża i wujostwa Renardów, raczej wujenki, gdyż pan Renard, siedzący wiecznie w cukierni lub w klubie przy kartach, nie zaliczał się nigdy do towarzystwa. Po złożeniu wizyt rodzinie i znajomym, Elża unikała częstych stosunków salonowych, niezbyt chętnie nawet bywając na rautach i przyjęciach, chociaż bawiła się na nich wybornie. Otaczali ją zwłaszcza koledzy i rodacy Artura, z którymi była na stopie serdecznego koleżeństwa. Przedstawiona jej kilku wybitniejszych polaków ze stolicy, spotykała dawnych znajomych z Wołynia i okolic Taraszczy. Najlepiej było jej jednak tylko z Arturem na częstych spacerach samochodem w okolice Warszawy. Zwiedzali razem księgarnie, antykwarnie, gdzie robili duże zakupy książek polskich. Szperali z zamiłowaniem w bibliotekach publicznych, wieczorem zaś, o ile byli wolni od towarzyskich obowiązków, szli często na pieszą przechadzkę, lub z Uniewiczem przy czarnej kawie prowadzili długie dysputy i poufne pogawędki. Dovencourt lubił pana Mela i rozmowę z nim, ten zaś przylgnął do nich całą duszą, okazując niezwykły kult dla Artura. Politykowali razem, filozofowali, Elża zwierzała im swoje tematy literackie, ufając ich krytyce i radząc się w wątpliwych kwestjach. Zachęcona przez Uniewicza, zwiedzała różne instytucje miejscowe, czerpiąc z tych źródeł potrzebne wiadomości dla swych planowanych organizacji. Zajmowało jej to dużo czasu, wypełniając godziny, kiedy Artur był zajęty swojemi sprawami.
Uniewicz, patrząc często na Elżę, jej męża i obecne jej otoczenie, myślał: Gdyby ich widział Tomek, ją z temi iskrami szczęścia w oczach i jego z tą patrycjuszowską strukturą, gdyby ich ujrzał, przekonałby się, że jednak... musiał przegrać. I przypomniał sobie Elżę w Warowni, w ostatnich czasach, znękaną, apatyczną, często sztuczną, by ukryć łkanie duszy. Wspomnienie nasunęło wiersz Elży, który miał przepisany, i razu pewnego wypowiedział do niej końcowe słowa: „Sama moc znajdę w ogromie tęsknoty i, czego pragnę, dokonam. Osiągnę! A gdy mnie wieczna pochłonie toń nocy, zgasnę, przeminę, wiedząc, iżem żyła”...
— Tak, ja będę wiedziała, iżem żyła, ale nietylko dlatego, żem teraz szczęśliwa — rzekła Elża.